Te wiedźmy nie płoną - Isabel Sterling - ebook

Te wiedźmy nie płoną ebook

Isabel Sterling

3,6

Opis

Może najbardziej znaną nastoletnią czarownicą jest Sabrina, ale o tej czwórce jeszcze usłyszy świat!

Hannah to czarownica z krwi i kości, z umiejętnością kontrolowania ognia, ziemi, wody i powietrza. Choć mieszka w Salem, jej magia jest tajemnicą, którą musi zachować dla siebie. W innym przypadku może ją stracić. Na zawsze. Hannah spędza więc większość czasu, unikając swojej eks, Veroniki, i pracując w lokalnym sklepie z magicznymi obiektami. Gdy przerażający rytuał krwi przerywa zabawę pod koniec roku szkolnego, a dowody na istnienie mrocznej magii zaczynają pojawiać się w całym Salem, Hannah jest pewna, że to dzieło śmiertelnie groźnej Krwawej Czarownicy. Na domiar tego, w mieście pojawia się nowa dziewczyna, Morgan, która skrada serce nastoletniej czarownicy. Chcąc ocalić swój sabat i zdobyć serce dziewczyny, Hannah będzie musiała przetestować granice swojej mocy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 353

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: These Witches Don’t Burn

 

Copyright © 2018 by Samantha Adams

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Szkatulska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-93-66517-88-2

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla mojej żony, Megan.

Gdy Cię spotkałam, wszystko się zmieniło,

również ta historia.

 

 

 

 

 

1

 

 

 

 

Mawiają, że miłość od nienawiści dzieli jeden krok.

Ja natomiast uważałam, że ci, którzy tak twierdzą, są idiotami. Większość ludzi jest. Co jacyś bezimienni Oni mogą wiedzieć o miłości? Albo nienawiści? A potem umówiłam się z Veronicą Matthews.

Veronicą. Matthews.

Dziewczyną, która wyciągnęła mnie z szafy tak szybko i tak całkowicie, że jeszcze kilka tygodni później czułam, jak kręci mi się w głowie. Nasz pierwszy pocałunek zmienił moje życie. Zmienił moją tożsamość. Po roku chodzenia z nią wciąż nie umiem znaleźć właściwych słów, by to opisać.

Moi rodzice byli zaskoczeni, ale szybko doszli do siebie, kiedy weszłam do kuchni w dniu, gdy się pocałowałyśmy, i oświadczyłam:

– Mamo. Tato. Okazało się, że jestem homo.

Tata upuścił na podłogę łyżkę, którą mieszał sos. Zamrugał kilka razy, po czym wzruszył ramionami.

– Och, aha, w porządku.

Mama podniosła łyżkę i opłukała ją w zlewie.

– Chcesz o tym porozmawiać?

Pamiętam, że wzruszyłam ramionami. Tata i ja często tak robimy.

– Nie. Pomyślałam tylko, że powinniście wiedzieć.

I to było na tyle.

Veronica Matthews nauczyła mnie miłości i przyznaję, że Oni mieli rację. Bo rzeczywiście nienawiść znajduje się tuż obok. Ta sama dziewczyna, która wyciągnęła moją dupę z szafy, później rozorała mi serce swoimi starannie wypielęgnowanymi paznokciami.

Nienawidzę jej. Tej głupiej, egoistycznej…

Ktoś przede mną chrząka. Odrywam wzrok od Veroniki, która znajduje się w tylnej części sklepu przy gotowych do użycia eliksirach, gdzie flirtuje z dziewczyną, której imienia nie pamiętam. Wygląda znajomo, ma skórę w odcieniu ciepłego brązu i szopę drobnych, czarnych loków. Wydaje mi się, że podobnie jak Veronica należała do zespołu cheerleaderek.

Evan Woelk, wysoki, chudy biały chłopak z grubą kreską wokół ciemnobrązowych oczu, stoi po drugiej stronie lady. Uśmiecha się, gdy w końcu zwracam na niego uwagę.

– Cześć, Hannah. – Kładzie produkty obok kasy i wkłada ręce głęboko do kieszeni spodni.

– Udało ci się wszystko znaleźć? – pytam, wzdrygając się, gdy słyszę chichot Veroniki. Nawet lawendowe kadzidełko palące się za mną nie jest w stanie ukoić moich nerwów, gdy ona jest w pobliżu.

Evan potakuje, przyglądając się rosnącej sumie na kasie, gdy skanuję kolejne produkty. Czarne świece. Sznur do rytuału wiązania. Księga czarów. Kadzidełko. Czarny sztylet obusieczny, ma dwa ostrza, chociaż używany jest tylko do kierowania energii. Walczę ze sobą, by nie wywracać oczami. Kolejny Reg bawiący się w czary.

Skanuję ostatni przedmiot i zerkam na mojego klienta. Od stop do głów wygląda jak goth – czarne dżinsy, obcisła czarna koszulka, pierścionek na każdym palcu, co sprawia, że całość jest jeszcze bardziej niedorzeczna.

– Osiemdziesiąt cztery dolary i dziewięćdziesiąt pięć centów. – Przygryzam usta, gdy przykłada kartę. Jakaś część mnie chce go ostrzec. Nawet jeśli magia Wicca jest tylko dziecięcą zabawą w porównaniu z tym, co sama potrafię, nie jest bezpiecznie igrać z siłami, których się nie rozumie.

Ale oczywiście nic nie mówię. Gdybym wyjawiła swój sekret, groziłaby mi banicja.

Albo coś gorszego.

Evan bierze torbę z cierpkim uśmiechem. Przestępuje z nogi na nogę, ale nie odchodzi. Patrzę na niego, sztucznie się uśmiechając, i w myślach poganiam go, by już sobie poszedł. Veronica nadal śmieje się z tego, co powiedziała Jak-Jej-Tam. Nie chcę mieć z nią nic wspólnego, ale nie mogę wyjść, gdy w sklepie jest klient. Nigdy nie uważałam się za zazdrośnicę, ale jeśli te dwie zaraz stąd nie pójdą, to…

– Czy to Veronica? – pyta chłopak, wskazując na blok rysunkowy leżący przede mną. Niedokończony szkic przedstawia moją byłą, która ma cechy złośliwego demona. – Słyszałem, że ze sobą zerwałyście.

Czuję gorąco na policzkach. Zgniatam kartkę i wrzucam ją do kosza.

– Nie chcę o tym mówić. – Oczywiście, że słyszał. Cała szkoła plotkowała przez kilka tygodni o naszym publicznym zerwaniu.

– Zapomnij, że pytałem. – Evan odgarnia czarne włosy z oczu. Na próżno, bo za chwilę znowu opadają mu na czoło. – Wybierasz się wieczorem na ognisko?

Uśmiecham się półgębkiem, wdzięczna za zmianę tematu.

– Gemma chyba chciała iść. – A jeśli moja najlepsza przyjaciółka zamierza iść do lasu na coroczne ognisko wieńczące rok szkolny, to się z tego nie wykręcę. – Rozumiem, że ty się wybierasz?

– Nie przegapiłbym tego. – Unosi torbę z magicznymi przedmiotami, sztylet zrobił dziurę w plastiku i sterczy z boku. – Do zobaczenia wieczorem.

– Dozo – mówię, ale wywracam oczami, gdy tylko Evan wychodzi. Mam dość pozerów, którzy w celach turystycznych przyjeżdżają do Salem. A jeszcze bardziej wkurza mnie, gdy miejscowi się tak zachowują. Wydaje im się, że chodzi o strój i odpowiednie akcesoria. Proszę, kup sobie naszyjnik i kilka świec. Z całą pewnością zostaniesz czarownicą. Gdyby tylko wiedzieli, kim są prawdziwe wiedźmy i na co nas stać…

Nie spaliby spokojnie w nocy.

Śmiech Veroniki dociera do przedniej części sklepu. Wzdłuż kręgosłupa przemieszczają mi się znajome skurcze pożądania, ale lód w moich żyłach tłumi to uczucie. Chcę, żeby stąd wyszła. Chcę, żeby zniknęła z mojegożycia na tak długo, bym mogła dojść do siebie po rozstaniu.

Ale nie. Gdybym tylko miała takiego farta. Samolubna, cudowna zmora mojego istnienia należy do tego samego sabatu, co moja rodzina. Co było wspaniałe, gdy ze sobą chodziłyśmy, ale teraz…

– Och, Hannah. Zapomniałam, że tu pracujesz. – Veronica niepostrzeżenie podchodzi do lady z małym koszykiem wypełnionym świecami i kadzidełkami. Kłamstwo bez wysiłku spływa z jej pokrytych błyszczykiem ust. – Jak się miewasz?

Sięgam po świece, które postawiła na ladzie, i zaczynam skanować.

– Co tu robisz?

– Zakupy. – Uśmiecha się ironicznie i wymienia spojrzenie z Jak-Jej-Tam, która strzela gumą do żucia.

– Ta pułapka na turystów zawyża ceny, wiesz o tym. – Wkładam świeczki do papierowej torby, pozwalając, by moje długie brązowe włosy opadły mi na twarz. Stwarzam barierę, by na nią nie patrzeć.

– Może chciałam cię zobaczyć. – Głos Veroniki jest słodki jak miód, ale wyczuwam w nim jad. – Nie odpowiadasz na moje wiadomości.

– Tak, cóż, myślałam, że rozumiesz aluzję. – Wkładam do torby ostatnie kadzidełko. – To będą czterdzieści cztery dolary i dziewięćdziesiąt trzy centy.

Podaje mi gotówkę, jej palce stykają się z moimi dłużej, niż to konieczne. Dostaję gęsiej skórki, ale nie chcę, by to widziała. Nie mogę pokazać, że nadal tak na mnie działa.

– To nie musi tak wyglądać, Hannah – brzmi niemal szczerze.

Chwila, gdy moje imię spływa z jej języka. Muszę przełknąć gulę w gardle, zanim się odezwę.

– Dziękuję za zakupy w Kotle Nocnych Lotów. Miłego dnia.

– Chodź, Ronnie. Idziemy – mówi Jak-Jej-Tam, której Veronica nawet mi nie przedstawiła, po czym okręca się na pięcie i rusza do wyjścia, a jej obcasy stukają w podłogę.

Ale Veronica przystaje. Nie spieszy się. Jakby chciała jeszcze coś powiedzieć. Moje serce wali jak oszalałe, mam pewność, że ona je słyszy. Obciągam fartuszek.

– Od kiedy pozwalasz, by mówiono do ciebie Ronnie? Nienawidzisz tego.

Moja była patrzy na wychodzącą przyjaciółkę i kiedy zostajemy same, pochyla się nad ladą i patrzy na mnie, mrużąc oczy.

– Uważaj, Hannah. Bo pomyślę, że jesteś zazdrosna.

Celowo owiewa oddechem moją szyję, czuję prąd jej mocy. Dym z kadzidełka snuje się między nami, pieści mój policzek i ociera się o obojczyk Veroniki, przyciągając moje spojrzenie do tego fragmentu nagiej skóry.

– Co, do cholery, robisz? – Chociaż nikogo nie widzę w sklepie, mówię cicho, żeby nikt nie podsłuchał. – Gdyby Lady Ariana przyłapała cię na posługiwaniu się magią w miejscu publicznym…

– Wyluzuj. Przecież jej stopa nigdy tu nie postanie. Nikt się nie dowie. – Przygważdża mnie swoim szmaragdowym spojrzeniem, ale cofam się poza jego zasięg. Korzystanie z magii publicznie jest niezawodnym sposobem na utratę przywilejów sabatu. A ja nie zamierzam narażać swojego szkolenia tylko dlatego, że moja nieznośna eks jest niefrasobliwa.

Veronica wzdycha, oddala się od lady i przestaje rozkazywać powietrzu. Bryza znika, a dym zaczyna zachowywać się naturalnie.

– Zadowolona?

Nie zaszczycam jej odpowiedzią. Wie, co by się stało, gdyby przyłapał nas jakiś Reg. Lub gdyby o wszystkim dowiedziała się nasza najwyższa kapłanka.

– Słuchaj… – Veronica bawi się torbą ze świecami. – Chciałam wiedzieć… Czy wybierasz się jutro na zakończenie szkoły? Chyba wreszcie udało mi się dopracować moje przemówienie.

– Serio? – Wzdrygam się, słysząc entuzjazm w swoim głosie. Odruchy wyćwiczone przez lata przyjaźni trudno stłumić, mimo że tak bardzo mnie zraniła. Zakładam rękę na rękę i rozglądam się po sklepie, by mieć pewność, że nadal jesteśmy same. – Nie, nie wybieram się. Wolałabym raczej, by Rada pozbawiła mnie magii, niż siedzieć na tej uroczystości.

Słowa wiszą pomiędzy nami, mają w sobie więcej mocy niż wiaterek sprowadzony przez Veronicę. Rozchyla usta, ale nic się z nich nie wydobywa. Zastanawiam się, czy myśli o dniu, w którym poszłyśmy kupić jej sukienkę na zakończenie roku. Czy pamięta, co robiłyśmy tej nocy, gdy została oficjalnie wybrana do wygłoszenia mowy pożegnalnej, po tym, jak jej rodzice poszli spać. Poczucie winy zgniata moją klatkę piersiową, ale uwalniam się od niego.

To jej wina, że już nie jesteśmy ze sobą. To ona mnie zraniła.

Przekłada torbę do drugiej ręki, zakłada maskę na twarz. Znika krzywda. Znika dziewczyna, którą kochałam, zostaje ta, która złamała mi serce.

Jak-Jej-Tam zagląda do sklepu.

– Wszystko w porządku?

– Oczywiście. – Veronica posyła jej perfekcyjny uśmiech, używając go niczym broni. – Wydawało mi się, że zapomniałam paragonu. Chodźmy. – Odwraca się, bierze tamtą pod rękę i znika za drzwiami.

Dzwonek obwieszcza jej wyjście, a mnie zaraz pęknie serce. Pieką mnie łzy, ale nie pozwolę im popłynąć. Nie dam Veronice tej satysfakcji.

Jeśli wydaje jej się, że może przez całe lato przychodzić do mnie do pracy, to bardzo się myli. Ponieważ jeśli chodzi o chowanie urazy, to jestem mistrzynią olimpijską.

 

 

 

 

 

2

 

 

 

 

Po pracy podjeżdżam pod studio tańca, skąd odbieram Gemmę z lekcji baletu. Łatwo ją zauważyć, bo jest prawie o głowę wyższa od koleżanek. Kiedy Gemma w dziewiątej klasie osiągnęła wzrost stu siedemdziesięciu siedmiu centymetrów, wszyscy próbowali ją namówić do zapisania się do drużyny koszykówki, ale jej ciało jest stworzone do tańca. Nawet chodzenie jest sztuką w jej wykonaniu, praktycznie unosi się nad ziemią.

– Jesteś gotowa na szaleństwa przy ognisku? – Gemma zapina pasy i rozpuszcza blond włosy, do tej pory spięte w kok.

Wzruszam ramionami i włączam się do ruchu.

Przyjaciółka patrzy wilkiem.

– Znam tę minę, Han. Co znowu wywinęła Veronica?

Kiedy Gemma robi taką minę, nie ma możliwości zmiany tematu, więc opowiadam jej o „Incydencie z Veronicą”. Pomijam fragment o czarowaniu w miejscu publicznym. Mam tylko jedną tajemnicę przed Gem – nie mówię jej o swoim statusie Wiedźmy Żywiołów, bo to sekret, który zabiorę ze sobą do grobu.

Kiedy kończę, w jej oczach pojawia się morderczy błysk.

– Powinnaś poprosić szefową, żeby zabroniła jej przychodzić do sklepu.

– To już przesada – mówię, skręcając w moją ulicę.

– Wszystko, co związane z Veronicą, jest „przesadą”. Potrzebujesz przestrzeni. – Gemma sięga po moją dłoń, gdy parkuję. – Przynajmniej obiecaj, że postarasz się dobrze bawić na ognisku. Masz tak zaszaleć, by o niej zapomnieć.

– Obiecuję.

Kilka godzin później, gdy słońce zaczyna zachodzić i otula krzewy ciepłym światłem, udaje się nam wypełnić pierwszy punkt planu. Jesteśmy gotowe na imprezę.

Gdy przedzieramy się przez gęste zarośla, wita nas strzelające wysoko ognisko na ukrytej polanie użytkowanej przez pokolenia uczniów liceum w Salem. Gemma omiata wzrokiem towarzystwo.

– Czy mi się wydaje, czy wszyscy wyglądają seksowniej niż w szkole?

Patrzę na tańczących nastolatków. Na sto procent widać tu więcej golizny niż w szkole.

– Masz już piwne okulary na nosie? Wydawało mi się, że najpierw trzeba się napić.

– Mówię poważnie. Może to przez blask ognia. – Gemma podchodzi do beczułki, nalewa sobie do kubka, bierze łyk i się krzywi.

– Aż takie dobre?

– Najgorszy jest pierwszy. Bo jesteś zbyt trzeźwa, żeby nie zwracać uwagi na gówniany smak. – Unosi kubek, ale zatrzymuje dłoń w pół ruchu. – Nic ci nie jest?

– W porządku. – Zmuszam się do skupienia na Gemmie zamiast na rosnącym wokół tłumie. Nie mam zamiaru przez całą noc rozglądać się za Veronicą i Jak-Jej-Tam. Przyjaciółka sprowadza mnie na ziemię spojrzeniem. – Będzie dobrze. Przysięgam.

Za nami ktoś dorzuca drewna do ogniska. Buchają płomienie, strzelają polana. Odwracam się, żeby popatrzeć. Moja skóra swędzi od skrywanej magii, gdy zbliżam się do ognia, ciągnie mnie do niego jak ćmę. Nie mogę się poddać jego pieśni. Nie tutaj, nie w otoczeniu Regów. Gemma idzie za mną, stoimy obie przy ognisku, kołyszemy się w rytm muzyki sączącej się z czyjegoś auta.

Podchodzę do płomieni, aż żar zaczyna lizać mnie po twarzy. Wewnątrz mnie przepływa energia, wyciąga na wierzch zasklepiony smutek po spotkaniu z Veronicą. Koi moje złe wspomnienia jak magiczna nowokaina.

Gemma dotyka mojego łokcia. Odwracam się na wpół oszołomiona, a ona wskazuje Nolana Abbotta. Nolan w przyszłym roku będzie w ostatniej klasie podobnie jak my. Jest nowym kapitanem drużyny piłkarskiej i ma na oku moją najlepszą przyjaciółkę.

– Wygląda na to, że ktoś ma tutaj wielbiciela. – Szturcham ją. – Jesteś zainteresowana? – Unoszę brwi.

Spogląda na Nolana oceniająco.

– Nie w moim typie – mówi w końcu – ale co tam. Letni romansik jeszcze nikomu nie zaszkodził. – Ale po chwili milknie i przygryza wargę. Zerka na mnie. – Nie mogę cię zostawić.

– Nie ma sprawy. Postoję przy ognisku.

– Na pewno? – Zerka na mnie, a ja przytakuję. – Kiedy wrócę, chcę widzieć, jak się bawisz. Żadnego dąsania się z powodu wiesz kogo.

Unoszę trzy środkowe palce w stronę rozgwieżdżonego nieba.

– Słowo skautki. Idź już.

Gemma posyła mi uśmiech i zmierza w stronę Nolana, który stara się wyglądać, jakby wcale na nią nie czekał. Ale uśmiecha się szeroko, gdy dziewczyna do niego podchodzi, a ja odwracam się w stronę ognia.

– Hannah?

Słyszę swoje imię, ale się nie ruszam. Zatracam się w blasku płomieni i pulsowaniu muzyki.

– Ziemia do Hannah. Halo. – Głos jest bliżej, głęboki tembr, nieco prześmiewczy.

Szczerzę zęby, gdy uświadamiam sobie, kto przerywa mi gapienie się w ogień. Odwracam się na powitanie.

– Cześć, Benton. Cieszysz się, że jutro kończysz szkołę?

– Bardzo. I czuję ulgę. Zastanawiam się nad swoim miejscem we wszechświecie. – Śmieje się, pokazując dołeczki w policzkach, które sprawiły, że Gemma straciła dla niego głowę, gdy byłyśmy w pierwszej klasie, a Benton w drugiej. – Wciąż wydaje mi się to nieco surrealistyczne, wiesz? Nie wierzę, że to już.

Potakuję, chociaż został mi jeszcze rok.

– Lekcje plastyki nigdy nie będą takie same bez ciebie.

– Dasz sobie radę. – Powieka Bentona drga, jakby chciał puścić do mnie oko, ale rozmyślił się w międzyczasie. Patrzy w ogień zamiast na mnie.

– A więc… – zaczynam, żałując, że nie mam żadnej butelki, żeby zająć ręce. – Masz jakieś plany na wakacje? W tym roku też zrobisz imprezę na basenie?

– Chyba nie. Moi rodzice nie byli zadowoleni, gdy zobaczyli, ile flaszek po piwie wyłowiłem z wody.

Parskam śmiechem. W zeszłym roku przyszło do niego mnóstwo ludzi.

– A może tylko dla nas dwojga? Obiecuję, że będę grzeczna. – Szturcham go łokciem. – No co, oczekuję jakichś korzyści za to, że przez cały rok byłam twoją kumpelką na plastyce.

Benton się rumieni.

– To by się mogło udać.

Przeczesuje dłonią włosy, a ja zauważam jego tatuaż.

– Ładna dziara. Nowa? – Wskazuję czarny trójkąt na jego nadgarstku. – Nie pamiętam, żebyś go miał.

– Słucham? A, tak. To prezent z okazji ukończenia szkoły ode mnie dla mnie.

– Co oznacza?

Ktoś dorzuca drewna do ognia, w niebo lecą iskry. Benton robi krok w tył. Ja również niechętnie się odsuwam. Niczego nie da się porównać z łagodnym dotykiem ciepła płomieni na skórze, poruszeniem pobudzonej tym mocy. Ale to nie jest miejsce na moce. Jako Wiedźma Żywiołów jestem ogniotrwała, nie sparzą mnie, ale nie chcę budzić sensacji, kiedy spłoną moje ubrania, a ja nie.

Benton gładzi palcem trójkąt na nadgarstku.

– To delta. Symbol zmiany. Jedynej rzeczy w życiu, która jest pewna.

Potakuję i milknę. On niczego nie wyjaśnia, a ja nie naciskam. Zamiast tego zatracam się w tańcu płomieni. Iskry znowu buchają w niebo. Czuję mrowienie na plecach. Gdybym tylko była sama, tyle bym mogła zrobić z takim dużym ogniem…

Benton staje bliżej mnie i coś w jego postawie odciąga moją uwagę od ogniska. Muszę wyciągnąć szyję, żeby spojrzeć mu w oczy.

– Jak się czujesz? Tak naprawdę – pyta. – Wiem, że jest ci trudno, odkąd rozstałyście się z Veronicą. – Wkłada ręce do kieszeni dziurawych dżinsów, ale wciąż stoi w mojej przestrzeni osobistej.

– „Trudno” to właściwe słowo. – Wzmianka o Veronice jest niczym strzał trucizny prosto w serce. Chcę wracać do domu, do łóżka, gdzie mogę ukryć łzy napływające mi do oczu. Benton powinien wiedzieć, że to drażliwy temat. Był tam. Słyszał nasze wrzaski przy autobusie jadącym do Salem. On i Gemma pocieszali mnie przez całą drogę do domu.

– Przepraszam. – Chłopak szarpie się za włosy, które na chwilę stają dęba, ale zaraz opadają. – Tak właśnie myślałem. Wiem, że to nie jest najodpowiedniejsza pora, ale… może poszlibyśmy kiedyś na kawę?

Gapię się na niego. Nie mrugam. Nie wiem, co myśleć. Jestem nieco przerażona.

– Zrozumiem, jeśli uznasz, że to za wcześnie. I normalnie nigdy bym nie próbował się z nikim umówić tak szybko po rozstaniu, ale w sierpniu wyjeżdżam do Bostonu, a nie chcę wyjechać, nie próbując, więc…

– Poważnie zapraszasz mnie na randkę?

Zwątpił. Z całą pewnością ta rozmowa przebiegała inaczej, gdy ją sobie odgrywał w głowie.

– Hm… Tak?

– Dlaczego?

– Ponieważ jesteś zabawna. I miła. I mądra. I…

– Jestem lesbijką – dodaję, zanim nasza wymiana zdań stanie się jeszcze bardziej niezręczna. – Myślałam, że o tym wiesz.

Benton patrzy na czubki swoich butów.

– Wiedziałem. Wiem.

– I co? – Aż kipię ze złości. Czuję się zdradzona. – Sądzisz, że uda ci się mnie zmienić?

– Nie! Nie, naturalnie, że nie. – Wypuszcza powietrze z płuc i splata dłonie na czubku głowy. – Czuję się teraz jak kompletny dupek.

Napięcie w mojej piersi opada. Odrobinę.

– Udawajmy, że to się nigdy nie stało. – Wyciągam do niego rękę. – Przyjaciele?

– Przyjaciele. – Benton ściska moją dłoń, ale marszczy czoło. – Nie wiem, dlaczego Savannah powiedziała, żebym cię zaprosił na randkę. Powiedziała, że jesteś biseksualna. I że ci się podobam.

Nie słyszę, co jeszcze mówi. Savannah. Tak ma na imię Jak-Jej-Tam, która była dzisiaj w sklepie. Chwytam Bentona za rękę.

– Savannah? Kiedy?

Patrzy na moją dłoń zaciskającą się na jego gołej skórze. Puszczam go.

– Jakieś dziesięć minut temu. – Kopie kamyk, który wpada do ognia. – To wszystko jest takie pokręcone.

– Nie żartuj sobie. – Już rozglądam się po tłumie, szukam jej czarnych loków. – Gdzie była, gdy ci powiedziała?

– Tam. – Wskazuje drugą stronę polany, gdzie podrygują tańczący.

– Świetnie, dzięki. – Ruszam w stronę ludzi poruszających biodrami do kolejnego pozbawionego słów utworu z dudniącym basem.

W uszach słyszę ogień, ale przebija się przez niego znajomy śmiech. Zaciskam dłonie.

– Dokąd idziesz?! – słyszę za sobą Bentona.

– Szukam Veroniki. – Żeby to zakończyć.

 

 

Pole wokół ogniska jest pełne uczniów ostatniego roku, którzy jutro podczas uroczystości będą na kacu. Zygzakiem omijam ich wirujące ciała, uważam na kubki z piwem. Mam ochotę zabić Veronicę. Ma szczęście, że prawo Rady nie pozwala atakować innej czarownicy.

Jestem już blisko wyjścia z tłumu, gdy słyszę jej głos, niski i ostry. Rozmawia z Savannah. Przeciskam się na skraj grupy ludzi i wreszcie je widzę.

Savannah opiera się o drzewo i sięga po dłoń Veroniki.

– Przestań, Ronnie – mówi łagodnie. – Po tym, co ci zrobiła? Zasłużyła na coś gorszego.

Moja eks syczy coś w odpowiedzi, ale nie rozumiem jej słów.

Coś ściska mnie w gardle, przed oczami robi się czerwono. Jestem ogniem – czystą furią i agresją. Cała frustracja dzisiejszego dnia płonie w moim wnętrzu, jestem gotowa na walkę. Savannah zauważa mnie pierwsza. Jej czerwone usta wyginają się w ironicznym uśmiechu, ich kolor wyraźnie odcina się od skóry. Veronica odwraca się, jej oczy błyszczą w świetle księżyca. Jej twarz nie wyraża żadnych emocji, założyła neutralną maskę.

Na sam jej widok czuję gorąco. Nie po raz pierwszy od zerwania żałuję, że nie mogę zapomnieć, jakie to uczucie, gdy jej skóra dotyka mojej.

– Jaki, do cholery, masz problem, Veronica?

Dziewczyna popija ze swojego kubka i oddaje go Savannah.

– Mogłabyś mi przynieść nowego drinka? Wydaje mi się, że Hannah chce porozmawiać. – Przez cały czas nie spuszcza mnie z oczu, jakby pragnęła sprawdzić, jak bardzo jestem wściekła i na ile może sobie pozwolić, zanim wybuchnę.

W takich chwilach nie wierzę, że ze sobą byłyśmy.

Savannah patrzy raz na mnie, raz na nią, w jej oczach błyszczy radość zwycięstwa. Bierze kubek i rusza w stronę beczułek.

Veronica z udawaną troską unosi brew, kiedy jej przyjaciółka znajduje się na tyle daleko, by nie słyszeć.

– Coś się stało? Blado wyglądasz.

– Doskonale wiesz, co zrobiłaś.

Przechyla głowę.

– Niczego nie zrobiłam.

– Tak, jasne, bo wysłużyłaś się swoją koleżaneczką. – Prycham, gdy robi zaskoczoną minę. Muszę jej powiedzieć. – Nakłoniła Bentona, by mnie poderwał. Skłamała, że jestem biseksualna, żeby nie miał oporów.

Veronica przygląda się swoim paznokciom.

– Nie ma nic złego w byciu bi, Hannah.

– Nigdy czegoś takiego nie mówiłam. Ale ja nie jestem bi. Nie masz prawa kłamać w tej kwestii. – Moje całe ciało drży, gdy tłumię krzyk wzbierający w środku. Ale Veronica jest zupełnie nieporuszona. – Dlaczego to robisz? Co osiągniesz, niszcząc moje życie?

Podnosi wzrok i mogłabym przysiąc, że jest skruszona. Prawie.

– Nie chcę ci uprzykrzać życia. – Zerka ponad tłum tańczących nastolatków. – Ale jesteś ładną dziewczyną. Musisz się nauczyć sobie radzić z podrywającymi cię facetami.

– Słucham?

Zbliża się, góruje nade mną.

– Czy bycie singielką ci nie doskwiera?

Aha, no właśnie. Coś wisi między nami w powietrzu.

Z mojej piersi wyrywa się parsknięcie.

– A więc o to chodzi? Chcesz mi uprzykrzyć życie do tego stopnia, żebym wróciła do ciebie?

– Dobrze nam było razem. – Zakłada kosmyk włosów za moje ucho i gładzi palcem moją szyję, rękę aż do nadgarstka, sprawiając, że dostaję gęsiej skórki. Wcale nie jest mi przez to łatwiej. – To nie musi być koniec. – Obejmuje mnie w pasie i przyciąga, aż nasze ciała się stykają.

Moja skóra płonie, mam ciarki.

Aż nagle przypominam sobie jej dotyk, jej zaborczość, jej potrzebę kontroli, które doprowadziły do naszego rozstania.

Odpycham ją, cofam się, dopóki nie poczuję owiewającego mnie chłodnego powietrza.

– Przestań. Po prostu przestań. To twoja wina i wiesz o tym.

Wkładam rękę do kieszeni i zaciskam palce na kluczykach. Muszę znaleźć Gemmę i czym prędzej stąd spadać.

Veronica patrzy na mnie wyzywająco.

– Jeśli chcesz, możesz na nowo napisać naszą historię, ale to ty zerwałaś zemną.

– Jakbyś dała mi wybór! Czego się spodziewałaś? Miałam udawać, że wszystko jest w porządku? Jakby Nowy Jork nigdy się nie zdarzył?

– Tak! To był tylko jeden zły weekend, Hannah. Nawet nie dałaś mi szansy na wyjaśnienie. – Jest znowu blisko, krzyczy prosto w moją twarz. Ludzie zaczynają się odwracać. Patrzą z ciekawością. Oceniają.

– Nie mam zamiaru kłócić się o to za każdym razem, gdy cię widzę. – Mój głos to zaledwie szept, ale wiem, że mnie słyszy. Powietrze między nami mówi mi, że praktycznie wstrzymała oddech. – Chcę ruszyć dalej z moim życiem.

– Fajnie. – To słowo pada niczym wymierzony policzek. – Weź odpowiedzialność za nasze rozstanie i będziesz miała spokój.

– Jak cholera.

Veronica patrzy spode łba. Chce coś jeszcze powiedzieć, ale przeszywający krzyk rozdziera powietrze.

Muzyka cichnie. Ktoś chichocze, ale szybko zostaje uciszony. Zerkam na moją byłą, po czym biegnę w stronę miejsca, skąd dobiegł krzyk. Nasi koledzy z klasy pewnie potrzebowaliby więcej wskazówek, ale wiatr niesie prosto do mnie odgłosy paniki i stłumiony szloch.

Proszę, niech to nie będzie Gemma.

Ktoś biegnie tuż za mną. Odwracam się i widzę, że to Veronica. Jesteśmy same. Na razie.

Powietrze gęstnieje od energii. Jesteśmy blisko. Naprawdę blisko. Słychać jęk, wbiegam w skupisko drzew i…

– Skurwy… – Zatrzymuję się, Veronica gwałtownie hamuje obok mnie. Scena przed naszymi oczami wygląda jak żywcem wyjęta z horroru.

Niedaleko migocze ognisko, ale moją uwagę przyciąga dziewczyna leżąca na ziemi.

Cała we krwi.

 

 

 

 

 

3

 

 

 

 

Rozpoznaję ją sekundę później od Veroniki, która pada na kolana obok swojej przyjaciółki.

– Savannah! Co się stało?

– Nie wiem. – Głos dziewczyny się załamuje, ociera łzy jedną ręką, a drugą trzyma ostrożnie na piersi. – Zobaczyłam drugie ognisko, więc poszłam zobaczyć, kto tam się bawi. A potem się poślizgnęłam…

Zerkamy w tył. Ale to nie ognisko, nie przypomina tego, przy którym zostawiłam Bentona. Wygląda raczej, jakby ktoś zrobił krąg w ziemi, na jakieś dwa metry średnicy, po czym go podpalił.

– Uspokój się. Wszystko będzie dobrze – mówi Veronica, ale patrzy na mnie takim wzrokiem, jakby uważała, że będzie dokładnie odwrotnie. Powietrze jest gęste od złośliwości. Ogień płonący za nami jest zły i głodny. Nawet ziemia – zwykle spokojny i stabilny żywioł – teraz wydaje się wstrząśnięta.

Stało się tu coś złego.

Veronica ponownie koncentruje uwagę na Savannah.

– Skąd ta krew? Gdzie się skaleczyłaś?

– To nie… – Dziewczyna zaczyna płakać. Czekam, ze zdenerwowania zaciskam zęby. – Nie jest moja. – Patrzy gdzieś w górę, a ja szukam wzrokiem miejsca, które wskazuje.

Nad nami wisi pętla, a w niej straszą pokaleczone szczątki szopa. Czerwona rana wygląda jak złowieszczy uśmiech na jego brzuchu, wypływają z niej wnętrzności i krew. Niektóre kawałki z jednej strony wciąż przylegają do połamanych żeber i kołyszą się w powietrzu. Jakiś strzęp odpada i ląduje obok Savannah. Ściska mnie w żołądku. W ustach czuję żółć, przełykam, żeby się nie porzygać.

Czyjaś dłoń dotyka moich pleców. Wzdrygam się.

– To ja. Wyluzuj. – Veronica się krzywi.

– Mam wyluzować? Jest cała we krwi. I Bóg wie w czym jeszcze. – Mam odruch wymiotny, odsuwam się od Savannah, zbliżając do płonącego ognia. Żal mi biednego stworzenia. – Mam złe przeczucia.

– Nie żartuj sobie – warczy Veronica, ale po chwili coś zauważa i zwraca na to moją uwagę. – Patrz. – Wskazuje płomienie.

– Wiem. Widziałam ogień. Nie jestem zupełnie nieogarnięta.

– To się zamknij i przyjrzyj.

Benzyna i dym z drewna – oraz spora ilość paniki. Wydycham dym z płuc i w końcu robię, co mi każe.

To nie jest zwykły okrąg wydrążony w ziemi i podpalony.

To pentagram.

Drżą mi ręce, cofam się jak najdalej od ognia. Pentagram w pobliżu ofiary z krwi oznacza jedną z dwóch rzeczy, a żadna z nich nie zwiastuje niczego dobrego. Albo jakiś Reg bawi się niebezpieczną magią…

Albo w Salem znajduje się Krwawa Wiedźma.

– Sądzisz, że nas śledziła? – pytam cicho, żeby nie usłyszała mnie Savannah, ale nie potrafię ukryć strachu. Paniki. Jeśli to nie jest dowcip jakiegoś Rega – proszę, proszę, niech to będzie dowcip – to musi być Krwawa Wiedźma.

Z trzech Wiedźmich Klanów Krwawe jako jedyne składają ofiary ze zwierząt, czyniąc magię. Nie mają też większego szacunku dla ludzkiego życia – Regów czy członków Klanów.

Instynktownie dotykam szczęki. Niemal czuję pod palcami dawno zaleczoną bliznę. Zadrapanie na skórze.

– Spokojnie, nic się nie dzieje. – Veronica odciąga moją dłoń od twarzy. – Przecież nie ma pojęcia, gdzie mieszkamy. To nie ona. Rusz się, posprzątajmy tutaj. – Puszcza mnie i zajmuje się Savannah. – Możesz wstać, skarbie? Musimy stąd iść.

Skarbie? Czy one… Odpycham od siebie tę myśl. Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie, żeby roztrząsać, czy moja była spiknęła się z najseksowniejszą laską w Massachusetts.

– Chyba tak. – Savannah chwyta wyciągniętą dłoń przyjaciółki. – Auć, chyba mam złamany nadgarstek.

W oddali słychać trzask pękających gałęzi. Ktoś mnie woła. Sekundę później na małą polanę wychodzą Gemma i Nolan w towarzystwie kolegów z jego drużyny.

– O, dzięki Bogu, jesteś. – Gemma podbiega i zarzuca mi ręce na szyję. – Nie mogłam znaleźć cię przy ognisku, sądziłam, że… – Milknie, gdy zauważa Veronicę podtrzymującą Savannah. – Co tu się dzieje? – Podnosi wzrok i aż jej brak tchu. – A TO co, do cholery?

Nolan robi kilka kroków i ślizga się w kałuży krwi. Wiązanka przekleństw rozdziera napiętą ciszę, gdy wyciera dotąd czyściutkie adidasy o trawę. Za nami rośnie tłumek, gdy dołączają kolejni znajomi członków drużyny piłkarskiej.

– Ha, ha, bardzo śmieszne. – Nolan nie jest rozbawiony, gdy omiata wzrokiem podchmieloną grupę. – Wkręciliście nas. A teraz już koniec żartów.

Słychać wzburzenie tłumu, ale nikt się nie odzywa.

W oczach chłopaka pojawia się błysk agresji.

– Nie żartuję, dupki. Posprzątajcie teraz. Koniec wygłupów. – Nikt się nie odzywa, więc próbuje zagadać w inny sposób. Uśmiecha się czarująco i zbliża do Savannah. – Co się stało? Kto ci to zrobił?

Savannah podejmuje od razu:

– Zobaczyłam ogień i pomyślałam, że ktoś zrobił tu sobie jakąś spokojniejszą imprezę. Nie zauważyłam krwi, dopóki nie było za późno. – Kontuzjowaną rękę wciąż trzyma przy piersi.

– Widziałaś coś jeszcze?

Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyna potakuje.

– Jak ktoś uciekał.

Zalewa mnie fala ulgi.

– Czy to był ktoś ze szkoły? – Jeśli zrobiłaby to Krwawa Wiedźma, na pewno nie zostałaby na tyle długo, by zauważył ją jakiś Reg. To musi być dowcip. Okrutny i wyjątkowo ohydny dowcip.

Ale Savannah kręci głową, podkopując moją pewność.

– Nie widziałam twarzy. Ten ktoś miał kaptur na głowie.

Usłyszawszy to, Nolan zaczyna okrążać tłum, poruszając się po krawędzi płonącego pentagramu.

– No dobrze, który dupek zamierzał zakłócić moje ognisko? – Staje przed Evanem, który ma czarną bluzę z kapturem i oczy obwiedzione jeszcze grubszą kreską niż wcześniej w sklepie. – Chyba znalazłem naszą wiedźmę. Rozstawiamy szubienicę?

Chłopaki z drużyny Nolana się śmieją, ale ja drżę, słysząc te słowa. Niepokoją mnie. Chociaż żadna Wiedźma Żywiołów nie umarła podczas procesów o czary w Salem, zamordowano kilka czarownic z klanu Czyniących razem z oskarżonymi Regami. Okrutny uśmiech Nolana sprawia, że mam ochotę w coś uderzyć. Najlepiej w niego.

Gemma staje obok mnie i się krzywi.

– Nie wierzę, że pięć minut temu obściskiwałam się z tym aroganckim frajerem.

– I po wakacyjnym romansie – mówię, patrząc na nią ze współczuciem.

Nolan podchodzi do Evana i mierzy go wzrokiem.

– No i co? Nie znasz czarów, które pomogłyby ci zniknąć?

– Wyluzuj, Abbott. Niczego nie zrobiłem. – Goth odpycha Nolana i odsuwa się od tłumu piłkarzy, który zbiera się wokół niego.

Nolan patrzy na kumpli i szczerzy zęby w uśmiechu.

– Najpierw posprzątaj po sobie.

– Pieprz się. – Ogień przed Evanem rzuca dziwny blask na jego twarz. Chłopak zaciska pięści, jakby szykował się do walki. Jakby miał nadzieję, że mu się uda.

Nie ma takiej wersji tej historii, która kończyłaby się dobrze. Muszę się ulotnić. Teraz. Odwracam się do przyjaciółki, ale już jej tu nie ma. Jasny szlag, Gem. Gdzie jesteś? Przepycham się przez tłum i widzę, że właśnie skończyła rozmawiać przez telefon.

– Musimy iść. – Próbuję zgarnąć ją ramieniem, ale ona zakrywa dłonią usta. Słychać głośny trzask, gdy pięść spotyka się z czyjąś twarzą, dźwięk, którego nie można z niczym pomylić.

Odwracam się i widzę, że Nolan zatacza się tyłem na drzewo i dotyka swoich ust. Na jego palcach widać krew. Pochyla się i chwyta Evana za pas.

Padają na ziemię, najpierw górą jest Nolan, potem Evan. Latają pięści. Połowa drużyny piłkarskiej włącza się do bójki, niektórzy próbują ich rozdzielić, inni zachęcają do walki. Tłum się porusza, skotłowani chłopcy toczą się prosto w…

– Z dala od ognia! – Biegnę w stronę pentagramu, rozpycham gapiów i próbuję zasypać płomienie, kopiąc ziemię. Veronica klęka obok i próbuje swetrem stłumić ogień, który znika szybciej, niż powinien. Patrzę na nią pytająco. Być może ma w nosie to, że naraża się najwyższej kapłance, być może uważa, że nikt z naszego sabatu się nie dowie, ale jednak w okolicy jest mnóstwo Regów. Gdyby ktoś zauważył, że posłużyła się magią do stłumienia ognia, mógłby wzniecić iskrę, która doprowadziłaby do powtórki z niechlubnej historii miasta. Łowcy Wiedźm być może należą już do przeszłości, ale nie zamierzam się o tym przekonywać na własnej skórze.

Gemma biegnie, by nam pomóc, ale ogień jest uparty. Za chwilę Evan i Nolan wpadną do ogniska. A jeśli ich ubrania zajmą się ogniem, ten wieczór przybierze milion razy gorszy obrót.

Ktoś na mnie wpada, tracę równowagę. Padam do przodu, moja magia reaguje instynktownie, chce mnie ratować przed płomieniami. Jeszcze trochę i obnaży skrywany od wieków sekret.

Czyjeś ręce łapią mnie pod ramię, oplatają w pasie. Ktoś mnie podnosi i magia się wycofuje. Kiedy stoję już o własnych siłach, odwracam się i zarzucam ręce na szyję osoby, która stoi obok. Właśnie mnie uratowała – oraz cały mój sabat – przed dekonspiracją.

Odsuwam się, żeby zobaczyć, kto to jest.

– Benton. – Rumieniec na jego twarzy sprawia, że cofam się kolejny krok. To chyba nie był najlepszy pomysł, by przytulać go zaraz po tym, jak dałam mu kosza. – Dziękuję.

Chłopak chwyta się za kark, wciąż czerwony na twarzy.

– Nie ma sprawy. Przynajmniej tyle mogłem zrobić po tym… Sama wiesz.

– Nie, serio. Dziękuję ci. To byłoby… – To byłby koniec życia, jakie znam. – Dzięki. – Odwracam się, żeby zobaczyć, co dzieje się z ogniskiem, ale moja pomoc nie jest już potrzebna. Kilku chłopaków przyniosło beczkę i polało wodą płomienie.

– Tak jak powiedziałem, nie ma sprawy. – Benton zerka na martwe zwierzę wiszące z drzewa i się krzywi. – Złapiemy się później.

Uśmiecham się, ale nie sądzę, by gra słów była tu zamierzona.

– Nalegam na ten dzień nad basenem.

– Pod warunkiem, że przyniesiesz to potrójnie czekoladowe brownie, które upiekłaś w zeszłym roku – mówi. Jestem zaskoczona, że pamięta. Zgadzam się, a on macha do mnie i rusza w stronę głównego ogniska.

Gdy znika, podbiega Gemma i bierze mnie w objęcia.

– Dzięki Bogu, że zjawił się Benton.

– Wiem. – Przytulam ją.

Spogląda na odchodzącego Bentona i wzdycha, rozmarzając się.

– Powinnam była spędzić wieczór z nim, a nie z Nolanem. Jest bardziej w moim typie.

– Wydawało mi się, że już ci przeszło. – Obiecałam Bentonowi, że puszczę w zapomnienie naszą niezręczną wymianę zdań, ale nie chciałabym, żeby Gem również się rozczarowała. Wzrusza ramionami, a ja wskazuję kierunek, który obrał. – Chodź, musimy się stąd ewakuować.

– Poczekajmy.

– Na co? Chłopcy już opanowali sytuację.

Przyjaciółka kręci głową.

– Nie o to mi chodzi. Savannah musi obejrzeć lekarz, a ja…

– Och, Gem. Proszę, powiedz, że tego nie zrobiłaś. – Jej zawzięta mina mówi, że oczywiście to zrobiła. Już zadzwoniła po karetkę. Wzdycham. – Ratownicy medyczni nie potrzebują naszej asysty. Chodźmy. Chyba że chcesz, by nasi rodzice dowiedzieli się, że piłaś.

Gem markotnieje i potakuje.

Jednak zanim udaje nam się zrobić choćby krok, słyszymy wycie syren i widzimy policyjne światła pomiędzy drzewami.

 

 

Ratownicy owijają Savannah kocem i wprowadzają ją do ambulansu; jego błyskające światła sprawiają, że w lesie tańczą cienie. Gemma i ja stoimy blisko siebie, gdy na polanie pojawiają się policjanci. Przepytują naszych znajomych z klasy i odsyłają ich do domów, konfiskując kluczyki każdemu, kto wydaje się choć trochę pijany; niektórych zmuszają, by zadzwonili do rodziców i poprosili, by ktoś po nich przyjechał.

Zbliża się Veronica, zniknęła już jej poza, nie ma śladu po ironicznym uśmiechu.

– Możemy porozmawiać?

Gemma patrzy pytająco. Potakuję, więc odsuwa się o kilka kroków. Veronica opiera się o drzewo obok mnie.

– Było gorąco, co nie?

Mija nas policjant, więc tylko odchrząkuję. Gdy się oddala, czuję buzujący we mnie strach, nie umiem go stłumić.

– Myślisz, że nas znalazła? – Drży mi głos, ale Veronica wie, o kim mówię. Krwawa Wiedźma z Nowego Jorku, która przejęła kontrolę nad moim ciałem, rzuciła mnie na kolana, mając do dyspozycji zaledwie jedną kroplę mojej krwi. – Musimy powiedzieć rodzicom.

– Nie, nie musimy. – Ujmuje moje trzęsące się ręce i niemal czuję się bezpieczna. – W Salem nie ma Krwawych Wiedźm. To był dowcip. Nic nam nie grozi.

– Ale…

– Hannah, nie – mówi ostro i puszcza moje dłonie. – Przysięgłyśmy, że nigdy nikomu nie opowiemy o tym, co stało się podczas tamtego wyjazdu.

– Ale jeśli ona tu jest…

– Ale, ale… Nie ma jej tutaj, a za to, co zrobiłyśmy w Nowym Jorku, zostaniemy ukarane przez Radę. Możemy stracić swoją magię. – Veronica milknie, gdy przechodzi kolejny glina. – Rusz głową.

– Musimy coś powiedzieć – szepczę, rozglądając się i szukając wzrokiem znajomych funkcjonariuszy z Salem. – Ojciec dowie się w pracy o szopie i pentagramie.

– I co z tego? Twój tata jest na tyle rozsądny, by wiedzieć, że to dowcip zrobiony przez Rega lub jakiś pogański rytuał. Tak czy owak, nie ma nic wspólnego z nami i naszym sabatem. – Veronica wzdycha. – Zbyt ciężko pracowałam, żeby nie wziąć udziału w uroczystym zakończeniu. Nie zamierzam rezygnować z wygłoszenia przemówienia tylko dlatego, że boisz się Krwawej Wiedźmy, która nawet nie wie, w jakim mieszkamy stanie.

Nie mogę zaprzeczyć temu, że w jej słowach jest sporo logiki. Ale nie przyznam jej racji.

– Dobra – mówię, ucinając dalszą rozmowę. – Nic nie powiem o dzisiejszym wieczorze, dopóki nie będziemy mieć z głowy zakończenia roku.

Veronica robi minę, jakby chciała się kłócić, ale po chwili potrząsa głową.

– Jadę do szpitala z Savannah. Dobrze?

– Tak, tak, jasne. – Obracam się na pięcie i próbuję ignorować palące łzy. – Jedź. Pospiesz się, żeby nie odjechali bez ciebie.

Wygląda na zmartwioną. Wydaje mi się, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale kręci głową i znika w tylnej części karetki.

Boli mnie serce, gdy na to patrzę. Jest taka delikatna. Wystraszona. I nie próbuje zatruć mi życia. O wiele łatwiej radzić sobie z buzującymi emocjami – zdradą, urazą, nieustającym przyciąganiem – gdy się ze sobą kłócimy.

– W porządku? – Gemma podchodzi i obejmuje mnie ramieniem.

– Prawie. – Rozkoszuję się jej ciepłem i patrzę na odjeżdżający ambulans. Ktoś zdjął pokiereszowanego szopa, wsadził go do torby i gdzieś wyniósł. Nie wiem, co stało się z Nolanem i Evanem po bójce. Żadnego z nich nie widziałam w kajdankach, więc to chyba dobry znak.

Próbowałyśmy wyjść wcześniej niż reszta naszej klasy, ale ktoś powiedział glinom, że to ja znalazłam Savannah. A przecież Veronica też przy tym była. Tymczasem ona odjeżdża sobie karetką, podczas gdy ja muszę tu tkwić koło krwi szopa.

Po prostu świetnie.

Mam już zapytać jednego z policjantów, czy mogę sobie pójść, kiedy podchodzi do nas wysoki i szczupły mężczyzna w krótkich, brązowych włosach. W przeciwieństwie do pozostałych nie ma munduru. Ubrany jest w ciemnoszary garnitur i eleganckie czarne buty. Nie jest to strój do lasu.

– Dobry wieczór. Nazywam się Archer, jestem detektywem. Która z was to panna Walsh? – Stuka długopisem w mały notes.

Chyba nic się nie dzieje w okolicy, skoro przysłali tu detektywa.

– Ja jestem Hannah Walsh – mówię, puszczając dłoń Gemmy i starając się pamiętać o oddychaniu. Przypominam sobie słowa Veroniki, by ukoić nerwy. To, co stało się dziś wieczorem, nie ma nic wspólnego z Klanami. To nie była Krwawa Wiedźma. Jesteśmy bezpieczne.

– To pani znalazła pannę Clarke?

Zakładam, że ma na myśli Savannah. W zasadzie nie znam jej nazwiska.

– Tak. Veronica i ja usłyszałyśmy, jak krzyczy. Przypadkiem dobiegłam do niej pierwsza. O jakąś sekundę.

Detektyw patrzy na mnie, jakby chciał, bym kontynuowała. Jego spojrzenie wyprowadza mnie z równowagi; czuję dreszcze na całym ciele.

– Nie wiem, co mogłabym jeszcze powiedzieć. Rzadko tu kogoś bijemy – dodaję, kiedy on nadal nic nie mówi.

Detektyw Archer zapisuje coś w notesie.

– Czy rozpoznała pani symbol wypalony w ziemi?

– Hmm… – Czy przyznanie tego sprowadzi na mnie niebezpieczeństwo? Nie umiem kłamać, nigdy nie umiałam. Niektórzy mówią, że to cecha godna pożądania, ale chyba sami nie mają zbyt wielu tajemnic. – Tak, oczywiście. – Odpowiadam, żeby przerwać przedłużającą się ciszę. – Przez całe życie mieszkam w Salem. Umiem rozpoznać pentagram.

– Czy jest pani świadoma, że pentagram to symbol czarnej magii? – Detektyw wpatruje się we mnie intensywnie.

Przyłapuję się na tym, że przewracam oczami, ale nie na tyle szybko, by to jakoś zakamuflować. Gemma wbija mi łokieć pod żebra, a detektyw unosi brew.

– Przepraszam, chodzi o to, że… to Salem. Procesy czarownic. To wszystko działo się tutaj.

Detektyw Archer na sekundę przestaje notować i naprawdę na mnie patrzy.

– Cóż, wobec tego dobrze, że zaraz po przyjeździe spotkałem ekspertkę.

– Nie jestem ekspertką – rzucam bez zastanowienia. W sumie nic nie powiedziałam. Skąd ma… Wówczas dociera do mnie, że to sarkazm, i z zażenowania robię się cała czerwona. – Jest pan tu nowy?

Mężczyzna potakuje i wraca do swoich notatek, przewraca kilka stron.

– Może pani wyjaśnić, dlaczego razem z przyjaciółmi próbowała zatrzeć ślady?

– Nie…

– Nie zniszczyła pani płonącego pentagramu?

Zerkam na Gemmę, ale ona jest wyraźnie podpita i nic nie mówi. Próbuję zachowywać się, jakby ta cała rozmowa nie krążyła zbyt blisko sedna.

– Nie chciałyśmy, żeby chłopcy wpadli w płomienie i zajęli się ogniem. Nie sądziłam, że to jakiś dowód.

– No dobrze. Bójka między Nolanem Abbottem i Evanem Woelkiem. Czy któryś z nich mógł mieć coś wspólnego z ofiarą z szopa? – Detektyw Archer jest gotowy do zapisywania.

– Nie wiem. Nie obracamy się w tych samych kręgach.

Zerkam na pentagram i wtedy do mnie dociera. Evan był dzisiaj w sklepie. Mógł użyć sztyletu do zabicia zwierzęcia…

Gemma drży.

– Proszę pana? Czy możemy już jechać do domu?

Detektyw patrzy na nią.

– Być może. Czy chce pani coś jeszcze dodać, pani…

– Goodwin. Gemma Goodwin. I nie. Przyszłam tu po Hannah. To ja wezwałam pogotowie. – Zakłada włosy za ucho i trzepocze rzęsami. Uwielbiam ją, ale czasami jest nieznośna.

Mężczyzna przerzuca kartkę notesu i coś zapisuje. Każda mijająca sekunda ciągnie się niczym godzina, więc sięgam po telefon. Jest późno. Naprawdę późno.

– Panie detektywie? Jeśli zaraz stąd nie wyjedziemy, spóźnimy się do domu. – Od dawna nie musiałam wracać o wyznaczonej godzinie, ale wydaje mi się, że to dobra wymówka.

– Tak, oczywiście. – Zadaje jeszcze kilka pytań, upewnia się, że Gemma nie będzie prowadziła, i pozwala nam odejść.

W ciszy idziemy do mojego auta. Dopiero gdy znajdujemy się na drodze, przyjaciółka zaczyna mówić:

– Co tam się dzisiaj stało, twoim zdaniem? – szepcze; ledwie ją słyszę, bo w głośnikach cicho gra muzyka.

– Nie wiem. – Mocniej chwytam kierownicę. Jest tak wiele możliwości. Czy to był Evan? Jeśli tak, to w jakim celu odprawiłby taki rytuał? A jeśli Veronica się myli, jeśli to nie był żaden Reg, to mamy większy problem niż nieudane ognisko.

Gemma opiera głowę o boczną szybę, jej powieki opadają.

– Ten biedny szop. Mam nadzieję, że to jednorazowy wybryk.

– Trzymajmy kciuki. – Wyłączam długie światła, bo przed nami pojawia się inny pojazd, a gdy je znowu włączam, Gem już śpi.

W ciemności, przy blasku księżyca i światłach samochodu, czuję lodowaty uścisk strachu na plecach. Z całej siły próbuję przekonać samą siebie, że to sprawka Rega. Że to był Evan, któremu za bardzo wszedł gotyk i pogańska magia w bardziej destrukcyjnej formie.

Bo jeśli w mieście jest Krwawa Wiedźma…

Nikt nie jest bezpieczny.

 

 

 

 

 

4

 

 

 

 

Stukanie naczyń i zapach smażonego bekonu budzą mnie z niespokojnego snu. Fragmenty koszmaru wciąż są na wyciągnięcie ręki, ale rozpływają się, gdy próbuję je uchwycić.

W zasadzie to nawet lepiej.

Gemma wierci się na materacu pode mną. Kiedyś na zmianę sypiałyśmy u siebie, ale odkąd w zeszłym roku wyszłam z szafy, jej rodzice są mocno skrępowani moim towarzystwem. Nagle w ich domu pojawiły się nowe zasady – drzwi pokoju mają być cały czas otwarte, żadnych wizyt pod nieobecność dorosłych, zostające na noc koleżanki muszą spać w innym pokoju – jakby się bali, że można się zarazić inną orientacją seksualną.

– Dzień dobry – mówię śpiewnie, gdy w końcu przeciera oczy i siada.

– Dobry – odpowiada marudnie. Przeciąga się i głośno ziewa. – Wczoraj było gorąco.

– I obrzydliwie. – Przechodzą mnie ciarki. Naciągam koc wysoko na ramiona i siadam, odgradzając się puszystą tarczą od pokiereszowanego zwierzęcia i kapiącej krwi.

– Nie wierzę, że rozmawiałaś z Tą-Której-Imienia-Się-Nie-Wspomina i nikt przy tym nie zginął. – Przyjaciółka wyjmuje szczoteczkę do zębów z torby i rusza do łazienki. – To jakiś letni cud.

– Boki można zrywać, Gem.

– I tak mnie kochasz – mówi i wychodzi.

Zapach bekonu wypełnia już cały pokój.

Kiedy Gem korzysta z łazienki dla gości, ja związuję włosy w kucyk i sięgam po telefon, bo chcę być na bieżąco z wiadomościami. Może policja już złapała zaburzonego Rega igrającego z rytuałami ofiarnymi.

Wstukuję hasło i jestem zaskoczona, że mama pozwoliła mi spać tak długo. Zwykle wkurza się, gdy wstaję po dziewiątej. Z przyzwyczajenia sprawdzam powiadomienia, po czym szukam lokalnych wiadomości. Jestem otagowana przy kilku rozmazanych zdjęciach z ogniska, selfie, które zrobiłyśmy sobie z Gem przed imprezą, dostało przyzwoitą liczbę lajków, mam też nieprzeczytaną wiadomość prywatną. Bez zastanowienia ją otwieram i aż mnie wbija w ziemię.

Jest od Veroniki.

Na widok jej imienia oczy wypełniają mi się łzami. Powinnam skasować tę wiadomość przed przeczytaniem. Zablokować jej konto, żeby nie mogła mi niczego więcej wysłać. Ale nie mogę. Muszę wiedzieć. Może pisze, żeby mnie przeprosić. Może wczorajszy wieczór sprawił, że pożałowała tego, co stało się między nami. Może…

 

Hannah,

Dzisiaj kończę szkołę. Jestem najlepsza w klasie, tak jak postanowiłam, gdy byłyśmy dziećmi. Udało mi się, Han. Naprawdę mi się udało.

Powinnaś tu być, siedzieć w pierwszym rzędzie. Swoją przemowę napisałam głównie z myślą o Tobie. Bez Ciebie to nie będzie to samo. Przyjdą wszyscy, całe rodziny. Czy to się dla Ciebie nie liczy? Byłyśmy przyjaciółkami przez całe życie. To, co stało się w NY, nie powinno tego zmienić. Ja bym przyszła na Twoim miejscu.

V.

 

Czytam wiadomość ponownie – jest tak napisana, by nie wspominać wprost o sabacie – i torturuję się jej słowami. Czy powinnam pójść? Czy ona naprawdę by przyszła, gdyby była mną?