Ostatnia więźniarka Auschwitz - Nina Majewska-Brown - ebook + audiobook

Ostatnia więźniarka Auschwitz ebook

Nina Majewska-Brown

4,5

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Ponad 75 lat po wyzwoleniu obozu w Auschwitz okazuje się, że za jego drutami, w jednym z esesmańskich bloków, mieszka kobieta, która do dziś jest „więźniarką” tego miejsca i jego historii.

To niezwykła opowieść o rodzinnych dramatach i przewrotności losu, który połączył miłością więźniarkę obozów na Majdanku, w Ravensbrück i Buchenwaldzie z więźniem Auschwitz, zsyłając ich po wojnie do Birkenau.

Tych dwoje naznaczonych śmiercią ludzi współtworzyło Muzeum Auschwitz-Birkenau, tu urodziły się ich dzieci, tutaj przemieszkali i przepracowali całe życie i tu do dziś mieszka ich córka. Anna stała się ostatnią „więźniarką” Auschwitz. W wieku czterech lat, towarzysząc mamie, oprowadzała pierwszych zwiedzających. Zaraz po szkole podjęła pracę w muzealnym archiwum i pracuje w nim do dziś. Zna historię Auschwitz najlepiej i wie o nim niemal wszystko, uwięziona w szponach historii obozu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 357

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
tomaszp84

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo poruszająca historia dziewczyny która TYLKO przyjechała na wakacje do rodziny do Polski. Polecam
00

Popularność




Słowo wstępne

Czy żeby się prze­ko­nać, trzeba zoba­czyć? Zoba­czyć ślady i dowody – jak zwy­kło się mówić – na wła­sne oczy? Czy też wystar­czy wie­dzieć, ufa­jąc rela­cjom tych, co prze­żyli, tych, któ­rzy byli świad­kami i uczest­ni­kami? W cza­sach lice­al­nej mło­do­ści byłem – dziś już wiem, że naiw­nie – prze­ko­nany, że prawda o Auschwitz, potwier­dzona nie­zli­czo­nymi świa­dec­twami, rela­cjami, utwo­rami lite­rac­kimi (Nał­kow­ska, Borow­ski), jest odkryta raz na zawsze. Nie chcia­łem z bli­ska „na wła­sne oczy” oglą­dać tych tysięcy oku­la­rów, pro­tez i innych przed­mio­tów nale­żą­cych do ofiar fabryki śmierci. Bro­ni­łem się przed poje­cha­niem do Oświę­ci­mia. Wystar­czył mi widok wyta­tu­owa­nego numeru – cza­sem skry­wany – na przed­ra­mie­niu zna­jo­mych rodzi­ców, by wyobra­zić sobie tam­ten czas. Nie jeste­śmy jed­nak w sta­nie prze­wi­dzieć wszyst­kiego, obro­nić się przed nie­chcia­nym. Gdy w cza­sach stu­denc­kich zaczą­łem pra­co­wać jako tłu­macz języka fran­cu­skiego w ciągu jed­nego tylko roku wra­ca­łem do daw­nego obozu czte­ro­krot­nie. Jeśli dobrze pamię­tam, było to wio­sną 1975 roku. Towa­rzy­szy­łem gru­pie dzien­ni­ka­rzy fran­cu­skich odwie­dza­ją­cych Pol­skę przed wizytą pre­zy­denta Valéry'ego Giscarda d’Esta­ing zapla­no­waną na czer­wiec. Po daw­nym obo­zie opro­wa­dzała nas prze­wod­niczka, pani w śred­nim wieku, wła­da­jąca dosko­nale języ­kiem fran­cu­skim. Ten nie­na­ganny fran­cu­ski, nie wyuczony na kur­sach, ale – jak sądzi­łem – wynie­siony z domu lub ze szkoły, zwró­cił nie tylko moją uwagę. W trak­cie kur­tu­azyj­nej roz­mowy po skoń­czo­nym zwie­dza­niu dowie­dzia­łem się, że nasza prze­wod­niczka jest byłą więź­niarką obo­zów. Na moje widoczne zasko­cze­nie połą­czone z nieskry­wanym podzi­wem dla deter­mi­na­cji, hero­izmu decy­zji powrotu do tego strasz­nego miej­sca nie­spełna dwa lata po jego wyzwo­le­niu pani odpo­wie­działa sta­now­czo: „Jestem to winna tym, któ­rzy tu zostali. Mam dać świa­dec­two”.

Ta chwila, ta krótka roz­mowa praw­dzi­wie mną wstrzą­snęła. Od tam­tego spo­tka­nia minęło 45 lat, a dawny obóz Auschwitz koja­rzy mi się z tą fran­cu­sko­ję­zyczną Prze­wod­niczką, która poświę­ciła swe życie pamięci o Tych, któ­rzy tam zostali.

Sier­pień roku 2020. Gdy­nia. Kolejny już Nad­mor­ski Ple­ner Czy­tel­ni­czy.

Pro­wa­dzę roz­mowę z panią Niną Majew­ską-Brown o jej książ­kach „obo­zo­wych” poświę­co­nych ludziom z Auschwitz. Dzielę się wspo­mnie­niem o Prze­wod­niczce po daw­nym obo­zie, któ­rej – choć wywarła na mnie tak wiel­kie wra­że­nie – nazwi­ska ni­gdy nie pozna­łem.

Dowia­duję się, że powieść oparta na Jej histo­rii jest wła­śnie na ukoń­cze­niu.

Jestem prze­ko­nany, że wzru­sze­nie, które mnie ogar­nęło pod­czas lek­tury, będzie także Pań­stwa udzia­łem.

Jerzy Kisie­lew­ski

W pokoju panuje pół­mrok przy­jem­nie roz­pro­szony żół­tym świa­tłem nie­wiel­kiego trój­ra­mien­nego żyran­dola wiszą­cego na dłu­gim czar­nym łań­cuszku tuż nad sto­łem.

Na sta­ran­nie wykroch­ma­lo­nym obru­sie w biało-czer­woną kratę leżą kolo­rowe, dobrze naostrzone kredki i kilka bia­łych kar­tek. Na brzegu krze­sła sie­dzi dzie­wię­cio­let­nia Ania.

Białe kola­nówki się zsu­nęły i uło­żyły nad kost­kami w nie­równe obwa­rzanki, obna­ża­jąc na jed­nej z łydek siniaka, któ­rego nabiła sobie dwa dni wcze­śniej, zeska­ku­jąc z huś­tawki. Mała, sku­piona nad rysun­kiem, z prze­ję­cia wysuwa koniu­szek języka, uważ­nie kre­śląc poziome i pio­nowe linie.

Zada­nie domowe: nary­suję widok z mojego okna.

Widok jest jeden. Na druty i siatkę ogro­dze­nia, nie­duży, szary kamienny pla­cyk i szu­bie­nicę. To na niej 16 kwiet­nia 1947 roku o dzie­sią­tej osiem został powie­szony pierw­szy komen­dant obozu Auschwitz-Bir­ke­nau Rudolf Höß1.

Roz­dział 1

Mamu­sia jest nie­moż­liwa. Stale nalega, że powin­nam nauczyć się szyć, a ja całym ser­cem tego nie cier­pię. Teraz też się uparła, że jeśli nie opa­nuję ście­gów, wykro­jów i wresz­cie nie uszyję samo­dziel­nie dwu­czę­ścio­wego kostiumu na zimę z sza­rej, mięk­kiej wełny, to nie puści mnie do War­szawy.

Kocham mamę i tylko dla­tego, nie chcąc jej spra­wiać zawodu, ślę­czę nad naszym czar­nym mun­dlo­sem, usi­łu­jąc po raz enty nawlec nitkę. W jego dwóch szu­flad­kach mama ukrywa swoje naj­więk­sze skarby: barwne guziki, mie­niące się kolo­rami tęczy nici, gumki, ostre szpilki i skrawki koro­nek. Gdy byłam mała, uwiel­bia­łam do nich zaglą­dać i bawić się guzi­kami. Uda­jąc, że są ludźmi, łączy­łam je w rodziny, obda­ro­wy­wa­łam przy­jaź­niami, miło­ściami, zazdro­ściami i wresz­cie kon­flik­tami, by pod koniec dnia wrzu­cić je z powro­tem na dno szu­fladki.

Lubię mono­tonny stu­kot maszyny do szy­cia, mia­rowe obra­ca­nie się poły­sku­ją­cego srebr­nego koła i rów­no­mierne opa­da­nie igły na tka­ninę, ale tylko wtedy, gdy sie­dzi przy niej mama. To ona opa­no­wała tę sztukę do per­fek­cji i jest tu mistrzy­nią. Szyje nie tylko dla domow­ni­ków, nie­ustan­nie prze­ra­bia­jąc, co się da, ale też dla naszych sąsia­dów i miesz­kań­ców mia­steczka. Lata temu skoń­czyła w War­sza­wie kurs dla szwa­czek i w nie­wiel­kim zakła­dzie kra­wiec­kim zdo­by­wała pierw­sze szlify pod czuj­nym i suro­wym okiem wła­ści­ciela, pana Bau­mana.

Jest kraw­cową, bar­dzo dobrą kraw­cową, i jest z tego dumna. My zresztą też.

– Mamo, może ty dokoń­czysz? – Naiw­nie i raczej bez więk­szej nadziei pró­buję się wyzwo­lić od znie­na­wi­dzo­nego zaję­cia.

– Kocha­nie, musisz mieć jakiś fach w ręku. – Nie­wzru­szona mama sta­ran­nie składa wil­gotną lnianą ście­reczkę, którą przed chwilą wycie­rała tale­rze, i kła­dzie ją na stole.

Powta­rza to za każ­dym razem, gdy usi­łuję z nią dys­ku­to­wać i wymi­gać się od szy­cia. Zafra­so­wana spo­gląda na mnie uważ­nie, jakby chciała prze­nik­nąć moją duszę i prze­po­wie­dzieć mi przy­szłość.

– I będę miała, prze­cież cho­dzę do szkoły. – Jak zwy­kle sta­ram się ją prze­ko­nać, że moje stop­nie i zaan­ga­żo­wa­nie mogą spra­wić, że w przy­szło­ści będę zara­biać, robiąc to, co lubię, a nie to, co po pro­stu potra­fię i czego szcze­rze nie­na­wi­dzę.

– To nie to samo – odpo­wiada twardo.

– Może zostanę nauczy­cielką albo lekarką? Prze­cież wiesz, że mam naj­lep­sze stop­nie w kla­sie i mogę…

– To nie to samo – upiera się. – Masz umieć robić coś, czego ludzie zawsze będą potrze­bo­wali i za co ci zapłacą. Ni­gdy nie wia­domo, co się w życiu przyda, co się wyda­rzy, a szy­cie ci zagwa­ran­tuje zaro­bek. Musisz mieć fach w ręku.

– Moim zda­niem za dużo ode mnie wyma­gasz. – Dąsam się coraz bar­dziej i czuję, że za chwilę, wbrew mej woli, jakaś nie­znana siła wyci­śnie z moich oczu łzy.

– Może, ale zro­zum, że to była jedyna umie­jęt­ność, która tutaj, z dala od domu, we Fran­cji, mi się przy­dała. Nikt nie zatrud­niłby mnie w szkole czy w biu­rze, prze­cież nie zna­łam fran­cu­skiego.

– Czasy się zmie­niły.

– Oba­wiam się, że nie aż tak.

– Moim…

– Lepiej pokaż, co tam znowu skno­ci­łaś. – Mama się pochyla, muska­jąc mój poli­czek kosmy­kiem kru­czo­czar­nych wło­sów.

Wyraź­nie czuję kon­wa­liowy, słod­kawy aro­mat jej per­fum i mimo­wol­nie przy­my­kam oczy, jak­bym pod­świa­do­mie chciała nauczyć się go na pamięć. Zapa­mię­tać na zawsze.

– Tylko się nie dener­wuj – uprze­dzam. Nie lubię tych chwil, gdy przy­gląda się mojej pracy, wska­zuje błędy i nie­do­cią­gnię­cia, bo wiem, że każe mi pruć, zro­bić wszystko od nowa, i jak zwy­kle powie, że za mało się przy­kła­dam.

– No, no, muszę powie­dzieć… – mówi ku mojemu zasko­cze­niu, jed­no­cze­śnie cią­gnąc za nie­od­ciętą nitkę. Zawija ją na palec wska­zu­jący i szyb­kim, zde­cy­do­wa­nym szarp­nię­ciem urywa – że jestem miło zasko­czona. Pra­wie ide­al­nie.

Od tego „pra­wie” zaczy­nają się wszyst­kie moje kra­wiec­kie kło­poty, ale tym razem, o dziwo, jest ina­czej. Mama uważ­nie ogląda obszy­cie dziu­rek, spraw­dza, czy rękawy żakietu są równe, czy dobrze przy­szy­łam guziki, i wresz­cie, odło­żyw­szy robótkę na stół, patrzy mi pro­sto w oczy.

– Brawo, jesteś gotowa. Gdy­byś zro­biła w spód­nicy o trzy cen­ty­me­try dłuż­szą pod­szewkę, byłoby ide­al­nie. – Uśmie­cha się pro­mien­nie, a w jej policzku poja­wia się dołe­czek. – Mire­ille, uro­czy­ście oświad­czam, że nauczy­łaś się szyć.

– Naprawdę?

– Tak, kocha­nie, jestem z cie­bie dumna. – Pokle­puje mnie po ramie­niu.

– Obie­caj, że już ni­gdy nie będę musiała ślę­czeć przy maszy­nie. – Przy oka­zji suk­cesu, jaki wła­śnie stał się moim udzia­łem, usi­łuję na zawsze uwol­nić się od tego zaję­cia.

– Ja mogę ci tylko obie­cać, że cię przy niej nie posa­dzę. – Wzdy­cha cicho i po chwili dodaje: – Ale nie wiem, co zapla­no­wał los.

Gdy­by­śmy tylko wtedy wie­działy… Dzięki jej upo­rowi to wła­śnie szy­cie, do któ­rego mnie przy­mu­szała, w póź­niej­szych latach nie­raz rato­wało mnie przed biedą i bez­na­dzieją. Pozwa­lało zaro­bić na chleb. Nie zosta­łam bowiem ani nauczy­cielką, ani lekarką, ani nikim innym, kim sobie wyma­rzy­łam. Los wszystko pogma­twał tak, że gdyby w tam­tym dniu ktoś uchy­lił rąbka tajem­nicy i uka­zał mi mój świat za dzie­sięć–dwa­dzie­ścia lat, nie uwie­rzy­ła­bym i zwy­czaj­nie go wyśmiała.

– Dobre i to. Czyli mogę jechać? – Pod­eks­cy­to­wana, nie wie­rząc w swoje szczę­ście, klasz­czę w dło­nie z nadzieją, że wresz­cie się zgo­dzi.

– Do War­szawy? – Mama się dro­czy, uda­jąc, że nie wie, o czym mówię.

– Wiesz, jak nie mogę się docze­kać.

– Wiem, wiem. I ow­szem, możesz jechać.

Mimi, Fran­cja 1939

Przy­pa­dam do niej i ści­skam ją tak, że nie­mal traci oddech. Serce bije mi jak osza­lałe i mia­ła­bym ochotę ska­kać rado­śnie jak dziecko, ale tego nie robię, w oba­wie, że mama uzna­łaby takie zacho­wa­nie za nie­doj­rzałe i na powrót dostrze­gła we mnie małą dziew­czynkę, po czym cof­nęła zgodę na eska­padę.

Jestem pod­eks­cy­to­wana. Jest począ­tek sierp­nia 1939 roku i wresz­cie będę mogła poje­chać do mia­sta, o któ­rym tyle sły­sza­łam, mia­sta, za któ­rym rodzice tak tęsk­nią. Na wła­sne oczy zoba­czę Zamek Kró­lew­ski, Syrenkę, Łazienki, może uda nam się nawet wypra­wić do Wila­nowa. A przede wszyst­kim w końcu poznam rodzinę. Co prawda mam wra­że­nie, jak­bym znała ich od dawna, w zasa­dzie od zawsze, bo żyją każ­dego dnia w opo­wie­ściach rodzi­ców i wujka Sta­ni­sława, ale w rze­czy­wi­sto­ści widzia­łam wuj­ków, cio­cie i kuzy­nów tylko na zdję­ciach.

Rodzice prze­pro­wa­dzili się do Mont­ceau-les-Mines2 we Fran­cji z począt­kiem lat dwu­dzie­stych, gdy mia­łam zale­d­wie dwa lata. Europa, prze­orana i wycień­czona wojną, stała się tyglem zmian, biedy, kry­zysu, a życie nie gwa­ran­to­wało niczego: ani pracy, ani sta­bi­li­za­cji, ani bez­pie­czeń­stwa, ani nadziei, że znowu będzie dobrze. Z per­spek­tywy czasu wydaje się, że rodzice pod­jęli słuszną decy­zję.

Mama, zako­chana w War­sza­wie, w któ­rej się uro­dziła w 1890 roku i wycho­wała, gdzie pod­jęła pierw­szą pracę w zakła­dzie kra­wiec­kim na Saskiej Kępie, z bólem serca zaak­cep­to­wała pomysł męża, by wyje­chać z Pol­ski i szu­kać szczę­ścia, a przede wszyst­kim pracy, z dala od rodzin­nego domu. Wią­zało się to z porzu­ce­niem przy­ja­ciół, roz­łąką z rodziną, z tym wszyst­kim, co znała i co wyda­wało się bez­pieczne. Zamiast tego, gdzieś tam daleko, w mia­steczku, o któ­rym wcze­śniej nawet nie sły­szeli, cze­kała na nich jedna wielka nie­pew­ność.

W dodatku miała świa­do­mość, że wyru­sza z gro­madką dzieci w drogę bez powrot­nego biletu, a strach pod­szep­ty­wał, że powinna dobrze się zasta­no­wić i prze­ana­li­zo­wać wszystko kolejny raz. Że może tylko się wydaje, że trawa jest bar­dziej zie­lona tam, gdzie ich nie ma. Ponadto prze­pro­wadzka łączyła się ze spo­rym wydat­kiem i mama nie mogła liczyć na to, że w razie nie­po­wo­dze­nia ot tak, po pro­stu wróci do domu. Oczy­wi­ście rodzice przy­ję­liby ją z otwar­tymi ramio­nami, ale prze­cież miała też swoje ambi­cje i honor. A przede wszyst­kim kochała Janka i nie znio­słaby dłuż­szej roz­łąki.

Z Janem poznali się na Pra­dze. On, wysoki, postawny, śniady, dusza towa­rzy­stwa, od razu zwró­cił jej uwagę. Potem się oka­zało, że ona też mu się spodo­bała od pierw­szego prze­lot­nego spoj­rze­nia. W świą­teczne wie­czory przy suto zasta­wio­nym stole mama uwiel­bia opo­wia­dać roz­ma­rzo­nym gło­sem, jak to tata pod­szedł i zapy­tał, czy może ją odpro­wa­dzić do domu. Jak w pierw­szej chwili się prze­stra­szyła i jakim Jan oka­zał się fan­ta­stycz­nym mężem i dobrym czło­wie­kiem.

– Zapada zmrok, a oba­wiam się, że oko­lica nie należy do naj­bez­piecz­niej­szych. Może pozwoli pani, bym słu­żył jej ramie­niem? Nazy­wam się Jan Guzik, jestem mecha­ni­kiem i zapew­niam, że nie musi się pani mnie bać.

Onie­śmie­lona Karo­lina nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Umó­wiła się w kawiarni z kuzynką, która jed­nak nie wie­dzieć dla­czego nie przy­szła. Wie­działa, że w pobli­skiej znisz­czo­nej kamie­nicy w miesz­ka­niu wujo­stwa, któ­rzy aku­rat wyje­chali na pogrzeb jakie­goś kuzyna na wsi, nie ma nikogo. Po chwili waha­nia spło­niła się niczym wło­żony do wrzątku rak i przy­jęła pro­po­zy­cję. Zro­biła to nawet z pewną ulgą. Za nic nie chciała samot­nie się błą­kać po podej­rza­nie wyglą­da­ją­cych ulicz­kach, gdzie w bra­mach cza­iło się zło. Tak jej się przy­naj­mniej wyda­wało. Nie­zbyt dobrze znała tę część mia­sta i bywała w niej tylko z braćmi albo rodzi­cami. Ni­gdy sama.

– Bar­dzo dzię­kuję, jeśli to nie kło­pot. – Wycią­gnęła ku niemu chłodną, szczu­płą dłoń, nad którą on od razu się pochy­lił i zło­żył na niej poca­łu­nek. – Karo­lina Wygna­niec.

Nie dodała, że jest Żydówką, że pierw­szy raz prze­bywa w towa­rzy­stwie obcego męż­czy­zny, nie zdra­dziła też, jak bar­dzo jest pod­eks­cy­to­wana i skrę­po­wana tą sytu­acją.

Dla Janka nie było kło­po­tem ani odpro­wa­dze­nie jej pod same drzwi miesz­ka­nia, ani towa­rzy­sze­nie w spa­ce­rach po War­sza­wie w następ­nych dniach. W rze­czy­wi­sto­ści w kolej­nych tygo­dniach robił wszystko, by być przy niej jak naj­bli­żej i jak naj­dłu­żej.

Zawsze szar­mancki, uśmiech­nięty i try­ska­jący humo­rem zara­żał ją swoim opty­mi­zmem i w końcu spra­wił, że nie mogła prze­stać o nim myśleć. Zamiesz­kał w jej gło­wie, marze­niach, pra­gnie­niach i snach. To przy nim czuła się bez­pieczna, piękna i kochana. To on dał jej poczu­cie, że jest naj­waż­niej­sza na świe­cie, wyjąt­kowa, a jed­no­cze­śnie sam stał się cen­trum jej wszech­świata.

Był nie­tu­zin­ko­wym czło­wie­kiem. Zafa­scy­no­wany tech­nicz­nymi nowin­kami pra­co­wał jako mecha­nik samo­cho­dowy, napra­wiał też motory i zawsze, mimo kąpieli i wody koloń­skiej, roz­ta­czał lekki zapach smaru. Był on nie­jako jego zna­kiem roz­po­znaw­czym i Karo­lina za nim też tęsk­niła. Do końca życia koja­rzył jej się z tym cudow­nym, ulot­nym wirem w brzu­chu, który wywo­łuje miłość.

Po ślu­bie rodzice począt­kowo zamiesz­kali w maleń­kim miesz­kanku w cen­trum mia­sta. Było tak cia­sne, że led­wie mie­ściło łóżko i sto­lik z trzema krze­słami. Ciemne, ponure, z hor­ren­dal­nym czyn­szem nie zapo­wia­dało lep­szej przy­szło­ści. Choć nie­opo­dal miesz­kała star­sza sio­stra Jana, Pau­lina, która poma­gała mło­dym, jak tylko mogła, to i tak życie wyda­wało się nieść wyzwa­nia, któ­rym nie byli w sta­nie podo­łać.

Mimi z rodzi­cami. Od lewej: Tolek, Karo­lina, Mimi, Jan, Jan Junior, stoi Zby­szek

Na szczę­ście do przy­tło­czo­nych pro­ble­mami mał­żon­ków wycią­gnęli rękę rodzice Karo­liny. Estera, z domu Sta­der, i Bruno Wygnań­co­wie zapro­po­no­wali prze­pro­wadzkę do Szy­ma­nowa, do sta­rego domu babci Karo­liny, Mał­go­rzaty Sta­der. I cho­ciaż nie było to speł­nie­niem marzeń, zmiana miej­sca zamiesz­ka­nia i prze­no­siny do odda­lo­nego o czter­dzie­ści kilo­me­trów od sto­licy mia­steczka dawała nadzieję na łatwiej­sze życie. Dom co prawda był małą, tu i ówdzie poro­śniętą mchem drew­nianą cha­łupą, któ­rej ściany pokry­wała glina, z okien odła­ziła pła­tami biała farba, a na krzy­wym komi­nie zado­mo­wiły się w wiel­kim gnieź­dzie bociany, ale przy­na­le­żał do niego cał­kiem spory kawa­łek ziemi.

Czte­ro­let­nia Mimi, Fran­cja

Spę­dzili w nim kilka szczę­śli­wych, ale też peł­nych wyrze­czeń lat, docze­kaw­szy się pię­ciorga dzieci, synów: Zbyszka, Jana Juniora, Tolka i Cześka, który nie­stety zmarł tuż przed swo­imi pierw­szymi uro­dzi­nami. Ostat­nia, w lipcu 1920 roku, uro­dzi­łam się ja – Mira, dla przy­ja­ciół Mimi.

Z każ­dym dziec­kiem dom sta­wał się cia­śniej­szy i coraz trud­niej było wykar­mić tak liczną gro­madkę. Mama stale powta­rza, że ode­tchnęła z ulgą, gdy przy­szłam na świat, ponie­waż tatuś marzył o córce i ku jej prze­ra­że­niu zapo­wie­dział, że będzie tak długo pło­dził dzieci, aż w ich domu pojawi się dziew­czynka, jak zwykł mawiać – mała księż­niczka, czyli ja. Odkąd poja­wi­łam się na świe­cie, sta­łam się jego skar­bem, perełką, oczkiem w gło­wie, osłodą wszyst­kich trosk. I choć wstyd to przy­znać i nie chcia­ła­bym ura­zić mamusi, bo kocham ją sza­le­nie, to jed­nak jego darzę nie­wy­obra­żalną miło­ścią i to on jest naj­waż­niej­szy w moim życiu. Gdy byłam dziec­kiem, to jego powrotu do domu wycze­ki­wa­łam z noskiem przy­kle­jo­nym do szyby. To on naj­ra­do­śniej się ze mną śmiał, pod­rzu­cał mnie, łasko­tał i roz­piesz­czał. Zresztą jako naj­młod­sze dziecko byłam hołu­biona przez wszyst­kich: braci, sąsia­dów, zna­jo­mych.

Nie wyobra­żam sobie, jak zde­ter­mi­no­wani byli moi rodzice, że zde­cy­do­wali się na wyjazd z Pol­ski za chle­bem, i ile odwagi musiało to od nich wyma­gać. Naj­star­szy syn Nowic­kich, sąsia­dów miesz­ka­ją­cych na skraju Szy­ma­nowa, tuż nad Pisią3, namó­wił ojca do pod­ję­cia tego ryzyka, prze­ko­nu­jąc, że wszę­dzie będzie lepiej niż tu. Sam pra­co­wał już ponad rok we Fran­cji jako gór­nik i gwa­ran­to­wał, że Janek znaj­dzie pracę w tej samej kopalni. Dziad­ko­wie począt­kowo byli prze­ra­żeni i nie chcieli sły­szeć o pomy­śle męża naj­młod­szej córki. Wresz­cie po kolej­nych nara­dach, spa­zma­tycz­nym pła­czu babci, roz­pa­czy i wąt­pli­wo­ściach ura­dzili, że bez­piecz­niej i raź­niej im będzie, jeśli w drogę wyru­szy nie jeden, a dwóch męż­czyzn z rodziny.

I tak się stało.

Ojciec poże­gnał się z moją mamą, Sta­szek z ciotką Józią, uści­skali dzieci – naszą czwórkę i wujo­stwa dwójkę, Staśka Juniora i Lilę, i… ruszyli przed sie­bie.

Mont­ceau-les-Mines oka­zało się przy­ja­znym, choć nieco nud­na­wym mia­stecz­kiem, z przy­jem­nym, cie­płym kli­ma­tem i zadba­nymi ulicz­kami, a przy­ko­pal­niane osie­dla dwu­ro­dzin­nych, nie­mal iden­tycz­nych domów – oazą ciszy i spo­koju. Wszystko było lep­sze niż cia­sny domek babki Mał­go­rzaty.

Zostali ulo­ko­wani we wspól­nym, kil­ku­oso­bo­wym pokoju w jed­nym z sąsia­du­ją­cych z kopal­nią budyn­ków. Miesz­kali w nim męż­czyźni bez rodzin, dla któ­rych ta forma zakwa­te­ro­wa­nia była naj­tań­sza. I choć ani Jan, ani Sta­szek nie fedro­wali węgla, praca była na tyle opła­calna, że już po kilku mie­sią­cach ścią­gnęli do Fran­cji oszo­ło­mione i pełne obaw, ale też nadziei, żony z dziećmi.

Zaraz po przy­jeź­dzie zaję­li­śmy jeden z domów z małym ogród­kiem, mając do dys­po­zy­cji trzy pokoje, wygodną kuch­nię i maleńką łazienkę. Wujo­stwo osie­dli ulicę obok w podob­nym miesz­ka­niu, z podob­nym wido­kiem na pobli­ską hałdę węgla.

Zaczę­li­śmy nor­malne życie, bez obaw, że nie­ba­wem nie będzie czego wło­żyć do garnka, że nie wystar­czy na opła­ce­nie rachun­ków i ubra­nia dla dzieci. Nie opły­wa­li­śmy w dostatki, ale też nie cier­pie­li­śmy biedy. Po raz pierw­szy rodzice mogli bez lęku patrzeć w przy­szłość, snu­jąc plany na lep­sze życie swoje i dzieci.

Dzie­się­cio­let­nia Mimi, Fran­cja

Wyzwa­niem dla nas było naucze­nie się zupeł­nie obcego języka, ale kon­takt z rówie­śni­kami i zaję­cia w szkole spra­wiły, że coraz lepiej mówi­li­śmy po fran­cu­sku. Nasze szkoły oka­zały się nader przy­ja­zne, zapew­niały swo­bod­niej­szy oddech i więk­szą prze­strzeń niż ta, do któ­rej bra­cia cho­dzili w Pol­sce. Trzy­ma­li­śmy się razem, ja jako naj­młod­sza oczy­wi­ście byłam ich pupilką, ale to nie prze­szka­dzało nam w nawią­zy­wa­niu bli­skich rela­cji z miej­sco­wymi dziećmi.

Mimi (piąta od lewej w dru­gim rzę­dzie od dołu) w szkole nie­dziel­nej zor­ga­ni­zo­wa­nej dla dzieci emi­gran­tów. W tygo­dniu uczęsz­czała do ele­men­tar­nej szkoły fran­cu­skiej

I z rodziny mam tutaj tylko ich. Dla­tego jestem tak pod­eks­cy­to­wana myślą o tych wszyst­kich, któ­rzy gdzieś tam mają te same korze­nie, geny, opo­wie­ści rodzinne i, mam nadzieję, też z tęsk­notą na mnie cze­kają. W drogę mam wyru­szyć z bra­tową. Zośka jest żoną mojego naj­star­szego brata Zbyszka i to pod jej czuj­nym okiem mam odwie­dzić bli­skich. Bar­dzo chuda, drobna, star­sza ode mnie zale­d­wie o sześć lat, odpo­wie­dzialna i cza­sem nieco przy­ga­szona, a może zwy­czaj­nie zmę­czona opieką nad pół­roczną córeczką Janinką, wydaje się nad wyraz poważna. Ale na szczę­ście jest gada­tliwa i ma jedyne w swoim rodzaju poczu­cie humoru, co spra­wia, że podwój­nie się cie­szę na naszą eska­padę.

Wybie­ramy się na jakieś trzy–cztery tygo­dnie i przez ten czas Janinką będzie się zaj­mo­wać moja mama, która uwiel­bia małe dzieci i gdyby mogła, przy­gar­nę­łaby wszyst­kie malu­chy z naszej ulicy.

Zosia jest roz­darta mię­dzy tęsk­notą za rodzi­cami i sio­strami a Janinką. Szcze­bio­cze do niej dwa razy wię­cej i tuli co chwila, jakby już teraz chciała wyna­gro­dzić jej roz­łąkę.

– Prze­stań ją stale nosić na rękach, będzie tęsk­nić jesz­cze bar­dziej – uty­skuje mama, prze­czu­wa­jąc, że mała może roz­pa­czać za Zosią.

Janka jest bar­dzo bystra i już dosko­nale roz­po­znaje twa­rze i głosy bli­skich i reaguje histe­rią, gdy zbliża się ktoś obcy, co babci nie wróży lek­kich dni z maleń­stwem.

– Ja tylko na chwilę.

– Chwila tu, chwila tam i mała ma wra­że­nie, że jest do cie­bie przy­kle­jona. Dla jej dobra pozwól, że teraz ja się nią zajmę. Niech się przy­zwy­czaja.

Mama sięga po małą i teraz to ona szcze­bio­cze do nie­mow­lę­cego uszka. Zacho­wują się jak dwie sroki zazdro­śnie wpa­trzone w poły­sku­jący papie­rek.

– Już za nią tęsk­nię.

– Zoba­czysz, trzy, góra cztery tygo­dnie szybko miną. Nim się obej­rzysz, będzie­cie z powro­tem w domu. – Mama unosi dziecko na wyso­kość swo­jej twa­rzy i roz­czu­lona wpa­truje się w pulchną twa­rzyczkę.

– Ależ ona jest podobna do Zbyszka.

– A ja uwa­żam, że raczej do mnie.

Spo­glą­dam na maleń­stwo z buzią okrą­głą jak bułeczka, w któ­rej giną nie­bie­skie oczy otu­lone koronką ciem­nych rzęs. Trudno dopa­trzyć się w dzie­ciaku podo­bień­stwa do kogo­kol­wiek. Mam wra­że­nie, że Janka naj­bar­dziej jest podobna do innych nie­mow­la­ków wożo­nych w wóz­kach przez sąsiadki po chod­ni­kach mia­steczka. Zaraz po naro­dzi­nach małej, gdy jesz­cze tak nie przy­brała na wadze, wyda­wało mi się, że jest kopią Zosi, ale teraz sama już nie jestem pewna.

Mimi z przy­ja­cie­lem domu tuż przed wyjaz­dem do War­szawy, Fran­cja 1939

Mimi (trze­cia od lewej) z przy­ja­ciół­kami, nie­długo przed jej wyjaz­dem do War­szawy, jako druhny na ślu­bie brata Mimi, Jana Juniora, Fran­cja 1939

– Naj­waż­niej­sze, że jest zdrowa. – Bab­cia prze­rywa licy­ta­cję, oddaje Jankę jej mamie, po czym sta­wia na stole pękaty por­ce­la­nowy imbryk w drobne kwia­tuszki z czarną cej­loń­ską her­batą. Jej ulu­bioną.

Ślub Janka Juniora z Hen­riettą. Mimi trze­cia od lewej Janusz Wygna­niec (ur. 25.01.1895), War­szawa 1939

Zwy­kle w dzba­nuszku sto­ją­cym nie­opo­dal kuchenki, ze śmiesz­nym sit­kiem wci­śnię­tym w dzió­bek, naj­pierw zapa­rza mocny, nie­mal czarny napar, a potem roz­lewa odro­binę do szkla­nek i kub­ków i dodaje wrzątku. Teraz, z uwagi na gości, wyjęła z szafki przy­wie­ziony z Pol­ski dzba­nek i cztery maleń­kie fili­żanki od kom­pletu.

***

– To co, dziew­częta, spa­ko­wane?

– Boże! – Zośka znowu zaczyna lamen­to­wać. – Nie mam poję­cia, co powin­nam zabrać. Niby jadę tylko na kilka tygo­dni, a naj­chęt­niej zabra­ła­bym pół szafy. W końcu ni­gdy nie wia­domo, jak będzie: cie­pło, zimno, może padać… – Zamy­śla się na chwilę. – Z pew­no­ścią będzie padać.

– Bez prze­sady, prze­cież gdy będzie ci cze­goś bra­ko­wało, możesz liczyć na rodzinę, a w osta­tecz­no­ści doku­pić.

– No tak, tylko że ja lubię mieć wszystko pod kon­trolą i wolę się przy­go­to­wać.

– Bar­dzo roz­sąd­nie, ale nie mio­taj się tak.

– Mimi, a ty jesteś gotowa?

Mama patrzy na mnie uważ­nie. Dostrze­gam w jej oczach tro­skę i wiem, że choć tego nie oka­zuje, potwor­nie się dener­wuje. Dla mnie wyprawa do War­szawy jest przy­godą życia. Jestem pod­eks­cy­to­wana, cie­kawa, tro­chę też zanie­po­ko­jona, czy wszystko pój­dzie po naszej myśli. Czy się nie zgu­bimy? Czy ja nie zgu­bię Zosi? Czy nie pomy­limy pocią­gów, prze­cież mamy dwie prze­siadki? Jak pora­dzę sobie z wielką, ciężką walizką? Czy rodzina przyj­mie mnie z życz­li­wo­ścią, jak zapew­niają rodzice? Czy nie będę za bar­dzo tęsk­nić i wresz­cie po raz kolejny zadaję sobie pyta­nie: jak tam jest? Czy aby będę bez­pieczna, czy tego kraju nie należy się oba­wiać? Czy w skle­pach jest to samo co u nas? Czy ludzie są dla sie­bie mili? Co dadzą mi do jedze­nia i czy mi to zasma­kuje? Ganię się w duchu, bo im dłu­żej się zasta­na­wiam, tym wię­cej nie­spo­koj­nych myśli naciera na mój mózg. Ale z dru­giej strony nie spo­sób nie myśleć.

– Mimi, co z tobą?

– Słu­cham? – Budzę się jak z letargu. – Co mówi­łaś, mamo?

– Pyta­łam, czy jesteś gotowa.

– Chyba tak, ale tro­chę się oba­wiam, że mogłam o czymś nie pomy­śleć. Dobrze by było, gdy­by­śmy razem przej­rzały walizkę.

Walizka jest wielka, brą­zowa i stara. Pamięta czasy, gdy rodzice prze­wo­zili do Fran­cji swoje rze­czy. Nikomu nie­po­trzebna, zaku­rzona, w otu­li­nie paję­czyn prze­le­żała na stry­chu jakieś sie­dem­na­ście lat i teraz aż jęczy pod napo­rem rze­czy, które do niej wpa­ko­wa­łam. Mam tylko nadzieję, że na dworcu nie urwie się jej rączka ani nie pusz­czą dwa zardze­wiałe zamki i zawar­tość nie wysy­pie mi się do stóp. Byłby to naj­więk­szy wstyd. Aż prze­szywa mnie zimny dreszcz, gdy wyobra­żam sobie, jak moje nie­wy­mowne, zaplą­tane w poń­czo­chy i sukienki, leżą na chod­niku, wysta­wione na iro­niczne spoj­rze­nia prze­chod­niów.

Mama nato­miast patrzy na nią z sen­ty­men­tem. Wiem, że to ona chcia­łaby spa­ko­wać swoje rze­czy i choć na chwilę wró­cić na stare śmieci. Widzę, jak tęskni i ukrad­kiem ociera oczy, z jakim roz­rzew­nie­niem wspo­mina minione czasy i opo­wiada, co koniecz­nie muszę zoba­czyć, kogo odwie­dzić i czego spró­bo­wać. Tak bar­dzo chcia­łabym ją zabrać ze sobą, ale z oczy­wi­stych wzglę­dów jest to nie­moż­liwe. Nie stać nas na jesz­cze jeden bilet, mama ma swoje zobo­wią­za­nia w pracy, a w domu nie miałby kto goto­wać i trosz­czyć się o ojca. Nie żeby nie był samo­dzielny, po pro­stu ona uważa, że jako dobra żona jest mu to winna. Zresztą moja wyprawa poru­sza też tatkę. Wczo­raj, gdy sądzili, że nie sły­szę, pocie­szali się nawza­jem, sie­dząc na ławce przed domem. Przez otwarte okna dola­ty­wały mnie czułe, smutne słowa.

– Kocha­nie, zoba­czysz, my też wybie­rzemy się do War­szawy. – Tata nie­mal szep­tał mamie do ucha.

– Tak myślisz?

– Oczy­wi­ście. Daj mi tylko tro­chę czasu, a uzbie­ramy na bilety.

– Kochany, wiesz, że zawsze są waż­niej­sze wydatki. – W gło­sie mamy pobrzmie­wała tak smutna nuta, że aż ści­snęło mi się serce i mia­łam ochotę odstą­pić jej swoje miej­sce w pociągu.

– To też jest ważne. Zaufaj mi.

– Wiesz, że ci ufam, tylko jakoś prze­sta­łam w pewne rze­czy wie­rzyć. Od tylu lat pla­nu­jemy wizytę w domu i co? I nic.

– Bo jakoś się nie skła­dało, ale teraz będzie ina­czej.

– Wąt­pię.

– Ejże, kocha­nie, gdzie twój opty­mizm i wiara, że nam się uda?

– Mam złe prze­czu­cia.

– Ty i te twoje prze­czu­cia! – Tata się zaśmiał. – Zawsze wyobra­żasz sobie naj­gor­sze i to zacza­ro­wuje twój świat. Nastaw się pozy­tyw­nie.

– Jestem pozy­tyw­nie nasta­wiona, ale naprawdę czuję, że wyda­rzy się…

– Bła­gam, nie kończ. Co może się wyda­rzyć? Jeste­śmy zdrowi, silni, nie tacy znów sta­rzy, wbrew pozo­rom życie stoi przed nami otwo­rem. Pamię­tasz, jak pani­ko­wa­łaś przed wyjaz­dem do Fran­cji? Że nie znasz języka, gdzie zamiesz­kamy i co poczniemy z dziećmi. I co? Jest fan­ta­stycz­nie.

– Lepiej niż w Pol­sce, to prawda, ale bra­kuje mi naj­bliż­szych.

– Prze­cież stale pisu­je­cie do sie­bie.

– Listy to nie wszystko.

– Wiem, ale daj mi jesz­cze tro­chę czasu, a gwa­ran­tuję, że będziesz mogła pla­no­wać wła­sną sen­ty­men­talną podróż.

– Obie­cu­jesz?

– Obie­cuję. Chodź tu, głup­ta­sie, kocham cię naj­bar­dziej na świe­cie.

– Ja cie­bie też. Ale mar­twię się o naszą cór­cię.

– Wszystko będzie dobrze. Mogła­byś się nie­po­koić, gdyby jechała sama, do obcych ludzi, a prze­cież tak nie jest.

– Zawsze uwa­żasz, że szklanka jest do połowy pełna.

– Bo tak trzeba. Tak trzeba.

Tata stara się wspie­rać mamę, ale też prze­żywa mój wyjazd. Widzę, jak wodzi za mną wzro­kiem i z nie­po­ko­jem zerka na wysta­wioną w kory­ta­rzu walizkę, pew­nie się zasta­na­wia­jąc, jak jego mała księż­niczka sobie z nią pora­dzi.

Co rusz zamy­kam dwa zde­ze­lo­wane zameczki i chwy­ta­jąc za chy­bo­tliwą rączkę, spraw­dzam jej cię­żar, roz­wa­ża­jąc, czy nie wyjąć jakie­goś swe­terka albo książki. Oczy­wi­ście nie ma mowy, żebym pozbyła się dopiero co kupio­nej powie­ści, która ma umi­lić mi podróż, ale nie­po­kój pod­suwa różne dziwne pomy­sły. Wczo­raj wyję­łam zapa­sową parę wygod­nych brą­zo­wych sznu­ro­wa­nych butów i od razu nara­zi­łam się na burę mamy.

– Osza­la­łaś? W samych czó­łen­kach cię nie pusz­czę. Musisz mieć solidne buty do spa­ce­ro­wa­nia z wujo­stwem.

– Mamo, prze­cież nie jadę do Zako­pa­nego, tylko do War­szawy.

– Wiem, co mówię – fuka nie­za­do­wo­lona. – Buty na obca­sie ład­nie wyglą­dają, ale nie nadają się na taką wyprawę.

Mama stwier­dza to z takim prze­ko­na­niem, jak­bym wybie­rała się w podróż w butach na wyso­kich obca­sach. Tym­cza­sem moje wysłu­żone buciki mają zale­d­wie dwu­cen­ty­me­trowy słu­pek i są naprawdę wygodne.

– Mam jesz­cze san­dały.

– A jak spad­nie deszcz? Pomy­śla­łaś o tym?

Oczy­wi­ście mama sta­wia na swoim. Zabie­ram nie­po­trzebną parę cięż­kich bucio­rów, zbyt gruby, uszyty przez mamę na wio­snę płaszcz, dodat­kowy cie­pły swe­ter, bo prze­cież nie wia­domo, jaka będzie pogoda, kilka fio­lek leków, gdyby któ­rąś z nas roz­bo­lała głowa albo dopa­dło prze­zię­bie­nie, i wielką wałówę. Suszona kieł­basa pach­nie tak, że aż prze­raża mnie myśl, że gdy zajmę swoje miej­sce w pociągu, jej aro­mat zawład­nie całym wago­nem. Tak bar­dzo chcia­ła­bym być choć tro­chę świa­towa, a tym­cza­sem będę roz­ta­czać woń zwy­kłej kieł­basy.

Roz­dział 2

Jest cudowny letni pora­nek. Słońce leni­wie wdra­puje się na nie­bo­skłon, ptaki kłócą się w ogro­dzie, obsiadł­szy jabłoń pod oknem, a dwie zagu­bione muchy z ner­wo­wym brzę­cze­niem tłuką w szybę, usi­łu­jąc wydo­stać się na zewnątrz. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach wzię­ła­bym leżącą na stole gazetę i je utłu­kła, jed­nak dziś jest szcze­gólny dzień i dla­tego otwie­ram okno, żeby umoż­li­wić im ucieczkę.

W domu panuje ner­wowa atmos­fera. Mama co rusz dopy­tuje, czy zabra­łam to lub tamto, czy zapa­ko­wa­łam pro­wiant, czy się wyspa­łam i jak się czuję. Im wię­cej zadaje pytań, tym bar­dziej rośnie moje zanie­po­ko­je­nie.

– Karola, daj jej spo­kój. – Ojciec pró­buje przyjść mi w sukurs, choć jego sztywne ruchy i szkli­ste oczy zdra­dzają, ile kosz­tuje go mój wyjazd i jak bar­dzo jest poru­szony.

– Tak, tak – gdera mama. – Mam dać jej spo­kój, ale jak cze­goś zapo­mni, to będzie nie­szczę­ście i co wtedy zrobi?

– Mamuś, mam wszystko.

– Sio­stra, uwa­żaj tam na sie­bie. – Jak na złość na poran­nym posiłku sta­wili się zanie­po­ko­jeni bra­cia, któ­rzy naj­chęt­niej wpa­ko­wa­liby się do pociągu razem z nami, żeby nas chro­nić.

– Będę, obie­cuję.

– Nie chodź ni­gdzie z nie­zna­jo­mymi.

– Jak­bym kie­dy­kol­wiek cho­dziła. – Śmieję się per­li­ście, nie mogąc się docze­kać chwili, gdy wresz­cie zajmę miej­sce w prze­dziale, z dala od ich tro­ski, porad i obaw.

– Tu zawsze możesz na nas liczyć, ale tam…

– Tam będą kuzy­no­wie – ucina dys­ku­sję tata.

– To nie to samo.

– Chło­paki, prze­cież ona nie jedzie w dzicz, tylko do rodziny.

– Ale po dro­dze mogą się zda­rzyć różne rze­czy.

– Nie prze­sa­dzaj­cie, jestem dużą dziew­czynką i dam sobie radę. Lepiej powiedz­cie, co wam przy­wieźć. – Nie mam poję­cia, co powin­nam nabyć dla nich w kraju przod­ków i czy jest tam coś, czego tutaj nie można kupić.

– Przy­wieź sie­bie całą, to będzie naj­lep­szy pre­zent.

– Wie­cie, mam wra­że­nie, że to „ostat­nie poże­gna­nie”. – Gdy­bym tylko wtedy wie­działa, jak pro­ro­cze wypo­wia­dam słowa… – Prze­cież za trzy tygo­dnie znowu się zoba­czymy i bła­gam, prze­stań­cie tak maru­dzić, bo odbie­ra­cie mi całą przy­jem­ność z waka­cji.

– Wiesz, że nie takie mamy inten­cje.

– Wiem, ale na to wycho­dzi.

Dalej się prze­ko­ma­rzamy, lecz atmos­fera, mimo pozor­nego luzu, nie staje się lżej­sza. Pod­skór­nie wyczu­wam napię­cie mojej kocha­nej rodzinki, jej nie­po­kój i zatro­ska­nie.

– Będę za wami tęsk­nić. – Wbrew woli wyrywa mi się szczere wyzna­nie.

– My za tobą też. Wra­caj jak naj­szyb­ciej i pamię­taj, żeby mówić o nas rodzi­nie same dobre rze­czy. Że jeste­śmy fan­ta­styczni, mądrzy, że…

– Ty i twoje pomy­sły. – Sztur­cham brata w bok. – Wiesz, że nie mogła­bym ina­czej.

Śnia­da­nie cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność, a udzie­la­jący się wszyst­kim stres w końcu spra­wia, że roz­mowa jakoś się nie klei. Tyle stoi mię­dzy nami słów, miło­ści, czu­ło­ści, że z tru­dem prze­ły­kam posma­ro­wany grubą war­stwą masła kęs bagietki. Sączę gęstą czarną kawę, która po chwili zaczyna roz­py­chać się w żyłach, dzięki czemu krew nabiera ani­mu­szu i rado­śniej ude­rza do głowy, dając przy­jemne orzeź­wie­nie i tak potrzebną ener­gię.

Żegnamy się, ści­ska­jąc i szep­cząc cie­płe słowa, magiczne zaklę­cia, że jeste­śmy dla sie­bie naj­waż­niejsi, że się kochamy, że mam bez­piecz­nie wra­cać i bawić się dobrze. Wresz­cie z tatą zosta­wiamy ich na progu i poży­czo­nym samo­cho­dem, z walizką, która led­wie mie­ści się w bagaż­niku, pod­jeż­dżamy pod dom Zosi.

Tu jest jesz­cze gorzej. Mała Janka pła­cze spa­zma­tycz­nie i nie daje się odkleić od matki, jakby prze­czu­wała, że ta opusz­cza ją na dłu­żej. Zalewa łzami sukienkę Zosi, któ­rej też, mimo że robi dobrą minę do złej gry, trzę­sie się broda.

– Jedziemy! – Choć ojciec wkłada w tę zachętę cały swój opty­mizm, nie brzmi spe­cjal­nie prze­ko­nu­jąco. – Żegnaj­cie się, bo pociąg nie będzie cze­kał.

Zosia tuli córeczkę, przy­tula się do męża i bez skrę­po­wa­nia całuje go w usta, po czym wresz­cie pakuje się do samo­chodu. Jej walizka, nieco mniej­sza i zde­cy­do­wa­nie szy­kow­niej­sza od mojej, ląduje na sie­dze­niu z tyłu, tak że teraz nieco się kulę w nie­wy­god­nej pozy­cji.

Jesz­cze raz, niczym na nud­nej lek­cji, ojciec mono­ton­nie powta­rza plan naszej wycieczki. Wsia­da­cie do pociągu tu i tu, prze­siadka będzie tam, macie dwie godziny zapasu, warto w tym cza­sie coś zjeść, lepiej nie odda­laj­cie się zanadto od peronu, nie roz­ma­wiaj­cie z nie­zna­jo­mymi, trzy­maj­cie się raczej więk­szych gru­pek, nikomu nie ufaj­cie, dobrze scho­waj­cie pie­nią­dze, naj­le­piej podziel­cie je na kilka czę­ści, gdy­by­ście któ­rąś zgu­biły lub wam ją ukra­dziono, to zostaną inne, wujek ma cze­kać na dworcu w War­sza­wie, tylko nie zapo­mnij­cie o waliz­kach, uwa­żaj­cie na sie­bie…

– Tato, daj spo­kój.

Ojciec spo­gląda na mnie we wstecz­nym lusterku.

– Lepiej się skup.

– Znam to na pamięć i przy­się­gam – wysta­wiam dwa palce – będę miała to wszystko na uwa­dze i wrócę do was, nim zacznie­cie za mną tęsk­nić.

– Oby, cór­cia, oby.

– Ej, tatku, uśmiech­nij się.

– Zoba­czysz, jak to jest, kiedy sama będziesz miała dziecko. Jak czło­wiek się zamar­twia, nie­po­koi.

– Bła­gam, prze­stań­cie. Jeśli jesz­cze raz ude­rzy­cie w takie tony, jestem gotowa zawró­cić do małej. A prze­cież mamy zamiar dobrze się bawić, prawda, Mimi?

– Wła­śnie, to mają być waka­cje mojego życia, więc prze­stań mnie stra­szyć.

– Dobrze, już dobrze. – Ojciec wzdy­cha ciężko i par­kuje przy kra­węż­niku. – Ja tylko tak z tro­ski.

Peron jest mały i nie­wielu na nim ludzi. Drew­niane zie­lone zada­sze­nie tuli się do nie­wiel­kiego budynku dworca zwień­czo­nego zabyt­ko­wym zega­rem, który nie­ubła­ga­nie odmie­rza krót­kie minuty spóź­nial­skim i leniwe, powolne, cią­gnące się w nie­skoń­czo­ność tym, któ­rzy od jakie­goś czasu cze­kają na pociąg. Dla mnie to wszystko jest nowe i eks­cy­tu­jące. Już tutaj czuję się wyjąt­kowo, jak­bym była podróż­niczką, która wła­śnie wybiera się na eska­padę w nie­znane. Z dru­giej strony, z walizką w ręce, a w zasa­dzie w dłoni ojca, czuję się nie­zwy­kle doro­sła. Mam na sobie zwiewną błę­kitną sukienkę z dwiema fal­ban­kami, którą mama uszyła spe­cjal­nie na tę oka­zję, twier­dząc, że nie mogę zapre­zen­to­wać się rodzi­nie jak obdar­tu­ska. Jak­bym kie­dyś nią była! Kole­żanki zawsze zazdro­ściły mi stro­jów szy­tych przez mamu­się, która z niczego potrafi wycza­ro­wać coś mod­nego i sty­lo­wego. Moi bra­cia, ojciec i ona sama wyglą­dają, jakby ubie­rali się u naj­lep­szych kraw­ców w Paryżu, tak że przy­cią­gają spoj­rze­nia nie­zna­jo­mych na ulicy. Jeste­śmy jak wizy­tówka mamu­si­nej pra­cowni i szcze­rze mówiąc, bar­dzo nas to cie­szy.

A w powo­jen­nych bied­nych cza­sach prze­cież nie­ła­two było się wyróż­nić. My mie­li­śmy to szczę­ście.

Ojciec, jakby niósł koszyk jajek, z aten­cją lokuje walizki na pół­kach nad naszymi gło­wami i gdyby nie gwiz­dek kon­duk­tora i groźne sap­nię­cie loko­mo­tywy, pew­nie by się stąd nie ruszył. Pochyla się teraz nade mną, ści­ska mocno jak ni­gdy wcze­śniej i pie­ści moje ucho naj­czul­szymi sło­wami.

– Do zoba­cze­nia, księż­niczko. Kocham cię naj­bar­dziej na świe­cie. Wra­caj szybko, kocha­nie. Już za tobą tęsk­nię.

– Też cię kocham naj­bar­dziej na świe­cie.

Całuję jego chro­po­waty poli­czek pokryty gęstą sia­teczką drob­nych zmarsz­czek i patrzę, jak odcho­dzi. Widzę go jesz­cze przez chwilę w kłę­bach pary na pero­nie. Machamy do sie­bie zawzię­cie, dopóki gwał­towne szarp­nię­cie loko­mo­tywy nie zmu­sza mnie do zaję­cia miej­sca.

Nim na dobre ruszymy, czuję, jak skręca mi się żołą­dek. W pierw­szej chwili nie potra­fię oce­nić, czy to na myśl o ugo­to­wa­nych na twardo jaj­kach i soczy­stym doj­rza­łym pomi­do­rze, które spa­ko­wała mama, czy z pod­nie­ce­nia. Widzę, że Zośka jest bar­dzo poru­szona, a jej szkli­ste oczy tępo wpa­trują się przed sie­bie.

Ludzi w wago­nie jest nie­wielu. Jakiś robot­nik, który cią­gle mnie w dło­niach wytarty kasz­kiet, dżen­tel­men w nie naj­le­piej skro­jo­nym trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze i dwie hała­śliwe kobiety, które usia­dły nie­opo­dal i teraz skrze­kli­wie prze­krzy­kują stu­kot kół pociągu.

Sku­piam się na wido­kach. Lesie, który prze­myka za oknem, kilku nie­śmiało przy­cup­nię­tych na jego skraju dom­kach, pasą­cych się kro­wach, a mimo to dociera do mnie ich roz­mowa.

– Powia­dam pani, pani Bar­ral, nic dobrego z tego nie wynik­nie, będzie wojna jak nic – mówi grub­sza, wyma­lo­wana jak wam­pi­rzyca na pierw­szego listo­pada.

Blada, z nie­na­tu­ral­nie uczer­nio­nymi brwiami i prze­sad­nie czer­wo­nymi ustami, które co chwilę układa w ciup. Pew­nie popra­wiała szminką ich kon­tur, bo teraz nie­ładna kar­ma­zy­nowa czer­wień pokrywa rów­nież zęby. Mamu­sia na jej widok mia­łaby jed­no­znaczne sko­ja­rze­nia, ja zaś nad­sta­wiam uszu, zasta­na­wia­jąc się, o czym tak pytlują.

– Pani Fre­snel, pani Fre­snel! – Pulchna blon­dynka pry­cha znie­cier­pli­wiona, jed­no­cze­śnie wzru­sza­jąc ramio­nami. – Jak pani coś wymy­śli… Jaka wojna? Dopiero co się skoń­czyła jedna, to niby mia­łaby być druga? To jakaś wie­rutna bzdura.

– Mój René tak twier­dzi, a on zna się na rze­czy. Jest prze­my­słow­cem, czyta gazety, można powie­dzieć, że trzyma rękę na pul­sie.

– Głu­poty! Ot, naczy­tał się gazet i wie­rzy pisma­kom. Hitler nie byłby takim dur­niem, wystar­czy mu, że zajął…

– Dur­niem powiada pani? – mówi z naci­skiem. – On nie jest głupi, tylko pazerny. Wspo­mni pani moje słowa.

– A co mnie on obcho­dzi? Cze­cho­sło­wa­cję ponoć zajął i co z tego? Nam nic nie grozi, mamy, jak to się mówi, pod­pi­sany z Niem­cami pakt i tego trzeba się trzy­mać.

– Mój René twier­dzi, że ten cały Adolf Hitler nic sobie nie robi z umów, że nie powin­ni­śmy…

– Béatrice, niech mnie pani z łaski swo­jej nie pró­buje stra­szyć.

– A gdzież­bym śmiała? Mówię tylko, jak jest.

Kobiety nie­spo­dzie­wa­nie się dąsają, milkną, po czym osten­ta­cyj­nie odwra­cają głowy i sku­piają na wido­kach za oknem.

Wzbiera we mnie zacie­ka­wie­nie. Wojna? Jaka wojna? Ow­szem, ojciec z braćmi roz­pra­wiali przy stole o Hitle­rze, ale raczej jako o małym krzy­ka­czu, któ­remu się wydaje, że może zawład­nąć świa­tem. Prze­raża mnie jego poli­tyka wobec Żydów i zakusy poli­tyczne, ale ojciec nie­zmien­nie powta­rza, że nie mamy się czego bać. Mamy robić swoje i nie przej­mo­wać się tym wrza­skli­wym kur­du­plem, który jest zwy­kłym mito­ma­nem i fan­ta­stą. Teraz roz­mowa kobiet, która przy­kuła moją uwagę, spo­wo­do­wała, że na chwilę wra­cam do tego trud­nego tematu.

W moim prze­ko­na­niu Hitler dla Niem­ców jest wizjo­ne­rem, który spra­wił, że jako naród uwie­rzyli w sie­bie i odzy­skali dumę, ale czy komuś rze­czy­wi­ście zagraża? Nie była­bym taka pewna.

W kwiet­niu sąsiadka spod czwórki wró­ciła z waka­cji w Niem­czech. Poje­chała do sio­stry pod Ber­li­nem i była zachwy­cona. Ład, porzą­dek, dys­cy­plina, tak z zazdro­ścią i podzi­wem mówiła o domu rodzin­nym. Odnio­sła też wra­że­nie, że mło­dzi Niemcy, zarówno dziew­częta, jak i chłopcy, są nie­zwy­kle wyspor­to­wani. Wiecz­nie w coś grają, ści­gają się, ćwi­czą. Nawet młode kobiety w tym uczest­ni­czą. Urze­kły ją wyzwo­le­nie i nowo­cze­sne podej­ście kobiet do stylu życia, mody. Więk­szość z nich przed­kłada tam wygodę i prak­tycz­ność ponad ele­gan­cję i sąsiadka prze­ko­ny­wała nas, że to modny trend, któ­rego należy się spo­dzie­wać i u nas. Oso­bi­ście nie chcia­ła­bym rezy­gno­wać z ład­nych sukie­nek na rzecz spor­to­wych stro­jów i obie­ca­łam sobie w duchu, że nie dam się ponieść modo­wemu zaśle­pie­niu. Teraz na myśl przy­cho­dzi mi zawar­tość upchnię­tej na półce walizki. Mam nadzieję, że nie będę musiała nosić tych okrop­nych bucio­rów, które kazała mi spa­ko­wać mama.

Pociąg, sapiąc i pry­cha­jąc, z ryt­micz­nym stu­ko­tem kół wle­cze się w nie­skoń­czo­ność. Czarna, poły­skliwa loko­mo­tywa cią­gnąca sześć wago­nów co rusz leni­wie zatrzy­muje się na kolej­nych sta­cjach, jakby nie zale­żało jej na cza­sie, obo­jętna na znie­cier­pli­wie­nie podróż­nych. Jestem znu­żona, stra­ci­łam ochotę na czy­ta­nie, nawet kra­jo­braz wydaje się mniej inte­re­su­jący. Z Zosią co chwilę zapa­damy w drzemkę, budząc się gwał­tow­nie, gdy loko­mo­tywa gwiż­dże albo nie­spo­dzie­wa­nie szar­pie. Podróżni wsia­dają i wysia­dają, zmie­niają się walizki i plo­teczki, w które coraz chęt­niej się wsłu­chuję…

Gdy zatrzy­mu­jemy się na sta­cji w Niem­czech, po pero­nie kręci się kilku żoł­nie­rzy. Sztywni, nadęci, dum­nie wypro­sto­wani kro­czą przed sie­bie, gło­śno się śmie­jąc i paląc papie­rosy. Popa­trują w okna pociągu, uważ­nie lustru­jąc pasa­że­rów. Nasze okno jest otwarte i to naj­wy­raź­niej zachęca ryżego mło­dego wojaka z mau­se­rem na ramie­niu do zbli­że­nia się i zaga­je­nia roz­mowy.

– Z daleka jedzie­cie? – pyta niby od nie­chce­nia.

– Z Fran­cji – odpo­wiada lako­nicz­nie Zosia nie­za­in­te­re­so­wana poga­dusz­kami ze spra­wia­ją­cym nie­zbyt sym­pa­tyczne wra­że­nie nie­zna­jo­mym.

– E, Fran­cja – pry­cha tam­ten lek­ce­wa­żąco i zaciąga się papie­ro­sem. – Sły­sza­łem, że tam tylko żaby jecie.

– By­naj­mniej – unosi się Zosia i aby zakoń­czyć tę wymianę zdań, odwraca się osten­ta­cyj­nie w drugą stronę, igno­ru­jąc smar­ka­cza, który pew­nie skła­mał, że jest peł­no­letni, żeby zacią­gnąć się do woj­ska.

– A dokąd jedzie­cie? – woła nie­zra­żony.

– Do Pol­ski – odpo­wia­dam z dumą i po chwili dodaję: – Do War­szawy.

Jestem naprawdę cie­kawa, jak ją skry­ty­kuje i jakie ma uprze­dze­nia. On jed­nak tylko iro­nicz­nie się uśmie­cha i rzuca jakby mimo­cho­dem:

– Nie­długo też tam będziemy.

W tym momen­cie loko­mo­tywa szar­pie wago­nami, z mozo­łem rusza, by zaraz nabrać ani­mu­szu i ener­gicz­nie przy­spie­szyć. Nim zdążę zapy­tać, co ma na myśli, jego postać się oddala, aż wresz­cie staje się nie­mal nie­wi­docz­nym punk­tem na tle cegla­nego dworca.

Przez chwilę się zasta­na­wiam, co zna­czą jego słowa. Też wybie­rają się do War­szawy? Jeśli tak, to dla­czego nie wsie­dli do pociągu i skąd ten iro­niczny ton? A jeśli jadą całą grupą, która tło­czyła się w drzwiach dworca, to jakie mają plany i co będą robić w sto­licy Pol­ski? Wresz­cie wzru­szam ramio­nami i daję sobie spo­kój z wąt­pli­wo­ściami, na które i tak nie znajdę odpo­wie­dzi, i usi­łuję czy­tać.

Pach­niało sia­nem. Krowy pasły się leni­wie na pastwi­sku, szu­ka­jąc cie­nia rzu­ca­nego przez jedyne rosnące w tym miej­scu drzewo. Joanna na powrót sku­piła się na droż­dżo­wym cie­ście wyra­bia­nym na znisz­czo­nej stol­nicy. Dziś wie­czo­rem miał wresz­cie wró­cić Maciej. Tak bar­dzo go kochała, tak za nim tęsk­niła. W cha­cie paliło się w kominku, na stole dum­nie prę­żyły brzuszki dwie por­ce­la­nowe miski, a w nich…

Nim się dowiem, co było w miskach, naj­wy­raź­niej znu­żona przy­my­kam oczy i zapa­dam w drzemkę. Śnię o rodzin­nym domu, o tym, co robią bra­cia, rodzice, senne majaki przy­wo­łują ich roze­śmiane twa­rze. Zata­piam się w nich, pra­gnąc, by pozo­stały ze mną jak naj­dłu­żej. Mimo że ławka jest twarda i nie­wy­godna, zasy­piam na dobre, oparta o ściankę wagonu, ze zwi­nię­tym w kulę swe­trem pod głową.

– Papie­ren bitte.

Sły­szę obcy szorstki głos i sztyw­nieję prze­ra­żona. Począt­kowo nie orien­tuję się, gdzie jestem i co się dzieje. Chwilę zaj­muje mi oprzy­tom­nie­nie i wyję­cie z torebki wła­ści­wych doku­men­tów, które oczy­wi­ście jak zwy­kle zaplą­tały się gdzieś na dnie mię­dzy chu­s­teczką a ołów­kiem i puder­niczką.

Wresz­cie oddy­cham z ulgą, uświa­da­mia­jąc sobie, że w końcu jeste­śmy na gra­nicy, ostat­niej gra­nicy, i spraw­dzają nasze pasz­porty. Już nie­długo spełni się moje marze­nie. Znajdę się w tej magicz­nej, legen­dar­nej Pol­sce, za którą tak tęsk­nią rodzice. Jesz­cze tylko kilka godzin i dotrzemy do War­szawy. Czuję ogromną eks­cy­ta­cję i cie­ka­wość i uśmie­cham się całą sobą. Tyle się spo­dzie­wam po tej eska­pa­dzie, tyle będę miała do opo­wia­da­nia po powro­cie! Przy­wiozę pre­zenty, usią­dziemy wie­czo­rem przy her­ba­cie, przyjdą wujo­stwo i będziemy z Zosią wspo­mi­nać nasz waka­cyjny wyjazd, prze­ka­zy­wać uści­ski i pozdro­wie­nia od naj­bliż­szych.

Emo­cje udzie­lają się nie­mal wszyst­kim podróż­nym, któ­rzy spie­szą do swo­ich domów, rodzin, inte­re­sów, ale z pew­no­ścią nikt nie jest tak cie­kaw tego, co go czeka, jak ja. Naresz­cie poznam ich wszyst­kich. Jestem pełna obaw, a zara­zem cie­kawa, jakie zro­bię na nich wra­że­nie, czy mnie polu­bią, czy jeste­śmy do sie­bie podobni, czy się zaprzy­jaź­nimy? Z pew­no­ścią to będzie cudowny czas.

Tym­cza­sem ze zdzi­wie­niem odkry­wam, że Pol­ska nie­wiele się różni od Fran­cji, w któ­rej wyro­słam, zapu­ści­łam korze­nie i która stała się moim miej­scem na ziemi. Może tro­chę inne są drzewa i kwiaty, jakby mniej zna­jome, mniej oka­załe, ale poza tym zaczy­nam się czuć jak w domu.

– Coś taka rado­sna? – Zosia uśmie­cha się pro­mien­nie i naj­wy­raź­niej podziela mój nastrój. – Masz ochotę na jabłko? Przed chwilą jedno ostru­ga­łam, ale spa­łaś i nie mia­łam sumie­nia cię budzić.

– Nie, dzię­kuję, nie jestem głodna. – Sado­wię się wygod­nie, popra­wia­jąc sukienkę i roz­my­śla­jąc, jak to moż­liwe, że się tu zna­la­złam.

– Pod­eks­cy­to­wana?

– Jak rzadko. Ale też tro­chę się boję – odpo­wia­dam cicho.

Prze­cież to moja pierw­sza tak daleka wyprawa bez rodzi­ców, Zośka zresztą też ma mnie opu­ścić po dwóch dniach i ruszyć dalej, na Mazury, do swo­ich naj­bliż­szych.

– Nie martw się na zapas. – Uspo­ka­ja­jąco gła­dzi mnie po ręce i znowu się uśmie­cha. – Wszystko będzie dobrze, zoba­czysz.

– Łatwo ci mówić.

– Oczy­wi­ście, że łatwo – deli­kat­nie szczy­pie mnie w bok – bo dobrze znam ich wszyst­kich i wiem, że będą cię roz­piesz­czać.

– Tere-fere.

– No, daj spo­kój, nie przej­muj się tak. – Roz­ra­do­wana Zosia teraz sztur­cha mnie łok­ciem i zaraz lekko sztyw­nieje. – Lepiej pomyśl, co warto zoba­czyć, dokąd pójść i kogo odwie­dzić. Jeśli będziesz miała ochotę, zabiorę cię do mojego ulu­bio­nego sklepu z por­ce­laną, kupisz sobie coś ład­nego na pamiątkę.

– Może, sama nie wiem… – Im bli­żej celu, tym wię­cej we mnie pytań i wąt­pli­wo­ści, a z dru­giej strony roz­koszna bło­gość roz­siada się na moich kola­nach i wpra­wia żołą­dek w nie­spo­kojne drże­nie.

– Koniecz­nie musisz się wybrać do wujo­stwa w Wila­no­wie i do pałacu, tam jest prze­piękny park, będziesz zachwy­cona. Łazienki, Zamek Kró­lew­ski – Zosia przy­myka oczy i daje się ponieść wspo­mnie­niom – zde­cy­do­wa­nie są warte obej­rze­nia. Do tego Ogród Saski, ponoć naj­star­szy park w sto­licy, i oczy­wi­ście Pałac Saski, poza tym…

– Oba­wiam się, że nie zapa­mię­tam tego wszyst­kiego, no i nie wiem, czy będzie tyle czasu na zwie­dza­nie. Chyba powin­nam zdać się na wujo­stwo.

Wresz­cie we wto­rek 15 sierp­nia o sie­dem­na­stej osiem­na­ście docie­ramy na dwo­rzec w War­sza­wie4. W moim kalen­da­rzu na ten dzień zapi­sano cytat z Ber­tranda Rus­sella: „To smutne, że głupcy są tak pewni sie­bie, a ludzie mądrzy tak pełni wąt­pli­wo­ści”. Zasta­na­wiam się, ile w tym prawdy, i przy­cho­dzi mi na myśl moja szkolna kole­żanka Anaïs. Wyjąt­kowo pewna sie­bie, bez­czelna i przy tym nie­zbyt bystra.

Nie mam poję­cia, że tego dnia w Tatrach wyda­rzy się tra­ge­dia: od ude­rze­nia pio­runa na szczy­cie Świ­nicy zgi­nie pię­ciu har­ce­rzy i ich opie­kun. Ani o tym, że w Świę­to­szo­wie, nie­opo­dal Żaga­nia, pod­czas pre­zen­ta­cji sił bojo­wych przed dowód­cami Luft­waffe roz­bije się trzy­na­ście bom­bow­ców i dwu­dzie­stu sze­ściu nie­miec­kich lot­ni­ków poże­gna się z życiem. Że nie­spełna rok póź­niej do obozu w Auschwitz trafi pierw­szy trans­port więź­niów z War­szawy5. Dla mnie to jeden z naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych dni w życiu, po któ­rym wiele sobie obie­cuję.

Jestem oszo­ło­miona. Pociąg z nie­mi­ło­sier­nym zgrzy­tem i sno­pami iskier sypią­cych się spod kół wresz­cie zatrzy­muje się na dworcu6. To jeden z naj­więk­szych, jeśli nie naj­więk­szy, budy­nek, jaki widzia­łam. Oczy­wi­ście nie zdaję sobie sprawy, że 18 lutego tego roku gene­rał Kor­dian Józef Zamor­ski wraz z kom­pa­nią repre­zen­ta­cyjną Poli­cji Pań­stwo­wej witali tu Reichsführera SS Hein­ri­cha Him­m­lera ani że w czerwcu, przed naszym przy­jaz­dem, gmach w czę­ści stra­wił pożar. Dla mnie jest nowo­cze­sny, przy­tła­cza­jący wiel­ko­ścią i zdu­mie­wa­jący archi­tek­turą. Jest tak inny od tego, co znam, wydaje się wręcz krzy­czeć, że oto wła­śnie on staje się wiel­kim kro­kiem w nową epokę i archi­tek­to­niczną przy­szłość. Po ple­cach prze­biega mi dreszcz dumy, że jestem Polką i że to po czę­ści należy też do mnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Rudolf Franz Fer­di­nand Höß – SS-Obersturmbannführer, uro­dzony 25 listo­pada 1901 r. w Baden-Baden. Ochot­nik w I woj­nie świa­to­wej. Po demo­bi­li­za­cji w kor­pu­sach ochot­ni­czych czło­nek NSDAP od listo­pada 1922 r. Za uczest­nic­two w mor­dzie kap­tu­ro­wym na Wal­te­rze Kado­wie ska­zany na 10 lat cięż­kiego wię­zie­nia. Czło­nek All­ge­me­ine SS od wrze­śnia 1933 r. W czyn­nej służ­bie w KL Dachau od grud­nia 1934 r. W okre­sie gru­dzień 1934–sier­pień 1938 awan­so­wał na sta­no­wi­sko adiu­tanta komen­danta obozu, funk­cję tę peł­nił w KL Sach­sen­hau­sen do grud­nia 1939 r., póź­niej kie­row­nik tego obozu. W okre­sie maj 1940–listo­pad 1943 komen­dant KL Auschwitz i dowódca gar­ni­zonu SS. Następ­nie prze­nie­siony do Głów­nego Urzędu Admi­ni­stra­cyjno-Gospo­dar­czego SS (WVHA) na sta­no­wi­sko kie­row­nika Urzędu D I i zastępcę Inspek­tora Obo­zów Kon­cen­tra­cyj­nych. W związku z zagładą Żydów węgier­skich ponow­nie skie­ro­wany do KL Auschwitz jako koor­dy­na­tor tej akcji i dowódca gar­ni­zonu SS, które to funk­cje peł­nił do końca lata 1944 r. Wyro­kiem Naj­wyż­szego Try­bu­nału Naro­do­wego w War­sza­wie ska­zany 2 kwiet­nia 1947 r. na karę śmierci. Wyrok wyko­nano 16 kwiet­nia 1947 r. w Oświę­ci­miu. [wróć]

2. Mont­ceau-les-Mines – miej­sco­wość i gmina we Fran­cji, w regio­nie Bur­gun­dia-Fran­che-Comté, w depar­ta­men­cie Saona i Loara. [wróć]

3. Pisia – rzeka w woje­wódz­twie mazo­wiec­kim na Rów­ni­nie Łowicko-Błoń­skiej, prawy dopływ Bzury. [wróć]

4. War­szawa (stan na 1 stycz­nia 1939) liczyła około 1 265 000 miesz­kań­ców, z czego aż 29% sta­no­wiła lud­ność żydow­ska, a 54,4% kobiety (ogó­łem w II Rzecz­po­spo­li­tej kobiety sta­no­wiły 51,4% lud­no­ści). W sto­licy było około 18 071 nie­ru­cho­mo­ści, z czego: 14% to domy jed­no­ro­dzinne, 23,3% domy posia­da­jące od 2 do 5 miesz­kań, 30,8% domy od 6–20 lokali miesz­kal­nych, 23% domy od 21–50 miesz­kań i 8,9% budynki miesz­czące powy­żej 51 miesz­kań. War­szawa była prze­lud­niona. W 1931 r. w mie­ście było 250 000 miesz­kań, z czego 31% sta­no­wiły kawa­lerki, w któ­rych sta­ty­stycz­nie miesz­kały śred­nio 4 osoby. W przed­wo­jen­nej War­sza­wie było ponad 1800 ulic, o łącz­nej dłu­go­ści około 780 km, ale tylko 62%, około 485 km, było wybru­ko­wa­nych. 87% było oświe­tlo­nych nocą. Na pozo­sta­łych, głów­nie pery­fe­ryj­nych, pano­wała zupełna ciem­ność. 52% pra­cu­ją­cych miesz­kań­ców sta­no­wili robot­nicy i cha­łup­nicy, 18% pra­cow­nicy umy­słowi, 18% samo­za­trud­nieni. Czyn­nych zawo­dowo było około 65% męż­czyzn i zale­d­wie 34% kobiet. W 1937 War­szawę zamiesz­ki­wało około 9000 koni, 2100 krów, 1300 świń, 500 kóz i 100 owiec. Ponad 90% lud­no­ści miało dostęp do wody z wodo­cią­gów, ale tylko 70% kana­li­za­cję, a zale­d­wie 800 budyn­ków pod­łą­czo­nych było do sieci gazo­wej. Po mie­ście na 29 liniach (noc­nych i dzien­nych) jeź­dziło około 386 tram­wa­jów z wago­nami, po torach o dłu­go­ści około 244 km. Dla porów­na­nia auto­bu­sów, obsłu­gu­ją­cych 14 tras, było zale­d­wie 65, samo­cho­dów i innych pojaz­dów zaś (w roku 1937) zare­je­stro­wano: 3752 oso­bowe samo­chody pry­watne, 1251 cię­ża­ró­wek, 1563 moto­cy­kle i 34 667 rowe­rów. Źró­dło: War­szawa w licz­bach 1938, Wydział Sta­ty­styczny Zarządu Miej­skiego, War­szawa 1938. [wróć]

5. 15 sierp­nia 1940 r. przy­wie­ziono do obozu pierw­szy trans­port więź­niów z War­szawy, skie­ro­wa­nych tu przez dowódcę Sipo u. SD dys­tryktu war­szaw­skiego (Der Kom­man­deur der Sicher­he­it­spo­li­zei und des SD für den Distrikt War­schau). Zna­la­zło się w nim 513 więź­niów osa­dzo­nych poprzed­nio w wię­zie­niu Gestapo na Pawiaku oraz 1153 więź­niów schwy­ta­nych w łapan­kach ulicz­nych. Ozna­czono ich nume­rami 1513–1899 oraz 1901–3179. Nie byli to pierwsi więź­nio­wie tego obozu. 14 czerwca 1940 do KL Auschwitz przy­wie­ziono z wię­zie­nia w Tar­no­wie pierw­szy trans­port pol­skich więź­niów poli­tycz­nych liczący 728 męż­czyzn skie­ro­wa­nych tu przez dowódcę Sipo u. SD w Kra­ko­wie. Ozna­czono ich nume­rami od 31–758. Wcze­śniej, tj. 20 maja 1940, do obozu przy­wie­ziono 30 więź­niów prze­stęp­ców kry­mi­nal­nych (Beru­fsver­bre­cher – BV) naro­do­wo­ści nie­miec­kiej, wybra­nych na żąda­nie Hößa spo­śród więź­niów obozu kon­cen­tra­cyj­nego w Sach­sen­hau­sen. Ozna­czono ich nume­rami od 1–30. Źró­dło: Danuta Czech, Kalen­darz wyda­rzeń w KL Auschwitz, Oświę­cim 1992, s. 12, 14, 26–27. [wróć]

6. Dwo­rzec kole­jowy w przed­wo­jen­nej War­sza­wie, poło­żony wzdłuż Alej Jero­zo­lim­skich, pomię­dzy uli­cami Mar­szał­kow­ską i Emi­lii Pla­ter, był wów­czas monu­men­tal­nym gma­chem, jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych i naj­więk­szych dwor­ców w Euro­pie. Perony znaj­do­wały się pod zie­mią i doce­lowo miały obsłu­gi­wać 12 torów. Nad pod­ziem­nymi pero­nami wzno­sił się ogromny budy­nek z trzema halami: kasową, dla pasa­że­rów przy­jeż­dża­ją­cych i dla odjeż­dża­ją­cych. Miał być budowlą repre­zen­ta­cyjną, wizy­tówką War­szawy i Pol­ski. Ele­wa­cję zapro­jek­to­wano w stylu mini­ma­li­stycz­nym z ele­men­tami art déco, nato­miast wnę­trza były bogato zdo­bione fre­skami, witra­żami, rzeź­bami i obra­zami. W czerwcu 1939 r. w wyniku zapró­sze­nia ognia przez ekipy budow­lane nie­ukoń­czony jesz­cze dwo­rzec został poważ­nie uszko­dzony, a część kon­struk­cji spło­nęła. Kilka mie­sięcy póź­niej budy­nek doznał kolej­nych znisz­czeń w cza­sie bom­bar­do­wa­nia War­szawy przez Luft­waffe. Pro­wi­zo­rycz­nie odbu­do­wany przez nie­miec­kie wła­dze oku­pa­cyjne dzia­łał do wybu­chu powsta­nia war­szaw­skiego. W stycz­niu 1945 r. gmach został wysa­dzony przez woj­ska nie­miec­kie, a po woj­nie jego pozo­sta­ło­ści roze­brano. [wróć]