Teddy - Nina Majewska-Brown - ebook

Teddy ebook

Nina Majewska-Brown

0,0
35,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poznaj historię, która uderza mocniej niż niejeden cios.

Tadeusz Pietrzykowski, więzień numer 77, drobny mężczyzna o sercu wojownika. Jak to możliwe, że w Auschwitz — miejscu bez nadziei — potrafił zwyciężać, podnosić na duchu innych i z każdym starciem przekraczać granice, których nikt nie miał odwagi naruszyć? Co sprawiło, że stał się legendą, choć każdy dzień mógł być jego ostatnim?

Ta zbeletryzowana biografia odsłania kulisy walk, które były czymś więcej niż pojedynkami — były manifestem godności. To opowieść o sile ducha, o odwadze jednego człowieka i o tym, jak w najciemniejszym miejscu można stać się światłem.

Odkryj niezwykłe losy człowieka, którego pozostał niezłomny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Podziękowania

Bar­dzo dzię­kuję za oka­zaną pomoc Pań­stwo­wemu Muzeum Auschwitz-Bir­ke­nau, szcze­gól­nie Panu Szy­mo­nowi Kowal­skiemu i Pani Rena­cie Koszyk

Nina Majew­ska-Brown

Cytat

Nie ma osób odpor­nych na ciosy,

są jedy­nie ludzie źle tra­fieni.

Feliks Stamm

Dedykacja

Dla nie­zwy­kłej kobiety

Ele­onory Sza­fran, która podzie­liła się histo­rią i wspo­mnie­niami o swoim uko­cha­nym Ojcu, Tade­uszu Pie­trzy­kow­skim

Sylwina

1

– Będzie bok­se­rem! – Tade­usz1 śmieje się w głos. – Albo pił­ka­rzem!

– Na litość boską, nie dener­wuj mnie! Tylko nie to!

Wybu­cham śmie­chem, ale jego słowa mnie zanie­po­ko­iły. Żadna matka z porząd­nej, sza­nu­ją­cej się rodziny wyobraża sobie tak przy­szłość syna. W dodatku pier­wo­rod­nego! Lekarz, praw­nik, to jest marze­nie każ­dej fami­lii, a nie spor­to­wiec! W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak zależy mi tylko na tym, by moje dziecko uro­dziło się zdrowe i było szczę­śliwe. Aby nie cier­piało głodu, bólu i nie­do­statku. Było zado­wo­lone z pracy, poznało miłość życia i zało­żyło rodzinę. Zwy­kłe banalne życze­nia wypo­wia­dane w tym szcze­gól­nie trud­nym dla ojczy­zny cza­sie.

– A w czym ci to prze­szka­dza? – dro­czy się mąż. – Poszli­by­śmy na mecz, na Legię, przy oka­zji posie­dzie­li­by­śmy przy base­nie…

Syl­wina i Tade­usz Pie­trzy­kow­scy około 1921 roku

– Ty i twoje mecze! Co to za nowa moda? – wołam obu­rzona.

– Jak mawiali Rzy­mia­nie, panem et cir­cen­ses2! No już, nie susz mi głowy, że też pra­gnę roz­rywki. Miło jest ode­rwać się od wojen­nej rze­czy­wi­sto­ści. Mamy tysiąc dzie­więć­set sie­dem­na­sty rok, a my stale jeste­śmy pod czy­imś butem.

– Co nie musi ozna­czać zatra­ca­nia się…

– Prze­cież tylko sobie dow­cip­kuję.

Nie lubię takich żar­tów. Życie pod­szyte stra­chem nie jest tym, o czym marzą ludzie. Zasta­na­wiam się, w jakiej Pol­sce, jeśli odzy­skamy wresz­cie naszą uko­chaną ojczy­znę, przyj­dzie żyć naszym dzie­ciom.

Póki co Niemcy pano­szą się na uli­cach i żyje się coraz gorzej. Gdy­bym miała wybrać słowo roku 1917, bez zasta­no­wie­nia wska­za­ła­bym pau­pe­ry­za­cję. Mamy kartki dosłow­nie na wszystko: opał, węgiel, arty­kuły spo­żyw­cze, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem kar­to­fli. Idąc do baru po cienką kar­to­flankę, trzeba stać w kolejce z kupo­nem ziem­nia­cza­nym w dłoni3. Tylko patrzeć, kiedy powie­trze będzie regla­men­to­wane!

Gło­du­jący ludzie pieką chleb na mące z mchu i zmie­lo­nych kasz­ta­nów. Jak mawiają na mie­ście: czego Rusek nie ukradł, teraz Nie­miec zabiera. Ludzie zubo­żeli do tego stop­nia, że co mądrzejsi albo bar­dziej zde­spe­ro­wani zwy­czaj­nie ucie­kli na pro­win­cję. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale sły­sza­łam, że już sto tysięcy War­sza­wia­ków wzięło nogi za pas.

– Szcze­rze mówiąc, w tej sytu­acji już chyba wola­ła­bym miesz­kać w Wiel­ko­pol­sce albo w Gdań­sku – snuję roz­wa­ża­nia. – Przy­naj­mniej miał­byś daleko do tej swo­jej Legii, a wiej­skie powie­trze…

– Zwłasz­cza w Gdań­sku! – Tadek ponow­nie wybu­cha śmie­chem.

– Jak zwy­kle łapiesz mnie za słówka – nabur­mu­szam się.

– Grze­szysz, kochana, oj, grze­szysz.

– Tak, zaraz mi powiesz, że inni mają gorzej. Prze­cież wiesz, że nie o to mi cho­dzi.

– Wiem, Myszko ty moja, wiem. – Tadek robi tę swoją minę i dociera do mnie, że nie oprę się jego proś­bie.

– Cóż tam znowu wymy­śli­łeś?

– Nie pognie­wasz się, jeśli ze Ste­fa­nem pój­dziemy na mecz piłki noż­nej? Oczy­wi­ście w innych oko­licz­no­ściach zabra­li­by­śmy i cie­bie, ale to zde­cy­do­wa­nie nie jest miej­sce dla kobiet w ciąży. Tłum, gorąco, tylko byś się zmę­czyła.

Nady­mam policzki i udaję obra­żoną, ale w rze­czy­wi­sto­ści jestem ostat­nia do tego, by przy­glą­dać się, jak niby poważni męż­czyźni zacho­wują się jak dzieci. Wśród wrza­sków i ner­wów bie­gają za piłką i spra­wiają wra­że­nie, jakby przy­szłość świata zale­żała od tego, kto komu strzeli gola.

Prze­ko­ma­rzam się z mężem, cie­szę się jed­nak na wolne popo­łu­dnie. Usiądę w fotelu z książką w ręku, odpocznę, może nawet dokoń­czę robić na dru­tach cza­peczkę dla dziecka. Wczo­raj sąsiadka poży­czyła mi Atmę Rodzie­wi­czówny, prze­ko­nu­jąc, że koniecz­nie powin­nam ją prze­czy­tać i wresz­cie uwie­rzyć w rein­kar­na­cję. Bie­dac­two, stra­ciła męża w wypadku i od kilku mie­sięcy o niczym innym nie mówi, jak tylko o tym, że spo­tka się z uko­cha­nym Jur­kiem po śmierci. Sama nie wiem, co o tym sądzić, ale w sumie każde wyzna­nie daje pewną nadzieję na to, że ci, któ­rych kochamy, po śmierci gdzieś będą na nas cze­kać. Gorzej, jeśli wypa­trują nas rów­nież osoby, któ­rych nie darzy­li­śmy sym­pa­tią.

Dzięki mamusi i kuzynce Anieli skom­ple­to­wa­łam całą wyprawkę. Aniela uży­czyła nam koły­ski i wózka, któ­rego kółka co prawda nie­mi­ło­sier­nie skrzy­pią, ale Tadek obie­cał zająć się nimi w wol­nej chwili. Do tego mam po jej dzie­ciach kafta­niki i powi­jaki, nawet ema­lio­waną, wyszczer­bioną wagę do spraw­dza­nia, czy maluch dobrze przy­biera. Aniela zapra­sza mnie po połogu do sie­bie na wieś do …, ale chyba wolę zostać w War­sza­wie. Tu przy­naj­mniej mam bli­sko do sklepu, do szpi­tala, gdyby z dziec­kiem coś się działo. Bycie mamą to dla mnie nowość i nie wiem, czego powin­nam się spo­dzie­wać.

– Tak?

– Słu­cham? – Zdu­miona wpa­truję się w męża, który naj­wy­raź­niej domaga się odpo­wie­dzi.

– No to jak będzie?

– Prze­pra­szam, zamy­śli­łam się i zgu­bi­łam wątek.

– Nie masz nic prze­ciwko temu, że wybie­rzemy się na Legię?4 To tylko dwa dni, ósmy i dzie­wiąty kwiet­nia, i – dodaje pospiesz­nie – na kilka godzin5. Wojna…

– Tylko mi tu z wojną nie wyska­kuj! Przy­po­mnę ci, że lekarz zabro­nił mi się dener­wo­wać. Mam na co dzień wojny po uszy. Bied­nie, w stra­chu, jak można tak żyć?! Oby to wszystko wresz­cie się skoń­czyło. Ludzie mówią, że to dobrze, że Stany Zjed­no­czone wypo­wie­działy Niem­com wojnę6, ale czy to coś zmieni? Ame­ry­ka­nie są daleko, Nie­miec za rogiem, a my pośrodku.

Szpi­tal przy ulicy Karo­wej około 1912 roku

– Prze­ko­namy się.

Tadek, pochło­nięty myślami o meczu, naj­wy­raź­niej nie ma ochoty na kon­ty­nu­owa­nie wojen­nych dywa­ga­cji. Zamiast tego opiera się na fotelu, pochyla i kła­dzie dłoń na moim wypu­kłym brzu­chu. Jego dotyk spra­wia, że dziecko poru­sza się gwał­tow­nie i jesz­cze dotkli­wiej odczu­wam ból, jaki mi to spra­wia.

Tak bar­dzo lubię te czułe gesty i słod­kie słowa, tak mocno kocham mojego męża. I oczy­wi­ście nie mogę się docze­kać naro­dzin naszego pier­wo­rod­nego dziecka. Czuję się jak kwoka wysia­du­jąca jajko. Tadek uparł się, że poród powi­nien ode­brać jego przy­ja­ciel, lekarz ze szpi­tala przy ulicy Karo­wej7, ale ja chyba wola­ła­bym uro­dzić w domu, tak jak moja matka, babka i pra­babka. Myślę, że byłoby to mniej krę­pu­jące niż poród „w miej­scu publicz­nym”, jak mawia nasza poczciwa Mary­sia, krzy­wiąc się z obrzy­dze­niem. Mimo wysił­ków i cią­głego tłu­ma­cze­nia, czym jest miej­sce publiczne, nasza gospo­sia ma swoją wizję i defi­ni­cję tego poję­cia, zapewne koja­rząc je z czymś nie­przy­zwo­itym.

– O, znowu kopie! Mówię ci, rośnie nam spor­to­wiec! Już nie mogę się docze­kać, jak poko­piemy z syn­kiem piłkę. Tyle rze­czy mam mu do poka­za­nia, do naucze­nia.

– A może będzie dziew­czynka?

– Nie, nie! – Mąż zacho­wuje się, jakby pozja­dał wszyst­kie rozumy albo mógł zaj­rzeć w szklaną kulę i prze­wi­dzieć przy­szłość.

– A niby skąd ta pew­ność?

– Czuję to w kościach.

– Ty i twoje prze­czu­cia – fukam obu­rzona. – W Wielki Pią­tek miało nie padać, bo tak czu­łeś w kościach, i co? Wra­ca­jąc z kościoła, zmo­kli­śmy jak dwie kury! I to tyle w tema­cie two­ich prze­czuć.

– Z ostat­niego kościoła.

– A co za róż­nica? Tak czy owak zmo­kłam.

– A kto się uparł, żeby zwie­dzać groby?

– Mój drogi, odwie­dza­nie Grobu Pań­skiego to tra­dy­cja, z któ­rej nie potra­fię zre­zy­gno­wać. Co roku wyglą­dają ina­czej.

– Tak, tak, tra­dy­cja waż­niej­sza od zdro­wia.

– Nie prze­sa­dzaj!

– Całe szczę­ście, że nie wpa­dłaś na pomysł, żeby kwe­sto­wać. Jesz­cze tego by bra­ko­wało!

– A żebyś wie­dział, że o tym myśla­łam.

Kła­mię jak z nut. W końcu wrzu­ce­nie paru gro­szy do skar­bony to jedno, a cho­dze­nie z nią godzi­nami mię­dzy ludźmi i nama­wia­nie, by wsparli szczytny cel, to zupeł­nie co innego. Ni­gdy w życiu bym się nie zdo­była na coś takiego. Gdy­bym wtedy wie­działa, co zgo­tuje nam los i jak bar­dzo zakpi z moich posta­no­wień…

– A może żal ci było, że nie spo­tkasz zna­jo­mych i nie będziesz mogła się zapre­zen­to­wać w nowej sukience? – Tadek kle­pie się z zado­wo­le­niem po udach. – No, kocha­nie, przy­znaj się!

– Tak, zwłasz­cza w sukience, która wygląda jak wielka jurta, gdzie mogła­bym pomie­ścić rodzinę suł­tana. – Wzru­szam ramio­nami.

– Ślicz­nie wyglą­dasz! Powta­rzam ci to codzien­nie. – Tade­usz, obda­rzyw­szy mnie kom­ple­men­tem, pospiesz­nie zmie­nia temat. – To co, kocha­nie? Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic prze­ciwko temu, że wysko­czę na mecz?

– Bo ja wiem. – Prze­cią­gam ostat­nie słowo i teatral­nie wydy­mam usta. – Skoro tak bar­dzo ci zależy, ale naj­pierw musiał­byś…

– Syl­wu­niu8.

– Tylko mi tu nie syl­wu­niuj – udaję obu­rze­nie. – Myśla­łam w pią­tek, że przez te twoje prze­ko­na­nia się prze­zię­bię! A wiesz, że w moim sta­nie to bar­dzo nie­bez­pieczne.

– Kocha­nie ty moje, cze­piasz się dro­bia­zgów. Na szczę­ście jed­nak się nie roz­cho­ro­wa­łaś.

– Ale mogłam! – upie­ram się.

– Ni­gdy bym na to nie pozwo­lił. Chcia­łem ci dać mój szal, ale odmó­wi­łaś.

– No pro­szę, czyli to moja wina! A nie pomy­śla­łeś, jak bym wyglą­dała w zie­lo­nej sukni i bia­łym szalu? Już i tak led­wie się toczę.

– Oczy­wi­ście, Myszko, co ludzie by powie­dzieli? Z pew­no­ścią wzię­liby cię na języki.

– A żebyś wie­dział!

– Kocha­nie, nie chcę się z tobą sprze­czać, ale ludzie mają swoje zmar­twie­nia i kło­poty i z pew­no­ścią do naj­waż­niej­szych z nich nie należy zesta­wie­nie kolo­rów i tek­stur odzieży pani Pie­trzy­kow­skiej. – Mąż prze­ko­ma­rza się dalej i pochyla nad opar­ciem fotela. Całuje mnie w czu­bek głowy i czule głasz­cze po ple­cach.

Sio­stry Syl­winy, Teo­dora i Włada około 1919 roku

Wzru­szam ramio­nami.

– Przy­po­mnę ci, że nie po to koń­czy­łam szkołę Zyber­kówny9 przy ulicy Pięk­nej w War­sza­wie – ude­rzam w gór­no­lotne tony – i stu­dio­wa­łam na Wydziale Medycz­nym Uni­wer­sy­tetu, żeby…

– Tak, tak, moja żona jest damą i za to cię kocham, aniołku. Lepiej powiedz, czy nie napi­ła­byś się her­baty i nie zja­dła cia­steczka.

– W Wielką Sobotę? – pro­te­stuję nie­zbyt sta­now­czo, bo po praw­dzie mam ogromną ochotę na kaj­ma­kowy mazu­rek upie­czony przez naszą Mary­się.

– W twoim sta­nie Bóg ci wszystko wyba­czy. – Mąż trąca mnie łobu­zer­sko w ramię.

– A przy oka­zji ty też sobie pofol­gu­jesz? – chi­cho­czę i już wiem, że nie oprę się pro­po­zy­cji.

– A żebyś wie­działa.

– Tylko zróbmy tak, żeby Mary­sia nie widziała, że zaja­damy się słod­ko­ściami, bo znowu będzie gde­rać pod nosem.

Mary­sia, nasza pomoc domowa, jest bar­dzo miłą i usłużną dziew­czyną, która nie­stety ma jedną zasad­ni­czą wadę. Gło­śno komen­tuje wszystko, co jej się nie podoba albo wykra­cza poza jej sche­maty myśle­nia i dzia­ła­nia, oraz to, co w ramach tra­dy­cji i sys­temu war­to­ści wynio­sła z domu, a co nie zawsze kore­luje z naszym poglą­dem na życie.

Jej nara­sta­jące nie­za­do­wo­le­nie jest wprost pro­por­cjo­nalne do mojej zaawan­so­wa­nej ciąży i jesz­cze się nasi­liło w tym świą­tecz­nym cza­sie. Mimo że nie spo­dzie­wamy się gości, a na nie­dzielne wiel­ka­nocne śnia­da­nie jeste­śmy zapro­szeni do rodzi­ców, i nas dopadł przed­świą­teczny stres, podob­nie jak pół mia­sta.

War­sza­wiacy zacho­wują się, jakby nie jedli od tygo­dni, a ugi­na­jące się pod cię­ża­rem potraw stoły mogły być zba­wie­niem dla ciał i dusz. Myślę, że dla wielu to miła odskocz­nia od życia na kart­kach i wiecz­nych ogra­ni­czeń. Plac Alek­san­dra10, przy któ­rym mieszka moja ser­deczna przy­ja­ciółka Hela, a którą odwie­dzi­łam w miniony ponie­dzia­łek, zmie­nił się w istny ul. Ludzie bie­gają wte i wewte, kupują buksz­pan do ozda­bia­nia koszy­ków, wiel­kie droż­dżowe baby i mazurki we wszel­kich moż­li­wych posta­ciach i sma­kach. Ci zamoż­niejsi zaopa­trują się w sma­ko­łyki w ele­ganc­kich cukier­niach kuszą­cych słod­ko­ściami, pier­ni­kami, dom­kami szwaj­car­skimi z cze­ko­lady i ska­łami z lodo­wego cukru.

W tym roku posta­no­wi­łam nie ule­gać sza­leń­stwu, ale i tak udzie­liła mi się przed­świą­teczna ner­wo­wość. Posła­łam gospo­się po mięso i szynkę na tar­go­wi­sko przy Żela­znej Bra­mie, Tadka na Bródno po świeże jaja i kapłona oraz do cukierni na Sta­rym Mie­ście po cukro­wego baranka. Helę zobo­wią­za­łam do przy­ozdo­bie­nia kosza na świę­conkę, choć do dziś wielu War­sza­wia­ków nosi ją do kościoła na taler­zach.

W kuchni od kilku dni huczy ogień pod płytą, a aro­mat wani­lii nie­sie się po miesz­ka­niu. Przy­go­to­wu­jemy tyle, że zasta­na­wiam się, kto to wszystko zje.

Dziecko we mnie rośnie jak na droż­dżach i roz­py­cha się tak, że co rusz muszę bie­gać do ubi­ka­cji i nie­mal zupeł­nie ode­chciało mi się jeść. Mam wra­że­nie, że każdy naj­mniej­szy kęs staje mi w gar­dle.

Ale skoro taka tra­dy­cja, nie potra­fię wyobra­zić sobie świąt ina­czej.

Żałuję tylko, że nie mamy lodu, jak co nie­któ­rzy w piw­nicz­kach dwor­ków i pała­ców, by prze­cho­wać resztki potraw. Dla­tego zobo­wią­za­łam Mary­się, żeby wszystko, czego nie zdo­łamy zjeść, roz­dała ubo­gim z naszej kamie­nicy. Choć tyle możemy zro­bić dla tych nie­szczę­śni­ków. Nie jeste­śmy boga­czami, ale stać nas na to, by od czasu do czasu podzie­lić się z innymi tym, co mamy.

Miesz­kamy w cen­trum War­szawy w nowej, wybu­do­wa­nej zale­d­wie trzy lata temu kamie­nicy przy ulicy Mie­dzia­nej 4. To piękny, nowo­cze­sny budy­nek z bal­ko­nami i spo­rymi oknami, dzięki któ­rym pokoje są widne, a słońce wpada przez szy­deł­kowe zasłonki już około połu­dnia. Nasze miesz­ka­nie na dru­gim pię­trze jest bar­dzo ustawne, nie­wielki bal­kon wycho­dzący na ulicę bar­dzo mnie cie­szy. Lubię, zwłasz­cza teraz, w moim sta­nie, prze­sia­dy­wać na nim i przy­glą­dać się prze­chod­niom.

Mamy dwa wygodne, cał­kiem spore pokoje i małą służ­bówkę tuż za drzwiami wej­ścio­wymi. Kuch­nia nie jest zbyt duża, za to wypo­sa­żona w nowo­cze­sny poły­sku­jący piec żeliwny opa­lany drew­nem i węglem. Mie­ści też spory kre­dens i prak­tyczny stół do przy­go­to­wy­wa­nia jedze­nia, przy któ­rym jada Mary­sia. Zasta­na­wiam się tylko, jak będzie nam się żyło, gdy na świe­cie pojawi się dzie­ciątko.

Tade­usz jest tak pochło­nięty pracą, że naj­chęt­niej by z niej nie wycho­dził. Wszystko go inte­re­suje, szcze­gól­nie wszel­kie nowinki tech­niczne, tak że gdyby mógł być w dwóch miej­scach naraz, byłby naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem na Ziemi. Mam nadzieję, że po naro­dzi­nach dziecka nie zatraci się w zawo­do­wych spra­wach pod pre­tek­stem, że musi zapew­nić nam godne życie.

Na dłuż­szą metę nie znio­sła­bym takiej samot­no­ści i jego nie­obec­no­ści. I tak dla maleń­stwa poświę­ci­łam wiele. Rzu­ce­nie stu­diów było trudną, ale i jedyną słuszną decy­zją. Nie po to pla­nu­jemy powięk­sze­nie rodziny, by nie spę­dzać czasu z dziećmi – ufam bowiem, że będzie ich wię­cej. Nikt nie ukształ­tuje i nie wychowa potomka tak jak matka. I nie ma zna­cze­nia, jak dobra bona nam się trafi, do jak zna­ko­mi­tej szkoły dziecko będzie uczęsz­czać. Wycho­wa­nie zaczyna się od pierw­szych mie­sięcy w domu i nic nie zmieni mojej opi­nii na ten temat. Obec­ność rodzi­ców w życiu dziecka jest sprawą naj­waż­niej­szą. A że Tadek zara­bia zno­śnie, nie mam wąt­pli­wo­ści, że doko­na­łam wła­ści­wego wyboru.

2

Słońce roz­bły­sło na nie­bie tuż przed piątą, zapo­wia­da­jąc piękny dzień. Mam za sobą kolejną nie­prze­spaną noc. Prze­wra­ca­łam się w łóżku z boku na bok, wszystko mnie draż­niło i uwie­rało. W dodatku dło­nie i stopy spu­chły mi tak, że palce przy­po­mi­nają ser­delki, a wło­że­nie butów stało się nie­moż­liwe.

Męczy mnie zgaga. Chcę napić się mleka, więc zwle­kam się z łóżka. Brnę do kuchni boso, wsłu­chu­jąc się w skrzy­pie­nie par­kietu. Teo­re­tycz­nie wiem, która klepka jęk­nie pod moim cię­ża­rem, a jed­nak nie potra­fię po cichu dostać się na drugi koniec miesz­ka­nia. Mam nadzieję, że nie obu­dzę męża, który do późna ślę­czał nad gazetą. Naj­wy­raź­niej zmę­cze­nie i prze­pra­co­wa­nie wyna­gra­dza sobie dłu­gimi samot­nymi wie­czo­rami, któ­rych nie mam odwagi zabu­rzać. Nic dziw­nego, że musi ode­spać wie­czorne godziny, robię więc wszystko, by nie wyrwać go z objęć Mor­fe­usza. Tym bar­dziej że już nie­ba­wem nowo­ro­dek praw­do­po­dob­nie nie pozwoli nam prze­spać spo­koj­nie nocy.

Nim dom się obu­dzi, popra­wiam sto­jące na sto­liczku pod obraz­kiem Matki Boskiej Czę­sto­chow­skiej bute­leczkę z wodą świę­coną i minia­tu­rową cier­niową koronę, przy­nie­sione z kościoła w Wielką Sobotę. Potem zry­wam kartkę z kalen­da­rza wiszą­cego mię­dzy oknami w salo­nie i wpa­truję się w imiona dzi­siej­szych sole­ni­zan­tów, zacho­dząc przy tym w głowę, co powo­duje ludźmi, że nadają dzie­ciom takie imiona. Zastrze­żeń nie budzą Julia i Julian, Janu­ary, Dio­nizy i Emma, ale już Aman­cjusz, Asyn­kryt i Per­pet wywo­łują u mnie wąt­pli­wo­ści. Przez chwilę się zasta­na­wiam, czy Maka­ria to imię dla chłopca, czy dziew­czynki, po czym moje myśli bie­gną ku naszemu małemu Tade­usz­kowi, na pamiątkę po ojcu, albo Helence, po mojej uko­cha­nej stry­jence. Zacho­dzę w głowę, kogo nie­ba­wem powi­tamy na świe­cie.

Oso­bi­ście wola­ła­bym dziew­czynkę, którą mogła­bym stroić i ubie­rać, ale gdy widzę, jak bar­dzo Tadek marzy o synu, zro­bi­ła­bym wszystko, żeby mu go dać. Dla­tego kilka tygo­dni temu w skry­to­ści serca posta­no­wi­łam, że jeśli powiję dziew­czynkę, szybko zajdę w kolejną ciążę, aby speł­nić marze­nie męża.

Lekarz prze­wi­duje, że do porodu zostało mi led­wie kilka dni, i mówi, że ten czas powin­nam spę­dzić na relak­sie i odpo­czynku. Tym­cza­sem nosi mnie po miesz­ka­niu i już nie mogę się docze­kać spo­tka­nia z krew­nymi.

Mary­sia w nie­dzielę ma wolne, a my z dzia­dem i babą pod pachą, czyli droż­dżową babką i mazur­kiem, spę­dzimy ten dzień z teściami, zwień­czymy go zaś spa­ce­rem po wio­sen­nej War­sza­wie. Wypi­cie mleka nie przy­nosi mi ulgi, nie wiem już, co mam z sobą począć.

Się­gam po grubą chu­stę robioną na szy­dełku, owi­jam się nią i ostroż­nie otwie­ram bal­ko­nowe drzwi, zasta­na­wia­jąc się, czy jest na tyle cie­pło, żebym mogła się cie­szyć rześ­kim poran­kiem. O dziwo, aura mi sprzyja i po chwili wtu­lona w poduszki na wikli­no­wym fotelu oddaję się roz­my­śla­niom, obser­wu­jąc pierw­szych zaspa­nych prze­chod­niów.

War­szawa nie­śmiało się budzi. Zmę­czona nie­do­stat­kiem, wojną, wylud­niona i zubo­żała wraca do życia. Klon pod oknem wypusz­cza pierw­sze liście, w doniczce kieł­kują zasa­dzone jesie­nią żółte kro­kusy, wró­ble prze­krzy­kują się w krze­wach. Lubię tę porę roku, bo wraz z nią rodzi się nadzieja. Dni stają się dłuż­sze i siłą rze­czy czło­wiek ma wię­cej zapału do pracy.

Ogar­nia mnie dziwny nie­po­kój. Robi mi się na prze­mian to zimno, to gorąco, czuję się słaba, oble­wają mnie zimne poty, dresz­cze wstrzą­sają cia­łem. Usi­łuję nie pani­ko­wać, ale jestem nie­mal pewna, że dopada mnie prze­zię­bie­nie. Aku­rat tego mi trzeba!

Ści­ślej okry­wam się chu­stą i ocię­żale dźwi­gam się z fotela. Pro­stuję ścierp­nięty krę­go­słup, odchy­la­jąc się w tył, i w tym momen­cie czuję, jakby coś we mnie pękło i chlu­snęło cie­płą cie­czą pod nogi. Jed­nak pani­kuję i co sił w płu­cach wrzesz­czę:

– Tade­usz! Tade­usz!

Mąż oczy­wi­ście śpi jak zabity w pokoju i nie sły­szy mojego woła­nia, a ja nie wiem, co robić. Naj­wy­raź­niej prak­tycz­ność bie­rze górę, bo przede wszyst­kim myślę sobie, że jeśli wejdę do miesz­ka­nia, to zabru­dzę nowy dywan i zachla­pię dębowy par­kiet. Ponadto oba­wiam się, że ruch może spra­wić, że dziecko nie­spo­dzie­wa­nie ze mnie wypad­nie. Nie wiem, ile dokład­nie mam czasu do wła­ści­wego porodu, ale wresz­cie się domy­ślam, że wła­śnie zaczęło się coś, co nasze matki trzy­mają w tajem­nicy i o czym mówią ści­szo­nymi gło­sami jak o naj­święt­szym sakra­men­cie. Gdy­byż miały odwagę przy­go­to­wać nas, młode kobiety, do tego, co nas czeka i przez co każda musi przejść, z pew­no­ścią byłoby nam łatwiej i nie były­by­śmy tak prze­stra­szone!

Na szczę­ście moje woła­nie sły­szy Mary­sia krzą­ta­jąca się w kuchni i przy­go­to­wu­jąca koszyk z pie­czy­stym, które mamy ze sobą zabrać do teściów, a raczej mie­li­śmy zabrać. Oba­wiam się, że wła­śnie skoń­czył się dla nas czas świę­to­wa­nia i oto wkra­czam w nową erę macie­rzyń­stwa.

– Pani wołała?

– A… – Zwi­jam się z bólu. Nie­spo­dzie­wa­nie bie­rze mnie we wła­da­nie skurcz. Czuję, jakby ogromny wąż owi­nął mi się wokół talii i ści­skał tak, że do oczu napły­wają łzy. Chce mi się pła­kać. Nie tego się spo­dzie­wa­łam. Nie takiego bólu, prze­ra­że­nia, bez­rad­no­ści.

Tym­cza­sem Mary­sia krzy­czy wnie­bo­głosy, tak że sły­szą ją prze­chod­nie, któ­rzy z zacie­ka­wie­niem zadzie­rają głowy.

– Pani rodzi! Ratunku! Pani rodzi!

– Mary­siu, uspo­kój się – wydu­szam z sie­bie mię­dzy kolej­nymi skur­czami.

– Rodzi! Dziecko się rodzi! – drze się Mary­sia, jakby oznaj­miała światu, że nad­cho­dzi nasz Zba­wi­ciel.

– Bła­gam, prze­stań.

– Ratunku! Co teraz? Co robić?

– Cicho bądź! – usi­łuję ją ofuk­nąć, ale z moich ust dobywa się led­wie sły­szalny jęk.

Opa­dam na fotel i pró­buję zebrać myśli. Wresz­cie poja­wia się zaspany Tade­usz, do któ­rego powoli dociera powaga sytu­acji. Bled­nie, oczy robią mu się coraz więk­sze i patrzy na mnie z nie­do­wie­rza­niem, zupeł­nie jakby nie poj­mo­wał, że każda ciąża koń­czy się poro­dem.

– Ty rodzisz?

– Nie chce być ina­czej – jęczę z tru­dem, trzy­ma­jąc się za brzuch.

– Teraz?

– Tak, teraz! – dener­wuję się.

– Ale już?!

– Tak, do cho­lery cięż­kiej! Teraz, już, Tadek, ja rodzę!

– Ale dok­tor mówił, że jesz­cze czas! – Ner­wowo prze­stę­puje z nogi na nogę i trze ręką czoło, na któ­rym wystą­piły pierw­sze kro­ple potu.

– Naj­wy­raź­niej się pomy­lił!

– O Boże! Nic ci nie jest? – zadaje naj­głup­sze moż­liwe pyta­nie.

– Zrób coś! A, jak boli!

– Ale co mam zro­bić? Co robić?

– Pani, posta­wię wodę na ogniu.

Nie do końca poj­muję, dla­czego gdy kobieta rodzi, naj­waż­niej­sze wydaje się zago­to­wa­nie litrów wody, ale nie pro­te­stuję w nadziei, że przy­naj­mniej pozbędę się roz­hi­ste­ry­zo­wa­nej gosposi.

– Tak, tak, woda! – Tade­usz plą­cze się, jąka i despe­racko chwyta cze­go­kol­wiek, byle odda­lić od sie­bie myśl, że oto za chwilę powiję nasze pier­wo­rodne dziecko.

– Daj­cie spo­kój z wodą! Wezwij­cie leka­rza!

– W święta? – Mąż patrzy na mnie, jak­bym postra­dała rozum.

– Tak! Prze­cież nie będę cze­kać kilku dni, skoro dziecko pcha się na świat.

– Ale nie wypada. – Mary­sia poja­wia się w drzwiach ze świa­tłym komen­ta­rzem i wyba­łu­sza na mnie oczy.

– Leć po dok­tora – zde­spe­ro­wana wydaję pole­ce­nie. – Jeśli nie będzie mógł przyjść, niech ci powie, po kogo posłać.

– Ale ja nie wiem, czy tra­fię!

{: ._idGenObjectAttribute-1} Tade­usz Pie­trzy­kow­ski, 1918 rok

– Tra­fisz! Prze­cież byłaś ze mną u niego dwa razy. I uspo­kój się wresz­cie. Oczy­wi­ście masz iść do miesz­ka­nia, a nie do szpi­tala. Dok­tor zapew­niał, że o każ­dej porze dnia i nocy możemy liczyć na jego pomoc.

– Ale w święta? – Mary­sia cią­gle się waha.

– Do jasnej cia­snej, ruszysz się wresz­cie czy mam pójść sama?

Tade­usz, pod­trzy­mu­jąc mnie i trak­tu­jąc z taką deli­kat­no­ścią, jak­bym była nad­tłu­czo­nym jaj­kiem, pomaga mi przejść z bal­konu do salonu i usi­łuje usa­do­wić na oto­ma­nie, na co gwał­tow­nie pro­te­stuję.

Tade­usz Pie­trzy­kow­ski, pierw­szy z lewej

– Nie, nie, zapro­wadź mnie do sypialni. Jesz­cze tu wszystko zabru­dzę. Tak będzie lepiej i wygod­niej.

– Moim zda­niem powin­naś jechać do szpi­tala.

– W tym sta­nie nawet nie zejdę po scho­dach!

I tak od słowa do słowa trwa jałowa dys­ku­sja. On upiera się, że szpi­tal to naj­lep­sze roz­wią­za­nie, Mary­sia wzdraga się przed prze­ry­wa­niem świą­tecz­nego poranka rodzi­nie dok­tora, a ja… rodzę! Chcia­ła­bym, żeby mama była przy mnie, ale jak na złość wyje­chała do ciotki do Anto­nina.

Po nie­skoń­cze­nie dłu­gim cza­sie zamiast naszego zaufa­nego leka­rza w drzwiach poja­wia się oku­tana chu­stą sta­ro­wina, która bar­dziej przy­po­mina mi złą cza­row­nicę niż aku­szerkę. Jakież są moje zdzi­wie­nie i ulga, gdy po zsu­nię­ciu czar­nej poła­ta­nej szmaty uka­zuje się prze­miła kobie­cina w śred­nim wieku, która jest tak wyro­zu­miała, tro­skliwa i pomocna, że zdej­muje ze mnie pierw­szy strach.

Mimo jej słów otu­chy, umie­jęt­nego masażu ple­ców i stóp, obma­cy­wa­nia brzu­cha i nasłu­chi­wa­nia, zapew­nień, że wszystko prze­biega zgod­nie z pla­nem i nie powin­nam się mar­twić… poród cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność.

Wresz­cie pod wie­czór poja­wia się wrzesz­czący wnie­bo­głosy, czer­wony, pokryty mazią nasz pier­wo­rodny. Tade­usz.

Prze­peł­niają mnie duma i szczę­ście.

Naresz­cie jeste­śmy rodziną z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Zosta­łam mamą, dałam Tade­uszowi upra­gnio­nego syna, Tade­usza Juniora.

Jestem wykoń­czona, lecz speł­niona i pełna wiary, że przed nami cudowne, szczę­śliwe życie.

Tade­usz Pie­trzy­kow­ski, 1920 rok

3

Dzieci zmie­niają naszą codzien­ność.

Jest gwarno, rado­śnie, Tade­uszek roz­wija się, rośnie jak sza­lony, zdrowo się chowa. A 16 lutego 1922 roku obda­rzy­li­śmy go bra­tem Juliu­szem.

Nasze dotych­cza­sowe miesz­ka­nie pękało w szwach i trudno nam było się w nim pomie­ścić, Tade­usz zna­lazł więc dla nas więk­sze, pię­cio­po­ko­jowe lokum w kamie­nicy przy ulicy Koszy­ko­wej. W pełni możemy czer­pać radość z nowego miej­sca, tym głęb­szą, że naresz­cie oddy­chamy pełną pier­sią w wol­nym kraju!

Cie­szymy się pol­sko­ścią i wszyst­kim, co z nią zwią­zane.

Moi bra­cia, Mar­cjan i Irek, odwie­dzają nas regu­lar­nie. Zabro­ni­łam roz­mów o poli­tyce i trud­nych spra­wach w trak­cie obia­dów, ale zaraz po nich, zapa­da­jąc się w wygod­nych fote­lach, snują opo­wie­ści, co ich spo­tkało na fron­cie, przy­ta­czają co rusz nowe histo­rie o tym, jak to dziel­nie wal­czyli pod­czas wojny. Wtedy jesz­cze nie wiemy, że pod­czas pierw­szej wojny, a druga czai się tuż za pro­giem. W legendy obra­sta wszystko, co widzieli, tak że nawet mały Tade­uszek, zasłu­chany i zapa­trzony w wujów z otwar­tymi ustami, marzy o karie­rze w sze­re­gach armii. Podej­rze­wam, że połowa tego jest wyssana z palca albo znacz­nie wyol­brzy­miona, jed­nak Tadek słu­cha wujów z prze­ję­ciem i z tym więk­szym zachwy­tem, gdy puszą się dum­nie wbici w mun­dury i pozwa­lają mu bawić się orde­rami.

A ja mam nadzieję, że los nie zgo­tuje nam kolej­nej wojny i syno­wie nie będą nara­żeni na pobyt w oko­pach, na życie prze­peł­nione stra­chem, bólem i gło­dem.

Póki co Tadka zapi­sa­li­śmy do gim­na­zjum Zamoy­skiego11 przy ulicy Smol­nej. Wcze­śniej­sza szkoła na rogu Polnej i Jawo­rzyń­skiej12, do któ­rej posła­li­śmy go za namową sąsia­dów w wieku sze­ściu lat, oka­zała się fatal­nym wybo­rem. Nie dość, że była daleko, to w dodatku synek po dro­dze do niej musiał poko­nać kilka dużych skrzy­żo­wań, co wyda­wało się nam bar­dzo nie­bez­pieczne.

Teraz mąż, idąc do pracy, odpro­wa­dza Tadzia pod drzwi szkoły, a synek po zakoń­cze­niu lek­cji sam wraca do domu. Co też nie­rzadko przy­pra­wia mnie o ból głowy, bo nasz cie­kaw­ski chło­piec, zafa­scy­no­wany a to samo­cho­dami, a to końmi, zatrzy­muje się przy postoju doro­żek, zaga­duje woź­ni­ców, ogląda wystawy skle­pów albo zwy­czaj­nie bawi się z jakimś bez­pań­skim kotem czy psem. Zazwy­czaj poja­wia się w domu spóź­niony, pod­eks­cy­to­wany, z nowymi opo­wiast­kami. Po obie­dzie znika w swoim pokoju, by ryso­wać, malo­wać, szki­co­wać albo pochła­niać kolejne książki.

Wszystko go inte­re­suje, wszę­dzie wtyka nos i tylko prosi się o kło­poty. Dziś na przy­kład zosta­li­śmy wezwani na dywa­nik do szkoły i spo­dzie­wam się naj­gor­szego. Co tym razem zma­lo­wał Tade­uszek? Nie mam poję­cia. Zawsze układny, miły, ale też psotny nie pozwala nam się nudzić ani nawet zaznać spo­koju. Jest jed­nak bar­dzo pil­nym uczniem, któ­rego trudno ode­rwać od pod­ręcz­ni­ków i ksią­żek, zwłasz­cza tych trak­tu­ją­cych o histo­rii i przy­ro­dzie. Po cichu marzę sobie, że może zosta­nie leka­rzem, ale oczy­wi­ście nie wypo­wia­dam tego życze­nia na głos, bojąc się zape­szyć.

Teściowa twier­dzi, że mój mąż był taki sam i mam się nie przej­mo­wać, bo synek wyro­śnie z figli. Nie­stety nie jest w sta­nie udzie­lić odpo­wie­dzi na pyta­nie kiedy. Nim obaj chłopcy skoń­czą szkołę, będę siwa jak gołą­bek.

Z dru­giej strony lubię ich ener­gię i atmos­ferę panu­jącą w domu, a ich cie­ka­wość świata i roz­liczne pyta­nia spra­wiają, że sama staję się go bar­dziej cie­kawa.

Jak na złość aku­rat dzi­siaj byłam umó­wiona z Helą, by pobu­szo­wać w skle­pach w poszu­ki­wa­niu let­niej sukienki. Za dwa tygo­dnie wybie­ramy się na ślub mojej sio­stry i chcia­ła­bym zapre­zen­to­wać się jak naj­le­piej. Nie mam odwagi wystą­pić w jed­nej z tych mod­nych krót­kich sukie­nek obszy­tych frędz­lami i ceki­nami, ale marzy mi się mała czarna w stylu Coco Cha­nel13 w połą­cze­niu z dłu­gimi ręka­wicz­kami i sznu­rem pereł. Nasza rodzinna suk­nia ślubna prze­ka­zy­wana jest z poko­le­nia na poko­le­nie. Ślu­bo­wała w niej bab­cia, matka przy­się­gała w niej wier­ność ojcu, ja obie­cy­wa­łam Tade­uszowi dozgonną miłość, a teraz sio­stra, posze­rzyw­szy ją jedwab­nymi kli­nami, sta­nie w niej na ślub­nym kobiercu.

Lubię te nasze rodzinne tra­dy­cje. Koły­ski, śpioszki, drew­niane zabawki krą­żące po rodzi­nie. Mamy poczu­cie, że nic się nie mar­nuje, że dzie­limy się wszyst­kim i się wspie­ramy. Ponadto to ogromna oszczęd­ność środ­ków i sta­rań, dzieci prze­cież tak szybko ze wszyst­kiego wyra­stają.

W szkole pach­ną­cej pastą do pole­ro­wa­nia pod­łóg panuje zło­wroga cisza, w któ­rej skrzy­pie­nie butów na posadzce wydaje się jesz­cze dono­śniej­sze i bar­dziej dokucz­liwe. Tylko od czasu do czasu dociera do nas pod­nie­siony głos jed­nego z pro­fe­so­rów, który z werwą tłu­ma­czy dzia­twie mate­ma­tyczne zawi­ło­ści, co rusz zży­ma­jąc się, że ta nie potrafi nauczyć się tabliczki mno­że­nia.

Jakież jest nasze zdu­mie­nie, gdy zamiast do gabi­netu dyrek­tora tra­fiamy przed obli­cze nauczy­ciela pla­styki. Zacho­dzę w głowę, co mogło się wyda­rzyć na ulu­bio­nych lek­cjach Tade­usza. Mam nadzieję, że nie popeł­nił kary­ka­tury któ­re­goś z nauczy­cieli. Z pew­no­ścią zaś nie zakła­dam, że usły­szę coś takiego:

– Jest mi nie­zmier­nie przy­kro, że pań­stwa faty­go­wa­łem, ale wyda­rzyło się coś bar­dzo nie­przy­jem­nego.

Pro­fe­sor, niski, kości­sty, z oku­la­rami led­wie się trzy­ma­ją­cymi na czubku nosa, z zegar­mi­strzow­ską pre­cy­zją ostroż­nie wyj­muje z teczki rysu­nek przed­sta­wia­jący galo­pu­ją­cego konia z jeźdź­cem.

– Tak?

Z cie­ka­wo­ścią pochy­lamy się z mężem nad dzie­łem, ana­li­zu­jąc jego detale, i po chwili zasko­czeni wypa­lamy jed­no­cze­śnie:

– Prze­pra­szam, ale nie rozu­miem, w czym rzecz. – Tade­usz się pro­stuje.

– O co cho­dzi? – Chwy­tam kartkę i przy­glą­dam się rysun­kowi z bli­ska, by wresz­cie ponow­nie poło­żyć go na teczce.

– Pro­szę spoj­rzeć.

Pro­fe­sor pod­tyka nam rysu­nek pod nos.

Przy­glą­dam się szki­cowi, nie poj­mu­jąc, co z nim jest nie tak i co tak wzbu­rzyło wykła­dowcę. Koń ma cztery nogi, roz­wianą grzywę i długi powie­wa­jący na wie­trze ogon, jeź­dziec w orien­tal­nym stroju spo­gląda przed sie­bie, wyma­chu­jąc szam­szi­rem. Rysu­nek jest piękny. Oddaje ruch, emo­cje, z przy­jem­no­ścią opra­wi­ła­bym go i powie­siła na ścia­nie.

– Prze­pra­szam, ale nie wiem, w czym pro­blem – mówię nie­pew­nie, wpa­tru­jąc się w nauczy­ciela.

– Tade­usz twier­dzi, że sam go nary­so­wał – pada oskar­że­nie.

Na­dal nie dociera do mnie powaga sytu­acji. Widzia­łam nie­je­den malu­nek syna i za każ­dym razem zacho­dzę w głowę, po kim odzie­dzi­czył talent.

– Jeśli tak mówi, to z pew­no­ścią tak jest. – Mąż wzru­sza ramio­nami, naj­wy­raź­niej uwa­ża­jąc roz­mowę za bez­przed­mio­tową.

– Oba­wiam się, że się pań­stwo mylą. Ni­gdy nie widzia­łem, żeby dzie­wię­cio­la­tek, dzie­się­cio­la­tek, ba, pięt­na­sto­la­tek nary­so­wał coś podob­nego.

– Syn pięk­nie rysuje, więc mnie to nie dziwi.

– Ależ pro­szę pań­stwa, skąd niby taka kon­cep­cja? Koń i jeź­dziec jak z obra­zów Matejki.

– Byli­śmy z Tade­uszem w kinie na Ben Hurze14, zapewne stąd czer­pał inspi­ra­cję. – Tade­usz coraz bar­dziej się nie­cier­pliwi. – Czy pan o coś podej­rzewa naszego syna? – W jego gło­sie pobrzmiewa iry­ta­cja.

– Szcze­rze mówiąc, popro­si­łem pań­stwa o przy­by­cie, bo chcia­łem się upew­nić, że mło­demu czło­wie­kowi nikt nie poma­gał.

– Zapew­niam pana, że nie! – mówi mąż dobit­nie. – Ani ja, ani żona, mimo szcze­rych chęci, nie mamy takich umie­jęt­no­ści.

– A może syn spo­tyka się z kimś, kto…

– Co pan insy­nu­uje?

– Nie śmiał­bym! – Czło­wie­czek kur­czy się w sobie, oku­lary zsu­wają mu się jesz­cze niżej na nosie.

– Po co więc to całe zamie­sza­nie?

– Naj­moc­niej pań­stwa prze­pra­szam – sumi­tuje się. – Może nie­po­trzeb­nie ule­głem emo­cjom…

– Naj­wy­raź­niej!

– Ale jak żyję, Bóg mi świad­kiem, nie spo­tka­łem tak uta­len­to­wa­nego mło­dego czło­wieka. A nie­jedno już widzia­łem! Mają pań­stwo perłę! Dia­ment! To po pro­stu nie­by­wałe!

– Miło nam to sły­szeć. – Gwał­tow­nie scho­dzi ze mnie napię­cie, a zastę­pują je duma i zado­wo­le­nie.

– To nowy Kos­sak! – wykrzy­kuje pro­fe­sor z eks­cy­ta­cją. – Pro­szę nie zmar­no­wać tego talentu. Muszą pań­stwo wie­dzieć, że ten dia­ment trzeba tylko szli­fo­wać! – Zapo­wie­trza się i powta­rza: – Tak, szli­fo­wać!

– Bar­dzo dzię­ku­jemy za te słowa, to wiele dla nas zna­czy. Jed­nak na­dal nie rozu­miem, po co nas pan wzy­wał. – Mąż sięga po kape­lusz, dając do zro­zu­mie­nia, że pora koń­czyć spo­tka­nie.

– Kocha­nie, pan chciał być dla nas miły.

– Tak, tak, chcia­łem jak naj­le­piej, choć pew­nie nie­po­trzeb­nie nara­zi­łem pań­stwa na nerwy. Naj­moc­niej prze­pra­szam. Nie mogę dać wiary, że wśród moich uczniów poja­wił się chło­piec z takimi umie­jęt­no­ściami.

– Jesz­cze raz dzię­ku­jemy za uzna­nie.

Tade­usz wstaje, podaje nauczy­cie­lowi rękę i żegna się pospiesz­nie zapewne w oba­wie, że zaleje nas pro­fe­sor­ski sło­wo­tok prze­pla­tany achami i ochami, pod­szyty z jed­nej strony nie­do­wie­rza­niem, a z dru­giej zakli­na­niem.

– Pro­szę obie­cać, że wezmą sobie pań­stwo do serca moje słowa i nie pozwolą, by syn zmar­no­wał talent.

– To aku­rat możemy zro­bić. – Uśmie­cham się pro­mien­nie.

– Tak, tak – zga­dza się mąż. – Bar­dzo prze­pra­szam, ale zro­biło się późno i muszę wra­cać do pracy.

– Miło usły­szeć od kogoś, kto na co dzień zaj­muje się sztuką i edu­ka­cją mło­dych ludzi, że nasz syn jest wyjąt­kowo uzdol­niony – mówię polu­bow­nie, robiąc długi krok w stronę drzwi. – Zapew­niam pana, że wspie­ramy i będziemy wspie­rać wszyst­kie jego pasje i zain­te­re­so­wa­nia. O to może być pan spo­kojny.

Wycho­dzimy ze szkoły roz­ga­dani i nieco roz­ba­wieni całą sytu­acją. W miesz­ka­niu czeka na nas Tade­usz, rów­nie zanie­po­ko­jony jak my przed wyj­ściem. Jestem pewna, że po wie­le­kroć zro­bił rachu­nek sumie­nia, zasta­na­wia­jąc się, co mają mu do zarzu­ce­nia nauczy­ciele.

– Mówi­łam ci, że to nie­od­po­wiedni film! – Śmieję się w głos. – I masz za swoje. Zachciało mu się ryso­wać wojow­ni­ków.

– Jasny gwint! – Tadek nie jest jed­nak w tak pogod­nym nastroju jak ja. – Naprawdę się dener­wo­wa­łem. W końcu chłopcy mają prze­dziwne pomy­sły.

– Tak, tak – zga­dzam się potul­nie. – Bije­cie się po kątach, łobu­zu­je­cie, robi­cie głu­pie dow­cipy i nadmu­chu­je­cie żaby.

– O to aku­rat Tadka nie posą­dzam.

– Nasz miło­śnik zwie­rząt by tego nie zro­bił, to prawda. A wiesz, że ostat­nio zwie­rzył mi się, że jak doro­śnie, założy ogród zoo­lo­giczny?

– Jesz­cze tego bra­ko­wało! – Mąż wybu­cha śmie­chem. – Wyobra­żam sobie te wszyst­kie konie, węże, sło­nie i żyrafy… Podej­rze­wam, że musia­ła­byś wszystko koor­dy­no­wać, skoro jego samego trzeba stale zaga­niać do porząd­ków. Nie wydaje mi się, żeby nasi chłopcy byli wytrwali w takich pra­cach. Jakoś nie mogę sobie wyobra­zić Tadka pcha­ją­cego taczkę z gno­jem.

Śmie­jemy się i usta­lamy, że w naj­bliż­szą sobotę wybie­rzemy się na targ koń­ski pod mia­stem albo na targ rybny do Hali Mirow­skiej, choć z powodu zapa­chów wola­ła­bym je omi­jać sze­ro­kim łukiem.

Dla synów to jed­nak wielka frajda, a cze­góż czło­wiek nie robi dla dzieci, mimo że, szcze­rze mówiąc, wola­ła­bym posie­dzieć u teściów15 na Gró­jec­kiej. Syno­wie zaprzy­jaź­nili się z chłop­cami po sąsiedzku, całą bandą ganiają po sadzie i wspi­nają się na drzewa. Bawią się w Indian i pio­nie­rów, a z suchych gałęzi i kamieni zgro­ma­dzo­nych w kącie ogrodu zbu­do­wali twier­dzę zwień­czoną flagą z bab­ci­nej ścierki do naczyń.

Prawda jest taka, że w pełni korzy­stamy z uro­ków, jakie ofe­ruje sto­lica. W poszu­ki­wa­niu pary­skiego szyku cho­dzimy na dan­cingi do Oazy, naj­lep­szej restau­ra­cji przy Wierz­bo­wej 9, która już z daleka przy­ciąga wzrok poły­sku­ją­cymi neo­nami, na lody w Ale­jach Jero­zo­lim­skich i na oran­żadę na base­nach Legii. Do Ogrodu Saskiego i na plażę przy Moście Ponia­tow­skiego, do kin i teatrów. Zabie­ramy dzieci do muzeów, na wystawy do Zachęty, do zoo i na róg Ordy­nac­kiej i Okól­nik do cyrku Sta­niew­skich16. Ten czte­ro­pię­trowy kolos, mogący pomie­ścić trzy tysiące ludzi, jest jedną z naj­więk­szych atrak­cji mia­sta, którą uwiel­biają nie tylko dzie­ciaki. Klauni, akro­baci, pocieszne zwie­rzęta, które wbrew natu­rze robią to, czego ocze­kują od nich ludzie, nie wspo­mi­na­jąc o wod­nej are­nie.

Za sprawą zna­jo­mo­ści Tade­usza byli­śmy nawet w Obser­wa­to­rium Astro­no­micz­nym Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, co zro­biło na mnie kolo­salne wra­że­nie, a patrze­nie w gwiazdy nabrało nowego wymiaru.

War­szawa jest zaska­ku­jąca i taka nie­oczy­wi­sta. To mie­szanka blich­tru, ele­gan­cji, bogac­twa i okrop­nej biedy, prze­pla­tana nowin­kami tech­nicz­nymi, tęt­niąca tań­cami. Po zakoń­cze­niu wojny mia­sto roz­kwita jak bukiet tuli­pa­nów wysta­wiony na słońce. Pul­suje życiem, wszę­dzie się buduje i remon­tuje. Do mia­sta ścią­gają nowi miesz­kańcy w nadziei na lep­sze i wygod­niej­sze życie.

Zajezd­nia Elek­trycz­nych Kolei Dojaz­do­wych. Pre­zen­ta­cja linii kole­jo­wej War­szawa–Gro­dzisk i obiek­tów zaple­cza dla spe­cjal­nych gości oraz dzien­ni­ka­rzy, wrze­sień 1927. APW 72/1630. Zbiór foto­gra­fii Zdzi­sława Mar­cin­kow­skiego, sygn. 1910 (Archi­wum Pań­stwowe w War­sza­wie)

Tade­usz wie­czo­rami pusz­cza nam na gra­mo­fo­nie ulu­bio­nego Geo­rge’a Ger­sh­wina, Ordo­nównę… Jaz­zowe nuty wkra­dają się do naszego życia i spra­wiają, że czu­jemy się nowo­cze­śni i wyjąt­kowi.

Mąż co rusz chwyta mnie i przy­ciąga ku sobie, całuje w czu­bek głowy, żeby­śmy po chwili, przy­tu­leni w powol­nym tańcu, mogli zatra­cić się w sobie, gubiąc krok i delek­tu­jąc się każdą wspólną chwilą. Śmie­jemy się, żar­tu­jemy, z rado­ścią patrzymy na dora­sta­jące dzieci, snu­jemy plany na przy­szłość, a wie­czo­rami popi­jamy słodki likier. Jest baj­kowo.

Rodzina Pie­trzy­kow­skich, Syl­wina w środku w czar­nej sukience

4

Jestem prze­ra­żona, zestre­so­wana, nie potra­fię zna­leźć sobie miej­sca. Pamię­tam tamte chwile, jakby dopiero co się wyda­rzyły. Jesz­cze kilka dni temu nic nie zapo­wia­dało nie­szczę­ścia, które teraz mrocz­nym cie­niem kła­dzie się na naszej rodzi­nie.

6 paź­dzier­nika 1927 roku zmarł mój uko­chany, cudowny, tro­skliwy, dobry, opie­kuń­czy mąż. Moja opoka i naj­lep­szy przy­ja­ciel. Czło­wiek, któ­remu ufa­łam naj­bar­dziej na świe­cie, dla któ­rego byłam skłonna poświę­cić wszystko. Męż­czy­zna, który wniósł do mojego życia radość, opty­mizm, poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, spra­wił, że otwo­rzy­łam się na ludzi, pro­wa­dził mnie przez kolejne dni, zapew­nia­jąc wszystko, czego mi było trzeba.

Odszedł uko­chany tata, wielki auto­ry­tet dla synów, któ­rzy pogrą­żeni w smutku nie potra­fią zro­zu­mieć, co wła­ści­wie się stało. Nic nie zapo­wia­dało nie­szczę­ścia.

Jesz­cze 25 wrze­śnia, wystro­jeni i szczę­śliwi, byli­śmy na otwar­ciu Domu Kole­ja­rza17. Co prawda pod­czas ban­kietu Tade­usz skar­żył się na ból głowy, ale sądzi­łam, że to z pew­no­ścią przez nagłą zmianę pogody i ciśnie­nia nie czuje się naj­le­piej. Wymknę­li­śmy się z uro­czy­sto­ści i wró­ci­li­śmy do domu wcze­śniej, niż pla­no­wa­li­śmy.

Mąż poło­żył się do łóżka bez kola­cji, zapew­nia­jąc, że nie jest głodny i bar­dziej niż jedze­nia potrze­buje odpo­czynku. Mój kochany upar­ciuch opo­no­wał i zapie­rał się, że migrena zaraz minie, więc nie będzie zaży­wał żad­nej tabletki. Nawet mnie ofuk­nął, że nie­po­trzeb­nie pani­kuję. Wzru­szy­łam ramio­nami, wycho­dząc z zało­że­nia, że moje naci­ski mogą tylko dopro­wa­dzić do kłótni, i bez słowa poszłam do kuchni zapa­rzyć her­batę. Gdy z fili­żanką paru­ją­cego naparu wró­ci­łam do sypialni, Tade­usz już smacz­nie spał. Odsta­wi­łam naczy­nie na sto­lik nocny, otu­li­łam szczel­nie pie­rzyną mężow­skie plecy i na pal­cach prze­szłam do salonu, by posłu­chać radia18.

Ten cud tech­niki poja­wił się w naszym domu przed kil­koma mie­sią­cami. Gro­ma­dził nas przy odbior­niku, wpra­wia­jąc w osłu­pie­nie, że oto nagle ktoś obcy mówi w naszym domu, że możemy słu­chać muzyki już nie tylko z gra­mo­fonu i że z gło­śnika sączą się wia­do­mo­ści o świe­cie.

Gdy­bym tylko wie­działa…

W nocy Tadek zaczął mam­ro­tać przez sen i rzu­cać się na łóżku. Gdy przy­ło­ży­łam mu dłoń do czoła, odkry­łam, że jest roz­pa­lony gorączką.

Zaraz pobie­głam do wiszą­cej za kuchen­nymi drzwiami szafki z apteczką i prze­glą­da­jąc w pośpie­chu bute­leczki, się­gnę­łam po ter­mo­metr i aspi­rynę, która przed laty oka­zała się tak sku­teczna pod­czas epi­de­mii hisz­panki i którą odtąd zawsze mam pod ręką.

Nie przej­mo­wa­łam się spe­cjal­nie prze­zię­bie­niem Tadka, bo nie­jedno już mie­li­śmy za sobą. Bar­dziej się nie­po­ko­iłam, gdy cho­ro­wali chłopcy, zwłasz­cza gdy byli cał­kiem mali. Prze­trwa­li­śmy hisz­pankę, która dzie­siąt­ko­wała ludzi, zamy­kała szkoły i przed­się­bior­stwa, przy­czy­nia­jąc się do zała­ma­nia gospo­darki, więc ta sytu­acja nie wyda­wała mi się groźna.

Poza tym wszy­scy regu­lar­nie pili­śmy paskudny tran, dobrze się odży­wia­li­śmy i upra­wia­li­śmy sport. Tade­usz każ­dego poranka ćwi­czył, a w wol­nych chwi­lach, zwłasz­cza w waka­cje, grał z przy­ja­ciółmi w piłkę nożną na pobli­skim placu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Tade­usz Pie­trzy­kow­ski (ur. 1891 r. w Lubli­nie, zm. 1927 r.), syn Józe­fata i Wale­rii z Nowa­czyń­skich. Pocho­dził z wie­lo­dziet­nej rodziny, miał czte­rech braci i dwie sio­stry. Rodzice byli wła­ści­cie­lami Zakładu Gra­ficz­nego przy ul. Kościuszki 4, który pro­wa­dzili wraz z trzema synami: Mie­czy­sła­wem, Sta­ni­sła­wem i Kazi­mie­rzem. Pozo­stali syno­wie, Witold i Tade­usz, ukoń­czyli Poli­tech­nikę War­szaw­ską i na stałe prze­nie­śli się do sto­licy. Córki, Jadwiga i Janina, po wyj­ściu za mąż osta­tecz­nie rów­nież zamiesz­kały w War­sza­wie. Tade­usz pod­jął pracę jako pro­jek­tant i inspek­tor nad­zoru roz­bu­dowy war­szaw­skiego węzła kole­jo­wego oraz bocz­nicy kole­jo­wej dla woj­ska w Pusz­czy Kamio­now­skiej. W 1920 r. pod­czas wojny pol­sko-bol­sze­wic­kiej pra­co­wał dla Woj­ska Pol­skiego, kie­ru­jąc ruchem pocią­gów. [wróć]

2. Chleba i igrzysk. [wróć]

3. „W wyda­wa­niu obia­dów w tanich kuch­niach od dziś zajdą zasad­ni­cze zmiany. Sto­łow­nicy kuchni, pra­gnący korzy­stać z zup kar­to­fla­nych, obo­wią­zani będą skła­dać swoje kupony ziem­nia­czane, z któ­rych odpo­wied­nia część będzie odci­nana. Na przy­szłość tanie kuch­nie muszą każdy nowy trans­port ziem­nia­ków, potrzebny dla sto­łow­ni­ków, pokry­wać odpo­wied­nią liczbą kar­tek. Sto­łow­nicy tanich kuchni, bez zło­że­nia kar­tek ziem­nia­cza­nych, nie będą mogli wobec tego na przy­szłość korzy­stać z zup kar­to­fla­nych”. Podob­nie rzecz się miała w restau­ra­cjach: „Wydział zaopa­try­wa­nia mia­sta podaje do wia­do­mo­ści o ogra­ni­cze­niu spo­ży­cia ziem­nia­ków w restau­ra­cjach. Sto­sow­nie do roz­po­rzą­dze­nia cesar­sko-nie­miec­kiego pre­zy­djum poli­cji z d. 4 b.r., restau­ra­cje i jadło­daj­nie ziem­nia­ków dodat­kowo, poza ilo­ściami wyda­wa­nymi na kupony przy kar­tach chle­bo­wych, otrzy­my­wać nie będą”. Źró­dło: „Kuryer War­szaw­ski”, 10 stycz­nia 1917. [wróć]

4. Wraz z począt­kiem XX wieku w spo­łe­czeń­stwie pol­skim żyją­cym w trzech mocar­stwach zabor­czych sport roz­wi­jał się z różną inten­syw­no­ścią. Odmienna była bowiem poli­tyka poszcze­gól­nych zabor­ców okre­śla­jąca zasady jego upra­wia­nia. Rosja­nie i Niemcy oba­wiali się, że zezwa­la­jąc mło­dzieży na nie­ogra­ni­czoną aktyw­ność, stwo­rzą warunki do powsta­wa­nia orga­ni­za­cji o cha­rak­te­rze nie­pod­le­gło­ścio­wym. Kon­se­kwent­nie ogra­ni­czali zatem zakła­da­nie sto­wa­rzy­szeń spor­to­wych oraz zaka­zy­wali upra­wia­nia sportu dru­ży­no­wego pol­skiej mło­dzieży aka­de­mic­kiej. Patrz Aneks, s. 275. [wróć]

5. Wcze­sną wio­sną 1917 roku na boisku Agry­koli war­szaw­skie dru­żyny, w tym Legia, roz­po­częły roz­grywki. Do pierw­szych meczów z udzia­łem dru­żyn legio­no­wych w sto­licy doszło w Święta Wiel­ka­nocne 9 i 10 kwiet­nia. Patrz Aneks, s. 277. [wróć]

6. 6 kwiet­nia 1917 roku Stany Zjed­no­czone wypo­wie­działy wojnę Niem­com i tym samym przy­stą­piły do I wojny świa­to­wej. [wróć]

7. Szpi­tal położ­ni­czy przy ul. Karo­wej roz­po­czął dzia­łal­ność w 1912 roku. Wybu­do­wany dla uczcze­nia naro­dzin następcy tronu cesa­rze­wi­cza Alek­sego, był jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych w ówcze­snej Euro­pie. Patrz Aneks, s. 278. [wróć]

8. Syl­wina Alek­san­dra Pie­trzy­kow­ska de domo Bień­kow­ska (ur. 1887 r., zm. 1945 r.). Do jej ojca nale­żały zie­mie znaj­du­jące się na tere­nie obec­nej Ochoty, mię­dzy uli­cami Gró­jecką, Radom­ską, Czę­sto­chow­ską i Dwor­cem Zachod­nim. Naj­star­sza z rodzeń­stwa miała cztery sio­stry, Wła­dy­sławę, Teo­dorę, Zofię i Martę, oraz trzech braci, Mar­cjana i Ire­ne­usza, imię naj­star­szego przed­wcze­śnie zmar­łego brata jest nie­znane. [wróć]

9. W 1883 roku Cecy­lia Pla­ter-Zyberk zało­żyła szkołę ręko­dziel­ni­czą dla dziew­cząt. Powstałe przy niej w 1886 roku gim­na­zjum żeń­skie prze­kształ­ciło się w 1917 roku w szkołę śred­nią, reak­ty­wo­waną w 1993 roku jako Liceum Ogól­no­kształ­cące im. Cecy­lii Pla­ter-Zyber­kówny. W 1891 roku powstała szkoła gospo­dar­stwa wiej­skiego w Chy­licz­kach dzia­ła­jąca począt­kowo pod nazwą Zakładu Gospo­dar­czego, póź­niej prze­kształ­cona w Szkołę Żeń­ską Gospo­dar­stwa Wiej­skiego, a następ­nie w Liceum Gospo­dar­stwa Wiej­skiego (od 2019 roku Zespół Szkół nr 3 im. Cecy­lii Pla­ter-Zyber­kówny w Pia­secz­nie). [wróć]

10. W latach 1886–1894 roz­bu­do­wano kościół św. Alek­san­dra i przy oka­zji zapro­jek­to­wano skwer, któ­remu dla uczcze­nia cara Alek­san­dra I nadano nazwę plac Alek­san­dra. W 1919 r. zmie­niono ją na pl. Trzech Krzyży. [wróć]

11. W 1905 roku na sku­tek wystą­pień rewo­lu­cyj­nych i naro­do­wych w Rosji i Kró­le­stwie Pol­skim car Miko­łaj II pod­pi­sał reskrypt zezwa­la­jący na wpro­wa­dze­nie języka pol­skiego do szkół. Patrz Aneks, s. 278. [wróć]

12. Gim­na­zjum Ron­ta­lera. [wróć]

13. Mała czarna, czyli pro­sta sukienka z czar­nej tka­niny, zapro­jek­to­wana w 1926 roku przez Coco Cha­nel, zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wała dam­skie gar­de­roby. „Vogue” nazwał ją „nowym for­dem”, ponie­waż tak jak samo­chody Henry’ego Forda była nie tylko w jed­nym kolo­rze, ale też powszech­nie dostępna. Powstała z myślą o tym, by każda kobieta, nie­za­leż­nie od syl­wetki, wyglą­dała w niej dobrze i by na mate­riale nie było widać plam. [wróć]

14.Ben-Hur, film niemy z 1925 roku, będący adap­ta­cją powie­ści Lewisa Wal­lace’a pod tym samym tytu­łem. [wróć]

15. Mowa o Alek­san­drze i Fran­ciszce Bień­kow­skich. [wróć]

16. Cyrk Braci Sta­niew­skich powstał w 1883 roku i stał się czte­ro­pię­trową halą wido­wi­skową, naj­więk­szą w sto­licy. Sta­no­wił jedną z głów­nych atrak­cji, przy­cią­gał tłumy robot­ni­ków, ale też śmie­tankę towa­rzy­ską War­szawy. Zbu­rzony w 1939 roku w wyniku dzia­łań wojen­nych. [wróć]

17. 25 wrze­śnia 1927 roku w War­sza­wie został otwarty Dom Związku Zawo­do­wego Kole­ja­rzy przy ul. Czer­wo­nego Krzyża 20. [wróć]

18. Pierw­sza audy­cja radiowa została nadana z roz­gło­śni Pol­skiego Towa­rzy­stwa Radio­tech­nicz­nego w War­sza­wie 1 lutego 1925 roku na falach śred­nich (385 m) ze stu­dia przy ul. Narbutta 25. Patrz Aneks, s. 278. [wróć]