Opis

— Bonne nuit, Januszu! I ty baw się dobrze. Dzisiaj taka piękna, księżycowa noc… Dlatego uważaj, żebyś nie przepadł na zbyt długo w objęciach jakieś zjawiskowej paryskiej divy…

"Paryż, miłość i fiołki" to niebanalna historia miłosnych zawirowań w samym sercu francuskiej stolicy. Miasto zakochanych otwiera przed czytelnikiem swoje tajemnice, tworząc niezwykły klimat fiołkowego romansu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 27

lub

Janusz Niżyński

Paryż, miłość i fiołki

z cyklu: Trzydzieści krótkich opowiadań o miłości

© Janusz Niżyński, 2018

— Bonne nuit, Januszu! I ty baw się dobrze. Dzisiaj taka piękna, księżycowa noc… Dlatego uważaj, żebyś nie przepadł na zbyt długo w objęciach jakieś zjawiskowej paryskiej divy…

ISBN 978-83-8126-927-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

— 1 —

Nie spieszył się na spotkanie z Juliettą. On nigdy się nie spieszy na spotkania z kobietami, nawet najbardziej zjawiskowymi. Przywykł, że czekają na niego. Od czasu, gdy podbił prestiżowe rynki czytelnicze po obu stronach oceanu (począwszy od The New York Times Book Review, poprzez Russian Publishing House Ltd., na paryskim Flammarionie kończąc) — nic i nikt nie jest wart jego wyścigów i ekscytacji. Pełne zblazowanie materiału.

Ciemnobrązowego jeepa zaparkował na rogu rue de la Paix i Daunou. Stąd tylko rzut beretem do Tuleries. Nobliwe szesnastowieczne ogrody pamiętające czasy Katarzyny Medycejskiej to jego stałe miejsce przechadzek. Lubi w otoczeniu unikatowych klombów karmić się blaskiem jesiennego paryskiego słońca. „Grand soleil” — jak tu mówią. Jego promienie są wystarczająco ciepłe, by w jesienne dni umożliwić spacer w rozchełstanym płaszczu, i wystarczająco łagodne, aby dać ukojenie zmęczonym oczom, szczególnie w takich chwilach jak teraz: po wielogodzinnych cyklach pod obstrzałem oślepiających jupiterów i wszechobecnych monitorów. Sesja nagraniowa dla France Télévisions, którą przed godziną zakończył, przebiegła w zasadzie sprawnie, a od strony medialnego warsztatu — mógłby nawet rzec: wzorcowo. Caterine Fille — pani redaktor, z którą menedżerską współpracę nawiązał jeszcze w okresie warszawskiego boomu — i tu znakomicie wspomagała go, współorganizując performance i trzymając pieczę nad namolnymi dziennikarzami, konferencjami, solówkami i tym całym tak przez niego uwielbianym medialnym budyniem. „Dobrze, że jej bałkański temperament bez pudła rezonuje z francuską impertynencją i fantazją… — skonstatował. — Wie jak i kiedy usadzić klienta, z kim zagadać, komu przesłać czarujący uśmiech, kogo zbyć dobrym słówkiem, a gdy trzeba, nawet z kim pójść na kawę. W każdej sesji z żabojadami odwala za mnie koncertowo kawał roboty. I o to chodzi!”.

Szedł wzdłuż bulwaru nad Sekwaną, do której dotarł po kilkuminutowym spacerze. Ogrody Tuleries, rozciągające się wzdłuż prawego nabrzeża, od zawsze były znakomitym terenem nie tylko dla samotnych spacerowiczów, takich jak on. Również dla wielu zakochanych par, których widok zawsze koił jego duszę i oczy. Tak jak i teraz. Oto patrzy na całującą się parę staruszków i zastanawia się, czemu tyko w Paryżu to taki zwykły i naturalny obrazek, jak przysłowiowe zielone klomby. Czy tylko za sprawą magii miasta? Czy może magii miłości samej w sobie, która w kultowym entourage’u nie chce znać wieku, płci, nie ma uprzedzeń, jest tolerancyjna, wyrozumiała, wspaniałomyślna i zawsze zmysłowa, gdy prawdziwa… „Będę się musiał kiedyś nad tym głębiej zastanowić — pomyślał. — Może napiszę netowisko? Miałbym już nawet tytuł: «Miłość, Paryż i motyle»… No tak, hehe, trochę trywialny… Nic nie szkodzi — uśmiechnął się i do siebie, i jednocześnie do kolejnej całującej się pary, tym razem nastolatków. — Czytelnicy miłują się w trywialnych tytułach”.

Po chwili rozmyślania nad świeżo kreowanym projektem, wybrał dalszą trasę spaceru, kierując się na most Pont Royal. To stąd wiedzie jego ulubiona trasa do ukochanej przez niego, ale i chyba przez wszystkich pisarzy świata, szóstej dzielnicy Paryża. Przechodząc przez zabytkową przeprawę, spojrzał w szary nurt niespecjalnie spiętrzonej o tej porze Sekwany. Wiele lat temu z tego samego mostu, dokładnie z tego miejsca, w którym teraz stoi (drugie przęsło od strony Tuleries), rzucił w kotłujące fale obrączkę ślubną, ostatecznie pieczętując koniec nieudanego małżeństwa. „Ciekawe, czy jeszcze połyskuje ciemnym złotem z zamulonego dna? — I pochylił się, i spojrzał z zaciekawieniem w mętną wodę. — Nie, nic nie widać, nic nie połyskuje… Pewno rzeka potoczyła niechcianą obrączkę hen, do morza…”.

Gdy