Opis

"Jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie takiego pokładu mieszanych uczuć. Szczerze mogę przyznać, że była dla mnie swoistym oczyszczeniem. Po jej przeczytaniu uświadomiłam sobie, ile popełniam życiowych błędów i jak to jest być ślepo zakochanym. Bo tak naprawdę zakochanie w drugiej osobie bez pamięci sprawia, że pozwalamy sobą manipulować, a kiedy się obudzimy, może być już za późno - zostaje nam wielka rana w sercu, którą bardzo trudno zagoić".

(z recenzji „Książkomaniaczki” do wyd. I)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 259

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Janusz Niżyński

Trzydzieści krótkich opowiadań o miłości

wydanie II

© Janusz Niżyński, 2018

...Jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie takiego pokładu mieszanych uczuć. Szczerze mogę przyznać, że była dla mnie hmm… swoistym oczyszczeniem. Po jej przeczytaniu uświadomiłam sobie, ile popełniam życiowych błędów i jak to jest być ślepo zakochanym. Bo tak naprawdę zakochanie w drugiej osobie bez pamięci sprawia, że pozwalamy sobą manipulować i kiedy się obudzimy może być już za późno i zostaje nam wielka rana w sercu, którą bardzo trudno zagoić.

(z recenzji „Książkomaniaczki” do wyd. I)

ISBN 978-83-8155-038-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Od autora

Drogi Czytelniku,

trzydzieści krótkich opowiadań o miłości, które stanowią zawartość tej książki, napisanych zostało przeze mnie w ciągu kilku ostatnich lat. Każde, zanim trafiło do Wydawcy, było wcześniej opublikowane na mej prywatnej stronie internetowej Janusz.Nizynski.pl. To właśnie na tej witrynie wielu moich przyjaciół i gości, komentując zamieszczane nowelki i dzieląc się swymi refleksjami, skutecznie zachęciło mnie, aby wydać je drukiem.

Bohaterami „Trzydziestu krótkich opowiadań o miłości” są zwykli ludzie, jakich każdy z nas spotyka na co dzień. Są to postacie całkowicie zmyślone, mimo że ich pierwowzory można by odnaleźć wśród uczestników internetowego forum „Kurier Szafarski” albo innych for i blogów, na których często gościłem. Jednak moja inspiracja i „zapożyczenia” skończyły się na brzmieniu napotykanych nicków — dalej zaczynało się całkowite fantazjowanie. Dlatego dopatrywanie się ewentualnych podobieństw i analogii między losami bohaterów moich opowiadań a losami realnych postaci jest nieuprawnione, zaś ewentualne podobieństwa są tylko dziełem przypadku.

Jak wynika z tytułu książki — opowiadania są krótkie. Moją bowiem intencją było, aby nawet najdłuższe z nich dało się przeczytać w ciągu kilkunastu minut: na przykład między przystankami w środkach lokomocji albo w innej sposobnej chwili. Dlatego układ opowiadań nie jest przypadkowy: zaczyna je najkrótsze, liczące ledwie kilka linijek, kończy najdłuższe — zapisane na kilkudziesięciu stronicach. W ten sposób Czytelnik ma możliwość stopniowania czytelniczych wrażeń, a także wygodnego dopasowywania długości lektury do swych bieżących potrzeb i możliwości.

Drodzy Państwo, mam nadzieję, że opowiadania spodobają się, przypadną do gustu, że będą źródłem Waszych pozytywnych przeżyć i być może pogłębionych przemyśleń na temat najpiękniejszego uczucia świata, jakim jest miłość. Gdybyście po lekturze chcieli się ze mną podzielić refleksjami, albo po prostu skomentować którekolwiek z opowiadań — to nic prostszego: możecie to uczynić na moim facebookowym fanpage’u. Zapraszając zatem do jego odwiedzenia, jeszcze raz życzę każdemu z Was ciekawej i inspirującej lektury!

Janusz Niżyński

Maliny

Pewnego dnia rzekł do niej:

— Wiesz, gdy cię całuję, doznaję takiego samego uczucia, jakbym jadł maliny. Ta sama delikatność, słodycz i smak.

Roześmiała się i zapytała przemyślnie:

— Jestem pewna, że teraz masz ochotę na maliny?!

Znali się od dwóch tygodni. Wkrótce rozjechali się, każde w swą stronę: do rodziny, przyjaciół, dzieci, kolegów… samotności. Ale czasem pisywali do siebie. W jednym z listów wyznał:

„Życie upływa mi monotonnie. A gdy staje się absolutnie nieznośne, idę do sklepu po maliny”.

Przyznanie się

Przebudziła się szczęśliwą. Niemal całą noc śpiewali piosenki przy ognisku nad brzegiem rzeki, karmili komary, gotowali w kociołku kluski w kształcie literek alfabetu i układali na talerzykach swe imiona; dużo się śmiali, nawet filozofowali. I — oczywiście — mówili o NIEJ. O miłości. Przypomniała sobie, jak powiedział: „Człowiekowi, który od dawna kocha, trudno się do tego przyznać. Tak boi się odmowy, że nigdy się nie zdecyduje powiedzieć”. Wszystko to przypomniała sobie, wciąż nie otwierając oczu. Promień słońca zsunął się na jej policzki i wreszcie przymusił, aby się obudziła.

Pierwsze co ujrzała — to jego oczy. Zaścielały cały horyzont, a nawet — zdawało się — cały świat. Te promienne oczy wlewały się w jej duszę ciepłym światłem i rozgrzewały od wewnątrz, i poiły czymś, co powinno zaraz rozkwitać. Otwarte oczy patrzyły na siebie wzajemnie, a w każdym ze spojrzeń chował się wszechświat.

Delikatnie pocałował jej gorące usta. I przyznał się do swej miłości bez słów, bez muzyki, bez śpiewu słowików.

Nokturn Debussy’ego

Noc… Dla niego to właśnie nocą obnażają się i wyostrzają wszystkie uczucia. W ciągu dnia giną w gonitwie pilnych spraw, obowiązków, zgiełku… Dla jego marzeń i uczuć, dla duchowego wyzwolenia jest tylko noc. I dla wspominania…

Tej nocy leżał sam, słuchał nokturnu Debussy’ego i szukał wyrażenia najlepiej oddającego obraz ukochanej. Szukał — i znalazł: drgania emocji.

— Tak, to właśnie jest to — uznał. — Drgania emocji we wszystkich odmianach.

Przypomniał sobie niewielkie drgania jej rzęs po obudzeniu się, drżenie jej warg wpółotwartych do pocałunku. „Ach! Te płatki róży!”… Zamknął oczy i kontynuował listę: migoczące błękitem żyłki pod przezroczystą cienką skórą na szyi, ledwo zauważalne huśtanie klatki piersiowej przy najmniejszych pieszczotach, drżenie palców muskających jego usta… Wspominając i znów przeżywając swoje dawne uczucia, westchnął.

Jakim cudem mogliby się rozstać?! To niemożliwe!

Wykręcił numer i usłyszał jej niepowtarzalne… drżenie:

— Słucham…

— Nie obudziłem cię?… Błagam, nie odkładaj słuchawki. Chcę cię widzieć, a gdy nie mogę — chociaż słyszeć… Teraz. I zawsze.

— A ja proszę, abyś nie dzwonił do mnie więcej. Bye!

— Beatko… przepraszam!

— Nie budź moich motyli. Czym je nakarmię? Przecież wszystkie kwiaty zamarzły.

I w słuchawce zapikał sygnał.

Ponownie zadzwonił.

— Słuchaj… A może będziemy w stanie posadzić w ogrodzie nowe kwiaty?

Odpowiedzią była cisza, ale czuł, że ona się uśmiecha…

Rozczochrane myśli

„Kochany! Nic nie znaczy dla mnie więcej… Nic i nikt. Kocham cię, czy rozumiesz? To głos mego serca! Kocham cię! To szept mej duszy. Jesteś częścią każdej mej myśli! Całą sobą lecę ku tobie w mych snach, bo wiem, że czekasz!…

Tak! Choćby w marzeniach chcę tonąć w twych ramionach i słyszeć, jak tłucze się na mych piersiach twe serce… Chcę czuć, jak mieszają się nasze oddechy i jak umieram pod twymi pocałunkami… Chcę, abyś wypowiedział wszystkie zaklęcia, które od dawna śnią w mej duszy i które sprawią, że znów będę tańczyć i marzyć. Chcę, abyś szeptał mi je na uszko gorącymi słowy, abyś zapewniał o szalonych nocach, które są przed nami, o tym jak tęskniłeś, tęsknisz i jak mnie czekasz…

Słyszałam, jak bardzo mnie wzywałeś, gdy leżałam nieszczęśliwa, zniewolona w zimnej pościeli pod żądzami męża, jak mnie potrzebowałeś… To był kolejny zły sen… Przeklinałeś, nienawidziłeś… próbowałeś nienawidzić, ale chwilę potem przyciskałeś mnie całą do siebie, głaskałeś, pieściłeś, kochałeś… Bo wtedy pod postacią męża zjawiłeś się ty, i nie jego ręce mnie dotykały, a twoje, nie jego usta pieściły, a twoje usta… i sen stał się nagle słodki i dobry, i ja z tego snu najchętniej nie obudziłabym się nigdy.

Kochany, czy widzisz, jak nasze serca i dusze lgną do siebie? Czy kiedyś przyjedziesz po mnie? Przyjedź kiedyś, proszę! Wciąż na ciebie czekam”…

Katarzyna na minutę zamyśliła się, westchnęła, spojrzała ze smutkiem w drzwi prowadzące do sypialni i… nacisnęła „Delete”. I znów, i po raz kolejny email nie został wysłany. Ileż już było tych „razów kolejnych?”. Nie pamięta…

Podeszła do okna, spojrzała w zamyśleniu na mroczne niebo. Westchnęła cicho…

— Kasiu, kochanie, co ty tam jeszcze robisz? — zawołał z sypialni Witek. — Chodźże już wreszcie, jak długo mam na ciebie czekać?

Jeden, jedyny raz

Nigdy nikogo tak nie kochała, jak jego — w rzeczywistości całkiem obcego człowieka.

Uwielbiała go, podziwiała, ale nie rozpuszczała się w nim jak okruszek cukru, nie była zazdrosna, nie przyrównywała się do innych jego kobiet, nie złorzeczyła, dając mu prawo postępowania z nimi, jak tylko będzie to dla niego wygodne. Jako nietuzinkowy, a jednocześnie bardzo zwyczajny człowiek — może żyć innym, cudowniejszym od niej życiem. Wie o tym i godzi się na to. Dla niej wystarczą jego słowa, jego myśli, wystarczy dla niej, jak uczy ją śmiechu, miłości do ludzi, jak skłania do zadumy, a czasem nawet jak przysparza łez.

Był szczerym jak dziecko, żartobliwym awanturnikiem, zarażał swym dowcipem, zawsze raził dosadnymi słowy, prowokował i… błyszczał. Było czego się od niego uczyć i ona — uczyła się. Nie konkurowała, ale patrzyła na niego, jak uczeń na mistrza.

Zachorowała nagle.

Przecież choroba miłości zawsze przychodzi znikąd i nagle, i nigdy nie pyta o pozwolenie.

I przyszła do niej miłość, przyszła jak muzyka, jak Szopenowski nokturn, oddech wiatru wiosną, jak choroba.

I zachorowała. Ale jemu nigdy się do swej przypadłości nie przyzna. Nie da nawet po sobie poznać. Dlaczego? — Bo przecież w jej realnym życiu ON nie zaistniał i nie zaistnieje nigdy! Jest tylko jej wirtualnym, bliźniaczym sercem. I takim pozostanie. Ona przez swoje życie pójdzie swą drogą, tak jak i on w swą własną drogę — już dawno, już bardzo dawno temu wyruszył bez niej.

Wie, że ta choroba tak szybko nie mija. Być może nie minie nigdy. Być może ten ból pozostanie z nią na zawsze. Jedynym, czego pragnie i czego nigdy mu nie powie — to tylko to jedno, że chciałaby na siebie wziąć cząstkę jego smutku, krztynę jego cierpienia, garstkę jego radości i szczęścia.

I że chciałaby go objąć raz, ten jeden, jedyny w życiu raz, i pocałować namiętnie, czule i delikatnie przytulić.

A potem… Raz. Ten jeden, jedyny w życiu raz być jego…

Rozstanie

Był wietrzny jesienny wieczór, jeden z tych, jaki zwykle przychodzi przed ulewnymi deszczami. Wiatr, niedbale zrywając ostatnie listowie miejskich drzew, zawiewał nim po balkonach i asfalcie. Liść za liściem uderzał w przechodniów, jakby zapraszał do berka. A potem krążyły po ziemi w wesołym korowodzie, mieniąc się różnokolorowymi barwami i falistymi formami. Zapraszając do chocholego tańca, wypełniały miasto szelestem swych liściastych sukienek.

I pod szybą jej okna przylgnął żółty, samotny listek, odrywając ją od smutnych myśli.

Jak postąpić z Bartusem? W zasadzie przywykła już do jego dziwactw i aż do przesady pogodnego usposobienia, do jego niespodziewanych odwiedzin i namiętnych chwil. Ale z czasem coraz wyraźniej dostrzegała w jego oczach chłód obojętności. A i on sam coraz ostrożniej formułował zdania, coraz rzadziej przychodził. Jego pragnienie, aby mieszkać razem z nią i jej małym synkiem w jej niewielkim komunalnym mieszkaniu, coraz bardziej napawało go strachem. Z jednej strony: obietnice wspólnego życia, słowa o wielkiej miłości, z drugiej — żadnych działań dla ich potwierdzenia. Była zmęczona tym wszystkim. A ona tak bardzo chciała wspólnych wyjazdów, wypadów, chciała stworzyć rodzinę, by wspólnie troszczyć się o każdego. Nawet synek na swój dziecięcy sposób rozumiał coraz bardziej, że jest dla Wacława kimś obcym.

Wzięła telefon, wybrała numer. Nie odezwał się od razu, potem powiedział, że jest bardzo zajęty. Oddzwoni. Uśmiechnąwszy się, zaczęła obracać telefonem w ręce i patrzeć na tańczące liście za oknem. Słysząc jego dzwonek, wzdrygnęła się:

— Czego chcesz? Mów szybko. Coś się stało?

— Nie. Wszystko w porządku. Przyjedziesz dzisiaj?

— Nie wiem, możliwe… Dobra! Ale nie na długo. Za godzinę…

Nie była w stanie czekać w mieszkaniu, wyguzdrała się na dwór. Podjechał, wyszedł z auta, objął ją po chwacku, niedbale cmoknął w usta:

— Co jest?

— Nic specjalnego.

— Więc?…

Chwilę stała, milcząc.

— Musimy się rozstać… To wszystko. Po prostu wiem, że nie uczynisz mnie szczęśliwą. Przykro mi.

Stali w ciemnym zaułku, już nie w objęciach, oboje patrząc na własne stopy. Liście krążyły wokół nich w tanecznym korowodzie i w żaden sposób nie zdołały uprosić tych dwojga w swój żywiołowy jesienno-liściasty ostatni taniec.

Miłość po siódmym kliknięciu

Ona

Jak mam wiedzieć, jakim jesteś naprawdę? Próbuję twego smaku. Jesteś podobny do drogiego szampana. Lekki, musujący, odurzający, mocny. Piję cię i wciąż nie mogę się nasycić.

Och! A niby czemu się nie upić?…

Wsłuchuję się w ciebie, jak w nostalgiczny wiolonczelowy nokturn. Próbuję uchwycić temat, ale ty tak wspaniale improwizujesz! Nie pogub się w tych niezliczonych wariacjach, mój maestro…

Okładam się tobą, jak puchowym kocykiem. Jesteś miękki, delikatny, ciepły, przytulny. Otaczasz mnie, jak kokon. W końcu uważaj! Bo rozpuszczę się w tobie ostatecznie…

Idę po tobie jak po cienkim lodzie. Stąpam ostrożnie, niemal nie czując wagi ciała.

Och! Oby tylko nie poślizgnąć się i nie upaść! To w najlepszym przypadku. A co się stanie, jeśli lód pęknie?

Dobrze. Starczy już tych nieoczywistych „a jeśli”, „a co, gdy…”. Rozbiegnę się i wskoczę w ciebie jak do basenu, od razu na główkę.

I niech się dzieje, co chce! Bez względu na to, co zgotuje los.

Jesteśmy tylko ty i ja! Wszystko inne nie ma znaczenia.

Kocham Cię, mój Panie!

ON

Moja maleńka, egzaltowana dziewczynko! Ale jesteś zabawna! Czasem pleciesz prawie androny. Porównujesz mnie do puchowego kocyka, mówisz, że musisz czytać między wierszami. Dziecko moje, od takiej przenikliwości do migreny ledwie promyk!

Moja słodziutka, jesteś podobna do karmelka. Próbując rozgryźć — łamię ząb. Zacznę rozpuszczać — a całe usta zapełniają się słodką, lepką substancją. I nie wiadomo, co lepiej: połknąć? Wyssać? Zlizać?

Mój Bursztynku! Starasz się być co rusz inną: to bardzo śmiałą, to namiętną, to mądrą, to śmieszną, to sarkastyczną, to niegrzeczną…

Ale… moja dziewczynko! Jestem już w wieku, w którym nie grywa się w gierki dla nastolatków. Wiem, miłość nie liczy lat. Ale wiem też, że wiem, czego chcę. I uwierz: nie warto marnować światła podczas księżycowej nocy…

Sto razy zadawałem sobie pytanie: „Potrzebuję tego?”. I… nigdy nie potrafiłem znaleźć przeczącej odpowiedzi. Jest w Tobie coś, co wprawia mnie w zachwyt, co zniewala. Co przyciąga… I uchwyciłem się tego czegoś i za nic w świecie nie puszczę!… I nie obchodzi mnie, co to jest! Żyje się raz…

I niech się dzieje, co chce! Bez względu na to, co zgotuje nam los.

Jesteś tylko ty i ja. Wszystko inne nie ma znaczenia.

Kocham Cię, moja dziewczynko!

Mężczyzna z gitarą

Całkiem sympatyczny mężczyzna… z gitarą! A jakie ma oczy i dłonie… O! Spojrzał na mnie… jeszcze raz…

*

— Och, jakie piękne kwiaty! To dla mnie? Nie spodziewam się… Tak, niedaleko stąd mieszkam…

Do widzenia!

— No, witaj! Pracujesz gdzieś tutaj? Czekasz na mnie? No to jestem… Tak. Z chęcią pójdę na spacer… Nie, nie wypada… Nie trzeba… Dobrze, jutro wcześniej wyjdę z pracy… Do widzenia, dziękuję, że odprowadziłeś…

— Och, kwiaty! Skąd ty je bierzesz? Klomb jakiś obdarłeś? Jasne, żart. Chodźmy na spacer…

Oj, nie, nie na rękach! Sama dojdę…

Co powiedziałeś? Żartujesz?… Nie żartujesz? Kochasz?… Nie wiem… Od razu mi się spodobałeś, ale miłość — to takie odpowiedzialne słowo… Dziękuję, że odprowadziłeś… Do następnego spotkania…

— No, domyślam się, dla mnie… Nie? A dla kogo?… Dla mamy? Chcesz mnie jej przedstawić?…

Oczywiście, nie mam nic przeciw — tylko nie jestem ubrana pod taką okazję…

— Och, kwiaty! Róże! To nie dla mnie? A dla kogo?… Mamy?… Mojej? A po co?… Jak to swatać? Mnie?…

Ja nie jestem jeszcze gotowa… To takie odpowiedzialne… No, tak… Podobasz mi się… Bardzo… Jeżeli nie podobałbyś się, nie chodziłabym z tobą…

Mamo! Ja jeszcze nie powiedziałam „tak”! Cóż, wiem — facet przystojny i robotny, i z głową nie od parady…

Oczywiście, podoba mi się… kocham… ale do końca życia?!… Dobrze, zgodzę się!…

— Dziękuję za kwiaty… I …zgadzam się….

— Tak… Tak… Dziękuję… Dziękuję… Goście tamtym busikiem, a my w niebieskim…

Tak, kochany! Oczywiście, jestem szczęśliwa.

— Znowu oglądasz TV! Znów brzdąkasz na gitarze? A kto mi pomoże? Ja też jestem zmęczona — i ja pracuję…

Zawsze jesteś zajęty i nie masz ani czasu, ani sił…

Kiedy ostatni raz gdzieś wyszliśmy? A urlop? Zmęczyłam się twoimi pretensjami! Gotuję, myję, ścieram, przygotowuję i żadnej z twej strony wdzięczności?! Cały dom na mojej głowie — i dziecko też!

— Po co wtedy podszedłeś do mnie z tą gitarą? Nie musiałabym teraz tyle cierpieć!

Jak to jedziesz na urlop?! A ja?! To nie okay!

— Jaki rozwód?! Jaka inna?! W czym jest lepsza ode mnie?! Młodsza? Ach, nie? Co u niej takiego, czego nie ma u mnie? Ach, ona jest po prostu inna?! I już mnie zdradziłeś?

Już pół roku?! A dlaczego dowiaduję się dopiero teraz?

— Tak, zgadzam się… Nie, nie zamierzam… Tak, nasz syn jest już duży…

*

— No, oto i znów wolność! Pójść na tańce czy nie pójść? Sto lat nie byłam… Tak — ubranie, pantofle…

O! Jaki mężczyzna kryje się pod ścianą! Sympatyczny… Trzeba zaprosić na biały taniec…

— Witaj, mam na imię Irena. Może zatańczymy?…

Koloryt samotności

Noworoczna zabawa w restauracji. Kilka kwadransów przed północą.

Wszystkie stoliki w lokalu były już zajęte albo „zarezerwowane”. Obok tego, przy którym gościł z przyjaciółmi, siedziała ona — samotna, bardzo piękna kobieta. Wydawało mu się, że skądś ją zna… Tak! Już kojarzy: to „ybj” — znana w środowisku warszawskich kinomaniaków i pasjonatów dobrej literatury youtuberka. Widywał ją wielokrotnie na rożnych forach i portalach internetowych, gdzie na fotkach zawsze była uwieczniana w kolorach przygaszonych fioletów, granatów i wieczorowej czerni. Także i teraz, w noworoczne święto, nie była ubrana w żadną jaskrawą, gorącą, sylwestrową kreację — jak wszystkie na sali panie — a w elegancki, acz skromny ciemnogranatowy kostium; pod nim — w prostą ciemną bluzkę z wielkim półokrągłym dekoltem. Siedziała samotnie przy małym stoliku i powoli sącząc wino z czerwonego kieliszka, z sentymentalnym uśmiechem obserwowała roztańczone pary.

Pierwsze hausty etanolu zdążyły już wyłączyć w jego głowie hamulce, dlatego z nietypową dla siebie odwagą odwrócił w kierunku pięknej nieznajomej krzesło i po chwili siedział prawie tuż przy niej.

— Może dolać wina? — zapytał, aby jakoś zacząć rozmowę.

— Dziękuję, mam jeszcze — odwróciła się do niego i marszcząc oczy, starała się poprzez oślepiające reflektory zajrzeć mu w twarz.

Trochę go to peszyło, ale trzymając fason i jakby dla podkręcenia kurażu, bezzwłocznie zaproponował:

— Może pójdziemy zatańczyć?

— Dziękuję. Już z kimś tańczę.

Prawdopodobnie dojrzała na jego twarzy wyraz zakłopotania i niezrozumienia, gdyż po chwili dodała:

— Tańczę z nim w moich myślach. A do tego — niekoniecznie przecież muszę wychodzić na parkiet.

— Nie rozumiem… Tu, przy stoliku, nikogo więcej oprócz nas nie ma! — próbował naprędce sklecić coś logicznego.

— On też tańczy ze mną — uśmiechnęła się tym samym sentymentalnym uśmiechem. — Daleko, na Wyspach. Wiele kilometrów stąd.

— Nie przyjechał… — podsumował. Czuł się nieswojo. Chcąc zapanować nad sytuacją, wziął kawałek pieczywa z koszyczka.

— Nie mógł przyjechać. Ma żonę, rodzinę. On tam mieszka — wyjaśniła.

Odwróciła się i spojrzawszy na tancerzy, podniosła do ust kieliszek, w którego kryształowych lusterkach rozhuśtały się blaski wirujących postaci i lamp. W tej krótkiej chwili, ośmielony półmrokiem, z niespodziewaną dla samego siebie poufałością zapytał:

— Skoro jest żonaty i daleko stąd, na Wyspach, to czemu pani tu na niego czeka? Po co samotnie czekać na żonatego, i to w taką noc?

Oderwała szkło od warg, na których kropla wina błyszczała jak czarny agat. Jej oczy roziskrzyły się, harmonizując z czernią wina i szkłem kryształu. Spojrzała na niego ze współczuciem, jak na bezduszną istotę.

— To nie przeszkadza mi go kochać. Uniemożliwia mi tylko być z nim wszędzie i zawsze…

Dochodziła pomału dwunasta. Musiał wracać. Przeprosiwszy więc piękną nieznajomą, udał się z powrotem do przyjaciół. Ale nie chciało mu się już tańczyć. Chciał usiąść w rogu sali i zwyczajnie posiedzieć w refleksyjnym wyciszeniu. Nie udało się. Ktoś z nich nagle chwycił go za rękę i z nieznoszącą sprzeciwu determinacją zaciągnął do centrum ludzkiego morza, w którym po chwili wszyscy entuzjastycznie zaczęli wznosić okrzyki i skandować: „Szczęśliwego nowego roku! Pomyślności!”.

…Ledwie zdążył wymienić się z przyjaciółmi pierwszymi noworocznymi życzeniami — a już coś pchało go i kazało podbiec do… jej stolika. Z dudniącym sercem przedzierał się przez tłum wiwatujących.

Na próżno! Z daleka już dostrzegł — stolik był pusty…

Wizja

Poznali się zwyczajnie. Wieczorem. W jednym z miejskich barów. Ich spojrzenia skrzyżowały się.

Zaiskrzyło. On — postawił jej kieliszek wina. Ona — na serwetce napisała mu swój numer telefonu. A potem przez całą noc operatorzy sieci komórkowych przekazywali w poprzek miasta SMS-y dwóch ledwie znających się osób.

Następnego dnia umówili się na kolację w restauracji na Starówce. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Zaprosił ją do kina. W tylnym rzędzie, przy akompaniamencie rozdzierających serce krzyków tuzinkowego horroru, całowali się jak gimnazjaliści. Kontynuowali w domu, u niego…

Nie wystarczyło im. Każdej nocy wracali do siebie, nie narzucając się, nie naruszając swych praw do wolności. On sam zaczął tęsknić za zapachem jej ciała, za ledwie słyszalnym szeptem jej warg, za westchnieniami i za pieprzykiem w kształcie półksiężyca pod prawą łopatką. Ona — za jego pieszczotami, umięśnionym torsem i aromatem perfum. Zaproponował, aby zamieszkali razem. Była zadowolona. Wspólne interesy, wspólni znajomi. Okazało się, że w życiu jest naprawdę wiele rzeczy, którymi można się dzielić.

Odkryli dla siebie nowy świat, otworzyli nowy rozdział w swych życiorysach. Są we dwoje. Rano seks, dwie filiżanki kawy, bieg do pracy; wieczorem „wyjście do ludzi.” A jeszcze można było zostać w domu, wyłączyć telefony i oglądać stare filmy, mlaskając przy popcornie. Albo nie — nawet lepiej: spędzić cały wieczór bez wychodzenia z łóżka. Tak! Tak jest zdecydowanie najlepiej.

Po roku zaproponował jej, aby wzięli ślub. Zgodziła się. Nie uważał, że pieczęć w dokumentach cokolwiek zmieni w ich relacjach, ale… Po prosu, chciał jej ofiarować święto.

Zakupy, urząd stanu cywilnego, limuzyna, pijani goście, draka, zanieczyszczona szampanem suknia ślubna i garnitur, dwie obrączki oznaczające zjednoczenie serc. I tuzinkowe bla, bla, bla weselników… Było jej dobrze. A to najważniejsze.

„Będziemy mieli dziecko!”. Był zachwycony, ale potem się przestraszył. Czy jest na to gotowy? Nie, wszystko jest w porządku, oczywiście, jest gotowy. Dziecko — to cudownie! Teraz będzie ich trójka!

Konflikt krwi. Wahania nastroju. Czytał o tej przypadłości w książkach. Przygotowywał się. Ale figa z tego. Nikt nie daje wiarygodnej rady, jak pomóc, gdy od dwóch godzin żona zalewa się łzami w łazience. Nic, nic. I to przeszło.

„Ma pan syna, 51 cm, waga 3500!”. Wow! To jest wiadomość! Był dumny, chwaląc się znajomym swym potomkiem.

Przez pierwszy miesiąc bardzo bał się podchodzić do dziecka. Takie małe, cienkie rączki, nóżki — jak u żaby. Żadnych ojcowskich uczuć. Trzy miesiące później, kiedy jego syn po raz pierwszy się uśmiechnął, zrozumiał, że w jego sercu pojawiło się „nowe”, nieznane mu wcześniej uczucie, któremu na imię „Ojcowska miłość”.

Pierwsze kroki, pierwsze słowo — oczywiście „mama” — pierwsze łzy, pierwsze zabawki, pierwsi przyjaciele, pierwsza klasa. Nie miał czasu, aby spojrzeć wstecz, jak minęły te pierwsze lata. I oto prowadzi syna do szkoły z plecakiem i ogromnym bukietem jesiennych astrów. Dla pani nauczycielki.

„Kryzys siedmiu lat”, tak to się chyba nazywa. Cóż, a może sam wymyślił sobie pretekst. Wszystko jedno. Byt połykał ich miłość. Nie wie, co jeszcze powiedzieć. Żona, syn, praca, przyjaciele — zamknięte koło. Tak dobrze funkcjonujące, że aż ckliwie.

I zachciało się wstrząsu. Blond Anetka z sąsiedniego wydziału zdywersyfikowała szarość jego dni… Żadne tam z niej cudo. Szybko, szybko w jakiś tanim hotelu, na starym od szarości prześcieradle, szybko, jakby ich podglądano. Po wszystkim — żadnej przyjemności. Głębokie poczucie winy. Kupił żonie zestaw biżuterii: pierścionek i kolczyki. Taka forma rekompensaty i odreagowywanie chandry. Była zaskoczona, ale seks wieczorem był jak za najlepszych dni.

„Zrujnowałeś mi życie!”. Latały kubki, talerze, łyżki i różne inne. Rozeszli się. Dorosły syn mieszkał już oddzielnie, a innych wspólnych interesów nie było. W piątej dekadzie życia stali się zupełnie obcymi sobie ludźmi. Umierał samotnie w swoim samodzielnym mieszkaniu. Nie było nikogo, kto mógłby pomóc. Syn wyjechał za granicę, a blond Anetka, z którą mieszkał przez ostatnie lata, zmarła rok wcześniej. Na raka. Ręka uniosła się po szklankę stojącą na nocnym stoliku obok łóżka i upadła bezwładnie…

*

Otrząsnąwszy się z wizji swego przyszłego życia, którą wymalowała mu bogata wyobraźnia, dopił spokojnie zawartość swojej szklaneczki i wyszedł z baru. Dziewczyna, w której oczy tak długo się wpatrywał — wzruszyła ramionami i kontynuowała przerwaną rozmowę z przyjaciółką. Ona — ze znamieniem w kształcie półksiężyca na swej prawej łopatce — wciąż czeka na swą życiową połówkę, i kto wie, może jutro wejdzie wreszcie do tego baru ten wyczekiwany On — i nie tylko skrzyżują spojrzenia?

Bukiet żółtych róż

Irena, czterdziestoletnia rozwódka, sprzedawczyni w sklepie z meblami, ledwie zjawiła się w pracy i nie zdążyła jeszcze nawet przywdziać firmowego uniformu, gdy do sklepu wszedł kurier z kwiaciarni, wypowiadając jej imię i nazwisko. Spojrzała na niego pytająco.

— Bukiet kwiatów z dostawą do rąk własnych — poinformował. — Proszę tu pokwitować.

Pokwitowała. Wzięła do rąk duży bukiet żółtych róż, w którego środku w małej kopertce znalazła ręcznie skreśloną karteczkę: „Czekam na ciebie o 14:00 w restauracji «Kogucik». Przyjdź z tym z bukietem”.

Dzisiejszy ranek dla sprzedawczyni mebli nie był szczególny. Po licznych bezsennych nocach spędzonych w zimnym łóżku, wstała z bólem głowy. Ona, kobieta po rozwodzie, wiele lat temu urodziła „dla siebie” i odchowała córkę, i teraz znów jest w życiu sama. Od ponad roku ma jednak kochanka — sześćdziesięcioletniego mężczyznę. Spotykają się od dłuższego czasu. Ostatni raz było to trochę mniej niż miesiąc temu.

Zwykle umawiali się w kawiarni „Kogucik”, potem najmowali pokój „na godziny”. Ona — ofiarowywała mu miłość i pozwalała, aby realizował swe seksualne fantazje i zachcianki. Wierzyła, że kiedyś odejdzie od żony emerytki i ożeni się z nią — „przecież dużo młodszą i wciąż kobietą z temperamentem”. Była pewna, że będą żyli ze sobą długo i szczęśliwie.

„On — stateczny mężczyzna. Odchowane, dorosłe dzieci. Żona pewnikiem mu się znudziła i dlatego szuka seksu na boku… Co tu się dziwić? Po ponad trzydziestu latach żona, wiadomo, jest jak do cna przeczytana książka. Już powinno się ją odłożyć na półkę i zapomnieć” — rozmyślała.

Kochanek nigdy niczego nie obiecywał. Był wstrzemięźliwy w słowach. Oczekiwał seksu, dostawał go i niczego więcej nie było mu trzeba. Czasami tylko jakaś kolacja w kawiarni, bukiecik kwiatów. Szczególnie, gdy żona wyjeżdżała do sanatorium. Wówczas ona — Irena — za każdym razem czuła, że może to już jest ten dzień, dzień, w którym on — oświadczy się i podaruje jej pierścionek? Prawiła mu komplementy, jaki z niego „maestro od seksu” i jak bardzo ona go kocha. Być może to właśnie teraz nadeszła ta chwila: bo niby czemu te kwiaty, zaproszenie do kawiarni?…

Przez całe przedpołudnie przed oczyma szczęśliwej kobiety przebiegały obrazki rajskiego życia. Oto duży dom albo duże mieszkanie, mąż — przynoszący co miesiąc dużą pensję. Wieczorami — wizyty w restauracjach. Ona już nie pracuje w sklepie meblowym. Nie musi. Mości i pielęgnuje ich wspólne domowe gniazdko. Czeka na niego w szlafroczku, gdy wraca z pracy. Chce, aby od razu mógł realizować z nią swe seksualne zachcianki. Czuje, że jest przez niego bardzo kochana, więc nie dziwi się, że stale obdarowuje ją prezentami. Chce futro z błękitnych norek? Proszę bardzo! Mąż natychmiast kupuje. Chce pierścionek z brylantem — już jest!

*

W porze lunchu biegnie z zadyszką do restauracji. Przy stolikach trochę narodu. U wejścia do lokalu czeka kelner. Prowadzi ją do konkretnego stolika. Przy stoliku — przystojny mężczyzna i… towarzysząca mu starsza kobieta. Przystojny mężczyzna to jej — Ireny — kochanek. Wstał na powitanie i niepostrzeżenie dla towarzyszki cicho szepnął kochance do ucha:

— Dobrze, że się nie spóźniłaś.

Wziął bukiet z jej rąk, następnie wyjął z kieszeni duże, aksamitne pudełeczko, mówiąc:

— To dla ciebie! Najbardziej eleganckiej i inteligentnej kobiety! — i podał pudełeczko niemłodej damie, towarzyszce zza stolika.

Szykownie ubrana pani wstała. Miała na sobie bardzo drogą suknię, modnie uczesane włosy, manicure — z bajowymi motywami. Irena nieśmiało patrzyła na kobietę, jak brała aksamitne pudełeczko. Podniosła oczy i dopiero teraz rozpoznała w tej osobie żonę swego kochanka. Nogi się pod nią ugięły, czuła, jak blednie jej twarz, jak po plecach zaczynają spływać zimne strużki potu.

— A kto to jest? — niedbale zapytała starsza dama, kierując wzrok w stronę Ireny.

— To kobieta z kwiaciarni, kurier — wyjaśnił kochanek swej żonie.

Dystyngowana pani zerkając na Irenę, otworzyła pudełeczko z naszyjnikiem.

— Boże, ale piękny! Ależ ty, mój mężu, jesteś dla mnie hojny! — I ponownie zerkając na Irenę, dodała: — On tak zawsze zasypuje mnie prezentami.

Irena stała „jak pomnik”, nie będąc w stanie ruszyć nawet powieką. Szara twarz, okrągłe ze zdziwienia oczy, otwarte w zdumieniu usta.

— Tak, pani… mąż… bardzo panią… k… ocha, — nieoczekiwanie wydukała, jakby cudzym głosem.

— Dziękujemy za bukiet — powiedział mężczyzna, zwracając się do Ireny. — I zaraz cicho dopowiedział: — Możesz już iść!

Kobieta powoli, na nogach jak z waty, wykaraskała się w końcu z kawiarni.

Już gdy była na zewnątrz lokalu, zatrzymała się przy oknie i patrzyła na kochanka, jak stojąc obok swej żony, zapina naszyjnik, całując delikatnie dystyngowaną damę po szyi. Nogi miękły jej coraz bardziej, w oczach pojawiły się kłaczki… Osunęła się bezwładnie na ziemię.

Mam na imię… Asia!

Dlaczego biegła boso po gorącym asfalcie, rozczochrana, z gołą głową, ze łzami w oczach? — nie wiem. Jakby doganiała go i nie mogła dogonić. On jest daleko. Od dawna. Ma swoje życie i trudno będzie mu wrócić. Wokół tłoczyli się ludzie. Wszyscy patrzyli na nią, tymi szczególnymi spojrzeniami zdrowych, sytych, zaskoczonych przechodniów, jakimi się patrzy na kobietę obłąkaną. Osądzali. „Na pewno pijana” — mruknął ktoś. I w tym momencie na pewno poczuła niewymowny wstyd. Ona przecież nigdy nie piła. Nawet napojów niskoalkoholowych. Było jej po nich źle. Tamci — wieczorem będą opowiadać sobie o niej nawzajem w swych sypialniach. A ona i tak będzie musiała wrócić do domu. Wytrzeć łzy i po raz kolejny stać się taką, jak oni. Czystą, zadbaną, z pokaźnym dorobkiem życiowym.

Trzy lata później ujrzałem jej zdjęcie na Facebooku. Miała na sobie piękny biały kapelusz, podkreślający jej delikatne południowe rysy. I suknię w kolorze écru. Jako panna młoda chciała mieć swój styl. Obok stał przystojny mężczyzna w garniturze pana młodego. Potem na świat przyszedł ich mały synek.

W zeszłym roku rozmawialiśmy przez telefon. Sama do mnie zadzwoniła. Miała smutny głos. Jeszcze żywy, ale niewątpliwie charakterystyczny dla kogoś, kto jest zmęczony życiem. Jej mąż wyjechał z Polski. Nie odzywa się. Nie chce.

*

Założyła profil na portalu randkowym. Próbowała umówić się na spotkanie. Z kimkolwiek.

„Witaj! To zdjęcie nie jest moje. Ja w ogóle pierwszy raz jestem na takim portalu z nadzieją spotkania kogoś i przeżycia burzliwej nocy…” — przykładowo, taki tekst otrzymał jej pierwszy, podobnie jak ona sfrustrowany, kochanek. Był zaskoczony i trochę zaintrygowany. Dziewczyna bez fotografii oferuje mu seks, bezpłatnie, incognito? Dziwne… Trochę się wystraszył. Zaproponował więc rozmowę przy filiżance kawy. Odmówiła. Wyznaczyła spotkanie pod osłoną nocy w bezpiecznym miejscu, skąd ma ją zabrać. Stała samotnie, zmarznięta i bardzo zalękniona. On przyjechał, podekscytowany, dużo starszy od niej, spojrzał z uznaniem. W milczeniu wsiedli do samochodu.

— Jesteś mężatką? — zapytał.

Nic nie odpowiedziała. Z lekka się uśmiechnął, smutno, i na znak zrozumienia kiwnął głową. Pojechali do jego mieszkania. Gdy klikała szpilkami o próg drzwi windy, rzekła, jakby wyrzucając z siebie niepotrzebne słowa:

— Mój mąż i ja nie jesteśmy ze sobą od wielu miesięcy. Mieszka za granicą.

Na klatkę schodową, dosłownie jakby jakaś ciemnozielona piłka w ciemnozielonym pluszowym szlafroku, wwalcowała się sąsiadka o słusznych kształtach. Pozdrowiła jej towarzysza, a ją samą zmierzyła złośliwym spojrzeniem od stóp do głów. Jakby kąsała. Ona — przytuliła się do niego mocniej. Elektroniczny zamek zapiszczał, drzwi stanęły otworem.

Był silny. Najpierw otumanił ją jego zapach. Przycisnął ją do ściany i wdychał woń jej włosów. Następnie wziął głęboki oddech i rzekł cicho:

— To może chociaż powiedz, jak masz na imię?

Wstydliwie uśmiechnęła się. Dawno postanowiła milczeć, dając w ten sposób schronienie swemu zalęknionemu, a jednocześnie atrakcyjnemu maleńkiemu incognito. Przesunęła dłonią po jego klatce piersiowej. Poczuła bicie jego serca. Potem przycisnęła się do niego całym ciałem, czując i jego, i swe własne podniecenie. Nagle odsunęła się.

— Niestety, nie mogę — powiedziała cicho.

Potem siadła na brzegu kanapy i rozpłakała się. On wciąż stał przy ścianie. Tykał zegar. Czas mijał. Milczeli.

— Nie pomyśl sobie… po prostu ja, no… rozumiesz, po raz pierwszy. Ogólnie jestem przyzwoita. Mam synka. Małego… — Zatrzymała się.

Wydaje się, że powiedziała mu już i tak za dużo.

Wyszedł z pokoju. Usłyszała, jak zabuczał ekspres do kawy. Wrócił i wręczył jej małą filiżankę. Potem zeszli na dół, wsiedli do samochodu.

Padał śnieg. Poprosiła, aby odwiózł ją na drugi koniec miasta. On nie może poznać jej prawdziwego adresu. Wysadził ją. Uścisnął dłoń. Na pożegnanie spojrzała mu w oczy.

— Mam na imię… Asia — z jakiegoś powodu powiedziała. A następnie w duchu przeklęła siebie za to.

Przekręcił kluczyk i odjechał. Wezwała taksówkę.

W domu, tuląc się do kota i swego puchatego misia, spał synek. Oparła się o skraj dziecięcego łóżka i zaczęła płakać. Z jakiegoś powodu pomyślała o mężu, który zapomniał o niej i o dniu, kiedy była bosa, z gołą głową i biegła, aby dogonić tego, z którym nie było jej dane zaznać szczęścia.

Minął tydzień. Telefon milczał. I ten nocny rycerz z portalu też się nie odzywał. Płakała, siedząc przy kuchni, nazywając siebie dziwną i nieszczęśliwą. A potem, nie oszczędzając cieni, podmalowywała oczy, aby pokazać światu swą pozorną normalność.

Robiła sobie zdjęcia. Kryła za rozkwitniętą różą swe piękne smutne szare oczy. Oczy nie były w fokusie. Po co widzowi oczy? Po płatkach róży każdy powinien domyślić się zarysów piękna jej twarzy. Leżała na kanapie i czekała cierpliwie, aż migawka kliknie.

Szczęśliwa kobieta robiła sobie zdjęcia. Gotowa do szczęśliwego życia.

Blogerka o nicku ybj

Nakarmiła już psa, pozmywała po kolacji, obejrzała jeden z kultowych filmów, przeczytała jeszcze jedną i jeszcze następną książkę. Zaraz spisze uzbierane na gorąco wrażenia, umieści na jednym z kilku swych blogów, wrzuci w bezgraniczną przestrzeń internetowego kosmosu… I tak oto upłynie kolejny zimowy wieczór w jej małym, choć przytulnym mieszkaniu. Lubi to, co zwykle wieczorami robi: dobre filmy, pasjonujące lektury, dyskusje z przyjaciółmi na czatach. I pisanie blogów: pierwszego, drugiego, trzeciego — bo ma ich kilka. We wszystkich podobne relacje, refleksje, opisy i niebanalne zdjęcia, które prawie zawsze wykonuje sama.

Czy w takie wieczory doskwiera jej samotność? Chyba nie. Od czasu rozstania z Bartusem przyzwyczaiła się do swojej samotności. Latka lecą — a ona wciąż jednakowo ceni swoją dojrzałą niezależność, swe przeświadczenie doświadczonej wędrowniczki, że podąża drogą właściwą… Czasem jednak nadchodzą takie chwile, w których samotność doskwiera i nuży. Wtedy, jak każda kobieta, pragnie krztyny czyjejś uwagi, kropelki czyjegoś nią zainteresowania, wirtualnej bliskości z kimkolwiek. Ba! Nawet ciepła i realnego kontaktu z inną, bratnią duszą, dla której może i zgodziłaby się na więcej niż krótkie życie samotnego kolorowego motyla?

A od czego jest Internet? Oczywiście nie ma złudzeń: i Facebook, i wszelkie inne portale społecznościowe — poza całym ich dobrodziejstwem — to także podstępne pułapki czyhające na czyjąś prywatność, a nawet intymne sekrety. Ale dobrze zna panujące w tym świecie reguły. Umie się w nim sprawnie poruszać. Może więc wreszcie odważy się, otworzy na nowe kontakty, zaryzykuje? „Nie! Jeszcze nie” — podpowiadają przeczucia. „Ale zaraz — przeciwstawia się drugie ja — jeśli jeszcze nie, to kiedy?”.

„…Wyimaginowana przestrzeń, gdzie istnieje możliwość nałożenia maski, gdzie mogę unikać dotyku, spojrzenia i gdzie w każdej chwili mogę kliknąć krzyżyk w górnym rogu ekranu, by wrócić do rzeczywistości — to w sumie bezpieczne miejsce” — tłumaczyła się sama przed sobą.

Nie przekonuje się dłużej. Zasiada do laptopa.

I oto pstrokaty, kolorowy wirtualny świat jest już na wyciągnięcie ręki. Każdy kierowany do niej komunikat odbiera z uśmiechem, choć czasem wykrzywia usta w grymasie skrajnego obrzydzenia. Ale nic to. Przecież wie: życie nie polega na wyczekiwaniu, aż ustanie deszcz. Bo i w czasie deszczu można tańczyć. A ona zawsze chciała zatańczyć kiedyś w deszczu. Może dlatego, że na zwykłych parkietach bywała bardzo, bardzo rzadko. Żaden grymas jej nie zniechęci. Dlatego siedzi przed monitorem, leniwie sączy mocną kawę, ocenia anonse, fotografie mężczyzn i z nadzieją czeka na „coś dalej”.

W tle cicho rozbrzmiewa ukochany Rachmaninow. Jego muzyka jest zawsze jak balsam dla jej serca i duszy. Wsłuchuje się mimowolnie w dźwięki, nuci ulubione motywy… przewija stronice ekranu.

Jest! Kolejna zaczepka! Mężczyzna, na szczęście nie dureń, a nawet gramotny. Marek2812. Nick jak nick; anons jak anons, podobny do innych, i tylko to miasto jakieś takie śmieszne: Stare Babki (już sama nazwa budzi skojarzenie: mieszkają tam same stare babki?). Odpowiedziała. Przyjęła zaproszenie na priva.

„Uwielbiam niewinne flirty — pisze marek2812. — Mam nadzieję, Ty też?… I mała przygoda, przecież to nic złego! To tylko fajny sposób na wnoszenie do życia odrobiny świeżości, upiększanie szarości dnia, wyczekiwania kolejnych wiadomości, otrzymywanie od życia więcej, niż się oczekiwało. Lubisz to? Ja bardzo. I bardzo tego pragnę. Dość mam samotności w sieci! Dość rozmów przez szklaną kurtynę ekranu. Podniesiesz ją razem ze mną?”.

„…”.

„…Wiesz? Ja pragnę relacji na równych zasadach. Mogę Ci to obiecać. Niezobowiązujący seks także. Czemu nie? Lubię długie pieszczoty. Jestem w tym dobry… Może dasz się zaprosić na kawę? Ybj! Jak masz właściwie na imię? Chcesz, mogę nawet do ciebie zaraz przyjechać… Hej! Ybj, jesteś tam jeszcze?…”.

Trzasnęła pokrywą laptopa. Kolejna rozmowa, którą urwała. Nie, nie będzie następnej. Ma dość.

Tuż przed północą w jej domu zapanowała idealna cisza. Zagłębiając się w ramionach fotela, trzymając w obu dłoniach filiżankę kawy (jakby rozgrzewała od niej dłonie), jeszcze raz w myślach odtwarzała całą rozmowę. Próbuje zrozumieć, co tak nagle wrogo ją do niego nastawiło, czym się najbardziej zniechęciła. „Odpowiedzi na pytania. O tak! On nie lubił odpowiadać. Zamiast odpowiedzi nieustannie nadawał o swych odczuciach, refleksjach, zwierzeniach. Ciekawe, za jak bardzo inteligentnego uważał samego siebie?”.

Próbując sobie to uzmysłowić — zamknęła oczy. Zawsze jej to pomagało. Trzeba sobie wyobrazić obraz człowieka, z którym się obcuje, zawierzyć intuicji, wyłączyć myśli. Teraz także pomogło. Coś zaskoczyło i obraz zaczął się składać w calość.

„…Jego życie osobiste! Tak — jego życie osobiste było zasłonięte, wszystko, co dotykało jego realnego świata, było zaparowane, szczelnie zakryte. On nie dla niej, on sam dla siebie chciał pisać bajkę, malując tęczę na szarości swego codziennego życia. Był podobny do dziwnego łowcy motyli. Wystarczy wyobrazić sobie człowieka z białą siatką, pochylonego nad kolejnym motylem, badającego rysunek jego skrzydeł, rozmiar, kolor i zagięcia, szukającego defektów lub idealnych fragmentów potwierdzonych testami. Każda jego wypowiedź przemieniała się w egzamin, to on oceniał, na ile kolejny motyl jest cennym, albo czy może nie jest nazbyt banalnym okazem dla jego kolekcji”.

„…Ciekawe, czy się zastanawiał, jakiego uszczerbku doznają skrzydła motyla po kontakcie z jego kokonową siatką?”.

Mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Od takiej niewiedzy tchnie chłodem. Trudno obdarzać ciepłem kogoś, komu służysz jedynie jako upiększenie wieczoru. Być inteligentnym rozmówcą bez prawa głosu albo pionkiem przy wirtualnym królu i mieć świadomość, że ktoś szuka zadry w twej duszy albo rany — czy jest coś, co mogłoby bardziej zniechęcić?

„Tak… Oto i on — świat wirtualny, ludzie w maskach, ludzie bez twarzy na fotkach w szczęśliwym uśmiechu… Szkoda że widzi się tylko tę jedną, fasadową stronę fotografii. Bo ta niewidzialna chowa dużo więcej, niźli wszystkie znamiona na policzku…”. Przerwała rozmyślania. Rozścieliła wersalkę.

„Pewnego dnia może mu się poszczęści i wprowadzi w życie swoją przypowieść o samotności w sieci i znajdzie idealnego motyla” — rozmyślała, zasypiając w pustym łóżku. „I ja kiedyś znajdę, i mnie kiedyś będzie lepiej. Wystarczy zaczekać na drugiego Bartusa…”.

„A jeśli lepiej być nie może?” — spytało jej drugie ja…

Dominika i rockman Bartus

To nie był udany dla Bartusa start dnia. Jeszcze nim wygramolił się ze swej czynszowej nory, schodzona skórzana kamizelka porwała się wzdłuż kilku szwów i we wszystkich kierunkach naraz. W przeddzień ostro „zaimprezował” i o mały włos przespałby wieczorny koncert w „Koguciku”. W autobusie miejskim dostał poważnych mdłości, musiał się dramatycznie powstrzymywać przed zwymiotowaniem. Walcząc z dolegliwością, niemal przejechał przystanek, a wyskoczywszy w ostatniej chwili, silnie walnął futerałem ze skrzypcami w słup ulicznej latarni.

W „Złotym Koguciku” — knajpie, w której grywał co wieczór, też wszystko zaczynało się nie tak, jak chciałby. Niefortunnie stukniętego instrumentu długo nie mógł dostroić. Inni członkowie bandu denerwowali się i pospieszali, pudło rezonansowe pobrzękiwało i w żaden sposób nie mógł ustalić, w którą stronę kręcić kołkami. W końcu — jakoś dostroił, znalazł nawet przed koncertem chwilówkę, żeby ulać z gwinta w zaschnięte gardzioło.

Na jakiś czas pomogło, ale w połowie gry znów zamuliło. Smyczek wyślizgiwał się z bawełnianych, nieposłusznych palców, rytm rozmazywał się jak ślimak na muchomorze. Jasne, że kątem oka widział zwierzęcą facjatę perkusisty, którego grymas coraz dokładniej wwiercał się mu w trzewia. „A czort z tobą!”.

Kuraż nijak nie przychodził. Na tle pozostałych kumpli wyglądał jak blada parodia muzyka rockowego. Na domiar złego pod koniec pierwszego unitu podbródek od skrzypiec poluzował się i o mały włos instrument odmówiłby współpracy. Ostatecznie uporał się z rebeliantem, zrównał z chłopakami do rytmu i gdy nadeszła solówka — ostrymi szarpnięciami pizzicato dobrnął do końca jak obżarty wieprz.

Schodząc ze sceny w nędznym stanie ducha, nie zamieniwszy nawet słowa z członkami teamu, niespodziewanym przypływem energii rzucił się do baru.

Wypiwszy pierwszą pięćdziesiątkę końskiego krepacza, wreszcie rozejrzał się na spokojnie. I, delikatnie mówiąc, osłupiał: „Nie, to jakaś obsesja, to, kuźwa, jakiś omam!…”.

Za stolikiem, w prostej linii naprzeciw baru, siedziała… „Konieczne muszę skończyć z alkoholem” — znów pomyślał… Tak więc tam siedziała Dominika i patrzyła na niego z lekkim uśmiechem; była to dziewczyna, z którą korespondował od kilku miesięcy w Internecie i podczytywał jej bloga (ale wciąż nie mogli się zgadać i spotkać, jakby mieszkali nie tylko w różnych miastach, ale wręcz — krajach) i z którą zmówili się na wspólne zaliczanie następnego roku Przystanku Woddstock.

Uszczypnął się w ramię. Spojrzał. Nie pomogło. Dominika patrzyła prosto na niego i uśmiechała się coraz bardziej. Odwrócił wzrok, zamknął oczy. Przetrzymał tak kilka sekund. Potem znów zamówił pięćdziesiątkę. Zalał gardzioło. Odwrócił się. „No żeż ty!”. Ta siedzi cały czas i uśmiecha się.

„Cholera, już nawet w realu zwidy prześladują” — pomyślał i powiedział głośno do barmana:

— Jędruś! Powtórka!

Koniak wlewał się w niego jak w otwór bez dna. Dominika, albo jej zmaterializowany awatar, uprzejmie zamachała do niego ręką.

— Jeszcze raz! — krzyknął.

Barman uniósł brwi ze zdziwienia, ale milczy i polewa.

Po wypiciu podwójnej dawki, charknąwszy pogłębionym czknięciem, znów, już dużo śmielej, spojrzał w jej kierunku: „Taaa… gdy wódzia do kitu, duchy rajcują” — uśmiechnął się szorstko.

Dziewczyna podniosła się i, o Boże! Skierowała się prosto ku niemu! Podszedłszy blisko, położyła rękę na jego ramieniu i przykładając usta do jego ucha, szepnęła:

— Bartku, czy my się przypadkiem nie znamy?

Bartus zdezerterował ostatecznie. Czasu na przeanalizowanie sytuacji nie było, no i sprawności umysłowej też nie. Odruchowo położył rękę na jej talii, opuścił do uda: „Żeż kuźwa! No, realna! — utwierdził się w przekonaniu. — Realna…”

— Doo… miniko, zawsze mnie powalała twoja nieprzewidywalność w sieci, ale w realu oszołomienie nie jest gorsze od inwazji koo… smitów!

— Dlaczego pijesz tak dużo? Tak. To ja… nie UFO ani fantom…

— Taaa… ja to, no, tak wyszło, no, wczoraj, nie bardzo udanie spotkałem się z przyjacielem — plątał się i w zamieszaniu uniósł kieliszek.

Barman, zgodnie z zasadami, chciał dolać, ale gwałtownie powstrzymany odżegnującymi gestami obojga — wrócił na stanowisko.

Dominika uśmiechnęła się. Zdając sobie sprawę, że barman był strasznie ciekawy rozwoju ich zainaugurowanej właśnie znajomości, objęła ramieniem szyję niesamowicie oszołomionego wszystkim, co się działo, Bartusa i przylgnęła wargami do jego czoła — czoła mężczyzny, którego, z jednej strony znała od stu lat, a z drugiej: którego całowała w realu po raz pierwszy. Ten pocałunek trwałby Bóg raczy wiedzieć, jak długo, gdyby nie przerwała go głośna zapowiedź do mikrofonu:

— Grupa Blues Big Band pilnie wzywa na scenę, żeż by go…

— Dominiko, muszę iść do chłopaków, ale nie znikaj, proszę…

Bartus ruszył plecami w kierunku sceny, nie odrywając oczu od tego cały czas jeszcze eterycznego, nienamacalnego, jak wciąż mu się zdawało, fantomu… Natykał się plecami na wszystkie możliwe dla tej marszruty obiekty, na koniec całkiem komicznie przysiadł, nadziewając się na naroże sceny, co spowodowało śmiech i oklaski publiczności… Skrzypce, niezrozumiałym dla niego sposobem, były już w jego rękach.

— Całkiem zalałeś się, chleju?! — usłyszał głos saksofonisty.

Ale zupełnie trzeźwo, czym nawet siebie zaskoczył, odpowiedział:

— Januszu… spoko… Wszystko po kolei. Dawaj, walniemy nasze stare najlepsze kawałki, wstrząśnijmy tą publiką i salą.

— Ty, co? Zupełnie ci odbiło? Nigdy nie chciałeś ich grać, nie ćwiczyliśmy ich od dawna…

— Chodź, przypomnimy sobie w trakcie. Damy czadu i prawdziwego bluesa!

I werżnęli w trans. I to był blues w stylu, który spoko mógłby wykonywać czarny gościu, siedząc na zapleczu murzyńskiego getta; biorąc rozklekotaną, rozdłubaną, sfatygowaną graniem, oblaną tanią whisky gitarę, śpiewać o tym, że chciałby się pieprzyć z córką swego białego pana.

Smyczek i palce Bartusa przeskakiwały po strunach skrzypiec, jak spłoszone stepowymi wilkami stado zajęcy: szybko i nerwowo, wydając ostre, pełne pasji i szczęśliwego smutku dźwięki, przypominające agonalne sapania umiraka na łóżku. Przestrzeń wibrowała.

A na sali wciąż była ona — Dominika, niespuszczająca oczu z szatana, w którego ręce oddał swą duszę duch bluesa.

Wydawało się jej, że energia tego mężczyzny przenika ją na wskroś, szczelnie otacza jej ciało, wnika do wnętrza i osadza się gorącymi iskrami w dolnej części jej brzucha, parząc do samego łona. Czuła jak krople pożądania zbierają się w niej w jeden gorący bąbel, gotowy wybuchnąć od jednego muśnięcia warg, od przypadkowego lekkiego dotyku, od rzuconych nic nieznaczących dla kogoś słów…

Wiedziała, jakaż gorąca będzie dzisiejsza noc… Z Bartusem.

Zapach męskich perfum

Na nocnym stoliku — tomik z wierszami Białoszewskiego. W uchylonym oknie — jasnobeżowa firanka kołysząca się na wietrze, wpuszczająca do pokoju pierwsze poranne promienie słońca. Obok kanapy, na podłodze, para przeciwsłonecznych okularów z brunatnymi, zaschniętymi plamkami na szkłach. Niewiele dalej — odkorkowana butelka wina. I znów trochę dalej — brunatna plama, obok, na podłodze. W nieładzie porozrzucana odzież: ciemnogranatowe dżinsy — bez wątpienia męskie, i jej — śnieżnobiałe. W tym całym rozgardiaszu oczywiście jeszcze jakieś inne poszargane i zmięte fragmenty ubrań.

Jeszcze raz rozejrzała się po małym pokoju, stojąc przy jego wejściu, opierając się o framugę drzwi. I dopiero teraz skierowała spojrzenie na męskie ciało rozpłaszczone na kanapie. Wydaje się, że po ostatniej nocy „okazjonalny przyjaciel” nieprędko się pozbiera. Na zegarze dochodzi ósma. W powietrzu — zapach męskich perfum. Nie podoba się jej ta może nawet i subtelna, ale bardzo uciążliwa teraz woń. Podchodzi do okna, otwiera okiennicę na oścież…

Młody mężczyzna porusza się we śnie, wzdycha ciężko i zwiesza z łóżka rękę, na której połyskuje kilka bransoletek: jedna stalowa, druga czarna gumowa, trzecia z błyszczących koralików. Można je nabyć na okazjonalnych aukcjach, z których dochód przeznaczony jest dla dzieci z sierocińców.

Owszem, widać, że ma smak. Ale lepiej, gdyby się zbudził, zanim uczyniła to ona, i poszedł sobie, pozostawiając tylko wspomnienia i co najwyżej jakąś kurtuazyjną karteczkę. Lubi notki złożone z kilku nieskomplikowanych słów. A tu — śpi sobie na jej łóżku i tyle. Trzeba będzie budzić go, pić z nim kawę…

Słońce w końcu uniosło się wysoko pod niebo, rozpoczynając kolejny letni upalny dzień. Zrobiła dwie filiżanki mocnej kawy, włączyła radio, ściszyła dźwięk. Może i mogłaby obejść się bez radia, ale cisza nieprzyjaźnie oddziaływała w tym momencie na jej nerwy.

On cały czas śpi i nie zamierza się budzić… Siadła do komputera, przejrzała newsy, sprawdziła pocztę, odwiedziła swój ulubiony czat. Nic nowego. Od czasu ich długiej rozmowy na privie i wieńczącej ją decyzji o spotkaniu — pusta studnia… Widząc w końcu, że powoli otwiera oczy, zamknęła pokrywę laptopa. Podeszła do mężczyzny, przerzuciła nogę nad jego talią, siadła mu na plecach i pochylając się nad wciąż półprzytomnym nocnym kochankiem, musnęła wargami po jego nieogolonej szczecinie policzka.

— Dzień dobry mój panie…

Mężczyzna poruszył się, mamrocząc coś, oczy mając wciąż zamknięte. Potrząsnęła nim delikatnie, chwilkę zaczekała, aż się dobudzi. Obudził się. Jego usta drgnęły. Wygląda na to, że nie czuł się komfortowo.

— Dzień dobry! — raz jeszcze powiedziała. — Obudź się! Kawa w kuchni.