Cztery siostry 1925-1945. Zakładnicy wolności - Nina Majewska-Brown - ebook

Cztery siostry 1925-1945. Zakładnicy wolności ebook

Nina Majewska-Brown

3,9

Opis

Florentyna i Konstanty Zabierzyńscy dopiero co poznali, czym jest wolność i jak to jest mieszkać w niepodległej ojczyźnie, a już nad ich głowami zbierają się czarne chmury zapowiadające kolejną wojnę.

W dodatku cztery dorastające córki przyprawiają rodziców o coraz większy ból głowy. Najstarsza Wiktoria idzie co prawda w ślady matki i wraz z mężem zamieszkuje w pobliskim majątku, lecz bliźniaczki, Maria i Zofia, postanawiają zawojować wielki świat. Zofia wyjeżdża z dużo starszym mężem na wschód Polski, skąd w czasie pogromu wołyńskiego w 1943 roku cudem uchodzi z życiem. Marysia dla odmiany poznaje smak zakazanej miłości, zakochując się w niemieckim gestapowcu. I gdy wydaje się, że już gorzej być nie może, najmłodsza, rozpieszczona Wanda jako swego oblubieńca przedstawia zapiekłego komunistę, który zaczyna niebezpiecznie drążyć rodzinną przeszłość.

Czy w tych okolicznościach rodzina jest w stanie się porozumieć, zaufać sobie i nadal się kochać? Jak poradzić sobie z powojennymi bliznami i odnaleźć się w nowej rzeczywistości? Czy konflikty zniweczą miłość i wzajemne oddanie? Czy Zabierzyścy przetrwają, meandrując w labiryncie najtrudniejszych emocji wywołanych wojenną zawieruchą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (33 oceny)
14
6
9
4
0
Sortuj według:
MariaWojtkowiak

Całkiem niezła

Dla wielbicieli historii.
00

Popularność




Rok 1933

– Za moich cza­sów żyło się lepiej! – Sewe­ryna, odsta­wia­jąc ze stu­kiem por­ce­la­nową fili­żankę na wyszczer­biony spode­czek, jak zwy­kle wtrąca się do dys­ku­sji. – Czło­wiek żył spo­koj­nie, miał co do miski wło­żyć…

– Tak, tak… – Teść składa gazetę i wzdy­cha ciężko, naj­wy­raź­niej zmę­czony coraz częst­szym narze­ka­niem żony. – Pod pru­skim butem jakoś było lepiej niż teraz! – rzuca iro­nicz­nie. – Dobre sobie!

– A bo ty zaraz wszystko tak dosłow­nie bie­rzesz. – Teściowa chudą, wykrę­coną artre­ty­zmem i nie­ład­nie upstrzoną wątro­bo­wymi pla­mami dło­nią odru­chowo sięga do heba­no­wego krzyża, który od lat mości się nad jej pier­siami uwię­ziony na czar­nej aksa­mit­nej wstążce.

Przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji star­sza pani z lubo­ścią pod­kre­śla, że nosi go na pamiątkę powsta­nia stycz­nio­wego, doda­jąc przy oka­zji, że odzie­dzi­czyła go po swo­jej świę­tej pamięci matce, z którą po praw­dzie miała bar­dzo kiep­ską rela­cję, lecz którą w miarę upływu lat wspo­mina z coraz więk­szą czu­ło­ścią.

Zresztą, odkąd pamię­tam, ów prze­ra­ża­jący kru­cy­fiks był nie­od­łącz­nym ele­men­tem jej stroju, z tą tylko róż­nicą, że teraz, po latach, spo­czywa na bar­dziej pomarsz­czo­nej i zwiot­cza­łej skó­rze dekoltu.

– Zaraz tam pod butem, moja… – zacie­trze­wia się matka Kon­stan­tego, a mnie cierp­nie skóra, że kolejny raz będę musiała wysłu­chi­wać kaza­nia o cza­sach jej mło­do­ści.

– Rybeńko, daj spo­kój. – Hipo­lit za wszelką cenę usi­łuje ostu­dzić zapędy mał­żonki. – Tak piękna pogoda, może wybie­rzemy się na prze­jażdżkę?

– Jak mam dać spo­kój?! – iry­tuje się coraz moc­niej, pod­no­sząc głos, a na jej szyi poja­wiają się brzyd­kie czer­wone plamy. – Jak wszę­dzie taka dro­ży­zna, że nim się czło­wiek obej­rzy, to już sakiewkę ma pustą? I zupeł­nie nie poj­muję, dla­czego ty, moja droga, nie pomy­śla­łaś o tym, żeby kupić bawełnę na sukienki dla wszyst­kich dziew­czy­nek? Wzię­ła­byś wię­cej, to pew­nie spu­ści­liby ci z ceny. Prze­oczy­łaś zna­ko­mitą oka­zję. Gold­baum mówił, że to towar spod lady, dla wyjąt­ko­wych klien­tów. Tań­szy, a lep­szy. – Spo­gląda na mnie z góry, naj­wy­raź­niej sycąc się myślą, że jest kimś lep­szym, przy­naj­mniej w oczach kupca bła­wat­nego.

– Każ­demu pew­nie wci­ska taki kit. – Hipo­lit uśmie­cha się pod wąsem i pusz­cza do mnie oko.

Jego rów­nież czas nie oszczę­dził, lecz w prze­ci­wień­stwie do żony, która w duchu już mości sobie poduszkę w trum­nie, on posta­no­wił czer­pać z życia gar­ściami, nad­ra­bia­jąc to, czego nie zdą­żył albo nie miał odwagi zro­bić w mło­do­ści.

Arche­olo­gia i namiętne prze­ko­py­wa­nie naszej ziemi poszło w zapo­mnie­nie, wyparte zafa­scy­no­wa­niem tech­niką, szcze­gól­nie moto­ry­za­cją. Star­szy pan kupił spe­cjalne brą­zowe, skó­rzane ręka­wiczki i pilotkę do kom­pletu, przy­po­mi­na­jącą tę noszoną przez lot­ni­ków, biały jedwabny szal i z wdzię­kiem jeź­dzi po mie­ście i oko­licy swoim naj­now­szym nabyt­kiem – poły­skli­wym citroënem „Rosa­lie”, który ponoć, jak zapew­niał pro­du­cent, bije rekordy na torach wyści­go­wych. Co w moim odczu­ciu nie jest żad­nym argu­men­tem, bo teść prze­cież ni­gdy z nikim się nie ści­gał i mam nadzieję ści­gać się nie będzie. Dla mnie waż­niej­sza jest wygoda i pod tym wzglę­dem auto się spraw­dza.

Gdy teściowa bia­do­liła, że wydał na samo­chód for­tunę, i przy­po­mi­nała mu o kra­chu na gieł­dzie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, wiesz­cząc nie­szczę­ście, które zaraz pew­nie rów­nież dotknie bole­śnie nasz kraj, pero­ru­jąc, że taki wyda­tek w obli­czu pano­szą­cej się za oce­anem biedy nie przy­stoi, tylko wzru­szył ramio­nami, a jej komen­tarz by­naj­mniej nie skło­nił go do żad­nej reflek­sji. Po pro­stu jest prze­ko­nany, że w jego wieku nie spo­sób sobie cze­go­kol­wiek żało­wać. A ja uczci­wie muszę powie­dzieć, że w prze­ci­wień­stwie do teścio­wej, która ni­gdy pracą się nie ska­lała, on zbił mają­tek ciężką pracą.

Citroën „Rosa­lie”, model z 1932 roku

Sewe­ryna spo­gląda na mnie oskar­ży­ciel­sko, dając jak zwy­kle do zro­zu­mie­nia, że była lep­szą matką i panią domu. Mam nadzieję, że moje mil­cze­nie zakoń­czy temat, lecz ona świ­druje mnie tymi małymi, bla­do­nie­bie­skimi oczkami, zato­pio­nymi w kra­te­rach zmarsz­czek, dopo­mi­na­jąc się odpo­wie­dzi.

– Czy ty sły­szysz, co mówię? – nie­cier­pliwi się.

– Tak, mamo, sły­szę, ale nie mam siły na dys­ku­sję. Wybacz.

– A widzisz! – Try­um­fu­jąco wystrze­li­wuje w moją stronę dłu­gim, kości­stym pal­cem wska­zu­ją­cym. – Przy­ła­pa­łam cię! Musisz przy­znać, że mam rację, a ty zwy­czaj­nie prze­ga­pi­łaś zna­ko­mitą oka­zję!

– Nie wydaje mi się. Poza tym tylko Wik­to­ria potrze­buje nowego ubra­nia, to zna­czy sukienki – bąkam pod nosem, bo nie mam zamiaru wcho­dzić z nią w dal­szą pole­mikę. – Ostat­nio znowu uro­sła.

– W takim razie, nie wiem, czy w ogóle potrze­buje nowego stroju! – przyj­muje men­tor­ski ton. – Za moich cza­sów, jak panna dora­stała, to cie­szyła się z tego, co jej po matce skap­nęło. Gdyby twoją gar­de­robę nieco odchu­dzić, to Klara z pew­no­ścią skró­ci­łaby i zmniej­szyła sukienki dla Wik­to­rii.

Klara mieszka z nami od wielu lat. To nasz kuchenny duch domu, który zaj­muje małą służ­bówkę obok kuchni i potrafi z niczego wycza­ro­wać naj­pysz­niej­sze dania, w wol­nych chwi­lach zaś zaj­muje się szy­ciem, z czego chęt­nie korzy­stamy, pła­cąc jej dodat­kowo za nie­wiel­kie prze­róbki. Naszej kucharki zazdro­ści nam sama hra­bina Babiń­ska, a ja za żadne skarby, choć Klara bywa marudna i męcząca, nikomu bym jej nie oddała. Ze zdu­mie­niem odkry­wam, że jed­nym z moich klej­no­tów, obok męża, dzieci i bry­lan­to­wych kol­czy­ków, jest wła­śnie ona.

– Ależ ja nie mam zamiaru się niczego pozby­wać! – pro­te­stuję tym gwał­tow­niej, że nie pamię­tam, kiedy ostat­nio coś nowego do mojej szafy tra­fiło.

Może kry­zys końca lat dwu­dzie­stych nie dotknął nas tak bar­dzo jak innych, ale mimo że ucho­dzimy za zamoż­nych, musimy liczyć każdą zło­tówkę, którą przed wyda­niem dokład­nie oglą­damy z każ­dej strony, zasta­na­wia­jąc się, czy zakup jest konieczny. Tam­ten nie­po­kój, choć naj­gor­sze mamy już za sobą, a teraz nawet potra­fimy z tego żar­to­wać, poło­żył się cie­niem na naszej duszy. Strach przed ban­kruc­twem zago­ścił w nas na dobre i nie pozwala swo­bod­nie dys­po­no­wać fun­du­szami, tak że do dziś ana­li­zu­jemy każdy więk­szy wyda­tek.

Bro­ni­sław Goz­dawa, bro­szura „Skutki kry­zysu”, 1932 rok

Gdy widmo biedy zaglą­dało nam w oczy, siłą rze­czy ogra­ni­czy­li­śmy do mini­mum wszel­kie potrzeby, a tym bar­dziej fana­be­rie, i przy­zwy­cza­ili­śmy się do skrom­nego życia, ale prze­cież nie cho­dzi o to, by wszyst­kiego sobie odma­wiać!

I choć bar­dzo cie­szy­li­śmy się i na­dal cie­szymy z odzy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści, to życie na nowych warun­kach, w „nowym” pań­stwie, nowej Pol­sce, od samego początku nastrę­czało pro­ble­mów. Kry­zys nas nie omi­nął i zepchnął wielu roda­ków w ubó­stwo i życie na skraju nędzy.

Potężna, nie­da­jąca się powstrzy­mać infla­cja w 1923 roku ewo­lu­owała w hiper­in­fla­cję1, gdy ceny pod­sta­wo­wych pro­duk­tów wzro­sły co naj­mniej o połowę, tak że popu­larne pro­dukty, jak choćby masło, cukier, sól i zapałki, dla wielu stały się dobrami luk­su­so­wymi. Na wsiach chłopi dzie­lili zapałkę na czworo albo bie­gali do sąsiada po palącą się szczapkę drewna. Na buty stać było nie­licz­nych szczę­śliw­ców, a w cha­łu­pach pano­wał w zimo­wych mie­sią­cach taki ziąb, że aby dzieci nie zamar­zły, wkła­dało się je w worki z sieczką, niczym w puchowe koł­dry, tak że wysta­wały im tylko głowy.

Zupa z maku

Szklankę maku, 1/3 szklanki ryżu i rodzy­nek bez pestek (suł­ta­nek) i 10 mig­da­łów spa­rzyć, każde z osobna gorącą wodą, odce­dzić.

Mak zemleć w donicy na sucho, zalać zimną wodą i prze­lać przez gęste sitko albo płótno, aby plewy zostały.

Ryż tak samo zemleć na masę w donicy, wło­żyć do mleczka z maku, dodać wedle potrzeby wody, aby był dobry litr, albo jesz­cze lepiej mleka, i dobrze zago­to­wać, kła­dąc oczysz­czone rodzynki. Na zmie­lone mig­dały prze­lać ugo­to­waną zupę, dodać soli i cukru wedle upodo­ba­nia.

Zupa z konopi

Pół funta konopi zalać litrem wody i 10 minut goto­wać, potem odlać z wody i utrzeć miałko w donicy, roz­pro­wa­dzić litrem wrzą­cego mleka, osło­dzić i zagoto­wać.

Po zago­to­wa­niu prze­ce­dzić i tro­chę prze­stu­dzoną podać2.

I choć w naszym domu mięso, w tym ulu­biona dzi­czy­zna teścia, poja­wiały się na stole, to zwy­kli chłopi w tam­tym cza­sie raczej mięsa nie jedli. Jed­no­da­niowe posiłki przy­go­to­wy­wano według wyni­ka­ją­cej z ubó­stwa zasady, że „Chłop je mięso, kiedy kura chora albo on chory”, a na sto­łach gościły cien­kie barsz­cze, polewki i zale­wajki na bazie suchego chleba oraz tak zwane breje, czyli cien­kie zupy z mąki i kaszy, i w cenie było wszystko, co dało się zebrać na łąkach i w lasach: wszel­kie grzyby, szczaw i jagody. Powszech­no­ścią, nie tylko wiej­ską, sta­wało się jedze­nie mło­dych pokrzyw czy też lebiody. Jeśli uzmy­sło­wić sobie, że pol­ski chłop w latach dwu­dzie­stych zja­dał sta­ty­stycz­nie zale­d­wie dzie­sięć kilo­gra­mów mięsa w roku, da to obraz nędzy, w jakiej tkwili ci ludzie.

Książka kuchar­ska nale­żąca do Flo­ren­tyny

„Ilu­stra­cja Pol­ska” z 1934 roku, nr 15

Chłopi to, co udało im się wypro­du­ko­wać: jaja, drób, zboże, sprze­da­wali, bo upra­wia­nie roli też wymaga pie­nię­dzy.

Roz­miary kata­strofy w dobitny spo­sób uświa­do­miła mi poda­ro­wana przez Kon­stan­tego książka Pamięt­niki chło­pów, bo choć my dba­li­śmy i dbamy o naszych pra­cow­ni­ków jak możemy, wiemy, że nie każdy ma takie same moż­li­wo­ści i że zwłasz­cza za Wisłą sytu­acja w czwo­ra­kach była bar­dziej niż dra­ma­tyczna.

Kie­dyż zadnieje? To pyta­nie gości obec­nie na ustach chłopa pol­skiego, haru­ją­cego od świtu do nocy i zroz­pa­czo­nego. A wła­ści­wie brzmi ono: kiedy skoń­czy się kry­zys! Ten straszny kry­zys, który jed­nych, ongi zamoż­nych, posta­wił wobec ruiny; u innych wni­wecz obró­cił nadzieję wydo­by­cia się ze szpo­nów długu zacią­gnię­tego na kupno ziemi lub konia; jesz­cze innych, któ­rzy przed kry­zysem bie­do­wali, pogrą­żył w zupeł­nej nędzy, pozba­wia­jąc ich jakiej­kol­wiek moż­li­wo­ści zarobku. „Chłop bez butów, konie bez pod­ków, a koła wozowe bez obrę­czy” – oto dosadny obraz wio­ski skre­ślony pió­rem jed­nego z pamięt­ni­ka­rzy. „Nie­raz bez ognia, bez świa­tła, co wię­cej, bez jadła spać się kła­dziemy, a naza­jutrz to samo – nie­raz się modlimy, może kie­dyś kry­zys minie!”. A jed­nak każdy z nich trwa w pracy na swoim zago­nie i wiąże ciężki snop swego życia, jak w innych okre­sach wią­zał go nie­gdyś jego ojciec i jego dziad. Wzo­rem mrówki, która nie opusz­cza znisz­czo­nego mro­wi­ska, tylko natych­miast ima się jego odbu­dowy, tak samo chłop ongiś krzą­tał się, aby spła­cić rodzeń­stwo po obję­ciu schedy, haro­wał, żeby kupić krowę, konia lub nabyć kawa­łek gruntu. Nie­za­moż­niej­szy brał wszelki zaro­bek, który się nada­rzał, a grosz zapra­co­wany kładł w budynki, w inwen­tarz. Krzą­tał się z upo­rem, z wytrwa­ło­ścią mrówki.

Swego rodzaju siłacz! Pamięt­niki prze­jęły mnie jak naj­więk­szym powa­ża­niem dla tego źle odzia­nego, źle odży­wia­nego dzi­siaj, ale upar­tego siła­cza-pra­cow­nika, który brak rzut­ko­ści i wie­dzy rol­ni­czej zastę­po­wał wysił­kiem i oszczęd­no­ścią. Może znu­żony nie­kiedy w tro­sce o jutro rzu­cał pyta­nie: kiedy zadnieje, prze­cież żywił nadzieję, że kie­dyś to się sta­nie. Kry­zys go powa­lił: ceny spa­dły, zarob­ków nie ma. Przez wiele lat spła­cał dług zacią­gnięty na szmat kupio­nej ziemi, dzi­siaj sprze­daje go za pół ceny, ażeby oca­lić się od nad­mier­nego cię­żaru, i oka­zuje się, że mimo pozby­cia się grun­tów i spłat wie­lo­let­nich jest jesz­cze coś winien za tę dzi­siaj już nie jego zie­mię. Dawne dobro­dziej­stwa prze­kształ­cają się w prze­kleń­stwa: dobro­dziej­stwem była koma­sa­cja – chłop nie wąt­pił, że po latach pracy wydo­bę­dzie się z kosz­tów melio­ra­cji i spłaci pie­nią­dze, które poży­czył był na budynki na nowej sady­bie. Obec­nie nie może temu podo­łać. I wprost speł­niają się słowa ojców naszych, któ­rzy mówili, iż przyjdą czasy, że ludzie od swych mająt­ków ucie­kać będą.

Przy­gnę­biony, nie pyta nawet, czy zadnieje, i haruje, ażeby nie dać się idą­cej od kry­zysu nędzy. I znowu na pozór staje się zadość życze­niu: byle byłaby pol­ska wieś „zaciszna”, byle pol­ska wieś „spo­kojna”. Tak, zaciszna od apa­tii, spo­kojna wśród głodu! Tylko tu i ówdzie spo­śród niej ktoś idzie na żebry. „Spo­tka­łem mło­dego chło­paka, który z pobli­skiej wsi wybrał się na żebry. Kiedy do mnie zaszedł, jako do pierw­szego domu, gdzie mu wypa­dło mówić o wspar­ciu – zemdlał, zalał się łzami rzew­nymi i wró­cił do domu, a miał chorą matkę sta­ruszkę!”3.

Nie poj­muję, dla­czego wszech­wie­dząca teściowa nie dostrzega tego wszyst­kiego, co się dzieje wokół nas? To, że miesz­kamy w dworku, mamy dość spory mają­tek, który jest w sta­nie wykar­mić nas i ludzi z czwo­ra­ków, nie powinno znie­czu­lać nas na los innych ani skła­niać do sza­sta­nia pie­niędzmi!

Ta kobieta zdaje się żyć w bańce mydla­nej, chro­niona przez teścia, który o kło­po­tach woli roz­ma­wiać z synem niż z mał­żonką, a główną jej tro­ską jest zakup mod­nej sukni czy kolej­nych zbęd­nych bibe­lo­tów do domu i zor­ga­ni­zo­wa­nie spo­tka­nia towa­rzy­skiego, żeby mogła się pochwa­lić nowymi kurzo­ła­pami, jak mawia Klara.

Lata dwu­dzie­ste nie przy­nio­sły wypa­try­wa­nej z nie­cier­pli­wo­ścią poprawy sytu­acji. Dopiero gdy Wła­dy­sław Grab­ski, mini­ster skarbu w latach 1919–1920 oraz w 1923 roku, pre­mier Rzecz­po­spo­li­tej od czerwca do lipca roku 1920 oraz w latach 1923–1925, wraz z Euge­niu­szem Kwiat­kow­skim, mini­strem prze­my­słu i han­dlu w latach 1926–1930, zaczęli odważ­niej wpro­wa­dzać reformy, zapa­liło się świa­tełko opty­mi­zmu.

Bank­not z 1923 roku o nomi­nale pię­ciu milio­nów marek pol­skich

Dosko­nale pamię­tam, co się działo ponad dzie­sięć lat temu, i to odbiera mi spo­kój do dziś; od czasu do czasu rodzi się we mnie panika, że tamto, nie daj Boże, może się powtó­rzyć.

Kurs dolara rósł do coraz bar­dziej nie­po­ko­ją­cego do poziomu 17 tysięcy marek pol­skich, a po zabój­stwie pre­zy­denta Gabriela Naru­to­wi­cza 16 grud­nia 1922 roku osią­gnął kurio­zalną kwotę 33 tysięcy marek. Oczy­wi­ście dodruk pie­nię­dzy nie zdał się na nic, pogłę­biał tylko zapaść i spra­wił, że w moim pugi­la­re­sie poja­wiły się bank­noty o nomi­nale 10 milio­nów marek pol­skich! To był dla nas wszyst­kich ogromny szok.

Nie wiem, jak poto­czy­łyby się nasze losy, gdyby nie duet tych wizjo­ne­rów4. Cie­szy­łam się z tego, co mamy, i żyłam z dnia na dzień. Nie zasta­na­wiam się też, co by było, gdyby Grab­ski poro­zu­miał się osta­tecz­nie z Win­cen­tym Wito­sem i nie zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska. Wycho­dzę z zało­że­nia, że jeśli nie mam na coś wpływu, nie roz­trzą­sam tego nad­mier­nie. Inna sprawa, że te rze­czy nie­stety zazwy­czaj mają wpływ na mnie i na naszą rodzinę.

„Dzien­nik Byd­go­ski” z 5 lipca 1925 roku

Dość się naczy­ta­łam peł­nych pre­ten­sji albo też nadziei arty­ku­łów w gaze­tach, po któ­rych nie potra­fi­łam spać spo­koj­nie, by teraz toczyć walkę z teściową, która nie ma poję­cia, jak trudno jest utrzy­mać dotych­cza­sowy sta­tus i wygodny poziom życia.

– Czy ty mnie słu­chasz? – Teściowa wyrywa mnie z zamy­śle­nia.

– Pro­szę?

– Mówię do cie­bie i mówię, a ty nic! To bar­dzo nie­grzeczne. Ja swoje dzieci wycho­wa­łam…

– Tak, tak, wiem. Prze­pra­szam, zamy­śli­łam się.

– Dobre sobie. A nad czym niby tak dumasz?

– A tak się tylko zasta­na­wiam…

– Ach, daj spo­kój! – Macha lek­ce­wa­żąco ręką, jakby moje prze­my­śle­nia nie były nic warte. – To pew­nie nic istot­nego. Lepiej powiedz, co myślisz o tym, żeby zapo­znać Wik­to­rię z synem Sobie­pol­skich. Mają kamie­nicę…

– Mamo, prze­cież ona ma dopiero sie­dem­na­ście lat!

– I co z tego? Ja w jej wieku mia­łam już narze­czo­nego. A powiem ci, jeśli mam być szczera, że naj­ład­niej­sza nie jest.

Reklama pra­sowa

I mówi to kobieta o Wiki, która wygląda jak zdarta z niej skóra! Jest jak dwie kro­ple wody podobna do matki Kon­stan­tego i gdy sie­dzimy razem przy stole, dziew­czynki z bab­cią wyglą­dają jak jeden orga­nizm na róż­nych eta­pach roz­woju!

– Prze­cież wszyst­kie są do mamy bar­dzo podobne! – Iry­tuję się i pusz­czają mi nerwy, naj­chęt­niej zdzie­li­ła­bym ją przez głowę książką kuchar­ską, którą prze­glą­dam.

– Wypra­szam sobie, ja ni­gdy nie byłam takim sowi­zdrza­łem! Mam wro­dzone gra­cję i klasę, poza…

– Matka, co ty ple­ciesz?! – Teść z rumo­rem odsuwa krze­sło, pod­cho­dzi do Sewe­ryny, nachyla się i mówi dobit­nie jak do dziecka: – Flora ma rację, moje wnu­sie są podobne do cie­bie! To naj­ślicz­niej­sze dziew­częta i nie pozwolę powie­dzieć na nie złego słowa! Rozu­miesz?

Różowe horo­skopy pre­miera Grab­skiego

Pożyczki nasze stoją dobrze. – Pod­wyż­sze­nie ceł. – Prze­si­le­nie na Gór­nym Ślą­sku. – Rów­no­waga budże­towa nie jest u nas zachwiana.

War­szawa, 3.7. (PAT) Na dzi­siej­szym popo­łu­dnio­wym posie­dze­niu sej­mo­wej komi­sji budże­to­wej zabrał głos pre­mier Grab­ski, który na wstę­pie pole­mi­zo­wał z posłem Mora­czew­skim w spra­wie rychłej odbu­dowy kapi­tału znisz­czo­nego przez wojnę, dowo­dził, że nawet 25 lat nie będziemy potrze­bo­wali na odbu­dowę kapi­tału przed­wo­jen­nego, ponie­waż odtwa­rza­nie kapi­tału nie odbywa się ni­gdy drogą aryt­me­tyczną, lecz idzie w pro­ce­sji geo­me­trycz­nej.

Dalej pre­mier zbi­jał zarzut, jakoby nasze pożyczki nie uda­wały się.[…]Prze­cho­dząc do naszego bilansu han­dlo­wego, pre­mier stwier­dza, że konieczne jest tu pod­wyż­sze­nie ceł od prze­wozu pro­duk­tów, które by mogły być u nas wyra­biane, przez co obro­niono by zarobki robot­ni­cze.[…]

Pre­mier ma wra­że­nie, że idziemy ku lep­szemu. Należy także, zda­niem pre­miera, liczyć na dodatni wpływ uro­dzaju, któ­rego dotych­czas desz­cze i wylewy nie znisz­czyły i który nie będzie niż­szy od śred­niego, róż­nica zaś mię­dzy zeszło­rocz­nym uro­dza­jem a uro­dza­jem śred­nim jest miliard zło­tych. Dalej pre­mier dono­sił, że naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­cym u nas obja­wem jest sprawa węglowa, gdyż przyj­muje naj­ostrzej­szy cha­rak­ter. Co tydzień jest gorzej w zagłę­biu. Sprawa jest nie­bez­pieczna dla­tego, że stan ten jest dość powszechny w Euro­pie.[…]

Następ­nie pre­mier stwier­dził, że rów­no­waga budże­towa nie jest u nas zachwianą. Co się tyczy bilonu, to w ciągu 5 mie­sięcy emi­to­wa­li­śmy 60 milio­nów zło­tych mimo upo­waż­nie­nia do 120 milio­nów zło­tych5.

Pierw­szy raz widzę go tak roze­źlo­nego i w duszy aż recho­czę, że oto nie­spo­dzie­wa­nie czułą Żab­cię i Kró­liczka zastą­piła Matka! Swoją drogą, nie­odmien­nie się zasta­na­wiam, co też skło­niło teścia, żeby zwią­zać się z taką kobietą. A może teściowa z uro­czej panienki prze­po­czwa­rzyła się w zrzędę dopiero po ślu­bie? Nie spo­sób dojść, co wyda­rzyło się w jej życiu, że tak zgorzk­niała. Co wię­cej, dla­czego miała tak podłą rela­cję z wła­sną matką? Czy jako córka ją roz­cza­ro­wała? A jeśli tak było, może teraz ten żal prze­lewa na nas?

– A czy ja coś złego powie­dzia­łam? Zawsze mówi­łam, co myślę, i nie zamie­rzam tego zmie­niać! Tak mi dopo­móż, Boże Prze­naj­święt­szy w Trójcy jedyny! – Sewe­ryna odru­chowo się pro­stuje, chwyta za heba­nowy krzy­żyk i wyprę­żona wbija plecy w opar­cie krze­sła.

– To może naj­wyż­szy czas zasta­no­wić się nad tym, co się mówi! – Teść się nie pod­daje. – Trzeba pono­sić odpo­wie­dzial­ność za słowa.

– Ależ Hipo­li­cie!

– Hipo­li­cie, Hipo­li­cie… pro­szę, żebyś powstrzy­mała się od takich komen­ta­rzy. A co do Wik­to­rii, to na moje oko za chwilę nie będzie mogła opę­dzić się od kawa­le­rów, więc cho­ciaż tym możesz prze­stać się zamar­twiać.

– Ale ja chcia­łam, dla jej dobra…

– To bądź tak miła i dla jej dobra nie pro­po­nuj takich rze­czy. Zresztą z tego, co się orien­tuję, syn Sobie­pol­skich jest grubo po trzy­dzie­stce, a ich mają­tek w ruinie. Więc jeśli zależy ci na dobro­sta­nie naszej wnuczki, radzę się poroz­glą­dać w innych krę­gach, skoro już musisz kło­po­tać swoją siwą głowę.

Wik­to­ria wyro­sła na śliczną, smu­kłą pannę, która nie­ba­wem koń­czy szkołę i na dobre wraca z pod­po­znań­skiej pen­sji Sióstr Sacré Cœur6, gdzie uczą się jesz­cze Zosia z Mary­sią. Naj­młod­sza, sła­bo­wita Wan­dzia, jest z nami w domu i pod czuj­nym okiem guwer­nantki przy­go­to­wuje się do doro­słego życia. Myślę, że nie jest i ni­gdy nie będzie gotowa do pod­ję­cia pracy, ale jako pani domu, zwłasz­cza boga­tego, spraw­dzi się zna­ko­mi­cie. Co nie zna­czy, że trzy star­sze córki mają pra­co­wać! Mają być ozdo­bami i duchami dobrych, naj­le­piej zamoż­nych domów z tra­dy­cjami, a sta­ranne wykształ­ce­nie ma tylko uła­twić zna­le­zie­nie odpo­wied­nich par­tii.

Bar­dzo ubo­le­wam nad tym, że Wan­deczka uro­dziła się taka słaba. Gdy­bym dokład­nie wie­działa, kiedy zaszłam w ciążę, była­bym w sta­nie oce­nić, czy aby na pewno nosi­łam ją pod ser­cem dzie­więć mie­sięcy. Dok­tor Zakrzew­ski, gdy pierw­szy raz oglą­dał nowo­rodka, cmo­kał nad małą zanie­po­ko­jony i bez­sku­tecz­nie sta­rał się nas pocie­szyć, że nawet takie kru­szyny w sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach, a my możemy takie dziecku zapew­nić, roz­wi­jają się nor­mal­nie. Owo „nor­mal­nie” mnie prze­ra­ziło, nawet spa­ra­li­żo­wało. Bo stało w opo­zy­cji do „nienor­mal­nie”, czyli w przy­padku dziecka nale­żało powią­zać to z upo­śle­dze­niem, nie­do­ro­zwo­jem albo kalec­twem, a na to nie byłam gotowa. Nie wiem zresztą, która matka była gotowa, ale ja z pew­no­ścią nie.

Może przez to chu­cha­li­śmy na naj­młodszą z córek, doga­dza­li­śmy i ustę­po­wa­li­śmy Wan­dzie naj­bar­dziej i we wszyst­kim, bojąc się, że nad­mierne emo­cje mogłyby wywo­łać nie­po­trzebną burzę w jej deli­kat­nym orga­ni­zmie. A każde roz­chwia­nie mogło zakoń­czyć się gorączką, którą córka łapała co rusz, i to nie wie­dzieć, z czego. W dodatku odkry­li­śmy z prze­ra­że­niem, że jest uczu­lona na mleko, surowe warzywa i nie­które owoce, po któ­rych ma bole­sne roz­stroje żołąd­kowe. Przy niej bliź­niaczki i Wik­to­ria były nie­do­ści­gnio­nymi oka­zami zdro­wia, bo tylko spo­ra­dycz­nie się prze­zię­biały.

– A jak mówię, że kie­dyś żyło się lepiej, to tak było! – Teściowa unosi brwi, jed­no­cze­śnie marsz­cząc czoło.

– Ty znowu swoje! Co też za pomy­sły nam tu przed­sta­wiasz?! – Teść naj­wy­raź­niej zamie­rza zrej­te­ro­wać z salonu, by zakoń­czyć dys­ku­sję, w któ­rej za słuszne uzna­wane są tylko argu­menty żony.

– Wycho­dzisz? – Sewe­ryna spo­gląda na męża z pogardą. – Oczy­wi­ście, jak tylko brak­nie ci argu­men­tów, to zwy­czaj­nie ucie­kasz! – pie­kli się. – Może jed­nak wysłu­chasz, co mam do powie­dze­nia?

– Kocha­nie, nie chce mi się spie­rać.

– Wiesz, że taką postawą mnie lek­ce­wa­żysz?!

– Nie miał­bym odwagi! – Poko­nany ponow­nie opada na krze­sło i nie­chęt­nie popa­truje na żonę, zapewne zasta­na­wia­jąc się, z czym będzie mu dane się zmie­rzyć. – W takim razie słu­cham cię uważ­nie, moja droga.

– I bar­dzo dobrze. Chcia­łam powie­dzieć, że te zmiany koło kate­dry wołają o pomstę do nieba i trzeba coś z tym zro­bić. – Chwyta gazetę i macha nią osten­ta­cyj­nie. – Jak tak dalej pój­dzie, to gotowi zbu­rzyć wszystko w mie­ście i na miej­scu sta­rego i dobrego wybu­do­wać takie dzia­do­stwo jak te nowe mosty. Czy ty masz poję­cie, ile to musiało kosz­to­wać? Mają­tek!

Nie poj­muję, cóż jest takiego złego w nowo wybu­do­wa­nym moście, że teściowa całym ser­cem go nie­na­wi­dzi, i czemu on jej prze­szka­dza. Tym bar­dziej że w tej czę­ści mia­sta, w oko­li­cach kate­dry, bywa spo­ra­dycz­nie i nie jest zmu­szona do prze­cha­dza­nia się nim każ­dego dnia.

– Kocha­nie, prze­cież wiesz, że po odej­ściu Niem­ców zasta­li­śmy w Pozna­niu dwie, nie­bez­piecz­nie zbu­do­wane śluzy na Cybi­nie zwa­nej Kate­dralną…

– Wiem, wiem, powta­rzasz to w kółko. Wielka powódź na War­cie. – Wydyma usta z nie­za­do­wo­le­niem. – Zapo­mnia­łeś wspo­mnieć o moście Tum­skim z 1886 roku. Znam te twoje opo­wie­ści na pamięć jak pacierz.

– Ow­szem, i nie wiem, dla­czego nie podzie­lasz naszej opi­nii.

– Stały tyle czasu i było dobrze.

– Ale w 1924 roku coś się wyda­rzyło, że ci przy­po­mnę , duszko. Już nie pamię­tasz, jak pani­ko­wa­łaś, że zaleje i naszą kamie­nicę?

Poznań na rysunku Romana Wohna z 1942 roku

– Zaraz tam pani­ko­wa­łam, zwy­czaj­nie się mar­twi­łam.

– A pamię­tasz, jak okrop­nie zalało Bło­nia Wil­dec­kie, Chwa­li­szewo, Ostrów Tum­ski z kate­drą? Woda nie­mal go zmyła, więc to oczy­wi­ste, że nale­żało wybu­do­wać nową, więk­szą, wygod­niej­szą i sta­bil­niej­szą prze­prawę. Most Bole­sława Chro­brego… – teść zaciąga się cyga­rem; pali je od jakie­goś czasu z coraz więk­szym upodo­ba­niem, zdra­dza­jąc swoją wysłu­żoną drew­nianą fajeczkę. – To nie­zwy­kłe, że już rok po powo­dzi zdo­ła­li­śmy go posta­wić.

– A ja tam wola­łam stary. Miał wię­cej uroku, a jak pomy­śleć, ilu ludzi nim prze­szło, ile wozów, doro­żek prze­je­chało, to nie spo­sób ubo­le­wać nad takim pospo­li­tym roz­wią­za­niem.

– Dobro ogółu, moja droga, powinno prze­wa­żyć nad two­imi sen­ty­men­tal­nymi wspo­mnie­niami.

– Ja tam zwy­czaj­nie nie lubię tych wszyst­kich nowi­nek, udo­god­nień, jak to mówisz: nowo­cze­sno­ści. Kie­dyś było ina­czej.

– Gorzej? – wyrywa mi się nie­mą­dre pyta­nie, które tylko pod­syca jej nie­chęć i może spra­wić, że miałka dys­ku­sja będzie się prze­ta­czać do końca dnia.

Powódź w Pozna­niu w 1924 roku. Woda pod­myła tor kole­jowy, wsku­tek czego wyko­leił się pociąg towa­rowy. Źró­dło: „Prze­wod­nik Kato­licki” z 1924 roku

– A gdzie tam! – Jej surowy wzrok wbija się we mnie ostry niczym szpilka. – Skoro było dobrze, to nie trzeba było niczego zmie­niać! Dobrze, że cho­ciaż nie posta­wili na nim pomnika Chro­brego, też ci, panie, paradny pomysł! Ten cały Cyryl Rataj­ski7 to mi się jed­nak nie widzi.

Zbu­do­wany przez woj­skowe wła­dze nie­miec­kie w roku 1886 most Tum­ski wadliwy był już w zało­że­niu i miał sze­reg błę­dów tech­nicz­nych. I tak belki, poło­żone bez­po­śred­nio na fila­rach, nie posia­dają wal­ców do roz­sze­rze­nia dźwi­ga­rów przy zmia­nie tem­pe­ra­tury, dla­tego też filary brze­gowe, zwłasz­cza od strony Chwa­li­szewa, miały rysy. Most był za niski i za krótki, wspie­rał się ponadto na czte­rech fila­rach, które tara­no­wały w razie przy­bytku wody jej odpływ. Nad­brzeżne mury opo­rowe tego mostu, fun­do­wane zbyt płytko na grun­cie piasz­czy­stym, nie były ochro­nione pali­san­drami. Wobec przy­pływu wody, tak nie­zwy­kłego przy fila­rze od strony Chwa­li­szewa, powsta­wały wiry, które pod­my­wały grunt pod murem opo­ro­wym.[…]

Pol­skie już wła­dze miej­skie pod­jęły tę sprawę i pra­gnąc uzgod­nić wyma­ga­nia tech­niki z este­tyką, przy­stą­piły do opra­co­wa­nia tego pro­jektu. Pra­cuje nad nim od 1920 roku inży­nier p. Lucjan Bel­len­stedt. Ist­nieją już cztery warianty pro­jektu.[…]

Otrzy­mu­jemy nastę­pu­jące pismo od rady miej­skiej p. inż. Droz­do­wi­cza.

„Uprzej­mie pro­simy o umiesz­cze­nie załą­czo­nego pisma:

W bie­żą­cym tygo­dniu wobec grozy i nie­bez­pie­czeń­stwa powo­dzi w mie­ście naszem zapa­no­wała panika, tak iż poszcze­gólni oby­wa­tele i przed­sta­wi­ciele róż­nych orga­ni­za­cji spo­łecz­nych czę­sto zgła­szali się do mnie […], wska­zu­jąc na mnie­mane nie­bez­pie­czeń­stwo w tym lub innym punk­cie mia­sta, i sieją przez to panikę, krzy­żują pla­no­waną pracę, odry­wa­jąc uwagę od miejsc fak­tycz­nie zagro­żo­nych.[…]

Tylko z wiel­kim tru­dem udaje nam się dotrzeć do ujścia Brdy. Potężna gro­bla słyn­nych urzą­dzeń wod­nych oca­lała, choć ster­czy już tylko o parę cen­ty­me­trów ponad olbrzy­mie jezioro, które powięk­szyło nie­mal stu­krot­nie ten obszar wodny, na któ­rym nor­mal­nie co roku odby­wają się regaty”. Szum sko­tło­wa­nych fal, męt­nych i nio­są­cych odpadki desek, pni i dobytku ludz­kiego spra­wia przy­gnę­bia­jące wra­że­nie8.

Poznań na rysunku Romana Wohna z 1942 roku

Wik­to­ria

Bab­cia jest okropna. Nie wiem, co zro­biła jej mama, ale babka jakby tylko cze­kała na oka­zję, by jej doku­czyć albo powie­dzieć coś przy­krego. Sta­ram się jak mogę jej uni­kać, ale naj­wy­raź­niej uwzięła się na mnie, co chwilę stro­fu­jąc i poucza­jąc. W dodatku wymy­śliła, że pil­nie powin­nam zna­leźć męża, bo skoro mam trzy młod­sze sio­stry, bliź­niaczki Zosię i Mary­się i naj­młod­szą Wandę, mogę prze­ga­pić swój czas, a poten­cjalny absz­ty­fi­kant z pew­no­ścią będzie wolał się zwią­zać z któ­rąś z młod­szych Zabie­rza­nek.

– Prze­stań! – Roze­śmiana Zośka z zaru­mie­nio­nymi policz­kami wpada do pokoju, uno­sząc w wycią­gnię­tej ręce słom­kowy, powie­wa­jący kolo­ro­wymi wstąż­kami kape­lusz Wandy. – Oddaj, bo powiem mamie!

Wanda z gry­ma­sem zło­ści, który nie­ład­nie wykrzy­wia jej twarz i uwy­pu­kla żyłę na lewej skroni, rzuca się na sio­strę, by odzy­skać swoje ulu­bione nakry­cie głowy. Zła, że znowu mi prze­szka­dzają, z hukiem zamy­kam książkę Wśród Indian Koro­adów Arka­dego Fie­dlera, w któ­rym ostat­nio z mamą się zaczy­tu­jemy, i dys­ku­tu­jemy wie­czo­rami, jak by to było, gdy­by­śmy się uro­dziły w dzi­kiej Afryce czy egzo­tycz­nej Ame­ryce, w buszu. Chyba nie tylko my się tym inte­re­su­jemy, bo w gaze­tach czę­sto poja­wiają się arty­kuły z dziw­nymi zwie­rzę­tami w rolach głów­nych i ludźmi, któ­rzy w niczym nie przy­po­mi­nają cywi­li­zo­wa­nych Euro­pej­czy­ków, tak że dzi­wimy się, że jeste­śmy jed­nym i tym samym gatun­kiem.

– Skar­ży­pyta! – Pięt­na­sto­let­nia Zosia cie­szy się jak małe dziecko z jej zda­niem dosko­na­łego psi­kusa.

Coraz czę­ściej się zasta­na­wiam, jak to moż­liwe, że z dwojga tych samych rodzi­ców zro­dziły się tak różne osoby.

Zośka jest trzpio­tliwa, zawsze uśmiech­nięta i cza­ru­jąca. Szczera do bólu, przez co nie­raz nara­ziła się przy­ja­ciół­kom, które wola­łyby sły­szeć tylko kom­ple­menty i z tru­dem prze­ły­kają gorz­kie słowa na swój temat. Z dru­giej strony zaskar­bia sobie ich sym­pa­tię nie­tu­zin­ko­wym poczu­ciem humoru i spra­wie­dli­wo­ści, które każe jej dzie­lić włos na czworo i z wielką uwagą przy­pa­try­wać się naj­drob­niej­szej spra­wie. Zresztą Mary­sia jest nie­mal taka sama, z tą róż­nicą, że w prze­ci­wień­stwie do Zosi spę­dza­łaby całe dnie z nosem w książce i po cichu, lecz coraz odważ­niej wspo­mina, że jej naj­więk­szym marze­niem jest zostać lekarką, naj­le­piej den­tystką.

Nie wiem, co jest pocią­ga­ją­cego w dłu­ba­niu komuś w zębach, ale skoro dla niej to życiowa frajda, niech robi to, na co ma ochotę. Przy­naj­mniej w przy­szło­ści zaj­mie się moim uzę­bie­niem. Może nawet pozwolę jej wypró­bo­wać na mnie te wszyst­kie pasty i proszki do wybie­la­nia zębów. Szcze­rze mówiąc, mam na tym punk­cie fioła i z zazdro­ścią oglą­dam zdję­cia akto­rek poły­sku­ją­cych sze­ro­kimi, bia­łymi uśmie­chami.

Prze­ci­wień­stwem bliź­nia­czek jest naj­młod­sza z nas, dzie­wię­cio­let­nia Wanda. Uparty, wredny dzie­ciak, który nie dość, że uwiel­bia wszystko wie­dzieć i co rusz nad­sta­wia z cie­ka­wo­ścią uszu, poja­wia­jąc się w pobliżu w naj­mniej dogod­nych oko­licz­no­ściach i momen­tach, to w dodatku z lubo­ścią powta­rza wszystko, co usły­szała; prze­krę­ca­jąc i nie­zmien­nie doda­jąc od sie­bie nie­po­trzebne trzy gro­sze.

Reklamy pra­sowe

To roz­pusz­czona i roz­piesz­czona przez rodzi­ców akto­reczka, która gdy tylko coś nie idzie po jej myśli, udaje ból brzu­cha albo głowy. Sprytna szan­ta­żystka z uro­czą, śliczną buzią, wiel­kimi nie­bie­skimi oczami i dołecz­kami w policz­kach, robi z ludźmi, co chce, zgry­wa­jąc słod­kie, przy­milne stwo­rze­nie. Co rusz pod­biera też mamie puder, per­fumy, a raz nawet się uszmin­ko­wała. Gdy została przy­ła­pana na pacy­ko­wa­niu się przed lustrem, zamiast się zawsty­dzić, zaśmiała się mamie pro­sto w nos i wytłu­ma­czyła, że skoro uro­dziła ją z defek­tami urody, to sama jest sobie winna temu, że jej naj­młod­sza córka musi się­gać po takie spe­cy­fiki. Ja na miej­scu mamci prze­ło­ży­ła­bym ją przez kolano i dała klapsa, ale mama oczy­wi­ście nic takiego nie zro­biła. Zresztą rodzice żad­nej z nas ni­gdy nie ude­rzyli ani też szcze­gól­nie na nas nie krzy­czeli.

Nie rozu­miem, dla­czego rodzice nie­mal na wszystko jej pozwa­lają. Odkąd poja­wiła się na świe­cie, stała się źró­dłem ich nie­po­koju i oczkiem w gło­wie mamy, która stale zamar­twiała i zamar­twia się o jej zdro­wie. Oso­bi­ście uwa­żam, że ze sła­bej kon­dy­cji Wanda zro­biła sobie nie­zły wytrych do zdo­by­wa­nia wszyst­kiego, na co ma kaprys i ochotę.

Przy oka­zji zasta­na­wiam się, jaka ja jestem. Bli­żej mi do Zosi czy Marysi? Bo z pew­no­ścią nie do Wandy! Przy­naj­mniej taką mam nadzieję. Prze­cież nie jestem mani­pu­lantką i hipo­chon­dryczką jak ona!

Z dru­giej strony nie mam wielce ambit­nych pla­nów, nie chcę zostać lekarką ani nauczy­cielką. Nie marzę o boga­tym narze­czo­nym, o któ­rym po lek­tu­rze kolej­nych bajek roz­pra­wia wie­czo­rami Wan­deczka. Tro­chę nie­po­koi mnie to, że nie wiem, kim chcia­ła­bym być w przy­szło­ści, ale myślę sobie, że odpo­wia­da­łoby mi takie życie, jakie pro­wa­dzi mama. Lubię nasz rytm dnia, wieś i pro­stą egzy­sten­cję. Nawet szcze­ka­nie psów, które wybu­dza mnie w nocy i pod­suwa wizje strasz­nych rze­czy, które mogą się dziać nie­opo­dal.

Rodzi się we mnie takie słod­kie poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, gdy w cie­płym łóżku mogę się sku­lić pod puchową koł­drą. I nie­ważne jest to, że może wilk błąka się gdzieś w pobliżu, a może pies goni nie­do­szłego zło­dzieja. Lubię poranne pia­nie koguta i dono­śny głos ojca, który wydaje dys­po­zy­cje pra­cow­ni­kom. Nawo­ły­wa­nie Klary kar­mią­cej kury i szu­ra­nie Wiśniew­skiego, który gło­śno tupiąc, z hała­sem wyciera buty o meta­lową kratkę przed wej­ściem do kuchni.

Uwiel­biam goto­wać i zaglą­dać do ogrodu; lubię cudowne chwile, gdy po świ­nio­bi­ciu czy żni­wach zapeł­niają się nasze spi­żar­nie; powolny rytm dnia, codzienne wcze­sne wsta­wa­nie i nie wyobra­żam sobie miesz­ka­nia na stałe w mie­ście, choćby nie wiem jakie ofe­ro­wało atrak­cje.

– Oddaj!

– Weź sobie! – Zośka potrząsa kape­lu­szem, a Wanda, mimo że pod­ska­kuje, nie jest w sta­nie wyrwać go z rąk sio­stry.

– Nie się­gam! Powiem mamie! – Wanda zżyma się coraz gwał­tow­niej i jak ma w zwy­czaju, zaczyna krzy­czeć: – Mamo, a ona mi się psoci!

– Skar­ży­pyta!

– No, daj! Mamo! – drze się wnie­bo­głosy.

– Nie trzeba było zabie­rać mi książki!

– To był żart!

– Teraz ja żar­tuję!

– To nie jest śmieszne!

– Ow­szem, nie jest, ale jak ci to mówi­łam, gdy zabie­ra­łaś mi książkę, to nie rozu­mia­łaś!

– Może­cie się kłó­cić gdzie indziej?! Idź­cie stąd wresz­cie! – Nie­po­rad­nie usi­łuję wypchnąć je z pokoju.

– Co tu się dzieje? – W drzwiach poja­wia się roz­złosz­czona bab­cia. – Znowu się kłó­ci­cie? Czy wy nie potra­fi­cie bawić się ina­czej?

– Bo ona mi zabrała kape­lusz?! – W oczach Wandy poja­wiają się łzy. – Bab­ciu, powiedz jej, żeby mi oddała!

– Zofia, pro­szę natych­miast oddać sio­strze kape­lusz. – Sewe­ryna usi­łuje wyrwać nakry­cie głowy.

– Ale bab­ciu, to ona…

– Nie chcę tego słu­chać! Jesteś star­sza i powin­naś być mądrzej­sza!

– Ale tak się nie robi, to nie­spra­wie­dliwe!

– Dys­ku­sję uwa­żam za zakoń­czoną. Chodź, Wan­deczko, obiorę ci jabłuszko. A może wolisz kogel-mogel?

– Babu­niu, dzię­kuję, jesteś dla mnie taka dobra!

Nim drzwi z hukiem się zamkną, uśmiech­nięta Wanda try­um­fu­jąco się odwraca i poka­zuje nam język.

– Gów­niara! – Zosia rzuca się na moje łóżko i wyciąga wygod­nie na lewym boku, opie­ra­jąc głowę na zgię­tej ręce. – Jest nie­zno­śna.

– Nie możesz jej odpu­ścić?

– Stale jej ustę­pu­jemy, a ona robi, co chce.

– Wiem, ale raczej tego nie zmie­nimy.

– A gdyby tak poroz­ma­wiać z tat­kiem? On jest chyba naj­bar­dziej spra­wie­dliwy. – Zosia pod­rzuca pomysł.

– Mama też się stara – mówię polu­bow­nie, choć mam świa­do­mość, że spo­gląda z wielką tro­ską na Wandę, która przez dziad­ków i Klarę jest naj­zwy­czaj­niej w świe­cie fawo­ry­zo­wana.

– Pew­nie tak. – Zosia wydyma usta. – Tylko stale się boi, że małej coś się sta­nie. Że się prze­ziębi, ska­le­czy, że jak będzie krzy­czeć, to się nabawi zapa­le­nia gar­dła, a jak wieje, to zapa­le­nia uszu i tak dalej, i tak dalej.

– Wiesz, że Wanda led­wie prze­żyła. Klara opo­wia­dała, że przez pierw­sze jej mie­siące była zagro­żona…

– Bla, bla, bla! I co z tego? Teraz naj­wy­raź­niej jest zdrowa, skoro ma siłę, żeby nam doku­czać.

– Może jest coś, o czym nie wiemy, a rodzice nie chcą nas mar­twić.

– Głu­pia jesteś.

– Nie mów tak do mnie!

– Ale taka jest prawda. – Zośka gwał­tow­nie siada i spusz­cza nogi z łóżka, po czym zaczyna nimi od nie­chce­nia machać. – Musisz przy­znać, że Wanda wszyst­kich wyko­rzy­stuje.

– Może tro­chę.

– Pew­nie Bunia na jej punk­cie tak osza­lała, bo Wanda jest do niej podobna: tak samo wredna i zło­śliwa.

– Dziew­czynki!

Nie zauwa­ży­ły­śmy, kiedy w drzwiach, oparta o fra­mugę, sta­nęła zafra­so­wana mama, która teraz przy­gląda nam się ze smut­kiem, jak­by­śmy były porażką jej życia.

– Naprawdę uwa­ża­cie, że fawo­ry­zu­jemy Wandę?

Robi mi się okrop­nie głu­pio i bąkam nie­pew­nie:

– Nie, skąd, my tylko…

– Wiki, nie oszu­kuj! – Zosia nie wydaje się spe­szona. – Oczy­wi­ście, że woli­cie ją od nas! – rzuca oskar­ży­ciel­sko, a mnie cierp­nie skóra.

– Ależ to nie­prawda. – Mama robi krok i przy­myka drzwi. Z dło­nią na klamce zaczyna odpie­rać zarzuty. – To nie tak jak myśli­cie. Kocham was wszyst­kie tak samo, ale rze­czy­wi­ście naj­bar­dziej mar­twi nas stan zdro­wia Wan­deczki. Jest taka kru­cha, deli­katna i cho­ro­wita… Jak kie­dyś zosta­nie­cie mat­kami, to zro­zu­mie­cie, jak to jest.

– Nie musisz się aż tak o nią zamar­twiać, bo gdy cię nie ma, Wanda doka­zuje jak dziki źre­bak, żeby nie powie­dzieć koza.

– Nawet tak nie mów. Dziecko dro­gie, gdy­byś tylko wie­działa, przez co z ojcem prze­szli­śmy.

– Mamuś – włą­czam się do roz­mowy. – Zosia ma rację, Wanda za dużo sobie pozwala, a co gor­sza, czuje się bez­karna. Poza tym ocze­kuje, że będziemy jej we wszyst­kim poma­gać i ją wyrę­czać.

– Wła­śnie! – Zosia wbija wzrok w mamę. – Dziś zabrała mi książkę i scho­wała koło ula, a wiesz, jak boję się psz­czół! A gdy kaza­łam Wan­dzie ją oddać, powie­działa, że to żart i mam jej dać spo­kój, a jak nie, to powie Kla­rze, że to ja scho­wałam jej książkę. I gdyby tak się stało, to Klara mnie by zru­gała, a jej nago­to­wała na pocie­sze­nie legu­miny!

– Jesteś pewna?

– Mamo, musisz zro­zu­mieć, że mówimy prawdę, i coś z tym zro­bić. – Skła­damy bła­gal­nie dło­nie, jak by to miało ją prze­ko­nać do naszego punktu widze­nia. Naj­wy­raź­niej nie zdaje to egza­minu, bo mamuśka nie­spo­dzie­wa­nie mówi:

– Pro­szę mnie nie pouczać, moja droga.

– Prze­pra­szam, chcia­łam tylko powie­dzieć, że jak tak dalej pój­dzie, Wanda już nikogo nie będzie chciała słu­chać. Jej się wydaje, że wszystko może, i w końcu może sobie takim postę­po­wa­niem zaszko­dzić.

– Poroz­ma­wiam z nią, obie­cuję, ale wy też musi­cie mi pomóc.

– Mamuś, oczy­wi­ście! – wołam ocho­czo. – Tylko nie wiem, co mia­ły­by­śmy zro­bić! Ale powiedz nam, a my…

– Może jak będzie­cie jej ustę­po­wać albo nie zwra­cać uwagi na jej docinki i psoty, to jej się znu­dzi?

Dobre sobie?! Co też ta nasza mama wymy­śliła? Wan­dzie nale­ża­łoby się solidne lanie. To zna­czy nie zaraz lanie, bo rodzice ni­gdy na nas nie pod­nie­śli ręki, ale na przy­kład sta­nie w kącie czy posie­dze­nie w ciem­nej spi­żarni przez pół dnia nauczy­łoby ją rozumu. Jeśli na­dal będziemy jej ustę­po­wać, a robimy to nie­ustan­nie, z pew­no­ścią nie zrobi to na niej wra­że­nia.

Flo­ren­tyna

Teściowa jest nie do zatrzy­ma­nia. Myśla­łam, że ma już dawno za sobą eks­cy­ta­cję okul­ty­zmem i nie­udana próba wywo­ła­nia ducha świę­tej pamięci Fran­ciszki była jej ostat­nim eks­pe­ry­men­tem z zaświa­tami, tym­cza­sem teraz dla odmiany prze­żywa fascy­na­cję wróż­bami i prze­po­wied­niami z pie­kła rodem. I nie ma zna­cze­nia, że kolejne wróżki i Cyganki prze­po­wia­dają jej skraj­nie odmienną przy­szłość ani że z wier­szo­wa­nych prze­po­wiedni jakie­goś Nostra­da­musa nie jest w sta­nie nic wyczy­tać, za to inter­pre­tuje je barw­nie i ocho­czo. W dodatku upodo­bała sobie roz­wa­ża­nie tych spraw przy nie­mal wszyst­kich posił­kach ku ucie­sze i jed­no­cze­snemu prze­ra­że­niu dziew­czy­nek.

Potem córki snują się za mną i Kon­stan­tym, dopy­tu­jąc, co sądzimy o tym i o tam­tym, a jak nam się wydaje, czy koniec świata wła­śnie się zbliża, czy jesz­cze mamy odro­binę czasu na speł­nia­nie marzeń, czy będzie wojna i czy taki układ czar­nych chmur na nie­bie zwia­stuje nie­szczę­ście, czy jed­nak nie, i czy bab­cia ma rację, gdy twier­dzi, że można zostać starą panną, jeśli się przy­mie­rzy cudzą suk­nię ślubną. Osza­leć można!

– Mamuś, ale powiedz, jak myślisz: będzie wojna? – Mary­sia nie odstę­puje mnie na krok i gdy­bym tylko jej pozwo­liła, weszłaby za mną nawet do łazienki. – Jeste­śmy har­cer­kami i w takiej sytu­acji mia­ły­by­śmy…

– Nie, z pew­no­ścią nie będzie żad­nej wojny, nie martw się. Ile razy można to powta­rzać?

– Ale bab­cia mówiła, że została zerwana kolejna z sied­miu pie­częci zapo­wia­da­ją­cych zagładę! Że nie­ba­wem ujrzymy sied­miu roz­gnie­wa­nych anio­łów dmą­cych w trąby i wtedy spad­nie na nas seria naj­cięż­szych kar.

– Bzdura! Nie słu­chaj babci, ona coraz bar­dziej pogrąża się w świe­cie fan­ta­zji i chce was nastra­szyć.

– A jeśli się nie myli? – Córka nie ustę­puje. – I co może ozna­czać ta kula ognia z nieba? Może pio­runy?

– A może deszcz mete­orów – mówię bez prze­ko­na­nia, bo im wię­cej o tym roz­ma­wiamy, tym bar­dziej daje mi to wszystko do myśle­nia. – Czyli spa­da­ją­cych gwiazd. To nawet byłoby miłe, bo gdy czło­wiek, widząc taką gwiazdę, pomy­śli życze­nie, jest wielka szansa na to, że się spełni.

– A ja myślę, że może to armaty! – Nie wie­dzieć skąd, poja­wia się Zosia, która naj­wy­raź­niej jest rów­nie zorien­to­wana w tema­cie. – Wujek Fran­ci­szek opo­wia­dał, że jak na woj­nie strzela się z armat, to ma się wra­że­nie, jakby niebo pło­nęło.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Sko­kowo rosnąca infla­cja spo­wo­do­wała zała­ma­nie pol­skiego sys­temu finan­so­wego, gene­ru­jąc ogromny defi­cyt budże­towy, dość nie­udol­nie rato­wany dodru­kiem marki pol­skiej (mkp). W efek­cie szybko poja­wiła się hiperinfla­cja, któ­rej umowną gra­nicą był mie­sięczny wzrost cen o mini­mum 50%. Waluta kra­jowa gwał­tow­nie zaczęła tra­cić war­tość. Jej kurs spadł z 9 mkp za dolara w 1918 r. do 6 375 000 mkp za dolara pod koniec 1923 r. Pozy­tywny sku­tek przy­nio­sły dopiero reformy Grab­skiego (od 1923 r. mini­stra skarbu, a póź­niej i pre­miera), który m. in. zli­kwi­do­wał Pol­ską Kra­jową Kasę Pożycz­kową (powstałą w 1916 r.), emi­tenta pol­skiej marki, zastę­pu­jąc ją Ban­kiem Pol­skim (w isto­cie będą­cym pre­kur­so­rem dzi­siej­szego Naro­do­wego Banku Pol­skiego). Kon­se­kwentne poczy­na­nia Grab­skiego spo­wo­do­wały, iż w ciągu 1924 r. sku­tecz­nie zdła­wiono hiper­in­fla­cję. [wróć]

M. Reszel­ska, S. Mit­t­mann, S. Kró­li­kow­ska, Nauka goto­wa­nia do użytku Ludu Pol­skiego, Gru­dziądz 1923. [wróć]

Pamięt­niki chło­pów, t. 1 wydany w 1935 r., t. 2 w 1936, to publi­ka­cja, która powstała w wyniku kon­kursu ogło­szo­nego przez Insty­tut Gospo­dar­stwa Spo­łecz­nego w 1933 r. i od razu stała się jed­nym z naj­cen­niej­szych dowo­dów nie­zwy­kłej nędzy i biedy panu­ją­cej w latach 20. XX wieku na zie­miach pol­skich. [wróć]

Impuls gospo­dar­czego roz­woju dał dopiero wizjo­ner­ski duet Grab­ski–Kwiat­kow­ski, kła­dąc pod­wa­liny pod uprze­my­sło­wie­nie kraju i gospo­dar­czy roz­wój nowo powsta­łej II RP. Wł. Grab­ski upo­rząd­ko­wał sferę finan­sowo-budże­tową pań­stwa, na bazie któ­rej E. Kwiat­kow­ski doko­nał nie­mal gospo­dar­czego cudu. 4-letni plan inwe­sty­cyjny oparł na roz­bu­do­wie infra­struk­tury, dźwi­ga­niu poten­cjału obron­nego kraju oraz przy­go­to­wa­niu fun­da­men­tów pod przy­szłą roz­bu­dowę prze­my­słu. Dążył do akty­wi­za­cji Sta­ro­pol­skiego Okręgu Prze­my­sło­wego na połu­dniu kraju, ini­cju­jąc przy tym budowę portu i mia­sta w Gdyni. Wydat­nie przy­czy­nił się do powsta­nia uprze­my­sło­wio­nej Sta­lo­wej Woli oraz roz­woju pol­skiego prze­my­słu che­micz­nego (zakłady azo­towe w Cho­rzo­wie i Tar­no­wie). Bez­sprzecz­nie można go nazwać ojcem prze­isto­cze­nia rybac­kiej wsi Gdy­nia w mia­sto por­towe. Nie­mrawo pod­jęte w 1921 r. prace budow­lane – za jego sprawą – nabrały tempa i roz­ma­chu w 1926 r., a Gdy­nia stała się dla ówcze­snej Pol­ski „oknem na świat”. E. Kwiat­kow­ski przy­czy­nił się do powsta­nia pol­skiej floty han­dlo­wej. Jego dzie­łem była też Dale­ko­mor­ska Flota Rybacka. W 1930 r. odcho­dzi z rządu, do któ­rego wraca w paź­dzier­niku 1935 r. jako wice­pre­mier i mini­ster skarbu (do 30 IX 1939 r.). Wów­czas nacisk kła­dzie na budowę Cen­tral­nego Okręgu Prze­my­sło­wego (COP), naj­więk­szego przed­się­wzię­cia eko­no­micz­nego II RP, głów­nej bazy prze­my­słu cięż­kiego i zbro­je­nio­wego. Na roz­wój COP-u prze­zna­czono w latach 1937–1939 około 60% cało­ści pol­skich wydat­ków inwe­sty­cyjnych o łącz­nej war­to­ści 1925 mln zł. [wróć]

„Dzien­nik Byd­go­ski”, 5 lipca 1925. [wróć]

Klasz­tor Sióstr Sacré Cœur w Pobie­dzi­skach – klasz­tor, daw­niej ze szkołą i inter­na­tem dla dziew­cząt, zało­żony w 1921 r. przez Zgro­ma­dze­nie Naj­święt­szego Serca Jezusa w Pol­skiej Wsi, znaj­du­jący się w gra­ni­cach Pobie­dzisk w woje­wódz­twie wiel­ko­pol­skim. [wróć]

Cyryl Rataj­ski, ur. 3 marca 1875 w Zale­siu Wiel­kim, zm. 19 paź­dzier­nika 1942 w War­sza­wie. Pod­czas Powsta­nia Wiel­ko­pol­skiego był łącz­ni­kiem pomię­dzy poznań­ską Naczelną Radą Ludową a Komi­te­tem Naro­do­wym Pol­skim w Paryżu. Pre­zy­dent Pozna­nia w latach 1922–1924 oraz 1925–1934. Mini­ster spraw wewnętrz­nych w rzą­dzie Wła­dy­sława Grab­skiego (17 XI 1924 – 14 VI 1925). Pod­czas II wojny świa­to­wej Dele­gat Rządu na Kraj (1940–1942). Już za pierw­szej pre­zy­den­tury prze­kształ­cił Poznań z pru­skiego mia­sta gar­ni­zo­no­wego w pręż­nie roz­wi­ja­jący się ośro­dek gospo­dar­czy. Pobu­do­wał m.in. elek­trow­nię, Ogród Bota­niczny i most Bole­sława Chro­brego, uru­cha­mia­jąc rów­no­cze­śnie pierw­szą w Euro­pie Wschod­niej spa­lar­nię miej­skich odpa­dów. Wyty­czył nowe trasy tram­wa­jowe, wpro­wa­dza­jąc jako pierw­szy w Pol­sce tro­lej­busy. Zaini­cjo­wał prze­strzenny roz­wój Pozna­nia, powięk­sza­jąc go o pod­miej­skie: Dębiec, Sta­ro­łękę, Rataje, Koman­do­rię, Główną, Sołacz, Golę­cin i Wolę. [wróć]

„Kurier Poznań­ski”, 4 kwiet­nia 1924. [wróć]