Opis

"Baśń" to powieść obyczajowa przeznaczona dla dorosłego czytelnika.

Motywy baśniowe splatając się z bardzo zwykłymi losami zwykłych ludzi, przekazują uniwersalne prawdy o ludzkich ułomnościach, ale także marzeniach. Nie do końca wiadomo, czy były prawdziwe, czy urojeniami bohaterów. Wątki, losy postaci i fabuła rozwijają się na przestrzeni kilkunastu różnorodnych tematycznie rozdziałów, z których prawie każdy mógłby być także samodzielnym opowiadaniem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 256

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Janusz Niżyński

Baśń

© Janusz Niżyński, 2017

BAŚŃ to powieść obyczajowa przeznaczona dla dorosłego czytelnika. Motywy baśniowe splatając się z bardzo zwykłymi losami zwykłych ludzi, przekazują uniwersalne prawdy o ludzkich ułomnościach, ale także marzeniach. Nie do końca wiadomo, czy były prawdziwe, czy urojeniami bohaterów. Wątki, losy postaci i fabuła rozwijają się na przestrzeni kilkunastu różnorodnych tematycznie rozdziałów, z których prawie każdy mógłby być także samodzielnym opowiadaniem.

ISBN 978-83-8126-335-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Od autora

Drogi Czytelniku,

przypuszczam, że tytułem mojej najnowszej książki mogłem Cię trochę zaskoczyć. Baśń bowiem, jako gatunek literacki, nieczęsto jest podejmowany przez współczesnych pisarzy, a jeśli już — to głównie ze wskazaniem na najmłodszych czytelników. Tymczasem moją „Baśń” jednoznacznie kieruję do osób dorosłych. Czynię tak jednak nie ze względu na wysublimowane treści, opisy, ani nawet nie z powodu śmiałych scen erotycznych, pojawiających się czasem w fabule. Baśń moją dedykuję dorosłemu czytelnikowi z powodu tajemniczo-mrocznawego klimatu towarzyszącego losom postaci, lecz również z uwagi na pokomplikowane wątki obyczajowe. Także ze względu na sceny rozgrywane w nocnych klubach czy też w zapuszczonych budynkach. Wreszcie — z uwagi na desperacje moich bohaterów, i co za tym idzie, na różne przydarzające się im w konsekwencji dramatyczne wydarzenia… Zgodzisz się chyba ze mną, że wszystkie te elementy powinny być dobrze rozumiane przez dojrzałego odbiorcę i zapewne mało komunikatywne dla czytelnika nieletniego?

Oczywiście, jak przystało na gatunek literacki, znajdziesz Czytelniku w mojej Baśni także i typowe elementy fantastyki oraz sił nadprzyrodzonych. Będą więc cudowne zdarzenia, pojawią się tajemnicze postacie, a nawet nadnaturalne zjawiska. Z góry jednak chcę Cię uspokoić: cała powieść mocno osadzona jest we współczesnych „twardych” realiach naszej codzienności. Sceny baśniowe, gdy się pojawią, trwają tylko mgnienie, jako dopełnienie akcji, i zaraz potem znikają. Wszyscy bohaterowie są z „krwi i kości”, i nawet jeśli w nielicznych z nich odnajdziesz baśniowe cechy, to i tak każdy z osobna jest na tyle zwyczajny, że aż może być skądś Ci znany. Może to ktoś, kto podobny jest do kogoś z Twych znajomych? Może do postaci, które pojawiały się w poprzednich moich książkach?… A, przy okazji, może i same zdarzenia baśniowe wcale nie są aż tak bardzo baśniowe, skoro przypominają zwyczajne ludzkie przywidzenia? Sam będziesz musiał sobie odpowiedzieć na te pytania… Ja z obowiązku dodam tylko, że wszyscy moi bohaterowie są postaciami fikcyjnymi, że ich losy są przeze mnie całkowicie zmyślone i że jakiekolwiek podobieństwa do realnych osób i wydarzeń mogą być co najwyżej dziełem przypadku.

Drogi Czytelniku, ufam, że „Baśń” moją przeczytasz z satysfakcją i z przyjemnością. Sprzyjać temu będzie intrygująca fabuła oparta na kilkunastu niedługich rozdziałach, z których, dodam jako ciekawostkę, niemal każdy mógłby być niezależnym, samodzielnym opowiadaniem. Zachęcam Cię jednak do przeczytania wszystkich rozdziałów po kolei. Wówczas końcowe akapity staną się logicznym zwieńczeniem całości. A gdybyś już po przeczytaniu książki zechciał ze mną podzielić się swymi refleksjami — to nic prostszego: możesz to uczynić na mej prywatnej witrynie Janusz.Nizynski.pl albo na moim facebookowym Fanpage’u. Miło byłoby mi, gdybyś i Ty dołączył na nim do rzeszy moich sympatyków.

A teraz, gdy już w kilku zdaniach opowiedziałem Ci o mojej najnowszej książce, nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci, drogi Czytelniku, ciekawej i inspirującej lektury!

Janusz Niżyński

Rozdział 1

Po drugim kuflu piwa powietrze w „Złotym koguciku” stało się gęste i lepkie jak syrop. Mgiełka dymu tytoniowego wisiała nad stolikami jak realna zasłona. Szum dochodzącego zewsząd ludzkiego bełkotu zaczynał przypominać napierające fale, a powietrze zatrute wonią tanich papierosów i aromatem tego co przysmażało się na kuchni, co wrażliwszych konsumentów przyprawiało o niepohamowane mdłości.

Dziś przyszedł tu sam. Bez planu. Siadł w kącie i patrzył jak relaksuje się gwardia ochlajów okupujących sąsiednie stoliki. Oto dwóch z nich zataczając się i wspierając jedno o drugie, pełzną w stronę grającej szafy. Ciekawe, co zaserwują? Przez jakiś czas odprawiają przed maszynerią gusła (dwa guziki — jest się nad czym zastanawiać) i po minucie duszną, knajpianą atmosferę przeszywają pienia jakiegoś bożyszcza współczesnego chanson: „Jama zła, a to ja…” I tak oto ponury wieczór zamienia się w ohydny.

Siadł w kącie i patrzył jak relaksuje się

gwardia

ochlajów…

Przyszedł do tej knajpy w konkretnym, acz banalnym celu: napić się piwa. Towarzystwo nie było mu potrzebne. „Dlaczego odeszła? — rozmyślał — dlaczego uczyniła to ze śmiechem, z chęcią, aby dowiedział się o tym cały świat? Dlaczego?! Przecież kochaliśmy się… W dowód miłości przyjęła nawet ode mnie złoty łańcuszek z inkrustowanym serduszkiem… A teraz, a teraz gdy odeszła, czuję w sobie tylko pustą powłokę, jak wydmuszka, z której wysiorbano duszę… Jest w ogóle coś takiego, jak dusza?”… I trzeci kufel — najpierw krótki łyk, a potem jednym haustem do dna. „Do diabła z nią! Przyszedłem tu się zachlać”. To, uznał, najlepsze co może uczynić, by zapomnieć o Katarzynie Bond. Oczywiście, nie na zawsze, tak na jakiś czas… a może nawet tylko do rana. Tak! tego teraz właśnie mu trzeba…

Towarzystwo zza sąsiedniego stolika co rusz wybuchało głośnym rechotem, bardziej podobnym do rżenia koni i chrząkania świń jednocześnie niż śmiechu.

„Skunksy!… Choć w sumie im zazdroszczę: ani trwóg, ani śladów wątpienia, ani przebłysków myśli o odrzuconej miłości i zranionej duszy. Prymitywna, prostacka zwierzyna. Cholera, naprawdę zazdroszczę tępakom!… No dobra! Biorę się za trzeci. Ech… z Bogiem! A w ogóle, jest jakiś Bóg? Dlaczego, podczas gdy to tępactwo zza sąsiednich stolików rży i nie ocieka żalem, ON bez powodu pozwala na cierpienia porządnego obywatela? Gdzieś słyszałem, że Bóg jest Miłością. Więc gdzie Ona jest, ta Jego wielkoduszna Miłość? Dla tępaków jest, a dla mnie nie? Dlaczego, pytam?… A dlatego, kolego, że Boga nie ma! A jeśli nawet byłby, to i tak nie dla takich jak ty, zostawionych na niczyją łaskę. Nikt ci nie jest i nic nie będzie ci potrzebne: ani ta cholerna knajpa, ani Katarzyna, ani Bóg z aniołkami, ani diabeł z widłami. Nikt i nic, do cholery!! Pij, trzeba pić!… chlaj!…”

I wtedy właśnie podniósł głowę znad kufla i zobaczył ją… JĄ! Od razu uderzyło go w niej… Coś. Jakieś niejasne podobieństwo do Katarzyny. Nie mógł nawet sobie uzmysłowić, na czym polegało? Może to ten łatwy sposób poruszania się? Może to subtelne kołysanie biodrami i pochylenie głowy? Może kosmyk włosów, który Kasię zawsze irytował, gdy przesłaniał oko, a który on tak uwielbiał i nie pozwalał jej zabierać? Może…

Wydawało mu się, że zjawiła się… znikąd. Albo, sądząc po śniadej karnacji skóry, raczej przemutowała z czarnego kota, o którego niemal się nie przewrócił, wchodząc dziś do tej mordowni, bo nawet podobnie jak ów kot, i ona miała niemal takie same jaskrawozielone oczy.

— Czy tu wolne? Można się dosiąść?

„Przyjemny głos. Melodyjny. Zaraz będzie nabijać się z mej mrocznej, zapijaczonej gęby… Ale trudno. Niech się nabija. Za to głos jej brzmi jak srebrzyste dzwonki… Piękny głos. Albo jak dźwięk wiosennej kapeli. Niech dalej brzmi. Głupawo, oczywiście, ale cóż? Za ścianami tej stodoły smędzi jesienna plucha… Precz z pluchą!”

Co miał jej odpowiedzieć? Po prostu skinął głową. Najprawdopodobniej, i miał tego świadomość, z głupim wyrazem twarzy…

Siadła naprzeciwko i przez kilka minut nieprzerwanie patrzyła mu prosto w twarz. A on w jej. Wypadało coś mówić, ale w żaden sposób nie był w stanie sklecić najprostszej myśli ani frazy. Wreszcie zaparł się, zebrał w sobie i gdy już miał otworzyć usta… usłyszał:

— Hej! Koleś… Nie jest ci wstyd? Chłopaki tam balangują wesoło, a ty, tutaj piwko sobie żłopiesz, samotnie i na smutno?…

Pierwsze słowa nieznajomej całkowicie pozbawiły go daru wysławiania…

— Eee!… To jest… — jedyne, co był w stanie wydusić. A i tak transakcja ta sporo go kosztowała wysiłku.

— Co: " eee? " — Przedrzeźniała nieznajoma. — A czemu nie „bee!” ani „mee!”, albo nawet i „kukuryku!” — tego już nie umiesz?

Czuł, że cała jego twarz pokryła się jurną czerwienią. Nieznajoma, oczywiście, również to zauważyła i na szczęście wyluzowała.

— A tak, między nami, na imię mi Lilith lub Lila, po prostu…

— Woooj… tek… — wydukał z pauzą.

Brwi Lilith uniosły się do góry, a ona sama dźwięcznie się roześmiała.

— Jaki Woj? Wydaje się, że na dzisiaj już chyba starczy wojować, mój woju!

Ferajna zza sąsiednich stolików nieco przycichła i teraz z zaciekawieniem zaczęła patrzeć w ich stronę. A ścisłej: w stronę jego nieoczekiwanej towarzyszki.

— No, tylko się nie obraź, woju. Ja lubię sobie pożartować! — I subtelnie odciągnęła od niego rozpoczęty kolejny kufel. — Jestem posłanką miłosierdzia. W ramach praktyki chodzę od gospody do gospody, aby wyciągać z melancholijnych nastrojów takich samotnych przystojniaków, jak ty, woju. — I z obrzydzeniem spojrzała na kufel. Po chwili uniosła szkło do ust, upiła mały łyk. — Fuj! Co za sikacz! Jak w ogóle coś takiego można pić? — szeroko skrzywiła się z obrzydzenia.

Schyliła się w jego stronę, musnęła dłonią po jego dłoni. Dotknięcie było leciutkie i jednocześnie zdecydowane.

— Wszystko będzie dobrze… przystojniaku. Najważniejsze, abyś teraz nie narobił głupot. Nie dzwoń do tej swojej Kasi i nie wysyłaj do niej SMS-ów, dlatego, że nagadasz mnóstwo niepotrzebnych i nieprzyjemnych rzeczy. Pocierp dzień, może dwa, a potem… — spojrzała mu w oczy i mrugnęła filuternie — Co ja, kobieta, będę uczyć mężczyznę, co powinien i co będzie potem?

Dziwne, ale nagle poczuł, jakby coś ważnego zrozumiał: „ona ma rację!”. I nie tyle oto uwierzył tej zagadkowej kobiecie, która przybyła znikąd, jakby za skinieniem czarodziejskiej różdżki, ale jej najzwyczajniej zawierzył. Inaczej tego wytłumaczyć nie potrafi.

— Dzięki za radę… — Wydukał — To znaczy: bardzo pani dziękuję — I nagle poczuł, jak oczy pokrywają mu się wilgocią. „Ot i czort! Nie wystarczy już zabiadolić, teraz trzeba zapozorować a najlepiej mieć skruchę!” — pomyślał.

— Eee, nie! Mój woju. Chłopaki nie płaczą, to nie jest cool! — I Lila pogroziła palcem.

Za jej plecami nagle pojawiła się jakaś barczysta figura. Jeden „młody byczek“ z rozbawionego stadła podszedł do ich stolika, pochylił się nad nią i zaczął coś szeptać, jak można było sądzić, sprośnego do ucha. Trwało to może dwie sekundy, może trzy. I nawet nie spostrzegł, nawet nie zdążył zareagować a już po błyskawicznej katapulcie „młody byczek” zwijał się z bólu w parterze, biodrami froterując podłogę, a Lilith po precyzyjnie udzielonym „szturchnięciu” niedbałym ruchem strzepywała ze swego łokcia kurz.

— Hej, Wasyl! Ale ci przygrzała. Co ty myślałeś, że nasze panienki to takie jak te u was, na Ukrainie? — zaczęli naśmiewać się jego rozbawieni koledzy.

Gdy chłopak klnąc w konwulsjach oddalał się z niepyszna, Lilith, jak gdyby nic nie zaszło, siedziała nieruchomo i beznamiętnie przyglądała się swym nienagannie utrzymanym paznokciom, pokrytym krwistoczerwonym lakierem. Potem podniosła wzrok. I wtedy po raz kolejny stwierdził: „ma niezwykle przenikliwe, zielone oczy, ale całkowicie jest jednak niepodobna do Katarzyny. Ta miała oczy miodowe. Lilith zielone…”

— Zapłać — powiedziała krótko. — I wynośmy się stąd.

Głos jej był jakiś… dziwny. Nie, nie dlatego, że wcześniej słyszał inny, życzliwszy, sympatyczniejszy. Ten wydał mu się teraz obcym, suchym i bezwzględnym… Tak bardzo bezwzględny, że aż poczuł z tego powodu strach?!

Nie pamiętał, w jaki sposób znaleźli się na ulicy. W każdym razie na dworze było już zupełnie ciemno. Wilgotny lipcowy wiatr siąpił w twarz małymi drobinkami deszczu.

— Hej, nie odprowadzisz mnie? — Głos Lilki znów zabrzmiał delikatnie i przymilnie.

Cholera, że po prostu to głupie piwo musi mu teraz wirować w głowie…

— Może wezwać taksówkę? — zaproponował.

— Po co? Mieszkam niedaleko stąd. Nie pomyśl tylko sobie za dużo. Poszłabym i bez ciebie, ale sam widzisz, jaka swołocz o tej porze może się napatoczyć.

— A, mówisz o tym Ukraińcu-Casanowie? Poradziłaś sobie niezgorsza. Nawet chłoptaś nie mrugnął powieką, a już leżał grzecznie plackiem, jak placek na przysłowiowej patelni.

Lilith roześmiała się. Jaki cudowny miała śmiech!

— Czemu od razu Casanova? Aby takiemu dorównać pod względem inteligencji musiałby ździebko jeszcze nad sobą popracować. Albo ja, przynajmniej tyle wypić piw, co ty.

Tym razem wspólnie się szczerze roześmiali.

— Wiesz, Lilko… tak na co dzień praktycznie nie pijam. Dziś po prostu nie miałem swego dnia.

Wolno szli po ciemnej ulicy. Nawet tak paskudna pogoda przy takiej towarzyszce wydała mu się czymś nieistotnym i absolutnie bez znaczenia. Najchętniej szedłby z nią, szedł i szedł bez końca. Bo przy niej zapomniał o złamanym sercu. I w ogóle zapomniał o jakichkolwiek problemach i zmartwieniach, które jeszcze całkiem niedawno wydawały się zupełnie nie do rozwiązania. Mijali jakieś domy, latarnie, poprzeczne uliczki, a on szedł obok niej i nie zwracał uwagi na nic. Pamiętał jedynie biegnącego nieopodal kota. Czarnego kota o zielonych oczach, pewno tego samego, którego kilka godzin wcześniej niemal nie rozdeptał wciskając się do knajpy. Towarzyszył im, nie wiedzieć czemu, przez całą drogę.

— No to jesteśmy na miejscu. — Wyrwała go Lilith z zamyślenia.

Stali przed niedużym ciemnym ogrodem otaczającym szarą sylwetkę trzypiętrowego domu.

— To dzięki. Bywaj! — Lila przylgnęła nagle do jego torsu cmokając go w policzek.

Jej niespodziewany pocałunek zatrząsnął nim, jak ładunek paralizatora. Zdało mu się nawet, że z jej oczu sypnęło… iskrami? To było jak coś, czego z niczym realnym w życiu porównać nie zdołałby… W tej samej chwili na ich głowy lunęła istna ściana wody. Prawdziwe oberwanie chmury. Lodowata ulewa pomieszana z zimnym i porywistym wiatrem. Ale… praktycznie nie poczuł nawet. Wciąż rozgrzewał go nieoczekiwany, transcendentalny pocałunek.

— Do diabła! Uciekajmy! — krzyknęła Lilith zaciągając go do werandy. Ledwie człapiąc za nią, jego nogi potykały się o siebie wzajemnie, jak u pospolitego pijaka.

Dotarli dość szybko, ale i tak przemokli do suchej nitki. Odgarniając pod zadaszeniem przylizaną grzywkę, Lilith spojrzała na niego niepewnym wzrokiem:

— I co ja teraz mam z tobą zrobić?

— Spokojnie. Zaraz zadzwonię po taksówkę … — i wydobył telefon. Gdy ekranik komórki się rozświetlił, z zaskoczeniem spostrzegł, że jest na nim ślad kilku nieodebranych połączeń. Wszystkie były od… Kasi!

„Dziwne… Dałbym głowę, że nie słyszałem żadnych dzwonków ani nie czułem wibracji”.

— No już dobrze… — Lilith odsunęła mu spod oczu rękę z telefonem. — Schowaj to! Zapraszam, póki co, w gości! Razem z koleżanką wynajmujemy tu nieduże mieszkanie.

— I nie będzie się mną krępować?

— Nie zapraszam na stałe! — Znów się roześmiała.

Jak on kochał ten jej śmiech! Telefon zanurkował do kieszeni, grzebiąc ostatecznie nieodebrane połączenia oraz nagrane wiadomości, które najpewniej chciała mu przekazać Katarzyna…

Zostawiając za sobą mokre plamy wchodzili po schodach na docelowe piętro. Ściślej: wchodziła Lilith, a on tylko stąpał po jej śladach, nie całkiem wiedząc, czemu przychodziła mu na myśl baśń Andersena o dzikich gęsiach. Może dlatego, że i w tej bajce, przy dźwiękach pastuszkowej fujarki, i tam ktoś za kimś podążał?

Nie mógł się skupić, myśli przeskakiwały mu z jednego skojarzenia w drugie. W końcu, po prostu, postanowił z nimi nie walczyć.

— Doszliśmy! — Zakomunikowała Lilith i zaczęła grzebać w kluczach. — Przyświeć mi, proszę!

Wyjął telefon i nacisnął pierwszy dostępny przycisk. Białe światełko ekranu boleśnie uderzyło po oczach. Ciemność na schodach stała się jeszcze bardziej nieprzenikniona. „Więc cały ten czas szliśmy na wyczucie i tylko na dotyk? O tyle dziwne, że mimo totalnej ćmy zdawało mi się, iż wyraźnie dostrzegam pełzającą przed nami niewielką sylwetkę jakiegoś czworonoga… Czyżby to wciąż była sylwetka tego czarnego, zielonookiego kota, który od samego początku towarzyszył nam w drodze? — Mimowolnie uśmiechnął się. — Co za bzdury!”

— A dlaczego po prostu nie zadzwonisz? — Zasugerował dziewczynie.

— Nie ma sensu. Gośki prawdopodobnie nie ma w domu. A jeśli jest — to już śpi.

Klucz, nie wiedząc, dlaczego, przez dłuższą chwilę nie chciał się przekręcić w zamku. Podczas gdy Lilith walczyła z drzwiami, jeszcze raz spojrzał na ekranik telefonu… „No, proszę, jednak! Do nieodebranych połączeń od Kasi dołączyło jeszcze jedno — od ­­sąsiada”.

„Coś ten telefon mi nawala. Czemu nie słychać połączeń przychodzących?”. Nagle zapiszczał i zgasł. No tak. Niski stan baterii. Ale przecież pamiętał: dziś rano naładował go do pełna… „Nie! No coś z tym telefonem jest nie tak. Będę musiał go zmienić. Zresztą, najważniejsza bieda zażegnana. Nie znajdziemy się znów w ciemności”. Oto zamek od drzwi kliknął i mieszkanie stanęło otworem.

— Zapraszam!

Na jej głos niepewnie przestąpił próg, ale zaraz po chwili mimowolnie się cofnął: jego noga natrafiła na coś miękkiego (sierść kota? Do cholery! Czyżby znów tego czarnego?!) a w twarz uderzyła fala odoru, jakby z nieuprzątniętego od wielu dni rozbebeszonego śmietnika.

— Chodź, chodź, nie bój się. Jesteś u mnie. — Uspokoiła go dźwięcznym śmiechem.

Wcisnęła przełącznik. Zapaliło się światło. Totalna zmiana nastroju. Okazuje się: stoją na progu małego, ale bardzo przytulnego mieszkanka. Przed nimi roztacza się widok puchatego dywanu z wyraźnie odznaczonym śladem po jego zabłoconej stopie. W przedpokoju sympatycznie pachnie świeżymi jabłkami. „Cholera! Co za bzdury się mnie imają?” — pomyślał.

— Zobacz, co narobiłeś!… — jednak złości w jej w głosie słychać nie było. — Teraz trzeba się umyć. Może jabłuszko?

— Ja… Jabłkuszko?

— Płyn do kąpieli, głuptasie! Zdejmuj buty i wskakuj do łazienki. Odzież możesz rozwiesić nad termowentylatorem. W kilka sekund przeschnie!

Czując się jak słoń w składzie porcelany, nieporadnie przekręcił gałką od łazienkowego zamku…

— Kawa, herbata? — zapytała.

Siedzieli na starej, acz stylowej kanapie a on z jakiegoś powodu, nie wiedząc co zrobić ze spojrzeniem, utkwił nim w szklanych rybach zwisających z kryształowego żyrandolu uwieszonego pod sufitem. Odbijające się w ich płetwach kolorowe światło sprawiało, że nieruchome ryby delikatnie pląsały w swym powietrznym, domowym akwarium.

— Podobają się? To ja wymyśliłam. Więc w końcu herbata? kawa?

— Wszystko jedno…

— Wszystko jedno?! A co to ma znaczyć? Gość nigdy nie powinien tak odpowiadać! — I uśmiechnęła się rozbrajająco.

— No to herbata!

— Od razu tak trzeba było!

Wstała z kanapy.

— Gośka, prawdopodobnie, gdzieś zabalowała. To jest jej pokój. — Wskazała na szczelnie zamknięte drzwi. — Zwykle pozostawia je otwarte na oścież. Nawet gdy śpi… Ot i cały nasz bałaganik! — Zmarszczyła nos.

— Jest tu u was całkiem przytulnie.

— Thanks! A zaraz będziemy pili herbatę. Ale póki co… — wsunęła mu w ręce pluszowego kociaka (czarny i z zielonymi oczyma… zupełnie jak ten z jego zwidów) — zabawiaj go, please! I uważaj, żeby nie za bardzo mruczał! A ja tymczasem zaparzę herbatki i przygotuję coś na ząb.

I roześmiała się głośno. A on, po odprowadzeniu Lilith oczyma aż do samej kuchni, odstawił zabaweczkę na bok. Dziwne! Niby tylko pluszak, a sprawiał wrażenie jakby z jego braku chęci do zabawy nie do końca ów pluszak był usatysfakcjonowany… A tak, poza wszystkim, ale się trafiła gościna! Kto by pomyślał… Szczerze mówiąc, teraz, o powrocie do domu nawet nie chce myśleć.

Ach, te kobiety! One mają niezwykły dar do nadawania swoim gniazdkom niepowtarzalnego stylu. Dla faceta ważne, żeby w domu było wygodne wyro, w miarę szerokie biurko z kompem, jakieś ze dwa krzesła. I jakieś super kino domowe. I starczy… A dla kobiety? Te świecidełka pod żyrandolem, te kolorowe firaneczki, miękkie dywany, kilimy na ścianach. Dla nich dom to bombonierka. I spróbuj chłopie, do takiego wczłapać z zabłoconymi butami!

Podczas refleksji zauważył (chyba) jakąś obok siebie oznakę ruchu?! Zaskoczony odwrócił głowę, spojrzał na pluszaka. O! z jego buźki wystawały małe, choć ostre jak igły ząbki. A z miękkich łapek pazurki. Szczerze powiedziawszy jak na małą zabaweczkę, to już raczej nie pazurki a prawdziwe pazury. Twarde i kostropate, jak u drapieżnego ptaka. „Dziwne… Na dodatek patrzy na mnie naśmiewającymi się, żywymi oczyma…” Poczuł, jak z gardła próbuje mu się wyrywać stłumiony okrzyk.

— Oto i zamówiona herbatka i gorące kanapeczki dla miłego gościa! — zabrzmiało mu nagle nad uchem.

Wszystko, na co się zdobył w odpowiedzi, to tylko jakiś wyartykułowany, tępy pomruk.

— Zdrzemnąłeś się troszkę, prawda? — I nie czekając reakcji dorzuciła: — Nie przejmuj się. To nic złego…

Pochyliła się nad nim. Wyobraził sobie, jakim horrendalnym musiał jej odpowiedzieć wzrokiem. Ma rację. Pewno musiał się zdrzemnąć. Szybkie spojrzenie w kierunku pluszowego kota rozwiało wszelkie pozostałe wątpliwości. Pluszak, jak pluszak. Za to jego własne nerwy, alkohol, zmęczenie… Szkoda komentować. Potem pochylili się nad herbatą. Trochę dziwny miała smak, być może coś z kwiatów albo egzotycznych ziół? Nie miał pojęcia… Z każdym łykiem czuł, jak pogrąża się coraz bardziej i bardziej w lekkiej, ale jakby w na wpół sennej poświacie, która wymagała od niego coraz więcej sił i mocy… Koniec końców poddał się… Przytulne mieszkanie, pokój z duszą, piękna obok dziewczyna — czego więcej od życia wymagać? Niczego!…

I nagle poczuł, że niesie go rzeka. Niosła gdzieś, gdzie tylko ona wiedziała, dokąd. A niech niesie!… Cichy szum wody, delikatny dotyk, lekki zapach… jabłka. Na chwilę lekki podmuch wiatru został zastąpiony przez zapach mułu i gnijących w bagnie wodorostów. Czemu się dziwić? Płynie razem z rzeką. W lipcowym cieple… Głosy. Skąd się wzięły? Być może ktoś przyszedł? „Gośka”? Chyba tak miała na imię?… Ale co ona tu robi, na środku rzeki? Ach, oczywiście, one są przecież na brzegu… Na brzegach spokojnej, bezimiennej rzeki. Tylko jakoś nijak nie może zrozumieć, która z nich i co mówi? Dochodzą jego uszu tylko jakieś strzępy zdań. „…Hardy… przystojny… zawiść… zaprzeczył temu… jakaś Kasia, jego była… zapomniał i cieszy się z tego… O tak! hojnie go obdarzyła natura… Dobrze. Ty pierwsza… Nie, niech on sam…”

I znów obudził się w pokoju Lilith. Siedziała obok i bacznie na niego patrzyła. Miała rozchełstaną koszulę, rozczochraną fryzurę i zmiętoloną sukienkę. Jej zielone oczy niemal świeciły w ciemności. Prawdopodobnie przygasiła światło… Ale, po co?

— Gosia przyszła? — wykrztusił zachrypniętym głosem, który sam z trudem rozpoznał.

— Jaka Gosia? — Odpowiedziała ze zdziwieniem. — Mieszkam tu sama. Wiesz, czasem czuję się tu taka samotna… Ale ty przecież będziesz zawsze obok, prawda? — Głos, przypominający odgłosy wiosennej kapeli.

Co miał jej odpowiedzieć?

— No, o… oczywiście.

— Chodź! Przeleć mnie. Chcę ciebie, mój woju.

— Ja też ciebie chcę, Kasieńko!…

Coś przemknęło mu w pamięci. Coś zapomniane, jakby wyrwane z korzeniami, obcymi chciwymi rękoma.

— Kasia?… Ty przecież nie jesteś Kasia… — język się plątał a dusza rwała się na spotkanie tego cudownego głosu, na spotkanie tych cudownych, przenikliwych, zielonych oczu.

— Mam na imię Lilith, lub po prostu Lila. Czyżbyś zapomniał?

— Nie… Lilo…

— Przyjaciele mówią na mnie Lila.

— Piękne imię.

— No zdejmuj te ciuchy, chodźże tu wreszcie do mnie… czekam!

Nie do końca siebie rozumiejąc rzucił się raptownie w objęcia Lilith…

*

Lekarz i psycholog sądowy Patryk Trazomski — szczupły, młody mężczyzna w rogowych okularach, z sylwetki bardzo przypominający Harry Potera, zdjął z nosa binokle, wyjął z kieszonki irchową szmatkę, przetarł starannie szkiełka a następnie odwracając się do porucznika Krisa Fabiana, z biura kryminalnego Policji, z podirytowaniem w głosie westchnął:

— To już dziś drugi…

— Niech mi pan powie, panie kolego, co to dzisiaj za młodzież? Czego im brakuje? Życie dla nich nie ma żadnej wartości? Jak to się teraz u nich mówi: ekstrim już tylko by chcieli? Jaki czort zaciągnął tego młodziaka do walącej się rudery przeznaczonej do rozbiórki, w której nawet bezdomni nie koczują?

Doktor Trazomski westchnął ze znużeniem:

— Nie, nie ekstrim, pani poruczniku. Samobójstwo. Typowe i zwyczajne. Chłopak wszedł na trzecie piętro, poszedł do pierwszego z brzegu lokalu, sami przecież widzieliśmy, tam wszystkie drzwi są na oścież otwarte, przebywał tam przez jakiś czas a potem podbiegł i rzucił się z okna. — Podniósł głowę, przytrzymując ręką klapy przeciwdeszczowego długiego płaszcza i wskazując gdzieś do góry, dodał — O, tam, ta rozbita szyba.

— To i mówię, co tu się do diabła dzieje!? Już drugi samobójca tej nocy. Pierwszym był ten młody ukraiński chłopak… Wasyl, zdaje się, tak? Naćpał się jakiegoś świństwa i jak wariat rzucił się pod samochód. Pięć metrów przeleciał zza krzaków, nim skończył pod kołami… Oj tak. Biedna ta nasza dzisiejsza młodzież — westchnął porucznik Fabian. — Pan najlepiej powinien wiedzieć, o czym mówię. Pan sam przecież też jeszcze się do niej zalicza…

— Biedna? — Zaprotestował Trazomski — Głupia i bezideowa! Żeby tak żyć bez wartości i zasad?! I jaki oni mają w tym cel? Co nimi kieruje? Jakie ideały? No tego, akurat, od tych dwóch to już się nie dowiemy…

— Ano, nie dowiemy… — westchnął porucznik i odwróciwszy się zrezygnowany ruszył w stronę radiowozu. Nim jednak przebył ledwie kilka metrów, zamarł i zaklął głośno. Bezpośrednio przed nim, na stosie gruzu, siedział nastroszony, jakby w obronie, a może do ataku? — nieduży czarny kot i patrzył na niego przenikliwymi, jaskrawymi, zielonymi oczyma. Po chwili napastliwie syknął i ocierając się o łydki oszołomionego porucznika, zniknął w czarnym oknie piwnicznej okiennicy.

Rozdział 2

Do „Złotego kogucika”weszła ich cała trójka: dwóch mężczyzn w skórzanych marynarkach i wyzywająco piękna blondyna. Pewnym krokiem przemieścili się w stronę odległego kąta, gdzie poza zasięgiem przypadkowych ciekawskich spojrzeń zasiedli przy małym stoliku w kącie sali.

— A teraz przypatrzcie się, jak nasz „obiekt” raczy samotnie whisky przy barze — odezwał się do dwójki współtowarzyszy ten, który zdawał się być najstarszym, będąc najwyraźniej także ich liderem. Ubrany były cały na czarno, to jest: w wykwintny czarny garnitur, czarne buty i czarny na głowie kapelusz. Na imię miał Marduk.

— Tamten w bordowej skórzanej marynarce, o twarzy twardziela? — Leniwie zapytał drugi o kocim wyrazie twarzy. (Ten, z kolei, miał na imię Anmael i swym szarym prostym ubiorem niczym nie odróżniał się od pozostałych bywalców lokalu.) — Załatwimy go „bez mydła”.

— Mam nadzieję, że się nie mylisz. — Marduk przeniósł wzrok z Anmaela w stronę kobiety. — Zacznij! Lilith… Jak zwykle dajemy ci pierwszeństwo.

Porucznik Kris Fabian, ubrany po cywilnemu, po kolejnym ciężkim dniu służby siedział przy barze, popijając whisky. Niełatwo jest żyć w świadomości, że już zaczął piąty krzyżyk, a w życiu wciąż pod górkę. Kariera nie dopisuje, z pieniędzmi krucho, bo wciąż jak miecz Damoklesa wisi nad nim niespłacony dług hipoteczny i, co najważniejsze, coraz więcej problemów ze swą żoną Dorotą, takich, których powodów się nie pamięta, za to po których zostają w pamięci przykre, wzajemnie rzucane wobec siebie oskarżenia. Tak jak dziś rano…

— Cześć, przystojniaku!

Zaskoczony Kris Fabian spojrzał spode łba w stronę „głosu”. Obok przysiadła się (właściwie skąd się tu wzięła?) młoda kobieta szał-blondyna. Jej emanujące seksapilem kształty natychmiast uruchomiły w jego zmysłach korowód zakazanych fantazji: „ależ musi być bosko całować tak zmysłowe, pokryte karmazynową szminką usta; ale cudownie byłoby zapuścić się palcami w te długie blond włosy spadające aż po krągłości biustu… I ta cienka bluzeczka pod zupełnie odkrytą szyją… Tam mógłbym błądzić dłońmi godzinami… I ta kusa spódniczką ledwie osłaniająca boskie uda… Bogini!”

— Cool chłopiec! — Powiedziała „bogini”, prześliznąwszy cienkim palcem z krwisto-czerwonym paznokciem po ustach mężczyzny. — Od razu zwróciłam na ciebie uwagę, gdy tylko weszłam… Przy okazji: mam na imię Lilith, dla przyjaciół Lila — i położyła rękę Krisa na swe śniade, gorące kolano. — Idziemy?

Kris Fabian zbladł z pożądania. Do takich damulek jak ta obok nigdy dotąd nie ośmielał się nawet wzdychać. Konwulsyjnie przełknął ślinę, bezwolnie skinął głową. Kobieta wzięła go pod ramię i poprowadziła do ciemnego korytarzyka między toaletami. Mężczyzna chwacko przytulił do siebie elastyczne, niczym u kota, „boskie” ciało i zapominając o wszystkim przywarł pożądliwymi wargami do jej ust… Nagle coś ostrego boleśnie zakłuło go w tors. Uwolniwszy się z uścisku, poczuł ręką na szyi srebrny krzyżyk, prezent od Dorotki — jego żony. Dobrze pamiętał łagodny jej szept, gdy mu wręczała: „Niech Bóg Cię chroni!”

— Co jest? — Zapytała niecierpliwie Lilith.

Porucznik Fabian, tym razem jakby nie swymi oczyma, a bacznym wzrokiem doświadczonego służbisty, chłodno i krytycznie spojrzał na kobietę. Wulgarnie zmiętolona spódniczka (na jego gust stanowczo za krótka), ckliwie-słodki zapach perfum, rozmazana krwista szminka, wyzywająco umalowane czerwonym lakierem paznokcie, bezduszne oczy, jak u drapieżnika. Co on w niej, do cholery, widział?!…

— Przykro mi — odpowiedział głucho. — Jestem żonaty.

I poprawiwszy marynarkę wrócił do baru, nie zwracając uwagi, z jakim wulgarnym grymasem na twarzy odprowadzała go swym spojrzeniem ledwie co poznana kobieta.

— Tracimy kwalifikacje? — zażartował Marduk, patrząc podirytowanym spojrzeniem na kobietę. — Teraz ty! — i skinął głową w stronę drugiego współtowarzysza.

— Witam, kolegę! — Młody mężczyzna o kocich ruchach i twarzy jak u kota przysiadł się obok Krisa. — Muszę z kimś zagadać, podzielić się swymi problemami. Pozwoli, kolega?

— Gadaj sobie… — wzruszył ramionami porucznik.

— Uważa kolega, żona mnie zdradza… A ja tak bardzo się starałem… Cóż?… Wszystko do kitu! Znalazła kogoś lepszego… U was, kolego, też może jest tak?

Porucznik Kris Fabian poczuł w sercu niepokój. Może, faktycznie, Dorka znalazła kogoś innego? Ból ściskający w piersi przechwytywał oddech. Przyłożył dłoń do torsu, szczypnął krzyżyk… No, nie! Co za bzdura! Ona na pewno nikogo nie ma.

— Proszę wybaczyć… U mnie wszystko w porządku. — Odpowiedział rozmówcy. — Niech pan sobie poszuka do zwierzeń kogoś innego. — I przesunął się nieco dalej od nieproszonego gościa.

— Dyletanci! — Fuknął z pogardą Marduk do partnerów cierpiących z powodu poniesionego fiaska. — Patrzcie i uczcie się!

Mężczyzna zbliżył się do baru, głośno rozmawiając z kimś przez telefon, na tyle głośno, że porucznik chcąc nie chcąc stał się mimowolnym słuchaczem.

— Nie przyjdziesz? Dlaczego? Rozumiem. Jedziesz do kochanki… A mąż? Pokłóciła się z nim i wywaliła z domu? Czyli będziesz pocieszycielem?… Ty farciarzu! A gdzie mieszka? W Zielonkach przy ulicy Cichej?

Porucznik Fabian nagle poczuł, jak krew napływa mu do twarzy. Dłonie samoistnie zacisnęły się w pięści. Wściekle zadudniło serce. Zerwał się, wybiegł z baru.

— I jak widzicie, teraz dowali swej żonie i zrealizuje za nas całe zadanie. — Mówi zadowolony z siebie Marduk popijając wino. — Potem skończy ze sobą i zleconko mamy odfajkowane z nawiązką. Nie zaszkodziłoby i odfajkować w bonusie kochanka, no, ale cóż? Jego żona przecież takiego nigdy nie miała…

— Co za nieudacznik życiowy! — Leniwie skomentowała Lilith. — Lećmy, obejrzyjmy to mydlane przedstawienie. — Zwróciła się do współtowarzyszy.

*

Kris Fabian walił pięściami w drzwi (okazało się, że zapomniał kluczy od domu). Wreszcie otworzyła je przyodziana w szlafrok Dorota. Jej twarz była spuchnięta od płaczu.

— Gdzie jest ten gach? Gdzie jest ten twój kochanek?! — Krzyknął już z progu.

— Jaki kochanek? Krzysiu, jesteś szalony czy pijany? — Ze strachem odpowiedziała.

Podniósł rękę do ciosu. Ale nagle w domu otworzyło się okno, przez które wieczorny wiatr przywiał nie wiadomo skąd zapach czeremchy. Mąż i żona spojrzeli na siebie, jakby wybudzeni z koszmaru.

— Pachnie czeremchą — powiedziała kobieta. — Zupełnie jak w dniu, gdy się poznaliśmy…

— Rzeczywiście… — jakby ocknął się ze snu, potwierdzając słowa żony.

— Krzysiu, dobrze, że już jesteś… bardzo się o ciebie martwiłam…

— Wybacz mi, kochana! — Wyszeptał z trwogą. — Miałem dziś ciężki dzień. Aż dwa samobójstwa młodych ludzi…

Dwoje małżonków przytuliło się do siebie, mocno, z czułością…

*

Cała trójka spojrzała na siebie ze zniechęceniem.

— Cholera! A był już prawie nasz — powiedział młodszy kompan.

— Wydaje się, między nimi jest nadal dość silne uczucie — stwierdziła Lilith.

— No trudno. Nic tu już po nas. Spadamy! — zakomenderował Marduk.

*

Nad miastem zapanowała noc. Trójka łowczych dusz: Zazdrość, Pokusa i Podstęp ruszyli w poszukiwaniu kolejnych ofiar.

Rozdział 3

Kochany Janku! Czy pamiętasz ten dzień, gdy po raz pierwszy się ujrzeliśmy? Tak, to było w „Złotym koguciku”. U pana szatniarza. Mieszkałam w nim już trzeci miesiąc. Od razu po narodzinach w pracowni. A co? Myślałeś, że figurki nie miewają urodzin? Stałam na półce razem z moimi siostrami. Wszystkie byłyśmy jednakowe. Tylko nasze szkatułki, te w formie serduszek, moszczone były różną tkaniną. Bo każda miała trochę inne przeznaczenie. Ta moja, przede mną — to miejsce dla biżuterii. Dla mnie — taka straszna jama. Nienawidzę jej.

A na umbrelce, po tylnej stronie — lusterko. Jest takie maleńkie, jakby wykonane tylko dla mnie. Nie staram się w nie patrzeć. Z daleka jestem ślicznotką, a z bliska… Nawet zamiast ust mam kropkę. Więc nic nie mogę mówić, mogę tylko myśleć. I nie mogę przymykać oczu, nawet gdybym chciała, gdyż narysowane zostały jako otwarte. I za każdym razem, gdy w tańcu czynię obrót, widzę w małym lusterku swe durne lico. To zrobili specjalnie. Żebym się męczyła. Ale co tam! W sumie i tak jestem śliczna. To nic, że włosy sztuczne. Za to popatrz, jaka jestem zgrabna! A może jestem dla ciebie zbyt maleńka i chudziutka, i podobają ci się… inne? Wszystko jedno. Chcę tańczyć przed tobą, Janku. W przyszatniowym sklepiku czasem inni brali mnie i oglądali z każdej strony. A ja i tak myślałam tylko o tobie. Żebyś mnie wziął, podniósł do swych oczu, mocno trzymał i nie puszczał… Nigdy. Wybacz. Rozmarzyłam się…

Pod moimi nóżkami mechanizm i sprężynka. Gdy mechanizm rusza — zaczynam czuć. A z pomocą sprężynki — tańczę. I to już całe moje życie. Żyć, widzieć ciebie i tańczyć dla ciebie. To moje przeznaczenie. Pamiętam o nim zawsze. I jeszcze… Wiesz, czemu stale taka sama muzyka? Przecież mam jeden mechanizm. Nigdy go nie zmieniam, jestem mu wierna. I Tobie też będę.

Niektórzy, od ciebie… próbowali mnie odwieść. I sami odsłuchiwać melodyjkę i patrzeć, jak tańczę. I musiałem to robić. To nie było całkiem w porządku! Ja powinnam tańczyć tylko dla ciebie… Przykro mi z tego powodu. Wybacz!

I wreszcie się doczekałam. Podszedłeś. Mimo że spałam, poczułam, że to właśnie ty. Długo mi się przyglądałeś. Na pewno porównywałeś do mych siostrzyczek… No, ale czemu zdecydowałeś się na mnie? Cóż… Tak chciał los. Los jest cudowny!

Wziąłeś mnie i zacząłeś przyglądać się — teraz już ze wszystkich stron. Wiesz, jak się wtedy wstydziłam?… A wcześniej nigdy nie wiedziałam, co to wstyd. Nie mogąc zamykać oczu, rumieniłam się. Czy pod pokraśniałym obliczem zauważyłeś moje zmieszanie? — Nie wiem. Chyba tak… Teraz zrozumiałam, czemu moje oczy nigdy się nie zamykają. Bo od chwili naszego spotkania powinnam móc zawsze ciebie widzieć. Zawsze. I tak postanowiłam.

No oczywiście, wszystko to wydedukowałam. Przecież byłam we śnie. I nic nie mogłam jeszcze czuć. Zaczęłam odczuwać, tak naprawdę i prawdziwie, gdy wreszcie zobaczyłam ciebie. Twoją twarz! Twe oczy! Od razu moje ręce wzleciały do góry. Nóżka sama odsunęła się ciut na bok. Cała wyciągnęłam się przed tobą. I zastygłam, i zamarłam. A wewnątrz wszystko we mnie było napięte. Do granic wytrzymałości. Wtedy pomyślałam: moja wina, że nie mogę się ruszyć. Bardzo siebie za to winiłam. Za uniemożliwienie rozpoczęcia tańca. Za moją sztywność. Za to, że każdy mógł zobaczyć, jak byłam zażenowana przed tobą. Za moją… do ciebie…

Ale nagle coś drgnęło, coś się stało. Coś zaskoczyło we mnie i… (teraz wiem: odblokowałeś dźwignię, oswobodziłeś we mnie moją sprężynę). Zaczęłam krążyć, krążyć! Wszyscy stojący obok szatni odwrócili się i patrzyli na nas. Myśleli, że tańczę dla nich. A ja tańczyłam dla ciebie, Janeczku. Tylko. To było szczęście! To był mój pierwszy Odlot!

Potem zaczęłam odczuwać zmęczenie. Coraz większe i większe. Ręce i nogi stawały się coraz cięższe. Zmęczenie wciąż rosło. Jak śnieżna kula. Opadałam z sił. Zatrzymałam się. To było straszne… Ale nieoczekiwanie znów poczułam, jak zaczęło przybywać sił. Pomyślałam: to dlatego, że wciąż na mnie patrzysz. Nie od razu zrozumiałam przyczynę. Po raz kolejny przekręciłeś w mojej duszy kluczyk. Powoli. Jakbyś bał się złamać. I znów ożyłam. Kolejny odlot…

A potem długo niosłeś mnie na rękach. Było mi bardzo dobrze. Cudownie. I spokojnie. Wiedziałam, niosłeś mnie do siebie. Do domu.

I oto jestem w twoim domu. Na oknie. Ależ tu dużo słońca! To dobrze, gdyż podczas drogi trochę zmarzłam. A pokoik całkiem duży i przytulny. To mój pokoik? Będę w nim mieszkać? Z tobą? To teraz i mój dom? O! W rogu pokoju jest pianino, pewno będziesz dla mnie na nim grał… O! i jaka piękna stoi na pianinie porcelanowa waza. Chyba chińska… Jaka jestem szczęśliwa, Janku drogi!

Wyszedłeś. Już wieczór i wciąż na ciebie czekam. No, a potem… Potem przyszedłeś… z nią, z tą twoją Katarzyną… Zrozumiałam: to wasz dom. Twój i jej. I to będzie jej pokój, a nie nasz: mój z tobą.

No, ale dlaczego pozwoliłeś, aby wzięła mnie w swe dłonie? Naprawdę nie rozumiesz, jak boli mnie jej dotyk?… Jak cierpię, gdy chowając mnie w swych dłoniach patrzy z rozmarzeniem na ciebie? Czyżby tak teraz miało już być przez całe życie, Janku? Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Potem uśmiechnęła się do ciebie. Jak ona się uśmiecha! Potem przyciągnąłeś ją do siebie i pocałowałeś. A ona, o mój Boże! Była w stanie zamknąć oczy! Po chwili wyszliście. A potem zaczął padać deszcz. A ja wciąż stałam na oknie. Okno było otwarte i zrobiło mi się chłodno. I ciemno. I tak samotnie. A ty wciąż nie wracałeś. A ja czekałam, czekałam. Potem przyszła ona i położyła się spać. Wciąż jeszcze miałam nadzieję na… W końcu zrozumiałam. Nie doczekam się.

Mówiłam ci już — przede mną jest ogromna jama. Dla biżuterii. Tej, którą ją obdarowałeś. Zdejmuje błyskotki każdego wieczoru. Gdy idzie spać. I… rzuca pod moje nogi! Prawda, każdego ranka zabiera na powrót. I tak dzień w dzień: rzuca pod nogi, zabiera. Codziennie. Jak to może się nie znudzić?

Ale najgorsze jest to, że ta biżuteria przesiąknięta jest zapachem jej perfum. One szybko przenikają i we mnie. W całą mnie. Może więc stanę się nią? No tak. Zapomniałam powiedzieć: mam mały nosek… No ale i bez noska czuję ten zaborczy zapach!

Ta pani Katarzyna ma ulubiony precjozek. Codziennie rano go wkłada. Być może to jakaś pamiątka po jakimś wydarzeniu. Waszym wydarzeniu. To łańcuszek. Z małym inkrustowanym serduszkiem. Czasem je całując, wzdycha… Potem zakręca moim kluczykiem. Prawda, nieczęsto. Ale i to dobre. Oczywiście, z nią to nie tak, jak z tobą. I tańczę przed nią nie tak, jak przed tobą. Nawet i nie chcę, ale nic na to nie mogę poradzić. Mechanizm i sprężynka nie dają mi wyboru.

A ciebie widziałam samotnie, bez niej, tylko raz. No, ale o tym — potem… Spędzałam z nią prawie każdy dzień. Prawie każdą noc. Ale o tym… także nie teraz…

Zawsze uśmiechacie się patrząc na mnie, Ale jakoś tak… Mimo wszystko ona cię kocha. Niestety! Widzę to. No, oczywiście, nie tak, jak ja… Tak, prawda. Ona jest bardzo piękna. Ma wspaniałe czarne włosy i wielkie miodowe oczy. Na pewno, dlatego, nie szczędzisz na jej zachcianki. Miesiąc w miesiąc. Dlatego jama pod moimi nogami coraz bardziej się zapełnia. A i tak nadal jest dla mnie przepaścią. I wciąż nad ta przepaścią stoję. Samotnie. Myślisz, że mi lekko? W tym aromacie jej perfum! I widzieć ciebie z nią? Szczególnie nocą… Do tego niepotrzebne żadne oczy, żeby widzieć, jak ostrożnie zdejmujesz z niej łańcuszek z serduszkiem. Jak ją obejmujesz. Jak chowasz w swych dłoniach jej twarz. Jak patrzycie sobie w oczy nawzajem. Jak zanurza swe ręce w twych włosach. Jak wy…

A potem jej głowa leży na twojej piersi. I twoja ręka obejmuje jej ramiona. I zasypiacie. Przytuleni, jak dwa splecione kędziorki. A ja cały czas stoję. W ciemności. Samotna. W aromacie jej perfum. Do samego rana… Wiem, że rankiem znów zobaczę jej piękną twarz tuż przede mną, gdy już z ułożonymi włosami, z makijażem, zabierze z mojej jamy pod nogami swe łańcuszki i pierścionki. A ja będę stała nieruchomo i milczała. I jak prawie zawsze z odłączoną sprężynką. I co z tego? Co mam robić? Jestem przecież zabawką. Dla ciebie. A to takie przecież nic… O Boże!…

Teraz o tym, jak jeszcze raz byłam z tobą sam na sam. I w twoich dłoniach. To było wtedy, jak złamała się moja nóżka. Myślę, że ona specjalnie rzuciła mną o podłogę. I poleciałam w przepaść. I leżałam pośród jej pierścionków i łańcuszków. A nóżka została tam, na górze. Bardzo, bardzo bolało. Wiem, dlaczego to zrobiła. Dlatego, bo wreszcie zrozumiała, jak bardzo ciebie kocham! Jakżeż byłam wtedy szczęśliwa! Pytasz, dlaczego? No dlatego, że zaraz następnego dnia twoje dłonie wzięły mnie i moją nóżkę i jakżeż czule, jakżeż i delikatnie sklejały mnie. I dlatego, że odcisk twego palca do tej pory pozostał. Na mojej nóżce. I nawet, gdy w tym miejscu, gdzie było złamanie, boli — mimo wszystko czuję się szczęśliwą. Czym silniej boli, tym jestem szczęśliwsza.

Znów nie rozumiesz? No jakże: czym bardziej złożone złamanie, tym bardziej ci mnie żal. Troszczysz się o mnie. Już po raz drugi. Pierwszy — gdy ustawiłeś w słońcu. Na parapecie. Gdy było mi chłodno. I teraz także na parapecie postawiłeś. Abym wyschła. Od łez… szczęścia… A ona moich łez nie zobaczy nigdy. Będę dzielna. I tańczyć przed nią będę. Nawet choćby na słomianej nodze. O łzach moich wystarczy, że wiesz ty. Niczego mi więcej nie trzeba.

Dlatego, wiesz co? — Mam takie marzenie. Chcę być do reszty rozbita. Na milion kawałków. Żebyś najpierw długo żalił się nade mną a potem długo, długo mnie kleił. Moje ciało. Całe. I wtedy twoje palce będą na mnie wszędzie. A twój klej zlepi mnie na powrót już na wieczność. I ja… przykleję się… do twoich odcisków, do… ciebie… na wieczność…

Czym to wszystko się skończy?! Może tak:

Póki co — stawia mnie na parapecie. Ciekawe, czemu? Wiaterek jest sympatyczny! To prawda. Jak rześko! Jestem nawet i rada! Ojej! A dokąd ja lecę?!… Oj!… Cała się rozsypałam… Czyżby moje marzenie się spełniało? Ale dlaczego ona wzięła szuflę i miotłę? I zgarnia wszystkie moje kawałki do kubła? I… Kochany, no dlaczego pozwalasz, aby mnie zabijała?

Nie, nie to… Albo i tak:

Postanowiłam. Zrobię, jak pomyślałam. Będę na nią długo patrzeć. Niezawistnie. I myślami nakłaniać, by ustawiła mnie tuż przy krawędzi. Już od tygodnia tak czynię. Zadziałało! Postanowiła przyozdobić się przy moim parapecie. Tam, gdzie stoję. I przesunęła mnie na sam skraj. Proszę! Jeszcze ciut-ciut… No pchnijże! No przecież wiesz — sama nie mogę! No i wreszcie — stało się! Oj!… Kochany, no dlaczego znów pozwalasz jej mnie zabijać?

Nie, znów nie to… A może tak:

Nikt mnie już od dawna nie uruchamia. Nikt. Ona kupiła nową szkatułkę. Cała jej biżuteria jest teraz w tej nowej. A mnie… Mnie postawiła na półce na strychu. I zamknęła klapę. Teraz widzę świat raz na wiele dni. Czasem nawet rzadziej… Pokrywam się kurzem… coraz bardziej… ile ja mam lat?… Nie pamiętam… Kochany!… No czemu… Czemu tej Katarzynie, jej… po raz kolejny… pozwoliłeś jej…

Nie! Także nie to… Nic mi nie pasuje.

Jak mam dalej żyć? Czy Ty naprawdę zawsze będziesz z nią, a nie ze mną? Mam jeszcze jakieś szanse? Wiem… Ani jednej. Cała wieczność być obok ciebie, ale nie z tobą. To moja przyszłość. I widzieć ją każdego dnia. Czasem ciebie. Patrzeć na wasze… Patrzeć na was, jak wy… Jak długo tak można wytrzymać? Czyżby, póki śmierć nie rozłączy? Nas… Moja śmierć?

Kochany…

Rozdział 4

— A więc przyszedłeś? — w swoim nowoczesnym mieszkaniu na nowo pobudowanym osiedlu kontemplowała plamy na suficie Katarzyna, starając się nie patrzeć w jego stronę.

— Jak widzisz! — Męska muza uśmiechnęła się — To jak, idziemy w tango, do „Złotego Kogucika”?

— …A raczej: przyfrunąłeś… — Niechętnie odwróciła się i spojrzała na niego, i zdziwiła się: „i to ma być ten mój muz?!”

— No przecież sama zadzwoniłaś… — z zaskoczeniem skwitował.

— Hmm… Niby bez ciebie źle, ale gdy jesteś — tak samo…

Słysząc wymówkę damy, Muz jakoś tak jakby się zgarbił, wyblakł… zaczął stawać się coraz bardziej przezroczysty i jeszcze bardziej przezroczysty, i jeszcze, aż całkiem zamienił się w chmurę, chmurkę, w obłoczek… Obłoczek powoli przeleciał przez pokój, przez okno i równie pomału zniknął w sinej dali.

Bezmyślnie odprowadzała go wzrokiem, by na końcu z ulgą zamknąć oczy.

— Pustka w duszy, pustka po świętej pamięci Wojtusiu, po Patryku, po Janku… Pustka w sercu… Dziś, wczoraj, przedwczoraj, jak zawsze pustka… Tylko sama wciąż nie wiem, dlaczego? — I uśmiechnęła się do siebie z refleksyjnym smutkiem…

Po krótkiej chwili, przypominając sobie swojego nowego trenera fitness o pięknym imieniu Bartolomeo, Katarzyna Bond zachichotała:

— Pora mi na nowego „muza”!

Rozdział 5

Nastała noc. Większość klientów „Złotego kogucika”zadowolonych po spędzonym wieczorze już wyszła. Mała wskazówka zegara zbliżała się do godziny dwunastej i jakby natrętnym klientom chciała mówić: „szybko, szybko, zaraz zamykamy! Nasz lokal przecież czynny tylko do północy”. Muzycy dawno pozabierali swoje instrumenty. Prawie wszystkie stoliki były już uprzątnięte, naczynia oczyszczone. Kilku kelnerów otoczyło barmana i sądząc po odgłosach śmiechu rozmawiali o czymś zabawnym. Wszyscy myśleli już o zasłużonym odpoczynku. I tylko w kącie — wesoła „kompanija” mimo ponawianych próśb szefa sali domagała się ciągu dalszego i nijak nie myślała rozchodzić się do domów…

— Proszę pana, zamykamy już! — Powiedział kelner do postawnego bruneta, przez cały wieczór pochylonego nad laptopem i niemieckimi czasopismami, ułożonymi w dwie pryzmy na blacie stolika.

— Ja, ja, ich bin Abschluss… Ja kończyć już… ein anderer Moment, jeście kwila, prosze!

— Zamykamy już! — Poinformował także młodą kobietę, równie samotnie siedzącą przy innym stoliku, wręczając jej rachunek.

— Tak, tak, oczywiście — Odpowiedziała. Spojrzała na kwitek, wyjęła banknot i położyła na wierzchu. — Reszty nie trzeba…

— Dziękuję! — Skinął głową, wziął pieniądze i odwrócił się z zamiarem odejścia.

— Proszę mi pozwolić posiedzieć tu jeszcze kwadrans. — Powiedziała, patrząc na zegarek.

— Oczywiście — skinął głową. A może zamówić dla pani taksówkę? — Dodał. — Jest dość późno…

— Co, co?… A, taksówka? Nie! — Odpowiedziała — nie, dziękuję…

Nie przyszedł — rozmyślała — nie przyszedł, a przecież obiecał…

„Dwadzieścia osiem, góra trzydzieści dwa lata — ocenił kelner — ale wygląda nawet młodziej. Super laska, czort by ją wziął… ta odzież, spojrzenie, obrót głowy, korale z granatów, torebka… I tylko oczy, takie jakieś smutne… Taa!… Coś jest z nią nie tak. Przyszła dwie godziny temu, stolik dla dwóch osób przy oknie zarezerwowany wcześniej, a zajęty przez jedną… Nic właściwie nie jadła, kilka kieliszków wina i herbata cynamonowa, i wciąż zaglądała w okno, jakby wypatrywała kogoś… „Jakby”? — Poprawił się w myślach — Czekała na kogoś. To pewne.”

„Nie przyszedł — rozmyślała — nie przyszedł, a przecież obiecał. Smutno tak czekać i wiedzieć, że nie przyjdzie. Bo w końcu wiedziałam, że tak się stanie. To nie on, to ja wymogłam na nim obietnicę. Ale czyż ostatecznie nie powiedział: dobrze, przyjdę, jeśli znajdę czas?… To znaczy, nie. On tak nie powiedział. W sumie: zaoponował. Powiedział, że raczej nie znajdzie czasu. To ja uparłam się, nalegałam. Tak, tak było… Potem chyba burknął: dobrze, spróbuję… Dzwoniłam kilka razy… Tak, zaraz przyjdę… Zapewniał. I w rezultacie jednak nie przyszedł…”

Ostatnimi czasy w ich związku szwankowało. On już nie biegał na spotkania z nią podekscytowany, jak kiedyś. A gdy w końcu przychodził, od razu ze wszystkim mu się spieszyło. Mówił, że nie ma czasu, że praca, klienci czekają…

Rendez-vous z chłodkiem w tle. To nawet nie były randki, a usługi. Seks w pośpiechu, z zadyszką, bardziej przypominający zimną przekąskę: niby podjadła, ale i tak była głodną. Ani pasji, ani eksplozji emocji, bez nowych wrażeń, tylko czysta mechanika: zadawalał się — i fru!… biegiem z powrotem do swych spraw. „Obiecałem, to i przyszedłem — zdawały się mówić jego oczy — co więcej chcesz?” Ale najbardziej w tym wszystkim smutne było to, że „uciekając” nierzadko zapominał nawet pocałować. „Dwa lata temu było inaczej. — Uśmiechnęła się gorzko na wspomnienia. — Dwa lata przeleciały tak szybko, jakby to było wczoraj, gdy przy wejściu do butiku podniósł przewróconą moją parasolkę i wręczył z uśmiechem”. I wtedy zauważyła: przystojny facet. I odwzajemniła uśmiech…