To, co ukryliśmy - Adele Parks - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

To, co ukryliśmy ebook i audiobook

Adele Parks

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Miała dwa życia. Dwóch mężów. I jeden sekret, który musiał zostać pogrzebany.

Nowa książka Adele Parks – mistrzyni mrocznych sekretów ukrytych za drzwiami zwyczajnych domów.

Kylie Gillingham znika bez śladu. Zostawia po sobie chaos i pytania, na które nikt nie jest gotowy.

Szybko okazuje się, że prowadziła podwójne życie — była żoną dwóch mężczyzn, którzy nie mieli pojęcia o swoim istnieniu. Obaj są zdruzgotani. Obaj stają się podejrzani. Śledztwo odsłania kolejne warstwy kłamstw, a napięcie rośnie wraz z pytaniem: czy Kylie uciekła… czy ktoś pomógł jej zniknąć na zawsze?

Mroczny, wciągający thriller psychologiczny o zdradzie, lojalności i sekretach, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Adele Parks – jedna z najbardziej lubianych i najlepiej sprzedających się autorek literatury kobiecej w Wielkiej Brytanii. Sprzedała ponad 3,8 miliona egzemplarzy, a jej powieści przetłumaczono na 30 języków. Autorka 18 powieści współczesnych i 2 historycznych, wielokrotnie nagradzana i regularnie trafiająca na listy bestsellerów Sunday Timesa. Znana z psychologicznej głębi, perfekcyjnie budowanego napięcia oraz precyzji w portretowaniu relacji międzyludzkich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 464

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena Dębicka

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:

Just Between Us

Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj

Wydawca: Wojciech Ciuraj

Redakcja: Michalina Dzierżęga

Korekta: Sylwia Zazulak

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Ilustracja na okładce: © Sodel Vladyslav / Stock.Adob. com, © saksuvan / Stock.Adobe.com

Wyklejka: © RTH / Stock.Adobe.com

DTP: Magdalena Alszer

Copyright © 2023 by Adele Parks

Copyright © 2026 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © 2026 for the Polish translation by Malwina Drozdowska

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-933-8

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

Dla Diany Stewart i Jonathana Douglasa, którzy niestrudzenie pracują nad wychowaniem kolejnego pokolenia czytelników. I dla Annabel Spooner, zachwycająco zabawnej dziewczyny.

Marzec 2020

1Śledcza Clements

Nie odnaleziono ciała. To stwierdzenie pozostaje faktem. Dla DC Clements oznacza zarówno problem, jak i niepewną, ale kuszącą możliwość. Nie jest kobietą skłonną ani do irracjonalnej, ani do nadmiernej nadziei. Właściwie nie ma żadnych cholernych oczekiwań. Przynajmniej zazwyczaj tak właśnie sprawy się mają.

Kylie Gillingham prawdopodobnie nie żyje.

Jeśli chodzi o nieubłagane statystyki, to nie wygląda to zbyt dobrze. Ta czterdziestotrzyletnia kobieta zaginęła prawie dwa tygodnie temu. Dziewięćdziesiąt siedem procent ze stu osiemdziesięciu tysięcy osób rocznie zgłaszanych jako zaginione odnajduje się w ciągu tygodnia — żywych lub martwych. Ta kobieta nie została zauważona przez przechodniów ani uchwycona przez kamery CCTV, a jej konta bankowe, telefoniczne i e-mailowe pozostały nietknięte. Ma konta w mediach społecznościowych zarejestrowane na nazwisko męża, Kai Janssen, ale są one nieaktywne. Żadnych radosnych zdjęć starannie ułożonych książek, latte macchiato, Negroni ani piwonii. Kylie Gillingham nie wróciła do żadnego ze swoich domów. Statystycznie wygląda to bardzo źle.

Doświadczenie podpowiada też, że tego typu sytuacje kończą się tragicznie. Kiedy znika żona, wszystkie oczy kierują się na męża. W tym przypadku nie mamy do czynienia z jednym, ale z dwoma wściekłymi, pozostawionymi w odwrocie małżonkami. Obaj kiedyś darzyli tę zaginioną kobietę wielkim uczuciem. Niewiele trzeba, by przejść od miłości do nienawiści.

Dowody nie wskazują jednoznacznie na morderstwo. Nie ma ciała. Niemniej brutalne porwanie brzmi jak całkiem rozsądna hipoteza — a przynajmniej zdaniem policji kierującej się protokołem. Porwanie i znęcanie się, prawdopodobnie tortury — tak uważa pewna kobieta przepełniona oburzeniem. Wiedzą, że Kylie Gillingham była przetrzymywana w pokoju w niezamieszkałym mieszkaniu, kilka pięter niżej od tego, w którym mieszkała z mężem numer dwa, Daanem Janssenem. To nie przypadek. W ścianie tego pokoju jest dziura; najprawdopodobniej Kylie wybiła ją pięścią lub kopnięciem. Powstałe gruzowisko zostało wyrzucone przez okno na ulicę, prawdopodobnie po to, by zwrócić na siebie uwagę. Jej wysiłki się nie powiodły. Odciski palców wskazują na jej obecność w tym pokoju; mało prawdopodobne, żeby po prostu tam przesiadywała, a nawet się ukrywała, bo dowody sugerują, że była przykuta łańcuchem do kaloryfera.

Jednak mimo tego wszystkiego Clements, zazwyczaj tak rozsądna, logiczna i trzeźwo myśląca, chce zignorować statystyki, doświadczenie, a nawet dowody sugerujące, że porwanie zakończyło się przemocą ze skutkiem śmiertelnym. Chce mieć nadzieję.

Może po prostu istnieje jakiś sposób, jakaś możliwość, że Kylie — ta zagadkowa bigamistka — uciekła z tego obskurnego pokoju i żyje. Może się ukrywa. W końcu, technicznie rzecz biorąc, jest przestępczynią; może zwyczajnie nie chce stawić czoła wymiarowi sprawiedliwości. Trudno jej wrócić do domu. Na pewno już wie, że jej podwójne życie wyszło na jaw. Zdaje sobie sprawę, że obaj jej mężowie są porządnie wkurzeni. Naprawdę nie na żarty. Zaginiona ma trzech raczej niezainteresowanych całą sprawą przyrodnich braci ze strony ojca i matkę, która mieszka w Australii. Żadne z nich nie sprawia wrażenia, jakby pomagało lub chroniło Kylie. Clements dowie się, kto ją porwał. Jeśli żyje, musi być przerażona.

Jej młodszy partner, posterunkowy Tanner, krępy i bezpośredni jak zwykle, wyśmiewa pomysł ucieczki. Czeka na ciało; zadowoliłby się zeznaniami. Minęły już cztery dni, odkąd Daan Janssen opuścił kraj. „Uciekł przed sprawiedliwością”, jak uparcie powtarza Tanner. Tyle że ten policjant jest jeszcze niedoświadczonym śledczym. Nadal uważa morderstwo za coś widowiskowego i sprzyjającego karierze. Clements próbuje sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek tak myślała. Jest policjantką od prawie piętnastu lat — wstąpiła do służby zaraz po studiach, była wtedy o kilka lat młodsza, niż Tanner jest teraz, ale nie, nie pamięta czasu, kiedy uważała morderstwo za coś efektownego.

— On nie uciekł przed sprawiedliwością. Rozmawiamy z nim i jego prawnikami — zaznacza, wydając tonem przywodzącym na myśl, że jej cierpliwość jest na wyczerpaniu.

— Jesteś pedantyczna.

— Jestem dokładna.

— Ale rozmawiasz z nim przez ten cholerny Microsoft Teams — kwituje Tanner lekceważąco. — Co to, do diabła, w ogóle jest?

— Przyszłość — wzdycha Clements.

Powinna poczuć się urażona tym zarozumiałym tonem młodszego policjanta. To brak szacunku. To ona jest detektywem. Byłaby urażona, gdyby miała na to energię. Jednak jej nie ma. Całą uwagę skupia na sprawie. Na Kylie Gillingham. Musi zachować trzeźwość umysłu, analityczne podejście. Nie ma innego wyjścia — trzeba w kółko sprawdzać znane fakty i dowody. Szczerze mówiąc, posterunkowy Tanner też jest skupiony, ale jego skupienie przejawia się w szaleńczej frustracji. Stara się, aby młody zbytnio nie odleciał.

— Słuchaj, lockdown oznacza, że Daan Janssen nie wróci do Wielkiej Brytanii na przesłuchanie w najbliższym czasie. Nawet gdyby nie było tego dziwnego nowego świata, z którym trzeba się zmagać, nie moglibyśmy go zmusić do przyjazdu, nie aresztując go, a ja nie mogę tego jeszcze zrobić.

Tanner uderza kostkami palców w jej biurko, jakby pukał do drzwi, prosząc o wpuszczenie do środka, domagając się w ten sposób należnej mu uwagi.

— Ale wszystkie dowody…

— To są tylko poszlaki.

Tanner dobrze o tym wie. Po prostu nie może tego przełknąć. Czuje, że meta jest już na wyciągnięcie ręki, ale nie może przekroczyć jej linii — i to właśnie go frustruje. Rozczarowuje. Chce, żeby świat był czarno-biały. Chce, żeby przestępstwa były karane, źli ludzie znaleźli się za kratkami, a świat był bezpieczny. Nie chce, żeby jakiś elegancki dupek machał paszportem i portfelem, wskakiwał do samolotu do rodzinnej rezydencji w Holandii i uchodziło mu to na sucho. Przystojna aparycja i arogancka postawa Daana Janssena drażnią Tannera. Clements doskonale to wszystko rozumie. Niemniej nigdy nie pozwoliła, by osobiste uprzedzenia i preferencje wpłynęły na jej sposób prowadzenia śledztwa.

— Znaleźliśmy jej telefony w jego mieszkaniu! — nalega Tanner.

— Kylie sama mogła je tam położyć — ripostuje Clements. — Mieszkała tam z nim jako jego żona.

— A w pokoju, w którym ją przetrzymywano, znaleźliśmy paragon na opaski zaciskowe i wiadro.

— Znaleźliśmy jeden paragon. Rocznie produkuje się około stu miliardów opasek zaciskowych. Wiele osób je kupuje. Bardzo niewielu z nich używa ich do przywiązywania żon do grzejników. Janssen mógł chcieć uporządkować kable od komputera i ładowarki. Mieszka w minimalistycznie urządzonym domu. Taką właśnie argumentację w sprawie przedstawiłby każdy błyskotliwy prawnik. — Clements kręci głową. Jej szyja trzaska niczym kastaniety.

— Na opakowaniach jedzenia są jego odciski palców.

— Co oznacza, że dotykał owych batoników proteinowych. To wszystko, czego to dowodzi. Nie świadczy to o tym, że zabrał je do pokoju, ani że kiedykolwiek w nim był.

— No to jak inaczej się tam znalazły? Przecież nie wleciały przez cholerne okno, prawda? — pyta zirytowany Tanner.

Clements rozumie, że nie chodzi tu o zwyczajną porywczość chłopaka, on się po prostu przejmuje całą tą sprawą. Chce wyjaśnień. Lubi go za to, nawet jeśli jest nieporadny w swoich wyznaniach, co sprawia, że chce go uspokoić; dać mu gwarancje i zapewnienia, w które sama nawet nie wierzy. Nie uspokaja go ani nie zapewnia, bo musi zachować profesjonalizm i skupienie. Diabeł tkwi w szczegółach. Musi po prostu być czujna, sprytniejsza od przestępcy. W to właśnie wierzy.

— Może przyniosła je z domu. Może dotknął ich w mieszkaniu. Tak właśnie będzie argumentował adwokat.

— Zrobił to, nie ma co do tego wątpliwości — stwierdza Tanner z żelazną pewnością w głosie.

Clements wie, że sprawy nie zawsze są takie oczywiste. Przypomina to migotanie prawie zapalonego, a potem natychmiast zgaszonego knota świecy. Nic nie jest pewne na tym świecie. Dlatego ludzie tacy jak ona — którzy wiedzą, że świat jest szary, a nie czarno-biały — są potrzebni. Mimo tej świadomości nie poddają się zwątpieniu, wciąż zadają pytania, szukają odpowiedzi. Kopią, naciskają, drążą. Na tym właśnie polega jej praca. Żeby uzyskać wyrok skazujący w sądzie, wszystko musi zostać udowodnione ponad wszelką wątpliwość, co nie jest łatwe. Adwokaci są bystrzy, przebiegli. Ławnicy mogą czuć się niepewnie, być przytłoczeni. Oskarżeni mogą kłamać, oszukiwać. Dotychczasowe dowody są w zasadzie kruche i hipotetyczne.

— Mówiłem, prawda? Już na samym początku twierdziłem, że to zawsze, ale to zawsze sprawka męża — kontynuuje podekscytowany Tanner.

Tak, rzeczywiście to powiedział. Jednak w tamtym momencie mówił o małżonku numer jeden, Marku Fletcherze, o ile Clements dobrze pamięta. A przeważnie nie ma z tym problemu. Nawet jeśli pewnego dnia jej pamięć przestanie być tak niezawodną maszyną, jaką jest obecnie, to zawsze pozostają jej notatki — skrupulatne zapiski, należy dodać — więc zawsze może na nich polegać. Tak, Tanner powiedział, że to mąż, ale w tej sprawie chodzi o to, który mąż. Daan Janssen, mąż Kai — oddanej córki chorej matki, eleganckiej kobiety i seksownej żony — czy Mark Fletcher, mąż Leigh — oddanej macochy, sumiennej konsultantki ds. zarządzania i szczęśliwej żony? Kai. Leigh. Kylie. Kylie Gillingham, bigamistka, ukrywała się na widoku. Jednak teraz jej nie ma. Zniknęła.

— Sprawa przeciwko Janssenowi nabiera tempa — mówi ostrożnie Clements.

— A to dlatego, że Kylie była przetrzymywana w jego apartamentowcu.

— Tak.

— Jest położony tuż nad rzeką, a zatem można łatwo pozbyć się ciała.

Wzdryga się na tę myśl, ale nie zbacza z tematu.

— Oczywiście Mark Fletcher też ma motyw. Dobry prawnik, próbujący podważyć winę Janssena, mógłby argumentować, że Fletcher wiedział o drugim mężu i śledził żonę podążającą do jej drugiego domu.

Tanner jest bystry, szybko więc dodaje dwa do dwóch, podąża za jej tokiem myślenia. Wie, jak obrońcy oskarżonego potrafią zniekształcić obraz rzeczywistości.

— Fletcher mógł skonfrontować się z Kylie gdzieś na terenie tego apartamentowca.

— Kłótnia. Gwałtowny wybuch wściekłości — dodaje Clements. — Ogłusza ją. Potem znajduje puste mieszkanie i pod wpływem impulsu właśnie tam ją ukrywa.

Tanner jest zdeterminowany, by trzymać się swojej teorii, że to Janssen jest winowajcą.

— Brzmi mało prawdopodobnie. Jak się tam włamał? To wygląda bardziej na zaplanowaną akcję.

— Zgadzam się, ale chodzi o to, że każdy z mężów mógł odkryć zdradę, a potem, wściekły, upokorzony i bezlitosny, zdecydował się ją uwięzić. Mogliby chcieć ją przestraszyć i ukarać, odzyskać kontrolę, pokazać jej, kto tu rządzi.

Tyle wiedzą na ten moment, ale nie mają pojęcia, co stało się potem. Czy została zabita w tym pokoju? Jeśli tak, to gdzie ukryto ciało?

— Wiesz przecież, że nie możemy ograniczyć tego śledztwa tylko do tych dwóch mężów. Są inni podejrzani — dodaje Clements.

Tanner opada na krzesło, podnosi rękę i zaczyna wyliczać podejrzanych na palcach.

— Oli, nastoletni pasierb Kylie. Dobrze zbudowany i obdarzony siłą dorosłego mężczyzny…

— Ale emocje i irracjonalność dziecka — dokańcza za niego Clements. — Nie wiedział, że jego macocha była bigamistką, ale wiedział o jej romansie. Możliwe, że zrobił coś pochopnie. Coś ekstremalnego, po czym trudno się ogarnąć.

— No i jest jeszcze ten przerażający portier w tym eleganckim bloku.

— Alfonzo.

— Tak, to może być nasz sprawca.

Clements rozważa taką możliwość.

— Ma dostęp do wszystkich mieszkań, tylnych schodów, nagrań z kamer.

— Skasował nagrania z dnia, w którym porwano Kylie, jak sam przyznał. Powiedział, że nagrania nie są przechowywane dłużej niż dwadzieścia cztery godziny, chyba że zgłoszono jakiś incydent. Podobno mieszkańcy nalegają na to ze względu na prywatność. To może być prawda. A może to po prostu dla niego wygodne.

Clements kiwa głową.

— Jest jeszcze Fiona Phillipson. Jej najlepsza przyjaciółka.

— Cholera jasna. Mamy więcej podejrzanych niż w powieści Agathy Christie — kwituje Tanner ze śmiechem, który ma ukryć, jak bardzo czuje się przytłoczony i zirytowany. Przychyla się bardziej do mrocznej niesprawiedliwości, okrutnej przemocy i oszustwa.

— Racja.

— Nadal uważam, że to sprawka jej męża.

— Którego?

— Cholera. Kręcimy się w kółko. — Zirytowany drapie się po głowie. — Chcesz, żebym zamówił pizzę? To będzie długa noc.

— Czy ktoś jeszcze w ogóle realizuje dostawy? Nie sądzę — zauważa Clements. — No wiesz, mamy lockdown.

— Cholera — powtarza Tanner. Po chwili jednak ogarnia go entuzjazm. — W takim razie chipsy i czekolada z automatu. Będziemy potrzebować czegoś na wzmocnienie, dopóki nie ustalimy, gdzie podziewa się Kylie.

Clements uśmiecha się sama do siebie. Odkąd pamięta, po raz pierwszy Tanner napomyka o Kylie, używając jej imienia, a nie beznamiętnej formy „ona”, „bigamistka” czy, co gorsza, „zwłoki”. Zupełnie jakby zaakceptował możliwość, że kobieta gdzieś tam jest. Tu, a nie na tamtym świecie.

Czy mimo wszystko zdołała jakoś uciec? Kylie Gillingham — kobieta, która odważyła się przeciwstawić konwencjom, która nie akceptowała ograniczeń i śmiała się w twarz konformizmowi — czy wciąż gdzieś tam jest, jakimś cudem cała i zdrowa?

Boże, Clements właśnie na to liczy.

2Daan

Daan Janssen zgłasza się do współpracy. Nie jest aresztowany. To fakt, który jego prawnicy powtarzają mu w kółko (spokojnym, pewnym tonem, być może sprawiającym, że myślą, iż w ten sposób usprawiedliwiają swoje wygórowane honoraria), i fakt, o którym informują go policjanci na początku każdego spotkania (wypowiadany rutynowo, znudzonym tonem, w jakiś sposób sugerującym, że słowo „jeszcze” unosi się w powietrzu podczas wideorozmowy). To właśnie ten fakt przypomina sobie coraz częściej, próbując normalnie funkcjonować. Kiedy rano się ubiera. Kiedy je, myje zęby, słucha muzyki. Kiedykolwiek.

Na zewnątrz stara się sprawiać wrażenie niewzruszonego. Niezrażonego całą tą sprawą. To ma znaczenie. Gdy musi rozmawiać z brytyjską policją, zakłada garnitur w połączeniu z nienagannie wyprasowaną koszulą. W bardziej swobodne dni nosi spodnie chino i koszulkę polo, nigdy T-shirt. Pomimo presji policyjnych przesłuchań, stresu związanego z globalną pandemią i całą sprawą zaginięcia żony chce wyglądać elegancko.

Żona. Jaka tam żona. Raczej kobieta, którą uważał za swoją żonę, a która jest bigamistką. Ich czteroletnie małżeństwo — stylowa ceremonia w urzędzie stanu cywilnego w Chelsea, po której odbyło się przyjęcie z ostrygami i szampanem w szacownej restauracji Ivy na West Street — nie jest nawet warte papieru, na którym wydano akt ślubu. Najwyraźniej tak to właśnie wygląda. Daan odtwarza to w myślach na okrągło. Była żoną innego mężczyzny. Okłamywała go, wielokrotnie zdradzała. A teraz nie żyje, ale nadal rujnuje to, co pozostało z jego życia, jeśli trafi do więzienia za jej morderstwo. Nie może jej za to winić, ale nie może też jej wybaczyć.

Ważne jest, żeby zachował pozory, utrzymał standardy. Nie załamie się, nie ugnie, nie przyzna się do porażki, jak zapewne uczyniłaby to spora liczba ludzi na jego miejscu. Jest lepszy od ogromnej większości. Niemniej kiedy uświadamia sobie, że jeszcze nie jest aresztowany, odbiera mu to apetyt na zbilansowane posiłki starannie przygotowane przez prywatnego kucharza. Ta myśl zajmuje mu głowę, kiedy gra w golfa z ojcem, co psuje mu grę. Ton jego wewnętrznego monologu ciągle się zmienia.

Czasem jest zuchwały, lekceważący; innym razem wkradają się strach i przerażenie. Podstępne. Groźne. Nie zabił swojej żony. To nie on. Daan jednak zdaje sobie sprawę, że od czasu do czasu niewinni ludzie trafiają do więzienia. Pomyłki sądowe się zdarzają. Jest biały, uprzywilejowany, niezwykle bogaty, a tacy ludzie są teraz bardzo niepopularni. Szkoda. W jakimkolwiek innym okresie historii byłby praktycznie czczony, stałby ponad prawem. Nie twierdzi, że to słuszne, ale cóż. Po prostu byłoby to dla niego wygodne. Niemniej w obecnych czasach ludzie oczerniają takich jak on. Chcą, żeby był winny. Niekoniecznie jest to korzystna dla niego sytuacja.

A wręcz przeciwnie.

Widzi, że zyskują nowe dowody przeciwko niemu. Jest motyw, okazja i dane poszlakowe. Każde spotkanie z policją ujawnia coraz więcej powodów do niepokoju.

— Chciałabym tylko na chwilę przejąć ekran, jeśli nie masz nic przeciwko. Chcę ci pokazać kilka zdjęć — mówi starsza policjantka, detektyw Clements. Uważa ją za starszą, bo ma wyższy stopień niż ten zarozumiały młodzieniec, który też znajduje się w pokoju przesłuchań. Tyle że ona wciąż jest młodsza od samego Daana. To banał, ale policja się odmładza. On w tym roku kończy czterdzieści lat. Brzmi staro. Nie chce kończyć czterdziestki w więzieniu. Nie chce stracić tylu lat swojego życia. Jest zbyt pełen energii, żeby tak się stało; ma zbyt wiele do zrobienia, do zobaczenia, do przeżycia.

Policjanci gapią się na niego przez ekran komputera. Daan cieszy się, że jest na własnych śmieciach, z powrotem w Holandii, gdzie jego wpływowa rodzina jest znana i gdzie sam zna wszystkich. Nie chciałby być w tej przygnębiającej sali przesłuchań, gdzie siedzieli i pocili się przestępcy.

— To jest pokój, w którym przetrzymywano pańską żonę — oznajmia mu Clements.

Zdjęcia przyprawiają go o mdłości. Pokój jest zaśmiecony: widzi opakowania po jedzeniu, puste butelki po wodzie, papiery; przestrzeń emanuje chaosem. Pokazują mu zbliżenia grzejnika, do którego został przymocowany łańcuch. Jego żona była przykuta łańcuchem jak maltretowany pies. Dostrzega również zdjęcie ściany z płyt gipsowo-kartonowych, a w niej — dziurę.

— Zakładamy, że wybiła tę dziurę kopnięciem. Prawdopodobnie wtedy, gdy wciąż była przywiązana do grzejnika. Nie mogła się przecisnąć przez ten otwór, ale wykorzystała gruz, który wyrzuciła na ulicę przez otwarte okno w drugim pokoju. Część spadła, część nie. — Pokazują mu zdjęcia drugiego pokoju, otwartego okna, gruzu, który nie trafił w cel.

— Nasza robocza teoria jest taka, że próbowała zwrócić na siebie uwagę — mówi funkcjonariusz Tanner lakonicznie. — Myślę, że musiała być wystarczająco zdesperowana. Powiedziałbym, że podobne rzeczy robi się dopiero, kiedy zawiodły inne sposoby, takie jak walenie w drzwi i proszenie o pomoc — dodaje z westchnieniem. Jego ton i owo westchnienie irytują Daana. Wydają mu się lekceważące, zbyt swobodne. Bardziej pasowałyby tu chusteczki.

— Gdzie przebywał pan między poniedziałkiem szesnastego marca a wtorkiem dwudziestego czwartego marca tego roku? — pyta śledcza Clemments.

— Wiecie, gdzie byłem. Odwiedziliście mnie tam, w moim mieszkaniu.

— Może pan podać adres?

— Apartamenty St Marina Riverview — mówi, po czym wymienia pełny adres i kod pocztowy. Nie może się też powstrzymać od dodania:

— Penthouse.

— Te zdjęcia zostały zrobione w mieszkaniu 1403 w St Marina Riverview — oznajmia policjant.

Daan wstrzymuje oddech.

— Była przetrzymywana w moim budynku?

— Tak. Czternaste piętro. Kilka pięter niżej od pana mieszkania.

— Sześć.

— Słucham?

— Sześć pięter poniżej mojego mieszkania. Powiedziała pani, że kilka.

— Zanotowane.

Daan mruga. Nie dociera do niego, o czym oni mówią. Jest źle. Bardzo źle. Myśl, że przez cały ten czas była tak blisko, a jednak zupełnie poza jego zasięgiem. Podnosi szklankę wody i bierze łyk.

— A we wspomnianym okresie, o którym mówiliśmy, zajmował się pan swoimi codziennymi sprawami?

— Szukałem mojej żony.

— Oczywiście, a co to oznacza? Wywieszał pan plakaty, żeby poinformować ludzi o jej zniknięciu?

— Nie.

— Chodził pan po ulicach, szukając jej?

— Nie.

— Odwiedził pan jej przyjaciół, pytał, czy ją widzieli?

— Nie, nie odwiedziłem jej przyjaciół.

Detektyw najwyraźniej zna siłę milczenia; pozwala, by jego ostatnie „nie” długo wybrzmiewało pomiędzy nimi. To technika, której sam Daan czasem używa podczas spotkań biznesowych. Zarobił mnóstwo pieniędzy, w mądry sposób nic nie mówiąc i nic nie robiąc. Tego dnia odpowiada stanowczo.

— Zadzwoniłem do was. Zadzwoniłem na policję. To wy jej szukaliście.

— Czy opuścił pan apartamentowiec w którymkolwiek momencie między piątkiem dwudziestego a niedzielą dwudziestego drugiego marca?

Daan się zastanawia. Dokąd to wszystko zmierza? W jaką pułapkę wpadam? Odpowiada szczerze, bo oczywiście oni już znają odpowiedź.

— Tak, kilka razy udałem się do lokalnych delikatesów tuż obok mojego budynku, aby kupić jedzenie i napoje.

— Chodzi o alkohol?

Wzdycha.

— Tak. Mam ponad osiemnaście lat, to nie jest przestępstwo.

Jego prawnik cicho kaszle. Subtelny znak, żeby przypomnieć Daanowi, żeby uważał na to, co mówi. Nikt nie lubi mądrali.

— A kiedy wchodził i wychodził pan do i ze sklepu po ekologiczne warzywa i single malt, zauważył pan gruz leżący na ulicy? — pyta Tanner. Nikt nie kaszle, żeby dać mu do zrozumienia, że on powinien przestać z tym sarkazmem.

Daan kręci głową. To automatyczna reakcja. Czy widział te odpady? Później się nad tym zastanowi.

— Nawet kiedy wyjeżdżał pan na lotnisko?

Daan znów kręci głową.

— Bo my zauważyliśmy to od razu, prawda, detektyw Clements? Okropny bałagan. Prawie się o to potknąłem. A do apartamentów St Marina Riverview dotarliśmy chwilę po pana wyjściu. — Policjant marszczy brwi, dając do zrozumienia, że nie ma pojęcia, jak to możliwe.

Daan milczy. Śledcza sięga po batonik.

— A kiedy wchodził pan po schodach, wchodził i wychodził do i z windy oraz budynku, ani razu nie widział pan ani nie słyszał niczego niezwykłego?

— Nie.

— Zapewne zachowywał pan wówczas niezwykłą czujność, jak sądzę.

— Co ma pan na myśli?

Detektyw przybiera minę zaskoczonej niewinności.

— Cóż, nic ponad to, że skoro pana żona zniknęła, to na pewno ma pan oczy szeroko otwarte. Był pan czujny.

Pokazują mu kolejne zdjęcie — brudne wiadro pełne gówna.

Blednie.

— Niezbyt przyjemny widok, prawda, Daan?

— Nie, to nie jest ładny widok — powtarza. Jego prawnik znów odchrząkuje. Wyjęte z kontekstu stwierdzenie może brzmieć lekceważąco, sarkastycznie, okrutnie. Ostrzeżono go, żeby unikał rozwodzenia się nad tematem, udzielania wyjaśnień i snucia teorii. Myśl o takim poniżeniu Kai — jego pięknej, eleganckiej kobiety — sprawia, że jego puls przyśpiesza. Serce boli go na samą myśl o niej przykutej do kaloryfera. Była suką — wyszła za niego, będąc żoną innego mężczyzny i wychowując dzieci innego mężczyzny, to na pewno. Jednak on nie chce o niej tak myśleć.

— Dziękujemy za zgodę na przeszukanie twojego mieszkania, Daan.

Tak jakby mógł odmówić! Jego prawnicy powiedzieli mu, że bez problemu zdobędą nakaz. Lepiej będzie, jeśli będzie współpracować. Prawnicy mogą teraz żałować tej decyzji. Podczas poprzedniej rozmowy wideo policja ujawniła, że w mieszkaniu Kai znaleziono obie jej komórki — te, których używała, by prowadzić podwójne życie. Skupili się też na paragonie z Homebase na opaski zaciskowe i plastikowe wiadro. Daan powiedział im, że nie ma pojęcia, skąd wziął się ten paragon. Teraz zdaje sobie sprawę, że pokazują mu dowody w określonej kolejności. Próbują go wrobić. Umoczyć. Nie kupił żadnego wiadra. Śpieszył się na lotnisko i prawdopodobnie nadepnął na gruz, wskakując do taksówki. Takie rzeczy się zdarzają w ogromnym pośpiechu.

— Słyszałem jakieś stukanie. Teraz sobie przypominam — ożywia się. Cieszy się, że może pokazać, że nie jest nieostrożny ani niedbały. — Pewnej nocy. W sobotę wieczorem. Myślałem, że to coś z rurami wodociągowymi. A przynajmniej ona tak… — nagle urywa.

— Ona?

O kurwa. Musi im powiedzieć. To i tak wyjdzie na jaw. Ktoś mógł ją widzieć, gdy przychodziła albo wychodziła.

— W sobotę w nocy nocowała u mnie przyjaciółka. Ja przespałem ten hałas, ale ona mówiła, że słyszała brzęczenie i że powinienem poprosić portiera, żeby wezwał hydraulika. Myślała, że może to powietrze uwięzione w rurach. Wtedy nie przywiązywałem do tego żadnej wagi. Miałem na głowie ważniejsze sprawy.

— Pana zaginioną żonę?

— Oczywiście.

— A kim była ta przyjaciółka?

Daan zwraca się do swojego głównego adwokata.

— Muszę to mówić?

— Czy jest jakiś powód, dla którego wolałbyś tego nie robić? — pyta Clements, ignorując zapewnienia adwokata, że Daan nie ma obowiązku mówić absolutnie nic.

— Nazywa się Fiona Phillipson.

— A jak bardzo jesteście ze sobą zaprzyjaźnieni? — pyta Tanner z uśmiechem.

— Niezbyt — stwierdza Daan.

Clements wyświetla zdjęcie Fiony na ekranie. Jest niezłe. To jej profilówka z aplikacji randkowej, dzięki której po raz pierwszy się z nim skontaktowała. Musiała użyć filtrów; w rzeczywistości wygląda na swój wiek, a jej oczy są mniejsze.

— Czy to Fiona Phillipson?

— Tak.

— Cóż, rozmawialiśmy z nią. Twierdzi, że jesteście kimś więcej niż tylko przyjaciółmi.

Daan nie wie, dlaczego rozmawiali z Fioną Phillipson ani jak mogli ją znaleźć. Czy w korytarzach i na klatkach schodowych jego budynku są kamery? Myślał, że znajdują się tylko na siłowni i przy basenie. Może zgłosiła się w odpowiedzi na apel o świadków po zaginięciu Kai? Informacja, że z nią rozmawiali, niepokoi go. Fiona Phillipson to kobieta, z którą kilka razy uprawiał seks. Zwykły romans. Sposób na zabicie czasu, kiedy Kai była poza domem. I w sumie cieszy się z tego, biorąc pod uwagę, jak potoczyły się sprawy. Kiedy myślał, że Kai jest na północy Anglii i opiekuje się chorą matką, ona w rzeczywistości mieszkała tuż za rogiem z innym mężem. Kurwa, po prostu nie do wiary.

Wciąż nie może tego zaakceptować. Jeśli chodzi o zdrady, to wszystko, czego się dopuścił, to ostre posuwanie od tyłu paru kobiet nachylonych nad jego stołem kuchennym. Nigdy im niczego nie obiecał. Większość z nich rozumiała, na co się pisze. Efektowna noc, zabawna anegdota, satysfakcjonujący orgazm. Ta Fiona była pomyłką. Moment ich ostatniego spotkania stawia go w złym świetle. Ostatni raz był z nią kilka dni po tym, jak Kai zaginęła. Nie myślał trzeźwo. Był zdezorientowany, kompletnie rozbity. Właśnie dowiedział się, że jego żona jest bigamistką, na litość boską. Fiona nic dla niego nie znaczyła, ale pozwolił jej zostać na noc. Kolejny błąd. Obudziła się, zapytała go, czy jest żonaty. Miał wrażenie, że wyszła nieco urażona. Zraniona. Na litość boską! Czy to jego problem? Ma inne, o wiele większe.

— Czy kiedykolwiek odwiedził pan dom Fiony Phillipson w Londynie?

— Co? Nie.

Daan nie ma pojęcia, gdzie mieszka ta kobieta. Może to być Highgate, może Brixton, północ, południe, wschód, zachód. Skąd miałby wiedzieć? Nigdy nie pytał. Nie interesuje go to.

Po co miałby odwiedzać jej dom?

— A co z jej domkiem letniskowym w Dorset?

— Nie. Nie. — Kręci głową.

Przez chwilę zastanawia się, czy ta kobieta też zaginęła. Czy na wolności grasuje jakiś seryjny morderca? Czy zniknęła po tym, jak odeszła od niego? Nie, to nie tak; mówili, że z nią rozmawiali. Nie myśli trzeźwo, panikuje. Chyba że zniknęła od tamtej pory. Boże, czy to możliwe? To szaleństwo. Czy ta myśl jest bardziej czy mniej szalona niż zniknięcie jego bigamicznej żony? Czuje, jak fala gorąca przebiega przez jego ciało.

— Prawie jej nie znałem.

— Prawie jej pan nie znał?

— Prawie jej nie znam.

Kurwa, jaka jest poprawna gramatyka? Zwykle jest ostrożny w takich sprawach. Potyka się. Jego słowa brzmią niepewnie, nieprecyzyjnie. Nie chce myśleć o seryjnych mordercach. Nie chce myśleć o Kai srającej do wiadra. Bierze głęboki oddech.

— To nie była tego rodzaju relacja. To nie była w ogóle żadna relacja.

— Naprawdę? — pyta śledcza. Wygląda na zadowoloną, co martwi Daana.

— Nic więcej nie powiem.

Spogląda na swoich prawników, ale zanim zdążą odpowiedzieć, naciska przycisk „OPUŚĆ SPOTKANIE” i ekran staje się czarny.

3Śledcza Clements

Środki związane z lockdownem, o których w chwili zniknięcia Kylie Gillingham zaledwie przebąkiwano, zdążyły już na dobre wpisać się w codzienność. Ich status uległ zmianie: zamiast zagrożenia wiszącego w powietrzu stały się faktem, niezmiennym prawem. Sklepy, restauracje, kawiarnie i biblioteki pozostają zamknięte. Ludzie znikają za drzwiami domów i mieszkań, zachowując się jak skazańcy odsiadujący wyrok, wdzięczni za dozwoloną godzinę ćwiczeń. Polecono im pracować z domu, jeśli tylko mogą. To coś, o co od dziesięcioleci błagały zmęczone matki. Twierdziły, że potrzebują pracy zdalnej, by ulżyć sobie w zajmowaniu się dziećmi. Koncepcja pracy z domu zawsze była odrzucana, postrzegana jako oszustwo. Teraz nie ma alternatywy. Jak okiem sięgnąć, szefowie mają identyczne nastawienie: nadzieję, że pracownicy wykażą się uczciwością. Niemniej w tej chwili nic nie może złagodzić ciężaru opieki nad najmłodszymi ze względu na zamknięcie szkół. Obecnie nauczyciele prowadzą lekcje za pomocą laptopów i smartfonów, a rodzice wariują.

Clements nie musi się tym martwić. Jej problem zajmowania się dziećmi nie dotyczy. Nie potrafi sobie wyobrazić, jak wygląda na co dzień próba wykonywania swojej pracy przy jednoczesnym zmuszaniu dzieci, żeby wzięły ołówki i zajęły się zadaniami z matematyki. W przeciwieństwie do niektórych swoich kolegów nie interesuje jej praca z domu, w samotności. Może byłaby bezpieczniejsza przed wirusem, zamknięta w swoim malutkim mieszkaniu, przyklejona do stolika pod oknem, ale nie zniosłaby tego. Najlepiej jej się myśli, gdy jest w terenie.

Mogłaby zadzwonić do Fiony Phillipson, ale postanawia zobaczyć ją osobiście. Chodzi o zaskoczenie jej — z twarzy można wyczytać więcej, niż niejednemu się zdaje, a Clements ma przeczucie, że w tej sprawie jest jeszcze wiele do odkrycia.

Razem z Tannerem odwiedzają dom Fiony. Zadbany dom szeregowy w Clapham. Wiktoriańskie czarno-białe kafelki, ciemnoniebieskie błyszczące drzwi, sukulenty w ogromnych kamiennych donicach w malutkim ogródku przed domem; eleganckie, typowe dla pewnego rodzaju ludzi.

— To musiało kosztować fortunę — mruczy Tanner. W jego głosie słychać lekką nutkę niechęci. Współczesnych dwudziesto- i trzydziestolatków łączy jeden wspólny mianownik: jednostronna niechęć do osób po czterdziestce. Ludzie urodzeni nieco wcześniej nie mieli takich problemów jak obecnie — by wejść na rynek nieruchomości, nawet w Londynie. Tanner wynajmuje mieszkanie w Woking. Dojazd do pracy jest długi, nieciekawy i drogi, ale nie stać go na nic w mniejszej odległości od centrum. Clements załatwiła mu samochód do dyspozycji na czas śledztwa; dzięki temu może się przemieszczać tam i z powrotem, nie będąc zakładnikiem ograniczonego rozkładu jazdy pociągów.

— Bardzo ładnie — dodaje Tanner, kiwając głową w stronę domu, ale nie ma w tym cienia komplementu. Dzwoni do drzwi po raz drugi. Słuchają, jak dźwięk odbija się echem w cichym budynku.

Clements zagląda przez okno.

— Nie ma jej.

— Poszła na spacer? — sugeruje Tanner.

— Mam takie przeczucie. Wpadnijmy do Marka Fletchera.

U Fletcherów wystarczy nacisnąć dzwonek tylko raz. Tak jak przewidywała, drzwi otwiera Fiona Phillipson. Jest zaniepokojona.

— Mark zasugerował, żebym wprowadziła się do niego i chłopców na czas lockdownu. To pewnie tylko kilka tygodni, prawda? W końcu znam go i chłopców od dawna. Byłam tam, kiedy Kylie ich poznała — to pierwsze słowa, jakie padają z jej ust.

Clements kiwa głową.

— Nie ma w tym nic nielegalnego, Fiono, uspokój się.

Kobieta jest wyraźnie zdenerwowana, może nawet czuje się winna. Ludzie dopiero oswajają się z nowymi przepisami i zasadami; nie chcą przekroczyć granicy. Przynajmniej większość z nich.

— Wejdziecie? — Fiona otwiera drzwi nieco szerzej.

— Nie, przepraszam, lepiej będzie, jeśli zostaniemy na zewnątrz. Dystans społeczny i tak dalej.

Dostrzega młodszego z braci Fletcherów. Seb stoi w korytarzu za Fioną. Żołądek lekko jej się kurczy ze współczucia. Chłopiec wygląda na wyczerpanego, ma niebieskie worki pod oczami, a jego kończyny wydają się kanciaste, niezgrabne. Przyjmuje pozycję, jakby przygotowywał się na kolejną porcję smutku. Clements miała już wcześniej bliski kontakt z tragedią; wie, że istnieje możliwość, iż chłopak nigdy nie odzyska młodzieńczej beztroski i swobody. Ma zaledwie dwanaście lat, ale jego dzieciństwo zostało gwałtownie przerwane przez działania macochy i kogoś jeszcze. Jakiejś nieznanej persony. Dorośli bywają draniami wobec dzieci, chociaż powinni się o nie troszczyć. Seb został wrzucony w tandetny, brutalny świat dorosłych — i jest nim przerażony. I słusznie. Mądry chłopak.

— Znaleźliście moją mamę? — pyta.

Fiona wygląda na zaskoczoną.

— Udało wam się?

— Nie. — Myśląc o Sebie, który jest napięty jak struna i desperacko czeka na wieści, Clements dodaje:

— Jeszcze nie, ale mamy trop. Fiona, możesz nam w tym pomóc.

— Oczywiście, zrobię co w mojej mocy.

— Wspomniałaś o domku letniskowym w Dorset. Chcielibyśmy się tam rozejrzeć, jeśli nie masz nic przeciwko.

— Myślisz, że ona może się tam ukrywać? — pyta Seb, a w jego oczach pojawia się błysk nadziei.

Oli, jego starszy o trzy lata brat, wychodzi na korytarz.

Clements odwiedziła już to miejsce, kiedy po raz pierwszy zgłoszono zaginięcie Leigh Fletcher, znanej również jako Kai Janssen czy Kylie Gillingham. Stąd też wie, że przeszedł przez drzwi prowadzące do salonu. Domyśla się, że Oli słuchał tej rozmowy z taką samą uwagą jak jego młodszy brat, ale nie chciał tego okazywać. Uderza Seba w klatkę piersiową.

— Nie bądź idiotą.

Słowa i popchnięcie wydają się agresywne, gniewne — i takie właśnie są. Jak bardzo brutalne? Jak bardzo gniewne? A może, zastanawia się Clements, to po prostu standardowy język chłopaków? Czy to popchnięcie jest niewinne? Niedojrzała, nieprzemyślana wymówka, by nawiązać kontakt fizyczny, ze strony kogoś, kto nie chce pokazać swojej wrażliwości i po prostu się przytulić? Nie jest pewna. Chciałaby wykluczyć go ze swojego śledztwa. Nikt nie chce, żeby piętnastolatek okazał się odpowiedzialny za ten bałagan, ale może jest zbyt współczująca właśnie ze względu na jego wiek. Powinna być bardziej wyczulona, uważniejsza. Dzieciaki też potrafią być potworami. Czy on wie więcej niż ktokolwiek inny? Czy wie, że nadzieja to idiotyzm? Jego następna uwaga wcale nie pomaga jej podjąć decyzji.

— Pewnie nie żyje, stary, pogódź się z tym — mruczy, przepychając się obok brata i kierując się na górę; stopy uderzają ciężko o podłogę, a każdy krok to protest.

Fiona krzywi się przepraszająco.

— Mają teraz sporo na głowie. Dlatego wprowadziłam się na jakiś czas, żeby pomóc. Uspokoić sytuację. Przynieść wam klucze do mojego mieszkania w Dorset? Mogę podać wskazówki dojazdu.

Clements i Tanner jadą opustoszałymi ulicami. Cieszy ich wyjazd z miasta.

— Tumbleweed — mruczy Tanner, potrząsając głową. Jest zaniepokojony, trochę w złym humorze, bo nie udało mu się wpaść do swojej ulubionej kawiarni, a choć tu i ówdzie są lokale z jedzeniem na wynos, kolejki są zbyt długie, by tracić w nich czas. Cierpi na niedobór kofeiny, ciągle porusza kolanem. Clements wolałaby, żeby tego nie robił. Rozprasza ją, a ona musi pomyśleć. Ułożyć to wszystko w całość.

W jakiś sposób puste drogi i chodniki są teraz bardziej podstępne niż wtedy, gdy tętniły życiem. Clements nie jest przyzwyczajona do posłuszeństwa obywatelskiego na taką skalę, nie do końca mu ufa. Weźmy na przykład Fionę, tak uległą i chętną do współpracy, która bez wahania pozwoliła im przeszukać swój dom, bez nakazu, po prostu wręczając im klucz. Zwykle ludzie, bez względu na to, jak niewinni, są w takich sprawach zarozumiali. Mówią coś w stylu „znam swoje prawa” i zaczynają cytować scenariusze z telewizji, co sugeruje, że tak naprawdę nie znają swoich praw ani w ogóle zbyt wiele nie wiedzą.

Może Fiona akurat miała pod ręką klucze do swojego wiejskiego domu. Czy to dziwne? A może, jak większość londyńczyków, których na to stać, po prostu zostawia sobie więcej możliwości? Planuje uciec do drugiego domu, żeby przeczekać lockdown, mimo próśb, by pozostać na miejscu?

— Widziałeś jej minę? — pyta Tannera.

— Fiony?

— Tak.

— Kiedy dzieciak zapytał, czy mamy jakieś wieści.

— Racja. To powinno być jej pierwsze pytanie, prawda? — Odrywa wzrok od drogi na ułamek sekundy i zwraca się do Tannera. — Podobnie jak w przypadku Seba. A zamiast tego tłumaczyła, dlaczego się do nich wprowadziła.

— Szybko się zadomawia w domu swojej zmarłej przyjaciółki, co?

— Jej zaginionej przyjaciółki — poprawia Clements, ale bez większego entuzjazmu ani przekonania.

— Ludzie w Stanach zaczęli to nazywać „tworzeniem baniek”. Na litość boską. Mam nadzieję, że to się nie przyjmie w Wielkiej Brytanii. Bańki. — Tanner kręci głową z drwiną. — Jakby klasa średnia potrzebowała jeszcze większego oderwania od rzeczywistości. Oni zawsze żyli w bańkach, z tymi swoimi konkursami pieczenia chleba na zakwasie, sokami z komosy ryżowej i jarmużu, i czym tam jeszcze. — Jego obrzydzenie jest namacalne.

— Owe bańki to nie jest wymysł wyłącznie klasy średniej — zauważa Clements. — I powiedziałabym, że Mark Fletcher i jego chłopcy dość mocno dostali od życia w kość w ciągu ostatnich kilku tygodni. Najpierw zaginięcie Kylie, a potem odkrycie, że prowadziła podwójne życie.

— Więc uważasz, że to dobrze, że najlepsza przyjaciółka ma na nich oko?

— Może — mruczy Clements.

— Po prostu mówię, że dla niej to naprawdę wygodna sytuacja — stwierdził Tanner, unosząc brew, jak to ma w zwyczaju, by zasugerować podejrzliwość. Clements wolałaby, żeby tego nie robił. Wygląda jak mały chłopiec udający detektywa. Trudno go wtedy traktować poważnie, co z pewnością daje efekt odwrotny do zamierzonego. Jednak jego uwaga jest słuszna.

— To prawda — przyznaje.

— Tak czy inaczej, naprawdę wszędobylska z niej osóbka, co nie? Pomieszkuje z mężem numer jeden, a przy okazji sypia z mężem numer dwa.

Ta sama myśl przyszła do głowy pani detektyw, ale stara się zachować otwarty umysł. Spójrz na fakty. Zbierz dowody. Nie wyciągaj pochopnych wniosków. Feministka w niej chce wierzyć w przyjaźń między Kylie i Fioną; w przyjaźń trwającą już dwadzieścia trzy lata.

— Nie wiedziała, że Daan jest żonaty z Kylie, kiedy się z nim spotykała. A przynajmniej tak twierdzi.

Feministka czy nie, Clements ostrożnie podchodzi do tego, komu ufa. Trzeba przyznać, że Fiona też ostatnio przeżyła sporo wstrząsów. Takie rzeczy mogą sprawić, że ludzie stają się wrażliwsi. Może po prostu chce przebywać wśród osób, które kochają Kylie i tęsknią za nią; może chce być pomocna i nieść im pocieszenie w tym nieszczęściu. Jednakże traumatyczne sytuacje sprawiają też, że ludzie stają się źli, nieprzewidywalni. Niebezpieczni.

Clements podsumowuje fakty.

— Poznała Daana Janssena przez aplikację randkową. Taką, która wyszukiwała potencjalnych partnerów w najbliższej okolicy.

— Wpadła na niego w jego apartamentowcu, prawda? — wtrąca się Tanner, zadowalając szefową tym, że nadąża.

— Zgadza się.

— Przypomnij mi: dlaczego w ogóle się tam znalazła?

— Mówi, że była tam służbowo. Jest dekoratorką wnętrz i przedstawiała ofertę na przeprojektowanie mieszkania państwa Federovów.

— A to akurat to mieszkanie, w którym przetrzymywano Kylie Gillingham.

— Tak. — Wymieniają między sobą wymowne spojrzenie. Zbiegi okoliczności zdarzają się częściej, niż ludzie sądzą. Niektórzy wierzą w los i przeznaczenie, a Clements uważa, że obie te rzeczy da się wyjaśnić zwykłym zbiegiem okoliczności. Nawet szczęście i pech można przypisać czemuś podobnemu. Jakoś jednak wątpi, żeby seria przypadków była czymś niewinnym. Seria takich zdarzeń zazwyczaj oznacza przestępstwo. Wylicza dalej przypadki.

— Oś czasu Fiony, tak jak nam ją przedstawiła w zeznaniu, wygląda następująco: po pierwsze dowiaduje się, że jej chłopak — Daan Janssen — jest żonaty. Po drugie kończy ten związek. Po trzecie jej najlepsza przyjaciółka znika. Po czwarte dowiaduje się, że jej najlepsza przyjaciółka jest bigamistką. Po piąte odkrywa, że drugi mąż jej najlepszej przyjaciółki to właśnie facet, z którym się pieprzyła. — Clements powoli kręci głową. Może żeby to wszystko do siebie dopasować, a może żeby w to zwątpić. — Oczywiście nie mamy gwarancji, że to działo się w tej właśnie kolejności — dodaje ponuro.

— To znaczy…?

— Po pierwsze dowiaduje się, że jej daremny kochanek — Daan Janssen — jest żonaty z jej najlepszą przyjaciółką. Po drugie jej najlepsza przyjaciółka znika. Przyznała się, że spała z nim przynajmniej raz po tym, jak dowiedziała się, że jest mężem jej najlepszej przyjaciółki. Powiedziała, że była rozemocjonowana i pijana, że popełniła błąd. Oskarżenie wisi w powietrzu. Zazdrość, wściekłość, zemsta — wszystko to tworzy toksyczną atmosferę, która prowadzi do desperackich czynów. Zbrodnie w afekcie zdarzają się od zawsze.

— Miała dostęp do tego mieszkania — stwierdza podekscytowany Tanner.

— Prawdopodobnie. Na pewno wiedziała, że stoi puste, nie ma żadnego powodu, dla którego miałaby tam wejść. Daan Janssen też mógł myśleć, że nikogo tam nie ma. — Clements wydaje z siebie westchnienie. — Zobaczymy, co znajdziemy w Dorset.

Tanner pociąga nosem i spogląda przez okno, a jego uwagę znów przyciąga ta dziwaczna pustka. Potem, żeby wypełnić ciszę i toczące go nieprzyjemne uczucie izolacji, włącza radio.

Powtarzają historię wyczerpanej pielęgniarki, która płakała na parkingu supermarketu i błagała ludzi, żeby nie robili panicznych zakupów, ponieważ po podwójnej zmianie na oddziale intensywnej terapii sama poszła na zakupy i zastała puste półki. Oprócz tego w radiu donoszą, że ktoś zasugerował, by ludzie stali przed domami i klaskali w celu pokazania swojego wsparcia i wdzięczności dla bohaterów naszej służby zdrowia. Clements zastanawia się, jak to możliwe, że ludzie oklaskują bohaterów, a jednocześnie ich głodzą.

Świat kompletnie oszalał. Dziennikarz opisuje, jak spacerowiczów zmierzających do malowniczych zakątków w Peak District obserwuje flota dronów i przypomina im, że wędrówka sześćdziesiąt mil od domu nie jest „niezbędną podróżą”. Clements zastanawia się, co to wszystko oznacza dla Kylie. Czy podczas lockdownu ukrywanie się jest łatwiejsze czy trudniejsze?

Czy ukrycie ciała podczas lockdownu jest łatwiejsze niż zazwyczaj?

4Mark

Mark słyszy, jak policja rozmawia z Fioną na dole. Powinien chyba zejść i sprawdzić, o czym tak nawijają.

Ale w sumie to po co?

Jeśli ją znaleźli, wkrótce się o tym dowie. Słyszy, jak Oli tupie po schodach, a po chwili trzaskają za nim drzwi sypialni. Powietrze w domu wydaje się drgać. Nie ma żadnych wiadomości. Gdyby były, Oli przyszedłby mu o tym powiedzieć. Przewraca się na bok i wpatruje się w ścianę. Wmawia sobie, że nie jest w łóżku w środku poranka, tylko leży na nim. A to nie to samo. Wchodzenie do łóżka sugerowałoby pewien poziom defetyzmu. Może depresję. On nie jest w łóżku. Mark nie wyobraża sobie większej agonii. W końcu jest mężczyzną, który owdowiał i został sam z dwoma małymi synami do wychowania. Stracił swoją pierwszą żonę po sześciu latach małżeństwa. Frances spadła ze schodów w ich domu i złamała kark.

Rzadko o tym mówi. Z wielu powodów.

A teraz jest mężczyzną, którego druga żona zaginęła. Zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu. Coś, co zrobiła nie raz, ale dwukrotnie. Pierwszy raz, gdy opuściła ich dom, zostawiając jego i chłopców. Zranionego, wściekłego. Drugi raz zniknęła z pokoju, w którym była przetrzymywana. Nie da się nie być sarkastycznym w tej sprawie. Myśl nasuwa się sama: „Cóż, Leigh lubi robić pewne rzeczy dwukrotnie”. Na przykład wychodzić za mąż.

Jego żona jest bigamistką.

Mark wciąż kręci głową z niedowierzaniem, gdy ta myśl uderza go z pełną siłą. Kto, do diabła, tak robi? Kto, do cholery, bierze ślub z dwoma facetami i prowadzi dwa życia jednocześnie? To pytanie retoryczne, bo teraz już wie. Leigh tak robi. Albo robiła. Nie jest jasne, jakiego czasu powinien użyć.

Więc nie, nie potrafi sobie wyobrazić większej agonii niż ta, z którą właśnie się zmaga.

Jest wściekły, że odkrył, iż został zdradzony tak całkowicie, tak bezwstydnie. I jest przerażony, ma złamane serce. Kiedy dowiedział się o podwójnym życiu Leigh, życzył jej wszelkiego rodzaju okropności. Jednak to były tylko myśli. Naprawdę. Nie chce, żeby zginęła, została pocięta na małe kawałki i skończyła jako pokarm dla jakiegoś kundla. Oczywiście, że nie. Ludziom tylko wydaje się, że chcą, by komuś przytrafiło się coś okropnego. Przeszedłby na drugą stronę ulicy, żeby na nią nasikać, gdyby się paliła. To jasne.

Policja potwierdziła, że istnieją dowody, że Leigh — czy raczej Kylie, jak ją nazywają — była w jednym z mieszkań w eleganckim bloku Daana Janssena. Nie powiedzieli, jakie dowody na to wskazują. Detektyw Clements wygadała się, że jej zdaniem Kylie była w tym pokoju zaledwie kilka godzin przed tym, jak policja wyważyła drzwi. Zastanawia się, jak to wydedukowała. Czy to smużka dymu z palącego się papierosa sugerowała, że ktoś tam niedawno był, że to szansa, którą właśnie przegapili, sprawa prawie rozwiązana? Prawie rozwiązana, ale zamiast tego pozostawała surowa i postrzępiona jak otwarta rana. Nie może rozgryźć, czy uważają, że jego żona uciekła z tego pokoju, czy została z niego wywieziona. Co więcej, jeśli ją wywieziono, to czy ona już nie żyje? Nie chcą mu powiedzieć, co wiedzą albo czego się domyślają. Trzymają wszystko w tajemnicy. Dopóki nie dojdzie do aresztowania, nadal jest podejrzanym, jak sądzi. Daan musi być głównym podejrzanym z racji tego, że Leigh była przetrzymywana na jego posesji. Niemniej Mark oglądał wystarczająco dużo seriali, by wiedzieć, że on też na razie nie jest wolny od podejrzeń. To zawsze mąż. Trudniej, gdy jest ich dwóch.

Ma własne przemyślenia na temat tego, czy Leigh żyje, czy nie. Owe myśli ciągle się zmieniają, w zależności od jego nastroju, pogody, wiadomości, nastrojów chłopców. Zwykle jest człowiekiem zdecydowanym i stabilnym, ale ta sytuacja sprawiła, że stał się amorficzny, płynny. Bez przerwy strzela środkowym palcem i kciukiem, by usłyszeć ten dźwięk, by sprawdzić, czy jest prawdziwy i czy ma nad sobą kontrolę. Czuje się mglisty, nieprecyzyjny. Nie chodzi o zniknięcie samej Leigh; w pewnym sensie sprawiła, że on też przestał istnieć. Nie wie już, kim jest. Nie wie, czego chce.

Błędem było mówienie ludziom, że jego pierwsza żona zmarła na raka. W efekcie śmierć Frances, bolesna i tragiczna sama w sobie, zyskała drugie dno. Zrobił z niej trudną, brudną tajemnicę. Taką, która po tylu latach wciąż ma swoje konsekwencje. Sekret, który może zranić i jego, i jego chłopców. Kłamstwo w tak ważnej kwestii sprawia, że wygląda na kogoś, komu nie można ufać — zdaje sobie z tego sprawę.

Czy naprawdę nie można mu ufać, czy po prostu stara się jak może, by to wszystko ogarnąć? Sam już nie jest tego pewien.

Frances naprawdę miała raka — to akurat prawda. Ludzie spodziewali się, że choroba będzie przyczyną jej śmierci, co wystarczyło, by przy bramie przedszkola plotkowano o Marku za jego plecami. Plotkujący przechylali głowy na bok, gdy tylko złapali go wzrokiem — to była kreskówkowa imitacja współczucia oraz, jak wierzył, makabryczna fascynacja. Współczuli mu, architektowi krajobrazu, ojcu dwójki dzieci, który musiał walczyć dalej, gdy jego żona zachorowała. Postawiono jej diagnozę, poczuła się gorzej, przeszła operację, poczuła się jeszcze gorzej, przeszła chemioterapię, a potem znów zachorowała. Kobieta po trzydziestce umierająca na raka — to tragedia. Patrzyli na niego z miną, która wyraźnie mówiła: „Gdyby nie łaska boża…”. Niektórzy go omijali, unikali, jakby rak czy pech były zaraźliwe. Dwie lub trzy kobiety złożyły mu propozycję. Nigdy nie był pewien, czy wynikało to ze współczucia, czy z perwersji. Ruchanie męża umierającej kobiety mogło być podniecające dla niektórych naprawdę pokręconych osób. Świat jest wielki i dziwny.

Nie potrzebował więc dodatkowego dramatu, kiedy Frances, osłabiona chorobą i próbami jej leczenia, spadła ze schodów i złamała kark. Próbowała przejść przez korytarz ich małego domu, pokonać kilka kroków z sypialni do łazienki. Po prostu potknęła się i spadła ze schodów, ale upadek mógłby zamienić tragedię w farsę.

Albo, co gorsza, w tajemnicę. Tajemnicę morderstwa. Bo ludzie mają bujną wyobraźnię. Ich języki pracują niestrudzenie, a plotki żyją swoim życiem.

Słyszał towarzyszące temu dźwięki. Łomot, powtarzające się uderzenia, bum, bum, bum, a potem gwałtowny trzask. Ten konkretny dźwięk nie daje mu spokoju. Prześladuje go w środku nocy. Albo kiedy jest w pracy. Albo kiedy gra w piłkę w ogrodzie z chłopakami. Kiedy ogląda telewizję. Gotuje obiad. To tam jest. Podstępny utwór, który wbił mu się w głowę. Po prostu nie może się go pozbyć, nawet po tylu latach. Był w kuchni, parzył herbatę, kiedy to się stało. Zanurzał torebkę we wrzącej wodzie. Zanurzyć, zanurzyć, zanurzyć, zamieszać. Od razu wiedział, gdzieś w głębi duszy, że to był jej koniec. Jej koniec. Bum, bum, bum, trzask. Jej ciało podskakujące z jednego stopnia na drugi. Cztery uderzenia, gdy upadła na głowę. Natychmiast do niej pobiegł ale to nie zdało się na nic.

Ponieważ mieszkali tylko we dwójkę, policja zadawała mnóstwo pytań. Naturalnie należało to do ich obowiązków służbowych. Miała miejsce sekcja zwłok, odbyło się dochodzenie. W końcu uznano jej śmierć za wypadek. Mimo to Mark czuł się odpowiedzialny. Siostra Frances, Paula, próbowała go pocieszyć.

— To nie twoja wina, Mark. Robiłeś, co mogłeś. Parzyłeś jej herbatę. Próbowałeś się nią zaopiekować.

Tyle że robił herbatę dla siebie. Oczywiście zaproponował Frances, ale ona odmówiła. Koniec końców postanowił i tak pójść do kuchni i zrobić herbatę. Potrzebował przestrzeni. Nawet nie był spragniony. Nie do końca. Po prostu potrzebował kilku chwil z dala od zapachu chorej żony. Z dala od jej szarej skóry i lekko zatęchłych prześcieradeł, które trzeba było zmienić. Z dala od odpowiedzialności. Dlaczego zdecydował się to zrobić? Powinien był zostać w pokoju, być z nią przez całą dobę. Wtedy, gdy poczułaby potrzebę pójścia do toalety, mogłaby poprosić go o pomoc. Chętnie by jej pomógł. Robił to już dziesiątki razy.

Setki. Czy wyczuła, że potrzebował się od niej oderwać, choćby na chwilę? Czy dlatego postanowiła działać na własną rękę? O ile można rozpatrywać chwiejne kroki w kierunku łazienki w tej kategorii.

Po tym wszystkim postanowił nie mówić znajomym ani nieznajomym, że jego żona zmarła w wyniku upadku, że przyczyną było właśnie to, a nie rak. Obwiniał siebie, a to samo w sobie było wystarczająco trudne do zniesienia. Nie mógł znieść myśli o osądzie innych. Po prostu nie był w stanie tego unieść. Każdy ma swoje granice.

Nawet chłopcom nigdy nie wyznał prawdy o tym, jak zmarła ich matka. W tamtym czasie byli za młodzi, żeby to miało znaczenie. Najtrudniejsze było wyjaśnienie, że odeszła i już nigdy nie wróci.

— Czy w niebie nie ma autobusów? — zapytał Oli. — Gdyby mieli autobusy, mogłaby nas odwiedzać. A może pociąg?

Wyjaśnienie czterolatkowi braku transportu publicznego w zaświatach było wystarczająco skomplikowane. Chłopcy wiedzieli o chorobie; na litość boską, nie musieli dodatkowo bać się schodów. Jakie znaczenie miało to, jak umarła? Co to za różnica? To wydarzyło się dawno temu, a sposób przekazania dzieciom informacji był jego decyzją. Jego i nikogo innego. Bo wtedy nie było nikogo innego.

Mark pamięta, że kiedy zmarła Frances, ogarnęła go ogromna, dręcząca pustka. Była niczym szeroka i głęboka przepaść. Nie pogrążał się w depresji. Jego ojciec nazwałby to zachowanie użalaniem się nad sobą, choć matka uznałaby to raczej za przetwarzanie. Tak czy inaczej, nie poddał się temu uczuciu. Nie mógł. Nie tylko dlatego, że musiał zająć się chłopcami, to nie był jedyny argument. Bał się tego. Bał się, jak bardzo robiło się ciemno. Jak wszystko balansowało na granicy, gdzie tak łatwo mogło stać się niczym. I teraz znów go to przeraża. Teraz, kiedy Leigh też odeszła.

To było spore obciążenie — zostać samemu z dwoma małymi synami. Nieść ciężar ich istnienia. Oczywiście wtedy, kiedy jeden miał cztery lata, a drugi osiemnaście miesięcy, nie ważyli zbyt wiele, nie fizycznie, ale, na Boga, ich ciężar. Zapytaj dowolnego samotnego rodzica. Ile waży to dziecko? To dziecko, któremu zawdzięczasz wszystko? To dziecko, dla którego jesteś wszystkim? A oni ci powiedzą: twoje ramiona nigdy nie będą wystarczająco szerokie.

— Podnieś mnie, tatusiu! Noś mnie, noś mnie!

— Nie, noś mnie! Chcę na barana.

Nosisz ciężar świata na swoich barkach. Oni są całym twoim światem, co jest już wystarczającym powodem do obaw. Jesteś dla nich wszystkim, co brzmi wręcz zatrważająco.

Mark martwi się, że całe to zainteresowanie zniknięciem jego drugiej żony nieuchronnie sprawi, że temat przyczyny śmierci jego pierwszej żony znów znajdzie się w centrum uwagi. Pojawi się więcej pytań, jeśli nie ze strony policji, to z pewnością ze strony prasy, przyjaciół, jego synów. Powinien wyjaśnić im sprawę śmierci ich matki, zanim przeczytają o tym w „Evening Standard”. Jak zareagują? Czy będą źli, że ich okłamał wtedy; że ich okłamywał konsekwentnie od tamtej pory? A może po prostu zaakceptują ten fakt, potraktują go jak kolejne dziwactwo w ich i tak już skomplikowanym i zawiłym życiu?

Mark wzdycha na samą myśl o tym. To takie trudne. Wydaje się, że teraz, po tylu latach, jest już za późno, by powiedzieć im prawdę. Tragedia śmierci ich biologicznej matki blednie w porównaniu z tragedią ich zaginionej, najprawdopodobniej zamordowanej, bigamicznej macochy. To prawdziwy koszmar.

Kompletny galimatias. Cóż powiedziała na to Fiona? Wspomniała o słynnym cytacie Oscara Wilde’a, który może okazać się niezręcznie trafny. Mark nie interesuje się poezją, sztukami teatralnymi ani tym wszystkim. Nie wie właściwie nic o Oscarze Wildzie poza tym, że był gejem i Irlandczykiem. Fiona jednak potrafiła zacytować go z pamięci.

— Utrata jednego rodzica może być uznana za nieszczęście; utrata obojga wygląda na niedbalstwo.

Dwie zmarłe żony — w jakim świetle to go stawia? Krótko mówiąc — ma kłopoty.

5 Śledcza Clements

Fiona podała precyzyjne i szczegółowe wskazówki dojazdu do swojego domku letniskowego, co okazało się pomocne, bo nawigacja miała kłopoty z wybraniem trasy, gdy zjechali z utartych szlaków. Do tego oboje są gliniarzami z miasta, nieprzyzwyczajonymi do zapuszczania się tak daleko.

— To tutaj — zauważa Tanner i już odpina pasy, prawie wychylając się przez drzwi, tak bardzo mu się spieszy. Clements jest zaskoczona, gdy w zasięgu wzroku pojawia się bungalow z lat dziewięćdziesiątych; spodziewała się czegoś o większym uroku. Mimo to czuje, jak jej serce nieco przyśpiesza. Zastanawia się, czy po otwarciu drzwi nie zastaną Kylie siedzącej przed trzaskającym kominkiem, może trzymającej kubek kawy? Zawstydzoną — nie, pełną wyrzutów sumienia — ale żywą. Życie to wszystko, co się liczy. Fiona nie była tu od zeszłej jesieni, przynajmniej tak stwierdziła. Powiedziała: „Szczerze mówiąc, żałuję, że nie korzystałam z tego miejsca częściej. Nie znoszę myśleć, że stoi puste”.

Kylie wiedziałaby, że dom jest pusty, prawda? Mogła tu uciec, to było możliwe.

Clements otrząsa się z tych myśli i zauważa, że z komina nie unosi się dym. Dlaczego nie stanowi to żadnego zaskoczenia? Jest przecież ciepły wiosenny dzień. Prawdopodobnie i tak nie ma tu kominka, bardziej możliwe jest nowoczesne centralne ogrzewanie, biorąc pod uwagę, że dom wybudowano stosunkowo niedawno. Poniekąd zdaje sobie sprawę, że popada w fantazjowanie, i jest tym zawstydzona. To nie w jej stylu; nie jest to skłonność, którą powinna kiedykolwiek wspierać.

Wysiada z samochodu. Czuje lekki wiatr. Widzi grube, perłowe chmury pędzące po jasnoniebieskim niebie, gdy biegnie ścieżką. Jej kurtka rozchyla się i energicznie powiewa wokół niej. Przepełnia ją oczekiwanie — liczy, że coś znajdą.

Nie ma tu jednak nikogo. Ani żywego, ani martwego.

Tanner biega od pokoju do pokoju i szybko to potwierdza. Łóżka są pościelone, poduszki wygładzone, ręczniki starannie powieszone na krawędzi wanny.

— Nikogo tu nie ma. — Wygląda na rozczarowanego i mruczy z irytacją: — Jechaliśmy tu na marne.

— Nie, spójrz, ktoś tu niedawno był — twierdzi Clements. Wskazuje na kieliszek po winie na kuchennym stole. — Musimy dowiedzieć się kto.

W kieliszku jest jeszcze trochę czerwonego wina, zaledwie kilka kropli, ale gdyby alkohol stał tam od października, wyparowałby, pozostawiając jedynie osad.

Tanner ostrożnie wkłada kieliszek do woreczka na dowody. Trzeba sprawdzić odciski palców i DNA. Czubki jego uszu przybierają różową barwę. Podziwia swoją szefową, ale jej ostrożne podejście kontrastuje z jego bardziej impulsywnym stylem; nikt nie lubi, gdy mu się przypomina, że próbuje biegać, zanim nauczy się chodzić. Pochłonęło go szukanie ciała i prawie to przeoczył. Dowód.

— Jak myślisz, czyje odciski na nim znajdziemy? — pyta.

— Cóż, to własność Fiony, więc znalezienie jej odcisków nie byłoby zaskoczeniem, ale dlaczego zostawiła brudną szklankę na stole, skoro zamykała dom na zimę? Wszystko inne jest nieskazitelne. — Clements rozgląda się. Złożona ściereczka do naczyń wisi schludnie na baterii zlewu kuchennego.

— Aż podejrzane — dodaje Tanner.

Płytki w kuchni nie są pokryte warstwą kurzu, jak można by się spodziewać; lśnią, jakby zostały niedawno wyczyszczone, podobnie jak łazienka. Clements dotyka ściereczki. Nie jest sztywna jak karton; wciąż wydaje się elastyczna. Musiała być używana od października. Na szklance mogą być odciski Kylie albo Daana. Albo może być pokryta odciskami palców podchmielonej sprzątaczki, która podczas pracy pozwala sobie na drinka. Odciski coś ujawnią. Nauka nie kłamie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Marzec 2020

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji