Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ika, Ola, Daniel i Kuba wikłają się w pełną przygód intrygę, która wciąga ich do reszty… do tajemniczego świata Nefesz. Spotykają w nim wiele postaci, odkrywają nieznane historie i tropią tajemnice tytułowego Masihi.
To znakomicie skonstruowana, wielowątkowa powieść o heroizmie i tchórzostwie, przyjaźni i zdradzie, miłości i nienawiści. O tym, co tkwi w każdym z nas, bez względu na wiek. „Tajemnice Masihi” to fabuła zanurzona, niczym w świecie tolkienowskim, w odwiecznej walce dobra ze złem. Oparta, podobnie jak u Lewisa i Tolkiena, na chrześcijańskich korzeniach.
Owiane tajemnicą i pospiesznie realizowane wykopaliska, posmak sensacji w lokalnych mediach, trop zagadek z przeszłości i niezwykle ważna misja do zrealizowania! Oto: Tajemnice Masihi!
Powieść opowiada o perypetiach czterech bohaterów: Iki, Oli, Daniela i Kuby. Wikłają się oni w pełną przygód intrygę, która wciąga ich do reszty… do tajemniczego świata Nefesz, w którym spotykają wiele postaci, odkrywają nieznane historie i tropią tajemnice tytułowego Masihi.
Przy okazji przechodzą liczne próby, mierzą się ze swoimi słabościami i cieniami z przeszłości. W charakterach tej powieści każdy znajdzie cząstkę siebie...
Dla kogo jest książka? Kiedy warto po nią sięgnąć?
- Dla tych, którzy uwielbiają wciągający świat przygód i fantazji – lekturę na długie beztroskie godziny przy pobudzających wyobraźnię bohaterach
- Dla fanów C.S. Lewisa i J.R.R. Tolkiena (bez względu na wiek!). Nie było tak przesyconej chrześcijańskimi wartościami fantastyczno-przygodowej powieści od czasów tych dwóch autorów!
- Dla tych, którzy chcieliby podsunąć swoim dorastającym członkom rodziny coś wartościowego do czytania, co ich wciągnie i o czym będą chcieli z Wami rozmawiać
- Dla liderów wspólnot młodzieżowych, duszpasterzy i katechetów – na podstawie powieści można przygotować dla młodych lekcje, zajęcia albo rekolekcje!
- Dla szukających inspiracji i wzorców – tego, jak można radzić sobie z problemami: choroby, cierpienia, pustki, osamotnienia, zagubienia, bezsilności, zazdrości, niesprawiedliwości, poczucia niskiej wartości, życiowej przegranej (wszyscy bohaterowie tej powieści z czymś z tej listy się mierzą!)
- Dla tych, którzy chcą obcować z kulturą – literaturą o podłożu chrześcijańskim (prześledź, tak na szybko, ile jest takich propozycji we współczesnej literaturze pięknej?).
MARTYNA PESTRAKIEWICZ
Rodowita elblążanka. Ukończyła Uniwersytet Gdański na kierunku filologia polska.
Obecnie szczęśliwa żona i matka trójki dzieci.
Mówi o sobie, że jest żywym dowodem na to, iż „Bóg nie powołuje uzdolnionych, ale uzdalnia powołanych”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 292
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W cieniach przeszłości
Tajemnice Masihi. Tom I
Martyna Pestrakiewicz dla RTCK SA
Autor: Martyna Pestrakiewicz
Produkcja: RTCK SA
Nowy Sącz 2024
Wydanie I
© RTCK SA 2024
ISBN: 978-83-68230-30-7
978-83-68230-31-4 – EPUB
978-83-68230-32-1 – MOBI
978-83-68230-33-8 – PDF
Redaktor prowadzący: Adam Szymczak
Redakcja: Krystyna Sadecka
Korekta: Julia Młodzińska
Skład i łamanie: Adam Gutkowski
Ilustracja na okładce: Laura Makabresku | lauramakabresku.com
Projekt okładki: Katarzyna Halota
Ilustracje: Martyna Pestrakiewicz
Wersje epub i mobi: Barbara Wrzos, Graphito, www.graphito.pl
Autorka dziękuje pani Jadwidze Krystynie Kaczmarek za szczególny wkład w początkowe prace nad książką.
RTCK Rób to co kochasz
RTCK SA
ul. Grunwaldzka 17, 33-300 Nowy Sącz
tel. 531 009 119 |[email protected]|www.rtck.pl
Dołącz do społeczności ludzi, którzy chcą robić to, co kochają.Zapisz się na www.rtck.pl a będziemy Cię wspierać na tej drodze,wysyłając wartościowe materiały!
Omnia mea…
Mężowi i dzieciom
oraz tym, których noszę w sercu.
Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad istnieniem takich krain, które zupełnie różnią się od tych nam najlepiej znanych? Nad istnieniem takich sił i stworzeń, które tylko na chwilę pojawiają się w snach i marzeniach niczym zbyt realni, ale nienamacalni goście?
Właśnie o takim świecie i takich istotach jest ta historia, która historią wcale być nie musi. O heroizmie i tchórzostwie, przyjaźni i zdradzie, miłości i nienawiści, o tym, co tkwi w każdym z nas, bez względu na wiek.
Cztery potęgi, cztery byty,
wspólny obraz z nich spowity.
Światy w jedno obleczone
i w harmonię poskromione.
Ręką ludzką dziś stracone,
więzy jedności rozdzielone.
Pustka, zamęt w nich bezkresne,
koniec końców bliskie i bolesne. (…)
Było południe. Letni upał dawał się we znaki i głośny zazwyczaj skwer opustoszał. Jaskrawe promienie słońca z łatwością przedzierały się przez liście, po czym spływały ciężko na trawę. Czasami tylko ciszę przerywały odgłosy ptaków szamoczących się w koronach drzew.
– Wspaniały początek wakacji, co, Tarpan? – westchnął.
Odwrócił głowę w stronę wielkiego psa, który, tak jak jego pan, wylegiwał się w cieniu. Nie czekał na potwierdzenie ze strony czteronożnego towarzysza. Cieszył się chwilą lenistwa.
Zwierzak podniósł łeb i nastawił ostre jak nóż uszy. Utkwił wzrok w nieokreślonym kierunku, nasłuchując niecierpliwie odgłosów płynących z oddali.
– Daniel! Daniel! – Krzyk docierający nie wiadomo skąd zburzył błogi spokój.
Chłopiec wolno uniósł się i oparł na łokciach. Zza pagórka wyłonił się Kuba. Biegł tak szybko, że aż plątały mu się nogi. Dryblas był jego przyjacielem od czasów przedszkola i już od małego przypominał tyczkę. Mimo tego, i jak gdyby na przekór tej wyróżniającej go spośród innych posturze, właśnie wtedy zaczęto go przezywać zdrobniale: Lipek. Nie bez znaczenia był fakt, że ksywka, która tak łatwo do niego przywarła, pochodziła od jego nazwiska, bardzo zresztą znanego i szanowanego: Lipczyński. Daniel zawsze mógł polegać na Kubie. Znał go i wiedział, że takie zachowanie przyjaciela nie wróży niczego dobrego.
– Daniel! – Kuba przystanął zmęczony. Łapczywie połykał gęste powietrze.
– No co? Co się stało?!
– Ika przyjeżdża!
Daniel poczuł, jakby ziemia osunęła się pod nim. Nagle pociemniało mu w oczach.
– Co takiego?!
– No a to! Ika przyjeżdża w piątek. Olka od rana o tym trajkocze. Dzwoniłem, ale nie odbierałeś. Nie mogłem się też wcześniej wyrwać, żeby ci powiedzieć. Rodzice wynajdywali mi ciągle coś do roboty – rzucił zziajany w stronę przyjaciela. Poklepał niedbale po grzbiecie psa, który na jego widok podbiegł do niego, machając radośnie ogonem.
– Ika przyjeżdża? W piątek? – powtarzał Daniel w otępieniu, szukając w kieszeni telefonu. Sprawdził. Faktycznie, kilka nieodebranych połączeń od Kuby.
– Wyłączyłem dźwięk – rzucił jakby mimochodem. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, z jaką wieścią przybiegł przyjaciel.
– O nie! Nie! No i skąd o tym wie twoja siostra? – dopytywał rozdrażniony.
– Rozmawiała z Iką dzisiaj przed śniadaniem, a wiesz, że one są jak papużki nierozłączki. O wszystkim trajkoczą. Wszystko o sobie wiedzą i wszystko sobie mówią – wycedził Lipek. – Podobno rodzice Iki wyjeżdżają na miesiąc za granicę. A myślałem, że chociaż tym razem obejdzie się bez katastrofy… Mamy przechlapane. – Na twarzy Kuby rysowała się rezygnacja. – I znowu się zacznie… – ciągnął, wyraźnie przybity.
Daniel już nie słuchał. Zagłębił się w otchłań czarnych myśli.
Weronika Wierzchowska, dla ułatwienia zwana przez wszystkich po prostu Iką, nie należała do osób, które dadzą się lubić. O rok młodsza od niego kuzynka niejednemu zalazła już za skórę. Była niemiła. Zarozumiała i rozkapryszona. Głupimi docinkami i żartami nieraz doprowadzała go do furii. A żeby jeszcze tego było mało, zaprzyjaźniła się z Olą, siostrą Lipka. Tworzyły razem zgrany tandem, skutecznie uprzykrzając chłopcom życie. Gdy tylko obaj postanowili spędzić czas poza domem, czy to grając w piłkę na boisku latem, czy jeżdżąc na łyżwach zimą, dziewczyny już tam były – szybsze od insektów, a głośniejsze od stada pawianów. Nieustannie łaziły i skradały się za chłopcami. Nie dawały im spokoju nawet w domu, chichocząc bezustannie albo plotkując w najlepsze w najmniej odpowiednim momencie – choćby wtedy, gdy w telewizji leciał mecz.
Daniel nie mógł uwierzyć, że rodzice o niczym mu nie powiedzieli. Przecież przyjazd Iki to nie byle co. Nie można o tym zapomnieć ot tak, jak się zapomina o umyciu zębów czy oddaniu koledze gry komputerowej.
– Jak one się spotkają, to będzie KONIEC. Naprawdę. – Kuba nie przestawał jęczeć. – Wiesz, jak Olka dzisiaj piszczała? „Aaaa! Przyjeżdża Ika! I to na caaały miesiąc. Będziemy się świetnie bawiły i wiecznie wam zrzędziły…” Serio, tak sobie podśpiewywała! Już teraz tego nie wytrzymuję, a co dopiero przez cały miesiąc. A jak w dodatku pomyślę, że wszędzie będą się za nami włóczyć… No, stary, wakacje mamy do bani. – Zwiesił głowę jak straceniec.
– Słuchaj, lecę do domu – powiedział szybko Daniel.
– Muszę się upewnić. Kto wie, może uda mi się jeszcze pobyt Iki wybić rodzicom z głowy. Pogadamy wieczorem…
– Ej, czekaj…! – zawołał za przyjacielem Lipek.
Ale Daniel nie odpowiedział. Odwrócił się tylko, by zawołać psa, który buszował w pobliskich krzakach, i już go nie było.
– Kiedy będziecie? – pytała z komórką przy uchu. – Aaa… Świetnie, że już w piątek. A jak to przyjęła Weronika? – ściszyła głos. – Faktycznie, może tak będzie lepiej… No, pogadamy, jak przyjedziecie. Do zobaczenia.
Pani Barbara Radzińska odłożyła telefon i spojrzała na zdjęcie męża i syna, które wisiało obok małych karteczek na drzwiach lodówki. Uparcie odganiała od siebie ponure myśli, ale te wciąż krążyły wokół niej jak sępy.
– Co by było, gdyby nas to spotkało? – Wzdrygnęła się, uginając się pod naporem mrocznych wizji. Rzuciła okiem na bulgoczący w garnku sos i dopiero teraz uświadomiła sobie, że telefon oderwał ją od przygotowywania obiadu.
Czy Daniel nie będzie awanturował się o to, że Ika spędzi z nimi całe wakacje? Sama odpowiedziała sobie na to pytanie, kręcąc z powątpiewaniem głową. O tak, spodziewała się najgorszego.
Odkąd sięgała pamięcią, Daniel i Ika nie przepadali za sobą i nie trzeba było mędrca, żeby dostrzec tę ich obopólną niechęć.
Często była świadkiem ich kłótni. Zastanawiała się przy tym, skąd u tych dzieciaków aż taka wrogość! Owszem, dostrzegała naganne zachowania Iki i oburzenie syna, ale te ich nienawistne spojrzenia? Konflikt potęgowały słowne przepychanki i wieczne niezadowolenie malujące się na twarzach dzieci.
Pani Barbara miała nadzieję, że z biegiem czasu, im bardziej będą stawali się dojrzalsi, niechęć ustąpi wzajemnemu zrozumieniu i te męczące kłótnie powoli się wygaszą. Niejednokrotnie upominała syna i siostrzenicę, chcąc nakłonić ich do zakopania topora wojennego, ale zachowanie dzieci poprawiało się tylko na chwilę. Modliła się w duchu o zmianę ich nastawienia i pokój serc, ale widząc nieugiętość, która wciąż brała górę w ich wzajemnych relacjach, traciła czasami nadzieję.
– Może teraz będzie inaczej – pocieszała się. – Przecież Daniel zrozumie… Ma prawie czternaście lat.
„Mój jedyny syn” – pomyślała. Zawsze chciała mieć co najmniej troje dzieci, ale nie było jej to dane. Jednak gdy na świat przyszedł Daniel, wszystko się zmieniło. Czuła się tak, jakby Niebo podarowało jej cenny skarb, o który powinna teraz dbać z całych sił. I choć pojawienie się dziecka powywracało jej cały świat do góry nogami, była wdzięczna za to, że może być mamą. Bycie nią niejeden raz okazywało się bardzo trudnym wyzwaniem, z biegiem lat coraz trudniejszym. Z chwilą kiedy syn zaczął dojrzewać, jej matczyna miłość niejednokrotnie wystawiana była na próbę. I choć chłopiec miał wielkie serce i był bardzo bystry, jego zawziętość czy pamiętliwość dawały się we znaki wszystkim członkom rodziny. Zauważała również zmiany w wyglądzie chłopca. Z dnia na dzień Daniel, z jasnozielonymi oczami, kasztanowym odcieniem włosów i uwidaczniającą się barczystą postawą, coraz bardziej przypominał ojca.
Spojrzała raz jeszcze przelotnie na zdjęcie, które uchwyciło postaci w śmiesznej pozie. Nastolatek zawieszony na ojcu niczym zapaśnik wyszczerzał białe zęby do osoby zza aparatu. Obok ogromny pies przypominający konia, uniesiony na dwóch łapach zagryzał w pysku okazałą gałąź. Fotografia przypominała kobiecie beztroskie chwile spędzone podczas zeszłorocznych wakacji. Szczęśliwych również dla rodziny Iki.
„Będzie dobrze” – pocieszała się w duchu, chociaż na sercu było jej ciężko.
– Po prostu powiem Danielowi prawdę – dodała do siebie półgłosem.
Tłumaczyła sobie, co powinna zrobić, układając jednocześnie w głowie scenariusz rozmowy z synem. Zamieszała odruchowo w bulgoczącej substancji. Aromatyczny zapach dotarł do jej nozdrzy, rozbudzając miłe skojarzenia smakowe.
– Na czym to skończyłam? – westchnęła, podchodząc do kuchenki. – No tak… Może jeszcze doprawię ciut to pysznie wyglądające spaghetti.
„Ulubione danie Daniela…” – dokończyła w myślach. Uśmiechnęła się niepewnie, licząc na to, że jej niewinne matczyne przekupstwo ułatwi przebieg rozmowy. Podświadomie przeczuwała jednak, że tym razem to może nie być takie proste.
Wielki półmisek został właśnie wypełniony ciepłą potrawą, gdy nagle z impetem do kuchni wparował Daniel.
– Mamo, czy to prawda, że w piątek przyjeżdża do nas Ika?! – wydusił jednym tchem. – I to na cały miesiąc?!
Pani Barbara zastygła nad stołem. Patrzyła na rozhisteryzowanego nastolatka, próbując rozpoznać w nim swojego syna.
– Tak, to prawda – odparła nad wyraz spokojnie, powracając do układania na stole zastawy. – Skąd o tym wiesz?
Chłopiec ciężko opadł na krzesło, jakby ktoś właśnie wycisnął z niego ostatnie witalne soki. Zerknął z wyrzutem na szczupłą postać.
– Dowiedziałem się od Lipka. Ponoć Olka od rana nie przestaje trajkotać o przyjeździe Iki. Świetnie! Wszyscy już wiedzą: ty, tata, nawet Olka i Kuba – wyrzucał z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego. – Tylko mnie nikt nie raczył wspomnieć o przyjeździe przemiłej kuzyneczki. Kiedy w ogóle zamierzaliście mi powiedzieć? Może na godzinę przed, co?!
Matka spojrzała na chłopaka ostrzegawczo, po czym, nie spiesząc się, usiadła obok niego.
– Danielu, uspokój się. Przyjazd Iki to przecież nie koniec świata.
– Mamo, miałem prawo wiedzieć! – wypalił z jeszcze większą siłą. – Przecież te wakacje zaplanowaliśmy już kilka miesięcy temu! Miały być namioty, wycieczka szlakiem zamków krzyżackich, spływy kajakowe, wypad na plażę, podróże pociągami i w ogóle… Jak tylko zgodziliście się, żeby jechał z nami Kuba, każdy dzień rozplanowaliśmy z najdrobniejszymi szczegółami. I co ja mu teraz powiem?! „Sorry, twoje miejsce zajmie Ika, ty nie jedziesz, bo musiałaby pojechać też twoja siostra…”? Mamo, wiesz przecież, że dziewczyny są nierozłączne. Ola chciałaby jechać z nami, a samochód mamy przecież pięcioosobowy. Kuba musiałby oddać jej swoje miejsce. To jakaś porażka! W najgorszym koszmarze nie mogło mi się to przyśnić. Przecież to nikt inny, tylko We-ro-ni-ka – wiecznie rozkapryszona dziewczyna, która uważa się za mądrzejszą i lepszą od innych. Mamo, proszę cię! Ja nie chcę się z nią użerać! Nie w te wakacje!
Kobieta cierpliwie słuchała syna. Wiedziała, jak ważne dla niego były te letnie plany i z całej siły starała się powstrzymać, by nie wybuchnąć. Chciała dać chłopcu możliwość wyrzucenia z siebie trudnych emocji. Jednak tym razem zachowanie syna było dla niej dotkliwsze niż zwykle. Tu nie chodziło już tylko o wakacje, ale o coś znacznie ważniejszego.
– Danielu, plany to tylko… plany. Nie zawsze da się je zrealizować. Są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Tak jest i teraz – każdy wyraz cedziła przez zaciśnięte zęby. – Najprawdopodobniej wszystko, co ustaliliśmy, będzie musiało ulec zmianie. Wiesz… Ika nie musiałaby tu przyjeżdżać, gdyby nie pewne okoliczności…
– Tak, jasne! Rodzice Iki jadą sobie na zagraniczne wczasy, a córcię zostawiają u rodzinki. Przywożą ją do nas, żeby mogli odpocząć od problemów, które im przysparza. I pewnie skończy się na tym, że to ja będę musiał niańczyć kuzyneczkę – przerwał mamie zniecierpliwiony.
– Danielu! Przestań! Nic nie rozumiesz! – Kobieta jęknęła z bólu, który gdzieś głęboko skrywała w sobie. – Rodzice Iki wyjeżdżają za granicę, ale nie na wczasy. Jadą do kliniki… – ciągnęła z coraz większym trudem. – Ciocia Ula, mama Iki… jest ciężko chora. Bardzo ciężko…
Pani Barbara nie wytrzymała. Zasłoniła twarz dłońmi. Płakała. Nie była w stanie dłużej mówić.
Oczy chłopca rozszerzyły się ze zdziwienia. Informacja, którą przed chwilą usłyszał, spadła na niego zupełnie nieoczekiwanie.
– Jak to chora? Nic nie mówiliście – bąknął niepewnie.
– Myśleliśmy, że nie będzie takiej potrzeby. Sądziliśmy, że choroba się zatrzyma, że nie będzie postępować. Ciocia Ula walczy już prawie rok. Niestety wszystko zawiodło… Lekarze w kraju rozkładają ręce. Jedyna nadzieja w specjalistach, którzy podejmą się dalszej próby leczenia za granicą.
Niemiłosierna cisza wypełniła przestrzeń w salonie, jakby czas właśnie skapitulował i postanowił się zatrzymać. Słychać było jedynie posapywanie zmęczonego od upału Tarpana.
– Mamo, co to za choroba? – Pytanie chłopca przeszyło serce kobiety. Z trudem próbowała zebrać myśli.
– Nowotwór. Niestety są już przerzuty…
Ostatnie zdanie zawisło w powietrzu. Łzy, które do tej pory równomiernie spływały po twarzy mamy, teraz zamieniły się w małe potoki wyrażające bezsilność.
W głowie Daniela huczało. Niepohamowana złość, która jeszcze przed chwilą nim władała, ustępowała miejsca niememu wstydowi. W jednej sekundzie takie słowa, jak życie i śmierć, nabrały zupełnie innej wartości. W sercu zakiełkował żal. O nie… Daniel z pewnością nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
– Jak… Jak oni się czują? Ciocia, no i wujek Leopold? – zapytał ostrożnie.
– Wszyscy walczą. – Mama otarła twarz mokrą od łez.
– A jak… Ika?
Zadając to ostatnie pytanie, czuł, że się czerwieni. Jego pretensje nie miały już żadnego znaczenia w tych okolicznościach. Zdziwił się, jak niewiele trzeba – dosłownie ułamków sekund – by człowiek mógł zrozumieć swój błąd i pojąć, jak ważna jest dla niego druga osoba.
– Ika? – Mama spojrzała na syna czule. – No cóż, podobno trzyma się nad wyraz dobrze. Nie daje po sobie poznać, że coś złego się dzieje. W ogóle wiele się u nich zmieniło… – dodała po chwili. – Ich życie poprzestawiało się zupełnie. Weronika wydaje się teraz zupełnie inną dziewczyną: bardziej uprzejmą, wrażliwszą, pomimo wszystko potrafi się uśmiechać. Ale wiesz, myślę, że to jednak musi być dla niej bardzo trudne. Tego samego zdania jest twoja ciocia i dlatego stara się robić wszystko, by oszczędzić jej cierpień. Stąd właśnie prośba o pomoc i zaopiekowanie się nią przez kilka tygodni. Z pewnością dla Iki pobyt w naszym domu będzie lepszy niż przesiadywanie w jakiejś klinice, gdzie wszystko jest obce i nieprzyjemne. Takie miejsca z reguły nie napawają optymizmem. Przyjazd Iki do nas w te wakacje jest jej bardzo potrzebny.
Mama sięgnęła po butelkę wody.
– Synu… – Nieoczekiwanie zmieniła ton głosu. – Wiem, że w obecnej sytuacji staniesz na wysokości zadania. Po prostu zaopiekuj się kuzynką na tyle, na ile potrafisz. Potrzebuje teraz zrozumienia jak nigdy dotąd. Nie pozwól na to, żeby poczuła się jeszcze gorzej. Nie wiadomo, jak potoczą się losy jej mamy. Rozumiesz?
Zapadła cisza. Zupełnie inna niż ta na skwerze, gdzie jeszcze przed godziną chłopiec wylegiwał się beztrosko z Tarpanem w cieniu drzewa.
– Okej, rozumiem, mamo – odparł krótko. – Postaram się pomóc.
– I proszę jeszcze, żebyś nie wspominał Weronice o naszej rozmowie – dodała na zakończenie mama. – Niech to pozostanie między nami.
Po raz kolejny spojrzała na syna z czułością. Odwróciła głowę i raptownie wstała, gdy uświadomiła sobie, że przyrządzony z ogromną pieczołowitością obiad nie został jeszcze podany.
– Kompletnie zapomniałam o spaghetti! – Skutecznie zwróciła uwagę chłopca na przygotowane danie. – Zrobiłam je dzisiaj specjalnie dla ciebie. Mam nadzieję, że będzie ci smakowało.
Choć spaghetti zostało przyrządzone bez zarzutu, nie smakowało. Daniel niewiele przełknął. Nie czuł się głodny, po rozmowie z mamą zupełnie odechciało mu się jeść, ale nie śmiał odmówić posiłku. Wiedział, że mógłby tym sprawić mamie przykrość, a domyślał się, że dzisiejszą potrawę wybrała nieprzypadkowo. Jadł wolno, pogrążony w nieprzyjemnych myślach. Równocześnie powoli trawił też to, co usłyszał przed chwilą. Wiadomość o chorobie cioci była straszną nowiną. Ika… Co ona teraz musiała czuć?! Fakt, nie lubił jej, ale to przecież nie znaczyło, że życzył kuzynce źle. Najgorszemu wrogowi nie życzy się takiej tragedii.
Spojrzał na talerz, z którego niemal w ogóle nie ubyło makaronu. Zerknął na mamę, oczy miała napuchnięte. Musiała płakać już wcześniej, tylko on do tej pory nie zwracał na to uwagi. Nie wiedział, jak ją pocieszyć. Co można powiedzieć w takich okolicznościach?
Po prostu wstał, podziękował za obiad i poszedł na górę do swojego pokoju. Rzucił się na łóżko, wbijając głowę w poduszkę. Wielkie psisko, które bezszelestnie podążyło za nim, zaczęło go lizać po karku.
– Tarpan, daj spokój. Nie teraz. – Odwrócił się i odepchnął psa. Ten przekrzywił łeb i popatrzył na swojego pana z wyrzutem. – No, przepraszam cię. Wiem, że chcesz dodać mi otuchy.
Daniel spojrzał w mądre oczy przyjaciela i pogłaskał go po szorstkiej sierści. Zwierzę poddało się pieszczocie i podało chłopcu wielką łapę. Daniel nie musiał już niczego mówić. Pies bezbłędnie wyczuł, w jakim nastroju jest jego pan.
Czasami Daniel zastanawiał się, czy Tarpan nie jest przypadkiem z innego świata. Wierny kompan od szczeniaka lgnął do ludzi. Doberman, który wyglądem odstraszał każdego nieznajomego, nie skrzywdziłby nawet muchy. Przyjacielski i opiekuńczy. Uwielbiał wylegiwać się w słońcu oraz bawić się piłką, najlepiej taką do kosza, bo inne szybko pękały pod naporem jego zębów i ciężaru cielska. Niezastąpiony był podczas wycieczek do lasu. Odważny i pełen energii, nigdy nie pozwalał chłopcu się nudzić. Nawet teraz… Nieodzowny towarzysz i wierny słuchacz.
Daniel usiadł na łóżku i przesunął się tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jego głowa. Poklepał kołdrę, dając przyjacielowi sygnał, że może się położyć. Tarpan chętnie wskoczył na posłanie, zatoczył koło i legł obok pana. Był tak duży, że zajął większą część materaca.
– Widzisz, Tarpan, ja mam chociaż ciebie – stwierdził. – A Ika jest teraz sama jak palec.
Pies słuchał uważnie, wtapiając w Daniela ślepia.
– No i co z tym zrobimy? – westchnął chłopak.
Zrezygnowany oparł się o ścianę oklejoną plakatami gwiazd hip-hopu. Sprawa była poważna. Nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Starał się zrozumieć sytuację, w której znalazła się Weronika, ale przerastało go to.
Westchnął ciężko i spojrzał na niewyłączony monitor, gdzie przed chwilą wyświetliło się małe okienko zawiadamiające o zalogowaniu użytkownika o nicku: Angry Hulk. Pseudonim Kuby zawsze kojarzył się Danielowi z legendą wrestlingu – Hulkiem Hoganem. Zresztą nie bez powodu. Jego przyjaciel był zatwardziałym Hulkamaniakiem. Bez najmniejszego problemu potrafił wymienić wszystkie sukcesy wrestlera. Niemalże nałogowo oglądał transmisje z meczów i filmy, w których występował Terry Gene Bollea. Fascynacja Kuby była dla Daniela niezrozumiała, wręcz śmieszna, zwłaszcza wtedy, kiedy przyjaciel dla zgrywu prężył się niczym zapaśnik gotowy do ataku.
Daniel, jeśli już miałby wybierać, wolałby od Hulka Hogana Johna Cenę, który oprócz wrestlingu był rozpoznawalny jako aktor i raper, a to ostatnie zdecydowanie było bliższe jego sercu niż cokolwiek innego.
Myśli chłopca odpłynęły daleko. Nie chciał w tym momencie rozmawiać z przyjacielem na temat, który wywoływał w jego głowie zamęt. Przypomniał sobie słowa Lipka: „Wiesz, jak Olka dzisiaj piszczała? Aaaa! Przyjeżdża Ika! I to na caaały miesiąc…”. Skoro Olka tak ostentacyjnie cieszyła się z przyjazdu Iki, to najprawdopodobniej nie wiedziała, co jest tego przyczyną. Może więc będzie lepiej, jeśli Kuba na razie nie pozna prawdy? W każdym razie nie dzisiaj i nie przez Internet.
Zauważył, że obok wyświetlonego okienka komunikatora pojawiła się na monitorze jeszcze jedna informacja. Zakończyło się właśnie pobieranie filmu z gali Raw, w której John Cena walczył o miano pretendenta do pasa mistrzowskiego WWE w Triple Threat Match. Ale wyczekiwany od przedpołudnia komunikat nie był już dla Daniela tak ważny, jak wcześniej.
Chłopak przymknął powieki i zsunął się na pościel, układając się obok psa. Tarpan smacznie już drzemał. Jego miarowy oddech, wlewający się do pokoju gorąc upalnego popołudnia i cisza, która niespodziewanie także zaległa gdzieś nieopodal, zatrzymały gonitwę myśli chłopaka. Ogarnął go błogostan i nim Daniel się obejrzał, zaczął pochrapywać na wzór swojego czworonożnego przyjaciela.
Piątek nadszedł niespodziewanie szybko. Do przyjazdu kuzynki pozostało kilka godzin. Ika miała zająć gabinet mieszczący się obok pokoju Daniela, co dla chłopaka stanowiło rozwiązanie najgorsze z możliwych. Ika znana była z gumowego ucha, a do tego z wdziękiem żmii potrafiła się wślizgnąć dosłownie wszędzie. Ulokowanie gościa w tym pokoju było jak założenie pluskwy przez wykwalifikowanego agenta FBI.
„Może jednak teraz będzie lepiej” – pocieszał się Daniel w duchu, lecz kiepski nastrój nie ustępował. Chłopiec snuł się po domu, wyczekując tego, co nieuniknione. Żeby zabić czas, postanowił otworzyć ściągnięty przedwczoraj plik. Robił to niechętnie, bo już cały Internet huczał o tym, jak potoczyły się zmagania Johna Ceny. Oglądanie przegranej zawodnika na pewno nie mogło go podnieść na duchu, obiecał jednak Kubie, że zgra mu filmik na pendrive.
Ulokował się wygodnie w fotelu i włączył komputer. Zerknął na okienko komunikatora – Angry Hulk był niedostępny. Najechał myszką na nowy folder i otworzył go. Plik zawierał szereg ikon, które Daniel dobrze już rozpoznawał. Chłopiec przesunął wzrokiem po liście i dwukrotnie kliknął na jeden z obrazków. Poszło. Film ściągnął się bez zarzutu.
Daniel zamierzał właśnie zgrać kopię dla Kuby, gdy obraz pulpitu niespodziewanie zamigotał. Otwarte okno rozpakowanego filmu zaczęło się nagle powielać, przesłaniając cały widok ekranu. Komputer jakby zwariował!
– O nie! – jęknął Daniel. – Pewnie jakiś robal, może nawet trojan.
Zerknął na zanikający u dołu monitora pasek, poszukując nerwowo antywirusa. Dziwne… Nie było żadnej informacji o intruzie. Pośpiesznie przesunął myszką w wybrane miejsce i dwukrotnie kliknął. Komputer spowolnił obroty i zamilkł. Na pulpicie, tak jak wcześniej, widniało otwarte okno ze ściągniętym filmikiem.
Daniel, zdumiony reakcją sprzętu, przeczesał dłonią gęstą czuprynę i postanowił czym prędzej rozpocząć kopiowanie. Zanim jednak kliknął, jego wzrok przykuło coś nietypowego. W prawym górnym rogu ekranu pojawiła się zupełnie nowa ikona kojarząca się z tarczą lub jakimś herbem. Zaciekawiony odkryciem, ostrożnie otworzył tajemniczy folder. Po pulpicie zaczęły przesuwać się slajdy.
Daniel zatrzymał szybko wyświetlające się obrazy. Uniósł wysoko brwi w geście zdziwienia, gdyż oto jego oczom ukazały się znajome widoki. Zdjęcia przedstawiały panoramę miasta, w którym mieszkał. Obok masy fotografii wyświetlił się także artykuł na temat walorów krajobrazowych Elbląga i jego okolic. Na tyle, na ile Daniel zdołał się zorientować, była to głównie historia Parku Krajobrazowego Vogelsang oraz Parku Modrzewie. Zaskoczony odkryciem i zaintrygowany nowymi dla niego informacjami, zaczął czytać:
Jednym z piękniejszych obiektów architektonicznych w Elblągu jest pałac Caspara Steina, zwany inaczej Vogelsang. Wybudowany na początku XIX w. na zlecenie inżyniera Caspara Steina, został ukształtowany w stylu neogotyckim. Początkowo pełnił funkcję ekskluzywnego podmiejskiego zajazdu. Swoją nazwę zawdzięcza lokalizacji w parku Vogelsang – co oznacza „ptasi śpiew”. Śpiewem tym mieszkańcy Elbląga mogli cieszyć się na terenie całego kompleksu leśnego już od XVIII wieku. Po śmierci Caspara Steina pałac stał się własnością spadkobierców, by pod koniec XIX w. zostać ostatecznie wykupionym wraz z parkiem przez Radę Miasta.
Po II wojnie światowej budynek i okalające go tereny przekazano Lasom Państwowym, a sam obiekt stał się siedzibą Nadleśnictwa. Od XX wieku przeprowadzane są w pałacu liczne prace konserwatorskie, które mają przywrócić budynkowi dawną świetność.
Losy pałacu Vogelsang nierozerwalnie związane były z historią rodziny von Aigner, która na początku XIX w. osiedliła się na ziemiach elbląskich. Współpracując z inżynierem Casparem Steinem, ówczesny przedstawiciel rodu – hrabia Carl von Aigner – stworzył niepowtarzalny kompleks zabudowań, które wzniesiono na wzgórzu Schlossberg. Park nazwano wówczas Modrzewiowym Parkiem AignerówI.
Carl von Aigner wykorzystał naturalne ukształtowanie terenu, dopasowując je do własnej idei piękna. Oprócz rzadko spotykanych roślin, które sprowadzał z odległych zakątków świata (obsadził wolne przestrzenie m.in. skrzydłorzechami kaukaskimi, choinkami kanadyjskimi, dębami błotnymi), stworzył w centrum parku wspaniałe zabudowania architektoniczne nawiązujące do stylu neogotyckiego. Wśród wzniesionych budowli znalazły się m.in. pałacyk, oranżeria, fontanny i oryginalne rzeźby. Stare zapiski, skreślone przez anonimowego autora, wspominają o geniuszu architekta, który „odtworzył wiszące ogrody Semiramidy”. Ten sam nieznany autor, obok słów zachwytu, który najwyraźniej towarzyszył mu podczas zwiedzania Parku Modrzewie, zanotował też pewną ciekawą informację. Mianowicie wśród mieszkańców ówczesnego Elbląga pojawiały się niepokojące plotki. To, co dla jednych stanowiło o geniuszu hrabiego, dla innych było dowodem jego obłędu. Carl von Aigner wielokrotnie wspominał o jakiejś niesamowitej podróży, podczas której miał rzekomo widzieć rzeczy oraz istoty nieistniejące na Ziemi. Sam, żarliwie poszukując informacji na temat tajemniczego świata, oddawał się pochłaniającej lekturze starożytnych manuskryptów. Ludzie z jego otoczenia wielokrotnie byli świadkami, jak w porywczym uniesieniu wybiegał ze swego dworu, wykrzykując: „Ich habe es gefunden, ich habe es…”1.
W końcu Caspar Stein, zrozpaczony obłędem przyjaciela, za zgodą rodziny umieścił Carla w szpitalu dla obłąkanych. Tam hrabia po kilku latach zmarł, w osamotnieniu i zapomniany przez najbliższych.
Po śmierci założyciela Modrzewie, uznawane za czarną perłę regionu2, niszczało.
Wraz z zakończeniem I wojny światowej prawnuk Carla, William von Aigner, podjął prace, które miały przywrócić dawną świetność posiadłości. Niestety bezskutecznie. Na dobre splendor Modrzewiowego Parku Aignerów pogrzebała II wojna światowa, podczas której radziecka armia doszczętnie zniszczyła budynki architektury neomanieryzmu, a także neogotyckie wzniesienia. Do chwili obecnej zachowały się niszczejące wraz z upływem czasu wieża widokowa, domek bramny oraz pojedyncze elementy: schodki, cokół i filary – pozostałości po głównej bramie.
Po dziś dzień zarówno Vogelsang, jak i Modrzewiowy Park Aignerów głęboko skrywają swoje tajemnice, których strażnikami stały się wszechobecna przyroda i upływający czas.
Informacje zawarte w folderze były dla Daniela zupełną nowością. Znał przecież bardzo dobrze Bażantarnię, nazywaną dawniej Vogelsang. Po Modrzewiu, o którym była mowa w tekście artykułu, przechadzał się jeszcze częściej. Tarpan uwielbiał wędrówki po parku, gdzie bawił się ze swoim panem, ukrywając za drzewami lub pagórkami. Uwielbiał przeskakiwać przez strumyk zataczający łuk w południowej części zalesienia. Jednak Daniel, choć bywał tam często, dopiero teraz uświadomił sobie, że w parku faktycznie znajduje się wieża, są w niej także skromne elementy dawnej architektury. Nigdy wcześniej nie przywiązywał do nich wagi. Skupiał się bardziej na roślinności, niespotykanej nigdzie indziej. Teraz wiedział, że musiała to być zasługa Aignera, który sprowadzał rzadkie gatunki roślin z całego świata.
Przeczytał raz jeszcze z uwagą tekst artykułu.
„Vogelsang… Modrzewiowy Park Aignerów… – zamyślił się. – O co tu chodzi? Przecież nawet w szkole podczas lekcji historii o Elblągu nie pojawiały się te informacje. To wszystko jest bardzo dziwne”.
– Czy to są w ogóle fakty? Czy to jest prawda? – głośno powątpiewał.
Odwrócił wzrok od monitora i spojrzał na psa. Tarpan zachowywał się osobliwie. Od dłuższego czasu siedział nieruchomo, czujnie wpatrując się w monitor.
– Danielu! – z zadumy wyrwał chłopca głos mamy. – Goście już są! Zejdź na dół, proszę, i przywitaj się.
Zerknął na zegarek. Była piąta. Kiedy to zleciało?
– Uff… No to się zaczyna – szepnął zniechęcony do Tarpana, który wyglądał na zaskoczonego. – Wakacje z Iką, czas START.
Wszystko wskazywało na to, że wcześniejsze obawy Daniela były zupełnie nieuzasadnione. Radość z przyjazdu wujostwa towarzyszyła wszystkim od pierwszego momentu, gdy tylko przybysze przekroczyli próg domu. Tarpan, szczęśliwy z pojawienia się innych członków rodziny, chodził od gościa do gościa, prosząc o chwilę uwagi. Nawet Ika sprawiała wrażenie osoby pogodnej, cieszącej się z rodzinnego spotkania.
Wobec kuzyna nie była tak nieprzyjemna, jak niegdyś. Okazała się zupełnie inna, odmieniona – dokładnie tak, jak mówiła mama Daniela. Wydała się też znacznie wyższa i szczuplejsza niż przed rokiem, a jej ciemnobrązowe, proste włosy sięgały już za pas. W jej dużych bursztynowych oczach tlił się niewysłowiony smutek, który skrzętnie starała się ukryć. Dobry obserwator potrafił jednak dostrzec cień bólu nawet za szerokim uśmiechem dziewczyny.
Danielowi Ika skojarzyła się z małą porcelanową laleczką jego babci, która dawniej zajmowała miejsce na półce w pokoju staruszki. Smętnie, acz wytrwale stała obok perłowej cukiernicy i wydawała się taka samotna, porzucona. Ustawiona daleko od dziecięcych rączek, mogła tylko liczyć na to, że ktoś ucieszy się jej widokiem.
Ika podała kuzynowi rękę i zerkając na niego rzuciła, jakby nieznacząco:
– Cześć.
Ku zdziwieniu Daniela, było to jedyne słowo, które skierowała do niego od razu po przyjeździe. Nie spodziewał się, że kuzynka będzie aż taka milcząca, jakby specjalnie unikała prowadzenia rozmów z kimkolwiek.
Zegar odmierzał kolejne minuty, które zdawały się upływać w mgnieniu oka, i nim się wszyscy obejrzeli, słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, naciągając na okolicę płachtę rozgwieżdżonej nocy.
Dobiegała dwudziesta pierwsza, gdy poproszono Daniela o przeniesienie walizek kuzynki. Chłopiec posłusznie wniósł bagaże do gabinetu na poddaszu i postawił je przy krześle. Ika weszła za nim i rozejrzała się po pomieszczeniu. W końcu zatrzymała wzrok na Danielu. Dopiero teraz był w stanie przyjrzeć się jej uważniej. Miała wymizerowaną twarz, cienie pod oczami i zapadnięte policzki. Wcześniej tego nie dostrzegł. Skupiał się bardziej na obserwowaniu zachowania ciotki i słuchaniu jej pokasływania.
Teraz kuzynka wydała mu się zupełnie odmienna od tej Iki, która przekroczyła próg domu. Zupełnie jakby jakaś ciemna moc nieoczekiwanie ściągnęła z niej woal radości. Jej oczy stały się dziwnie puste, nieobecne. Daniel postanowił przerwać milczenie:
– To będzie teraz twój pokój. Przynajmniej do czasu, kiedy twoi rodzice wrócą… – urwał, zagryzając wargi. Nie chciał wypalić czegoś głupiego.
Ika podeszła do okna i odparła obojętnie:
– Do czasu, kiedy rodzice wrócą z kliniki. Nie wiadomo tylko, czy wrócą oboje.
Daniela zatkało. Nie spodziewał się takich słów.
– Nie musisz się tak spinać – ciągnęła. – Przecież to żadna tajemnica, że mama jest chora.
Dziewczyna podeszła do szafy i otworzyła ją. Zajrzała do środka, lustrując wzrokiem jakby od niechcenia półki. Może sprawdzała, czy szafa na pewno została opróżniona przed jej przyjazdem? Daniel w konsternacji wbił wzrok w jej plecy.
– Rodzice nie chcieli, żebym przebywała razem z nimi w klinice. Jak to ujęli? To brzmiało mniej więcej tak: „Ika nie może patrzeć na moje cierpienie. Czuję się coraz gorzej. Nie chcę, żeby widziała mój ból”. To słowa mojej mamy – dodała machinalnie. – Wiesz, że ściany mają uszy, prawda?
Daniel nie był w stanie się poruszyć. Zmroziły go słowa Iki.
– Czyli co? Mogę włożyć swoje rzeczy tutaj? – zapytała jak gdyby nigdy nic, wskazując na otwartą szafę.
– Tak, tak oczywiście – wystękał Daniel. – Pokój jest twój.
– Super! – odparła z ledwie słyszalną nutą niezadowolenia.
Daniel stał jak wryty, nadal nie wiedząc, jak zareagować i co powiedzieć. Chyba nie był przygotowany na taką rozmowę z Iką. Tym bardziej że dziewczyna mówiła z lekkością o sprawie tak trudnej. Pomyślał przez chwilę, że wypowiadała się na temat choroby matki z zaskakującą łatwością, i zastanawiał się nawet, czy w jej słowach nie pojawił się sarkazm.
„Czyżby grała przed rodzicami? Czy to w ogóle możliwe, że nie obchodzi jej to wszystko? – przyszło mu do głowy, ale szybko wyparł czarne myśli: – Nie, nie wierzę w to!”
Zanim wyszedł, niepewnie uśmiechnął się do Iki. Nie dał po sobie poznać, że zwątpił w kuzynkę.
Gdy stał już w korytarzu, przemknęła mu przez głowę kolejna myśl: „A może ukryć się przed wszystkimi w zaciszu pokoju? Na pewno nikt nie zauważy, że zniknąłem…”. Zwalczył jednak pokusę i, choć czuł niezrozumiały opór, postanowił pójść na dół. Wiedział, że rodzice Iki planowali wyjechać jeszcze dzisiejszej nocy, żeby nad ranem pojawić się w klinice. Szpital miał napięte terminy przyjęć pacjentów, musieli dojechać na czas.
Gdy wszedł do kuchni połączonej z salonem, dorośli przerwali dyskusję. Daniel zorientował się, że musieli rozmawiać o chorobie cioci. Zaczął już rozważać, czy nie powinien się jednak wycofać i nie przeszkadzać im w sprawach, które i tak go przerastały, gdy jego mama ze łzami w oczach wskazała wolne miejsce przy stole. Daniel poczuł się ważny. Pozwolono mu zasiąść wśród dorosłych jak równy z równym.
Przysłuchiwał się dalszej wymianie zdań i coraz mocniej uświadamiał sobie, że chciałby rodzinie Iki pomóc z całych sił. Ale jak miałby to zrobić? Co w ogóle można było zrobić w takiej sytuacji? Bezsilność paraliżowała najgłębsze zakamarki jego umysłu. Widząc łzy najbliższych, ból rysujący się na twarzy cioci Uli i bezgraniczny smutek wujka Leopolda, zaczął powątpiewać w sens życia.
Przywołał przed oczy sylwetkę swojej nieżyjącej babci. Widział ją wyraźnie – klęczącą i trzymającą nieugięcie różaniec w ręku. Pamiętał dobrze, jak mawiała, że Bóg nigdy nie daje nam takich ciężarów, których nie moglibyśmy udźwignąć. Powtarzała też, że dzięki różańcowi droga życia, po której zmierzamy, wydaje się lżejsza, bo na ścieżkach codzienności zawsze idzie z nami ramię w ramię Najświętsza Panienka.
Wówczas Daniel krzywił się na te słowa. Nie rozumiał, jak miłosierny Bóg mógłby dopuszczać zło na człowieka, skoro ludzie są Jego najukochańszym stworzeniem. No i co do tego miała Maryja, matka Jezusa?
Spojrzał raz jeszcze na ciocię Ulę. Wydawało mu się, że płomień w jej oczach nie był już tak silny, jak kiedyś.
„Nie, tak nie można!” – Jego wewnętrzny głos nie dawał za wygraną. – Życie musi mieć sens pomimo wszystko…” I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, w tej scenie, której był świadkiem, w tej trudnej sytuacji, w jakiej znaleźli się jego najbliżsi, zobaczył piękno. Dostrzegł, jak ci ludzie siedzący przy stole się kochają, jak są sobie bliscy, jak okazują sobie wsparcie. Łowił ich gesty, spojrzenia, słowa. Nawet Tarpan, wsłuchany w rozmowę ludzi, zdawał się rozumieć więcej, niż rozumie pies. Oparł swój wielki łeb na kolanach cioci, jakby autentycznie jej współczuł.
Do Daniela dotarło, że to jest właśnie TO. Obserwował z podziwem i przepełniała go duma, że jest częścią rodziny kochającej się ponad wszystko i wbrew wszystkiemu. To było bardzo miłe uczucie.
Gdzieś głęboko w środku miał przeświadczenie, że nie może inaczej pomóc jak tylko przez swoją obecność. „Bądź z nimi w tym bólu” – odezwał się wewnętrzny głos, który od paru dni Daniel słyszał częściej niż zwykle. Nie wiedział, skąd pochodzi, postanowił mu jednak zaufać, bo czuł, że to ważne. Zdecydował, że pozostanie z ciocią Ulą i wujkiem Leopoldem tak długo, jak tylko będzie to możliwe. „Po prostu BĄDŹ” – usłyszał znowu i ta myśl towarzyszyła mu już do końca rodzinnego spotkania.
I gdzieś wewnątrz tylko jedno nie dawało mu spokoju. Niepokój drążący umysł niczym czerw odsłaniał ponury element układanki. Brakowało wśród nich kogoś ważnego. W pokoju nie było Iki.
1 Znalazłem, mam… (niem.)
2 Tu w znaczeniu: coś niepowtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju, unikatowego.
Przejmująca cisza. Zapach leśnego poszycia, wilgotnej gleby, gnijących liści, śliskiej kory. Szelest listowia poruszającego się na wietrze.
Otworzył oczy, ale nie widział nic oprócz wszechogarniającej go zimnej bieli. Czuł, jak wilgotne powietrze liże jego twarz. Z czasem zaczął dostrzegać niewyraźne kontury pni. Mgła, gęsta z początku jak mleko, powoli zaczęła się rozrzedzać, ustępując niepewnym jeszcze promieniom słońca.
Gdzieś z oddali dobiegały do niego odgłosy dziwnego poruszenia. Szmer stawał się coraz wyraźniejszy, stopniowo przeradzając się w miarowy tętent. Całym sobą odczuwał drgania ziemi pokrytej rozmiękłymi liśćmi. Nagle ogarnął go strach, jakiego dotąd nie znał. Każdy jego mięsień napiął się do granic możliwości, czekając na to, co się wydarzy. Zmysły wyostrzyły się, by rozpoznać, skąd dochodzą tajemnicze dźwięki.
Nieoczekiwanie zza drzew, których strzeliste kolumny były już wystarczająco rozpoznawalne w ustępującej mgle, wyłonił się cień. Zbliżał się błyskawicznie. Dopiero po kilku chwilach stało się jasne, że jest to duże rogate zwierzę.
Majestatyczny jeleń z ogromnym porożem pokonywał zwinnymi uskokami zwalone pnie i z każdą chwilą wydawał się jeszcze potężniejszy. Jego sierść lśniła srebrem niczym poświata księżyca odbijającego swoje oblicze w tafli jeziora w bezchmurną noc. Rozlewające się wokół mleko mgły posłusznie ustępowało przed jego kopytami, jakby skłaniało się z namaszczeniem przed jego siłą. Jeleń poruszał się zwinnie i szybko. Biegł, czy może unosił się nad ziemią? Można było odnieść wrażenie, że w ogóle nie dotyka kopytami leśnego poszycia, lecz przeczył temu wzmagający się tętent. Poza tym wydawało się, że to nie tyle nogi go niosą, ile wielki wieniec poroża, które błyskało w coraz odważniejszych promieniach słońca.
W pewnym momencie Daniel zorientował się, że zwierzę kieruje się prosto na niego. Gdy był już na tyle blisko, może ze sto metrów od miejsca, w którym stał chłopiec, zdało się słyszeć świst przełamywanego powietrza, parskanie a nawet przyśpieszone bicie serca pędzącego stworzenia. W tym ułamku sekundy Daniel wyraźnie dostrzegł też niezwykłe, brązowe ślepia zwierzęcia, które magnetyzowały jakimś niesamowitym blaskiem.
Wtem dotąd pojedyncze promienie wschodzącego słońca wyłaniającego się zza horyzontu otoczyły zwierzę niezwykłą jasnością. W tej samej chwili ciało jelenia spowiła jakby srebrna zbroja. Każdy uwypuklający się w biegu mięsień lśnił niczym stal.
Zrozumiał, że lada chwila ogromne cielsko zwierzęcia uderzy w niego z całym impetem, ale nie mógł się poruszyć, by uchronić siebie przed tym atakiem. Stał jak sparaliżowany. Drżał jednak nie ze strachu, ale dlatego, że od jelenia biła moc, jakiej Daniel nigdy wcześniej nie doświadczył. Potęga zwierzęcia była wszechogarniająca.
Daniel mógł jedynie zamknąć powieki. Gdy tylko to uczynił, natychmiast poczuł ból.
Ponownie otworzył oczy. Początkowo nie rozumiał, gdzie się znajduje, dopiero po dłuższej chwili uzmysłowił sobie, że leży na podłodze w swoim pokoju. Spojrzał na łóżko – pościel była skłębiona i mokra od potu. Obok niego stał Tarpan i wpatrywał się weń pytająco.
– A więc to był sen – wycedził Daniel, podnosząc się z trudem. – Był taki realny! Tarpan, co się dzieje? – zwrócił się do czworonożnego przyjaciela. – Mam wrażenie, że coś jest nie tak. Coś zaczęło się zmieniać… Nie rozumiem tego.
Nieoczekiwanie przez jego umysł przebiła się myśl: „To ta dziwna historia o Vogelsang i Parku Modrzewie… Nie, to niemożliwe” – pokręcił głową z powątpiewaniem.
W tym momencie Tarpan szczeknął przeciągle, co Danielowi wydało się równie dziwne, jak refleksja, która pojawiła się przed chwilą w jego głowie.
Pies szturchnął swojego pana mokrym nosem w policzek i spojrzał mu głęboko w oczy. Pod wpływem tego spojrzenia chłopiec poczuł, że znowu zapada się w dziwną przestrzeń. Tak jakby wracał do tajemniczego lasu i jakby znów widział dzikie, pędzące wprost na niego zwierzę.
Z odrętwienia wyrwało go pukanie do drzwi.
– Hej, wszystko w porządku? – Mama weszła do pokoju. – Usłyszałam nietypowy hałas.
– Tak, mamo, wszystko jest okej – odparł speszony, nie przestając jednakże analizować zachowania Tarpana. Pies leżał teraz spokojnie, zupełnie niewinnie wpatrując się w postać kobiety, która stała w progu.
– Musiałem spaść z łóżka. – Uśmiechnął się. – Chyba nabiłem sobie guza.
– No, kochanie, to łóżko jest już wyraźnie za małe na was dwóch. – Pani Barbara kiwnęła w stronę czworonoga.
Daniel uśmiechnął się ponownie i odparł:
– Rzeczywiście, ogromny ten pies. I mam wrażenie, że z dnia na dzień staje się coraz większy.
Tarpan przekręcił łbem. Podłapał, że to o nim rozmawiają.
– Wychodzę do pracy. Śniadanie masz na stole. Ika zdążyła już zjeść i wyjść. Była umówiona z Olą.
– Mamo, zaczekaj! Lipek ma dzisiaj do mnie wpaść! – zawołał chłopiec za oddalającą się kobietą. – Będziemy oglądać powtórki z tego sezonu wrestlingu. Możemy w salonie?
– Tak, tak…! – zawołała już ze schodów. – Tylko nie naśmiećcie chipsami!
– Okej! – krzyknął, po czym usiadł na łóżku. „Właśnie! Lipek! Muszę z nim pogadać. Dlaczego nie wpadłem na to wcześniej?” – pomyślał.
Wstał, wyciągnął z szafy pierwsze lepsze ciuchy, rzucając je niedbale na skłębioną pościel. Spojrzał na psa i ponownie przeszył go dreszcz. Przypomniał sobie sen. Był taki realny…
– No dobra! – rzucił głośno w stronę czworonoga. – Nie wiem, co się dzieje, ale chyba naprawdę muszę już komuś o tym wszystkim powiedzieć…
Tarpan spojrzał na chłopca porozumiewawczo i zamerdał krótkim ogonkiem, jakby cieszył się z mającego pojawić się wkrótce gościa.
Lipek mrużył raz po raz oczy, zamykając i otwierając przy tym szybko powieki, jakby z nadmiaru informacji nagle stracił wzrok. Niedowierzał.
– Ej, to nie może być prawda – wymamrotał niepewnie.
– Otóż to. Ale to chyba jednak jest prawda. – Daniel opierał się o zagłówek fotela, na którym siedział jego przyjaciel. Razem po raz kolejny śledzili wzrokiem tekst wyświetlony na monitorze.
– Najpierw slajdy „znikąd” i treść, która wydawała się być elementem jakiegoś większego projektu. Jeszcze tego samego dnia ogólnopolskie radio wyemitowało informację na temat wykopalisk prowadzonych w Vogelsang… I na dodatek wczoraj w wiadomościach lokalnych zaprezentowano wywiad z elbląskim nadleśniczym, który podsumowywał bieżące prace archeologów. Ty w ogóle wiedziałeś, że w Bażantarni są prowadzone jakieś wykopaliska?
– No co ty! Nic nie wiedziałem. Ale wygląda na to, że coś jest na rzeczy – potwierdził Kuba.
Daniel przez chwilę zastanawiał się, czy wspomnieć przyjacielowi o swoim nietypowym śnie. Obawiał się, że Lipek mógłby mu nie uwierzyć i uznać go za wariata. No ale przecież tamten las i jeleń z wielkimi rosochami wciąż wydawały się mu równie realne, co obecna chwila.
– Słuchaj, to wszystko jest niesamowite! – z zamyślenia wyrwał go głos przyjaciela.
Lipek wyraźnie był zaintrygowany. W jego niebieskich oczach zaiskrzyły się nagle ogniki, a jego płowe, naturalnie lokowane włosy wydały się jeszcze bardziej skręcone niż zwykle. Podekscytowany dodał:
– Nie możemy tego bagatelizować! No wiesz, tych informacji z folderu.
– Też tak pomyślałem. Ale co? Zakradniemy się do Vogelsang? Przecież budynek i posesja Nadleśnictwa są strzeżone. Nikt nas nie wpuści bez pozwolenia.
– Tak, to fakt. Nie ma szans, żebyśmy się tam dostali sami – rzucił zrezygnowany Kuba.
– No nic. Choć, obejrzyjmy w końcu film z wrestlingu. – Daniel przypomniał, po co się w ogóle spotkali.
Zanim jednak zdążyli zejść na dół, od strony salonu dało się słyszeć poruszenie. Po chwili głosy stały się już wyraźnie rozpoznawalne.
– O nie! Czy to nie są przypadkiem dziewczyny? – rzucił pytająco Lipek.
– Jak to? Dziewczyny? – zdziwił się Daniel, zmierzając w stronę schodów. – Mama mówiła, że Ika poszła do Olki. Myślałem, że będą u ciebie?
– Ja też tak myślałem. Umawiały się, że Ika będzie towarzyszyła Olce podczas lekcji gry na flecie. Tak, wiem, w wakacje lekcje instrumentu to lekka przesada, ale wiesz, Ola chce się trochę podciągnąć – dodał Kuba, uprzedzając pytanie przyjaciela. – No a potem miały iść na rowery. Zgodziłem się nawet pożyczyć Ice mój rower, byleby tylko nie pojawiły się na naszym seansie.
– Najwyraźniej zmieniły plany… – wycedził Daniel.
Szybko zbiegli ze schodów. Na dole Ika i Olka zdążyły się już wygodnie rozsiąść na wielkiej kanapie. Ika, najwyraźniej czymś rozbawiona, trzymała w dłoni pilot, próbując wybrać jakąś stację.
– Hej! Co tu robicie?! – wykrzyknął w ich stronę zdenerwowany Daniel. – Salon dzisiaj my zajmujemy.
– Jak to wy? Nie wiedziałam, że istnieje jakiś grafik korzystania z tego pomieszczenia – odpowiedziała spokojnie Ika.
– Nie ma żadnego grafiku, ale dzisiaj zaplanowaliśmy sobie seans z sezonu wrestlingu – wycedził, próbując opanować narastającą złość.
– Miałyście zrobić sobie wycieczkę rowerową – dodał równie wzburzony Kuba.
– Rowery, szmery – burknęła Ika.
– Nie chce nam się już – zawtórowała przyjaciółce Olka i mocniej wbiła się w oparcie kanapy.
– Poza tym na dworze jest teraz za gorąco – rzuciła Ika. – A wasze głupie zapasy możecie obejrzeć sobie kiedy indziej. Za chwilę będzie transmisja z koncertu Eda Sheerana na żywo.
Ika rozsiadła się wygodniej. W ręku nadal trzymała pilot, przeskakując z kanału na kanał w poszukiwaniu właściwej stacji.
– A tak w ogóle to te ich zapasy są śmieszne – dodała w stronę przyjaciółki, ignorując zupełnie chłopaków. – Wyreżyserowane show dla idiotów. Ja nie wiem… W tych czasach większość kolesi w waszym wieku ogląda MMA czy walki freak fighterów, a ci uczepili się przedpotopowego motywu. Ale boomerzy.
Daniel czuł, jak zalewa go fala wściekłości. Wyrozumiałość, którą pielęgnował w sobie od momentu, gdy dowiedział się o chorobie mamy Iki, zupełnie wyparowała. Zacisnął pięści i zagryzł zęby, żeby nie powiedzieć za dużo. „Dawna smarkula wróciła. Nie jej dom, a panoszy się, jakby była u siebie”.
– Show dla idiotów!? Boomerzy!? – Daniel nie panował już nad sobą. – Wiesz co, Ika, myślałem, że będzie inaczej. Liczyłem na to, że to, co się dzieje w twojej rodzinie, może coś zmienić. Miałem nadzieję, że CIEBIE to zmieni na lepsze. Że nie będziesz już tą samą głupią i wredną dziewuchą, co dawniej!
Po twarzy Iki przemknął cień, który nigdy wcześniej się nie pojawiał, ale szybko jego miejsce zajęła niepohamowana złość.
– Co!? – wycedziła przez zęby. – Wyjeżdżasz mi z chorobą matki? Za dużo sobie pozwalasz, wiesz! Nic ci do tego! – odparowała bez namysłu. – Pan zawsze najmądrzejszy! Inteligencik, którego cieszą bijatyki i rozbryzgująca się krew! Zajmij się swoimi sprawami! A może jednak włączymy show dla boomerów?! Jak myślisz, Ola?
Kuzynka stała w lekkim rozkroku, gotowa do walki. Miała ochotę rozszarpać kuzyna na strzępy. Zerkała raz po raz na przyjaciółkę, czekając na jej poparcie. Ola siedziała jednak bez ruchu, nerwowo przebierając palcami. Ewidentnie nie chciała brać udziału w tej kłótni. Kuba także chyba nie zamierzał się angażować w spór. Wykonał jeden krok do tyłu, jakby chciał się wycofać. Nawet Tarpan, który zawsze okazywał radość na widok gości, wlazł teraz pod stolik kawowy i co chwilę wystawiał niepewnie wielki łeb, sprawdzając, czy burza wywołana przez dzieci dobiega już końca.
– Co się tu dzieje? – W salonie rozległ się ostry męski głos.
Jan Radziński nie spuszczając wzroku z czworga nastolatków, postawił na stoliku teczkę z dokumentami. Badawczo przyglądał się dzieciom, które nawet nie spostrzegły, kiedy wszedł do domu.
– Co to za awantura? – dodał, nie przestając lustrować ich wzrokiem. – Wasze podniesione głosy słychać aż na dworze.
Nikt nic nie odpowiedział. Gęsta cisza unosiła się w salonie.
– Dobrze… Żadne z was nie chce mówić? – Tata Daniela powiedział to jakby do siebie, ale zaraz stanowczym tonem rzucił już głośniej: – Zbierajcie się! Idziemy! Dosyć siedzenia w domu!
– Ale jak to?! – Daniel próbował oprzytomnieć. – Gdzie mamy iść?
– Zabieram was na małą wycieczkę. W sumie nawet dobrze się składa, że jesteście tu wszyscy. – Pan Jan posłał lekki uśmiech w stronę dzieci.
– Ale jaką wycieczkę? – ciągnął otępiały Daniel, patrząc na tatę.
Pozostali również utkwili wzrok w mężczyźnie. Żadne z nich nie spodziewało się takiego obrotu sprawy. Tylko pies wziął sobie do serca słowa pana i stał już przy drzwiach, gotowy do wyjścia.
– Nie, Tarpan. Ty akurat zostajesz.
Zwierz niepocieszony zwiesił łeb. Wiedział, że skoro słowo się rzekło, to nawet gdyby spróbował się łasić, nic nie wskóra.
– Zabieram was do Vogelsang.
Na te słowa oczy Daniela i Kuby rozszerzyły się. Chłopcy spojrzeli po sobie z niedowierzaniem. Rozumieli się bez słów. Cały splot zdarzeń, poczynając od tajemniczego folderu ze zdjęciami i artykułem… – to po prostu nie mógł być tylko zbieg okoliczności. Na ich twarzach malowała się konsternacja.
– Nigdzie nie jadę! – rzuciła Ika i ostentacyjnie opadła na siedzisko kanapy. – Zaraz zacznie się koncert Eda. Eda Sheerana! Transmisja na żywo – tłumaczyła, ściszając ton.
Jednakże tata Daniela nie zamierzał dyskutować z dziećmi i nie dopuszczał sprzeciwu. Taki już był. Jeśli coś postanowił, nigdy się z tego nie wycofywał.
– Nie chcę słyszeć żadnych wykrętów. Ubierać się. Wychodzimy!
Pierwszy ruszył z miejsca Lipek, którego coraz bardziej zaczęła intrygować sprawa Steina i Aignera oraz ich posiadłości. Daniel od razu podążył za przyjacielem. Ostatnie skierowały się do drzwi dziewczęta, wciąż niepocieszone nagłą zmianą planów. Tarpan jako jedyny tkwił w bezruchu. Wiedział, że ma pozostać na straży domu.
– Tato, dlaczego właściwie tam jedziemy? – Daniel w końcu odważył się postawić głośno pytanie. Nad wyraz sprawnie przemierzali właśnie główną arterię Elbląga. W upalne lipcowe popołudnie miasto wydawało się zupełnie wymarłe.
– Po prostu uważam, że to świetny pomysł – odparł mężczyzna, nie odrywając wzroku od ulicy. – Planowaliśmy w te wakacje zwiedzanie zamków i innych historycznych miejsc, prawda? – spojrzał przelotnie na siedzącego obok syna i w lustrzane odbicie Kuby. – Przesiadywanie godzinami w czterech ścianach nie prowadzi do niczego dobrego – dodał po chwili. – To, co się dzisiaj wydarzyło między wami, tylko potwierdza moje słowa, chyba zgodzicie się ze mną? – Pan Jan zerkał teraz w lusterko wsteczne na Ikę i Olkę. – Naszą przygodę możemy zacząć od Vogelsang, które jest jednym z najbardziej wyjątkowych miejsc w Elblągu. A tak się składa, że parę dni temu dostałem zlecenie wykonania projektu dla Nadleśnictwa. Spotkanie w tej sprawie zostało co prawda zaplanowane dopiero na jutro, ale myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pojawić się tam już dzisiaj i ciut się rozejrzeć. Dostałem od Nadleśnictwa przepustkę, więc wjedziemy bez problemu. Odkąd obok budynku rozpoczęto prace archeologiczne, nie można tam wchodzić bez specjalnego pozwolenia. Nadleśnictwo musiało wzmocnić ochronę, bo na terenie posiadłości pojawili się szabrownicy. Wygląda na to, że media zdążyły już zrobić wykopaliskom skuteczną reklamę.
– W sumie to dość dziwne, że dopiero po odnowieniu budynku archeolodzy przeczesują pobliski teren – rzucił niby mimochodem Kuba.
– Jesteś spostrzegawczy! – Mężczyzna spojrzał na chłopca z podziwem. – Też zastanawiałem się nad tym, dlaczego dopiero teraz zaczęli kopać.
– A ja myślę, że ta wycieczka to świetny pomysł – wypaliła niespodziewanie Ola. – Uwielbiam stare zabudowania. Mam wrażenie, że są jak wehikuły czasu.
– Cóż, w jakimś sensie tak właśnie jest – odparł mężczyzna dziwnie zmienionym tonem.
Atmosfera w samochodzie stała się znośniejsza.
– Czy wejdziemy na teren wykopalisk, czy tylko będziemy zwiedzać budynek? – dopytywał Kuba.
– Tego nie wiem, ale mogę się dowiedzieć – ciągnął mężczyzna z uśmiechem. – Jak to mówią: „Kto pyta, nie błądzi, lub błądzi inaczej”.
– Tato, a czy słyszałeś kiedyś historię Caspara Steina i Carla von Aignera? – zainteresował się Daniel.
– Czy słyszałem? – Kierowca zamyślił się przez kilka sekund. Zmienił bieg, skręcił w boczną ulicę i kontynuował: – W sumie to nie. Kiedyś czytałem jakieś informacje na temat planów związanych z renowacją posiadłości Vogelsang. Gdy faktycznie ruszyły prace w pomieszczeniach, pojawiła się wzmianka o tym, że Steina i von Aignera coś ze sobą łączyło. Dziwna sprawa. Jakby ktoś nie chciał ujawnić wszystkich informacji… Media zwęszyły jednak to i owo, i ostatnio zaczęto mówić o sprawie głośniej, tym bardziej że archeolodzy zainteresowali się Vogelsang i rozkopali teren pałacyku Nadleśnictwa Elbląg.
„Jakby ktoś nie chciał ujawnić wszystkich informacji…” – Te słowa długo jeszcze odbijały się echem w samochodzie.
Pan Jan uśmiechnął się szeroko. Najwyraźniej jego plan się powiódł i udało mu się zaintrygować dzieci wycieczką. Cieszyło go to, bo od przyjazdu Weroniki atmosfera w domu stawała się coraz trudniejsza. Nie był w stanie dotrzeć do dziewczyny. Jakby otoczyła się grubym, niewidzialnym murem! Unikała dłuższych rozmów, zwykle przesiadywała samotnie w pokoju, schodziła tylko na posiłki.
Mężczyzna spojrzał na twarz dziewczyny w lusterku i poczuł rozczarowanie. Przez ułamek sekundy miał nadzieję, że także Ikę zdołał zaciekawić. Dziewczyna jednak, w odróżnieniu od pozostałych, wydawała się nie być w ogóle zainteresowana rozmową. Wyglądała nienaturalnie, wpatrywała się obojętnie w poruszającą się za oknem przestrzeń. Zdawała się być nieobecna tak ciałem, jak i duchem.
„Co się dzieje w sercu tej dziewczyny, to tylko jeden Pan Bóg wie” – pomyślał zatroskany, skręcając w stronę Vogelsang.
Podróż przez miasto trwała niespełna piętnaście minut, ale Weronice wydawało się, że ciągnie się całą wieczność. Żar, który wylewał się na ulice i chodniki, skutecznie przegonił większość pieszych. Nieliczni desperaci, którzy chcieli koniecznie dotrzeć w sobie tyko znane miejsca, w poszukiwaniu cienia przemykali pod ścianami bloków, omijając nasłonecznione place.
W samochodzie pracowała klimatyzacja, więc Ika nie odczuwała gorąca lipcowego popołudnia. Właściwie to miała wrażenie, że przenika ją chłód. Nie był on jednak wywołany zimnym obiegiem powietrza w samochodzie.
Wszystko do niej wróciło.
W miejscu, w którym dawniej biło jej serce, teraz miała tylko pustkę. I choć nadal wyczuwała w ciele jego uderzenia, narząd pełnił już tylko funkcję pompy przetłaczającej krew. Zimno było wszechogarniające. Komórki jej ciała wydawały się uśpione, zastygłe jak w hipotermii.
Chciało jej się płakać, jak wtedy, kiedy dowiedziała się o chorobie mamy, a przecież nie mogła uronić ani jednej łzy. Wylała je już wszystkie. Każdego wieczoru, gdy miała pewność, że nikt nie widzi i nikt nie słyszy, chowała głowę pod poduszkę i łkała. „Mama… moja mama może umrzeć, a ja nic z tym nie mogę zrobić. NIC! Bo jestem nikim!”
W tamtym trudnym czasie bez oporu pogrążała się w otchłani złych myśli. I tylko rozmowy telefoniczne z Olą były w stanie na moment ją z niej wyrwać.
Ika nie od razu podzieliła się z przyjaciółką informacją o chorobie mamy. Dopiero na kilka dni przed przyjazdem odważyła się o tym wspomnieć. Od tego dnia Olka dzwoniła do niej jeszcze częściej, chcąc choć trochę poprawić przyjaciółce nastrój. Ika doceniała lojalność i wyrozumiałość Oli, ale telefony, choć częstsze, polepszały samopoczucie tylko na chwilę.
Tak naprawdę nikt nie był w stanie zrozumieć tego, co przeżywała. Poczucie osamotnienia i skrzywdzenia przez los zdawało się nie ustępować na krok. Sama musiała stawić czoła cierpieniu, które zagościło w jej sercu. Co gorsza, zdawała sobie sprawę, że nie jest wystarczająco silna, chociaż na zewnątrz starała się pokazywać, że jest inaczej. Czuła się słaba niczym trzcina na wietrze, który bez ustanku nią targa, próbując złamać. Nie dostrzegała nadziei tlącej się w oczach mamy, dzielnie walczącej z chorobą. Wolała uciec. Wszystko ją przygniatało. Tak, była tchórzem. Wiedziała o tym i ta świadomość jeszcze bardziej pogłębiała w niej smutek oraz poczucie bezsensu.
Konieczność pobytu u wujostwa niczego nie poprawiła. Wręcz odwrotnie! Wystarczyło, że Ika pomyślała o Danielu, a już robiło jej się niedobrze. Ciągła obecność kuzyna, który zawsze strugał lepszego i miał się za mądrzejszego, jawiła jej się jako dodatkowy koszmar. Zawsze to jemu wszystko wychodziło najlepiej. Czegokolwiek się nie dotknął, od razu stawało się lepsze, wręcz cudowne. Zazdrościła mu chyba wszystkiego: relacji, jakie miał z rodzicami, przestronnego domu, zabawek, gier, nawet psa, który trwał przy nim wiernie. A ostatnio do tej listy został dopisany jeszcze jeden punkt: patrzyła zawistnym wzrokiem na to, że ma zdrową mamę. Czuła się z tym źle, ale nie mogła wyzbyć się tej zazdrości. Jakie to wszystko jest niesprawiedliwe!
Od dziecka Ika dźwigała bagaż złych doświadczeń. Jeszcze przed diagnozą mamy świat wydawał się jej bezsensowny i okropnie pusty. Miała w sobie poczucie osamotnienia od zawsze.
Odkąd pamięta, jej rodzice dużo pracowali i byli mocno skupieni na swoich zawodowych karierach. Z Iką niemal w ogóle nie spędzali czasu, rzadko okazywali jej swoje zainteresowanie, serdeczność. Za to, zapewne chcąc zagłuszyć wyrzuty sumienia, spełniali najróżniejsze jej kaprysy, fundując drogie zabawki. Z biegiem czasu zastąpiły je pieniądze, zbyt szybko i zbyt bezmyślnie wydawane przez nią na ciuchy i modne gadżety.
Opiekę nad dziewczyną od jej niemowlęcych lat sprawowały przeróżne nianie, które znikały równie nagle, jak się pojawiały w jej życiu. Potem, w szkole, niemal każde popołudnie Ika spędzała poza domem, biorąc udział w rozmaitych dodatkowych zajęciach. Wszystkie wybierano oczywiście zgodnie z jej życzeniem. Koszty nie grały roli.
Dzięki przeładowanemu planowi dnia zwykle wracała do domu późno. Wieczory spędzała samotnie.
Ika wiecznie chodziła sfrustrowana i ciągle była z czegoś niezadowolona. Szybko się nudziła i rezygnowała ze swoich pasji. Sprawę pogarszała ustępliwość rodziców, którzy dla świętego spokoju zgadzali się na wszystko. I tak Ika miała już na swoim koncie kilka miesięcy nauki języka angielskiego, włoskiego oraz niemieckiego. Próbowała sił w klubie kajakarskim, pływackim oraz wspinaczki górskiej. Przez chwilę parała się tańcem klasycznym i breakdance. Do domu kultury chodziła na balet oraz naukę rysowania. A kiedyś nawet, bodaj za namową Oli, zapałała chęcią nauczenia się gry na pianinie, ale niestety także i to okazało się nietrafionym pomysłem. Im bardziej się angażowała, tym większe ponosiła fiasko i wyglądało to trochę tak, jakby z jakiegoś powodu nie mogła się odnaleźć w otaczającym ją świecie. Z jej perspektywy życie wydawało się pasmem niepowodzeń, stąd rozżalenie i wieczne pretensje.
Ika z każdym dniem stawała się coraz bardziej rozkapryszona i uciążliwa. Nie zdawała sobie jednak wówczas sprawy z tego, dlaczego wciąż czuje się nieszczęśliwa. Nie umiała tego nazwać do dnia, w którym jej mamę zabrało pogotowie. Jak dziś pamięta moment, gdy lekarz przekazał złą informację – rak żołądka.
Choć okoliczności były tragiczne, można by uznać, że to właśnie od tamtego momentu wszystko w życiu Iki nagle zaczęło się zmieniać na lepsze niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Zresztą nie tylko życie Iki… Życie całej trójki zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni! Ika dla rodziców nie była już zbędnym balastem, lecz wspaniałym darem. Nagle to, co dawniej dla jej rodziców liczyło się najbardziej, teraz zdawało się nie mieć znaczenia. Priorytetami stały się rodzina i dom – praca czy inne przyjemności nie mogły już z nimi konkurować.
Dopiero wówczas dziewczyna uświadomiła sobie, jak bardzo wcześniej brakowało jej mamy i taty. Trudne okoliczności pokazały jej, co liczy się w życiu naprawdę. Nie były już potrzebne dodatkowe zajęcia, ciuchy, nowiutki smartfon. Wystarczał czas spędzany wspólnie, nawet na głupotach.
We troje starali się nadgonić stracone chwile. Często i długo rozmawiali, przygotowywali oraz jadali wspólnie posiłki, a jeżeli mama czuła się nad wyraz dobrze, wybierali się też na długie spacery, wypełnione po brzegi śmiechami i dowcipami.
Niestety, gdy dziewczyna poczuła się naprawdę szczęśliwa oraz spełniona, stan zdrowia kobiety zaczął się drastycznie pogarszać i Ika zorientowała się, że dopiero co otrzymane szczęście za chwilę może jej zostać bezpowrotnie odebrane. Mama, którą tak bardzo kochała i bez której nie wyobrażała sobie życia, z każdym dniem coraz bardziej gasła…
Gdy Weronika dowiedziała się, że rodzice nie chcą jej zabrać do kliniki, w pierwszej chwili się wściekła. To jak to? Zamiast być z nimi w Niemczech, miała jechać do wujostwa i okropnego kuzyna? Choć unikała wszystkich i dawała do zrozumienia, że woli być sama, ciocia i wujek nie dawali jej spokoju. Daniel denerwował ją jeszcze bardziej. Zachowywał się nienaturalnie, przez co Ika czuła się jak napiętnowana. I jeśli miała jakiekolwiek złudzenia, że może jednak wszystko się ułoży, to dzisiejsza kłótnia rozwiała je wszystkie. Niby milszy kuzyn okazał się pozorantem. Grał tylko przed wszystkimi życzliwego. I na domiar złego siedziała teraz w jednym samochodzie z tym okropnym, niewspółczującym osobnikiem, jadąc nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. „Dobrze, że jest chociaż Ola” – pomyślała, wydychając ciężko powietrze.
Spojrzała na przyjaciółkę i posłała jej niepewny uśmiech. Mimo wszystko miała nikłą nadzieję, że w domu wujostwa znajdzie ukojenie. O tak, Olka rozumiała ją, wspierała i Ika widziała, jak stara się za wszelką cenę sprawić, by pobyt w Elblągu nie był dla niej udręką. Nieoczekiwanie dla niej samej poczuła żal, że wprawiła przyjaciółkę w zakłopotanie podczas ostrej wymiany zdań z Danielem. Poczuła, jakby ją zawiodła. Jaka szkoda, że nie utrzymała nerwów na wodzy i dała się ponieść emocjom. Niepocieszona wiedziała już, że będzie musiała jakoś spróbować to naprawić, przeprosić, nie tylko Olę, ale i pozostałych…
Zorientowała się, że przyjaciółka odwzajemniła jej uśmiech. „A więc nie gniewa się na mnie” – pomyślała i poczuła ulgę.
– No, jesteśmy – odezwał się wujek, który parkował właśnie samochód przed jasnym budynkiem.
Dopiero słysząc to, Ika uświadomiła sobie, że dotarli do celu wyprawy. Pogrążona w myślach, nawet nie zauważyła, kiedy zabudowania miejskie ustąpiły miejsca pojedynczym drzewom, a te zamieniły się w las. Nie słyszała rozmowy, którą wujek prowadził z Danielem podczas jazdy. Nie dostrzegła także, jak samochód skręcił w lewo, a później w prawo, by wjechać na drogę, przy której stała tablica oznajmująca: „Nadleśnictwo Elbląg – Lasy Państwowe. Witaj w VOGELSANG, gdzie teraźniejszość ma swój początek w przeszłości”.
„Jak tu pięknie” – pomyślała Ola, otwierając drzwi samochodu. Początkowo nie było jej w smak, żeby tego dnia zwiedzać starą posiadłość. Dopóki nie doszło do kłótni Iki z Danielem, bawiła się świetnie z przyjaciółką, a perspektywa oglądania koncertu Eda Sheerana na żywo była czymś, na co długo czekała i co bardzo ją ekscytowało. Wydawało się, że to będzie idealne popołudnie, ale jak zwykle coś musiało pójść nie tak.
Ola nie spodziewała się, że sprzeczka kuzynostwa zajdzie tak daleko. Przytoczone przez nich argumenty zmroziły ją, bo wiedziała, z czym mierzy się Ika. I choć choroba matki sprawiła, że Weronika jeszcze bardziej zamknęła się w sobie, Ola nieraz słyszała i widziała łzy przyjaciółki, była świadkiem jej bezsilności i wiedziała, jak bardzo jest nieszczęśliwa. Daniel najwidoczniej nie zdawał sobie sprawy z tego, co zrobił. Gdy jego tata wszedł do domu w kulminacyjnym momencie kłótni, marzyła tylko o tym, żeby się ewakuować, tymczasem przymuszono ją do wyjazdu w jakieś nieznane miejsce.
Dopiero rozmowa w samochodzie ciut ją rozluźniła i ku jej zaskoczeniu na tyle zaintrygowała, że początkowa niechęć zaczęła powoli przeradzać się w coraz większą ciekawość.
Ola uwielbiała muzea, starą architekturę i wszelkie eksponaty, które – choć dawniej były zwykłymi przedmiotami użytku codziennego – obecnie stanowiły bezcenne ogniwo łączące historię ze współczesnością. Tym zamiłowaniem zaraził Olę jej tata, nieugięty pasjonat historii, meloman-filatelista. Klaserów mógł mu pozazdrościć niejeden zbieracz znaczków, a zgromadzone przez niego okazy wyceniane były bardzo wysoko.
Gdy Ola była dzieckiem, ojciec w białych rękawiczkach, z pincetą w jednej, a z lupą w drugiej dłoni wielokrotnie pokazywał córce najcenniejsze zdobycze filatelistyki. Kiedyś specjalnie dla niej zakupił nawet kolekcję znaczków z Myszką Miki, wydaną przez wytwórnię Disneya. Już wówczas były one bardzo rzadko spotykane i do dzisiaj mają szczególne znaczenie sentymentalne – zarówno dla Oli, jak i jej taty.
Dziewczyna z coraz większą ekscytacją czekała na to, co miało zostać za chwilę przed nią odsłonięte. Wjeżdżając na gościniec nadleśnictwa, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że przekracza niewidzialną barierę, za którą roztacza się zupełnie inny świat. Jej jasnozłote włosy lekko unosiły się przy szybkich ruchach głowy, a burza loków często przysłaniała oczy, które przypominały bezchmurne letnie niebo. Wiele osób mawiało, że ona i jej brat wyglądają jak bliźnięta – faktycznie byli jak dwie krople wody. Jako rodzeństwo z reguły też dobrze się dogadywali i byli raczej zgrani. Tylko gdy zjawiała się Ika, a miało to z reguły miejsce podczas wakacji lub dłuższych przerw świątecznych, wszystko nagle ulegało zmianie. Często się wówczas kłócili z Kubą, czym doprowadzali rodziców do furii. Olka sama nie wiedziała, dlaczego tak się działo. Po prostu z chwilą, gdy Ika pojawiała się w pobliżu, zachowanie brata stawało się dziwne. Gołym okiem było widać, że Kuba nie podziela entuzjazmu siostry związanego ze stałą obecnością ciemnowłosej przyjaciółki w ich domu. Ola nie była w stanie tego zrozumieć. Zastanawiała się niekiedy, czy na brata nie miał złego wpływu Daniel, który po prostu nie cierpiał swojej kuzynki.
Olka zamknęła za sobą drzwi samochodu i… oniemiała z zachwytu. Przed jej oczami ukazał się w pełnej krasie krajobraz Bażantarni, dawniej zwanej Vogelsang. Szmaragdowe morze lasu szumiało napierającymi na siebie falami liści. Zdawało się, że lada moment wystąpi z brzegów i zaleje pobliski trawnik. Wszechogarniająca zieleń wpływała nawet na horyzont, który w promieniach słońca zatracał się, łącząc z błękitem nieboskłonu. Piękna przyrodzie przydawała obecność skrzydlatych mieszkańców lasu. Co chwilę z głębin drzewostanu dobiegały najróżniejsze dźwięki ptaków, które, niepomne na letni upał, dosłownie przekrzykiwały się nawzajem.
Oszołomiona roztaczającym się wokół krajobrazem Ola zwróciła wzrok w przeciwnym kierunku, gdzie znajdował się pałacyk Caspara Steina.
Usytuowanie budynku z pewnością nie było przypadkowe. Dzięki temu, że został wzniesiony na wzgórzu, goście ówczesnego zajazdu mogli cieszyć się niesamowitą panoramą Bażantarni. Jasna elewacja przywoływała skojarzenie ze statkiem łagodnie dryfującym po malachitowej tafli traw.
Zanim przekroczyli próg pałacyku, Ola łapczywie zlustrowała wzrokiem jego front, próbując zarejestrować najmniejsze detale.
Obecny biurowiec Nadleśnictwa składał się z dwóch brył przypominjących z lotu ptaka literę T. Jego ściany trzymały szczelnie w uścisku strzeliste kolumny z wieżyczkami, osadzone na każdym rogu budynku. Nadawały one charakter wyniosłości, ale także dziwnej lekkości.
Jednopiętrowy pałacyk na każdej kondygnacji miał wyjątkowo duże okna. Najwyżej usytuowano okrągłe świetliki, wyglądające zupełnie jak bulaje na statku. Budynek okalały dwa ażurowe zdobienia przypominające dwie białe taśmy. Dawało to złudzenie wsporników podtrzymujących w połowie i u szczytu stykające się bryły.
Wchodząc do biurowca, Ola zwróciła uwagę na jeszcze jeden szczegół, ledwie dostrzegalny na elewacji. Mianowicie nad drzwiami frontowymi znajdowała się płaskorzeźba przypominająca na pierwszy rzut oka herb. Widniały na nim zarysy czterech postaci: wołu, lwa, orła i anioła. To zestawienie wydało się jej dość dziwne. Z tego, co pamiętała na temat heraldyki, na herbach umieszczano niekiedy obok siebie wizerunki lwa lub orła, ale nigdy dotąd nie spotkała się z połączeniem czterech symboli jednocześnie, w dodatku takich, które przywoływały na myśl tak odmienne cechy.
