Opis

Pięć składających się na jednolitą fabułę opowiadań z życia intymnego mężatki, czującej się w małzeństwie kobietą osamotnioną. Tytułowa bohaterka mając świadomość rozpoczęcia swej piątej dekady życia, podejmuje zmagania o prawo do czerpania satysfakcji z fizycznej miłości. Miniatura obyczajowa dla dorosłego czytelnika.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 29

lub

Janusz Niżyński

Piąty krzyżyk Barbary

Scenki okołomałżeńskie

© Janusz Niżyński, 2018

Pięć składających się na jednolitą fabułę opowiadań z życia intymnego mężatki, czującej się w małzeństwie kobietą osamotnioną. Tytułowa bohaterka mając świadomość rozpoczęcia swej piątej dekady życia, podejmuje zmagania o prawo do czerpania satysfakcji z fizycznej miłości.

Miniatura obyczajowa dla dorosłego czytelnika.

ISBN 978-83-8155-104-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Kuracja

Budzik prychnął grochem rzucanym w tamburyno. Jego trzask, oczywiście, obudził Barbarę. Otworzyła oczy. Senne z niedospania, półżywe z niezadowolenia. Wyciągnęła dłoń do budzika, pacnęła ze złością w gruby, brązowy grzybek. Obrażony budzik głucho dźwięknął, po czym zamilkł. O szyby i parapety miarowo stukały krople sierpniowego deszczu.

— Niby lato, a już jesień — westchnęła…

Spojrzała na płaczące okno i znów mimowolnie jęknęła: „pora wstawać!”. Ziewnęła cicho, rozejrzała się po sypialni: na ścianie są takie same tapety, jakie były wczoraj i przedwczoraj, i tydzień, i lata temu, te same zasłony, wszystkie!… I takie same meble. A ona — Barbara — na domiar wszystkiego niezadowolona jest jeszcze z lekarza, który przepisał codzienne wstawanie o ósmej rano, mimo że nie musi się nigdzie spieszyć i nie ma nic ważnego w planach do załatwiania… Niezadowolona jest z pogody i z faktu, że urodziła się pod koniec sierpnia i że oto wczoraj — stuknęła jej czterdziestka i od dziś zaczyna odhaczać w swym życiu kolejny, już piąty krzyżyk.

Odrzuciwszy cienką kołdrę, spuściła nogi na podłogę, wsunęła je w kapcie, które nazywa obuwiem porannym, zdjęła nocną koszulę, wstała i spojrzała na siebie w lustrze, i jeszcze bardziej poczuła niezadowolenie: „gdzie podziała się moja linia? Dlaczego zaczynają obwisać piersi — nie tak jeszcze dawno jędrne i sprężyste? Dlaczego coraz bardziej ciążą mi pośladki i w tłuszcz obrastają biodra? Czym opływa moja talia, z której zawsze byłam tak dumna?…” — rozmyślała. Z ciała przeniosła spojrzenie na twarz i także odczuła niezadowolenie. Tym razem z powodu zmarszczek opodal brwi, worków pod oczyma, pogłębiającą się bruzdą na nosie i coraz bardziej blednącymi, zasychającymi wargami.

Nie ubrawszy się, przeszła do łazienki i siadła na sedesie, zastanawiając się — czemu ten pierścień taki chłodny?

Skończywszy małą potrzebę, weszła do wanny, odkręciła prysznic, potoknęła gorącą wodą swe białe, jakby nawoskowane świecą ciało i… ostatecznie się obudziła.

Potem się ubrała.

„Mój obecny lekarz jest zbyt okrutny” — pomyślała o jego srogim zaleceniu, aby każdego ranka, jeszcze przed śniadaniem, wychodzić na godzinny spacer, bez względu na pogodę.

Na dworze siąpił deszcz. Mokre nawierzchnie chodników i ulic przykrywały niezliczone kałuże. Barbara była w czerwonym kostiumie i miała czarną parasolkę chroniąca przed nieprzyjemną pluchą. Za nią szedł ochroniarz. Bez parasola. Mókł. Trudno, taka jego praca — chronić ją od wszelkiego czyhającego zagrożenia. Zupełnie jak parasol przed deszczem…

Barbara ostrożnie omijała kałuże, żeby nie zmoczyć nóg i wciąż myślała, że musi zmienić lekarza. Nawet jeśli on — doktor ma i rację, to przecież on jej zupełnie nie rozumie i tylko męczy zaleceniami! Ona, oczywiście, może ich nie wypełniać, ale jak inaczej pozbyć się ognia, który spala jej młodą kobiecą duszę zamkniętą jak ptak w pozłacanej klatce? Jak inaczej wyzbyć się myśli zadręczających serce?

Po godzinie Barbara wróciła do domu. Zgłodniała. Rozebrała się. Włożyła lekką domową sukienkę.

W domu jest ciepło. W jadalni — już nakryty, czekający na nią stół. Gosposia Ania przygotowała śniadanie: płatki na wodzie i herbata z cytryną, bez cukru, ale z biszkopcikiem.

Gosposia ma na imię Ludmiła. Jest Ukrainką. Jednak takie imię, według Barbary, nie nadaje się dla gosposi. Barbara nazywa ją Anią. Ludmile to wszystko jedno. Jest inteligentną kobietą. Ukończyła ekonomię na uniwersytecie we Lwowie i wie: z panią się nie dyskutuje. Między innymi i za to otrzymuje niemałe pieniądze. W każdym razie pieniądze znacznie większe niż pensja urzędniczki na Ukrainie, z której utrzymywała się przez kilkanaście lat, a ściślej: przeziębiała się bez zimowego palta, ciepłych butów, była samotna, bez męża pijaka, którego dawno oddaliła.

„A ja… czy ja niby mam męża? — Zastanowiła się Barbara. — Kiedyś był, ale dawno zmutował w chodzący kalkulator, w umyśle którego tylko akcje, procenty, debety, kredyty, salda-blalda… Tygodniami nie widuję go w moim łóżku. A jeśli już przyjdzie, to taki z niego pożytek, jak ze zmrożonego łososia”.

Po śniadaniu Barbara udała się na odpoczynek. Położyła na kanapie, włączyła internetowe radyjko z Chopinem. Otworzyła laptop, przejrzała wszystkie fora — i znów nic. Żadnych wciągających dyskusji. Nuda. Wpadła w przygnębienie. Spróbowała czytać książkę, ale szybko rzuciła w kąt, powieść była też nudna, zupełnie — jak gazetowe szpalty.

Z tykającym zegarem