Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
47 osób interesuje się tą książką
Albo jesteś z nimi, albo jesteś nikim.
Witaj w świecie, którym rządzą Thrashers – grupa przyjaciół tak wpływowa, że cała szkoła kręci się wokół ich życia. Julian, Lucy, Paige i nieuchwytny Zack Thrasher przyciągają uwagę jak magnes, a to wszystko dzięki urodzie, bogactwu i pewności siebie. A Jodi Dillon, cicha i ostrożna, trafia do ich grona przypadkiem – bo Zack był jej przyjacielem od dziecka.
Gdy Emily Mills, dziewczyna marząca o tym, by zostać jedną z Thrashers, ginie w tajemniczych okolicznościach, zaczynają krążyć plotki. Jej dziennik ujawnia więcej niż ktokolwiek chciałby wiedzieć, policja coraz uważniej przygląda się tej grupie, a Jodi musi zdecydować: zdradzić przyjaciół czy ratować siebie.
Z każdym kolejnym dniem pojawiają się niepokojące wiadomości i dziwne wydarzenia. Wszystko wskazuje na jedno – Emily nie skończyła z nimi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 445
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Thrashers
THE THRASHERS. Copyright © 2025 by Julie Soto The right of Julie Soto to be identified as the Author of the Work has been asserted by her in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988. Cover design © HarperCollins 2025
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Misior-Mroczkowska, 2026
Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska
Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Dymkowska
Redakcja: Sandra Popławska
Korekta: Beata Buko, Małgorzata Tarnowska
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
Projekt okładki: Harper Collins
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-38-3
WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla Anny, Amandy i wytwornej Margaret
Noc, kiedy umarłam, miała być nocą szkolnego balu.
Nocą satyny i koronek, limuzyn i zamkniętych hotelowych drzwi, skradzionych pocałunków i błędów, które powinny zamienić się w słodkie wspomnienia. Gdy znajomi z klasy się śmiali, tańczyli i robili zdjęcia, ja weszłam do wanny w pięknej różowej sukience i połknęłam całą zawartość słoiczka Vicodinu mojej mamy.
Odpłynęłam, kołysana rytmem wolnego tańca pulsującego w żyłach.
Policja w Sacramento uznała to za samobójstwo, choć matka krzyczała, a ojciec ze łzami w oczach powtarzał: „Emily nigdy by tego nie zrobiła. Proszę, zapytajcie kogokolwiek, kto ją znał”.
Tak zrobili. Przepytali moich rówieśników – od króla i królowej balu po przyszłych liderów amerykańskiego biznesu i dilerów z Modesto. Wszyscy mówili zgodnie: „Tak, na pewno się zabiła”.
Ale w rozmowach wciąż powracało jedno określenie. Słowo, które szeptałam im do ucha tak długo, aż zaczęło spływać z ich języków równie łatwo jak: „followersi”, „filtry” i „egzaminy końcowe”.
Thrashersi.
Lipiec
Gdyby to zależało od Jodi, piątkowy wieczór przeleżałaby w łóżku, z Netflixem i kubełkiem lodów Ben & Jerry’s, udając, że to całkiem normalna porcja dla jednej osoby. Niestety rzadko spędzała weekendy w ten sposób. Caroline Vallow urządzała domówkę. Jodi nawet jej nie znała, ale jeśli przegapiłaby tę imprezę, przez następne sześć miesięcy byłaby skazana na słuchanie historii o tym, jak Paige całowała się z zagranicznym studentem, jak Lucy i Julian wygrali w piwnego ping-ponga rzutem zza pleców i jak Zack poznał swoją nową wakacyjną miłość.
Wcisnęła się w najciaśniejsze jeansy schowała klucz do domu w staniku, a kiedy po dziesiątej próbie dodzwonienia się do Zacka wciąż nie mogła go złapać, wskoczyła do autobusu i pojechała na imprezę St. Joseph’s.
Jeśli się tam nie pokaże, to tak, jakby nie istniała.
Autobus z łoskotem wtoczył się na przystanek. Jodi wysiadła i ruszyła za dudniącym basem kiepskiej muzyki, który zaprowadził ją do ślepej uliczki pełnej identycznych dwupiętrowych domów, zadbanych ogródków i Mercedesów stojących na każdym podjeździe. W dzieciństwie sama mieszkała w podobnym miejscu, ale znała je tylko ze starych zdjęć mamy, które pokazywał jej tata.
Widok przed nią przypominał scenę z Dnia Niepodległości, choć miesiąc miał się już ku końcowi. Ulica była zastawiona samochodami stojącymi w dwóch rzędach, chłopcy strzelali petardami, a dziewczyny siedziały na ogrodowych leżakach i tylko się przyglądały. Jodi wygładziła koszulę i pochyliła się, by sprawdzić swoje odbicie w jednym z bocznych lusterek. Odgarnęła kasztanowy kosmyk za ucho, zanim zauważyła, że samochód lekko się kołysze, a jego szyby zaparowały od tego, co dzieje się w środku. Odskoczyła, rzuciła w eter szybkie „przepraszam” i czym prędzej się oddaliła.
Przecisnęła się do domu, ściągając na siebie uwagę dziesiątek osób, które spodziewały się zobaczyć kogoś znajomego. Mimo ostrzału spojrzeń próbowała się uśmiechać, dobrze wiedząc, że to normalne – w końcu nie uczęszczała do ich szkoły. Zresztą w jej własnym liceum reakcja pewnie byłaby dokładnie taka sama.
Nie chodziło o brak przyjaciół. W ich towarzystwie czasem stawała się niewidoczna. Oni zawsze przyciągali uwagę wszystkich.
– Jodi Dillon! Chodź tutaj! – rozbrzmiał tryskający energią głos z salonu.
Wśród tańczących licealistów stała dziewczyna z perfekcyjnie ułożonymi blond włosami w miodowym odcieniu, śnieżnobiałym uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów i długimi nogami wyłaniającymi się spod krótkiej spódniczki.
Paige Montgomery zawsze przyciągała spojrzenia, które podążały za nią, dopóki nie zniknęła z pola widzenia.
Jodi pomachała jej niepewnie, wskazała kuchnię i gestem dała znać, że idzie po wodę.
Paige już otworzyła usta, żeby coś do niej odkrzyknąć, ale wtedy zmieniła się muzyka, na co dziewczyna pisnęła, wyrzucając ręce w powietrze.
Jodi ze śmiechem ruszyła przez morze czerwonych kubków. Z tyłu domu dobiegały ją odgłosy wyjątkowo nieudanego karaoke. W kuchni podeszła prosto do metalowego wiadra z lodem ustawionego na wyspie, wypatrując butelek z wodą. Gdy wyciągnęła rękę, drogę zastąpił jej jakiś wysoki chłopak.
– Wybacz – rzucił z szerokim uśmiechem. – Chcesz piwo?
– Nie, nie piję. Właściwie to...
– Chodziłaś na algebrę do Freemana w zeszłym roku? – Sięgnął po butelkę Bud Lighta, otworzył ją o granitowy blat i wcisnął Jodi do ręki. – Jestem Matt.
Jej palce zacisnęły się na chłodnym szkle. Już rozchyliła usta, by wyjaśnić mu, że nawet nie chodzi do tej szkoły, ale on wciąż mówił.
– Które college’e rozważasz? – Nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej: – Ja składam papiery do Santa Barbary i San Diego. Nie ma to jak miejscówki z plażą, no nie?
– Totalnie – rzuciła przeciągle.
– Matt, nalej mi wody z Brity – odezwała się dziewczyna w samym bikini, która nagle znalazła się tuż obok. Jej spojrzenie przesunęło się po Jodi od stóp do głów, a kąciki ust drgnęły w dół.
– Jasne. – Matt sięgnął do lodówki po dzbanek i wypełnił kubek wodą. – Hej, słyszałyście, że jest tu Zack Thrasher?
Dziewczyna błyskawicznie spojrzała na Matta, szeroko otwierając oczy.
– Mówisz serio? Właśnie teraz, kiedy mnie wysypało?
Pochyliła się i zaczęła oglądać swoje pory w lśniącej powierzchni tostera.
Kryjąc rozbawienie, Jodi wzięła dla siebie kubek i wyciągnęła do Matta rękę po dzbanek.
– Kto to jest Zack Thrasher? – zapytała, udając zaciekawienie.
Dziewczyna wytrzeszczyła na nią oczy.
– Żartujesz, prawda?
Jodi spojrzała na nią niewinnie i pokręciła głową. To będzie dobre.
– Rozgrywający New Helvetii – wtrącił Matt. – Podobno dostał kapelusz na koncercie Taylor Swift w Santa Clarze. Był w strefie VIP razem z Gigi Hadid.
– Ponoć odkrył jakiś stary zespół, KISS, i wszyscy oszaleli na jego punkcie. Sporo osób przyszło na wiosenny bal z pomalowanymi twarzami – dorzuciła dziewczyna.
Jodi parsknęła. To ona „odkryła” KISS i puściła go Zackowi, ale tak, historia o pomalowanych twarzach była prawdziwa.
Właśnie miała ruszyć na poszukiwania chłopaka, o którym była mowa, kiedy z sąsiedniego pokoju usłyszała coś okropnego.
Z głośników karaoke ryknął znajomy głos.
– Tę piosenkę chciałbym zadedykować Jodi Dillon. Hey Ya! to jej absolutnie ulubiony kawałek.
Jodi wychyliła się zza rogu kuchni i posłała zabójcze spojrzenie przystojnemu chłopakowi z mikrofonem, który szczerzył się od ucha do ucha.
– To dla ciebie, Jodi – oznajmił Zack Thrasher.
Nie miała wyboru, jak tylko przetrwać występ swojego najlepszego przyjaciela, który po pijaku śpiewał jej najbardziej znienawidzoną piosenkę.
Tanecznym krokiem torował sobie drogę w jej stronę, zbierając po drodze tłum, a Jodi mogła choć przez chwilę rozkoszować się widokiem dziewczyny w bikini, której oczy omal nie wyskoczyły z orbit, gdy cała uwaga Zacka Thrashera skupiła się wyłącznie na niej.
Jeśli Jodi miałaby zgadywać, jej przyjaciel wlał już w siebie cztery piwa. Po alkoholu Zack stawał się nieprzewidywalny – skakał z dachów do basenów, rozpalał cudze grille dla dziewczyn, które akurat marzyły o cheeseburgerze, albo godzinami tańczył do najgorszych kawałków, jakie powstały na tym świecie.
Gdy w Hey Ya! przyszła pora na fragment z „Ice cold!”, Matt przekrzyczał wszystkich, a kiedy Zack poprosił o „dziewczyny”, wepchnął mikrofon Jodi prosto pod nos.
– Tak? – rzuciła oschle.
Zack zgiął się ze śmiechu i podał mikrofon dalej. Zaraz potem zgarnął Jodi w ramiona, podrywając ją z ziemi.
– Gdzie się podziewałaś? – Odstawił ją ostrożnie, po czym odgarnął z oczu jasnobrązowe włosy i obdarzył Jodi szerokim uśmiechem, odsłaniając rząd idealnie prostych zębów. Na ten widok poczuła znajome trzepotanie w brzuchu. – Już myślałem, że się nie zjawisz.
– Przecież prosiłam cię o podwózkę, ale nie odpisałeś.
– Cholera! Padła mi bateria. – A potem nagle dodał: – A Julian?
Zacisnęła usta w wymuszonym uśmiechu.
– Próbowałam. Bez skutku.
Wymownie przeniosła wzrok na wysokiego ciemnowłosego chłopaka wyglądającego jak model z reklamy, który właśnie pojawił się obok Zacka w kuchni.
Julian Hollister sączył drinka, mierząc ich chłodnym, wyrachowanym spojrzeniem.
– Hmmm. Pewnie mam tu kiepski zasięg.
Jodi zmrużyła powieki i już miała mu coś odpowiedzieć, kiedy Matt wszedł jej w paradę.
– Ty jesteś Zack, prawda?
– Tak! Miło cię poznać. – Zack wyciągnął dłoń.
Był jedną z nielicznych znanych jej osób, które witały się uściskiem dłoni – tak wychował go ojciec.
– Jestem Monica – rzuciła dziewczyna w bikini, posyłając Zackowi uwodzicielski uśmiech.
Pochyliła się nad wyspą kuchenną, ostentacyjnie eksponując dekolt, przez co w jednej chwili Jodi straciła całą uwagę Zacka i Juliana.
– Co was sprowadza na imprezę St. Joseph? – zapytała Monica.
Jodi przewróciła oczami i odwróciła się do zlewu. Napełniła dzbanek z filtrem wodą, a kiedy odstawiała go do lodówki, za jej plecami wyrósł cień. Nie musiała nawet zerkać przez ramię, by wiedzieć, kto właśnie szykował się do zepsucia jej wieczoru.
– Kranówka ci nie wystarczy, Dillon?
Musiała niemal odchylić głowę do tyłu, żeby posłać mu gniewne spojrzenie.
– Mocne słowa jak na kogoś, kto w życiu nie napił się wody z kranu.
Łagodnie mówiąc, Julian Hollister był koszmarem jej egzystencji. Jodi trzymała się z Zackiem Thrasherem od drugiej klasy – byli najlepszymi przyjaciółmi, przynajmniej według niej. Jednak kiedy w szkole średniej zaczął grać w koszykówkę i poznał Juliana, tych dwóch stało się nierozłącznych. Jodi na wiele sposobów próbowała ich rozdzielić, ale bez skutku.
Rodzina Juliana miała pieniądze, podobnie jak Zack. Uprawiali te same sporty, chodzili razem na wszystkie zajęcia i mieli identyczne poczucie humoru. Julian i tak zawsze balansował na krawędzi – ściągał na testach, zdradzał dziewczyny i nie używał słowa „przepraszam”. Do tego był wkurzająco przystojny, z czego Jodi boleśnie zdawała sobie sprawę. Gdyby nie ciemne włosy i szerokie ramiona wyrzeźbione na treningach waterpolo, on i Zack mogliby uchodzić za bliźniaków. Z ulgą myślała o tym, że skłonność Juliana do pakowania się w podejrzane akcje i jego całkowity brak empatii wobec innych nie przeszły na Zacka.
– Trochę tu gorąco. – Zack wskazał kciukiem na przesuwne drzwi tarasowe. – Wyjdziemy na zewnątrz?
Matt i Monica nie potrzebowali zachęty. Jodi zamknęła lodówkę i ruszyła za nimi.
W przeciwieństwie do Juliana Zack dbał o to, żeby nikt nie stał z boku, do tego był czarujący i wrażliwy na emocje. Jeśli Jodi chciałaby wykręcić się ze wspólnych planów na wieczór, tak jak dziś, byłby pierwszą osobą, która odezwałaby się do niej poza grupowym czatem i zapytała, czy wszystko w porządku. Kiedy chłopak Paige ją zdradził i wszystko wyszło na jaw, Zack przywalił mu na środku szkolnego dziedzińca, a potem zjawił się u niej z pudełkiem lodów czekoladowych. Zack był... naprawdę wspaniały. Jodi znała go od dziesięciu lat i kochała się w nim niemal równie długo. Rzecz w tym, że w Zacku Thrasherze kochał się cały świat.
Jeśli miał jedną wadę, to taką, że próbował być wszędzie naraz.
– Czy to Bentley? – Wytrzeszczył oczy i ruszył pędem do garażu, gdzie kilku chłopaków jarało trawkę przy błyszczącym srebrnym aucie.
Monica pognała za nim, zostawiając Jodi, Juliana i Matta.
Może była samolubna, bo chciała mieć go tylko dla siebie, ale nawet kiedy siedzieli razem na meczu siatkówki Lucy, Zack zawsze ściągał do nich jeszcze kogoś. Nawiązywał nowe znajomości wszędzie, gdzie się pojawiał. Zack był najlepszym przyjacielem Jodi. Ona była tylko jedną z wielu jego przyjaciółek.
Julian zagadał o papierosa do długowłosego gościa rozwalonego na leżaku. Matt odwrócił się do Jodi i tym razem przyjrzał jej się uważnie.
– A więc skąd znasz Zacka Thrashera? – zapytał.
Jodi pomyślała, że on wciąż się nie zorientował, że nie chodzą do tej samej szkoły.
Nie czekając na jej odpowiedź, stwierdził:
– Sam nie wiem, to chyba taki książę z Sacramento, no nie?
– Książę – zamruczał Julian. – Podoba mi się.
– Mówił o Zacku, nie o tobie. – Jodi upiła łyk wody.
– Hmm. Lucy jest królową, Paige księżniczką... – Julian przekrzywił głowę. – A ty, złotko?
Jodi przełknęła ślinę, już wiedząc, do czego dążył.
– Może nadwornym błaznem? Zabawiasz rodzinę królewską i ich gości, ale niestety do nich nie należysz.
Jodi zacisnęła szczęki, ignorując Matta, który śledził tę wymianę zdań jak mecz tenisa. Gdy przeniosła wzrok na Juliana, napotkała jego chłodne spojrzenie znad czerwonego kubka.
– Możesz być podły, ignorować moje wiadomości i „zapominać o mnie”, jeśli akurat ci tak wygodnie – zaczęła, wciąż pamiętając tamtą imprezę przed meczem – ale ja nigdzie się nie wybieram. – Zacisnęła usta w cienką linię i wycedziła: – Po prostu przetrwajmy ostatnią klasę. Kiedy już dostaniesz się do Ligi Bluszczowej, nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Na te słowa w oczach Juliana zamigotało rozbawienie. Otworzył usta i...
– Jodi! – Znajomy, przenikliwy pisk sprawił, że aż drgnęła. Odwróciła się i zobaczyła Paige pędzącą do niej boso. – Wreszcie jesteś!
Otuliły ją zapach perfum Fantasy i miękkie blond fale. Jodi otrząsnęła się z irytacji, którą budził w niej tylko Julian Hollister, i mocno ją przytuliła.
– Hej – przywitała się. – A gdzie Lucy?
Paige nie musiała odpowiadać. Nad jej ramieniem Jodi dostrzegła Lucy schodzącą po schodach swoim typowym, niespiesznym krokiem, który Jodi lubiła nazywać „Lucy Slow Motion”.
Lucy Reed była absurdalnie seksowna. Wysoka, o ciemnobrązowej skórze i gęstych czarnych włosach, zawsze modnie rozczochranych. Była olśniewająca i równie groźna – z pewnością nie należała do osób, które warto prowokować. W przeciwieństwie do Paige potrzebowała więcej czasu, by kogoś do siebie dopuścić, ale gdy już się do niego przekonała, była wierną przyjaciółką.
Kiedy Lucy Slow Motion wreszcie do nich dołączyła, Paige wypuściła Jodi z objęć i zaczęła bawić się jej włosami.
– Wyglądają świetnie. Widzę, że zakręciłaś je tak, jak cię nauczyłam!
– To prawda, są mega – potwierdziła Lucy.
Jej przyjaciółki były zupełnie różne, ale razem tworzyły zgrany duet. Paige należała do szkolnej drużyny cheerleaderek, pełniła funkcję wiceprzewodniczącej samorządu uczniowskiego i co zabawne, uczestniczyła w olimpiadach matematycznych. Była łagodna i pełna energii, podczas gdy Lucy wyróżniały upór i chłodna stanowczość. Zwykle po chwili gdzieś znikały, zajęte swoimi sprawami, a Jodi zostawała sama z Julianem.
To żaden sekret, że Lucy i Paige też kochały się w Zacku. Z zewnątrz to musiało wyglądać dziwnie, jednak między dziewczynami panował pokój – przynajmniej do czasu, aż nadejdzie dzień, w którym Zack „wybierze” jedną z nich.
– Cholera. – Matt przeczesał dłonią włosy i spojrzał na całą czwórkę. Wziął głęboki oddech, jakby właśnie doświadczał czegoś nadprzyrodzonego. – To wy jesteście Thrashersami.
W reakcji na te słowa Jodi westchnęła, a Julian przewrócił oczami. Przydomek, który im nadano, był beznadziejnie głupi. Sami nigdy się tak nie nazywali.
Lucy uniosła idealnie wyskubaną brew.
– A ty jesteś...?
Cała brawura, z jaką potraktował Jodi, wyparowała, gdy wykrztusił z siebie:
– M-Matt.
Lucy zrobiła krok do przodu, na co Matt nerwowo odchrząknął.
– Nazywam się Lucy Reed, a nie „Thrasherka numer cztery” czy coś w tym stylu.
– Jasne. Przepraszam. Napijesz się czegoś?
Lucy wyjęła mu z dłoni piwo.
– Już sobie poradziłam, dzięki.
Po alkoholu Lucy mogła sprawiać wrażenie beztroskiej twardzielki, ale w rzeczywistości miała oczy dookoła głowy. Jodi wiedziała, że Lucy podbiera drinki chłopakom, bo tylko wtedy miała pewność, że są bezpieczne. Kiedyś wyznała jej, że pierwszy rok w liceum nauczył ją tej sztuczki w najgorszy możliwy sposób.
– Dobrze się bawisz, Matt? – zapytała Paige, mierząc go spojrzeniem z błyskiem w oku.
– Superaśnie – odparł, na co Julian prychnął do swojego drinka. – Skąd znacie Caroline?
– Nie znamy jej. – Julian posłał mu uśmieszek. – Po prostu nie wolno nam imprezować tylko we własnej lidze.
Matt kompletnie nie zrozumiał aluzji. Otworzył szerzej oczy i zniżył głos.
– New Helvetia High, tak? Tam chyba niedawno zmarła jakaś dziewczyna? Znaliście ją?
Zupełnie jak muzyka, która nagle cichnie przed uderzeniem basu, impreza Caroline Vallow przestała działać jak łatwa odskocznia.
Jodi zastygała za każdym razem, gdy padało imię Emily – w telewizji, na szkolnych korytarzach przed egzaminami, w urywanych szeptach kryjących się za zasłoniętymi dłońmi.
Paige gwałtownie nabrała powietrza. Od miesiąca robiła to coraz częściej, skarżąc się, że chwilami trudno jej oddychać. Julian znieruchomiał, wbijając wzrok w kubek. Lucy natomiast posłała Mattowi lekki, kokieteryjny uśmiech, jakby właśnie usłyszała dobry żart.
– Nie bardzo – odpowiedziała w końcu, jednak mleko już się rozlało.
Matt odwzajemnił jej spojrzenie z nieufnością.
– Chodziłam z nią na jedne zajęcia, może dwoje.
Paige ponownie zassała powietrze. Towarzyszący temu świst zadzwonił Jodi w uszach.
– Serio przedawkowała w noc balu?
Stopy Jodi ruszyły pierwsze, a reszta ciała podążyła za nimi jak marionetka prowadzona na sznurkach. Ktoś ją zawołał, ale jednym ruchem przesunęła szklane drzwi i uciekła do środka. Chłodny powiew klimatyzacji wdarł się do jej płuc, gdy skierowała się do łazienki na dole. Wpadła do środka, przekręciła zamek i dopiero wtedy odetchnęła.
Oparła się o umywalkę i utkwiła spojrzenie w lustrze, z którego patrzyła na nią niska dziewczyna o bladej twarzy. Z grzeczności niektórzy powiedzieliby, że ma figurę z krągłościami. Zacisnęła powieki, skupiając się na oddechu.
Wspomnienie jasnoniebieskich oczu wyłoniło się z odmętów pamięci, gdzie je ukryła. Potem wrócił obraz nielicznych piegów na wąskim nosie, drobnych warg i zbyt szerokich zębów.
Jodi odkręciła wodę. Z lustra przyglądały się jej brązowe podkrążone oczy. Na blacie stało jedynie mydło. Wycisnęła trochę Crabtree & Evelyn na dłoń i liczyła do trzydziestu, podczas gdy senny, niepokojący głos wśliznął się jej do uszu.
– Czasem myślę o tym, jak to jest być tobą.
Jodi rzuciła jej pytające spojrzenie znad podręcznika do biologii.
– Mną?
Emily pokiwała głową, a jej cienkie blond włosy zalśniły wokół policzków.
– Thrasherką.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk nowej wiadomości. W polu nadawcy widniał jakiś nieznany numer z Sacramento. Treść zawierała tylko jedną linijkę: „jak tam wakacje?”.
Jodi wpatrywała się w ekran, próbując przypisać numer do jakiejś twarzy.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi, a po nim przytłumiony głos Zacka.
– Jo?
Szybko wytarła ręce i otworzyła. Zack oparł się o framugę z uważnym spojrzeniem, zasłaniając sobą zgiełk imprezy.
– Mogę wejść?
Cofnęła się, robiąc mu miejsce. Zamknął za sobą drzwi i przysiadł na opuszczonej desce toaletowej.
– Co się dzieje? Paige powiedziała, że spanikowałaś.
Jodi oparła się o umywalkę, przewracając oczami.
– Wcale nie „spanikowałam”. Po prostu... zapytał o Emily. – Uciskała kciukiem wewnętrzną stronę drugiej dłoni. – Ostatnie dwa tygodnie szkoły były wystarczająco ciężkie. Myślałam, że podczas wakacji to się skończy.
– Dlatego chciałem pójść na imprezę St. Joseph’s. Sądziłem, że tu nikt nie będzie o tym wspominał. – Przeczesał włosy palcami i spojrzał na nią. – Nie musisz... czuć się winna ani nic w tym rodzaju.
Wbiła wzrok w podłogę i mruknęła pod nosem:
– Wcale nie czuję się winna.
– Ukrywasz się w łazience.
Przeszyła go gniewnym spojrzeniem.
– Ja po prostu... A ty o niej nie myślisz?
– Bardzo często – odparł zachrypniętym głosem. Jego oczy stały się szkliste, gdy pogrążył się w myślach. – Mam wrażenie, że jest wszędzie. Chyba czasem o niej śnię. Nigdy tego nie pamiętam, ale mam wrażenie, że tak jest.
Jodi pokiwała głową.
– Też o niej śnię.
Zeszłej nocy śniło jej się, że odrabiają razem lekcje. Tak jak kiedyś. Obudziła się w chwili, gdy Emily zapytała: „O której podjedzie po mnie limuzyna?”. Potem przez godzinę wpatrywała się w sufit, aż w końcu usłyszała kroki taty w domu.
Zack zerwał się na nogi i złapał Jodi za łokcie.
– Chodźmy. Zagramy w piwnego ping-ponga albo coś.
Uszczypnął ją w bok, na co odskoczyła z cichym piskiem. Posłał jej jeden z tych uśmiechów, na widok których Jodi miękły kolana.
Nagle w łazience rozległy się trzy mocne uderzenia pięścią w drzwi. Zanim Jodi zdążyła odkrzyknąć, żeby ten ktoś wyluzował, ciszę przeciął głęboki, dorosły głos:
– Proszę wyjść.
Zack zmarszczył brwi i otworzył drzwi. Po drugiej stronie stał policjant z gęstym jasnym wąsem.
– Zackary Thrasher?
Jodi zamrugała. Jeszcze przed chwilą salon pękał w szwach. Teraz wypełniała go głucha cisza. Wszyscy zniknęli. Na stole żarzył się niedopalony joint.
– Tak?
– Pójdziesz ze mną, synu.
Zack spojrzał na Jodi.
– W porządku. O co chodzi?
– Mamy do ciebie kilka pytań. Pojedziemy na posterunek.
Na te słowa w jej żyłach zawrzało.
– Czy to nie może poczekać do rana? – zapytała łamiącym się głosem.
Wzrok jasnowłosego policjanta przesunął się na nią.
– Jodi Dillon?
Zabrakło jej tchu, gdy skinęła głową.
– Pojedziesz z nami.
Zack zrobił krok do przodu, zasłaniając ją.
– Proszę posłuchać, to naprawdę nie jest konieczne. Jeśli pozwoli mi pan zadzwonić do taty, na pewno...
– Badanie alkomatem i test na narkotyki nie są konieczne, gdy już dotrzemy na posterunek. Chyba że wolisz, żebym zmienił zdanie? – Uniósł brew, a wąs lekko mu zadrżał, gdy Zack z trudem przełknął ślinę. – Idziemy.
Zack wyszedł z łazienki, a Jodi od razu ruszyła za nim. Gliniarz nie odstępował ich ani na krok, kiedy przecinali trawnik pełen szepczących nastolatków chowających za plecami czerwone kubki. Część trzymała telefony wysoko w górze, nagrywając całe zajście.
Policjant odwrócił się do gapiów i zagrzmiał:
– Wrócę za godzinę! Ma was tu nie być!
Na ulicy stały dwa radiowozy. Czerwono-niebieskie koguty były wyłączone, ale światło płynące z reflektorów biło prosto w przednią ścianę domu. Drugi funkcjonariusz właśnie sadzał kogoś na tylnym siedzeniu pierwszego wozu. To był Julian. Paige i Lucy znajdowały się już w środku, patrząc prosto przed siebie, z ustami zaciśniętymi w cienką linię. Gdy Julian do nich dołączył, rozległ się trzask zamykanych drzwi.
Jasnowłosy gliniarz poprowadził ich do drugiego radiowozu. Na trawniku zdążył się już zebrać spory tłum. Podczas gdy mężczyzna obchodził pojazd, Zack szepnął:
– Nic nie mów.
W odpowiedzi skinęła głową.
Jej myśli przeskakiwały między możliwymi przyczynami, odrzucając każdą kolejną jako coraz mniej prawdopodobną. A jednak jeden scenariusz wciąż uparcie do niej wracał, jak piana wirująca wokół odpływu.
Wtedy Zack wyszeptał ledwo słyszalnie, jakby tylko do siebie:
– Musi chodzić o Emily.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
