Opis

Autor zabiera czytelnika w podróż po meandrach ludzkiej duszy. To bowiem książka o miłości, która pokazuje w pełnej krasie wielowymiarowość tego uczucia oraz jego zgubne skutki. Trudno o trafniejszą analizę współczesnych, miłosnych relacji z drugim człowiekiem. (Subiektywnie o książkach)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Janusz Niżyński

Master Stengraf i synowie

Oblicza miłości

© Janusz Niżyński, 2018

Autor zabiera czytelnika w podróż po meandrach ludzkiej duszy. To bowiem książka o miłości, która pokazuje w pełnej krasie wielowymiarowość tego uczucia oraz jego zgubne skutki. Trudno o trafniejszą analizę współczesnych, miłosnych relacji z drugim człowiekiem. (Subiektywnie o książkach)

ISBN 978-83-8126-952-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Od autora

Drogi Czytelniku,

bohaterowie mojej najnowszej powieści obyczajowo-sensacyjnej mogą już być Ci skądś znani. Zarówno bowiem Janusz Babicki, Caterina, Patryk Trazom, jak i Wacław Stengraf, Andżelika i Clavia pojawiali się w licznych opowiadaniach od wielu lat publikowanych przeze mnie na mojej prywatnej witrynie Janusz.Nizynski.pl. Niektórzy z nich uwiecznieni zostali ponadto na kartach moich wcześniejszych książek, które ukazywały się na rynku księgarskim.

Tytułowa postać niniejszej powieści — Ernest Stengraf — jest z powołania artystą-malarzem. Z usposobienia natomiast erotomanem-masochistą. Swoją pasją utrwalania na płótnach kobiecych, wyjątkowo naturalistycznych aktów niechętnie jednak dzieli się z odbiorcami sztuki. Czeka na lepsze czasy i dobrego marszanda, który sprawi, że jego dzieła wreszcie sprzedawane będą za godziwe pieniądze. Synowie Ernesta Stengrafa to z kolei dwaj młodzi, na pozór bardzo zwyczajni ludzie, bo przecież zarówno Marko — młodszy syn — jak i jego niewiele starszy brat Wacław wykazują się nietuzinkowymi talentami. Ten pierwszy — biegle zna kilka języków, pięknie gra na fortepianie, ten drugi — kończy właśnie studia medyczne w Paryżu, jest miłośnikiem podróżowania bez celu i planu pod rozgwieżdżonym niebem. Obaj, jak przystało na swój wiek, potrafią skutecznie zawrócić kobietom w głowie, i czynią to spontanicznie, co potem nie zawsze, jak to w życiu bywa, wychodzi im na dobre.

Drodzy Państwo, mam nadzieję, że moja najnowsza powieść spodoba się, przypadnie do gustu, że będzie źródłem Waszych pozytywnych wzruszeń i przemyśleń na temat najpiękniejszego uczucia świata, jakim jest miłość. Ta pasja u każdego z moich bohaterów przybiera różne barwy: od bieli niewinnej i czystej Jeanne (narzeczonej Wacława), po mroczną czerń uczucia tytułowego bohatera. Gdybyście po lekturze chcieli się ze mną podzielić refleksjami albo po prostu skomentować — to nic prostszego: możecie to uczynić na mej prywatnej witrynie Janusz.Nizynski.pl. Zapraszając zatem do jej odwiedzenia, jeszcze raz życzę każdemu z Państwa ciekawej i inspirującej lektury!

Janusz Niżyński

Część I — Jej trzy dni na Maderze

— 1 —

Jest późny wieczór. Foyer pięciogwiazdkowego hotelu Melia w Funchal wypełnia rzadko spotykana tu, nawet o tej porze, cisza. Dwaj recepcjoniści stojący za wysokim kontuarem, oddzielającym recepcję od obszernego hotelowego holu, cierpliwie pochylają się nad klawiaturami komputerów, co chwila wprowadzając i kontrolując w elektronicznym systemie bieżące polecenia i personalia gości. Z ukrytych głośników znajdujących się pod sufitem leniwie sączy się nastrojowa muzyka. Z przylegających do holu korytarzy i z szerokiej klatki schodowej także nie dochodzą żadne uciążliwe dźwięki ani odgłosy. Po tradycyjnym wieczornym rumorze, który zwykle towarzyszy hotelowym gościom udającym się na nocny spoczynek, wszędzie zapanowały już cisza i spokój.

Cichość pomieszczenia nie trwała jednak długo. Przerwał ją nowy klient hotelu, młody mężczyzna, który wszedł do holu od strony zatoczki dla taksówek i który idąc prosto w stronę recepcji, stukając obcasami, wesoło nucił pod nosem początkowy temat z Sonaty KV 331 Mozarta. Mężczyzna miał na sobie kowbojski kapelusz, czerwoną marynarkę, stylowo poprzecierane dżinsy i buty w kolorze piasku na grubej podzelowanej podeszwie. W jednej ręce trzymał obszerną podróżną torbę, w drugiej — skórzany portfel. (Prawdopodobnie korzystał przed chwilą z jego zawartości, regulując kurs za taksówkę).

— Boa noite![1] — Recepcjonista uśmiechnął się do przybysza. — Miło mi powitać pana w Melia Madeira Mare Resort and Spa. Czy ma pan może u nas rezerwację?

— Dobry wieczór! — Nienagannie odpowiedział w języku Fernando Pessoy młody chłopak, po czym dystyngowanie kiwnął głową, zdejmując z niej quasi-kowbojski kapelusz. — Tak, tak, oczywiście!… Jestem Mark Stengraf. Proszę, oto mój dowód osobisty.

— Dziękuję panu — grzecznie odpowiedział jeden z recepcjonistów, natychmiast biorąc się za sprawdzanie rezerwacji w systemie.

Trwało to może niecałą minutę, po której podał gościowi małą plastykową kartkę, mówiąc:

— Panie Stengraf, oto pana klucz magnetyczny do drzwi. Numer pańskiego apartamentu, zgodnie z pana życzeniem: 422. Czwarte piętro. Windy ma pan zaraz po prawej… — Następnie pracownik recepcji rutynowo poinformował gościa o podstawowych zasadach obowiązujących w hotelu, a na zakończenie — krótko o różnych fakultatywnych usługach świadczonych przez tutejszy personel i współpracujących usługodawców.

Tymczasem w holu ponownie rozległy się kroki nowego hotelowego gościa. Ciągnąc za sobą wielką srebrną walizkę na kółkach, do recepcji zbliżała się elegancka ciemnowłosa kobieta. Ubrana była w gustowny lekki płaszczyk w kolorze kwitnących wrzosów i stylowy ciemnofioletowy melonik à la Lilly Marlenne. Stanęła obok mężczyzny w czerwonej kurtce i nie przeszkadzając mu, zwróciła się do drugiego recepcjonisty. Chłopak natychmiast przyłapał się na myśli, że miast uważnie słuchać udzielanych mu informacji, z uporem przypatruje się nowo przybyłej kobiecie. Nie bez powodu: było w niej bowiem coś, co takich jak on młodych ludzi zawsze fascynuje: wysmakowana, acz nieprzesadnie epatująca swym stylem odzież, jakaś specyficzna, przyciągająca spojrzenia mężczyzn gracja ruchów i oczywiście uroda, nietuzinkowa uroda, którą sklasyfikowałby na bałkański melanż: coś z Rumunki, coś może z Włoszki, a może i w jakieś mierze słowiańskie naleciałości?… Mark bardzo lubi urodziwe, dobrze ubrane kobiety. I zna się na ich krasie. Sam niespecjalnie przykładając uwagę do swego ubioru, ceni sobie kobiety, które potrafią zadbać o własny wygląd. Jego zdaniem dają w ten sposób świadectwo nie tylko dobrego gustu, ale i w ogóle klasy. A on, Mark Stengraf — zawsze bardzo cenił kobiety z klasą.

Mimo że prowadząca z recepcjonistą rozmowę dziewczyna nie zauważała jego spojrzenia — on nagle poczuł się trochę nieswojo. Nigdy przecież dotąd nikogo w hotelowej recepcji nie podsłuchiwał. Nudziły go zresztą takie suche, formalne dialogi, a tu, proszę bardzo! — czyni to, że aż ucho czerwienieje ze wstydu. Tak więc Mark zupełnie nie słuchał tego, co mówił do niego jego własny rozmówca, za to ze wścibskim skupieniem chłonął każde słowo sąsiedniej rozmowy. Natychmiast się zorientował, że pełna seksapilu nieznajoma o ciemnomiodowych oczach ma z całą pewnością jakieś nieoczekiwane problemy.

— Przykro mi, ale rezerwacja pani została anulowana z powodu przekroczenia limitu czasu na jej potwierdzenie — spokojnie tłumaczył kobiecie recepcjonista. (Oboje rozmawiali po angielsku).

— Ale proszę mnie zrozumieć, mój przelot z Warszawy został opóźniony aż o sześć godzin podczas przesiadki w Lizbonie. I stało się to nie z mojej winy, a z winy towarzystwa lotniczego TAP Portugal — mówiła zdesperowana kobieta, wyraźne zdradzająca oznaki zmęczenia. — To naprawdę nie moja wina…

— Przykro mi, rozumiem panią, ale numer jest już zajęty.

— To co ja mam teraz robić? — zapytała z troską, po czym zaraz dodała po polsku, oczywiście do samej siebie: — Kurczę, jak zwykle! Ja to zawsze mam pecha!

— Proszę się na razie nie martwić. Zaraz coś zaproponujemy… — Recepcjonista wstukał kilka haseł do komputera, przez chwilę coś sprawdzał, po czym odezwał się spokojnym, rzeczowym głosem: — Mogę pani zaoferować pokój analogiczny do wcześniej rezerwowanego przez panią, ale tylko przy płatności z góry gotówką.

— No ale ja nie mam przy sobie gotówki, mam tylko kartę kredytową…

Gdy pierwszy recepcjonista wręczał chłopakowi klucz magnetyczny do apartamentu — ten na chwilę zaprzestał podsłuchiwania cudzej rozmowy. Teraz jednak ponownie z ciekawością nadstawił ucha.

— Miłego pobytu, panie Stengraf.

— Tak, dziękuję! — Z roztargnieniem odpowiedział Mark, a następnie zrobił kilka kroków w kierunku nieznajomej, która, co nie uszło jego uwadze, bez wątpienia była jego rodaczką. — Cześć! — Z naturalną swobodą w głosie odezwał się po polsku do kobiety. — A ja stoję i cały czas zastanawiam się: ta elegancka bordowa dama to ty czy nie ty?

— Dzień dobry — odpowiedziała mu nieznajoma, obrzucając chłopaka zdziwionym spojrzeniem. — A my się…

— …Czy znamy? — urwał jej w pół zdania. — I ty się jeszcze pytasz?!… Naprawdę mnie nie poznajesz?… Nie sądziłem, że na tak małej wysepce, tysiąc kilometrów od matki Europy, spotkam kogokolwiek ze znajomych, a już szczególnie koleżankę z klasy! — Mark uśmiechnął się. — A tu, proszę bardzo, stało się!… Wow! Nie widzieliśmy się od czasu zakończenia szkoły!

— Przepraszam, ale ja…

— No, co? Jestem Mark, nie pamiętasz?… Nie martw się, zaraz sobie pogadamy, poprzypominamy… Panowie, co się dzieje? Czyżbyście mieli jakiś problem? — I niby spontanicznie, z niewymuszonym tupetem, zwrócił się po angielsku do obu recepcjonistów. — Mimowolnie coś tam usłyszałem, szanowni… Jeśli zagwozdka dotyczy gotówki, to sprawa nie jest beznadziejna…

— Rzeczywiście, nie jest. — Dziewczyna skinęła głową. — Zaraz udam się do jakiegoś pobliskiego bankomatu i zaopatrzę się w gotówkę.

— Och, nie! — niespodziewanie Mark stanowczo zaoponował, ponownie przechodząc na język polski. — Ciemno, późno, psa z kulawą nogą nie wygnać… — A pokręciwszy z niesmakiem głową, dopowiedział: — Nie pozwoliłbym w takich warunkach na wyjście z hotelu w poszukiwaniu bankomatu nawet obcej kobiecie, a co dopiero koleżance z klasy. — I mężczyzna zwrócił się po angielsku do pracownika hotelu: — Ja pożyczę tej pani gotówkę i ureguluję rachunek. Proszę przystąpić do wydawania klucza! — Po czym wyjął z portfela gruby plik banknotów.

— Tak, oczywiście — ze zrozumieniem przytaknął recepcjonista.

Mark puścił oko do eleganckiej brunetki. Ta była tak zaskoczona niespodziewanym i dziwnym zachowaniem nieznanego sobie mężczyzny, że w odpowiedzi jedynie z roztargnieniem zamrugała kilka razy powiekami. „A może to prawda, może ten chłopak to rzeczywiście jakiś dawny kolega z klasy?” — mimowolnie przemknęło jej przez głowę.

— Proszę, oto numer pani pokoju: 534 — rzekł mężczyzna zza lady, podając kobiecie magnetyczny klucz. — Przepraszamy za niedogodności związane z koniecznością zapłacenia gotówką. Życzymy miłego pobytu.

— Dziękuję! — Dystyngowanie skinęła i wyciągnęła dłoń w kierunku walizki.

— Pozwól! — Mark szybko pochwycił bagaż nieznajomej. — Do numeru pomogę.

Kiedy dotarli pod hol z windami, chłopak położył swą torbę na podłodze i mruknął do towarzyszki:

— One moment, please![2]…

Wróciwszy do recepcji, wziął z małego pucharku kilka darmowych cukierków i skrzętnie schował je do kieszeni marynarki.

— Za pozwoleniem — mrugnął okiem do pracownika hotelu. — Zanim dotarłem z lotniska, poziom cukru we krwi zdążył był już zdecydowanie mi opaść.

Pracownik po drugiej stronie lady uśmiechnął się ze zrozumieniem.

— Na zdrowie.

— Thanks! — krótko odpowiedział chłopak.

Gdy powrócił do dziewczyny, wyciągnął z kieszeni dłoń z kilkoma cukierkami:

— Proszę, poczęstuj się. To specjalnie dla ciebie, na koszt hotelu.

Dziewczyna po raz pierwszy spojrzała na chłopaka, nieznacznie się uśmiechając. Lubi takich spontanicznych, rzutkich i pogodnych młodych mężczyzn.

— Dziękuję ci… kolego ze szkolnej klasy. Szkoda tylko, że wciąż nie kojarzę, z której? — I ponownie obdarzyła go, tym razem szerokim, przekornym uśmiechem.

Ściągnięta na dół winda przyjechała, otworzyła drzwi. Obowiązkowo przepuściwszy przed sobą kobietę, wszedł za nią, wnosząc zarówno jej, jak i swój własny bagaż. Następnie bez słowa wyjaśnienia nacisnął przycisk piątego piętra. Widząc determinację mimowolnego towarzysza do pomagania jej „za wszelką cenę”, zaniepokojona dziewczyna splotła ramiona. Spokojnie rzekła do niego:

— Rozumiem, że wyświadczył mi pan przysługę — przejście na pan zaakcentowała z naciskiem — ale proszę pamiętać, że nie prosiłam o nią…

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale dziecinnie szczery uśmiech dziwnego mężczyzny kompletnie zbił ją z pantałyku… Chcąc nie chcąc, zrezygnowała. Zamilkła.

— Wszystko okay! — Prosto skwitował sytuację nieznajomy. — Eu entendo tudo[3]… Zdaje się, już mamy piąte piętro.

„Znaczy się, to rzeczywiście nie kolega z klasy — pomyślała. — Oczywiście, że nie… Że też od razu nie zwróciłam uwagi, iż jest ode mnie dużo młodszy. Z pewnością nie skończył nawet trzydziestki…”.

Gdy doszli do drzwi z liczbą 534, Mark ustawił pod ścianą walizkę kobiety i ponownie rozbrajająco się uśmiechnął. Dziewczyna, przytknąwszy plastykowy kartonik do zamka, odblokowała elektroniczny rygiel. Zielone światełko obok mechanizmu błysnęło, przyciśnięta klamka przestała stawiać opór.

— Dziękuję za pomoc — rzekła, starając się unikać wzroku mężczyzny. — Pieniądze zwrócę jutro. Przypomnij, proszę, w jakim mieszkasz pokoju? — Mimowolnie powróciła na „ty”, prawdopodobnie nie widząc już potrzeby dalszego utrzymywania dystansu.

— Pięćset trzydzieści cztery — odpowiedział po raz kolejny ze szczerym uśmiechem na twarzy, sztucznie siląc się jednocześnie na powagę.

— Proszę? — Pięćset trzydzieści cztery to był oczywiście numer nie jego, a jej pokoju.

— To znaczy: czterysta dwadzieścia dwa.

— Dobrze — przytaknęła, udając, że nie zwróciła uwagi na próbę niemądrego żartu. — Jutro o ósmej wieczorem.

— Cóż, zgodnie z życzeniem… A tak nawiasem mówiąc, Mark jestem. Dla przyjaciół Marko.

— Miło mi — szybko odpowiedziała nieznajoma. — A teraz już wybacz, Marku, jestem zmuszona cię przeprosić. Jestem trochę zmęczona i muszę wykonać kilka pilnych telefonów. Przyjechałam tu służbowo, na targi spożywcze, w roli obserwatora i przedstawiciela mojej prywatnej firmy. Do zobaczenia zatem jutro wieczorem, po moich wszystkich służbowych spotkaniach.

— Jasne! Do zobaczenia, do jutra.

[1] Dobry wieczór! (pt).

[2] Zaczekaj proszę chwilę! (en).

[3] Wszystko w porządku (pt).

— 2 —

Drzwi od pokoju nieznajomej zamknęły się przed samym nosem niepocieszonego chłopaka. Stał jeszcze przed nimi przez chwilę, marszczył brwi i usilnie zastanawiał się, skąd zna twarz tej kobiety? Bo dałby głowę, że skądś zna i dobrze wie, że nie ze szkoły, gdyż od razu zmiarkował, że nieznajoma jest od niego kilka lat starsza. Może nawet o dziesięć… Po chwili jednak uznając, że jej facjata niepodobna jest do żadnej z twarzy koleżanek, spokojnie podniósł swą torbę i ponownie zaświstawszy pierwsze takty tematu z sonaty Mozarta KV 331, zabawnie przeskakując z nogi na nogę, ruszył w kierunku schodów na czwarte piętro.

W połowie drogi nagle się jednak zatrzymał, znieruchomiał, jakby niespodziewanie przypomniał sobie o czymś niezwykle ważnym, co z całą pewnością nie powinno już dłużej czekać. Ożył, szybko wyjął z kieszeni telefon, wybrał numer. Czekając na połączenie, wciąż poświstywał Mozarta. Za pierwszym razem nikt nie odebrał. Nie zraził się. Po chwilowym niepowodzeniu chłopak wybrał numer po raz wtóry. W końcu w słuchawce odezwał się znajomy głos ojca.

— Tata? Cześć… Tak, to ja, Mark. Chciałem ci życzyć wszystkiego najlepszego z okazji imienin!

— …

— Były tydzień temu? Trzynastego sierpnia? Hmm… Tak, no prawda… Trochę coś pokręciłem. Miałem mnóstwo obowiązków na głowie… Tata, ale naprawdę życzę ci wszystkiego najlepszego. I zacznij znowu tworzyć… Te obrazy, które w tym roku namalowałeś, są naprawdę… jakby to ująć? No superackie są.

— …

— Gdzie jestem? No, na Maderze jestem, w Funchal. Zostanę tu jakiś czas. Szef zlecił mi rozpoznać środowisko i ponawiązywać kontakty… Tata, a czy masz jakieś informację od Wacka? Jak tylko wyjechał na Sardynię, do tej swojej nowej panienki, nie mogę się z nim skontaktować. Wcześniej coś wspominał, że poważnie myśli o ożenku. Mam nadzieję, że na myśleniu poprzestanie. Bo jakoś nie wierzę, że jest prawdziwie zakochany. A i ta jego Jeanne chyba nie ma najlepiej poukładane w głowie… Aby się chajtnąć postawiła warunek, żeby razem przerwali studia! Miarkujesz?

— …

— Dobrze, tato. Gdy zakończę staż na Maderze, przyjadę do ciebie z odwiedzinami. Obiecuję. A gdyby Wacek dzwonił ponownie, powiedz, żeby nie zapominał o braciszku. Tym bardziej, że mam mu coś ekstra do zaproponowania. Chodzi o moje najnowsze kontakty z biznesmenami z Emiratów Arabskich… Babicki mi dał na nich namiary… Wystarczy, że uzbieramy trochę wspólnej kasy i możemy rozruszać własny rodzinny biznesik! Tatusiu, kocham cię! Trzymaj się zdrowo w tych naszych Starych Babicach. I pamiętaj, maluj… maluj dalej. Może wynajmij sobie jakąś modelkę? Mógłbym cię nawet w tym zbożnym celu wspomóc skromnym groszem. Mój szef nieźle mi płaci. Serio!

— …

— No to pa! Do zobaczenia, tatusiu. Pa, pa!

Po skończonej rozmowie zadowolony Mark zamknął futerał od smartfonu i tym razem spokojnym już krokiem skierował się w stronę klatki schodowej. Przez cały dzisiejszy wieczór towarzyszący mu motyw z sonaty Mozarta najwyraźniej wyczerpał swój relaksacyjny limit, bo gdy Mark otwierał apartament — Mozart „wyparował w niebyt” i chłopak niczego już sobie nie nucił.

Tymczasem Katarzyna, przekroczywszy próg numeru i sprawdziwszy, czy dokładnie zamknęła za sobą drzwi, uważnie rozejrzała się po wnętrzu. Jej mała enklawa prywatności, hotelowy pokój, urządzona była według typowej modły zgodnej z europejskimi standardami pięciogwiazdkowych hoteli: dużo przestrzeni, szerokie łóżko, sejf, barek, wygodna toaleta… Chłodna bezosobowość numeru od razu jednak wywołała u dziewczyny nagłą i silną tęsknotę za… No właśnie, za czym? Nie potrafiła tego zdefiniować. „Pusto tu… — pomyślała ze smutkiem. — Tak bezdusznie… E tam!… — od razu się pocieszyła — nie warto się przejmować. To tylko trzy dni. Szybko zlecą”.

Po przejściu do łazienki odkręciła wodę w zamontowanym nad wanną prysznicu i dopiero sprawdziwszy, że jej temperatura jest właściwa — zaczęła się rozbierać. W domu — zawsze tak robiła po podróży. „No tak… Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka” — przemknęła przez jej umysł „odkrywcza” maksyma. Po długiej drodze niepozbawionej przygód (opóźniony samolot), jedynym, o czym w tym momencie marzyła Katarzyna, było to, aby jak najszybciej wskoczyć do łóżka i odespać. Ale, niestety… Nie byłoby to, jak od razu uzmysłowiła sobie, „comme il faut”[1]. „Powinnam zadzwonić do domu, dowiedzieć się, co słychać u męża, u synka, no i wreszcie wziąć ten boski prysznic. A potem — już tylko spać, spać!”.

Jak pomyślała, tak dość szybko zrealizowała wszystkie punkty naprędce ułożonego planu. Mąż poinformował przez telefon, że synka zgodnie z ustaleniami podrzucił do dziadków. Katarzyna przekazała mu kilka instrukcji na kolejny dzień. Potem jeszcze zwierzył się, że brakuje mu jej i że kocha… Szybko odpowiedziała „Ja też cię kocham” i pożyczywszy sobie nawzajem dobrej nocy, rozłączyli się.

*

Następnego dnia Katarzyna rozpoczęła uczestnictwo w „Festa do Vinho da Madeira”. Była to tutejsza cykliczna impreza handlowa, którą w tym roku organizatorzy połączyli z trzydniową kursokonferencją towarzyszącą międzynarodowym targom spożywczym World Food Madeira 2018. Pobyt Katarzyny na Maderze nie jest oczywiście przypadkiem. Razem ze swoim przyjacielem Patrykiem Trazomem prowadzą niewielkie, choć bardzo prężne przedsiębiorstwo produkujące przetwory owocowe z polskich, a w szczególności z podkarpackich farm. Głównymi składnikami artykułów, które przetwarzają, nadając im niepowtarzalny bukiet wybornych rodzimych smaków, są porzeczki, miód i agrest. Oboje uradzili, że uczestnictwo w prestiżowej międzynarodowej konferencji może nie tylko przyczynić się do zawiązania nowych biznesowych kontaktów, ale także będzie znakomitą promocją dopiero co wschodzącej ich podkarpackiej marki na międzynarodowych rynkach.

Aby dojechać do miejsca konferencji — to jest do oddalonej o kilkanaście kilometrów od Funchal małej miejscowości Câmara de Lobos — podobnie jak w przypadku przejazdu z lotniska do hotelu, skorzystała z wynajętej przez organizatorów taksówki. Sama zaś stolica Madery, w której zatrzymała się na swój pobyt, zza szyb samochodu wydawała się być typową turystyczną mekką, gdzie hotel obok hotelu okupuje i zazdrośnie strzeże dostępu do oceanu. Innymi słowy — ta maderyjska metropolia zdawała się dla niej być tylko jeszcze jednym z wielkomiejskich centrów, na które napatrzyła się w swym życiu do znudzenia. Miast więc raczyć się porannymi widokami nieznanego sobie miasta, wyjęła laptop i po raz kolejny szczegółowo studiowała konferencyjne materiały.

Po przyjeździe na miejsce i po obowiązkowej rejestracji w centrum konferencyjnym, wręczono kobiecie podwieszoną do długiej smyczy wielką plakietkę uczestnika targów oraz olbrzymią torbę z kolejnymi folderami informacyjnymi i gadżetami reklamowymi sponsorów.

Początkowo bardzo spodobała się Katarzynie nieformalna i przyjazna atmosfera towarzysząca targom i konferencji. Jako bizneswoman z branży przetwórczo-owocowej była pod dużym wrażeniem olbrzymiej liczby gatunków przetworów owocowych i samych owoców wystawianych na kongresowych stoiskach przez małe maderyjskie firmy. Chodziła między kramami i dosłownie gubiła się w rozpoznawaniu niezliczonych rodzajów praktycznie nieznanych jej dotychczas darów natury. Odchodziła od jednego stolika, szła do następnego, wracała… Co rusz podziwiała, ale i obowiązkowo smakowała nieznane jej dotąd rarytasy, a wśród nich pokryty zieloną łuskowatą skórką owoc cherimoi (ze względu na smak najchętniej nazwałaby ją budyniowym jabłkiem), zajadała się niewielkimi czerwonymi pitangami (nigdy wcześniej nie miała pojęcia o ich istnieniu), nie omijała też oczywiście aromatycznych miniaturowych bananów, które na całym świecie są chyba najbardziej rozpoznawalną marką maderskich plantatorów i ogrodników. Za zdecydowaną królową stoisk uznała jednak świetnie znaną jej z wcześniejszych podróży służbowych do Peru — marakuję (wtenczas pracowała jeszcze jako dziennikarka i menedżerka domu medialnego FPTB). Zdziwiło ją jednak, że tu, na tej małej wysepce, ten niepozorny owoc w kształcie pękatego korniszona występuje aż w dwudziestu ośmiu odmianach i smakach! Jej, Katarzynie, najbardziej przypadła do gustu marakuja cytrynowa i pomarańczowa. Niezła też była ta o smaku bananowym, ananasowym czy nieco bardziej kwaśna — pomidorowa.

Po obowiązkowym „zaliczeniu” stoiskowych nowinek przyszła pora na seminarium i wykłady. Były ciekawe. Tym bardziej, że nadarzała się okazja poznania i bezpośredniego wysłuchania referatów między innymi szefa firmy przetwórstwa owocowego APL Anglesey należącej do księcia Williama (wnuka królowej Elżbiety II), ale także dyrektora generalnego spółki CE Strathearn, która to firma z kolei jest osobistą własnością żony księcia Williama — księżnej Kate Middleton. Czyż trzeba dodawać, że absolutnym wydarzeniem popołudnia było pojawienie się na targach tej ostatniej?

Oczywiście, wizyta księżnej Cambridge była i niezapowiedziana, i nieoficjalna, można by nawet rzec: anonimowa. Dla mało spostrzegawczej osoby mogłaby nawet przejść bez echa. Ale nie dla Katarzyny. Jak przystało na kobietę interesującą się modą rozpoznała księżnę natychmiast po — chociażby bardzo estetycznej — kobaltowej sukience (jak każdy ciuch u księżnej świetnie podkreślającej jej perfekcyjną figurę), pozbawionej dekoltu, z wywiniętym kołnierzykiem, po naturalnie ułożonych włosach i biżuterii, której u księżnej… praktycznie nie było. I wreszcie po… najzwyklejszym sportowym obuwiu, które można kupić w sieciówkach, a w którym prawie zawsze księżna Kate pojawia się na nieformalnych spotkaniach. Oczywiście ubiór księżnej, jej charakterystyczna uroda, wreszcie dwóch energicznych ochroniarzy towarzyszących na każdym kroku żonie następcy brytyjskiego tronu nie pozostawiały cienia wątpliwości co do personaliów znakomitego gościa.

Księżna Kate, w towarzystwie szefa targów pana Pereiry da Silvy chodziła od stoiska do stoiska, zamieniała z każdym ze sprzedawców i opiekunów kramików kilka kurtuazyjnych formułek. W pewnym momencie, przechodząc obok Katarzyny, zatrzymała się i uśmiechnęła. Kto wie, może rozpoznała w niej kogoś kojarzonego przez księżnę z kolorowej prasy, a może był to uśmiech wyrażający sympatię dla pięknej młodej Polki (Katarzyna, jak każdy uczestnik, wyposażona była w podwieszoną pod szyją wizytówkę ze zdjęciem), Polki, która na dodatek nosiła identyczne imię jak księżna i — cokolwiek by mówić — przecież obie panie były w podobnym wieku. A akurat tutaj, na targach, młodych bizneswoman było naprawdę niewiele…

Krótko po wyjeździe księżnej Catherine Middleton rozpoczęły się wykłady i panelowe dyskusje. I od razu na seminarium powiało nudą, a z pewnością powiało nudą dla Katarzyny. Po wysłuchaniu nastego wystąpienia przedstawiciela europejskiego agrobiznesu i po kilku kuluarowych dyskusjach na temat specyfiki produkcji portugalskich ekonawozów i nowych ekologicznych półproduktów spożywczych — chciała natychmiast wracać do hotelu. Poza wszystkim przez cały dzień (nawet podczas wizyty księżnej) Katarzyna odczuwała niezrozumiałe dla samej siebie rozkojarzenie i brak chęci do aktywności. Tu, na targach, mentalnie była kompletnie nieobecna. „To z powodu zmęczenia wczorajszą kilkunastogodzinną podróżą, przygodami i niewielką, ale jednak, różnicą czasu” — wytłumaczyła sobie. Co chwila więc spoglądała na zegarek, sprawdzając, czy wreszcie nadeszła godzina osiemnasta zero zero, wieńcząca pierwszy dzień targo-konferencji.

*

Wieczorem, siedząc na swym hotelowym łóżku i przeglądając na laptopie zdjęcia z niedawno obchodzonej rocznicy urodzin swego trzyletniego synka, Katarzyna nagle ze złością krzyknęła:

— O Matko kochana, zapomniałam! — „No tak… Już dawno minęła godzina ósma. A obiecałam oddać dług temu dziwnemu mężczyźnie…” — dopowiedziała w myślach. — Boże! — ponownie na głos westchnęła Katarzyna. — A na dodatek nawet nie wypłaciłam pieniędzy!… I gdzie ja teraz o tej porze znajdę bankomat?… — Zadręczała się już nie tylko w myśli.

Wstała z łóżka. Machinalnie zrzuciwszy oficjalne ciuchy i przebrawszy się na sportowo (dżinsy, pasiasty T-shirt), zaczęła chodzić wzdłuż i w poprzek numeru. Gorączkowo próbowała sobie przypomnieć, w jakim pokoju zatrzymał się ten jej dziwny wczorajszy „dobroczyńca”?

— Czterysta dwadzieścia dwa? Chyba jakoś tak… Ale czy na pewno? — zastanawiała się głośno.

„A może po prostu zadzwonię na recepcję i spytam?… O, tak. To całkiem dobry pomysł… Ale, zaraz, zaraz, a o kogo spytam? Wiem o nim tylko tyle, że ma na imię Mark i wszystko. I co powiem?… Nie mógłby mnie pan poinformować, jaki numer pokoju wynajmuje mężczyzna, który opłacił mój rachunek, a którego nazwiska nawet nie znam? Ależ byłby obciach… A i ten Mark, o tak! Ten to już pewno zdążył pomyśleć sobie o mnie wszystko, co najgorsze: «No ładnie. Zapłaciłem za dziewczynę, a ta — nawet nie raczyła się odezwać, mimo że sama zaproponowała termin»”.

Ponadto Katarzyna ze wstydem uzmysłowiła sobie, że dzień wcześniej także nie była w porządku wobec Marka, choć ten, jak prawdziwy dżentelmen, z własnej inicjatywy zaoferował się pomóc wnieść jej bagaż pod numer. Mało tego: mężczyzna grzecznie się przedstawił, a ona, jak zwykle nieufna wobec obcych, nawet nie raczyła uczynić tego samego…

„Prawda! To wszystko bardzo nieładne z mej strony — skarciła się w myślach. — Dobra! Pieniądze zwrócę jutro — ostatecznie zadecydowała. — A teraz muszę po prostu zadzwonić do niego do pokoju i przeprosić… No tak. Zadzwonić. Może choć część honoru zachowam w jego oczach! «Ostatecznie, chociaż zadzwoniła» — może sobie pomyśli”.

Ale na koniec jeszcze inne rozumowanie przebiegło przez głowę Katarzyny: „Kurczę! A co ja się tak w ogóle zamartwiam, co sobie o mnie pomyśli ten — jakiś tam Mark? Nawet się nie znamy, a ja przeżywam, jakby był moim krewnym albo… mężem?!”.

Myśl ta, ostatecznie, wydała się jednak kobiecie i destrukcyjną, i bezużyteczną, i przede wszystkim, wobec uczynnego chłopaka, kompletnie nieokay.

— Dobra! — przykazała sobie na głos i z naciskiem — nie będę dzwoniła. Trzeba pójść, odszukać i przeprosić Marka. Ot — i cała sprawa, a właściwie: ot i zaraz będzie po sprawie… No to już! Kaśka! Do roboty!

Sprawdziła w lustrze makijaż, poprawiła włosy i zatrzaskując za sobą drzwi, pewnym krokiem ruszyła w stronę apartamentów na czwartym piętrze.

[1] Jak należy (fr.).

— 3 —

Na czwarte piętro zbiegła oczywiście schodami. Używanie windy, uznała, byłoby w tym przypadku i niepraktyczne, i przede wszystkim czasochłonne. Zapukała do drzwi apartamentu 422, nadstawiła uszu. Z tamtej strony — cisza. Znowu zapukała. Znów cisza. Wszystko wskazywało na to, że nikogo w środku nie ma.

„Może i lepiej — pomyślała. — Przynajmniej spróbowałam wyjaśnić sytuację i przeprosić. Jutro poinformuję, że owszem, byłam… zwrócę pieniądze i będzie po sprawie”.

Katarzyna skierowała się w stronę windy. Tym razem będzie miała do pokonania kilka pięter. Postanowiła zjechać nią na dół, na kolację, którą kuchnia hotelowa serwuje w podnóżach budynku do godziny 21:30. Powinna jeszcze zdążyć. Po niespełna dwóch minutach była już w długim korytarzu prowadzącym prosto do restauracji. Przechodząc obok niewielkiego pomieszczenia bibliotecznego (znajdowało się w przestronnej wnęce korytarza), zauważyła jakiegoś chłopaka rozpłaszczonego na kanapie z laptopem na kolanach… Jakiegoś?!…

— Marko?! To ty? Dobry wieczór! — Katarzyna uśmiechnęła się pogodnie.

— A dobry, dobry! — odpowiedział trochę zaskoczony chłopak. — Tak, to ja. O! Miło, że jesteś. Usiądź, proszę.

— Dziękuję.

— Pewno próbowałaś znaleźć mnie w moim pokoju, gdy ja tymczasem nicponię sobie właśnie tutaj…

Sądząc po okazywanej na twarzy radości, Mark był bardzo zadowolony z nieoczekiwanego spotkania ze „swoją koleżanką z klasy”, choć jednocześnie w równym stopniu z tego powodu zdezorientowany.

— Tak, pukałam do ciebie. A ty, co ty tu robisz? Pracujesz? A dlaczego nie w swoim pokoju? — zapytała i od razu pomyślała: „I po co pytasz, głuptasko? Co cię to w ogóle obchodzi?!…”.

— Wiesz, mój apartament jest klawy, ale już trochę mi się opatrzył — szczerze odpowiedział Mark. — Za każdym razem, jak tylko jestem na Maderze, biorę ten sam. Mam to po moim szefie. On też, zanim zamierza przyjechać, sprawdza, czy 422 jest wolny, a jeśli tak, to natychmiast rezerwuje. Bo i szef, i ja bardzo lubimy widok z jego balkonu i okna, wprost na ocean…

— Widok na bezkres wód Atlantyku… — westchnęła Katarzyna. — To musi być naprawdę wspaniałe doznanie. Zazdroszczę!… Z mojego okna widzę tylko skraweczek wielkiej wody, a tak — to głównie sąsiedni hotel i drzewa…

— No, owszem, fajny jest u mnie widok, nie powiem… Ale w moim apartamencie jest jeszcze coś… — zaintonował tajemniczym głosem, chcąc bardziej podsycić w dziewczynie zainteresowanie.

— Coś? To znaczy co? Czyżby nawiedzały go białe damy albo duchy zmarłych Maderyjczyków?

— Prawie zgadłaś… A właściwie nie. — Śmiesznie zmarszczył swe gęste brwi. — W ogóle nie zgadłaś. Bo to nie duchy.

— Nie duchy? Ach, jaka szkoda… A co? Może Dżin, który umknął nobliwemu Arabowi z butelki? — Dziewczyna zaśmiała się.

— Hmm… Oprócz pięknego pejzażu nasze lokum 422 za każdym razem zaszczyca dodatkowa współlokatorka…

— Naprawdę? No to mnie teraz zaciekawiłeś, Marku. A kim ona jest, ta zacna dama?

— Ta dama to mała ptica-modelka, która przy każdym naszym przyjeździe siada na poręczy balkonu i urządza przed nowym najemcą pokoju ptasie widowisko.

— Ach tak… Ptica-modelka. Rozumiem. To dzisiaj tak mawia się na panie do towarzystwa?… Dobrze wiedzieć… No, co ty, Mark! Żartowałam — szybko dopowiedziała, dostrzegając zmieszanie na twarzy chłopaka.

„Wariatko, co ty pleciesz!! Opanuj się!” — ostro zrugała się w myślach.

— A poza wszystkim, wracając do tematu opatrzenia, każdy hotelowy pokój obciążony jest swoistą bezosobowością… Nawet potoczna jego nazwa, znaczy się „numer”, dla wielu gości nosi w sobie znamiona bezdusznej anonimowości. Zauważ: nie pomieszczenie, nie pokój mieszkalny, nie komnata, a właściwie tylko jej… numer.

„Dziwne… Sama rozumowałam w podobny sposób ostatniej nocy” — przytaknęła w myślach.

— Ale wydaje mi się, że takie skojarzenie występuje praktycznie tylko w języku polskim — rzekła po krótkim zastanowieniu Katarzyna. — No, może jeszcze w rosyjskim. Bo, na przykład, w języku angielskim „room” nie ma już w sobie aż tyle bezduszności. Podobnie francuskie „chambre d’hôtel”, rumuńskie „cameră de hotel”. Dałoby tu się wymienić z pewnością jeszcze wiele innych przykładów…

— …Jak choćby portugalski: „quarto” — uzupełnił wyliczankę chłopak. — Tak, masz rację. I przypuszczalnie dlatego brytyjskie pokoje nie są tak nużące — podsumował Mark.

— Przypuszczalnie pewno dlatego… — zgodziła się Katarzyna.

Przez chwilę oboje zamilkli, jakby zastanawiali się nad kolejnymi dowodami przemawiającymi za słusznością postawionej tezy.

— A czy mi się zdaje, czy ty nie jesteś przypadkiem poliglotką? — zapytał chłopak.

— Poliglotką?… Czy ja wiem? — odpowiedziała szczerze Kasia. — Za mocno powiedziane. Ale, owszem. Znam kilka języków. Choć nie aż tak wiele. Nie znam na przykład portugalskiego…

— Zauważyłem… Ja od kilku lat mieszkam w Portugalii, więc zdążyłem poznać ten język prawie od podszewki. Znam także nie najgorzej hiszpański, angielski i gruziński. I póki co musi mi to wystarczyć. Choć mój szef kręci trochę nosem… Chce, abym pilnie zaczął się douczać niemieckiego i rosyjskiego.

— Twój szef? A kto to taki?…

— Długo by opowiadać…

— Rozumiem… Posłuchaj, Mark… — zmieniła temat dziewczyna. — Muszę ci się do czegoś przyznać… Nie udało mi się wypłacić dzisiaj gotówki, więc pozwól, że dopiero jutro spłacę mój zaciągnięty u ciebie dług. Przepraszam cię, jest mi naprawdę głupio…

— Spoko! — Chłopak uśmiechnął się rozbrajająco. — Mam nadzieję, że nie rozpaczałaś z tego powodu całe popołudnie?

— Nie, to znaczy… oczywiście byłam zakłopotana… Tak ogólnie. Dziś cały dzień byłam jakaś nieswoja… — „Boże! Co ja plotę! — ponownie skarciła się w myślach Katarzyna. — Jeszcze sobie ubzdura, że właśnie oczekuję, aby mnie zaczął pocieszać… Cholera! Idź ty już lepiej, głuptasko, do swego pokoju i pożegnaj kolesia”.

— No czasami tak bywa… — powiedział chłopak. — Jest jeszcze różnica czasu, drobna, ale jednak, która też może wpływać na samopoczucie… Przyleciałem z Madrytu, a ty?

— Z Warszawy, a właściwie z Rzeszowa — odparła Katarzyna — gdzie jest siedziba mojej firmy. Nawiasem mówiąc, żenująco wyszło, bo ja nawet ci się nie przedstawiłam. Przepraszam Mark. Pozwól, że uczynię to teraz: mam na imię Kasia.

— Kasia?… Piękne imię. Bardzo mi miło! — Mark lekko podniósł się z kanapy, podając dziewczynie dłoń.

— Mnie też jest miło! — Uśmiechnęła się pogodnie Katarzyna, przyłapując się na myśli, że bardzo lubi się uśmiechać do tego sympatycznego chłopaka. „Z drugiej strony — od razu zaczęła się w myślach usprawiedliwiać — przecież ja zawsze w towarzystwie sympatycznych osób dużo się śmieję i promieniuję radością. No taka już ze mnie osóbka”.

— Wiesz, wczoraj przez cały wieczór rozmyślałem, jak możesz mieć na imię? Już nawet chciałem dzwonić na recepcję, aby o to spytać, ale pomyślałem: Do diaska! I co ja im powiem? Przecież wypadłoby to idiotycznie: opłaciłem pobyt „koleżanki z klasy”, a nawet nie wiem, jak się nazywa…

„Kurczę, ale jesteśmy do siebie podobni, mentalnie, oczywiście… — ze zdziwieniem pomyślała Katarzyna. — Oboje chcieliśmy siebie poszukiwać poprzez recepcję i oboje mieliśmy identyczne skrupuły”.

— I co wymyśliłeś?

— Ostatecznie: completamente nada[1] — Mark śmieszne pokręcił głową. — Choć miałem pewne typy…

— A była wśród nich Katarzyna? — z pewnym niepokojem zapytała, jakby testując, jakby obawiając się, czy ów przypadkowy chłopak od dawna jej nie rozpoznał, a teraz tylko kurtuazyjnie jedynie odgrywa spektakl.

— Co ty, Kasia… Za nic bym się nie domyślił, że jesteś Kasią. Znam wiele różnych miłych Kaś, ale ty jesteś jedyna w swym rodzaju i niezwykła. Choć prawda… trochę przypominasz mi pewną, taką także niezwyczajną i jedyną w swoim rodzaju… Ale ona, akurat, z tego, co wiem, ta — którą mi przypominasz, zawodowo para się zupełnie inną profesją. Jest znaną i od wielu lat cenioną dziennikarką…

— Chyba nawet wiem, o kim mówisz… Bywało, że mnie już z nią mylili — odpowiedziała Katarzyna nieco usztywnionym tonem, nie dając po sobie poznać, jak bardzo obawiała się domysłów chłopaka. Słusznych domysłów… I chcąc szybko zmienić temat, zapytała: — A w czym jestem taką niezwykłą? — zaśmiała się. — Że taka ze mnie zołza, Mark?

— No weź, przestań… — zaoponował chłopak. — Jaka tam zołza? Dla mnie jesteś anielicą! — I dopiero gdy wypowiedział kwestię, zaczął zastanawiać się nad sensem porównania: „Anielica o ciemnych włosach? Hmm… Jakoś mi nie pasuje do standardów”.

Przez kilkadziesiąt sekund między dwojgiem „przyjaciół ze szkolnej ławy” zapanowała krępująca cisza. Trwała na szczęście niedługo, w każdym razie nie na tyle długo, aby porozpraszać pozytywne fluidy, które od początku rozmowy towarzyszyły chłopakowi i dziewczynie, i aby nie zniechęcić oboje do kontynuowania tak miło rozpoczętego wieczoru.

— Czytałaś może „Oskarżona: Wiera Gran”? — niespodziewanie spytał Mark.

— Tę biografię polskiej Edith Piaf piórem Agaty Tuszyńskiej? — doprecyzowała pytanie Kasia. — Tak, kiedyś czytałam.

— Szkoda… — westchnął.

— Dlaczego? — zapytała ze zdziwieniem.

— Szczerze mówiąc, chciałem ci zaimponować! — I chłopak mrugnął okiem. — Jeślibyś nie czytała, to ja streściłbym ci krótko całą książkę, a ty byś pomyślała o mnie: „Kurczę! Co za inteligentny, oczytany młody człowiek!”.

— A zatem powinnam była udać, że nie czytałam… I ty, i ja mielibyśmy teraz niezły ubaw…

I razem szczerze się zaśmiali.

— Prawdę mówiąc, to była jedyna książka Tuszyńskiej, którą na razie przeczytałem — wyznał Mark. — No i jedyna, w przypadku której poróżniliśmy się z szefem co do oceny wiarygodności historycznej zaprezentowanej przez bohaterkę…

— Rzeczywiście, nie wiadomo, co o niej sądzić… To wy z szefem zajmujecie się recenzowaniem książek Tuszyńskiej i badaniem prawd historii?

— Tak, czasami tym też. A w ogóle mam klawego szefa. Jest surowy, ale sucharem nijak go nie nazwiesz…

— No to tylko pozazdrościć… Ja z kolei, z racji prowadzenia własnego biznesu, nie mam nad sobą żadnego szefa… Już nie mam. Choć kiedyś miałam i też było mi z nim bardzo dobrze… — westchnęła z rozrzewnieniem Katarzyna. — A co do oskarżeń Szpilmana przez Wierę Gran, to jest — o jego współpracę z Gestapo… Wiesz, Mark… historia nigdy nie była jakąś moją szczególną pasją. Więc wolę się w tej materii nie wypowiadać. W książce Tuszyńskiej najbardziej fascynowały mnie opisy życia przedwojennej Warszawy i jej elit.

I nagle Katarzyna uzmysłowiła sobie, że owszem, jest bardzo miło, ale że chyba już nazbyt zabełtała się w tym sympatycznym, ale jednak zupełnie nieznanym jej mężczyźnie. I że jest już późno. „Z drugiej strony: i co z tego, że się zabełtałam, i że jest późno? — natychmiast zaczęła usprawiedliwiać przed sobą samą siebie. — To nie ma znaczenia, zostały mi tylko dwa dni, a potem i tak wracam do domu… Do kochanego mężusia, synka i szarówki codzienności… Czyż nie warto trochę wrzucić na luz?”.

[1] Kompletnie nic (pt.).

— 4 —

— Mark, mogę ci zadać osobiste pytanie? — zapytała niespodziewanie Katarzyna, kontynuując trwający już od ponad godziny miły dialog z chłopakiem. (Oczywiście, kolację już dawno diabli wzięli. Ale, gdy miała przed sobą tak miłego rozmówcę, nie w głowie jej było jedzenie).

— Mów śmiało. Zamieniam się w słuch.

— Czym ty się właściwie zajmujesz w życiu? I co porabiasz tu, na Maderze?

— Czym… Uff! Trudno byłoby zliczyć — tajemniczo rozpoczął chłopak. — Dobrze… Najprościej, gdy powiem, bez owijania w bawełnę, jestem od niedawna asystentem Janusza Babickiego. Przygotowuję dla mego szefa, to jest: Mistrza, kilka wywiadów w tutejszych mass mediach i zbieram materiały do jego najnowszej powieści.

— Chcesz powiedzieć… — i Katarzyna nie dokończyła zdania, ledwie utrzymując emocje na postronku. Wstała, oparła się o komodę. Zamilkła. Po krótkiej chwili nieznacznie rozwarła swe malinowe usta i wielkimi, pięknymi, ciemnomiodowymi oczyma spojrzawszy na Marka, zaniemówiła do reszty. Patrzyła na niego wzrokiem wyrażającym największe z możliwych do wyrażenia zdziwienie.

— No owszem. Tego, tego Babickiego… Poety, pisarza, filozofa, publicysty… — dumnie uzupełnił wyliczanką chłopak, widząc na twarzy Katarzyny zrozumiałe dla niego zmieszanie.

— To ty… — przełknęła odruchowo ślinę — to ty jesteś teraz jego asystentem?

— No przecież mówię…

— Mark… A czy ty wiesz, że… — Katarzyna zamierzała chyba o czymś ważnym go poinformować, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. — Mark, to znaczy… to jest, chciałam spytać… — plątała się. — A jak to się stało, że nim zostałeś? Uchylisz mi rąbka tajemnicy?

— Hmm… W zasadzie nie powinienem, rozumiesz, Kasiu… po części to także prywatne sprawy mistrza.

— To prawda… odpowiedziała ze smutkiem na twarzy, ale bynajmniej nie bez rezygnacji w głosie. — Jeszcze bardziej wtopiwszy w chłopaka swe szczerze upraszające spojrzenie, cicho szepnęła: — Mark… Please!

— Ale wiesz co? Mam jakieś przeczucie, Kasiu, że jesteś osobą, której można zaufać. Jesteś? Jesteś! — sam sobie odpowiedział. — A znam się trochę na ludziach… Tylko proszę, to, co powiem, zachowaj jedynie i wyłącznie dla siebie. Przyrzekasz?

— Masz moje słowo — powiedziała Katarzyna z autentyczną powagą, po czym zaraz dodała: — „A kto przysięgę naruszy…” — i zawiesiła głos.

— „Ach, biada jemu, za życia biada! I biada jego złej duszy!” — Mark dokończył przestrogę ze „Świtezianki”, jakby po raz kolejny chciał zademonstrować dziewczynie, że jest autentycznie oczytanym, inteligentnym młodym człowiekiem.

W dowód uznania dla erudycji Marka Katarzyna uśmiechnęła się do niego słodko i ponownie siadając naprzeciwko chłopaka, pogłaskała go po dłoni.

— Mark, jesteśmy „po słowie”. Mów! — I znowu utkwiła w nim swe piękne, wrażliwe i ciekawe świata oczy.

— No więc tak… — chrząknął i wygodniej usadowił się na kanapie — Mistrz, zanim podjął decyzję o zatrudnieniu asystenta, wcześniej miał sporo w tej materii przemyśleń i doświadczeń. Przez lata współpracował z niejaką Cateriną Fille… To ta zresztą, o której ci wspomniałem, że jesteś do niej bardzo podobna.

— Tak. Domyśliłam się… O ich rzekomym romansie i licznych ekscesach przecież wielokrotnie rozpisywała się kolorowa prasa. I nie tylko rodzima.

— No właśnie… Choć co do romansu, uważam, prasa się bardzo myliła. Moim zdaniem ten cały ich rzekomy romans wyssany był z palca, wykreowany pod potrzeby PR i plotkarskich portali…

— Naprawdę tak sądzisz, Marku?

— Tak. To znaczy nie… Nie wiem. I w zasadzie niewiele mnie to wszystko obchodzi, ale skoro spytałaś, to pozastanawiam się głośno. Bo, owszem, jakieś tam pozory mogłyby o nim świadczyć. Spytasz mnie, jakie?

— Spytam, Marku…

— No na przykład to, że mój pracodawca — Mistrz Janusz Babicki — do dzisiaj codziennie rano z olbrzymim sentymentem odkurza fotoramkę, zza szybki której spogląda na Mistrza zgadnij, kto? Ani małżonka, ani ktokolwiek inny z rodziny, a właśnie Caterina Fille. Ja tłumaczę to sobie tak: oprócz tego, iż Fille była jego menedżerką, mogła być i z całą pewnością była dla Mistrza także najzwyklejszą muzą, cokolwiek to może dla kogokolwiek znaczyć. Ale — wyraźnie to powtórzę: muzą — nie kochanką. To dwie na ogół wykluczające się role. I nawet żona Mistrza jest pełna pobłażliwości dla osobistej pamiątki męża. Nigdy mu nie czyniła z tego tytułu wymówek, nie robiła aluzji. Zresztą, nigdy nie była o Fille zazdrosną i do dziś nie jest. To też chyba o czymś świadczy…

— To prawda. Ale, z tego, co powszechnie wiadomo, Janusz Babicki miał wcześniej kilka innych żon, o bardzo różnych temperamentach i zapatrywaniach na życie…

— Tak. Owszem. Ale każda z nich była pełna wyrozumiałości dla roli i miejsca Fille w życiu osobistym Mistrza, bo wszystkie były inteligentnymi, mądrymi kobietami… Wiadomo: z muzami artysty nie warto walczyć, bo nawet, gdy się w końcu wygra — zwykle uśmierca się wraz z muzą osobowość samego Mistrza. Zaś Natalia, aktualna żona mojego szefa, rożni się od pozostałych co najmniej jeszcze jednym ważnym przymiotem: jest z zawodu wysokiej klasy finansistką i pragmatycznym człowiekiem, trzeźwo oceniającym słabostki męża.

— Czyli, jak przypuszczam, po odejściu Cateriny — to ona przez jakiś czas podjęła się trudu zarządzania wizerunkiem Mistrza i finansami?… — Pytanie Katarzyny przez moment zawisło w powietrzu, ale po krótkiej chwili, uśmiechnąwszy się do chłopaka pobłażliwie, dopowiedziała sama: — Ale po jakimś czasie małżonka miała wszystkiego dość?

— Jakbyś zgadła! — chłopak z uznaniem spojrzał na Katarzynę. — Z finansami radziła sobie wyśmienicie, gorzej z wizerunkiem… Mając własne zobowiązania kontraktowe, związane z uprawianą profesją, nie miała praktycznie czasu na prowadzenie korespondencji męża, na reprezentowanie go w siedzibach wydawnictw, na organizowanie promocji, w tym niezliczonych wyjazdów Mistrza na spotkania z czytelnikami… A przecież taka jest rola menedżera i asystenta. Czyż nie?

— Pewno właśnie taka, Marku… — cicho potwierdziła dziewczyna, czując wilgoć w oczach.

— Bo wiedz, Kasiu, że praca asystenta u boku gwiazdy to cholernie ciężka harówa. Oj, jak cholernie ciężka, chyba wiedzą tylko tacy, jak ja!…

— No tak. Ale ja też chyba potrafię ją sobie wyobrazić. — Z przewrotnym uśmieszkiem, wciąż nieznacznie przez łzy, ostatecznie skinęła głową, jak gdyby wreszcie całemu światu chciała oznajmić: Dobra! Nie będzie już dalej ukrywać: ona, Katarzyna, doskonale orientuje się w temacie „asystentów gwiazd” i współczuje wszystkim, którzy ją wykonują.

— To Natalia przekonała Babickiego, że musi zatrudnić profesjonalną asystentkę. Że tak będzie lepiej i dla niego, i dla niej — jego żony. Ale Babicki długo nie chciał na to przystać. I nie powiedział żonie, dlaczego. Mnie zwierzył się z tego sekretu, gdy już zostałem jego asystentem. „Żadna, Mark, powtarzam ci, żadna inna nie dorównałaby mojej Caterinie nawet w parzeniu herbaty. Caterina była moim absolutnym ideałem i nie byłoby sensu zatrudniać w jej miejsce jakiejkolwiek innej!”.

— Naprawdę tak powiedział? — szepnęła Katarzyna, czując, jak policzki zaczyna pokrywać delikatny rumieniec.

— Naprawdę. Najlepszy dowód, że gdy w końcu ustąpił żonie w sprawie asystentury — postawił tylko jeden, ale bardzo stanowczy warunek: asystent nie może być kobietą… No i — jak widzisz — nie jest! — Chłopak uśmiechnął się od ucha do ucha i dumnie wyprostował pierś. — I jeszcze coś ci powiem. — Mark pochylił się w stronę Katarzyny, nieznacznie ściszając głos. — Babicki bardzo kocha swoją żonę i przy każdej sposobności daje jej na to wszelakie dowody, ale wiem to na pewno: za swą byłą asystentkę do dziś oddałby życie, gdyby musiał… Taki z niego romantyk!

Katarzynie zdawało się, że poczuła w wilgotnym oku rzęsę. Wyjęła kosmetyczkę, przez chwilę walczyła z tą niedogodnością.

— Aha! I jeszcze jedno powiedział, choć przyznam, że do dziś wciąż nie do końca to rozumiem. A brzmiało jakoś tak: „Gdybym znowu mógł, znowu oddałbym Patricio za nią swą duszę. Ale drugi raz tak się już nie da…”.

Dziewczyna spojrzała na Marka oczyma błyszczącymi od światełka małej lampki. A może takim właśnie światełkiem rozbłysła jej własna dusza i próbowała umknąć przez źrenice do nieba? Postać Patricia dobrze znała z powieści Babickiego pod tytułem „Jesienna baśń”. Był nim kupujący dusze Diabeł. W zamian za psyche głównego bohatera uzdrowił mu ukochaną kobietę, a samemu bohaterowi gwarantował nieśmiertelność. Wzorcem ukochanej z „Jesiennej baśni” była siedząca tu i rozmawiająca z chłopakiem… Katarzyna.

— Masz wyjątkowego szefa, Mark — niespodziewanie dla samej siebie powiedziała dławiącym się głosem. — Dbaj o niego, jak o własnego ojca, proszę… To dobry człowiek.

— Tak, też uważam, że jest dobry… Nawet bardzo dobry. I wiele się przy nim uczę.

Przez chwilę między dwojgiem młodych ludzi zapanowało milczenie.

— W porządku! — już dużo bardziej opanowanym tonem przerwała ciszę Katarzyna, chowając kosmetyczkę. — No to jak w końcu było, że zostałeś asystentem Babickiego? Pani Natalia zorganizowała formalną rekrutację?

— I tak, i nie…

— To znaczy?

— Co by nie mówić o żonie mojego Mistrza — jednego na pewno odmówić jej nie można: zdolności do logicznej analizy i oceny biznesowych powiązań.

— Ciekawe… Mów, mów! Mark… słucham.

— Zauważyła na przykład, że najmniej zagospodarowanym obszarem prosperity interesów męża były od wielu lat: Brazylia, Portugalia, ale także niemało pomniejszych rynków, typu Mozambik, Angola, Gwinea, Makau… Szybko doszła do wniosku, dlaczego tak jest i że po części miało to związek z Cateriną.

— Ojej? Ale jak, w jaki sposób?

— Bo widzisz… Caterina, podobnie jak ty, nie władała biegle językiem portugalskim. Planując działania związane z propagowaniem wizerunku Babickiego, prawdopodobnie w sposób naturalny unikała obszarów lingwistycznie sobie obcych. We wszystkich tych krajach portugalski jest przecież językiem urzędowym.

— Rzeczywiście. Logiczne rozumowanie.

— Tak więc, organizując rekrutację na stanowisko asystenta swego męża, postawiła dwa kluczowe wymogi: zgodnie z wolą Mistrza asystent musi być mężczyzną i musi absolutnie biegle władać językiem portugalskim. Powinien ponadto mieć skończone studia menedżerskie, najlepiej o kierunku prawniczym, być młodym, dyspozycyjnym, oczytanym i wszechstronnie kulturalnym człowiekiem.

— Nie były aż takie mega straszne te wymogi — zauważyła Katarzyna.

— Może i nie były, ale warunkom tak ustalonej rekrutacji nie sprostał nikt. Ja, jakby co, nie brałem w nich udziału.

— Nie odważyłeś się?

— Wlazł kotek na krzywy płotek… No, Kasia? Coś ty?! Marko to odważny chłopiec. Marzyciel, ale gdy trzeba — wojownik. Po prostu nie było mnie w kraju i nikt mnie o nich nie poinformował. Nawet ta wiśnia, ten mój niesforny braciszek Wacław, który z Mistrzem jest podobno po niejednej wódeczce. A nawet ojciec, który jest sąsiadem Mistrza, bo obaj mieszkają w podwarszawskich Starych Babicach.

— Wacław Stengraf? To twój brat rodzony? — wymknęło się Katarzynie nim w porę zdążyła się ugryźć w język.

— Tak… Mamy wspólnego ojca, bo matki nasze są różne… Czyżbyście się znali? — zapytał chłopak ze szczerą sympatią w oczach.

— Ja, to znaczy…

— Czekaj, czekaj, niech zgadnę… Z forum internetowego Mistrza! Jasne! Na pewno z forum internetowego Mistrza, na którym „Dablju” namolnie lubi się przechwalać rozlicznymi relacjami z imprez, na których bywał w towarzystwie „papierowych lasek” i niejakiego Patryka Trazoma, tego, wiesz, topowego doktorka…

— No tak, zgadza się, Mark, właśnie stamtąd — odpowiedziała pospiesznie Katarzyna z wyraźną ulgą w głosie — podczytuję czasami te epistoły rozbisurmanionego towarzystwa… — I wreszcie swobodnie westchnąwszy, dorzuciła: — Właśnie stamtąd skojarzyłam nazwisko twego brata… A ta wasza ułańska fantazja to chyba rodzinny wyznacznik Stengrafów, prawda?

— He, he! — zaśmiał się chłopak. — Melhor ser um cavaleiro que um tomate — jak powiada portugalska sentencja, która w moim wolnym tłumaczeniu brzmiałaby: „Lepiej być ułanem niż pomidorem czy chrzanem”.

— Mój ty ułanie… — zaśmiała się z sentencji dziewczyna. — I co dalej z tą twoją rekrutacją?

— Pomógł, jak zwykle, przypadek… W tym roku wakacje spędzałem w Dusznikach Zdroju. Organizują tam, jak może ci wiadomo, festiwal muzyczny imienia Fryderyka Chopina.

— Trudno, żebym nie wiedziała, Marku. To przecież najstarszy wciąż funkcjonujący festiwal muzyczny na świecie. A Chopina kocham.

— No, podobno tak — najstarszy na świecie… Ja też kocham Chopina. W każdym razie… zaraz, co to ja chciałem? Aha! Już wiem. Występowała tam moja dobra znajoma Gruzinka Mariam Batsashvili, z którą swego czasu przez dwa lata uczęszczałem do szkoły muzycznej podczas pobytu moich rodziców w Tbilisi. Zaprzyjaźniliśmy się, potem przez kilka lat stukaliśmy do siebie na Facebooku. W zeszłym roku Mariam odbyła roczne stypendium u profesora Gruzmana w Lizbonie. Wtedy pomogłem jej poduczyć się portugalskiego… Gdy Mariam powiedziała mi, że odwiedzi w tym roku Duszniki — poleciałem za nią, jak na skrzydłach… No recital, mówię ci, dała na maksa. Od Bacha po Bartoka, sala wypełniona po brzegi, po koncercie owacje na stojąco. Bisy, wśród nich mój ulubiony szopenowski walczyk, wiesz ten w a-mollu, potem — drugi bis: pierwsza część sonaty A-dur Mozarta KV 331. Boże! Ależ ona to zagrała… Przy takich dźwiękach, gdyby mnie o coś poprosiła, zrobiłbym dla niej wszystko…

— Mark…

— No czekaj! Już zaraz wszystko zrozumiesz… Gdy w garderobie tuliłem moją piano-poetkę, składając gratulacje — nagle wchodzą dostojni państwo: on — w czarnym dystyngowanym smokingu, ona — w długiej wieczorowej sukni, w kolorze beży i amarantów. Kto taki — oczywiście pan Babicki z małżonką. Też przyszli pogratulować pięknej młodej Gruzince. Zauważyli, że rozmawiamy po portugalsku. Ponieważ Mariam nie znała ani francuskiego, ani angielskiego, pan Babicki poprosił mnie, abym przetłumaczył Mariam jego wyrazy najwyższego podziwu i uznania. Potem państwo Babiccy zaprosili Mariam na kolację, a razem z czarującą młodą artystką również i mnie — ich osobistego tłumacza, o co bardzo poprosiła mnie żona mistrza Natalia. I potem już poszło samo. Podczas kolacji okazało się, że Mistrz poszukuje asystenta, a gdy na dodatek zgadaliśmy się o posiadaniu wspólnego znajomego w osobie mojego przyrodniego braciszka Wacława — klamka w zasadzie zapadła. Pani Natalia poprosiła mnie, abym złożył formalną aplikację na asystenturę u mistrza, i oto, od jakiegoś już czasu, rozpoczęliśmy stałą intensywną współpracę…

— No to ładnie — westchnęła Katarzyna. — Wypada mi tylko pogratulować i życzyć ci teraz wytrwałości.

— Dzięki.

Chłopak przez chwilę strzepywał z mankietu jakieś paprochy, którymi zapewne umorusał się podczas szperania w tutejszym księgozbiorze skromnej hotelowej biblioteki, a doprowadziwszy mankiet do porządku, ożywionym głosem zagadnął:

— Nie zanudziłem cię tymi opowieściami, tak ciągle o sobie?

— No, skąd, Marko… Jesteś naprawdę wspaniałym rozmówcą.

Chłopak chrząknął, odpowiadając w ten sposób na komplement, a następnie, zdobywając się na odwagę, zapytał:

— A ciekawi mnie, Kasiu… Oprócz biznesu, czym się parasz na co dzień? Jakie masz hobby i koniki?

— Koniki? — Katarzyna zaśmiała się. — A żebyś wiedział! U nas, na Podkarpaciu, rzeczywiście można by spotkać wiele hodowli koników, ale jakby co, ja się nimi nie zajmuję… A serio, oprócz pracy i innych rodzinnych obowiązków niewiele mam czasu na cokolwiek. — I jakby uprzedzając fakty, jakby bojąc się o ukierunkowanie rozmowy na tematy swej własnej rodziny i małżeństwa, szybko dorzuciła: — Kocham muzykę klasyczną, dużo słucham, a ponadto półzawodowo zajmujemy się, to znaczy — i szybko się poprawiła — zajmuję się malarstwem…

(Tak naprawdę wielkim miłośnikiem malarstwa i nawet skromnym jego aktywnym praktykiem był tylko mąż Katarzyny — Thomas. Ona jedynie asystowała mężowi, doradzała. Pomagała mu też w prowadzeniu niewielkiej autorskiej galerii).

— Naprawdę?! Malujesz? — cicho krzyknął zachwycony chłopak. — Mój tata jest zawodowym malarzem. Pewno mielibyście razem wiele wspólnych tematów do przedyskutowania!

— Nie, Marku, Bozia nie dała mi daru bycia malarką-artystką. Ale znam ten fach. I znam kilku dobrych malarzy. Niektórym pomagam w promowaniu ich prac, od niektórych biorę obrazy w komis i sprzedaję na zamkniętych aukcjach. Słowem: trochę „bawię się” w marszanda. Dziś to jedyna moja odskocznia od szarej codzienności.

— Wspaniała odskocznia, Kasiu. Może kiedyś zajęłabyś się promowaniem obrazów mego taty?

— Może… — odpowiedziała bez przekonania Katarzyna.

— Wiem, że on na takiego kogoś jak ty od dawna czeka. A uwierz: maluje fascynujące, odważne i skłaniające do głębokich refleksji kobiece akty. Nie tam jakieś fiu-bździu, pożywki dla wybujałych erotomanów, ale prawdziwe dzieła sztuki. Wiem, że tego typu obrazy na profesjonalnym, co tu dużo gadać: bardzo specyficznym i dość hermetycznym rynku, cieszą się niemałym zainteresowaniem. Tylko, niestety! Mojemu tacie trochę brakuje inicjatywy. Moim zdaniem zdecydowanie potrzebuje dobrego osobistego marszanda i menedżera…

— Cóż… — kiwnęła ze zrozumieniem głową — znam ten, jak to powiedziałeś, „bardzo specyficzny” rynek. I to całkiem nieźle znam. Na nim rzeczywiście trzeba umieć zaistnieć i wiedzieć, jak się sprawnie poruszać.

— Tak!? No to wspaniale. Pomożesz mojemu tacie? Proszę, jakby co, tutaj masz jego wizytówkę…

Dziewczyna uśmiechnęła się łagodnie, nie komentując propozycji. Wzięła od Marka małą lakierowaną karteczkę bardziej z grzeczności niż z zainteresowania. Chowając ją jednak do kieszonki w dżinsach, nieoczekiwanie dla samej siebie pomyślała: „Kobiece akty? Nie dla erotomanów? Dobrze wiedzieć… Chyba miałabym nawet na to kupca”.

*

Mark z Katarzyną rozmawiali do późnej nocy. O wszystkim i o niczym. O literaturze i muzyce. O trudnej sztuce bycia tłumaczem i o historii Madery. I o targach, w których uczestniczy Katarzyna. Zapomniała nawet wspomnieć o swej imienniczce księżnej Kate Middleton, która niespodziewanie dla wszystkich zaszczyciła targi swoją niezapowiedzianą obecnością. Może dlatego zapomniała, bo księżna nie odezwała się do niej ani słowem, a może dlatego, bo ona — Katarzyna — przy tym chłopaku zapomniała o całym świecie? Nawet nie zadzwoniła do domu…

Rozstali się tuż przed świtem.