Pod jednym dachem - Adele Parks - ebook + audiobook + książka

Pod jednym dachem ebook i audiobook

Adele Parks

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Córka w niebezpieczeństwie. Małżeństwo na krawędzi. Jak daleko się posuniesz, żeby ocalić wszystko?

Adele Parks, bestsellerowa autorka thrillerów psychologicznych i dramatów rodzinnych, powraca z pełną napięcia historią o sekretach, które mogą zniszczyć nawet najbliższych. To emocjonalna, wciągająca opowieść o matce gotowej zrobić wszystko, by ochronić swoją rodzinę, nawet jeśli będzie to oznaczało powrót do bolesnej przeszłości.

Connie z niecierpliwością czeka na święta, kiedy wszystkie jej córki znów znajdą się pod jednym dachem. Radość szybko ustępuje jednak miejsca lękowi, gdy poznaje Zaca, nowego chłopaka Fran. Mężczyzna przywołuje wspomnienie największego błędu Connie i tajemnicy, która niemal zniszczyła jej małżeństwo. Kiedy Fran oznajmia, że jest w ciąży, a napięcie w domu zaczyna narastać, Connie uświadamia sobie, że nie tylko ona ma coś do ukrycia. A jeden sekret może zagrozić wszystkim, których kocha.

„Dla nowej Adele Parks rzucę wszystko, trafia w punkt za każdym razem”. - Lucy Foley „Przewrotnie pokręcona historia o niebezpiecznych rodzinnych sekretach i kłamstwach. Petarda”. - Louise Minchin

 

Adele Parks to jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się autorek literatury kobiecej w Wielkiej Brytanii. Jej książki sprzedały się w nakładzie ponad 3,8 miliona egzemplarzy i zostały przetłumaczone na 30 języków. Najnowsze powieści autorki to klimatyczne thrillery psychologiczne w nurcie domestic noir, w których z charakterystyczną przenikliwością pokazuje relacje rodzinne, poświęcenie w imię miłości, rodzicielstwo oraz wierność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 497

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 14 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Paulina Holtz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:

Our Beautiful Mess

Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj

Wydawca: Wojciech Ciuraj

Redakcja: Magdalena Kawka

Korekta: Małgorzata Denys

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Ilustracja na okładce: © everettovrk / Stock.Adobe.com,

© Rainer Fuhrmann / Stock.Adobe.com

Copyright © 2025 by Adele Parks

Copyright © 2026 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © 2026 for the Polish translation by Robert J. Szmidt

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-920-8

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Dla AJ Riacha

zwanego Legendą

Mamie i tacie,

którzy mnie wychowali, cenili i wspierali

Tym, co po nas przetrwa, będzie miłość.

– PHILIP LARKIN

Nie stercz nad moim grobem i nie płacz,

Nie ma mnie w nim; ja nie umarłam.

– MARY ELIZABETH FRYE

Mógłbym ci na przykład strzelić w nogę. Ludzie uważają, że to akt łaski, szansa, ale grubo się mylą – mówił głośno i wyraźnie, całkiem sensownie, z południowolondyńskim akcentem, i co ciekawe, niezwykle uprzejmym tonem.

Potrzebowała dłuższej chwili na przyswojenie jego słów. Nie mogły być prawdziwe. Nie pasowały do jej świata.

– Gdybym trafił na przykład w całkiem sporą tętnicę, tę która biegnie wzdłuż uda… – Zawiesił na moment głos, by machnąć pistoletem, pokazując długość wspomnianej arterii i zarazem jego potencjalny cel. – To wykrwawiłabyś się w ciągu zaledwie kilku minut. Gdybym ją tylko drasnął, to, zakładając, że nie użyje się opaski uciskowej, ciśnienie i tak spadłoby drastycznie, co w połączeniu z nieuniknionym krwotokiem oznaczałoby pewną i też całkiem szybką śmierć… – Znów zamilkł, po czym dodał: – A nie zamierzam zakładać ci opasek uciskowych.

Rozbawiła go ta myśl. Przedstawienie, które jej fundował, było przerażające. Nie spanikował. Wiedział, co robi. Śmierć nie była mu obca. Zabijał już wcześniej.

– Mógłbym też strzelić ci w rękę. W tętnicę ramienną. W takim przypadku pomęczyłabyś się odrobinę dłużej. A ja patrzyłbym ze spokojem, jak dopada cię wstrząs hipowolemiczny. – Wypowiadał te słowa szybko, pewnie, po czym pociągnął nosem i podsumował: – Paskudna sprawa.

Connie pomyślała, że tak musi wyglądać kompletny szok. Zamarła w bezruchu. Wiedziała, że musi coś zrobić, ale co? Co?

– To naprawdę sporo pieniędzy. – Kręcił głową, jakby czegoś żałował.

– Mogę ci je zwrócić.

– Naprawdę? Bo jak patrzę na ciebie, to zaczynam się zastanawiać: jesteś oszustką czy raczej kłamczuchą? Wiesz, jeśli mogłaś mi je zwrócić, kiedy poprosiłem, i to naprawdę grzecznie, wychodzisz na oszustkę. A jeśli nie mogłaś, to czyni z ciebie kłamczuchę… – Zamilkł raz jeszcze na moment. – A ja nie lubię oszustek i kłamczuch.

Connie liczyła, że będzie przeciągał rozmowę. Dzięki temu zyskałaby więcej czasu na zebranie myśli, na działanie, a tu nagle: bum! Niespodziewanie i nieodwracalnie. Huk wystrzału odbił się echem od ścian piwnicy.

W jednej chwili miała wszystko – nadzieję, możliwości, szanse. W następnej było już tylko pełno krwi. Zacisnęła dłonie na ranie. To niewiarygodne, miała w ciele najprawdziwszą dziurę. Nie mogła myśleć, nie mogła też oddychać. Krew sączyła się spomiędzy palców. Odnosiła wrażenie, że zaraz się porzyga albo zemdleje. Słyszała jakieś wrzaski, jak się szybko okazało – jej własne. Wzrok stawał się nieostry, mętny, pot oblewał ją całą od stóp po czubek głowy. Ciało robiło się płynne i zarazem mocno rozedrgane, jakby rażono je prądem. Ktoś ściszył dźwięk, potem wyłączył go całkowicie, wyszarpnął z magnetofonu taśmę z nagraniem jej życia. Sekundy zaczynały się męcząco dłużyć. Ile czasu zostało?

Pomyślała o tym, jak wiele krwi zdążyła wcześniej zobaczyć, ale niemal każdy z tych przypadków dotyczył jej córeczek. Jej miesiączki, porody, wszelkie dziecięce urazy, a potem także ich miesiączki. A teraz to. Rana postrzałowa.

Jedenaście dni przed końcem

1

Connie

Wigilia

Czuję się taka podekscytowana – stwierdziła z uniesieniem, umieszczając kolejną szklaną bombkę na gałązce choinki. Te wiekowe ozdoby nie należały do jej rodziny od wielu pokoleń, ale w okresie świątecznym, gdyby ją zapytano, mogłaby udawać, że tak właśnie było. Nie przyznałaby się za nic, ile godzin i funtów zostawiła na eBayu; była to nieodłączna część jej wysiłków zmierzających do stworzenia pozorów stabilności i dziedzictwa.

– Nic takiego się nie dzieje, mamo. – Sophie ziewnęła; zawsze pozowała na osobę zmęczoną otaczającym ją światem. Miała na sobie wytarty dżinsowy kombinezon, pod nim biały top, a nosiła te rzeczy z taką nonszalancją, jakby to ona wynalazła przędzalnie bawełny.

Matka przypomniała sobie, że ubierała się bardzo podobnie, kiedy sama studiowała, ale wiedziała, że nie powinna o tym wspominać. Taki komentarz spotkałby się z brakiem zainteresowania, sceptycyzmem albo, co gorsza, zdecydowanym odrzuceniem. Sophie nie ukończyła jeszcze szesnastu lat. Czy to możliwe, by zdążyła już zmęczyć się życiem? Connie przypuszczała, że tak. Obecna młodzież była niebywale przeciążona. Do tego dochodził stres z powodu egzaminów, który, prawdę powiedziawszy, zaczynał się, ledwie dzieciaki kończyły cztery latka. Potem nakręcanie się własną wspaniałością, życie na pełnym gazie, bo tak sugerował TikTok, dążenie do wyglądu supermodelki czy co tam jest teraz modne. Samo obserwowanie ich życia było wyczerpujące, a co dopiero mówić o wchodzeniu w ich skórę. Z drugiej strony, równie szczerze powiedziawszy, Connie nie wiedziała, jak ciężko jej córka haruje, przygotowując się do kolejnych egzaminów, a ponieważ dziewczyna była najmłodsza z trójki rodzeństwa, wolała jej o to nie pytać.

Flora, jej druga córka, także nie okazywała matce wiele uczucia i dobrej woli. Wróciła właśnie do gniazda po zaliczeniu pierwszego roku na uczelni i zarywała niemal każdą noc. Jej skóra utraciła już młodzieńczy blask, który dało się zauważyć jeszcze minionego lata; była niby wychudzona, ale zarazem dziwnie pulchna. Nie ruszyła się z sofy od chwili rozpoczęcia strojenia choinki; rozgniatała pryszczyki na brodzie, wydając od czasu do czasu głębokie, letargiczne westchnienia. Brakowało jej nowo poznanych przyjaciół z uniwerku, w związku z czym dawała znać, i to na każdym kroku, że przebywanie w domu jest dużo nudniejsze niż życie w Durham.

– Dlaczego nie pójdziesz do swojego pokoju i nie położysz się na własnym łóżku, skoro jesteś aż tak zmęczona? Jak wy to nazywacie? Taktyczna drzemka? – To nie była sugestia, jeśli już, bardziej prośba.

Obecność Flory skutecznie niwelowała świątecznego ducha, na którym tak bardzo zależało jej matce. Odmówiła już napicia się gorącej czekolady: „Jestem w wystarczającym stopniu opryszczona”, i szampana: „Wpadłaś w alkoholizm czy co? Nie ma jeszcze pory lanczu”. Nie pasowały jej też muzyczne wybory Connie, bynajmniej nie z powodu nudy, jaką może wywołać nieustanne puszczanie świątecznych przebojów we wszystkich sklepach, kawiarniach i na stacjach benzynowych. Chodziło raczej o to, że określała Do They Know It’s Christmas mianem „imperialistycznego, rasistowskiego gówna zrodzonego na bazie syndromu białego zbawiciela”. Natomiast It’s Cold Outside kojarzyło jej się z „podręcznikiem, jak zgwałcić kogoś na randce”.

– Jeju, nigdy tak o nich nie pomyślałam.

– Wsłuchaj się w teksty, mamo – wtrąciła Sophie.

Przewróciła oczami, patrząc na Florę. Najwidoczniej zamierzała zrzucić całą winę na siostrę.

Connie poczuła się zdradzona. Cieszyło ją, że córki trzymają się razem, nie chciała jednak, by to oznaczało, że zaczną zmawiać się przeciw niej, uznając ją za przestarzałą i niemodną. Zamiast przyjąć sugestię drzemki, Flora zadała jej pytanie.

– Czy my mamy w ogóle prawo do ubierania choinki?

– Słucham?

– Czy tam do świętowania Bożego Narodzenia. Nie chodzimy przecież do kościoła i tak dalej.

– Mów za siebie. Ja uważam, że coś w tym jest – zaprotestowała matka.

Odnosiła wrażenie, że w te święta, otoczona przyjaciółmi i najbliższymi, będzie zanosiła regularnie modły do Boga Wszechmogącego. Zawiesiła kolejną ozdobę na gałązce, która i tak uginała się pod zbyt wielkim obciążeniem.

– Gdy byłam w twoim wieku, życie nie wydawało mi się aż tak skomplikowane.

– Może dlatego, że masz skłonności do nostalgii, a to narzędzie kulturowe będące wytworem patriarchatu, które faceci wymyślili, by nas kontrolować i utrzymywać status quo, bo tak jest dla nich najlepiej. W twoich czasach było to takie samo gówno jak teraz, tylko tego nie zauważałaś, bo wyprano ci mózg.

– Możliwe, ale rozpamiętywanie tego faktu nikomu w niczym nie pomoże. – Connie uśmiechnęła się szeroko. Próbowała zrównoważyć żałosny cynizm córek emanującą z niej radosną, świąteczną energią. Taki miał być bowiem przekaz tego dnia.

– Boże, mamo, jak możesz tego nie dostrzegać? Dlaczego zawsze wybierasz życie w niewiedzy?

Connie frustrowało, że Flora i Sophie, które były pięknymi, mądrymi i bogatymi dziewczynami, mogącymi cieszyć się niemal idealnym dzieciństwem (Czyż nie? Na tym przecież zależało zarówno jej, jak i Luke’owi, i właśnie dlatego otaczali swoje córeczki mnóstwem troski, uwagi i wszelkimi dobrami materialnymi) mają wiecznie z czymś problem. Prawdziwy czy wyimaginowany, tego nie umiała niestety powiedzieć.

Posmutniała i zrobiło jej się żal młodego pokolenia. Wyglądało na to, że dla tych dziewczyn wszystko było albo za ciężkie, albo zbyt ponure. I trudne do zniesienia. Potem pomyślała o globalnym ociepleniu, internecie, dzięki któremu ludzie dostawali na okrągło same złe wiadomości, nie wspominając o bardzo łatwym i szerokim dostępie do porno, po czym uznała, że to rzeczywiście może być ciężkie, a nawet ponure. I trudne do zniesienia.

– Możesz podać mi aniołka? Tego niebieskiego. W tym roku figurka Fran powinna znaleźć się na szczycie choinki.

Dzięki Bogu za najstarszą z córek Connie. Pojawi się w domu lada chwila i wniesie podnoszące na duchu i jednoczące rodzinę je ne sais quoi, którym niewątpliwie emanuje. Dzięki niej zapanuje znów duch Bożego Narodzenia, niezależnie od tego, co może sobie myśleć o tekstach świątecznych piosenek.

Rodzina Bakerów miała trzy postacie aniołów, którymi dekorowano szczyt choinki. Zrobiły je same dziewczęta, dawno temu, kiedy chodziły jeszcze do przedszkola. Connie pilnowała, by były rotowane we właściwej kolejności. Córki kpiły, że stworzyła system pozwalający na sprawiedliwy i równy podział choinki, ale zdawała sobie sprawę, że każdy błąd zostanie jej wytknięty. Choć dziewczyny były sobie tak bliskie, to zaciekle ze sobą rywalizowały. Właśnie dlatego ich matka poświęcała mnóstwo czasu i energii, by unikać narzekań albo wywoływania kłótni. Żadna z jej córek ani nawet mąż nie mieli pojęcia, jak wiele wysiłku kosztuje to, by po pięćdziesiątce nadal wydawać się cholernie szczęśliwą i wiecznie pozytywnie nastawioną osobą.

A smutna prawda wyglądała tak, że Connie nie zawsze czuła się kandydatką do tytułu Domowego Słoneczka; to wymagało od niej zbyt wiele wysiłku. Ale cieszyło ją też, że bliscy nie zdawali sobie z tego sprawy. To znaczyło, że dobrze wykonywała swoją robotę. Powinna być wytrwała, optymistyczna, produktywna i poświęcać się dla nich; na tym właśnie polegała jej praca. Albo jedna z prac, bo była także fotografką i udzielała się dwa dni w tygodniu w lokalnej galerii sztuki. Owszem, jeśli ktoś ją sprowokował, umiała być irytująca, zagniewana albo nawet wredna. Znała wielu ludzi, którzy zachowywali się tak na co dzień, ale wolała, żeby zapamiętano ją jako kogoś, kto częściej leje oliwę na wzburzone wody. Lajkowała więc posty na Instagramie, które głosiły: „Carpe Diem” albo „Wybierz szczęście”. Nie narzekała na zdrowie, obdarzała miłością męża, córki, przyjaciół i dalszą rodzinę, płaciła w terminie wszystkie rachunki, często robiła sobie dwa urlopy w roku i kupiła ekspres Sage Barista. Krótko mówiąc, spełniała marzenia.

Przebyła daleką drogę i doskonale o tym wiedziała.

Nie rozumiała, dlaczego tak wiele osób znajdujących się w podobnej sytuacji szuka powodów do narzekań („Ta nowa piekarnia znów wyprzedała chleb na zakwasie”, „Ileż trzeba czekać na odebranie nowego elektrycznego Audi?”). Jakiż to wstyd. Marnowanie szczęścia danego przez los. Kusiło ją czasem, by wygarnąć malkontentom, żeby wzięli się w garść, ale nigdy tego nie zrobiła. Podejrzewała, że ich narzekania na niemal idealne życie są czymś na kształt odpukiwania w niemalowane drzewo. Może ci wszyscy piękni, zdrowi i bogaci ludzie uważali, że przyznanie, iż mają szczęście, sprowadzi na nich pecha? Może gdzieś tam, w głębi duszy, czuli się bardzo niepewnie?

A może byli po prostu zepsutymi sukinsynami.

Naprawdę tego nie wiedziała.

Tak czy inaczej, nie zamierzała narzekać na nadąsane wiecznie córki albo przeżywać stresów z powodu konieczności ugoszczenia reszty rodziny w okresie świąt. To ona będzie tą, która zabawia innych, gospodynią witającą wszystkich z szeroko rozłożonymi rękami, otwartym sercem i hojną kiesą. Nie udawała, uważała, że to wielki przywilej (u licha, jak bardzo nadużywano ostatnio tego określenia).

Connie, najstarsza z czterech córek swoich rodziców, przywykła do gwarnego i radosnego Bożego Narodzenia, choć jej matka nie przejawiała w takich momentach wielkiego entuzjazmu czy choćby krztyny radości. Co najwyżej emanowała skrywaną paniką, a w skrajnych przypadkach wycieńczającą odrazą. Rodzice Connie funkcjonowali jednak przy znacznie skromniejszym budżecie domowym, niż mogliby sobie życzyć, a obie jej babcie zachowywały się wobec matki równie zgryźliwie i agresywnie, jak ona w stosunku do własnych dzieci, niezależnie od tego, jak bardzo się przy nich starała. Do tego wszystkiego w domu nie mieli nawet zmywarki do naczyń. Nic dziwnego, że matka chodziła taka zestresowana. Connie miała o wiele łatwiejsze życie.

Luke także był jednym z czworga dzieci, dla niego z kolei każde zapamiętane święta wiązały się ze skomplikowaną logistyką, rywalizacją z rodzeństwem i koniecznością zaciskania pasa. W pierwszych latach małżeństwa ich wielkie chaotyczne rodziny były dogodną wymówką, by przed Bożym Narodzeniem znikać krewnym z radaru. Sami woleli skromniejsze celebracje, tylko we dwoje, albo głośne biesiady w towarzystwie lekko podpitych znajomych, ponieważ uważali, że w domach rodzinnych nikt nie będzie za nimi tęsknił. Bardziej wystawne przyjęcia zaczęli organizować dopiero po pojawieniu się dzieci, tworząc skomplikowany system, według którego zapraszali rodziców i resztę rodzeństwa, oczywiście w różnych terminach, i dzięki temu raczej częściej niż rzadziej udawało im się spotkać ze wszystkimi bliskimi.

Boże Narodzenie w domu Bakerów należało, i to niewątpliwie, do najbardziej magicznych momentów roku. Było wyczerpującym, drenującym portfele, ale nade wszystko ekscytującym wydarzeniem. Connie z niecierpliwością wyczekiwała hałaśliwych, może i kłótliwych, niemniej zawsze wesołych świąt. Luke nie przestawał żartować, że ma nadzieję, iż kiedyś spędzą ten czas na karaibskiej plaży bez dzieci, przyjaciół i krewnych. Connie roześmiała się, gdy powiedział to po raz pierwszy.

– Nie wierzę ci. Starasz się, by ten pomysł zabrzmiał atrakcyjnie, na wypadek, gdyby miał się kiedyś ziścić. Ale do niczego takiego nie dojdzie, póki ja mam tutaj coś do powiedzenia.

Ale on nie do końca żartował. Wiedziała, że Luke chciałby mieć ją wyłącznie dla siebie i mógłby się obejść bez świątecznego zgiełku rodzinnego Bożego Narodzenia. Trochę ją to niepokoiło, ponieważ z upływem lat przestawali mieć takie samo zdanie na każdy poruszany temat.

Nie lubiła tych myśli i dlatego odganiała je od siebie.

Wybierz szczęście!

Fran poinformowała ją po raz pierwszy, że nie przyjdzie sama.

Zaprosiłaś kogoś specjalnego?

Tak właśnie Connie jej odpisała. Żywiona nadzieja była namacalna, nawet w kontaktach przez komórkę.

– To się jeszcze zobaczy – odpowiedziała enigmatycznie Fran.

To na pewno był ktoś wyjątkowy. Connie nie musiała o nic pytać. Ten człowiek sprawił, że jej córka wolała spędzić lato w wynajętym mieszkanku przy uniwerku i nie pojawiała się w domu aż do wieczoru rozpoczynającego Boże Narodzenie! Connie nawet przez moment nie wierzyła w jej tłumaczenia, że woli pozostać blisko uczelnianej biblioteki. Fran, obecnie już dwudziestojednoletnia, nigdy wcześniej nie przyprowadziła chłopaka do domu. Roiło się tu często od jej przyjaciół obu płci, ale nie przedstawiła rodzicom żadnego z nich, informując, że to wybranek jej serca.

Może dlatego, że Connie tak właśnie ich nazywała. Przy oficjalnych okazjach mawiała też, że jej najstarsza córka jest „niezależna”, choć nadal miała ją za „lekkomyślną”. Nie oceniała, tak wyglądała jej rzeczowa analiza wiecznego niezadowolenia Fran: idealizm córki w połączeniu z beznadziejnie romantyczną naturą nie pozwalały na wikłanie się w poważniejsze związki. Wyglądała przy tym jak skóra zdarta z Connie, podobnie jak Flora, bo jedynie Sophie odziedziczyła urodę po ojcu. Ale nie tylko wyglądem przypominała matkę z młodzieńczych lat. Była żądna przygód, zmienna, otwarta na wszystko, co oznaczało, że angażowanie się musiało być dla niej trudne – wymagało poświęceń i ustępstw.

Connie dopiero po trzydziestce osiągnęła połowiczne zadowolenie z życia. Oddała się Luke’owi tak naprawdę i całkowicie długo po ślubie, po tym, jak nieomal go straciła. Nie chodziło o to, że mógł umrzeć. Wdała się w romans. Ryzykowała wszystko, co osiągnęła. Rzuciła kośćmi i przegrała.

Nie cierpiała wracać myślami do tego, co mogła stracić i jak wiele by zniweczyła najzwyklejszym brakiem dyscypliny i irytującym (niestety wrodzonym) pragnieniem igrania z ogniem. Za każdym razem, gdy wspominała tamte chwile, czuła to znajome swędzenie skóry podszyte wstydem i czymś znacznie mroczniejszym. Strachem.

Cieszyło ją, że Fran znalazła kogoś wartego jej zdaniem przedstawienia rodzinie. To była wspaniała wiadomość, liczyła także, że wybranek córki okaże się cudownym człowiekiem, mądrym, uroczym, troskliwym i wrażliwym.

Choć nie zdziwi się za bardzo, jeśli dojdzie do totalnej katastrofy. Istniało bowiem jakieś ryzyko, że zostanie przyłapany na braniu narkotyków w łazience na parterze albo gdy będzie zamierzał przelecieć w pokoju gościnnym córki któregoś z przyjaciół. Sama miała przecież kilku chłopaków, którzy tak właśnie mogliby się zachować.

Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się natrętnych i niezbyt świątecznych wizji. Wzdrygnęła się. Jak rzadko myślała o sobie. Jak łatwo pomylić brak szacunku ze zbytnią zuchwałością.

Dawna, zapomniana historia.

Zauważyła, że teraz, gdy jej córki same zaczęły nawiązywać romantyczne relacje, coraz częściej zdarza jej się wracać myślami do przeszłości. Porównywała ich doświadczenia ze swoimi albo zastanawiała się, jak zdołała osiągnąć to wszystko, czym dzisiaj się cieszyła. A miała z czego być dumna, co znaczyło, że mogłaby zrobić rachunek sumienia, wyciągnąć wnioski z własnych wzlotów i upadków, dzielić się nimi z córkami, aby i one znalazły sobie równie dobre miejsce w życiu. Być może pozwoli im to uniknąć najbardziej bolesnych porażek i błędów, które stały się jej udziałem. Chciała im doradzać, chronić je, wspomagać. To chyba oczywiste. Choć im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej nabierała przekonania, że szczęśliwe zakończenie zawdzięczała raczej zbiegom okoliczności niż sumiennemu planowaniu. Z faktu, że ktoś podarował ci kupon totka z trafnie skreśloną szóstką, niewiele da się wynieść nauki. Ta myśl wydała jej się zatrważająca.

Chciałaby wierzyć, że ludzie są kowalami własnego losu, że powinno to być jasne i jednoznaczne, ale zbyt często widziała, jak nieszczęścia sypią się lawinowo na głowy porządnych ludzi i jakim ogromem szczęścia cieszą się wyjątkowo ohydne osobniki. Obserwowała nagradzanych łapówkarzy i tych, których za to samo surowo karano; była świadkiem, jak ludzie wygrywali główne nagrody w loteriach, i widziała bezgraniczną biedę. Nie istniały żadne zasady. Życie było po prostu okrutne. Choroby, śmierć, redukcje zatrudnienia, bezpłodność, rozwody, uzależnienia, wypadki – mogłeś załapać się na wszystko, i to czystym przypadkiem. Najlepszą radą, jakiej mogła udzielić więc córkom, czy też pocieszeniem, było powiedzenie im, że wszystko zależy od tego, jak się zachowają, gdy będzie z nimi źle.

Dwie z nich mogła już traktować jak dorosłe; trzecia, najmłodsza, dołączy do nich w przysłowiowym okamgnieniu. Pójdą w daleki okrutny świat i staną się niezależne. Od niej.

To była kolejna przerażająca myśl. Tak bardzo chciałaby mieć je zawsze przy sobie: maleńką Sophie w wózku, Florę na górnym siedzisku i Fran drepczącą obok i niepuszczającą ani na moment rączki wózka. Wszystkie trzy pod jej skrzydłami. Chronione. Ludzie mawiają, że najbardziej boją się mieć dzieci, ale jej to nigdy nie przerażało, więcej nawet, świetnie sobie z tym radziła. Kąpała je, karmiła, zmieniała pieluchy i ubierała. Bardzo często unikała potencjalnych katastrof, a jeśli już do nich dochodziło, to starała się pocieszyć córeczki i je uspokoić. Za to lata szkolne kojarzyła z najczystszą udręką; pojawiło się zbyt wiele czynników zewnętrznych, których nie mogła kontrolować. Niesprawiedliwości i zawody były na porządku dziennym: zerwane przyjaźnie, wyrzucenie z drużyny, znęcanie się, trudne egzaminy. Ludzie mówią, że możesz być co najwyżej tak szczęśliwa, jak twoje najmniej szczęśliwsze dziecko. Matka trójki dziewczynek w wieku szkolnym nie mogła liczyć na to, że każdego dnia będzie tańczyć cza-czę.

Teraz jednak docierało do niej powoli, że najgorszy strach, to mrożące krew w żyłach przerażenie wywoływane nieprzewidzianymi sytuacjami jest dopiero przed nią, bo coś takiego spada na barki rodzica, gdy jego dzieci dorośleją i każdy aspekt ich życia wymyka się spod kontroli. Od dawna nie wiedziała, co je teraz interesuje, z kim przestają, bo ich problemów nie dało się już rozwiązać zwykłymi pogaduchami z nauczycielem. Teraz tylko od nich samych zależało, czy upadną i już się nie podniosą, czy wzbiją się w niebo, by rozkwitnąć. Ona była bezsilna. Na tym etapie rozwoju rodzice mogą jedynie stanąć z boku, ufając, że dali swoim pociechom wystarczająco wiele dobrych wskazówek, odporności i zdrowego rozsądku, by mogły przetrwać na własną rękę.

– Mamo, mamo, Aniołek! – wrzeszczała Sophie, bo Connie zamyśliła się tak głęboko, że przestała śledzić tok rozmowy.

Córka podawała jej figurkę, potrząsając nią niecierpliwie. Tę żółtą, należącą do niej.

– Powiedziałam niebieski. W tym roku wypada kolej Fran.

Sophie się nadąsała, ale pogrzebała posłusznie w pudle z ozdobami, wyciągnęła właściwego aniołka i podała go matce. Connie umieściła go ostrożnie na samym szczycie choinki. Głowa papierowej postaci ocierała się o sufit.

Chyba zasłużyłam sobie na maleńkiego drinka, uznała. Zeszła z drabiny, by przyjrzeć się swojemu dziełu z szerszej perspektywy.

– No proszę – wymamrotała. – Jest idealna.

– Masz poważnie zaburzone pojęcie, co znaczy to słowo – zganiła ją Flora. – Po lewej jest stanowczo zbyt wiele ozdób, a im wyżej, tym ich mniej. Niespecjalnie to sobie zrównoważyłaś.

– Możliwe – przytaknęła jej Connie, szczerząc zęby – ale tak właśnie wyglądała, gdy wy ją dekorowałyście w dzieciństwie. Jest doskonała.

2

Fran

Zatem to tutaj. Superancko. – Zac przystaje przed wykładaną czarno-białymi płytkami ścieżką prowadzącą do portlandzkich kamiennych stopni, za którymi znajduje się nasz bielusieńki dom, jeden z wielu podobnych wzniesionych przy cichej wysadzanej drzewami ulicy.

Minę ma niepewną. Wygląda na onieśmielonego. Mój ojciec jest architektem. Rodzice kupili tę nieruchomość, gdy byłam naprawdę mała. Nie pamiętam tak naprawdę okresu jego renowacji, wiem tylko, że jeździłam po remontowanych dopiero pomieszczeniach na różowym rowerku z trzema kółkami, jak zwykle beztroska. Niczym się nie przejmowałam, mijając uwijających się budowlańców, elektryków i hydraulików, spoconych i wiecznie przeklinających. Ojciec dyrygował nimi ze stoickim spokojem, mama w zaawansowanej ciąży stała obok z zafrasowaną miną.

Zastanawiam się, czy nie zbagatelizować sprawy; mogę powiedzieć Zacowi, że gdy go kupowaliśmy, był mroczny i ciemny, że nie odnawiano go od lat osiemdziesiątych, więc dostaliśmy go za przysłowiowe grosze. Ale stoimy przed okazałym czterokondygnacyjnym budynkiem, i to w sercu Notting Hill. Każda próba bagatelizowania może zatem zostać wzięta za czysty protekcjonalizm.

– Tak. Nie możesz się już wycofać. Daję słowo, że mama czai się gdzieś tam za zasłonami i z pewnością już cię przyuważyła. A to znaczy, że nie dasz rady przed nią uciec. Jeśli spróbujesz, pobiegnie za tobą i zaciągnie cię z powrotem. I to za łoniaki.

Zac wybucha śmiechem, przyciągając mnie do siebie, pochyla się też, by złożyć pocałunek na moim czole. Dziwi mnie lekko to jego upodobanie do publicznego okazywania uczuć. Odsuwam się i wyciągam rękę w kierunku walizki. Natychmiast mi ją odbiera, co jest głupie, bo to model na kółeczkach, z którym sama dałabym sobie radę, poza tym ma własne bagaże. Nie mówiąc o tym, że nie wyglądam na mikrą damulkę z wiktoriańskich czasów, której fiszbinowy gorset uniemożliwia swobodę ruchu.

– Sama sobie poradzę – mamroczę.

Czuję się podle, bo wygląda na urażonego. Wiem przecież, że stara się być miły. Problem w tym, że nie lubię być obskakiwana, czuję się przez to klaustrofobicznie. Zac obawia się spotkania z moimi rodzicami. Ja także i chyba z tego powodu jestem aż tak opryskliwa.

Gdy już myślę, że powinnam go przeprosić, z opresji wybawia mnie mama, wypadając z otwartych na oścież drzwi.

– Witam! Witam! Witam! – woła z takim entuzjazmem, jakby witała żołnierzy powracających z wojny.

Choć od wejścia dzieli mnie tylko kilka metrów, nie umie się powstrzymać; podbiega, zarzuca mi ręce na szyję i bez końca całuje w policzek. Właśnie dlatego nie cierpię publicznego okazywania uczuć. A mama je uwielbia. Odkąd pamiętam, obdarza nimi, i to niezwykle często, zarówno mnie, jak i moje siostry, tatę i każdego, kto nawinie się jej pod rękę, choć błagam ją zawsze, by tego nie robiła. Oto ona, prawdziwa królowa przytulasów. To chyba całkiem fajna cecha, jak sądzę. Mówię o tym, że wychodzi do nas, odsłaniając się całkowicie. Cenię to sobie na poziomie intelektualnym, choć w realu uznaję za przytłaczające. Powinnam już dawno wyrosnąć z wieku, w którym rodzice mogą mnie zawstydzać, ale mama wzięła sobie chyba za punkt honoru, by moje zażenowanie nie miało końca.

Wskazuje ręką Zaca, nie odrywając wzroku ode mnie. Nigdy nie mogła napatrzeć się na własne dzieci.

– A to musi być… – Odchyla głowę w jego kierunku niezbyt dyskretnym gestem.

Zawstydzam się po raz kolejny, zdając sobie sprawę, że nie powiedziałam jaj wcześniej, jak mój chłopak się nazywa.

– Zac – rzucam radośnie, z nastawieniem, że lepiej zrobić coś późno niż wcale.

Maskuje swój (czy też mój) błąd, mocno ściskając Zaca. Wtula się w niego całym ciałem. Nie jest wysoka, jej głowa trafia pod jego brodę. To bardzo niestosowne i przesadne zachowanie. Wiem, że te uściski nie mają podtekstów seksualnych, ale na takie niestety wyglądają.

Widzę, że policzki Zaca płoną. Niewykluczone, że walczy teraz ze wzwodem. Moja mama to jednak gorąca laska. Chyba nie zdaje sobie z tego sprawy, co na swój sposób jest urocze, ale i niebezpieczne. Powinnam była go ostrzec, że bywa szalona.

Tata ratuje sytuację, ściskając mnie zdawkowo. Podaje dłoń Zacowi i pyta, jak minęła podróż z Yorku, po czym zaprasza wszystkich do środka, zanim „z domu ucieknie całe ciepło”. Życiową rolą ojca jest przywracanie normalności, którą mama narusza nieustannie z patologicznym wręcz uwielbieniem.

Gdy idziemy przez otwarte wnętrza, zmierzając w kierunku kuchni, zauważam, że mama co rusz taksuje Zaca wzrokiem. Gapi się na niego w dziwny, wręcz obsesyjny sposób. Wiem, że po raz pierwszy zaprosiłam do domu swojego chłopaka, ale mogłaby dać mu spokój! Zachowuj się jak należy, proszę.

Dziadek i babcia wyłaniają się powoli z czeluści domu, wyglądają marniej niż ostatnim razem, a widzieliśmy się przecież na początku lata. Mocno się posunęli. Czasami myślę, że tak właśnie manifestuje się starość. Człowiek robi się bledszy i marniejszy, aż w końcu staje się niemal przezroczysty. Myśl o utracie dziadków napawa mnie takim przerażeniem, że dostaję mentalnej czkawki ze strachu i żalu. Marszczę nos, jakbym próbowała powstrzymać kichnięcie.

Cieszę się na widok sióstr wybiegających z salonu; gadają jak najęte, jedna przez drugą, wybawiając mnie od własnych niewesołych myśli. Tata przedstawia wszystkim Zaca, jakby nie wiedział, że ja powinnam to zrobić. Mama staje się za to zaskakująco cicha. Spodziewałam się, że zasypie nas do tego momentu milionem pytań, a ona stoi obok już od pięciu minut z okładem i milczy. Gapi się tylko bez przerwy na Zaca. Niewiele brakuje, by wpadła przez to na stołek przy kuchennej wyspie. Wchodzimy na kolejny poziom żenady. Co z nią jest nie tak?

Za to tato stara się, jak może.

– Chcecie napić się kawy czy wolicie może herbatę?

– A zrobisz bezkofeinową?

– Jest może miętowa?

– Ja poproszę flat white.

– A ja z pianką.

Każdy chce czegoś innego, tata musi więc powtarzać co chwilę zamówienia, by się nie pomylić. Wszystkie blaty w kuchni uginają się od jedzenia: są tam babeczki z kruchego ciasta, czekoladowe rolady, precelki, bożonarodzeniowe kanapeczki z Nutellą, ale mama nie proponuje ich nikomu. To dziwne, bo zazwyczaj pasie nas wszystkich, wydaje się szczęśliwsza, gdy przeżuwamy coś, co sama upichciła.

Zamiast tego mówi:

– Zdejmij płaszcz i szalik, Fran. Udawaj, że masz chęć z nami zostać.

To jedno z jej wielu, jakże znajomych mi i irytujących, zagajeń. Nie wiem dlaczego, ale nadal gapi się na mnie.

Na tym polega problem, jest totalnie obciachowa, rozemocjonowana, ale to przecież moja mama. Chodzące uosobienie „szczerych chęci”, „dobrego serca”, „wspierającej duszy” i tak dalej.

Tego się trzymam. Nie wiem skąd, ale ona chyba już wie. Wyczuwam to dzięki więzi, która nas łączy, a którą, jak sądzę, współdzielą wszystkie kobiety i ich matki. Odwijam szalik z szyi, potem zdejmuję przyduży płaszcz. Próbuję złożyć je na najbliższym stołku, ale zsuwają się na podłogę.

– Jesteś w ciąży – mówi.

3

Connie

Niespodzianka! – Fran położyła dłonie na zaokrąglonym brzuchu i uśmiechnęła się szerzej do matki.

Connie zauważyła, że ten gest nie jest do końca szczery, to raczej wyraz zaniepokojenia. Wiele na to wskazywało: jej postawa, ręce, którymi tak szczelnie się obejmowała. Jakie to wzruszające. Jej córka chroniła własne dziecko. To także jeden z tych znaczących momentów dzielących życie na to, co było przed i co będzie potem, bo wszystko musi się teraz zmienić. Sekundę temu Fran wciąż była dzieckiem. Teraz ma już ten okres za sobą.

To już koniec.

W kuchni zapadła cisza. Zjawisko bardzo rzadkie w domu Bakerów. Widok zaokrąglonego brzucha przebił się przez zróżnicowane zamówienia na kawę. Connie i Fran patrzyły sobie w oczy; pozostali wstrzymywali oddech, czekając na reakcję tej pierwszej.

Zac zrobił krok do przodu, po czym rzucił:

– Oboje jesteśmy bardzo szczęśliwi. Cieszy nas, że zostaniemy rodzicami.

Connie odchyliła nieznacznie głowę. Doceniała jego ruch. Wyraził się jasno, że popiera we wszystkim jej córkę, że są w tym razem. To dobry znak. Taki przyzwoity. Powinna to uszanować.

Zarazem jednak pragnęła go zamordować.

Dosłownie. W tym właśnie momencie z największą ochotą i efektywnością zepchnęłaby go z mostu prosto na tory kolejowe albo posłała z Ziemi na odległą orbitę, ponieważ odbierał jej Fran.

– Masz dopiero dwadzieścia jeden lat – wymamrotała.

– Wiem doskonale, w jakim jestem wieku, mamo.

– Nadal studiujesz na uniwersytecie.

– To też jest mi wiadome.

– Zakładam, że w tym wypadku nie było mowy o planowanym macierzyństwie.

Córka zgromiła ją spojrzeniem, ale ona się nie przejęła i zapytała:

– Od jak dawna się znacie?

– Connie! – rzucili jednocześnie siostry i ojciec.

Dotarło do niej ostrzeżenie kryjące się w tym słowie. Przed momentem zapytała niemal wprost, czy są jakieś szanse na usunięcie tej ciąży. Czy zdołają puścić tę uwagę mimo uszu?

Fran nie odpowiedziała na pytanie, ale czy aby na pewno?

– Tak mi przykro, że ominęło cię badanie ultrasonograficzne w dwunastym tygodniu. Może przyjedziesz na następne, to już niedługo.

– Zapomnij o kawie i herbacie, Luke, pora otwierać szampana – wtrącił dziadek. – Mój pierwszy prawnuk. Czyż to nie cudowny prezent bożonarodzeniowy? Na pewno najlepszy.

Connie poczuła się lekko zirytowana, że jej ojciec tak szybko ogłosił potrzebę uczczenia tej okazji. Sam zabiłby ją i pozostałe siostry, gdyby pojawiły się z brzuchem w jego domu, mając tyle lat, co Fran teraz, oczywiście przed ślubem. Najprawdopodobniej udusiłby je gołymi rękami. Strasznie się zmienił. Zmiękł. To chyba dobrze, że szedł z duchem czasu. Zazwyczaj podobało jej się, że ma postępowego rodzica, ale tego dnia wolałaby, aby zamilkł. Szampan, toast, to coś, co cementuje sytuację. Po wystrzeleniu korka nie będzie już odwrotu. Oświadczenie zostanie złożone i przyjęte.

Czy to dobry obrót spraw? Miły prezent? Jej zdaniem niekoniecznie.

Czy tak powinno się dzisiaj reagować na tego typu wieści? Pokolenie temu byłby to powód do rzucania poważnych oskarżeń i wywoływania karczemnych awantur, dwa pokolenia temu ciąża prowadziłaby do wymuszonego małżeństwa. Nie umiała znaleźć poprawnej odpowiedzi, otworzyła więc lodówkę i wyjęła z niej butelkę szampana.

– Mamy też bezalkoholowy o smaku kwiatów czarnego bzu – stwierdziła.

Leciała na autopilocie. To zapewne skutek szoku. Gdy sięgała do szafki, w której trzymali kieliszki do szampana, poczuła na ramieniu dłoń Luke’a. Uścisnął ją delikatnie. Nie była pewna, co też takiego próbował jej zakomunikować tym gestem. Wspierał ją, czy raczej próbował uciszyć? Zaskakiwało ją nieco, że nie miała przekonania, co myśleć o tak istotnej wiadomości. Zaskakiwało i smuciło zarazem. Prawdę powiedziawszy, jej mąż ograniczał się zazwyczaj do oględnych i przemyślanych komentarzy, ale zawsze wiedziała z wyprzedzeniem, jakie słowa padną z jego ust. Gdy wychodzili do restauracji bardzo często zapominał okularów i zamiast pożyczać jej szkła, proponował zazwyczaj, by wybrała za niego. I zawsze był zadowolony z tego, co dla niego zamawiała, ponieważ doskonale znała jego upodobania kulinarne. Równie dobrze wiedziała, co chciałby oglądać w telewizji. On też bez problemu utrafiał w jej gust. Znali się po prostu na wylot, jak łyse konie, zwłaszcza gdy chodziło o przyziemne domowe sprawy. Wiedzieli, jak zachować się w łóżku. Rzadko musieli poruszać ten temat; łączyli instynkt z doświadczeniem, dzięki czemu pojęli dość szybko, jak najskuteczniej osiągnąć orgazm czy też nie warto spieszyć się z tym specjalnie albo w ogóle się tym nie przejmować. Żadne z nich nie obrażało się w tym ostatnim przypadku. Zawsze będzie następny raz. To także oczywiste.

Ale teraz? O co mu chodziło? Connie wmawiała sobie, że nierozsądnie zakładać, że zdoła odgadnąć jego myśli, skoro nie umie poskładać własnych.

– Sophie, nalej siostrze tego bezalkoholowego – poleciła.

– Szczerze powiedziawszy, wolę prawdziwego szampana – stwierdziła Fran.

– Och, myślałam, że… – Nie musiała kończyć zdania.

Było dla niej oczywiste, że ciężarna córka powinna powstrzymać się od picia alkoholu.

– Pół kieliszka szampana nie będzie problemem, mamo. Francuzki pijają czerwone wino w trakcie całego okresu ciąży.

– Naprawdę? Nawet obecnie? Czy to aby nie kolejny mit?

Luke wyjął butelkę z jej rąk i zaczął napełniać kieliszki.

– Jeśli urodzą się alkoholicy, zawsze będziesz mogła powiedzieć: a nie mówiłam – wymamrotała Fran.

Connie już otwierała usta, by zganić córkę za strojenie sobie żartów z tak poważnego problemu jakim jest alkoholizm, ale tylko westchnęła.

– Spodziewasz się bliźniąt?

– Nie.

– Ale powiedziałaś: „jeśli się urodzą”.

– Nie zamierzam wpadać w koleiny restrykcyjnych patriarchalnych rozróżnień tylko dlatego, że je dziedziczymy.

– Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli.

– Nie chcę mówić ona bądź on, bo to rodzi określone oczekiwania.

– Wobec kogo?

– Wobec nich.

– Niemowlęta nie rozumieją, co do nich mówimy.

– Tego nie wiemy, poza tym nie zamierzam tworzyć sytuacji, w której ktoś inny ma decydować, czy to będzie ona albo on.

– W takim razie używajmy określenia „dziecko” – zaproponowała Connie.

– Nie.

– Nie rozumiem, jakim cudem używanie słowa „dziecko” może mieć patriarchalne czy też restrykcyjne konotacje? – Docierało do niej, że podnosi głos, może nie chodziło o samą głośność, tylko ton. Był teraz dziwnie piskliwy i jędzowaty. Dlaczego brnęła w tę kłótnię?

Fran przewróciła oczami.

– Powinnaś iść z duchem czasu, mamo.

Connie poczuła się urażona. Nie uważała, że musi się zmieniać i dostosowywać do okoliczności. Czuła się szczęśliwa jako mieszkanka określonej strefy geograficznej, należąca do konkretnego okresu historii. Przynajmniej do chwili, gdy gruchnęła wieść o ciąży jej córki, a stało się to mniej niż trzy minuty temu. Była oszołomiona, starała się zrozumieć, co też takiego Fran zamierzała urodzić. Pragnęła ekscytującego, jednoznacznego ducha świąt Bożego Narodzenia.

– Czy dasz temu neutralne płciowo imiona, gdy się urodzi? – zapytał Luke, akcentując słowo „temu”.

Ciekawe, czy starał się być rozważny, czy raczej wkładał kij w mrowisko. Connie nie miała pewności.

– Zamierzamy poczekać, by zobaczyć, jak będą wyglądać i co będzie do nich pasować.

– Spodziewasz się bliźniąt? – zapytała babcia.

– Wasze zdrowie! – wtrącił pospiesznie ojciec, unosząc kieliszek, by przełknąć szampana jednym haustem.

4

Fran

Nikt nie chce zrobić sobie dziecka na ostatnim roku studiów, w dodatku z kimś, kogo zna tak słabo, że nie wie, spod jakiego znaku zodiaku jest ta osoba. Wielkie dzięki, mamo, za zwrócenie na to uwagi, chociaż wolałabym o tym nie wiedzieć. Bez przesady. Ciąża była nieplanowana, fakt, ale nie znaczy to jeszcze, że niechciana. To będzie chłopiec, ale na razie nikomu o tym nie mówię. Ogłoszę to przy innej okazji. Dałam im wszystkim sporo do myślenia jak na jeden wieczór. Ale wiem jedno: to chciane dziecko.

Tak sądzę.

A nawet jestem tego niemal pewna.

Jeju, sama już nie wiem. Pragnę go przez większość czasu i nie myślę tak intensywnie o niczym innym, co musi oznaczać, że to prawie na pewno chciane dziecko. Z drugiej strony, może absolutna pewność, że pragnie się dzieciaka, jest po prostu kolejną ściemą. Skąd możesz wiedzieć, czy chcesz czegoś, co namiesza ci tak bardzo w życiu? Mogę wychować kolejnego Lamine Jamala czy Baracka Obamę, ale równie dobrze może to być następny Hitler. Nikt z nas nie ma kryształowych kul na wyposażeniu.

Szczerze powiedziawszy, jestem absolutnie pewna tylko dwóch rzeczy dotyczących życia: A – gdyby istniała rzeczywistość, w której muszę jeść tylko jedno danie (ale spełniające przy okazji wszystkie potrzeby żywieniowe), byłyby to czipsy Doritos o smaku chili; i B – teksty piosenek Taylor Swift czynią z niej współczesnego Szekspira. Moje opinie na niemal każdy inny temat pozostają płynne. Przerażają mnie ludzie którzy sądzą, że mają gotową opinię na wszystko. Nieprzejednane postawy prowadzą do wojen. Poważnie mówię, tak się dzieje od zarania dziejów.

Lubię mężczyzn i lubię kobiety, nie miałabym problemów z uprawianiem seksu z osobami każdej płci. Nie cierpię ich też po równo, czasami naprawdę mocno, ponieważ wiem z doświadczenia, że im ktoś jest ładniejszy, bardziej interesujący albo godny zaufania, tym większe istnieje prawdopodobieństwo, że mnie oszuka, bez względu na płeć czy identyfikację. Uwierzcie, przetestowałam tę teorię na bardzo szerokiej grupie docelowej. To takie wyczerpujące. Przez wiele miesięcy stosowałam się do zasady, by nie angażować się w poważniejsze związki, aby, wiecie, popróbować tego czy owego.

Potem jednak zmieniłam diametralnie podejście i zaczęłam brnąć głębiej, ponieważ tęskniłam za intymnością. Będąc jedną z trójki rodzeństwa i mając miliony kuzynostwa, cieszyłam się, widząc wokół siebie wiele twarzy, ale rozkminianie w kółko ich problemów bywa naprawdę wyczerpujące, z czasem zaczęłam się więc hibernować. Mam totalnie wywalone na boomerów; to niemal bez wyjątku okrutni, krótkowzroczni konsumenci, którzy bezmyślnie wyeksploatowali zasoby Ziemi i zostali totalnie rozpieszczeni, bo w ich czasach łatwo było brać kredyty hipoteczne. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie życia w innym momencie historii, ponieważ uważam, że produkty do pielęgnacji włosów nigdy wcześniej nie były tak dobre, i trudno mi pojąć, czym ludzie zapełniali wolny czas przed wynalezieniem internetu. Bardzo lubię wszelkie odcienie błękitu, ale podobają mi się także żółć i pomarańcz. Mogę sobie jednak wyobrazić mieszkanie w całkowicie białym domu. A kolor włosów zmieniam mniej więcej raz w miesiącu.

Tyle że od czasu odkrycia, iż jestem w ciąży, moje życie uległo daleko idącym zmianom. Myśli mam teraz bardziej uładzone. Czuję się szczęśliwa przez mniej więcej dziewięćdziesiąt procent czasu. Uznaję to za sukces.

Gdy miałam piętnaście lat, zdiagnozowano u mnie endometriozę. Lekarz poinformował mnie, że prócz przewlekłego bólu w okolicach miednicy, nasilającego się podczas miesiączkowania i korzystania z toalety, ciągłych mdłości, zaparć, biegunek i krwi w stolcu, mogę spodziewać się także bolesnych doznań podczas stosunków i komplikacji związanych z zajściem w ciążę. Po prostu cudownie. Aby mnie uspokoić, pan doktor dodał jeszcze:

– Nie przejmuj się tym ostatnim. Zanim zechcesz mieć dziecko, medycyna pójdzie do przodu i znajdzie sposób, by ci to umożliwić.

Wywnioskowałam z jego tyrady, że w obecnej sytuacji zajście w ciążę może być niewykonalne. Pamiętam nawet, że powiedziałam mamie, iż cieszę się, że mam aż dwie siostry, bo dzięki nim z pewnością doczeka się wnuków. Roześmiała się tylko, po czym poprosiła, abym się tym nie zamartwiała.

– Wszystko będzie dobrze – zapewniała.

Mocno ogólnikowe stwierdzenie, nieprawdaż? Cała mama. Wystarczy spojrzeć na jej życie, żeby zrozumieć, dlaczego wierzyła w takie bzdury: dla niej wszystko jest zawsze w jak najlepszym porządku.

Z braku konkretnych porad dotyczących mojej skromnej osoby zwróciłam się o pomoc do doktora Google’a i proszę, zdecydowana większość treści jakie znalazłam, mówiła wprost: będę miała spore problemy z poczęciem. Taka wiedza, gdy ma się zaledwie piętnaście lat, może dobić człowieka. Smutna sprawa. Jakby koniec, zanim coś rozpocznie się na dobre. Owszem, byłam wtedy zbyt młoda, by mieć pewność, że naprawdę chcę dzieci, ale na pewno nie powinno mi się mówić w takim wieku, że to może się nie udać To stanowczo zbyt wiele. Gdyby ktoś pytał, totalnie się podłamałam.

Mimo to pozostałam w jakimś sensie podobna do matki. Szukałam nadziei. Zdałam sobie też sprawę, że jako osoba bezpłodna nie muszę przejmować się jakąś tam durną antykoncepcją. Mogę nie brać tabletek masakrujących mi hormony ani zakładać wkładek, co, jak mi się wtedy zdawało, było bolesnym zabiegiem. Mogę także uniknąć tych niezręcznych sytuacji, gdy trzeba założyć prezerwatywę. I wszystko będzie dobrze. Zaraz, zaraz. Wiedziałam, że będę obstawać przy kondomach. Choroby weneryczne to nie przelewki. Cóż mogę powiedzieć? To, że coś tam wiem, nie zawsze przekłada się na realne działania. Nie jestem pewnie jedyną, która tak robi.

Tak czy inaczej, przez cztery lata aktywności seksualnej nie miałam żadnych problemów.

Okej, patrząc na ten problem z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że nie do końca zrozumiałam, co chciał powiedzieć doktor Google. Artykuły, w których podawano szanse procentowe, nie do końca odpowiadały prawdzie. Uznałam, że skoro w dziewięćdziesięciu przypadkach na sto mogę potrzebować pomocy przy zajściu w ciążę, to w pozostałych dziesięciu nie będzie mi potrzebna. Dlatego nie przejęłam się aż tak bardzo, gdy okres spóźnił się po raz pierwszy. Endometrioza objawia się tym, że miewam nieregularne miesiączki i zazwyczaj krwawię częściej niż inne dziewczyny. Pomyślałam więc, że mam po prostu nieco dłuższą przerwę po bardziej obfitym krwawieniu. Nie martwiłam się nawet wtedy, gdy okres nie pojawił się po raz drugi. Przyszło mi do głowy zrobienie testu dopiero w jedenastym tygodniu ciąży.

Z mojego punktu widzenia dziecko jest cudem. Ale co będzie, jeśli to moja jedyna szansa na jego urodzenie?

Poznałam Zaca podczas ostatniego semestru pierwszego roku na uczelni. Od samego początku miałam go za stuprocentowe ciacho. Spędziliśmy ze sobą trochę czasu, pośmialiśmy się, powłóczyliśmy razem. Był to związek ze wszech miar korzystny dla obu stron. Pozwalał nam zwalczać stresy po egzaminach. On był na drugim roku, więc gdy ja zaliczyłam pierwszy, on przeszedł na trzeci. To oznaczało, że musi odbyć praktyki w Londynie. Pisywaliśmy do siebie od czasu do czasu, ale była to już tylko namiastka dawnych kontaktów. Trochę mnie to smuciło. Polubiłam go. Pomyślałam, że moglibyśmy spotkać się w czasie przerwy wakacyjnej, ale nie odezwał się do mnie w tym czasie. Byłam na tyle rozgarnięta, że zdawałam sobie sprawę, iż czekanie, aż komórka zadzwoni, jest najzwyklejszym marnowaniem czasu. Nie byliśmy oficjalnie zaręczeni, daleko nam było do poważniejszych zobowiązań. Przestaliśmy się też widywać. Nie byliśmy sobie niczego winni. Zaczęłam spotykać się z innymi ludźmi. Umawiałam się z nimi, nie ma co ukrywać.

Zostałam w Yorku przez większość lata pomiędzy drugim i trzecim rokiem studiów. Pieprzeni właściciele szczurzych nor, zwanych dla niepoznaki stancjami, zdzierali ze mnie majątek, upierając się, że kontrakty obowiązują już od lipca, choć dobrze wiedzieli, że zajęcia rozpoczynają się dopiero we wrześniu. Kto na coś takiego zezwala? Ale dajmy już temu spokój. Uznałam, że skoro i tak mam płacić czynsz, to równie dobrze mogę tam pomieszkiwać, zamiast wracać do Londynu, gdzie rodzice mieli wielki i wygodny dom i wypytywali za każdym razem, gdy wpadałam do nich na kawę, kiedy zdecyduję się wrócić na stałe.

Przynudzanie.

Musiałam zarobić trochę kasy, zatrudniłam się więc w Boots, na stoisku z kosmetykami. Spędziłam tamto lato, doradzając kobietom starszym ode mnie o dziesięć, dwadzieścia, a nawet trzydzieści lat, jak zachować młodzieńczy wygląd. Pytały mnie, których produktów używam, po czym kupowały je z nadzieją graniczącą niekiedy z obsesją. Czasami miałam ochotę oznajmić im, że to nie wehikuły czasu, tylko zwykłe kremy. To bardzo dołujące, jak się dobrze zastanowić. Wciskam innym kobietom niesprawiedliwe patriarchalne normy, wzmacniając tym samym moc samczych spojrzeń. A może sprzedaję tylko szminki, by zarobić na drobne wydatki? Sama już nie wiem. Mam tyle pomysłów, tylko nie wiem, jak mogłabym je spożytkować.

To było zwykłe nudne środowe popołudnie, jakoś tak pod koniec lipca. Zauważyłam Zaca, gdy tylko wszedł do naszego sklepu, ale starałam się nie zwracać na siebie jego uwagi. Przyglądałam się z dala, jak kręci się pomiędzy stoiskami, sprawdzając, co też wybierze. Niemal wszystko, co mogłeś tam kupić, było totalną żenadą. A już na pewno nie było to miejsce, gdzie można z kimś pogadać. Ściął włosy na krótko. Wcześniej wiązał je w kitkę. Tęskniłam za nią, ale musiałam przyznać, że nowa fryzura bardziej mu pasowała.

Wspomniałam już, że Zac jest niezłym ciachem? Choć nie jest idealny, naprawdę niewiele do tego brakuje.

Ale to egoiści są najgorszym rodzajem ludzi, z którymi chciałabyś się umawiać. Myślą, że robią ci przysługę, i nigdy nie starają się za bardzo w łóżku. Nigdy też nie uderzałam do kolesi chodzących na siłkę.

Zac miał fantastyczny uśmiech. Odpowiednio szeroki i zachęcający. Używał go nader często, szczerząc nienaturalnie białe i proste zęby. Do tego ta jasna karnacja i delikatne piegi. Ale to jego oczy są najmocniejszym punktem programu. Ogromne, błyszczące, niebieskie, okolone długimi, gęstymi rzęsami. Jest szczupły, można nawet powiedzieć, że smukły. Roztacza też wokół siebie specyficzną aurę, choć w jego wyglądzie i sposobie zachowania nie ma nic, co można by uznać za niepotrzebne albo przesadne. To niezwykłe w świecie wszechobecnego przesytu. Niestety jest też niski. Wiele kobiet uznałoby to za wadę, ale dla mnie to raczej zbawienna zaleta, zważywszy moje podejście do perfekcji. Gdyby był odrobinę wyższy, musiałabym uznać go za totalnego zjeba. Co prawda aż nazbyt seksownego. Ale właśnie taki: niski, ciemny i przystojny bardzo mi pasował.

Podszedł do kasy na moim stoisku, ponieważ przy kosmetykach nie stała zazwyczaj kolejka. Rzucił, jak niemal każdy z klientów.

– Czy mogę tutaj zapłacić za te rzeczy?

– Jeśli chcesz, bym się dowiedziała, że używasz sprayu przeciwgrzybicznego do stóp, to jak najbardziej.

– Miło cię znowu widzieć, Fran.

– No myślę.

Nie jestem przesadnie wylewna, jeśli chodzi o pochlebstwa.

Mężczyźni tak przystojni jak Zac nie muszą być obskakiwani na każdym kroku.

– Co porabiałaś przez ten czas?

Jego pytanie było mało inspirujące, ale i tak wylądowaliśmy w łóżku zaledwie pięć godzin później, nie musiał się więc specjalnie wysilać, by do tego doszło.

Wyszliśmy z pościeli dopiero, gdy dopadł nas głód. Potem szybko wróciliśmy pod kołdrę. Dni zmieniły się w tygodnie, zaczął się nowy rok nauki, musieliśmy chodzić na wykłady, choć niektóre opuszczaliśmy, bo skrzypiące łoże z Ikei okazało się bardziej kuszące. Moja stancja, wcześniej postrzegana przeze mnie jako obskurna, może nieco zbyt zawilgocona przystań, teraz kojarzyła mi się wyłącznie z przyjemnymi doznaniami. I ze śmiechem. Obserwowałam, nie wychodząc z łóżka, jak świat się kręci, jak niebo staje się niebieskie, szare, białe albo czarne; jak drzewa na sąsiedniej działce tracą powoli soczystą zieleń na rzecz jeszcze bardziej efektownego złota.

I tam właśnie spłodziliśmy dziecko.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Jedenaście dni przed końcem

1. Connie

2. Fran

3. Connie

4. Fran

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji