35,90 zł
Poznaj historię, która uderza mocniej niż niejeden cios.
Tadeusz Pietrzykowski, więzień numer 77, drobny mężczyzna o sercu wojownika. Jak to możliwe, że w Auschwitz — miejscu bez nadziei — potrafił zwyciężać, podnosić na duchu innych i z każdym starciem przekraczać granice, których nikt nie miał odwagi naruszyć? Co sprawiło, że stał się legendą, choć każdy dzień mógł być jego ostatnim?
Ta zbeletryzowana biografia odsłania kulisy walk, które były czymś więcej niż pojedynkami — były manifestem godności. To opowieść o sile ducha, o odwadze jednego człowieka i o tym, jak w najciemniejszym miejscu można stać się światłem.
Odkryj niezwykłe losy człowieka, którego pozostał niezłomny.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Bardzo dziękuję za okazaną pomoc Państwowemu Muzeum Auschwitz-Birkenau, szczególnie Panu Szymonowi Kowalskiemu i Pani Renacie Koszyk
Nina Majewska-Brown
Nie ma osób odpornych na ciosy,
są jedynie ludzie źle trafieni.
Feliks Stamm
Dla niezwykłej kobiety
Eleonory Szafran, która podzieliła się historią i wspomnieniami o swoim ukochanym Ojcu, Tadeuszu Pietrzykowskim
– Będzie bokserem! – Tadeusz1 śmieje się w głos. – Albo piłkarzem!
– Na litość boską, nie denerwuj mnie! Tylko nie to!
Wybucham śmiechem, ale jego słowa mnie zaniepokoiły. Żadna matka z porządnej, szanującej się rodziny wyobraża sobie tak przyszłość syna. W dodatku pierworodnego! Lekarz, prawnik, to jest marzenie każdej familii, a nie sportowiec! W rzeczywistości jednak zależy mi tylko na tym, by moje dziecko urodziło się zdrowe i było szczęśliwe. Aby nie cierpiało głodu, bólu i niedostatku. Było zadowolone z pracy, poznało miłość życia i założyło rodzinę. Zwykłe banalne życzenia wypowiadane w tym szczególnie trudnym dla ojczyzny czasie.
– A w czym ci to przeszkadza? – droczy się mąż. – Poszlibyśmy na mecz, na Legię, przy okazji posiedzielibyśmy przy basenie…
Sylwina i Tadeusz Pietrzykowscy około 1921 roku
– Ty i twoje mecze! Co to za nowa moda? – wołam oburzona.
– Jak mawiali Rzymianie, panem et circenses2! No już, nie susz mi głowy, że też pragnę rozrywki. Miło jest oderwać się od wojennej rzeczywistości. Mamy tysiąc dziewięćset siedemnasty rok, a my stale jesteśmy pod czyimś butem.
– Co nie musi oznaczać zatracania się…
– Przecież tylko sobie dowcipkuję.
Nie lubię takich żartów. Życie podszyte strachem nie jest tym, o czym marzą ludzie. Zastanawiam się, w jakiej Polsce, jeśli odzyskamy wreszcie naszą ukochaną ojczyznę, przyjdzie żyć naszym dzieciom.
Póki co Niemcy panoszą się na ulicach i żyje się coraz gorzej. Gdybym miała wybrać słowo roku 1917, bez zastanowienia wskazałabym pauperyzację. Mamy kartki dosłownie na wszystko: opał, węgiel, artykuły spożywcze, ze szczególnym uwzględnieniem kartofli. Idąc do baru po cienką kartoflankę, trzeba stać w kolejce z kuponem ziemniaczanym w dłoni3. Tylko patrzeć, kiedy powietrze będzie reglamentowane!
Głodujący ludzie pieką chleb na mące z mchu i zmielonych kasztanów. Jak mawiają na mieście: czego Rusek nie ukradł, teraz Niemiec zabiera. Ludzie zubożeli do tego stopnia, że co mądrzejsi albo bardziej zdesperowani zwyczajnie uciekli na prowincję. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale słyszałam, że już sto tysięcy Warszawiaków wzięło nogi za pas.
– Szczerze mówiąc, w tej sytuacji już chyba wolałabym mieszkać w Wielkopolsce albo w Gdańsku – snuję rozważania. – Przynajmniej miałbyś daleko do tej swojej Legii, a wiejskie powietrze…
– Zwłaszcza w Gdańsku! – Tadek ponownie wybucha śmiechem.
– Jak zwykle łapiesz mnie za słówka – naburmuszam się.
– Grzeszysz, kochana, oj, grzeszysz.
– Tak, zaraz mi powiesz, że inni mają gorzej. Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi.
– Wiem, Myszko ty moja, wiem. – Tadek robi tę swoją minę i dociera do mnie, że nie oprę się jego prośbie.
– Cóż tam znowu wymyśliłeś?
– Nie pogniewasz się, jeśli ze Stefanem pójdziemy na mecz piłki nożnej? Oczywiście w innych okolicznościach zabralibyśmy i ciebie, ale to zdecydowanie nie jest miejsce dla kobiet w ciąży. Tłum, gorąco, tylko byś się zmęczyła.
Nadymam policzki i udaję obrażoną, ale w rzeczywistości jestem ostatnia do tego, by przyglądać się, jak niby poważni mężczyźni zachowują się jak dzieci. Wśród wrzasków i nerwów biegają za piłką i sprawiają wrażenie, jakby przyszłość świata zależała od tego, kto komu strzeli gola.
Przekomarzam się z mężem, cieszę się jednak na wolne popołudnie. Usiądę w fotelu z książką w ręku, odpocznę, może nawet dokończę robić na drutach czapeczkę dla dziecka. Wczoraj sąsiadka pożyczyła mi Atmę Rodziewiczówny, przekonując, że koniecznie powinnam ją przeczytać i wreszcie uwierzyć w reinkarnację. Biedactwo, straciła męża w wypadku i od kilku miesięcy o niczym innym nie mówi, jak tylko o tym, że spotka się z ukochanym Jurkiem po śmierci. Sama nie wiem, co o tym sądzić, ale w sumie każde wyznanie daje pewną nadzieję na to, że ci, których kochamy, po śmierci gdzieś będą na nas czekać. Gorzej, jeśli wypatrują nas również osoby, których nie darzyliśmy sympatią.
Dzięki mamusi i kuzynce Anieli skompletowałam całą wyprawkę. Aniela użyczyła nam kołyski i wózka, którego kółka co prawda niemiłosiernie skrzypią, ale Tadek obiecał zająć się nimi w wolnej chwili. Do tego mam po jej dzieciach kaftaniki i powijaki, nawet emaliowaną, wyszczerbioną wagę do sprawdzania, czy maluch dobrze przybiera. Aniela zaprasza mnie po połogu do siebie na wieś do …, ale chyba wolę zostać w Warszawie. Tu przynajmniej mam blisko do sklepu, do szpitala, gdyby z dzieckiem coś się działo. Bycie mamą to dla mnie nowość i nie wiem, czego powinnam się spodziewać.
– Tak?
– Słucham? – Zdumiona wpatruję się w męża, który najwyraźniej domaga się odpowiedzi.
– No to jak będzie?
– Przepraszam, zamyśliłam się i zgubiłam wątek.
– Nie masz nic przeciwko temu, że wybierzemy się na Legię?4 To tylko dwa dni, ósmy i dziewiąty kwietnia, i – dodaje pospiesznie – na kilka godzin5. Wojna…
– Tylko mi tu z wojną nie wyskakuj! Przypomnę ci, że lekarz zabronił mi się denerwować. Mam na co dzień wojny po uszy. Biednie, w strachu, jak można tak żyć?! Oby to wszystko wreszcie się skończyło. Ludzie mówią, że to dobrze, że Stany Zjednoczone wypowiedziały Niemcom wojnę6, ale czy to coś zmieni? Amerykanie są daleko, Niemiec za rogiem, a my pośrodku.
Szpital przy ulicy Karowej około 1912 roku
– Przekonamy się.
Tadek, pochłonięty myślami o meczu, najwyraźniej nie ma ochoty na kontynuowanie wojennych dywagacji. Zamiast tego opiera się na fotelu, pochyla i kładzie dłoń na moim wypukłym brzuchu. Jego dotyk sprawia, że dziecko porusza się gwałtownie i jeszcze dotkliwiej odczuwam ból, jaki mi to sprawia.
Tak bardzo lubię te czułe gesty i słodkie słowa, tak mocno kocham mojego męża. I oczywiście nie mogę się doczekać narodzin naszego pierworodnego dziecka. Czuję się jak kwoka wysiadująca jajko. Tadek uparł się, że poród powinien odebrać jego przyjaciel, lekarz ze szpitala przy ulicy Karowej7, ale ja chyba wolałabym urodzić w domu, tak jak moja matka, babka i prababka. Myślę, że byłoby to mniej krępujące niż poród „w miejscu publicznym”, jak mawia nasza poczciwa Marysia, krzywiąc się z obrzydzeniem. Mimo wysiłków i ciągłego tłumaczenia, czym jest miejsce publiczne, nasza gosposia ma swoją wizję i definicję tego pojęcia, zapewne kojarząc je z czymś nieprzyzwoitym.
– O, znowu kopie! Mówię ci, rośnie nam sportowiec! Już nie mogę się doczekać, jak pokopiemy z synkiem piłkę. Tyle rzeczy mam mu do pokazania, do nauczenia.
– A może będzie dziewczynka?
– Nie, nie! – Mąż zachowuje się, jakby pozjadał wszystkie rozumy albo mógł zajrzeć w szklaną kulę i przewidzieć przyszłość.
– A niby skąd ta pewność?
– Czuję to w kościach.
– Ty i twoje przeczucia – fukam oburzona. – W Wielki Piątek miało nie padać, bo tak czułeś w kościach, i co? Wracając z kościoła, zmokliśmy jak dwie kury! I to tyle w temacie twoich przeczuć.
– Z ostatniego kościoła.
– A co za różnica? Tak czy owak zmokłam.
– A kto się uparł, żeby zwiedzać groby?
– Mój drogi, odwiedzanie Grobu Pańskiego to tradycja, z której nie potrafię zrezygnować. Co roku wyglądają inaczej.
– Tak, tak, tradycja ważniejsza od zdrowia.
– Nie przesadzaj!
– Całe szczęście, że nie wpadłaś na pomysł, żeby kwestować. Jeszcze tego by brakowało!
– A żebyś wiedział, że o tym myślałam.
Kłamię jak z nut. W końcu wrzucenie paru groszy do skarbony to jedno, a chodzenie z nią godzinami między ludźmi i namawianie, by wsparli szczytny cel, to zupełnie co innego. Nigdy w życiu bym się nie zdobyła na coś takiego. Gdybym wtedy wiedziała, co zgotuje nam los i jak bardzo zakpi z moich postanowień…
– A może żal ci było, że nie spotkasz znajomych i nie będziesz mogła się zaprezentować w nowej sukience? – Tadek klepie się z zadowoleniem po udach. – No, kochanie, przyznaj się!
– Tak, zwłaszcza w sukience, która wygląda jak wielka jurta, gdzie mogłabym pomieścić rodzinę sułtana. – Wzruszam ramionami.
– Ślicznie wyglądasz! Powtarzam ci to codziennie. – Tadeusz, obdarzywszy mnie komplementem, pospiesznie zmienia temat. – To co, kochanie? Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko temu, że wyskoczę na mecz?
– Bo ja wiem. – Przeciągam ostatnie słowo i teatralnie wydymam usta. – Skoro tak bardzo ci zależy, ale najpierw musiałbyś…
– Sylwuniu8.
– Tylko mi tu nie sylwuniuj – udaję oburzenie. – Myślałam w piątek, że przez te twoje przekonania się przeziębię! A wiesz, że w moim stanie to bardzo niebezpieczne.
– Kochanie ty moje, czepiasz się drobiazgów. Na szczęście jednak się nie rozchorowałaś.
– Ale mogłam! – upieram się.
– Nigdy bym na to nie pozwolił. Chciałem ci dać mój szal, ale odmówiłaś.
– No proszę, czyli to moja wina! A nie pomyślałeś, jak bym wyglądała w zielonej sukni i białym szalu? Już i tak ledwie się toczę.
– Oczywiście, Myszko, co ludzie by powiedzieli? Z pewnością wzięliby cię na języki.
– A żebyś wiedział!
– Kochanie, nie chcę się z tobą sprzeczać, ale ludzie mają swoje zmartwienia i kłopoty i z pewnością do najważniejszych z nich nie należy zestawienie kolorów i tekstur odzieży pani Pietrzykowskiej. – Mąż przekomarza się dalej i pochyla nad oparciem fotela. Całuje mnie w czubek głowy i czule głaszcze po plecach.
Siostry Sylwiny, Teodora i Włada około 1919 roku
Wzruszam ramionami.
– Przypomnę ci, że nie po to kończyłam szkołę Zyberkówny9 przy ulicy Pięknej w Warszawie – uderzam w górnolotne tony – i studiowałam na Wydziale Medycznym Uniwersytetu, żeby…
– Tak, tak, moja żona jest damą i za to cię kocham, aniołku. Lepiej powiedz, czy nie napiłabyś się herbaty i nie zjadła ciasteczka.
– W Wielką Sobotę? – protestuję niezbyt stanowczo, bo po prawdzie mam ogromną ochotę na kajmakowy mazurek upieczony przez naszą Marysię.
– W twoim stanie Bóg ci wszystko wybaczy. – Mąż trąca mnie łobuzersko w ramię.
– A przy okazji ty też sobie pofolgujesz? – chichoczę i już wiem, że nie oprę się propozycji.
– A żebyś wiedziała.
– Tylko zróbmy tak, żeby Marysia nie widziała, że zajadamy się słodkościami, bo znowu będzie gderać pod nosem.
Marysia, nasza pomoc domowa, jest bardzo miłą i usłużną dziewczyną, która niestety ma jedną zasadniczą wadę. Głośno komentuje wszystko, co jej się nie podoba albo wykracza poza jej schematy myślenia i działania, oraz to, co w ramach tradycji i systemu wartości wyniosła z domu, a co nie zawsze koreluje z naszym poglądem na życie.
Jej narastające niezadowolenie jest wprost proporcjonalne do mojej zaawansowanej ciąży i jeszcze się nasiliło w tym świątecznym czasie. Mimo że nie spodziewamy się gości, a na niedzielne wielkanocne śniadanie jesteśmy zaproszeni do rodziców, i nas dopadł przedświąteczny stres, podobnie jak pół miasta.
Warszawiacy zachowują się, jakby nie jedli od tygodni, a uginające się pod ciężarem potraw stoły mogły być zbawieniem dla ciał i dusz. Myślę, że dla wielu to miła odskocznia od życia na kartkach i wiecznych ograniczeń. Plac Aleksandra10, przy którym mieszka moja serdeczna przyjaciółka Hela, a którą odwiedziłam w miniony poniedziałek, zmienił się w istny ul. Ludzie biegają wte i wewte, kupują bukszpan do ozdabiania koszyków, wielkie drożdżowe baby i mazurki we wszelkich możliwych postaciach i smakach. Ci zamożniejsi zaopatrują się w smakołyki w eleganckich cukierniach kuszących słodkościami, piernikami, domkami szwajcarskimi z czekolady i skałami z lodowego cukru.
W tym roku postanowiłam nie ulegać szaleństwu, ale i tak udzieliła mi się przedświąteczna nerwowość. Posłałam gosposię po mięso i szynkę na targowisko przy Żelaznej Bramie, Tadka na Bródno po świeże jaja i kapłona oraz do cukierni na Starym Mieście po cukrowego baranka. Helę zobowiązałam do przyozdobienia kosza na święconkę, choć do dziś wielu Warszawiaków nosi ją do kościoła na talerzach.
W kuchni od kilku dni huczy ogień pod płytą, a aromat wanilii niesie się po mieszkaniu. Przygotowujemy tyle, że zastanawiam się, kto to wszystko zje.
Dziecko we mnie rośnie jak na drożdżach i rozpycha się tak, że co rusz muszę biegać do ubikacji i niemal zupełnie odechciało mi się jeść. Mam wrażenie, że każdy najmniejszy kęs staje mi w gardle.
Ale skoro taka tradycja, nie potrafię wyobrazić sobie świąt inaczej.
Żałuję tylko, że nie mamy lodu, jak co niektórzy w piwniczkach dworków i pałaców, by przechować resztki potraw. Dlatego zobowiązałam Marysię, żeby wszystko, czego nie zdołamy zjeść, rozdała ubogim z naszej kamienicy. Choć tyle możemy zrobić dla tych nieszczęśników. Nie jesteśmy bogaczami, ale stać nas na to, by od czasu do czasu podzielić się z innymi tym, co mamy.
Mieszkamy w centrum Warszawy w nowej, wybudowanej zaledwie trzy lata temu kamienicy przy ulicy Miedzianej 4. To piękny, nowoczesny budynek z balkonami i sporymi oknami, dzięki którym pokoje są widne, a słońce wpada przez szydełkowe zasłonki już około południa. Nasze mieszkanie na drugim piętrze jest bardzo ustawne, niewielki balkon wychodzący na ulicę bardzo mnie cieszy. Lubię, zwłaszcza teraz, w moim stanie, przesiadywać na nim i przyglądać się przechodniom.
Mamy dwa wygodne, całkiem spore pokoje i małą służbówkę tuż za drzwiami wejściowymi. Kuchnia nie jest zbyt duża, za to wyposażona w nowoczesny połyskujący piec żeliwny opalany drewnem i węglem. Mieści też spory kredens i praktyczny stół do przygotowywania jedzenia, przy którym jada Marysia. Zastanawiam się tylko, jak będzie nam się żyło, gdy na świecie pojawi się dzieciątko.
Tadeusz jest tak pochłonięty pracą, że najchętniej by z niej nie wychodził. Wszystko go interesuje, szczególnie wszelkie nowinki techniczne, tak że gdyby mógł być w dwóch miejscach naraz, byłby najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Mam nadzieję, że po narodzinach dziecka nie zatraci się w zawodowych sprawach pod pretekstem, że musi zapewnić nam godne życie.
Na dłuższą metę nie zniosłabym takiej samotności i jego nieobecności. I tak dla maleństwa poświęciłam wiele. Rzucenie studiów było trudną, ale i jedyną słuszną decyzją. Nie po to planujemy powiększenie rodziny, by nie spędzać czasu z dziećmi – ufam bowiem, że będzie ich więcej. Nikt nie ukształtuje i nie wychowa potomka tak jak matka. I nie ma znaczenia, jak dobra bona nam się trafi, do jak znakomitej szkoły dziecko będzie uczęszczać. Wychowanie zaczyna się od pierwszych miesięcy w domu i nic nie zmieni mojej opinii na ten temat. Obecność rodziców w życiu dziecka jest sprawą najważniejszą. A że Tadek zarabia znośnie, nie mam wątpliwości, że dokonałam właściwego wyboru.
Słońce rozbłysło na niebie tuż przed piątą, zapowiadając piękny dzień. Mam za sobą kolejną nieprzespaną noc. Przewracałam się w łóżku z boku na bok, wszystko mnie drażniło i uwierało. W dodatku dłonie i stopy spuchły mi tak, że palce przypominają serdelki, a włożenie butów stało się niemożliwe.
Męczy mnie zgaga. Chcę napić się mleka, więc zwlekam się z łóżka. Brnę do kuchni boso, wsłuchując się w skrzypienie parkietu. Teoretycznie wiem, która klepka jęknie pod moim ciężarem, a jednak nie potrafię po cichu dostać się na drugi koniec mieszkania. Mam nadzieję, że nie obudzę męża, który do późna ślęczał nad gazetą. Najwyraźniej zmęczenie i przepracowanie wynagradza sobie długimi samotnymi wieczorami, których nie mam odwagi zaburzać. Nic dziwnego, że musi odespać wieczorne godziny, robię więc wszystko, by nie wyrwać go z objęć Morfeusza. Tym bardziej że już niebawem noworodek prawdopodobnie nie pozwoli nam przespać spokojnie nocy.
Nim dom się obudzi, poprawiam stojące na stoliczku pod obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej buteleczkę z wodą święconą i miniaturową cierniową koronę, przyniesione z kościoła w Wielką Sobotę. Potem zrywam kartkę z kalendarza wiszącego między oknami w salonie i wpatruję się w imiona dzisiejszych solenizantów, zachodząc przy tym w głowę, co powoduje ludźmi, że nadają dzieciom takie imiona. Zastrzeżeń nie budzą Julia i Julian, January, Dionizy i Emma, ale już Amancjusz, Asynkryt i Perpet wywołują u mnie wątpliwości. Przez chwilę się zastanawiam, czy Makaria to imię dla chłopca, czy dziewczynki, po czym moje myśli biegną ku naszemu małemu Tadeuszkowi, na pamiątkę po ojcu, albo Helence, po mojej ukochanej stryjence. Zachodzę w głowę, kogo niebawem powitamy na świecie.
Osobiście wolałabym dziewczynkę, którą mogłabym stroić i ubierać, ale gdy widzę, jak bardzo Tadek marzy o synu, zrobiłabym wszystko, żeby mu go dać. Dlatego kilka tygodni temu w skrytości serca postanowiłam, że jeśli powiję dziewczynkę, szybko zajdę w kolejną ciążę, aby spełnić marzenie męża.
Lekarz przewiduje, że do porodu zostało mi ledwie kilka dni, i mówi, że ten czas powinnam spędzić na relaksie i odpoczynku. Tymczasem nosi mnie po mieszkaniu i już nie mogę się doczekać spotkania z krewnymi.
Marysia w niedzielę ma wolne, a my z dziadem i babą pod pachą, czyli drożdżową babką i mazurkiem, spędzimy ten dzień z teściami, zwieńczymy go zaś spacerem po wiosennej Warszawie. Wypicie mleka nie przynosi mi ulgi, nie wiem już, co mam z sobą począć.
Sięgam po grubą chustę robioną na szydełku, owijam się nią i ostrożnie otwieram balkonowe drzwi, zastanawiając się, czy jest na tyle ciepło, żebym mogła się cieszyć rześkim porankiem. O dziwo, aura mi sprzyja i po chwili wtulona w poduszki na wiklinowym fotelu oddaję się rozmyślaniom, obserwując pierwszych zaspanych przechodniów.
Warszawa nieśmiało się budzi. Zmęczona niedostatkiem, wojną, wyludniona i zubożała wraca do życia. Klon pod oknem wypuszcza pierwsze liście, w doniczce kiełkują zasadzone jesienią żółte krokusy, wróble przekrzykują się w krzewach. Lubię tę porę roku, bo wraz z nią rodzi się nadzieja. Dni stają się dłuższe i siłą rzeczy człowiek ma więcej zapału do pracy.
Ogarnia mnie dziwny niepokój. Robi mi się na przemian to zimno, to gorąco, czuję się słaba, oblewają mnie zimne poty, dreszcze wstrząsają ciałem. Usiłuję nie panikować, ale jestem niemal pewna, że dopada mnie przeziębienie. Akurat tego mi trzeba!
Ściślej okrywam się chustą i ociężale dźwigam się z fotela. Prostuję ścierpnięty kręgosłup, odchylając się w tył, i w tym momencie czuję, jakby coś we mnie pękło i chlusnęło ciepłą cieczą pod nogi. Jednak panikuję i co sił w płucach wrzeszczę:
– Tadeusz! Tadeusz!
Mąż oczywiście śpi jak zabity w pokoju i nie słyszy mojego wołania, a ja nie wiem, co robić. Najwyraźniej praktyczność bierze górę, bo przede wszystkim myślę sobie, że jeśli wejdę do mieszkania, to zabrudzę nowy dywan i zachlapię dębowy parkiet. Ponadto obawiam się, że ruch może sprawić, że dziecko niespodziewanie ze mnie wypadnie. Nie wiem, ile dokładnie mam czasu do właściwego porodu, ale wreszcie się domyślam, że właśnie zaczęło się coś, co nasze matki trzymają w tajemnicy i o czym mówią ściszonymi głosami jak o najświętszym sakramencie. Gdybyż miały odwagę przygotować nas, młode kobiety, do tego, co nas czeka i przez co każda musi przejść, z pewnością byłoby nam łatwiej i nie byłybyśmy tak przestraszone!
Na szczęście moje wołanie słyszy Marysia krzątająca się w kuchni i przygotowująca koszyk z pieczystym, które mamy ze sobą zabrać do teściów, a raczej mieliśmy zabrać. Obawiam się, że właśnie skończył się dla nas czas świętowania i oto wkraczam w nową erę macierzyństwa.
– Pani wołała?
– A… – Zwijam się z bólu. Niespodziewanie bierze mnie we władanie skurcz. Czuję, jakby ogromny wąż owinął mi się wokół talii i ściskał tak, że do oczu napływają łzy. Chce mi się płakać. Nie tego się spodziewałam. Nie takiego bólu, przerażenia, bezradności.
Tymczasem Marysia krzyczy wniebogłosy, tak że słyszą ją przechodnie, którzy z zaciekawieniem zadzierają głowy.
– Pani rodzi! Ratunku! Pani rodzi!
– Marysiu, uspokój się – wyduszam z siebie między kolejnymi skurczami.
– Rodzi! Dziecko się rodzi! – drze się Marysia, jakby oznajmiała światu, że nadchodzi nasz Zbawiciel.
– Błagam, przestań.
– Ratunku! Co teraz? Co robić?
– Cicho bądź! – usiłuję ją ofuknąć, ale z moich ust dobywa się ledwie słyszalny jęk.
Opadam na fotel i próbuję zebrać myśli. Wreszcie pojawia się zaspany Tadeusz, do którego powoli dociera powaga sytuacji. Blednie, oczy robią mu się coraz większe i patrzy na mnie z niedowierzaniem, zupełnie jakby nie pojmował, że każda ciąża kończy się porodem.
– Ty rodzisz?
– Nie chce być inaczej – jęczę z trudem, trzymając się za brzuch.
– Teraz?
– Tak, teraz! – denerwuję się.
– Ale już?!
– Tak, do cholery ciężkiej! Teraz, już, Tadek, ja rodzę!
– Ale doktor mówił, że jeszcze czas! – Nerwowo przestępuje z nogi na nogę i trze ręką czoło, na którym wystąpiły pierwsze krople potu.
– Najwyraźniej się pomylił!
– O Boże! Nic ci nie jest? – zadaje najgłupsze możliwe pytanie.
– Zrób coś! A, jak boli!
– Ale co mam zrobić? Co robić?
– Pani, postawię wodę na ogniu.
Nie do końca pojmuję, dlaczego gdy kobieta rodzi, najważniejsze wydaje się zagotowanie litrów wody, ale nie protestuję w nadziei, że przynajmniej pozbędę się rozhisteryzowanej gosposi.
– Tak, tak, woda! – Tadeusz plącze się, jąka i desperacko chwyta czegokolwiek, byle oddalić od siebie myśl, że oto za chwilę powiję nasze pierworodne dziecko.
– Dajcie spokój z wodą! Wezwijcie lekarza!
– W święta? – Mąż patrzy na mnie, jakbym postradała rozum.
– Tak! Przecież nie będę czekać kilku dni, skoro dziecko pcha się na świat.
– Ale nie wypada. – Marysia pojawia się w drzwiach ze światłym komentarzem i wybałusza na mnie oczy.
– Leć po doktora – zdesperowana wydaję polecenie. – Jeśli nie będzie mógł przyjść, niech ci powie, po kogo posłać.
– Ale ja nie wiem, czy trafię!
{: ._idGenObjectAttribute-1} Tadeusz Pietrzykowski, 1918 rok
– Trafisz! Przecież byłaś ze mną u niego dwa razy. I uspokój się wreszcie. Oczywiście masz iść do mieszkania, a nie do szpitala. Doktor zapewniał, że o każdej porze dnia i nocy możemy liczyć na jego pomoc.
– Ale w święta? – Marysia ciągle się waha.
– Do jasnej ciasnej, ruszysz się wreszcie czy mam pójść sama?
Tadeusz, podtrzymując mnie i traktując z taką delikatnością, jakbym była nadtłuczonym jajkiem, pomaga mi przejść z balkonu do salonu i usiłuje usadowić na otomanie, na co gwałtownie protestuję.
Tadeusz Pietrzykowski, pierwszy z lewej
– Nie, nie, zaprowadź mnie do sypialni. Jeszcze tu wszystko zabrudzę. Tak będzie lepiej i wygodniej.
– Moim zdaniem powinnaś jechać do szpitala.
– W tym stanie nawet nie zejdę po schodach!
I tak od słowa do słowa trwa jałowa dyskusja. On upiera się, że szpital to najlepsze rozwiązanie, Marysia wzdraga się przed przerywaniem świątecznego poranka rodzinie doktora, a ja… rodzę! Chciałabym, żeby mama była przy mnie, ale jak na złość wyjechała do ciotki do Antonina.
Po nieskończenie długim czasie zamiast naszego zaufanego lekarza w drzwiach pojawia się okutana chustą starowina, która bardziej przypomina mi złą czarownicę niż akuszerkę. Jakież są moje zdziwienie i ulga, gdy po zsunięciu czarnej połatanej szmaty ukazuje się przemiła kobiecina w średnim wieku, która jest tak wyrozumiała, troskliwa i pomocna, że zdejmuje ze mnie pierwszy strach.
Mimo jej słów otuchy, umiejętnego masażu pleców i stóp, obmacywania brzucha i nasłuchiwania, zapewnień, że wszystko przebiega zgodnie z planem i nie powinnam się martwić… poród ciągnie się w nieskończoność.
Wreszcie pod wieczór pojawia się wrzeszczący wniebogłosy, czerwony, pokryty mazią nasz pierworodny. Tadeusz.
Przepełniają mnie duma i szczęście.
Nareszcie jesteśmy rodziną z prawdziwego zdarzenia. Zostałam mamą, dałam Tadeuszowi upragnionego syna, Tadeusza Juniora.
Jestem wykończona, lecz spełniona i pełna wiary, że przed nami cudowne, szczęśliwe życie.
Tadeusz Pietrzykowski, 1920 rok
Dzieci zmieniają naszą codzienność.
Jest gwarno, radośnie, Tadeuszek rozwija się, rośnie jak szalony, zdrowo się chowa. A 16 lutego 1922 roku obdarzyliśmy go bratem Juliuszem.
Nasze dotychczasowe mieszkanie pękało w szwach i trudno nam było się w nim pomieścić, Tadeusz znalazł więc dla nas większe, pięciopokojowe lokum w kamienicy przy ulicy Koszykowej. W pełni możemy czerpać radość z nowego miejsca, tym głębszą, że nareszcie oddychamy pełną piersią w wolnym kraju!
Cieszymy się polskością i wszystkim, co z nią związane.
Moi bracia, Marcjan i Irek, odwiedzają nas regularnie. Zabroniłam rozmów o polityce i trudnych sprawach w trakcie obiadów, ale zaraz po nich, zapadając się w wygodnych fotelach, snują opowieści, co ich spotkało na froncie, przytaczają co rusz nowe historie o tym, jak to dzielnie walczyli podczas wojny. Wtedy jeszcze nie wiemy, że podczas pierwszej wojny, a druga czai się tuż za progiem. W legendy obrasta wszystko, co widzieli, tak że nawet mały Tadeuszek, zasłuchany i zapatrzony w wujów z otwartymi ustami, marzy o karierze w szeregach armii. Podejrzewam, że połowa tego jest wyssana z palca albo znacznie wyolbrzymiona, jednak Tadek słucha wujów z przejęciem i z tym większym zachwytem, gdy puszą się dumnie wbici w mundury i pozwalają mu bawić się orderami.
A ja mam nadzieję, że los nie zgotuje nam kolejnej wojny i synowie nie będą narażeni na pobyt w okopach, na życie przepełnione strachem, bólem i głodem.
Póki co Tadka zapisaliśmy do gimnazjum Zamoyskiego11 przy ulicy Smolnej. Wcześniejsza szkoła na rogu Polnej i Jaworzyńskiej12, do której posłaliśmy go za namową sąsiadów w wieku sześciu lat, okazała się fatalnym wyborem. Nie dość, że była daleko, to w dodatku synek po drodze do niej musiał pokonać kilka dużych skrzyżowań, co wydawało się nam bardzo niebezpieczne.
Teraz mąż, idąc do pracy, odprowadza Tadzia pod drzwi szkoły, a synek po zakończeniu lekcji sam wraca do domu. Co też nierzadko przyprawia mnie o ból głowy, bo nasz ciekawski chłopiec, zafascynowany a to samochodami, a to końmi, zatrzymuje się przy postoju dorożek, zagaduje woźniców, ogląda wystawy sklepów albo zwyczajnie bawi się z jakimś bezpańskim kotem czy psem. Zazwyczaj pojawia się w domu spóźniony, podekscytowany, z nowymi opowiastkami. Po obiedzie znika w swoim pokoju, by rysować, malować, szkicować albo pochłaniać kolejne książki.
Wszystko go interesuje, wszędzie wtyka nos i tylko prosi się o kłopoty. Dziś na przykład zostaliśmy wezwani na dywanik do szkoły i spodziewam się najgorszego. Co tym razem zmalował Tadeuszek? Nie mam pojęcia. Zawsze układny, miły, ale też psotny nie pozwala nam się nudzić ani nawet zaznać spokoju. Jest jednak bardzo pilnym uczniem, którego trudno oderwać od podręczników i książek, zwłaszcza tych traktujących o historii i przyrodzie. Po cichu marzę sobie, że może zostanie lekarzem, ale oczywiście nie wypowiadam tego życzenia na głos, bojąc się zapeszyć.
Teściowa twierdzi, że mój mąż był taki sam i mam się nie przejmować, bo synek wyrośnie z figli. Niestety nie jest w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie kiedy. Nim obaj chłopcy skończą szkołę, będę siwa jak gołąbek.
Z drugiej strony lubię ich energię i atmosferę panującą w domu, a ich ciekawość świata i rozliczne pytania sprawiają, że sama staję się go bardziej ciekawa.
Jak na złość akurat dzisiaj byłam umówiona z Helą, by pobuszować w sklepach w poszukiwaniu letniej sukienki. Za dwa tygodnie wybieramy się na ślub mojej siostry i chciałabym zaprezentować się jak najlepiej. Nie mam odwagi wystąpić w jednej z tych modnych krótkich sukienek obszytych frędzlami i cekinami, ale marzy mi się mała czarna w stylu Coco Chanel13 w połączeniu z długimi rękawiczkami i sznurem pereł. Nasza rodzinna suknia ślubna przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Ślubowała w niej babcia, matka przysięgała w niej wierność ojcu, ja obiecywałam Tadeuszowi dozgonną miłość, a teraz siostra, poszerzywszy ją jedwabnymi klinami, stanie w niej na ślubnym kobiercu.
Lubię te nasze rodzinne tradycje. Kołyski, śpioszki, drewniane zabawki krążące po rodzinie. Mamy poczucie, że nic się nie marnuje, że dzielimy się wszystkim i się wspieramy. Ponadto to ogromna oszczędność środków i starań, dzieci przecież tak szybko ze wszystkiego wyrastają.
W szkole pachnącej pastą do polerowania podłóg panuje złowroga cisza, w której skrzypienie butów na posadzce wydaje się jeszcze donośniejsze i bardziej dokuczliwe. Tylko od czasu do czasu dociera do nas podniesiony głos jednego z profesorów, który z werwą tłumaczy dziatwie matematyczne zawiłości, co rusz zżymając się, że ta nie potrafi nauczyć się tabliczki mnożenia.
Jakież jest nasze zdumienie, gdy zamiast do gabinetu dyrektora trafiamy przed oblicze nauczyciela plastyki. Zachodzę w głowę, co mogło się wydarzyć na ulubionych lekcjach Tadeusza. Mam nadzieję, że nie popełnił karykatury któregoś z nauczycieli. Z pewnością zaś nie zakładam, że usłyszę coś takiego:
– Jest mi niezmiernie przykro, że państwa fatygowałem, ale wydarzyło się coś bardzo nieprzyjemnego.
Profesor, niski, kościsty, z okularami ledwie się trzymającymi na czubku nosa, z zegarmistrzowską precyzją ostrożnie wyjmuje z teczki rysunek przedstawiający galopującego konia z jeźdźcem.
– Tak?
Z ciekawością pochylamy się z mężem nad dziełem, analizując jego detale, i po chwili zaskoczeni wypalamy jednocześnie:
– Przepraszam, ale nie rozumiem, w czym rzecz. – Tadeusz się prostuje.
– O co chodzi? – Chwytam kartkę i przyglądam się rysunkowi z bliska, by wreszcie ponownie położyć go na teczce.
– Proszę spojrzeć.
Profesor podtyka nam rysunek pod nos.
Przyglądam się szkicowi, nie pojmując, co z nim jest nie tak i co tak wzburzyło wykładowcę. Koń ma cztery nogi, rozwianą grzywę i długi powiewający na wietrze ogon, jeździec w orientalnym stroju spogląda przed siebie, wymachując szamszirem. Rysunek jest piękny. Oddaje ruch, emocje, z przyjemnością oprawiłabym go i powiesiła na ścianie.
– Przepraszam, ale nie wiem, w czym problem – mówię niepewnie, wpatrując się w nauczyciela.
– Tadeusz twierdzi, że sam go narysował – pada oskarżenie.
Nadal nie dociera do mnie powaga sytuacji. Widziałam niejeden malunek syna i za każdym razem zachodzę w głowę, po kim odziedziczył talent.
– Jeśli tak mówi, to z pewnością tak jest. – Mąż wzrusza ramionami, najwyraźniej uważając rozmowę za bezprzedmiotową.
– Obawiam się, że się państwo mylą. Nigdy nie widziałem, żeby dziewięciolatek, dziesięciolatek, ba, piętnastolatek narysował coś podobnego.
– Syn pięknie rysuje, więc mnie to nie dziwi.
– Ależ proszę państwa, skąd niby taka koncepcja? Koń i jeździec jak z obrazów Matejki.
– Byliśmy z Tadeuszem w kinie na Ben Hurze14, zapewne stąd czerpał inspirację. – Tadeusz coraz bardziej się niecierpliwi. – Czy pan o coś podejrzewa naszego syna? – W jego głosie pobrzmiewa irytacja.
– Szczerze mówiąc, poprosiłem państwa o przybycie, bo chciałem się upewnić, że młodemu człowiekowi nikt nie pomagał.
– Zapewniam pana, że nie! – mówi mąż dobitnie. – Ani ja, ani żona, mimo szczerych chęci, nie mamy takich umiejętności.
– A może syn spotyka się z kimś, kto…
– Co pan insynuuje?
– Nie śmiałbym! – Człowieczek kurczy się w sobie, okulary zsuwają mu się jeszcze niżej na nosie.
– Po co więc to całe zamieszanie?
– Najmocniej państwa przepraszam – sumituje się. – Może niepotrzebnie uległem emocjom…
– Najwyraźniej!
– Ale jak żyję, Bóg mi świadkiem, nie spotkałem tak utalentowanego młodego człowieka. A niejedno już widziałem! Mają państwo perłę! Diament! To po prostu niebywałe!
– Miło nam to słyszeć. – Gwałtownie schodzi ze mnie napięcie, a zastępują je duma i zadowolenie.
– To nowy Kossak! – wykrzykuje profesor z ekscytacją. – Proszę nie zmarnować tego talentu. Muszą państwo wiedzieć, że ten diament trzeba tylko szlifować! – Zapowietrza się i powtarza: – Tak, szlifować!
– Bardzo dziękujemy za te słowa, to wiele dla nas znaczy. Jednak nadal nie rozumiem, po co nas pan wzywał. – Mąż sięga po kapelusz, dając do zrozumienia, że pora kończyć spotkanie.
– Kochanie, pan chciał być dla nas miły.
– Tak, tak, chciałem jak najlepiej, choć pewnie niepotrzebnie naraziłem państwa na nerwy. Najmocniej przepraszam. Nie mogę dać wiary, że wśród moich uczniów pojawił się chłopiec z takimi umiejętnościami.
– Jeszcze raz dziękujemy za uznanie.
Tadeusz wstaje, podaje nauczycielowi rękę i żegna się pospiesznie zapewne w obawie, że zaleje nas profesorski słowotok przeplatany achami i ochami, podszyty z jednej strony niedowierzaniem, a z drugiej zaklinaniem.
– Proszę obiecać, że wezmą sobie państwo do serca moje słowa i nie pozwolą, by syn zmarnował talent.
– To akurat możemy zrobić. – Uśmiecham się promiennie.
– Tak, tak – zgadza się mąż. – Bardzo przepraszam, ale zrobiło się późno i muszę wracać do pracy.
– Miło usłyszeć od kogoś, kto na co dzień zajmuje się sztuką i edukacją młodych ludzi, że nasz syn jest wyjątkowo uzdolniony – mówię polubownie, robiąc długi krok w stronę drzwi. – Zapewniam pana, że wspieramy i będziemy wspierać wszystkie jego pasje i zainteresowania. O to może być pan spokojny.
Wychodzimy ze szkoły rozgadani i nieco rozbawieni całą sytuacją. W mieszkaniu czeka na nas Tadeusz, równie zaniepokojony jak my przed wyjściem. Jestem pewna, że po wielekroć zrobił rachunek sumienia, zastanawiając się, co mają mu do zarzucenia nauczyciele.
– Mówiłam ci, że to nieodpowiedni film! – Śmieję się w głos. – I masz za swoje. Zachciało mu się rysować wojowników.
– Jasny gwint! – Tadek nie jest jednak w tak pogodnym nastroju jak ja. – Naprawdę się denerwowałem. W końcu chłopcy mają przedziwne pomysły.
– Tak, tak – zgadzam się potulnie. – Bijecie się po kątach, łobuzujecie, robicie głupie dowcipy i nadmuchujecie żaby.
– O to akurat Tadka nie posądzam.
– Nasz miłośnik zwierząt by tego nie zrobił, to prawda. A wiesz, że ostatnio zwierzył mi się, że jak dorośnie, założy ogród zoologiczny?
– Jeszcze tego brakowało! – Mąż wybucha śmiechem. – Wyobrażam sobie te wszystkie konie, węże, słonie i żyrafy… Podejrzewam, że musiałabyś wszystko koordynować, skoro jego samego trzeba stale zaganiać do porządków. Nie wydaje mi się, żeby nasi chłopcy byli wytrwali w takich pracach. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Tadka pchającego taczkę z gnojem.
Śmiejemy się i ustalamy, że w najbliższą sobotę wybierzemy się na targ koński pod miastem albo na targ rybny do Hali Mirowskiej, choć z powodu zapachów wolałabym je omijać szerokim łukiem.
Dla synów to jednak wielka frajda, a czegóż człowiek nie robi dla dzieci, mimo że, szczerze mówiąc, wolałabym posiedzieć u teściów15 na Grójeckiej. Synowie zaprzyjaźnili się z chłopcami po sąsiedzku, całą bandą ganiają po sadzie i wspinają się na drzewa. Bawią się w Indian i pionierów, a z suchych gałęzi i kamieni zgromadzonych w kącie ogrodu zbudowali twierdzę zwieńczoną flagą z babcinej ścierki do naczyń.
Prawda jest taka, że w pełni korzystamy z uroków, jakie oferuje stolica. W poszukiwaniu paryskiego szyku chodzimy na dancingi do Oazy, najlepszej restauracji przy Wierzbowej 9, która już z daleka przyciąga wzrok połyskującymi neonami, na lody w Alejach Jerozolimskich i na oranżadę na basenach Legii. Do Ogrodu Saskiego i na plażę przy Moście Poniatowskiego, do kin i teatrów. Zabieramy dzieci do muzeów, na wystawy do Zachęty, do zoo i na róg Ordynackiej i Okólnik do cyrku Staniewskich16. Ten czteropiętrowy kolos, mogący pomieścić trzy tysiące ludzi, jest jedną z największych atrakcji miasta, którą uwielbiają nie tylko dzieciaki. Klauni, akrobaci, pocieszne zwierzęta, które wbrew naturze robią to, czego oczekują od nich ludzie, nie wspominając o wodnej arenie.
Za sprawą znajomości Tadeusza byliśmy nawet w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego, co zrobiło na mnie kolosalne wrażenie, a patrzenie w gwiazdy nabrało nowego wymiaru.
Warszawa jest zaskakująca i taka nieoczywista. To mieszanka blichtru, elegancji, bogactwa i okropnej biedy, przeplatana nowinkami technicznymi, tętniąca tańcami. Po zakończeniu wojny miasto rozkwita jak bukiet tulipanów wystawiony na słońce. Pulsuje życiem, wszędzie się buduje i remontuje. Do miasta ściągają nowi mieszkańcy w nadziei na lepsze i wygodniejsze życie.
Zajezdnia Elektrycznych Kolei Dojazdowych. Prezentacja linii kolejowej Warszawa–Grodzisk i obiektów zaplecza dla specjalnych gości oraz dziennikarzy, wrzesień 1927. APW 72/1630. Zbiór fotografii Zdzisława Marcinkowskiego, sygn. 1910 (Archiwum Państwowe w Warszawie)
Tadeusz wieczorami puszcza nam na gramofonie ulubionego George’a Gershwina, Ordonównę… Jazzowe nuty wkradają się do naszego życia i sprawiają, że czujemy się nowocześni i wyjątkowi.
Mąż co rusz chwyta mnie i przyciąga ku sobie, całuje w czubek głowy, żebyśmy po chwili, przytuleni w powolnym tańcu, mogli zatracić się w sobie, gubiąc krok i delektując się każdą wspólną chwilą. Śmiejemy się, żartujemy, z radością patrzymy na dorastające dzieci, snujemy plany na przyszłość, a wieczorami popijamy słodki likier. Jest bajkowo.
Rodzina Pietrzykowskich, Sylwina w środku w czarnej sukience
Jestem przerażona, zestresowana, nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Pamiętam tamte chwile, jakby dopiero co się wydarzyły. Jeszcze kilka dni temu nic nie zapowiadało nieszczęścia, które teraz mrocznym cieniem kładzie się na naszej rodzinie.
6 października 1927 roku zmarł mój ukochany, cudowny, troskliwy, dobry, opiekuńczy mąż. Moja opoka i najlepszy przyjaciel. Człowiek, któremu ufałam najbardziej na świecie, dla którego byłam skłonna poświęcić wszystko. Mężczyzna, który wniósł do mojego życia radość, optymizm, poczucie bezpieczeństwa, sprawił, że otworzyłam się na ludzi, prowadził mnie przez kolejne dni, zapewniając wszystko, czego mi było trzeba.
Odszedł ukochany tata, wielki autorytet dla synów, którzy pogrążeni w smutku nie potrafią zrozumieć, co właściwie się stało. Nic nie zapowiadało nieszczęścia.
Jeszcze 25 września, wystrojeni i szczęśliwi, byliśmy na otwarciu Domu Kolejarza17. Co prawda podczas bankietu Tadeusz skarżył się na ból głowy, ale sądziłam, że to z pewnością przez nagłą zmianę pogody i ciśnienia nie czuje się najlepiej. Wymknęliśmy się z uroczystości i wróciliśmy do domu wcześniej, niż planowaliśmy.
Mąż położył się do łóżka bez kolacji, zapewniając, że nie jest głodny i bardziej niż jedzenia potrzebuje odpoczynku. Mój kochany uparciuch oponował i zapierał się, że migrena zaraz minie, więc nie będzie zażywał żadnej tabletki. Nawet mnie ofuknął, że niepotrzebnie panikuję. Wzruszyłam ramionami, wychodząc z założenia, że moje naciski mogą tylko doprowadzić do kłótni, i bez słowa poszłam do kuchni zaparzyć herbatę. Gdy z filiżanką parującego naparu wróciłam do sypialni, Tadeusz już smacznie spał. Odstawiłam naczynie na stolik nocny, otuliłam szczelnie pierzyną mężowskie plecy i na palcach przeszłam do salonu, by posłuchać radia18.
Ten cud techniki pojawił się w naszym domu przed kilkoma miesiącami. Gromadził nas przy odbiorniku, wprawiając w osłupienie, że oto nagle ktoś obcy mówi w naszym domu, że możemy słuchać muzyki już nie tylko z gramofonu i że z głośnika sączą się wiadomości o świecie.
Gdybym tylko wiedziała…
W nocy Tadek zaczął mamrotać przez sen i rzucać się na łóżku. Gdy przyłożyłam mu dłoń do czoła, odkryłam, że jest rozpalony gorączką.
Zaraz pobiegłam do wiszącej za kuchennymi drzwiami szafki z apteczką i przeglądając w pośpiechu buteleczki, sięgnęłam po termometr i aspirynę, która przed laty okazała się tak skuteczna podczas epidemii hiszpanki i którą odtąd zawsze mam pod ręką.
Nie przejmowałam się specjalnie przeziębieniem Tadka, bo niejedno już mieliśmy za sobą. Bardziej się niepokoiłam, gdy chorowali chłopcy, zwłaszcza gdy byli całkiem mali. Przetrwaliśmy hiszpankę, która dziesiątkowała ludzi, zamykała szkoły i przedsiębiorstwa, przyczyniając się do załamania gospodarki, więc ta sytuacja nie wydawała mi się groźna.
Poza tym wszyscy regularnie piliśmy paskudny tran, dobrze się odżywialiśmy i uprawialiśmy sport. Tadeusz każdego poranka ćwiczył, a w wolnych chwilach, zwłaszcza w wakacje, grał z przyjaciółmi w piłkę nożną na pobliskim placu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Tadeusz Pietrzykowski (ur. 1891 r. w Lublinie, zm. 1927 r.), syn Józefata i Walerii z Nowaczyńskich. Pochodził z wielodzietnej rodziny, miał czterech braci i dwie siostry. Rodzice byli właścicielami Zakładu Graficznego przy ul. Kościuszki 4, który prowadzili wraz z trzema synami: Mieczysławem, Stanisławem i Kazimierzem. Pozostali synowie, Witold i Tadeusz, ukończyli Politechnikę Warszawską i na stałe przenieśli się do stolicy. Córki, Jadwiga i Janina, po wyjściu za mąż ostatecznie również zamieszkały w Warszawie. Tadeusz podjął pracę jako projektant i inspektor nadzoru rozbudowy warszawskiego węzła kolejowego oraz bocznicy kolejowej dla wojska w Puszczy Kamionowskiej. W 1920 r. podczas wojny polsko-bolszewickiej pracował dla Wojska Polskiego, kierując ruchem pociągów. [wróć]
2. Chleba i igrzysk. [wróć]
3. „W wydawaniu obiadów w tanich kuchniach od dziś zajdą zasadnicze zmiany. Stołownicy kuchni, pragnący korzystać z zup kartoflanych, obowiązani będą składać swoje kupony ziemniaczane, z których odpowiednia część będzie odcinana. Na przyszłość tanie kuchnie muszą każdy nowy transport ziemniaków, potrzebny dla stołowników, pokrywać odpowiednią liczbą kartek. Stołownicy tanich kuchni, bez złożenia kartek ziemniaczanych, nie będą mogli wobec tego na przyszłość korzystać z zup kartoflanych”. Podobnie rzecz się miała w restauracjach: „Wydział zaopatrywania miasta podaje do wiadomości o ograniczeniu spożycia ziemniaków w restauracjach. Stosownie do rozporządzenia cesarsko-niemieckiego prezydjum policji z d. 4 b.r., restauracje i jadłodajnie ziemniaków dodatkowo, poza ilościami wydawanymi na kupony przy kartach chlebowych, otrzymywać nie będą”. Źródło: „Kuryer Warszawski”, 10 stycznia 1917. [wróć]
4. Wraz z początkiem XX wieku w społeczeństwie polskim żyjącym w trzech mocarstwach zaborczych sport rozwijał się z różną intensywnością. Odmienna była bowiem polityka poszczególnych zaborców określająca zasady jego uprawiania. Rosjanie i Niemcy obawiali się, że zezwalając młodzieży na nieograniczoną aktywność, stworzą warunki do powstawania organizacji o charakterze niepodległościowym. Konsekwentnie ograniczali zatem zakładanie stowarzyszeń sportowych oraz zakazywali uprawiania sportu drużynowego polskiej młodzieży akademickiej. Patrz Aneks, s. 275. [wróć]
5. Wczesną wiosną 1917 roku na boisku Agrykoli warszawskie drużyny, w tym Legia, rozpoczęły rozgrywki. Do pierwszych meczów z udziałem drużyn legionowych w stolicy doszło w Święta Wielkanocne 9 i 10 kwietnia. Patrz Aneks, s. 277. [wróć]
6. 6 kwietnia 1917 roku Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Niemcom i tym samym przystąpiły do I wojny światowej. [wróć]
7. Szpital położniczy przy ul. Karowej rozpoczął działalność w 1912 roku. Wybudowany dla uczczenia narodzin następcy tronu cesarzewicza Aleksego, był jednym z najnowocześniejszych w ówczesnej Europie. Patrz Aneks, s. 278. [wróć]
8. Sylwina Aleksandra Pietrzykowska de domo Bieńkowska (ur. 1887 r., zm. 1945 r.). Do jej ojca należały ziemie znajdujące się na terenie obecnej Ochoty, między ulicami Grójecką, Radomską, Częstochowską i Dworcem Zachodnim. Najstarsza z rodzeństwa miała cztery siostry, Władysławę, Teodorę, Zofię i Martę, oraz trzech braci, Marcjana i Ireneusza, imię najstarszego przedwcześnie zmarłego brata jest nieznane. [wróć]
9. W 1883 roku Cecylia Plater-Zyberk założyła szkołę rękodzielniczą dla dziewcząt. Powstałe przy niej w 1886 roku gimnazjum żeńskie przekształciło się w 1917 roku w szkołę średnią, reaktywowaną w 1993 roku jako Liceum Ogólnokształcące im. Cecylii Plater-Zyberkówny. W 1891 roku powstała szkoła gospodarstwa wiejskiego w Chyliczkach działająca początkowo pod nazwą Zakładu Gospodarczego, później przekształcona w Szkołę Żeńską Gospodarstwa Wiejskiego, a następnie w Liceum Gospodarstwa Wiejskiego (od 2019 roku Zespół Szkół nr 3 im. Cecylii Plater-Zyberkówny w Piasecznie). [wróć]
10. W latach 1886–1894 rozbudowano kościół św. Aleksandra i przy okazji zaprojektowano skwer, któremu dla uczczenia cara Aleksandra I nadano nazwę plac Aleksandra. W 1919 r. zmieniono ją na pl. Trzech Krzyży. [wróć]
11. W 1905 roku na skutek wystąpień rewolucyjnych i narodowych w Rosji i Królestwie Polskim car Mikołaj II podpisał reskrypt zezwalający na wprowadzenie języka polskiego do szkół. Patrz Aneks, s. 278. [wróć]
12. Gimnazjum Rontalera. [wróć]
13. Mała czarna, czyli prosta sukienka z czarnej tkaniny, zaprojektowana w 1926 roku przez Coco Chanel, zrewolucjonizowała damskie garderoby. „Vogue” nazwał ją „nowym fordem”, ponieważ tak jak samochody Henry’ego Forda była nie tylko w jednym kolorze, ale też powszechnie dostępna. Powstała z myślą o tym, by każda kobieta, niezależnie od sylwetki, wyglądała w niej dobrze i by na materiale nie było widać plam. [wróć]
14.Ben-Hur, film niemy z 1925 roku, będący adaptacją powieści Lewisa Wallace’a pod tym samym tytułem. [wróć]
15. Mowa o Aleksandrze i Franciszce Bieńkowskich. [wróć]
16. Cyrk Braci Staniewskich powstał w 1883 roku i stał się czteropiętrową halą widowiskową, największą w stolicy. Stanowił jedną z głównych atrakcji, przyciągał tłumy robotników, ale też śmietankę towarzyską Warszawy. Zburzony w 1939 roku w wyniku działań wojennych. [wróć]
17. 25 września 1927 roku w Warszawie został otwarty Dom Związku Zawodowego Kolejarzy przy ul. Czerwonego Krzyża 20. [wróć]
18. Pierwsza audycja radiowa została nadana z rozgłośni Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego w Warszawie 1 lutego 1925 roku na falach średnich (385 m) ze studia przy ul. Narbutta 25. Patrz Aneks, s. 278. [wróć]
