Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL - Grzegorz Wielgus - ebook
NOWOŚĆ

Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL ebook

Grzegorz Wielgus

5,0

63 osoby interesują się tą książką

Opis

Wśród nocnej ciszy Bóg się rodzi, a we wsi umierają ludzie.

 
Wigilia 1976 roku. W kościele rozbrzmiewają kolędy, a śnieg przykrywa polską wieś białą niewinną warstwą. Ale kilka kilometrów dalej, na ciemnej szosie, śnieg zmienia kolor na czerwony.

 Do autobusu PKS wsiada trzydzieści osób. Wszyscy widzą, jak lokalny watażka i jego kompani bestialsko mordują rodzinę, która odważyła się im sprzeciwić.

 
Nikt nie wysiada. Nikt nie krzyczy. Nikt nie biegnie po pomoc.

 
Zamiast tego, w świetle reflektorów, odbywa się makabryczny rytuał. Sprawcy zmuszają świadków do całowania różańca i przysięgi na własną krew.

 
To opowieść o tym, jak strach potrafi zasznurować usta całego miasteczka, i o tym, że najciemniejszy mrok czai się w sercach zwykłych sąsiadów.

 
Czy Ty odważyłbyś się przerwać milczenie?


„Połaniecka” to wstrząsająca, oparta na faktach historia jednej z najgłośniejszych zbrodni PRL-u.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2025 GRZEGORZ WIELGUS

All rights reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © 2025 WYDAWNICTWO INITIUM

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja: MAŁGORZATA STAROSTA

Korekta: KATARZYNA KUSOJĆ

Projekt okładki: MAŁGORZATA SZOSTAK

Projekt typograficzny, skład i łamanie: PATRYK LUBAS

Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA, MAŁGORZATA SZOSTAK

Fotografia wykorzystana na okładce: ARCANGEL

Lektor audiobooka: WOJCIECH MASIAK

WYDANIE I

ISBN 978-83-68205-32-9

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail: [email protected]

facebook.com/wydawnictwo.initium

Fragment

Rozdział 1. ZŁO

Rozdział II. Budzenie zmarłych

Rozdział III. Milczenie jest złotem

Rozdział IV. Wędlina i dzbanki

Rozdział V. Sprawcy

Rozdział VI. Szukanie nieszczelności

Rozdział VII. Rytuał

Rozdział VIII. Sugestia

Rozdział IX. Dom na uboczu

Rozdział X. Jeszcze jedno zeznanie

Rozdział XI. Bóg jest daleko, ludzie tutaj

Rozdział XII. Niech się napatrzą

Rozdział XIII. Lista niewiernych

Rozdział XIV. Kolejny wypadek

Rozdział XV. Dawca pierścieni

Rozdział XVI. Ja z panem rozmawiać nie chcę

Rozdział XVII. Zatroskani obywatele

Rozdział XVIII. Brak woli

Rozdział XIX. O jedno kłamstwo za daleko

Rozdział XX. Sumienie

Epilog. Ani dnia wcześniej

Posłowie

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

ROZDZIAŁ 1ZŁO

Grudzień 1976

Na rzeź wyprowadziła ją kuzynka.

– Kacha, ojciec się wam spił. Chałupę roznosi. Idźcie tam i go opanujcie.

Gdyby Gośka nie szeptała jej wprost do ucha, słowa utonęłyby w chórze głosów śpiewających Bóg się rodzi i rzężących dźwiękach lekko rozstrojonych organów. Katarzyna Borecka spojrzała zaskoczona na kuzynkę. Nie zwróciła uwagi na zaciśnięte do białości dłonie Gośki, zignorowała też jej nerwowe kręcenie stopą, które zawsze zdradzało niepokój dziewczyny. Wierzyła jej. Między rodzicami ostatnio nie układało się najlepiej, matka zabroniła ojcu pokazywać się w domu, przez co tatko musiał nocować w domu rodziców, kilka gospodarstw dalej.

– Skąd wiesz? – zapytała odruchowo Kaśka. Nie mogła uwierzyć, że jej ojciec wszczynałby pijacką burdę właśnie w tę noc. Dopiero co łamali się opłatkiem nad wigilijnym stołem, składali sobie życzenia.

– Zatelefonowali. – Gośka wymownie wskazała spojrzeniem w stronę wyjścia z kościoła. – Idźcie – syknęła. – Jak chałupę wam spali, to co będzie?

Katarzyna chwyciła męża za rękę. Nachyliła się nad jego ramieniem.

– Sebastian, musimy do domu – powiedziała przez ściśnięte gardło. – Weź Michasia.

– Czy to…? – zaczął niepewnie, patrząc na wypukłość pod płaszczem żony. – Chodzi o dziecko?

– Nie, nie. Awantura w domu.

Sebastian Borecki przez moment jej się przyglądał, po czym skinął głową. Nie pytał o nic więcej, bo nawet w półmroku połanieckiego kościoła widział niepokój wypisany na twarzy żony. Jeżeli prosiła o coś takiego i zamierzała wyjść z pasterki, to z pewnością miała dobry powód.

– Chodź, szwagier, wracamy – powiedział wesoło do chłopaka siedzącego na skraju drewnianej ławy.

Dwunastoletni Michałek, młodszy brat Katarzyny, nie żałował przedwczesnego końca pasterki. W domu czekała na niego nowa książka Karola Maya, a w niej tyle nowych nazw, których chłopak będzie mozolnie szukał w atlasach geograficznych do momentu, aż szarą linią ołówka nakreśli szlak, jakim podążał odważny Winnetou oraz Old Shatterhand, choć imienia tego drugiego nie potrafił jeszcze dobrze wymówić. Dziś było za późno na czytanie, ale jutro będzie miał na to cały dzień. Jeszcze nigdy nie oczekiwał Bożego Narodzenia z taką niecierpliwością jak w tym roku.

– „Cóż masz, niebo, nad ziemiany, Bóg porzucił szczęście swoje. Wszedł między lud ukochany, dzieląc z nim trudy i znoje” – śpiewali uczestnicy mszy, gdy Boreccy razem z Michałkiem szli w stronę wyjścia. Kilku ludzi z Poręby odprowadziło ich długimi, niemalże wrogimi spojrzeniami. Nie przestawali jednak śpiewać. – „Niemało cierpiał, niemało, żeśmy byli winni sami. A Słowo Ciałem się stało i mieszkało między nami”.

Boreccy wyszli na mróz, świeży śnieg chrupał pod podeszwami butów. Biały puch sypał się z nieba, przez co cały świat zdawał się ograniczać do strzępu drogi, wydobytej z mroku mdłym blaskiem latarni. Przed kościołem pod wezwaniem Świętego Marcina Biskupa stały dwa autobusy, które przywiozły ludzi z Poręby na mszę, a nieco dalej taryfa, duży Fiat należący do Edka Dzika. Przez zaparowane okna jednego z SAN-ów widać było pomarańczowe światło żarówek i przesuwające się przed nimi sylwetki pasażerów.

– Podwiozą do wsi? – podsunął Sebastian.

– Może nie będzie trzeba iść – odpowiedziała Katarzyna z roztargnieniem i położyła dłoń na brzuchu. Od wsi dzieliło ich cztery kilometry, było już po północy, a perspektywa długiego marszu w zimową noc wcale jej się nie uśmiechała, zwłaszcza w piątym miesiącu ciąży. Dziecko zaczynało się wiercić, pojawiły się pierwsze skurcze oraz bóle pleców, które nie zachęcały do dalekich wypraw.

Katarzyna chwyciła za klamkę autobusu i otworzyła drzwi. Chociaż w kościele mieszkańcy Poręby z pokorą witali narodziny Chrystusa, w autobusie świętowali w zupełnie inny sposób. Dziewczyna poczuła na twarzy uderzenie gęstego, lepkiego wręcz powietrza, przesiąkniętego zapachem wódki oraz potu. Wewnątrz autobusu siedział Jacek Kiwak, sołtys Poręby, ormowiec Chmurzyński i jeszcze kilkunastu innych Porębian. Same znajome twarze, które Katarzyna widywała właściwie przez całe swoje życie. Był też Jan Sójka z rodziną.

– Ładnie tak bez pukania wchodzić? – zapytał sołtys Kiwak, ocierając nos wierzchem dłoni. Miał mętne spojrzenie, policzki czerwone od alkoholu, a wąsy ledwie tylko przygładzone. – Za grosz manier u tych młodych.

– Musimy wrócić do Poręby – powiedziała Katarzyna, wpatrując się z nadzieją w Bartka Strasia, szwagra Sójki, który siedział nonszalancko na fotelu kierowcy z nogą opartą o obudowę silnika. Dziewczyna wspięła się niepewnie na pierwszy stopień autobusu.

– A poszła stąd – rzucił Jan Sójka, zastępując jej drogę. – Tym na pewno nie pojedziecie.

– Ale… dlaczego?

– Bo nie. To autobus dla wszystkich, nie tylko dla was. – Sójka wzruszył ramionami. – Wesele się skończyło, teraz już nikt wokół was skakać nie zamierza. Nie jesteście lepsi od innych, identiko jak reszta.

– Edek, taryfą nas zawieziesz? – Dziewczyna spojrzała z desperacją na taksówkarza. – Zapłacimy, jak dojedziemy. Wiesz przecież, żem słowna. Sebastian też.

– Mowy nie ma, młoda. Zmęczony jestem. – Edward Dzik znacząco uniósł kieliszek wódki i potrząsnął nim na boki. Uśmiechnął się przy tym nieprzyjemnie, mrużąc oczy, jakby chciał zapamiętać zaskoczony wyraz twarzy dziewczyny.

Katarzyna przesunęła spojrzeniem po twarzach siedzących w autobusie ludzi. Znała ich wszystkich, a oni znali ją, ale tej nocy miała wrażenie, że patrzy na obcych. Było w ich oczach coś nieprzyjemnego. Ekscytacja i oczekiwanie, jak u sfory wygłodniałych psów, które wpatrują się w porzucony kawał padliny.

– Ojciec… – zaczęła, ale natychmiast przerwał jej Sebastian:

– Idziemy, Kaśka, nie ma co języka strzępić. Widać, że ci wolą wódkę żłopać przy Bożym Narodzeniu, niż komuś pomóc.

W ponurym milczeniu Boreccy ruszyli drogą w stronę Poręby, mijając drewniane domy z jasnymi okiennicami oraz czerwonymi ścianami, które w świetle nielicznych latarni zdawały się pokryte zakrzepłą krwią. Nowoczesność wdzierała się do Połańca. Nad brzegiem Wisły wznoszono ogromną elektrownię, powstawały osiedla robotnicze, rzędy równych domów, pełnych przyjezdnych budowniczych, ale od północy ludzie wciąż mieszkali w garbatych, krytych słomą chatach. Gdyby nie sterczące słupy wysokiego napięcia, stojące przed bogatszymi domami samochody oraz droga wyłożona trylinką, okolica żywcem przypominałaby pejzaż z zeszłego stulecia.

– Skąd Gośka wiedziała? – Katarzyna odezwała się jako pierwsza, jak zwykle zresztą. Miała osiemnaście lat, ale opieka nad młodszym bratem i pomoc w rodzinnym gospodarstwie sprawiły, że zachowywała się jak rówieśniczka starszego o siedem lat męża. Sebastian, cichy, pracowity i dobrze ułożony, potrafił to docenić.

– Zatelefonował ktoś – odpowiedział, mocniej ściskając dłoń żony.

– Jest tylko jeden telefon we wsi. – Kaśka poczuła nieprzyjemny posmak w ustach. – U Sójków.

– Ciągle mają za złe to na weselu? – westchnął Sebastian. – Może nie trzeba było ich zapraszać?

– Uznaliby to za obrazę ich honoru. – Dziewczyna pokręciła głową. – Rozpowiadaliby potem, że Rokitowie i Boreccy dzielą ludzi na lepszych i gorszych. Tacy oni są, ci Sójkowie. Zawistni.

– Czemu idziemy na piechotę? – zapytał Michałek. – Autobus się zepsuł?

– Bo mamy złych sąsiadów – odparła przez zaciśnięte zęby Kaśka.

Większość drogi pokonali w milczeniu, każde zamknięte wewnątrz własnych myśli. Kaśka wciąż rozpamiętywała każde słowo, jakie padło w zaparkowanym pod kościołem SAN-ie. Sebastian wolał skupić się na tym, co miało nadejść w nowym roku. Dostał pracę przy budowie elektrowni, co z jednej strony oznaczało więcej pieniędzy dla niego i ciężarnej Kaśki, ale z drugiej musiał ciężej pracować w rodzinnym gospodarstwie. Drepczący obok nich Michałek zastanawiał się, czy Winnetou kiedykolwiek widział tyle śniegu, ile napadało tej zimy w Porębie.

– Siostra? Apacze mają zimę?

– Nie wiem. Popraw kurtkę. Jak się przeziębisz, to matka będzie zła – odparła Kaśka i spojrzała na męża. – Skarbek, wiesz co o Apaczach?

– Tyle co wyczytałem w jednym numerze…

Urwał, gdy nocną ciszę przerwał warkot silnika, a drogę rozjaśniły snopy światła. Cienie trojga ludzi zarysowały się wyraźniej na śniegu. Kaśka się zatrzymała i uniosła dłoń, żeby zatrzymać auto. Jeżeli kierowca podwiózłby chociaż Sebastiana do Poręby, zaoszczędziliby trochę czasu i pomogli matce opanować pijanego ojca.

Samochód nie zwalniał. Przyśpieszył pomimo śniegu. Przemknął obok i Michałek już nie stał obok niej.

Nie słyszała zgrzytu wyginającej się blachy, mdlącego dźwięku uderzenia o ciało oraz krzyku chłopaka. Nie słyszała niczego. Stała z uniesioną dłonią, sparaliżowana brutalnością tego, co się właśnie wydarzyło. Przed chwilą Michałek stał obok niej i wyczekiwał, aż Sebastian dokończy zdanie. Moment później leżał na asfalcie z nienaturalnie powykrzywianymi nogami i tym przerażającym wyrazem twarzy. Żył. Próbował się podnieść.

W poprzek drogi zatrzymał się autobus, z którego wysiadł Jan Sójka. Drzwi od strony kierowcy otworzyły się z trzaskiem. Na skrzący się szronem asfalt zeskoczył Bartek Straś. W ręku trzymał długi, ciężki kawał żeliwa – łyżkę do zmiany opon w autobusie.

Kaśka zaczęła się cofać. Mówiła coś, ale nie słyszała własnych słów. Sebastian wbiegł między żonę i Sójkę. Zaczął krzyczeć, wskazał na leżącego na jezdni Michałka. Prosił ich o pomoc. Wciąż sądził, że to był wypadek, ale zamarł, gdy z Fiata wysiadł Edek Dzik z ponurym uśmiechem na twarzy i strzelił palcami. Wtedy Straś zdzielił Sebastiana w głowę. Nie zważając na krzyki Kaśki, grzmocił łyżką do zmiany opon z bezmyślną furią, nawet po tym, jak Borecki osunął się na jezdnię. Straś stanął ponad nim, dysząc ciężko i wypuszczając z ust kłęby pary.

Dziewczyna rzuciła się do ucieczki. Musiała przeżyć.

Pokonała przydrożny rów, przedarła się przez bezlistne czeremchy. Biegła przez zaśnieżone pole prosto w ciemność. Ubrania krępowały jej ruchy, buty grzęzły w białym puchu, mimo to z desperacją walczyła o każdy metr. Byleby się wymknąć, zniknąć gdzieś w lesie, znaleźć kogoś, kto jej pomoże. Nieważne kogo.

Śnieg wokół niej pojaśniał nagle, roziskrzył się, jakby wokół rozrzucono odłamki zbitego szkła. Ktoś oświetlił dziewczynę latarką. To musiał być ktoś z Poręby. Ktoś, kogo znała. Potknęła się o zamarzniętą grudę ziemi, ale nie upadła. Łapczywie wdychając mroźne powietrze, przebiegła jeszcze kilka kroków, zanim poczuła brutalne szarpnięcie w tył. Na gardle dziewczyny zacisnęła się dłoń, równie twarda i bezlitosna, co imadło. Próbowała się wyrwać, oddychać. Biła na oślep, ale Sójka wlókł ją przez śnieg z powrotem do tej przeklętej drogi, do światła samochodowych reflektorów.

Rzucił ją na asfalt obok nieruchomego Sebastiana. Za jej plecami odezwał się jakiś niewyraźny głos, silnik autobusu pracował jednostajnie. Kaśka potoczyła dokoła błędnym wzrokiem. Edek Dzik stał oparty o karoserię Fiata z tym paskudnym, drwiącym uśmieszkiem na ustach. Wojtek Kurowski stał w drzwiach autobusu z pistoletem w dłoni i przypatrywał się jej obojętnie. Latarką oświetlał ją Igor Litek. Do okien autobusu przylepione były niewyraźne twarze. Dziesiątki znajomych twarzy: sąsiadów, krewnych. Spojrzała w bok. Nie potrafiła znieść widoku zalanego krwią męża. Uniosła wzrok na Sójkę. Zapytała. Sójka odpowiedział krótko, ze wzruszeniem ramion, po czym skinął głową Strasiowi.

Mężczyzna poprawił chwyt na zakrwawionej łyżce do opon.

Uderzył.

* * *

Kajetan Botor, prokurator rejonowy w Staszowie, mógł zaliczyć początek nowego roku do całkiem udanych. Jego rewir nie należał do trudnych, choć bliższe prawdy było stwierdzenie, że Botor nie czynił swojej pracy nadto skomplikowanej. Brakowało tu wywrotowych „elementów niepewnych”, władzy słuchano chętnie, a przynajmniej tę chęć udawano tak skrzętnie, że nie było powodu drążyć zbyt głęboko, a ludzie na wsiach nie sprawiali wiele trudności. Mieszkańcy po staremu kradli drewno z państwowych lasów, ale dla Botora stanowiło to rzecz tak oczywistą jak słońce na niebie. Oni wycinali, Straż Leśna ich goniła, a prokuratora rejonowa podchodziła do tej gonitwy jak do każdej innej sprawy, unikając zbytniego nagłaśniania postępowania. Kradzież, rozbój, napaści miały przykry zwyczaj przyciągania spojrzenia z wyższych szczebli, a jeżeli sprawy wystarczająco szybko się nie wyciszyło, można się było spodziewać wizyty bezpieki.

Ci z góry nie chcieli głośnych śledztw, bo to godziło w obraz socjalistycznego raju, gdzie ludzie nie mieli powodu do łamania prawa. Dla Botora zamiatanie pod dywan było nie tylko ważne dla zachowania spokoju ducha, ale również dla portfela. Tutaj ludzie chcieli się dogadywać, załatwić rzeczy za ładną sukienkę dla żony albo stanowisko dla zięcia, co dla prokuratora rejonowego stanowiło nader przyjemną okoliczność. On przymykał oko i karał tak łagodnie, jak tylko pozwalały mu na to łapówki oraz własne, wyjątkowo elastyczne sumienie. Nie widział powodu, by się angażować. Staszów to nie Dziki Zachód, żeby jeździć konno z rewolwerem na biodrze i nadstawiać karku w imię prawa. Przydział służbowego paliwa lepiej spożytkować na wyjazdy rodzinne niż zabawę w szeryfa. On szedł ludziom na rękę, a ideologiczni przodownicy pracy na wyższych szczeblach mogli cieszyć się wizją harmonijnej współpracy robotniczo-chłopskiej.

Szczęknęła klamka. W progu gabinetu stanął sierżant Pawlas z papierową teczką pod pachą.

– Przyniosłem dokumenty, o które pan prosił.

– Znakomicie – stwierdził pogodnie Botor. Wysunął szufladę biurka i wyciągnął z niej owiniętą papierem kanapkę z pasztetową. – Dawaj je tutaj.

Z drugim śniadaniem w ręku prokurator rejonowy przebiegł wzrokiem po raporcie dotyczącym sprawy na szosie prowadzącej do Poręby. Zdjęcia ciał trzymał osobno w kopercie przypiętej spinaczem do akt. Widok zmiażdżonych przez autobus zwłok i na wpół obnażonej dziewczyny pod kołami SAN-a odbierał mu apetyt. Kiedy lekarz zaczął sekcję, Botor uznał, że jego obecność nie była potrzebna podczas oględzin. Wracał, gdy ciała były zakryte, żeby spisać uwagi patologa i zadać kilka pytań. Więcej robić nie zamierzał. Po co zresztą? Od tego sprowadzono specjalistę z Kielc, a raport, który sporządził lekarz, podsumowany został jednoznacznym werdyktem – wypadek. Właściwie nie było sensu czytać niczego prócz podsumowania z sekcji, chociaż i to była strata czasu.

Był przecież na miejscu.

– Mhm – mruknął prokurator rejonowy, zanim przełknął kęs kanapki. – Wypadek.