Tajemnica domu w Bielinach. Klub Kwiatu Paproci. Tom 1 - Katarzyna Berenika Miszczuk - ebook

Tajemnica domu w Bielinach. Klub Kwiatu Paproci. Tom 1 ebook

Katarzyna Berenika Miszczuk

0,0
27,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Pierwsza książka dla dzieci napisana przez autorkę słowiańskich bestsellerów! "Kwiat paproci" dla młodszych czytelników. Bohaterowie słowiańscy powracają w nowej serii Katarzyny Bereniki Miszczuk, tym razem dla starszych dzieci. Bo będzie się czego bać. Czy słowiańskie demony naprawdę istnieją? Znakomite połączenie wciągającej akcji z cenną wiedzą o Słowianach!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 154

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność



Podobne


Katarzyna Berenika Miszczuk

Tajemnica domu w Bielinach

Ilustracje Marcin Minor

Tekst © Katarzyna Berenika Miszczuk, MMXXI

Ilustracje © Marcin Minor, MMXXI

Wydanie I

Warszawa, MMXXI

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Dla Piotrusia, niech wszystkie Twoje przygody zawsze dobrze się kończą

***

Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku – wiem, że Wasza wyobraźnia nie ma granic. W związku z tym spróbujmy teraz stworzyć w niej całkowicie nowy świat!

Wyobraźcie sobie, że współczesna Polska wygląda nieco inaczej. Już nie jest Polską, ale Królestwem Polskim, ponieważ wiele wieków temu nasz władca Mieszko I nigdy nie przyjął chrztu. Przez to mieszkańcy naszego kraju ciągle wierzą w starych słowiańskich bogów takich jak Świętowit, Weles czy Mokosz, a słowiańskie demony nadal można zobaczyć kątem oka albo spotkać w głębi lasu. Poza tym zamiast do lekarza niektórzy wybierają się do mądrej Baby, czyli szeptuchy. A szeptucha oprócz dobrania lekarstw pomoże także magicznymi ziołami czy sprytnym zaklęciem. Zamiast Bożego Narodzenia mieszkańcy Królestwa Polskiego obchodzą Szczodre Gody. Malują jajka z okazji Jarego Święta, a nie Wielkanocy. Groby bliskich odwiedzają podczas Dziadów, które są słowiańskim świętem zmarłych. A miłości szukają w czerwcu podczas Nocy Kupały, a nie w lutowe, zimne walentynki.

Czytelnicy, jesteście gotowi na przygody? Wyobraziliście sobie już Królestwo Polskie? Jeśli tak, to podążajcie za Bogusią, Leszkiem, Tosią i Dąbrówką, zwariowanym rodzeństwem, które na własnej skórze przekona się, że świat dookoła nas skrywa mnóstwo tajemnic i magii.

Katarzyna Berenika Miszczuk

Rodzina Lipowskich

Mała Dąbrówka – niespełna roczna dziewczynka. Dopiero co nauczyła się chodzić, ale już zaczęła biegać. Nie mówi jeszcze dużo, ale umie powiedzieć stanowcze: „nie”.

Tomisława, czyli Tosia – ośmioletnia rezolutna dziewczynka, która uwielbia opowieści, ale bardzo nie lubi strasznych historii. W przyszłości chciałaby zostać sławną malarką bądź bibliotekarką.

Leszek – dziesięcioletni młodzieniec o bardzo analitycznym umyśle. Wszystko stara się zawsze logicznie wytłumaczyć. Jest przekonany, że każda zagadka ma swoje rozwiązanie. Chciałby w przyszłości zostać detektywem albo naukowcem.

Bogusława, czyli Bogusia – dwunastoletnia dziewczyna, marząca o pierwszej miłości. Uwielbia modę, taniec i kino. Nie przegapi żadnej filmowej premiery. Mimo swojej romantycznej natury nie wierzy w istnienie demonów i duchów.

Mama Kazia – na co dzień zajmuje się pracą zdalną, dzięki czemu mogła przeprowadzić się z dziećmi na wieś. Nie wierzy w czary i zjawiska paranormalne. Nie lubi się także modlić. Twardo stąpa po ziemi.

Tata Sławek – chociaż bardzo kocha swoje dzieci, został w Warszawie. A dlaczego tak się stało? O tym dowiecie się, jeśli będziecie czytać dalej.

Wafel – kremowy spaniel, pupil całej rodziny. Olbrzymi łasuch.

Ciocia Mirosława, zwana Babą Mirką – zagadkowa kobieta. W młodości była szeptuchą, pracującą w sąsiedniej wsi. Nigdy się nie ustatkowała. Na starość przeprowadziła się do Bielin, by zamieszkać w pobliżu przyjaciół. Cierpi na problemy z pamięcią.

Rozdział 1. Trudne początki

Ciotka ma Alzheimera.

Wiadomość była niepokojąca, głównie z powodu tonu, jaki miał głos mamy, gdy przedstawiła to odkrycie. Rodzeństwo stłoczone na kanapie spojrzało po sobie, a każdemu coś innego przyszło w tej chwili do głowy.

Najmłodsza Dąbrówka, która nawet nie miała jeszcze roczku, zastanawiała się nad tym, jak wyrwać siostrze z włosów kolorową spinkę w kształcie motyla. Wieść na temat ciotki nie zrobiła na niej najmniejszego wrażenia.

Wspomniana wyżej siostra, ośmioletnia Tosia, usiłowała odsunąć się poza zasięg lepkich łapek Dąbrówki. Interesowało ją, kim jest pan Alzheimer i czego chce od ciotki Mirki, ale nie na tyle, by znosić spokojnie zachowanie młodszej siostrzyczki.

Siedzący w samym rogu kanapy poważny dziesięciolatek Leszek gorączkowo zaczął się zastanawiać, czy Alzheimer to imię kota. Czytał niedawno o kocie Schrödingera, który jednocześnie istnieje i nie istnieje. Podejrzewał, że może i jakiś Alzheimer miał kota. Pytanie tylko… czy ten kot istniał?

Jedynie najstarsza, dwunastoletnia Bogusia, usiłująca utrzymać wierzgającą Dąbrówkę na kolanach, zrozumiała, iż ciotka jest po prostu chora, bo Alzheimer to nazwa choroby. A dokładniej nazwisko lekarza, który jako pierwszy opisał jej objawy.

– A czemu nas to interesuje? – zapytała rezolutnie Bogusia. – Przecież nie znamy dobrze ciotki Mirki. Nigdy jej nie widzieliśmy.

– Zaprosiła nas do siebie – oznajmiła mama.

– Kiedy jest chora? – zdziwiła się dziewczyna. – A czemu nas nie zaprosiła, kiedy była zdrowa?

Bogusia twardo stąpała po ziemi i łatwo umiała wykryć każdy przekręt. Całe to zaproszenie od samego początku wydawało jej się podejrzane.

– Kto to jest ten Alzheimer? – zapytała Tosia.

Poddała się i wyjęła z włosów spinkę, na co Dąbrówka zapiszczała radośnie i od razu wyciągnęła w jej stronę obślinione paluszki.

– To choroba. Ciotka choruje na głowę – wyjaśniła Bogusia. – Pewnie już oszalała zupełnie.

– To nie do końca tak. – Zafrapowana mama zdjęła okulary i podrapała się po nosie. – Ciocia Mirka chorowała już od wielu lat. Ma kłopoty z pamięcią. Mówiąc krótko, bardzo łatwo zapomina. Nigdy jednak nie była szalona, Bogusiu. Nie wolno tak mówić o nikim. To bardzo krzywdzące. Powinnaś się wstydzić. Choroba Alzheimera to nie jest szaleństwo. Ciocia przez nią po prostu nie pamięta, co ostatnio robiła.

– Słyszałam, jak wczoraj wieczorem rozmawiałaś przez telefon z babcią na jej temat i mówiłaś bardzo niefajne rzeczy– odparła Bogusia, idąc w zaparte. Zrobiło jej się głupio, że mama zwróciła jej uwagę, ale mimo wszystko nie zamierzała przepraszać.

Mama wzniosła oczy do nieba. Przyzwyczaiła się już, że w ich mieszkaniu ściany miały oczy i uszy. Ciężko było utrzymać jakikolwiek sekret przy czwórce ciekawskich dzieci.

– Masz rację. Nie powinnam była plotkować z babcią. To też bardzo brzydko. A co do cioci, to zawsze była… specyficzna – powiedziała. – Jest, a raczej była, szeptuchą. To chyba główny powód jej drobnych… dziwactw. Gdy byłam młodsza, czasem jeździłam do niej na wakacje, żeby pooddychać świeżym, wiejskim powietrzem. Faktycznie trochę się wtedy napatrzyłam, ale to też były zupełnie inne czasy. Kiedyś szeptuchy częściej lubiły korzystać z ludzkiego strachu przed zabobonami.

– Zabobonami? – zapytała Tosia.

– Czyli przed przesądami. Przesądy to wiara w coś, co nie do końca jest prawdą. A dokładniej zabobony to próby wytłumaczenia czegoś, czego się nie rozumie. Na przykład kiedyś, dawno temu uważano, że choroby można złapać przez białych albo zimnych ludzi. To były takie małe stworki żyjące w kałużach, które mogły wejść do buta. Teraz już wiemy, że choroby powodują bakterie i wirusy, które widać pod mikroskopem, a nie słowiańskie demony – wyjaśniła mama. – Innym dobrym przykładem jest udar cieplny, czyli przegrzanie. Kiedyś wierzono, że jak ktoś pracuje w polu o godzinie dwunastej, kiedy jest najcieplej, to może spotkać demona południcę i ona zrobi mu krzywdę. A to nieprawda. Praca w południe, w słońcu, powoduje odwodnienie i udar cieplny.

– Czyli szeptuchy kłamały? – dopytał Leszek.

– Nie, bo one wtedy jeszcze nie wiedziały, że istnieją bakterie. A nawet jeśli wiedziały, to łatwiej było wyjaśnić ludziom niebezpieczeństwo pracy w polu w pełnym słońcu na przykładzie południcy. Obecnie na szczęście już się od tego odchodzi. Szeptuchy kończą normalne studia medyczne i nie wmawiają ludziom istnienia rzeczy, które należą do sfery bajek – odpowiedziała mama. – A wracając do tematu dyskusji: ciocia Mirka należy do naszej rodziny, więc pojedziemy ją odwiedzić!

– A kim ona tak właściwie dla nas jest, ta ciotka? – zapytała Tosia, najbardziej ciekawska z całego rodzeństwa.

Mama zastanowiła się, zanim odpowiedziała:

– To nasza bliska rodzina, zdaje się… Wysyłamy sobie zawsze kartki na Szczodre Gody. Dzwoni w wasze urodziny.

Po chwili doszła do wniosku, że siostra żony brata wnuka siostry prababci ojca chyba jednak niekoniecznie jest tak bliską rodziną, jak jej się początkowo wydawało. Niemniej nie zmieniła zdania.

Wyjazd był przesądzony.

– A kiedy jedziemy? – chciał wiedzieć Leszek.

– Zaraz po zakończeniu roku szkolnego.

– O nie! – krzyknęła zrozpaczona Bogusia. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że spędzimy wakacje na wsi?! Obiecaliście z tatą, że w tym roku pojedziemy nad morze!

Na wspomnienie taty mama zacisnęła mocno usta i nerwowo poprawiła okulary. Bogusia poczuła, jak żołądek zakręca jej się w supeł. Zapomniała, że przy mamie lepiej o nim nie wspominać. Odkąd tata się wyprowadził, minęło już kilka miesięcy, ale ciągle wzbudzało to duże emocje.

Bogusia zerknęła szybko na młodsze rodzeństwo. Leszek nie zmienił wyrazu twarzy. Zdawał się analizować całą sytuację. Tosia wykrzywiła na chwilę usta w podkówkę. Bardzo tęskniła za tatą. Dąbrówka nadal gaworzyła do spinki. Ona na szczęście jeszcze niczego nie rozumiała.

Mama uśmiechnęła się z trudem.

– Będziemy musieli zmienić nasze plany – oświadczyła. – Zobaczycie, będzie fajnie!

***

Stało się to, czego Bogusia obawiała się najbardziej. Wyjazd nad morze nie doszedł w ogóle do skutku.

Wyszło na to, że całe wakacje spędzą u cioci Mirki w jej domu pod lasem, na samym końcu niewielkiej wsi o nazwie Bieliny. Po pewnym czasie, ku rozpaczy dzieci, okazało się, że najprawdopodobniej spędzą tam nie tylko wakacje.

Leszek zdołał znaleźć Bieliny na mapie w internecie. Wieś znajdowała się niedaleko Kielc, tuż obok Świętokrzyskiego Parku Narodowego i Łysej Góry.

Sześcioosobowy ford był zapchany do granic możliwości. Każdy członek rodziny siedział przypięty pasem na swoim miejscu, a wszelka przestrzeń między nimi wypełniona była pakunkami. Wiernego towarzysza rodziny, kremowego spaniela o imieniu Wafel, mama przypięła i usadziła na podłodze przed przednim siedzeniem. Miał tam położony koc i ulubioną zabawkę do gryzienia. Za samochodem podskakiwała na wybojach mała przyczepka wyładowana walizkami i kartonami.

– Będzie bardzo fajnie, zobaczycie! – przekonywała po drodze mama. – To prawdziwa przygoda!

Najbardziej skrzywdzona wyjazdem Bogusia nie odpowiedziała. Nie miała ochoty przeprowadzać się na wieś. Nie chciała zostawiać w Warszawie wszystkich swoich koleżanek. Obraziła się na rodziców i obiecała sobie, że przez całe wakacje się do nich nie odezwie. Mamę miała na miejscu, więc zamierzała ją ostentacyjnie ignorować. Z kolei gdyby tata zadzwonił, to miała zamiar odrzucać wszystkie połączenia albo prychać z pogardą w słuchawkę. Jeszcze nie zdecydowała, co byłoby lepsze.

– Ciocia naprawdę nie może poradzić sobie sama? – zapytał Leszek. – Do tej pory sobie radziła.

– Jest jej bardzo ciężko. Pomagali jej sąsiedzi, ale ile można wymagać od obcych ludzi? Rodzina to zawsze rodzina. Słuchajcie, jesteśmy jej to winni. Poza tym… – zawahała się mama – poza tym to dla nas również szansa.

Siedząca za fotelem kierowcy Bogusia nadstawiła uszu.

– Dom na wsi, podobno niedawno został wyremontowany, do tego pola, kawał lasu. To jak wygrana na loterii – zachwalała mama. – Ciocia chce nam to wszystko oddać. W zamian prosi, żebyśmy się do niej wprowadzili. Dzieciaki, damy sobie radę. Ja mogę pracować zdalnie. Raz na jakiś czas będziemy musieli wrócić do Warszawy podpisać trochę dokumentów, odwiedzić stare śmieci, a poza tym pełna sielanka. Życie na wsi to będzie prawdziwa przygoda. Pomyślcie o tym, ile tam będzie miejsca! Każde z was dostanie swój pokój, będzie ogród. Poza tym z daleka od warszawskich spalin i smogu na pewno wszyscy będziemy dużo zdrowsi.

W Bogusi się zagotowało. Ona w żadnym razie nie chciała mieszkać na wsi, ale jej, oczywiście, nikt nie zapytał o zdanie. Poza tym dobrze wiedziała, że mama nie mówi całej prawdy. Nie było już „starych śmieci”, do których mogliby wrócić. Rodzice sprzedali ich mieszkanie. Tata przeprowadził się do nowego lokum, do nowej rodziny. A oni mieli wyjechać do cioci.

Na zawsze.

Zerknęła na młodsze rodzeństwo, które chyba nie do końca rozumiało powagę sytuacji. Ona natomiast doskonale wiedziała, czym jest rozwód rodziców. Szybko odwróciła się do okna, żeby nikt nie zobaczył jej łez. Miała żal do rodziców, że się rozstali. Do mamy, że postanowiła wyjechać, i do taty, że założył sobie nową rodzinę. Zupełnie jakby ta stara już mu nie wystarczała.

Jakby Bogusia nie była mu już potrzebna.

– Śpiewamy? – zawołała wesoło mama i zaintonowała jedną ze znanych dzieciakom piosenek.

Młodsze rodzeństwo ochoczo przyłączyło się do zabawy. Bogusia odchrząknęła i też zaczęła mruczeć pod nosem. Lubiła piosenkę o zakochanej rusałce.

Po jakimś czasie droga do Bielin coraz bardziej się wszystkim dłużyła. Za szybami samochodu widać było tylko niekończące się pola uprawne i sady, które niespodziewanie zamieniły się w las. Nagle zrobiło się ciemniej.

Bogusia zafascynowana wpatrywała się w gąszcz roślin. W którymś momencie minęli znak drogowy ostrzegający przed jeleniami, które mogą wchodzić na szosę.

– Jaki dziwny las! – zawołał Leszek. – Taki ciemny!

– Jesteśmy już blisko – stwierdziła mama. – To chyba puszcza w pobliżu Bielin. Ciągnie się aż do Łysej Góry. Podobno we wszystkie święta spotykają się tam okoliczne szeptuchy i wróżowie.

– Wyjaśnijcie mi jeszcze raz, kim w zasadzie są te szeptuchy – poprosiła Tosia. – Już wiem, że mówią ludziom o zabobonach. A co jeszcze robią?

– W Warszawie się u nich nie leczyliśmy, bo chodziliśmy do lekarza – pospieszył jej z wyjaśnieniem starszy brat. – Szeptuchy to takie jakby lekarki, tylko na wsi.

– Nie tylko lekarki – dodała Bogusia i złowieszczo zniżyła głos. – Podobno umieją też czarować i rzucać klątwy!

– Naprawdę? – pisnęła Tosia.

– Nie – odpowiedział Leszek i karcącym wzrokiem spojrzał na Bogusię. – Szeptuchy to bardzo miłe panie. To lekarki.

Za oknami samochodu ciągle przesuwały się stare, wysokie drzewa. Pomiędzy nimi zalegał mrok, sprawiając, że dzieci nie mogły zajrzeć zbyt daleko między rośliny. Tak naprawdę wszystko mogło czaić się za starymi, grubymi pniami.

– I ten las będzie nasz? – dociekał chłopak.

– Na pewno jakaś jego część – odparła mama. – Tak przynajmniej wynikało z dokumentów.

Bogusia zerknęła na Tosię. Dziewczynka nie była zachwycona widokiem. Na jej buzi wyraźnie malowały się wątpliwości.

– Ciemno w tym lesie – wyszeptała.

Starsza siostra złapała ją za rękę.

– Spokojnie, mała. Zaraz stąd wyjedziemy i będziemy we wsi – pocieszyła ją.

Tak się niebawem stało. Las urwał się, jak gdyby ktoś postawił niewidzialną granicę pomiędzy nim a kolejnymi polami. Od razu zrobiło się także dużo jaśniej. Oczom wszystkich ukazały się pojedyncze domki, rozrzucone wśród pól i sadów. Te znajdujące się daleko wyglądały, jakby były zbudowane z klocków.

– Moi drodzy, właśnie wjechaliśmy do Bielin! – poinformowała ich zadowolona mama, gdy minęli zieloną tabliczkę z nazwą wsi.

Im głębiej wjeżdżali, tym więcej budynków stało przy głównej drodze. Niemniej wioska wydawała się czwórce rodzeństwa maleńka po całym życiu spędzonym w Warszawie. Droga wiodła raz w górę, a raz w dół. Dzieci przyglądały się w oszołomieniu nielicznym mieszkańcom spieszącym w ważnych dla siebie sprawach. Na odnodze bocznej drogi mignęła im grupa nastolatków grających w piłkę nożną.

– Spójrzcie do przodu. Już widać zabytkową chatę, w której kiedyś mieszkał lokalny żerca, czyli wróż. Za nią musimy skręcić w lewo i jechać aż do końca ulicy – powiedziała mama.

Widok Bielin jeszcze bardziej przygnębił Bogusię. Nie zauważyła nigdzie żadnego centrum handlowego ani kina. Na najwyższym wzniesieniu górowała nad wsią mała drewniana świątynia. Wyglądała na nową. Prowadziła do niej wysypana żwirem ścieżka, po której bokach rosły kwiaty.

Za świątynnym wzgórzem rozciągał się nieduży cmentarz, otoczony przez szpaler cisów. Wejścia na cmentarzysko strzegła stara, żelazna brama.

– Jak z horroru – zauważył Leszek.

– Nie mów tak – poprosiła Tosia.

– Zobaczysz, w nocy na pewno wychodzą z niego żywe trupy, żeby pożerać ludzi – straszył ją dalej.

Tosia wygięła usta w podkówkę, a po jej policzkach pociekły łzy wielkie jak grochy. Bogusia trzepnęła brata po ramieniu.

– On tylko żartował. Zombi nie istnieją – powiedziała uspokajająco, a następnie dodała. – Nie to co wredne szeptuchy!

– Oboje jesteście wstrętni! Nie odzywam się do was!

Bogusia zachichotała i obejrzała się przez ramię, żeby po raz ostatni rzucić okiem na stary cmentarz. Przez chwilę wydawało jej się, że dostrzegła pomiędzy drzewami sylwetkę człowieka.

– Kochani, już prawie jesteśmy! – zapowiedziała mama wesołym głosem.

Bogusia spojrzała przez przednią szybę. Pomiędzy cmentarzem a ich przyszłym domem rozciągały się łany łąk. Dalej stał dom i nieduża obórka. Wyglądało na to, że tak naprawdę będą mieszkać pod Bielinami, a nie w samej wsi.

– Super! Najbliżej mamy do cmentarza! – ucieszył się Leszek.

Rozdział 2. Skrzypi i piszczy

Dzieci w ciszy wysiadły z auta. Tak samo milcząca była mama. Wszyscy w osłupieniu przyglądali się zaniedbanemu budynkowi. Jedynie Wafel, uszczęśliwiony, że wreszcie mógł wydostać się z auta, zniknął gdzieś na podwórku. Zza wysokiej trawy, która zarastała cały ogród, było widać tylko czubek jego kremowego ogona.

– Mówisz, że był niedawno wyremontowany…? – zapytała powoli Bogusia.

– Hm, nie rozumiem. Nasz adwokat przyjechał tu, zanim przywiózł dokumenty. Nie mógł przestać zachwycać się budynkiem. – Oszołomiona mama ciągle nie mogła uwierzyć w to, co widzi. – Nie zrobił co prawda żadnego zdjęcia, ale dlaczego miałby kłamać? Znamy się przecież od liceum. Nie oszukałby mnie. Wszystko miało być wyremontowane. Tak się zachwycał…

– A na pewno dobrze trafiliśmy? Może to jednak nie ta działka? – zasugerował Leszek. – Nigdzie nie ma tabliczek z nazwami ulic, pewnie powinniśmy jechać gdzie indziej.

– Mówiłaś, że kiedyś przyjeżdżałaś do cioci. Wiesz, jak byłaś mała – zauważyła Bogusia.

– Tak, ale nie do tego domu. Wtedy ciocia mieszkała po sąsiedzku, w Hucie Nowej.

Budynek w żadnym razie nie przypominał domu, o którym mama słuchała od adwokata, swojego dawnego kolegi ze szkolnej ławki. Przyjaciel opowiadał o białej elewacji, ciemnozielonych okiennicach, kolorowych witrażach w górnej części każdego okna na parterze, dwóch ceglanych kominach nad stromym dachem, sterczących niby królicze uszy, oraz o pięknym, zadbanym ogrodzie.

Opis nie mógł bardziej mijać się z prawdą.

Elewacja budynku była szara i miejscami popękana. Okiennice musiały kiedyś mieć kolor zielony, ale obecnie bliżej było mu do brudnego brązu. Dodatkowo kilka z nich było oderwanych i wisiało smętnie na jednym zawiasie, bujając się na wietrze. Okna były tak brudne, że ciężko było dopatrzyć się w nich witraży. Zgadzało się jedynie położenie kominów. Jednak zamiast sprawiać urocze wrażenie króliczych uszu, w połączeniu z ciemnymi oknami upodabniały dom do potwora, który przycupnął w mroku, tuż na granicy lasu, by rzucić się na niczego niepodejrzewające ofiary i je połknąć.

Ogród także sprawiał wrażenie bardzo zaniedbanego. Wysoka do kolan, wyschnięta trawa, mnóstwo pokrzyw i zardzewiała huśtawka ogrodowa wyglądały nadzwyczaj ponuro.

– Bogowie, trzeba to wszystko skosić! – Mama mocniej przytuliła malutką Dąbrówkę. – Tu mogą być żmije.

Wszystkie dzieci poza Dąbrówką się przeraziły i odruchowo przysunęły bliżej samochodu.

– Spokojnie. Na pewno wszystko da się jakoś logicznie wyjaśnić. Może to faktycznie nie jest ten dom? Proponuję zapukać i zapytać właściciela, gdzie mieszka ciocia Mirka – powiedziała mama po tym, jak kilka razy odetchnęła głęboko. – Zaraz wszystko będziemy wiedzieć.

Dzieci już się do tego przyzwyczaiły. Mama zawsze oddychała głęboko, usiłując się uspokoić. Nie lubiła na nikogo krzyczeć. Kilka lat temu, kiedy ekspres do kawy się popsuł, odetchnęła kilka razy i wróciła do naciskania guzików, zamiast przywalić mu pięścią, jak wcześniej zrobił tata.