Opis

Wybór opowiadań Marka Hłaski ze wstępem Radosława Młynarczyka, odkrywcy słynnego „Wilka” – debiutanckiej powieści jednego z największych buntowników PRL-u, która na wydanie drukiem musiała czekać ponad 60 lat.

Wybór opowiadań zawiera m.in.: „Pamiętasz, Wanda”, „Trudna wiosna”, „Umarli są wśród nas”, „Brat czeka na końcu drogi”, „Krzyż”, „Gawęda staromiejska”, „Amor nie przyszedł dziś wieczorem”, „Miesiąc Matki Boskiej”, „Szukając gwiazd”, „Powiedz im, kim byłem”, „Opowiem wam o Esther”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 343

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt graficzny: Andrzej Barecki

Opieka edytorska: Agnieszka Dziewulska

Korekta: Bogusława Jędrasik

Zdjęcie na okładce:

Agnieszka Osiecka/Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej

Copyright © by Agnieszka Czyżewska-Stempa, Małgorzata Wolf

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN: 978-83-244-1062-0 (EPUB), 978-83-244-1062-0 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

[email protected]

iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wstęp

Prezentowany wybór opowiadań Marka Hłaski ma charakter reprezentatywny. Znajdują się w nim zarówno młodzieńcze próby, jak i utwory z okresu izraelskiego. Czytelnika przyzwyczajonego do cynizmu i ahistoryczności pisarza zaskoczyć może obecność takich tematów jak romantyczna miłość (Pamiętasz, Wanda, Opowiem wam o Esther) czy okupacja hitlerowska (Miesiąc Matki Boskiej, Szukając gwiazd). Kilkanaście lat różniących opowiadanie najwcześniejsze od najpóźniejszego świetnie ilustrują nie tylko ewolucje języka i środków wyrazu, ale także osobistych doświadczeń Hłaski, dotkliwie przeżywającego emigrację. Dzięki szerszej perspektywie możliwe jest całościowe spojrzenie na różne odcienie twórczości autora Zbiega, co nierzadko prowadzi do zaskakujących odkryć.

Rozpoznawalność utworów Marka Hłaski bazuje raczej na brutalnie fizycznej stronie miłości niż jej uwznioślonych fantazmatach. Tymczasem Pamiętasz, Wanda to piękne, ciepłe, momentami może nawet ckliwe opowiadanie o gorącym młodzieńczym uczuciu. Opowiem wam o Esther to z kolei słodko-gorzki list miłosny wykrzyczany do kobiety, której cień wciąż góruje nad spaloną słońcem ziemią obiecaną. Zestawienie tych utworów uwydatnia niesamowity kontrast pomiędzy osiemnastoletnim początkującym pisarzem a doświadczonym, cynicznym mężczyzną. Warto także zwrócić uwagę na niezwykle interesującą technikę, zastosowaną przez Hłaskę w opowiadaniu izraelskim. Partie narracyjne przerywane są strumieniem świadomości, owym rozpaczliwym, chaotycznym listem do Esther.

Tematu wojny i okupacji Hłasko konsekwentnie unikał. Należał do pokolenia wojennego (przynajmniej do młodszej części, zbyt młodej, by walczyć, lecz wystarczająco rozwiniętej, by przeżywać), doświadczenie hekatomby nie stanowiło jednak czynnika konstytuującego jego późniejszą świadomość. Stąd niemal całkowita nieobecność tego tematu w twórczości Hłaski, co wyróżniało go spośród rówieśników i starszych kolegów po piórze. Niemal, ponieważ napisał dwa opowiadania tyleż nawiązujące, co demitologizujące obraz wojny.

Miesiąc Matki Boskiej dość brutalnie prostuje idealizowane wyobrażenie o Armii Krajowej. Polskie podziemie to u Hłaski nie prężni młodzieńcy z biało-czerwonymi opaskami na ramionach, bohatersko odbijający więźniów z Pawiaka czy wysadzający tory kolejowe, lecz kilku nastolatków, niemal dzieci, wymierzających kobiecie sprawiedliwość za utrzymywanie kontaktów seksualnych z okupantem. Partyzantkę w Miesiącu Matki Boskiej wyróżniają lęk, zakłopotanie i surowe kary za wszelkie odstępstwa od zasad walki i przetrwania w pogrążonym w chaosie kraju. Hłasko bez sentymentów rozprawia się z romantycznym mitem inicjatyw narodowowyzwoleńczych, szukając wśród żołnierzy zwykłych ludzi z opowiadań Jerzego Stefana Stawińskiego, a nie opiewanych w pieśniach herosów.

Szukając gwiazd utrzymane jest w konwencji baśni, co łagodzić ma przekaz niezwykle trudnego tematu Zagłady. To przypowieść o przyjaźni dwojga dzieci przerwanej przez tytułowych poszukiwaczy gwiazd jak metaforycznie określani są naziści tropiący ukrywających się Żydów (zmuszanych do noszenia na ramieniu gwiazdy Dawida). Łagodna forma przekazu zawiera walory niemal edukacyjne, Szukając gwiazd może być tekstem kanonicznym, uświadamiającym o okrucieństwie holokaustu.

Interesująca zawartość niniejszego tomu wykracza rzecz jasna, poza przybliżone pokrótce opowiadania. Reprezentatywne wydają się także hołd dla przedmieścia w Zbiegu, studium podłości ludzkiej w Brat czeka na końcu drogi, fantastyczna przekorność w opisie przymusowej służby wojskowej (Amor nie przyszedł dziś wieczorem) czy refleksja nad ulotnością bytu w Powiedz im, kim byłem. Kluczem do interpretacji tekstów jest jednak ich przekrojowość – fakt, że tworzył je pisarz z odmiennym doświadczeniem, umiejętnościami warsztatowymi i wartościami. Utwory stanowią wgląd w życiopisanie Hłaski: od nieopierzonego socjalisty-idealisty do nieco zgorzkniałego, przepełnionego tęsknotą dojrzałego mężczyzny, ani pięknego, ani dwudziestoletniego. Niezmienne pozostają jedynie uniwersalność opowiadań oraz wielość i dowolność ich odczytań. Z perspektywy XXI wieku dylematy postaci sportretowanych w Namiętnościach, Trudnej wiośnie czyStacji pozostają w kręgu problematycznym współczesności, ponieważ opowieści Hłaski to historie raczej idei i dramatu niż konkretnych bohaterów i realiów. Dzięki temu nie podlegają przedawnieniu i pozostają nienadszarpnięte zębem czasu.

Radosław Młynarczyk

Pamiętasz, Wanda

Daleko w ciemność wybiega nasza ulica. Jest to właściwie taka sama ulica, jakich dziesiątki są w naszym i innym mieście, a jednak... Jej domy ze zmrokiem tracą swój zarys, w dzień wrzynają się w jasne niefrasobliwe wiosenne niebo; w podwórkach na balkonach wiszą kolorowe bety... więc właśnie taka normalna zwykła ulica, nie ma w niej nic zgoła nadzwyczajnego: ani ładna – ani brzydka. Często pytam: co mnie tak wiąże z tą zwykłą ulicą? Nie umiem sobie na to odpowiedzieć. Dalekie światła Dworca Gdańskiego mrugają niepewnie: zielone, niebieskie. Wyje gdzieś daleko parowóz, rozdziera gwałtownie ciszę wieczorną tak niespodziewanie, że aż drgnęłaś i przytuliłaś się silniej do mnie. Teraz już właśnie wiem, właśnie teraz, gdy idziemy razem, gdy widzę twój łagodny profil z zadartym noskiem, jasne włoski, które rozwiewa wieczorny wiatr – wiem, dlaczego kocham tę zwykłą ulicę, dlaczego kot miauczy przyjaźnie, dlaczego przykro mi jest, gdy widzę płaczące dziecko, jak podnosi brudne piąstki do oczu – to wszystko właśnie dzięki Tobie.

Może nawet sama się nie domyślasz, gdy tak idziesz koło mnie w swojej powiewnej sukieneczce, machając zerwaną gałązką. Nie, nie możesz się domyślać, jak bardzo Cię kocham. Ciebie, twoje włosy, kiść bzu w Twojej ręce. Czuję łagodne ciepło Twojego ramienia, przytulam policzek do Twoich jasnych, miękkich włosów, chłonę nozdrzami ich delikatny, cierpki zapach, w milczeniu ściskam Twoją małą, ciepłą dłoń. Kochamy się, jest nas dwoje, a przecież tworzymy jednego człowieka, myślimy razem, czujemy razem: jest nam dobrze. Idziemy razem przytuleni do siebie, nie widzimy mijających nas ludzi, wyskakujemy spod przejeżdżających samochodów; ten mały grubas, który wpadł na nas, jest taki zagniewany. Ze złością poprawia okulary, mruczy coś pod nosem, dlaczego? Śmiejemy się trochę z niego – trochę do siebie. Stajemy na wiadukcie Gdańskiego Dworca, szepczesz: „Wyjmij rękę z kieszeni”. Wpatrujemy się w migocące kolorowe światła semaforów, stoimy cichutko przytuleni do siebie, aż spłoszył nas znowu jękliwy ryk parowozu. Schodzimy na dół; mija nas grupa robotników z metra: chudy i wysoki jak tyka chmielowa zajrzał Ci w twarz i cmoknął z uznaniem, ładna jesteś.

Przytulasz się oburzona do mnie, a ja chętnie ucałowałbym go. Ludzie patrzą za nami z sympatią, znajomy dozorca kłania nam się, przez chwilę rozmawiamy z nieznajomym łysym panem, który prosi mnie o ogień. On uchyla kapelusza, ja w zakłopotaniu targam swoją rozwichrzoną czuprynę i znów, idziemy razem.

Pomyśl sobie, jak to cudownie, że nie czujemy się obco i wrogo wśród tych wszystkich ludzi, spraw, maszyn. Że wszystko jest nasze: chłodny asfalt ulicy, po którym idziemy, niebo, które ma teraz kolor Twoich oczu, drzewo, z którego zerwałaś przed chwilą gałązkę akacji i wróżysz z niej: „Kocha, nie kocha...”, wyrywam ci ją z ręki – kocha, przecież kocha. Śmiejesz się i ja się śmieję. Czeka nas nasz dom, w którym wszystko jest piękne, nawet ten mały kulawy stolik, któremu codziennie przybijamy nogę. Zamek w drzwiach chrobocze tak swojsko.

Stoimy teraz obok siebie na balkonie, ogarniam Cię ramieniem, odsuwasz się łagodnie, szepcząc: „Csss, Malinowska patrzy”. Śmiejąc się, całuję twoje ciepłe usta, na sąsiednim balkonie Malinowska mruży oczy.

Pod nami miasto usypia. Koń grzechocze podkowami po bruku, dozorca ze zgrzytem zamyka naszą bramę, mąż Malinowskiej wślizguje się jak piskorz, aby nie płacić nocnego. Kierowca klnąc, zamyka maskę nawalonego samochodu i patrzy w niebo, jakby stamtąd oczekiwał pomocy w naprawie. Zapada noc, pomału wykreśla z pola naszego widzenia ulice i place, pachnie słodko bez, dentysta gra na pianinie i śpiewa swym beczącym głosem. Gwiazdy, które zapalają się na niebie, migocą w Twoich oczach. Milczymy. Silnik zaskoczył, kierowca z zadowoleniem trzaska drzwiami, żona woła dentystę na kolację, dziecko sąsiadki zaczyna swoją cowieczorną serenadę. A nasza miłość nie kończy się o świcie, będzie trwać wiecznie, będzie mocna jak ci ludzie, z którymi pójdziemy rano do pracy, prawda? A pamiętasz? Widzę, że pamiętasz, przytulasz się w milczeniu do mnie, czuję, że nie chcesz tych wspomnień, że nie chcesz psuć tego wieczoru pachnącego bzami. Słyszysz ten daleki żabi rechot, bzykanie koników polnych? No dobrze, nie będziemy wspominać.

Rustecki pobiegł w pośpiechu do okienka. Gdy śpieszył się i biegał po podwórku, jego kulawa noga, zataczająca niezdarne kręgi, działała nader sprawnie.

– Wszyscy już wyjechali? – wyrzucił z siebie jednym tchem. Dyspozytor Kokoszka, stateczny, powolny, o obwisłym brzuchu, spojrzał na tablicę.

– Jeszcze Stefana nie ma.

Techniczny zaklął.

– Pewno znowu się zachlał. To jest człowiek, jak Boga kocham.

– Zaraz nadejdzie – mruknął dyspozytor.

W tej chwili w okienku pojawiła się głowa Stefana.

– Sto siedem – podał numer wozu.

Rustecki spojrzał na jego bladą, pomiętą twarz z podpuchniętymi oczami i trącił Kokoszkę w bok.

– A co, nie mówiłem? Znowu po pijaństwie.

– No i co mu pan zrobisz? – pyta obojętnie Kokoszka.

– Wyrzucę, na zbity pysk.

Kokoszka wzruszył ramionami.

– Nie wolno mu?

Stefan podszedł do wozu. W głowie szumiało mu jeszcze po wczorajszej pijatyce, pod powiekami czuł piasek. Błędnie sprawdził oliwę, zapuścił silnik i nie czekając na rozgrzanie, ruszył z miejsca. Rustecki spojrzał za nim ze złością.

– On zapiłuje tego dżemsa, zobaczysz pan.

Dyspozytor uśmiechnął się zgryźliwie.

– Chcecie młodzież – macie młodzież.

Stefan leciał przez puste jeszcze ulice. Z bazy na port handlowy miał ładne parę kilometrów. Spojrzał na zegarek: dochodziła szósta. Był już spóźniony, dodał gazu, aż donośny gong silnika przeszedł w jednostajny buczący jęk. Opuścił przednią szybę – powietrze silnym strumieniem uderzyło mu w twarz i potargało włosy. Może otrzeźwieję trochę – pomyślał. – Ile tego wczoraj było, cholera. I jak to było potem? Stasiek już całkiem trup, Henek kupił jeszcze flaszkę, a dalej? Dalej rozwiewało się. Czyjeś zamazane twarze, skrzeczące głosy, dobiegające przez mgłę, obcy własny głos, ranne przebudzenie w butach, w ubraniu.

Z nieprzepisową szybkością wjechał na teren portu, aż strażnik na bramie zachłysnął się z oburzenia. Podstawił wóz pod rampę i ruszył na poszukiwanie Henka. Znalazł go w kącie magazynu, jak zlewał pod kranem swoje jasne, aż do przesady barankowe włosy. Uderzył go w plecy, aż tamtemu woda poleciała za koszulę.

– No jak, Heniu, kak pażywajesz?

Pękała wyszczerzył w uśmiechu swoje drobne mysie zęby.

– Daj ty spokój, ale było tego wczoraj. Chyba ze dwa litry. A Stasiek – trup.

– Nie ma go dzisiaj w robocie?

– A skąd. Szewski poniedziałek sobie zrobił. A ty, jak się czujesz?

Kamiński usiłował się uśmiechnąć.

– Jak złoto. Ale trzeba będzie się chyba zaprawić, co?

Wysupłali z kieszeni ostatnie drobne. Henek skrzywił się.

– Starczy?

– Musi. Na czterdziestkę starczy, skocz, Heniu.

Wstrząsając się, pili, ukryci w kącie magazynu. Zaprawka należała do codziennego rytuału.

– Co dzisiaj wozimy?

– Warzywo.

– O cholera, znowu po fajrant.

Pamiętasz? Tak było codziennie. Ciągle bez grosza, ciągle pijany. Przemykałem się chyłkiem pod obstrzałem ludzkich pogardliwych spojrzeń. Patrzyli rozmaicie; jedni z uśmiechem pełnym pobłażliwości: „Trudno musi pić – alkoholik”, drudzy wręcz z pogardą, gdy czasami prosiłem o pożyczkę. Organizacja kazała mi się leczyć. Brałem antabusy przez parę tygodni, a potem znowu, po kamaryńsku. Heniek mówił: „Stefan łamiesz się?” – Nie, nie łamałem się. Zacząłem unikać ludzi, zamykałem się w sobie. Nocami przychodziły rozmaite postacie bez głów i rąk. Straszyły, rozrywały moje ciało, chichotały obłąkańczo. Wtedy zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Twarze ludzkie były jednakowe – wszystkie młode, stare, brzydkie. Wtedy sam spróbowałem przestać pić – ale już nie mogłem.

Wtedy Ty zaczęłaś u nas pracować. Było chyba lato – prawda? Byłaś opalona na taki złocisty kolor; twój nosek był obsypany piegami. Na fartuszku miałaś znaczek zetempowski. Siedziałaś w swojej centralce telefonicznej, przychodziliśmy razem do pracy, jeszcze wtedy na szóstą. Nie znaliśmy się. Dopiero wtedy, jak przechodząc obok Ciebie, zatoczyłem się, spojrzałaś ze zdumieniem. Myślałaś pewnie, że to zaczepka. Dopiero Rustecki podszedł do Ciebie i powiedział Ci na ucho – zrozumiałaś. Widziałem, jak machnął ręką, wiedziałem dobrze, co Ci powiedział: „Tłumaczyliśmy wszyscy – nic nie pomaga. Trzymamy go przez...”. Właśnie, przez co? Sam często zastanawiałem się: przecież powinni mnie dawno wyrzucić. Wszyscy pokazywali mnie palcami, te stare paniusie z księgowości aż oczy przymykały, gdy przechodziłem obok nich. Cała baza wiedziała, że takich jak Kamiński to „nie ma”, nie było i nie potrzeba, jak mówił żartobliwie Kokoszka. Niektórzy mówili: „Wyrzućcie go, do cholery, co to – szpital dla alkoholików?”. Właśnie tego dnia po pracy podeszłaś do mojego dżemsa. Zaczęliśmy rozmawiać. Chwilę milczałaś, zakłopotana wpatrując się w moje przekrwione białka (im zawdzięczam przezwisko „Angor”). Twój fartuszek miał na łokciu taką maleńką cerę. Pamiętasz, Wanda?

Paląc papierosa, przyglądał się, jak robotnicy kończyli lądować wóz. Samochód był naładowany warzywami pod samą plandekę, nawet na opuszczonym na łańcuchach borcie stały kosze z warzywami.

Nakitowali chyba z pięć ton – pomyślał i schylił się, żeby zobaczyć, czy resory nie siadły. Nie. Potężny dżems wytrzymywał takie ładunki. Zgniótł niedopałek papierosa i ruszył szukać konwojenta. Zobaczył go, jak kłócił się z magazynierem o towar. Magazynier, z wściekłości purpurowy, wymachiwał tamtemu przed nosem plikiem kwitów.

– Waga jest! – krzyczał – jest! No to czego?

Oho, Henek robi go na wadze – przemknęło Stefanowi przez myśl.

Wskoczył na rampę.

– Co jest, panie Zdzisiu? – zapytał magazyniera.

Stary odwrócił się.

– No co, wariata szuka! Ma wagę i fartu szuka!

Henek uśmiechnął się krzywo, odsłaniając spróchniałe pieńki.

– Nie krzycz pan. Czego pan krzyczysz? Ile pan tary daje?

Malinowski miał starczą, pomarszczoną twarz, bezzębne zaklęśnięte usta, spod których wystoperczał podbródek: ostry, obrośnięty siwo brudną szczeciną. Gdy zdenerwował się, nie można go było zrozumieć: słychać było pomlaskiwanie bezzębnej szczęki. Krzycząc, wyrzucał z siebie strugi śliny. Malinowski bryzgnął na Stefana, aż ten odskoczył, wycierając twarz rękawem.

– Ile twój wóz waży?

Dżems ważył cztery osiemset, ale bez „bliźniaków” waga malała o przeszło trzysta kilo.

– Cztery osiemset – skłamał bez zająknięcia.

Stary aż podskoczył.

– Wariata szukacie? – klapnął. – Tłumaczę wam przecież...

– Nie tłumacz pan – przerwał mu Henek. Swojej przyjaciółce możesz pan tłumaczyć, żeby się nie martwiła, że wiesz pan co. Stefan, daj no książkę.

Kamiński wyciągnął książkę. Napisane było czarno na białym cztery osiemset.

– No i co? – podsunął mu pod nos.

Malinowski westchnął. Zaklęsły podbródek opadł żałośnie.

– Chłopaki – powiedział – nie róbcie mnie na wadze. Nie mam z czego dokładać, a już raz wpadłem.

W głosie jego zabrzmiały błagalne nutki. Stefan odwrócił głowę. Porwała go złość na Henka. Co ten stary człowiek mógł poradzić przeciw bandzie złodziei, która go zgodnie okradała? Z czego miał dokładać? Wiedział dobrze, że Henek zrobił go na ładne parę złotych.

Ale Henek pokwitował już towar.

– Odjeżdżaj, Stefan.

Stefan ruszył z miejsca. Henek w biegu wskoczył do szoferki i walnął Stefana w plecy.

– No?

To „no” miało być zaczepką do pochwały ze strony Stefana. „Globus” Henka dobrze pracował. Ale Stefan nic nie odpowiedział.

Z czego on dołoży – myślał Stefan – z czego?

Nie były to wyrzuty sumienia. Nie po raz pierwszy „kombinowali” z Henkiem.

Forsę mieli zawsze, wódka, dziwy, oko. Pili razem od trzech prawie lat: dzień w dzień.

A – pomyślał – gówno mnie to obchodzi. Jak frajer – niech dokłada. Bić frajerów – to była życiowa zasada, i Stefan trzymał się jej nogami i rękami.

W ostatnim sklepie w Falenicy sprzedał kierowniczce sklepu lewy towar. Henek od razu kupił wódę, zagrychę. Od długiego czasu obsługiwał wuesesy na trasie Warszawa–Falenica, była to tak zwana „zielona Warszawa”. Tu było najlepiej: gliny nie łapali, z wuesesu też nikt nie zaglądał. I wypić można było czy jakiś lewy kurs...

Wracając do bazy, zatrzymywali się za Miedzeszynem. Wyciągnęli z wozu siedzenia i rozłożyli się wygodnie na trawie. Jednym pchnięciem dłoni Henek otworzył flaszkę i podał Stefanowi.

– Masz, ciąg.

Stefan sięgnął po butelkę, zawahał się chwilę i oddał Henkowi z powrotem:

– Pij, pij. Ja potem wypiję. Dzisiaj lotna łapie na mieście – skłamał. Nie bał się lotnej kontroli z MO. Czuł się po prostu nie w sosie...

Henek palcem naznaczył linię na flaszce i podniósł ją do ust. Pił na otwarte gardło; wódka przelatywała z gulgotem. Wypił co do jednego milimetra: tyle dla mnie – tyle dla Stefana.

Stefan leżał na wznak. Niebo było czyste, daleko ganiały się małe strzępiaste obłoczki. Lekki wiatr przynosił ze sobą zapach ziemi, bzu, trawy. Niedokończona flaszka walała się na trawie. Henek zaczął śpiewać: tak ni z tego, ni z owego. Głos miał wysoki, wibrujący, nabrzmiały z tęsknoty do własnych piosenek. Ach, pod ten głos mandolina albo guzikówka.

Ujrzałem ją pośród firanek okna,

Ujrzałem, gdy w objęciach trzymał ją.

Z rozpaczy swej chwyciłem za rewolwer,

By skazać ją za straszną podłość jej...

Strzeliłem raz, trupem padli oboje,

Mierzyłem tak, by prosto w serce jej...

Ach, Boże mój, naraz zabiłem dwoje...

Wpatrywali się w niebo, w jasne i pogodne niebo. Ziemia pachniała upajająco, powietrze było czyste, łagodne. I skąd tu nagle ten głos: przepity, płaski, chrypiący żałośnie. Wysoko nad głową ćwierkotały wróble, za laskiem zaklekotał bociek.

O kim, o czym wtedy myślałem – nie wiem. Może o swoim brudnym życiu, a może... o Tobie? Dalekie wspomnienia powracały z bardzo daleka, krystalizowały się we mgle jakichś zdarzeń, wspomnień. Wypływały na wierzch, to znów, to znów nie mogłem ich odszukać: zacierały się w perspektywie lat, gubiły w gmatwaninie spraw ludzkich. Henek zawodził swoim podwórzowym głosem: „Szesnaście lat więzienia się nie bije, szesnaście lat to fraszka dla mnie jest”. Wtedy, na skrawku zmiętej trawy pod Miedzeszynem, zrodziło się we mnie pragnienie, pragnienie czegoś lepszego, piękniejszego od tamtej na wpół wypitej butelki i zdartej piosenki o nieszczęśliwym zabójcy. Uczepiłem się tego, ale nie wiedziałem, co robić, jak? Angor, Angor, Angor, Rustecki, baza, nawet ten stary dżems z demobilu. Myśli kłębiły mi się pod czaszką, wybiegały i wracały z powrotem. I wiesz, wtedy właśnie, wtedy pomyślałem o Tobie. Dlaczego? – nie wiem. Może ożywiająca ziemia pachniała tak upajająco, a może niebo miało kolor Twoich oczu? Powracał do mnie Twój obraz – takiej, jaką zobaczyłem Cię pierwszego dnia: w tym czarnym fartuszku z maleńką cerą. I wiesz co? Wtedy, tak – właśnie zrozumiałem, no, po prostu, że Cię kocham. Wtedy zrozumiałem, że muszę jakoś inaczej, jakoś lepiej żyć.

Była wtedy wiosna: pachnąca, niefrasobliwa. Poderwałem się, kopnąłem butelkę, aż potoczyła się do płytkiego rowu, skoczyłem do wozu tak gwałtownie, że Henek dopadł mnie w biegu, i rwałem do Ciebie. Och, gdyby dżems mógł nadążyć za moimi myślami, za pragnieniem zobaczenia Ciebie. Strzałka biła pięćdziesiąt mil, silnik rozdzierał powietrze swoim wysokim rykiem. Blady ze strachu Henek łapał mnie za ręce...

Chciałem tylko cię zobaczyć, usłyszeć Twój głos... Stanąłem jak głupi przed drzwiami Twojej centralki, Henek latał po placu i krzyczał, że Angor zwariował. Stałem minutę, dwie, pięć, w końcu zapukałem. Uśmiechnęłaś się do mnie, ten uśmiech przyniósł ze sobą i błękit nieba pod Miedzeszynem, i zapach pól... wtedy w myśli nazwałem Cię – Wiosenką.

– Ja cię więcej bronić nie będę – powiedział Stolarczyk – chcesz, to chlaj. Ale wtedy ja pierwszy – walnął kułakiem w pierś – postawię wniosek: wywalić na zbity łeb. Rozumiesz? I to ty młodzieżowiec, cholera, zamiast dać przykład, to... ech... gadać się nie chce, pomocników rozpijasz, wóz haratasz...

– Tylko nie wóz – warknął Kamiński.

– Mniejsza z tym. Nie chcemy – położył nacisk na tym słowie – pi-ja-ków. I to ja – pacnął się dłonią w czoło – dawałem słowo, gwarantowałem, że Kamiński nie będzie pił. Do przychodni za rączkę żeśmy cię wszyscy po kolei prowadzili – chodzisz?

– Nie – mruknął.

– Dlaczego?

– Nie mam czasu.

– A co robisz po pracy – wstrzymał krótką pauzę – chlasz? No to faktycznie nie masz czasu.

– A po cholerę będę chodził? Już i tak wszyscy wiedzą, że piję, co? Już i tak każdy: Kamiński opój, do cholery, nie potrzebuję niczyjej łaski, Zresztą: po co ta mowa?

Stolarczyk ochłonął. Popatrzył przez chwilę na Kamińskiego, odwrócił się na pięcie i odszedł.

– Jak sobie chcesz – rzucił na pożegnanie. Ktoś Stefana ujął za ramię. Odwrócił się – Henek.

– Stefan, ty wisz. Niech oni cię w dupę przez bibułkę pocałują. Myśli, że jak jest przewodniczącym rady zakładowej, to już mu wszystko wolno? Niech się nie wchrzania w nie swoje sprawy...

Stefan popatrzył chwilę w żółte kocie źrenice tamtego. Targnęła nim złość.

– Ty się nie wchrzaniaj w nie swoje sprawy. Odejdź...

– Angor, coś ty głupi – łamiesz się?

– Tylko nie Angor. Won, no już – krzyknął prawie. Aż zatrząsł się ze złości. Rzucę ten cały bajzel w cholerę – myślał, idąc do wozu – łaskę robią czy co? Robotę wszędzie znajdę.

Ale zrobiło mu się nagle żal tego szeregu samochodów stojących na placu, hałasów dobiegających z warsztatu, kulawej postaci Rusteckiego biegającego po placu, gorączkowego rytmu wytężonej pracy w bazie, a wreszcie swego życia, zmarnowanego, brudnego, przepitego w bramach i gruzach. Przypomniał mu się ten dzień w lasku pod Miedzeszynem, czyste wiosenne niebo, Wanda.

– Czy pan musi pić? – zapytała wtedy.

Aż czubki uszu zrobiły mu się purpurowe ze wstydu. Chwilę stał w milczeniu, patrząc tępo przed siebie, zanim wykrztusił:

– Nie.

Potem unikał jej. Dziwna to była miłość: ukryta w sobie, gorzka, przeklinana, to znów czczona jak sakrament. Smukła dziewczyna z centralki była symbolem czegoś lepszego, nieosiągalnego. Krótko wtedy rozmawiali. Siedział, jak zwykle, milczący, skryty, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Czuł się w jej obecności jak niepotrzebny mebel w pokoju, próbował żartować: nie wychodziło. Potem widział ją kiedyś idącą ulicą, ale nie miał odwagi podejść. Uczucie beznadziejności, zniechęcenia potęgowało się z dnia na dzień. Na to nie było rady, nie pomagały już butelka i przeżarty głos Henka.

Po co wtedy poszedłem do Ciebie? Czego chciałem? Rozmawialiśmy krótko na obojętne tematy, natarczywe dzwonki przerywały nam co chwila – pamiętasz? Potem wyszliśmy razem z bazy: była już jesień. Szliśmy oboje w ten smutny, mglisty dzień. Deszcz siąpił bezustannie, spływał nam po twarzach, kałuże wody rozpluskiwały się pod nogami. Taki mglisty, deszczowy dzień. Ile żeśmy sobie wtedy powiedzieli radosnych i smutnych rzeczy. Właśnie w ten dzień.

Podłużne, żółtawe światła latarń kładły się przez całą długość jezdni. Opony przemykających samochodów syczały na mokrym asfalcie. W takim monotonnym, uporczywym deszczu wszystko traci swój zarys; drzewa, ulice, ludzkie sprawy. Błądzące bez celu w labiryncie zamokłych ulic zawędrowali aż na Ciepłą. Stefan zatrzymał się na chwilę przed jakimiś zgliszczami.

– Tu był kiedyś mój dom – powiedział. – Ciepła dziesięć.

Wanda spojrzała na niego z boku. Stał jak zwykle lekko przygarbiony, zacisnąwszy usta w jakimś gorzkim wyrazie, kosmyk mokrych włosów opadł mu na czoło, pochylony do przodu patrzył w milczeniu na zwał gruzu, z którego wystawały pokręcone tygle.

– Tu był kiedyś mój dom – powtórzyła w myśli usłyszane słowa. Co kryło w sobie to bezładne rumowisko? I jakby w odpowiedzi na jej myśli za chwilę powiedział, zataczając ręką łuk nad pogorzeliskiem.

– Wszyscy zostali: matka, brat, ojciec. Ja akurat wyszedłem po wodę. Wszyscy.

Chciała mu powiedzieć coś ciepłego, coś bardzo ludzkiego, ale słowa nie chciały przejść przez gardło. Sam przerwał milczenie, pociągając ją dalej.

– A tu szósty. Podczas okupacji jeździliśmy tu z chłopakami na sankach. To już wtedy było rozwalone. Chcesz zobaczyć?

Potaknęła. Podał jej rękę. Zaczęli przeskakiwać po kupach gruzu porosłego zielskiem.

– O tu, widzisz? Robiło się takie sanki ze starych skrzyń, płozy na kant ojciec ścinał piłką, potem obijało się płozy taśmą, kładło się na brzuch i z gruzów w dół. Wcale nie chciały iść, takie były ciężkie i niezdarne. Tam z Ceglanej przychodził do nas taki chłopiec. Jego tata był lekarzem, czy diabli wiedzą, kim. On miał sanki; lekkie, długie, siedzenia wyplatane ze skóry, wszystkie chłopaki marzyli wtedy o takich sankach. A było nas na Ciepłej wtedy: Borkowszczaki, Jankowscy, Gienek Balcerzak – zaczął wyliczać na palcach. – A wiesz, w lecie to kombinowało się dwa łożyska, deski zbijało się rzemieniem – i hulajnoga. Sto metrów asfaltu w jedną i sto w drugą. Czasem ojciec dał parę groszy, to szło się na Pańską. Tam mieszkał taki facet, co rowery wypożyczał po dwadzieścia złotych za godzinę, za legitymację albo kartki. To była największa radość, jechało się, z tyłu na sznurku biegł chłopak właściciela. Na rogu Twardej był taki „lekarz lalek”. Od niego kupowało się takie zeszyty – Ken Maynard, Zorro – jeździec w masce, Lord Lister, czyli tajemniczy nieznajomy, Jerzy Rolicz, bohaterski chłopiec. Wszyscy czytali z całego podwórka. A potem zabawa: szło się do Haberbuscha po kapsle od butelek i „nawalana w kowboi”.

Przerwał na chwilę zdumiony długością własnej oracji i spojrzał na nią. Przykucnęła na stercie cegieł i patrzyła na niego.

– No mów dalej – poprosiła.

Mówił bezładnie; to uciekając w przeszłość, to sięgając do dnia dzisiejszego. Dziwna to była opowieść bez początku i końca, pogmatwana jak życie tego chłopca; raz tragiczna, raz śmieszna, nierówna, przerywana, wyrzucana z pasją z głębi duszy, to znów snująca się leniwie, monotonna jak ten deszcz dzisiejszy.

– Podczas powstania wszystko diabli wzięli, dom, rodzinę. Z obozu w Pruszkowie wyjechałem do znajomych w Mszczonowie. Mieli tam młyn. Jeść dostałem, ale tam już musiałem harować. Po wyzwoleniu prysnąłem do ciotki do Wrocławia, chodziłem trochę do szkoły. Potem ciotka umarła i znowu sam. Wtedy zacząłem pracować. Arkadia – Dancing Bar. W nocy, już po wszystkim, froterowałem posadzki, myłem zarzyganą toaletę. Na razie za samo żarcie, pieniędzy nie doczekałem się. Potem w hotelu – za pikolaka. Mundurek, czapeczka – a na noc gościom dziwki sprowadzałem ze Stawowej. Po sto złoty od łebka. Rozumiesz?

Przerwał i szarpnął ją za rękę.

– Wanda!

Podniosła na niego oczy.

– Co?

– Nie, nic – powiedział i zaśmiał się krótko.

Śmiech zabrzmiał nieszczerze jak zgrzyt metalu po szkle. Wanda zrozumiała go, to było jak spowiedź. Odsłaniał przed nią całą zgryzotę swego życia – życia, o którym nigdy nikomu nie mówił. To wiedziała. Przeszłość jego była niejasna, pogmatwana. Był zawsze skryty, milczący, zamknięty w sobie i pił na umór, po szewsku z dnia na dzień, do ostatniego grosza. Przekrwione oczy – Angor. Unikał podnoszenia ręki – drżały mu jak starcowi. Każdy palec podrygiwał osobno, histerycznie. Nie usuwano go tylko dlatego, że nie miał ani rodziny, ani nikogo bliskiego. Mieszkał gdzieś kątem u takiego samego pijaczyny jak on. Ludzi ciekawiła ta postać młoda, zgarbiona, zamknięta w sobie, z wyrazem jakieś beznadziejności wyrytej na twarzy. Zamknięty milczący – a teraz ta spowiedź? Wanda wiedziała, że trzeba mu teraz dać coś ciepłego, jakaś matczyną pieszczotę, której nie miał. Wstała i przytuliła się do niego swoim gorącym, dziewczęcym ciałem. Oczy ich spotkały się na jeden krótki moment, przebiegły po sobie spojrzeniem. Całowali się wśród ulewnego deszczu, wśród gruzów. Czuła na ustach słony smak jego łez spływających ciurkiem po policzkach. Nie mówili nic. Słowa były niepotrzebne. Ich szczęście potęgowało to właśnie, że rozumieli się bez słow.

Szli potem razem, wtuleni w siebie, wymarłymi ulicami; na mokrych trotuarach rozmazywały się ich cienie; podłużne, fantastyczne, zmieniające się w świetle mijanych latarń. Tak ich zastał poranek, który wschodził nad domami szary, mglisty.

– Jeździłem na pająka u prywatniaka – mówił – miał twardą rękę. Bił o byle co. Mieszkał w bursie w Legnicy. Ale nie mogłem już znieść, dostosować się do tego rygoru. Zwiałem. Potem...

Potem było rozmaicie. Tego wieczoru opowiedziałem Ci wszystko. Wszystko, co od lat zamknąłem w sobie. Słuchałaś w milczeniu, ściskałaś moją rękę, wsłuchiwałem się w bicie twojego serca, już wtedy biły razem. Żaden inny wieczór nie był taki piękny jak właśnie ten: szary i rozpłakany. Tak strasznie zmokliśmy. Pamiętasz?

Ile razy potem wyciągałaś mnie z tego wszystkiego. Gdy potem szliśmy do personalnego, aby w podaniach o urlop napisać: ślub – ludzie oszaleli. „Złamie Ci życie”, „Zabije Cię po pijanemu”, „Przepije wszystko”. Wtedy już śmiałaś się z nich. Z tym właśnie uśmiechem weszłaś w moje życie. Twój radosny uśmiech był moim proporcem.

Z błota niełatwo się wygrzebać. Pomagali mi wszyscy. Ty, koledzy, organizacja. Każda cegiełka nowego domu była dla mnie drogowskazem. Każda Wasza ręka, każda cegiełka tworzyła tę siłę, która mnie zwróciła – zresztą, czy tylko mnie? Ktoś kiedyś powiedział, że nasze życie, nasza praca, olbrzymie tempo, jakie to życie nadaje, to siła brutalna. Nie przypominam już sobie, gdzie słyszałem to zdanie. Ale jeśli tak, to szlachetna w swojej brutalności, porywająca jak fala. Widzisz teraz, gdy stoimy na balonie zawieszeni nad uśpionym miastem – te dalekie migocące światła? To Żerań, Huta Warszawa, Wesoła, Ziemowit, fabryki, domy, ulice, drzewa, dzieci, pola... to wszystko właśnie tworzy tę porywającą falę, siłę, która czuwa nad nami i dzięki której jesteśmy szczęśliwi. Kocham Cię, pamiętaj, Wanda!

Trudna wiosna

Historię tę opowiedział mi przyjaciel. Siedziałem zasłuchany, patrząc w jego twarz bielejącą w ciemności. Mówił gorąco. Nie próbowałem dociec, kto naprawdę jest Stanisławem. To obojętne – takich Stanisławów mogło być setki. A może to był Stanisław, ten siedzący obok mnie?

A więc miłość...

Z początku wszystko było tak, jak to się zwykle dzieje. Maj – ten najpiękniejszy; była wiosna, były wieczory ciepłe i długie, rozkołysane śpiewem słowików, daleki księżyc i bliska, kochana dziewczyna.

Wszystko było takie gorące i bliskie: drzewa, ulice, po których chodzili, okna w domach, za którymi kryły się marzenia o własnym szczęściu. Lubili chodzić wieczorami po pustym mieście. Tu, w każdym zaułku, w każdym domu, była zaklęta ich miłość. Gdzieś zaciągała harmonia, turkotały ostatnie samochody, pachniały drzewa, pachniał nagrzany asfalt. Stawali wieczorami na moście, patrzyli na rzekę płynącą powoli w dole, księżyc srebrzył się łuskowato w wodzie, gwiazdy migotały w oczach dziewczyny. Długo mogli tak stać i nie trzeba było słów ani wyznań. Był tylko maj i miłość, taka silna i piękna, jak ta wiosna. Wtedy wiedzieli oboje, mieli tę cudowną pewność, że całe życie już tak będzie, jakoś wiosennie i pięknie. Mały chłopczyk miał podrapane nogi i brudny nosek. I od razu patrzyli na siebie, wiedzieli, że gdzieś, kiedyś będzie takie małe mieszkanko i chłopczyk: okrągła kluseczka, kochany mały sikacz, koniecznie z porozbijanymi kolanami. Cóż wart jest taki chłopczyk, który nie porozbija sobie kolan...?

Wieczory były podobne do siebie; tworzyły długie pasmo czegoś dobrego i szczęśliwego. Rechotały żaby, bzykały polne koniki, zawodził słowik. A zresztą, co tu dużo mówić? Każdy wie, jak wygląda taki właśnie maj.

Stanisław czuł wtedy siłę Samsona. Coś rozpierało go, jakaś moc niemogąca znaleźć ujścia. Chciałby coś zmienić, podnieść świat do góry, pokręcić nim wariacko. Marzył dziecinnie o dokonaniu jakiegoś wielkiego czynu, przecież tylko dla niej, o czymś takim, żeby ludzie pootwierali gęby: – To właśnie on, ten Stanisław, ten, o widzicie? Nie wiedział jeszcze, co zrobi, ale miał w sobie tę cudowną mgiełkę wielkiego czynu. Dokona tego, pójdzie do niej i powie: Haniu, to tylko dla Ciebie. Przecież Ty wiesz, tylko...

Wszyscy marzyliśmy kiedyś o takim wielkim dniu, który wyniósłby nas ponad tysiące. I chociaż rzadko kogo los wyniósł ponad te tysiące, to czy wiemy, ile takich dni dało nam życie? Pamiętam sam, jak wtedy, kiedy kino dawało nam kiepskie marzenia za parę groszy, marzyłem, żeby zostać drugim Kenem Maynardem; i niczego więcej nie chciałem, byle tylko bić w mordę szwarccharaktery, tak jak on bić. Ach, jak bardzo pragnąłem. Tępy kowboj był uosobieniem bohaterstwa. Potem przyszły inne marzenia. Ken Maynard okazał się kiepem. W wyobraźni pojawiły się inne postacie, wyrosłe w dymach walk o inne idee.

Dziś, gdy wracamy do tych wspomnień i marzeń, troszkę jesteśmy źli na siebie, trochę się uśmiechamy. Dlaczego? Nie wstydzimy się naszych marzeń. Czyż nasze nowe życie nie jest marzeniem tych, co o nie walczyli? Cieszymy się, że nasze dzieci nie marzą już za złotówkę – o jeźdźcu w masce; cieszymy się, że życie dało im inne marzenia.

Stanisław i Hania na pewno mieli inne marzenia, lepsze od moich – z kina Roxy na Woli. Chodzili więc ufni i szczęśliwi po tym różowym świecie. Każdy człowiek patrzył na nich ciepło i z sympatią, jakby w ich widoku odnajdywał kawałek własnej wiosny. Ptaki śpiewały przecież dla nich, dla nich koncertowały polne koniki, dla nich szumiała rzeka. Tak było z początku.

Właśnie – z początku. Zdawało się, że każda rzecz, nawet ta najbłahsza, ich łączy. Podoba ci się ta książka? Podoba ci się ten film, ten wieczór, ten zachód słońca? – No widzisz, jak to cudownie, że my tak wszystko razem, tak samo, tak jednakowo, tak pięknie. Patrzyli na świat jednymi oczami, przez obłoczek własnego uczucia. Cóż złego mógł im zrobić ten świat? Tej dziewczynie z noskiem zadartym i temu chłopcu z szopowatymi włosami, które jakoś nie chciały się trzymać. A zresztą – cóż ich świat obchodzi? Tutaj był mały światek, dwuosobowy, własny, tylko dla siebie.

Gdyby im wtedy ktoś powiedział, że w tym mikroświatku jest oprócz miłości egoizm, oburzyliby się. Egoizm? Gdzież tam było miejsce na egoizm? Dopiero później zrozumiał to sam Stanisław – i nagle wieczory poszarzały, odarte z tego wszystkiego. Ale nie należy uprzedzać faktów. Niewątpliwie było to uczucie silne i gorące, wolne od wyrachowania i tych wszystkich cech, co miłość sprowadzają w rynsztok. Była to miłość prosta jak każdy dzień, dobra, silna miłość.

Maj nie trwa jednak wiecznie. Nie każdy wieczór nasycony jest zapachem kwitnących drzew i śpiewem słowika. Stanisław zrozumiał, że patrząc na kwiaty i gwiazdy, zamykając się w swojej miłości, przeszedł obojętnie obok rzeczy wielkich i ważnych. Że to pierwsze odurzenie przesłoniło mu prawdziwą treść życia. Łączyły ich kwiaty i wieczory, marzenia o synku, który miał się nazywać Piotruś, ale poza tym nic więcej. Stanisław zrozumiał, że wszystko, o co walczy, wszystko, czemu oddaje najlepsze lata swojego życia, jest dla niej nieważne. Mało nieważne – wrogie nawet, że ich życia nie splotą się nigdy w jedno życie, takie, jakiego pragnął.

Stanisław nie był mięczakiem. Potrafił walczyć i potrafił oddać tej walce wszystko, co najlepsze. Potrafił. Ale to, co zaszło w jego życiu, nie zdarzało się co dzień. Stanisław rozumował: Jeżeli walczę, jeżeli oddaję tej walce wszystkie siły, to przecież walczę też i o coś dla siebie. I Stanisław postanowił nie rezygnować, za wszelką cenę nie rezygnować ze swego szczęścia. Czuł, że żądano od niego zbyt wiele, żądano czegoś po prostu nieludzkiego.

Hania na pewno nie była złym człowiekiem. Jednak Stanisław był jej bliski tylko jako Stanisław. Jego głos, ręce, uśmiech, włosy... Sama wierzyła w to, że go kocha mocno, najsilniej jak tylko potrafi.

Nie mogła nawet dopuścić do siebie tej myśli, że rozstanie się z nim, że nie będzie widzieć tych oczu, tego uśmiechu. Stanisław – ten jej Stanisław, dobry, bliski, czuły – takiego kochała. Ale Stanisław, jeden z tych, co walczyli o coś nowego, o coś, co przerażało ją swoją wielkością i rozmachem, o to coś, co w jej rodzinie budziło nienawiść i wylew żółci, tego Stanisława nie rozumiała. Ten Stanisław rozdrażniał, nie mógłby nigdy wejść do rodziny, ten był obcy, nienawistny.

Hania chciała jednego: własnego ciepłego domu, tonącego w zieloności, Piotrusia, męża wracającego do domu na obiad. Raz w tygodniu pójść do kina czy kawiarni, w niedzielę wziąć Piotrusia za rączkę i defilować z nim po ulicach miasta. To było jej szczęście, takie proste ludzkie szczęście, o jakim marzyła. Radio na stoliku, fotografia z familijną grupą na ścianie, ładne meble, pluszowy niedźwiedź dla Piotrusia... I żeby mąż był „kimś”, właściwie to obojętne, kim. Lekarzem czy inżynierem, lotnikiem czy jeszcze tam kim innym. Najlepiej – doktorem. To jednak tak ciepło brzmi: Pani doktorowa, taka a taka... Właśnie! Żeby się mężem móc pochwalić. Świat jej marzeń mieścił się w tym domku z pluszowym misiem.

Starannie trzymała się na uboczu tych wszystkich wielkich spraw. W życiu starała się być obojętnym widzem. Polityka – to nie dla panien, nie powinny się nią zajmować. A komunizm – to straszna rzecz. Samo słowo przeraża. Wiadomo przecie, kto to są ci...

Dziewczyna chodziła do szkoły. Uczyła się średnio. Była zawsze grzeczna jak Ala z czytanki Elementarza. W gimnazjum kuła tylko tyle, aby przechodzić z klasy do klasy z niezłą cenzurką. Od dziecka nasiąkła domową, rodzinną atmosferą. Ciemne mieszkanie, rój ciotek i babek, niezgrabne kanapy, familijny album ze zdjęciami, starannie podpisanymi. „Stryj Konstanty w szkole kadetów w P.”. Stryjek był sztywny jak maska pośmiertna, lewa ręka na pałaszu, prawa „na szwach”, wąsiki miał na grandę doretuszowane. Rodzinne sztywne obiady, rodzinne dramaty syczane na ucho, domowe piekła i reprezentacyjne zgody. Na ścianach kiepskie reprodukcje Kossaka w gipsowych złoconych ramach, nuda, beznadziejność, zakłamanie... Nauka gry na fortepianie, którego nie znosiła. Ale tak trzeba było i Hania poddała się losowi ze ślepą rezygnacją. Hania rąbała w klawiaturę. To było koniecznie potrzebne do życia.

Potem Hania z chudej siksy z mysimi warkoczykami wyrosła na ładną pannę. Zdała maturę i nadszedł czas, kiedy panna z dobrego domu powinna wyjść za mąż, za adwokata, lekarza czy inżyniera – ponieważ w przeklętej rzeczywistości nie było już ziemian ani posagów.

Ze Stanisławem poznali się przypadkowo. Był to na pewno zwykły dzień, taki, jakiego nie zauważamy. I na pewno ten dzień w ich życiu był czymś, co pozostaje na zawsze w pamięci, co Hania musiała wpisać do pamiętnika (z drewnianą okładką i z wizerunkiem górala). A potem przyszły te dni, o których już dosyć.

Ale Hania kochała naprawdę – tak jak tylko mogła. Miała dziewiętnaście lat, jasne włosy i oczy.

Stanisław był starszy o cztery lata. Jemu życie nie ułożyło się tak jak Hani. Dzieciństwo na Marymoncie. Nie było na pewno bajkowe. Strzępek zgnidzonej trawki – to było boisko, na którym kopał szmaciankę. Jedyna rozrywka dla dzieci takich jak on; bramkę wyznaczali dwiema cegłami i Stasiek był „za bramkarza”. Nikt się nie rzucał na piłkę tak jak on. Czasem ktoś z kimś się porżnął nożem, czasem kogoś wzięła milicja. To wszystko. W domu bida szczerzyła się ze wszystkich kątów.

Tak minęło szczęśliwe dzieciństwo, trochę inne niż to z kolorowych książeczek dla dzieci, jakie były w szkole. W takich książeczkach tata i mama, tacy ładni jak na pocztówce „Z powinszowaniem imienin”, długo tłumaczą synkowi, że nie należy ciągnąć kota za ogon, bo to straszny grzech. Ojciec Stanisława nie miał ani blond włosów zaczesanych w piękne pukle, ani miłego uśmiechu przylepionego na stałe do warg. Nie. Ojciec często lubił wypić, często bił matkę, awanturował się na cały Marymont, i Stanisław już jako dziecko zauważył, że pomiędzy tymi kolorowymi książeczkami a życiem istnieje jednak pewna rozbieżność. Nie miał nawet namiastki dzieciństwa, tego kolorowego...

Po wyzwoleniu Stanisław prędko zrozumiał, kto ukradł mu jego dzieciństwo, jemu i innym. Wytknął sobie zupełnie jasny cel i dążył do niego konsekwentnie. Chciał walki o nowe, o lepsze – nie chciał już patrzeć na takie marymonckie dzieciństwa. Pracował w organizacji. Był ofiarny, oddany. Żył swoją walką, wystarczała mu za wszystko. Potrafił cieszyć się z każdego nowego domu, z każdej ulicy, nowego samochodu. Miał tę pewność, że sam stanowi cząstkę tego wszystkiego, że jest na tym ślad jego ręki. To wszystko przecie tworzyło sens jego walki. Wyrastał nagle świat jego marzeń, wielki i dobry świat, w którym będzie miejsce na spokój i na szczęście dla wszystkich, i na miłość...

Właśnie. Dotychczas Stanisław nie zastanawiał się nad miłością. Miał swoją miłość – swoją walkę. Wiedział, że kiedyś przyjdzie, że musi przyjść, taka, jakiej pragnął: silna, gorąca, na całe życie... Czasem niepokoił się, myślał: mam już dwadzieścia trzy lata. No i co? Gdzie ona jest?

Opadały go wątpliwości: A może nie przyjdzie, może jej w ogóle nie ma, może jest tylko w książkach...?

Odruchowo oglądał w lustrze swoją twarz. Była sympatyczna, dobra, szczera. Ciemne oczy, miły uśmiech. Cóż można więcej powiedzieć o twarzy Stanisława? Zwyczajna twarz, z tysiąca.

Stanisława ogarniał wtedy smutek. Ale otrząsał się prędko. – Nie, cholera, musi przyjść. Ogarniała go gorączka czynu, pracował z zacięciem, jeździł w teren, agitował. Był zdyscyplinowany, umiał gadać z ludźmi. I wierzył w to, że przyjdzie...

I nagle – Hania. Miłość przyszła nagle jak spadająca gwiazda, jakoś tak równo z wiosną, z zielenią.

Kicz – może ktoś powiedzieć. Zawsze jest i wiosna, i miłość, i bzy. Tego się już chyba nigdy nie da rozdzielić... Nie – nie da się, nie potrzeba, nie wolno tego rozdzielać. Niech miłość zawsze przychodzi z wiosną, niech zawsze będzie piękna jak wiosna. Może ktoś powiedzieć – wiosna przemija. Nieprawda, wiosna nigdy nie przemija, żyje w nas cały rok. Przecież w naszym życiu ciągle jest wiosna. Coraz to coś nowego, coś odmładzającego, coś pięknego. Domy, ulice, miasta. Nieprawda – wiosna nie przemija.

Miał więc Stanisław swoją miłość, o której myślał: silną, z wzajemnością. Miał swój księżyc i swoje gwiazdy, swoje szczęście, którego nie pozwolił sobie odebrać. Wieczorami chodzili nad Odrę. Miasto wychodzące smukłym gotykiem do nieba zostawało w dali. Zmierzch kładł się błękitnawo na drugim brzegu. Księżyc bujał się nad dachami, wiatr targał im włosy. Stanisław myślał: Więc to już, więc to tak wygląda...? Pachniała mocno świeża trawa.

Woźniak powiedział:

– Wiecie co? Z Pasewiczem to coś niewyraźnie się dzieje.

Wszyscy podnieśli głowy znad stołów. Sękowski, który zawsze lubił dużo mówić, ale nie zawsze z sensem, powiedział:

– Jak to: niewyraźnie? Jest taki jak zwykle. A w ogóle, jeżeli chodzi o Stanisława, to już od dawna...

Przerwał mu Woźniak.

– Uspokój się, Sęczek. I tak nic mądrego nie powiesz. Jemu musiało się coś stać, cholera... Nigdy jeszcze go takim nie widziałem: chodzi połamany, unika rozmów – widać, że coś go gryzie i nie może dać sobie rady, aż szkoda patrzeć.

Wszyscy to potwierdzili. Naprawdę z Pasewiczem nie jest dobrze.

– Może się zakochał? – strzelił Sękowski.

Wszyscy się roześmiali. Ten Sęczek zawsze miał pomysły nie z tej ziemi.

– Tak, tak. Nawet na pewno. Od dwudziestu lat bez wzajemności. W tej rudej z baru mlecznego – usiłował zadowcipkować któryś. – Uważaj, Sęczek, odbije ci ją i leżysz bracie z aprowizacją.

Sękowski usiłował się odgryźć, zaczęli się kłócić, aż ktoś ryknął z kąta:

– Przestańcie, do diabła, nic nie można robić!

A jednak z nim nie jest dobrze – pomyślał Woźniak. – Stanisław jest zmęczony, chodzi rozdrażniony, awanturuje się o byle co.

Stanisław wrócił dopiero pod koniec dnia. Na Dzielnicy dzień nie kończył się nigdy ściśle oznaczoną godziną. Nieraz do późna w noc paliły się światła, rozbrzmiewały dzwonki telefonów.

Stanisław nie rozbierając się, w płaszczu, usiadł przy biurku. Powrzucał byle jak papiery, trzasnął szufladami. Złapał czapkę z wieszaka, i, nie patrząc na nikogo, mruknął „do widzenia” i wyszedł.

– Stanisław! – krzyknął Woźniak. – Stanisław!

Wyskoczył za nim na korytarz.

Pasewicz zatrzymał się.

– Stanisław – Woźniak go dogonił – gdzie ty lecisz? Odprawa o szóstej.

– Mnie nie będzie na odprawie.

– Ale dlaczego?

– Dlatego że nie. Nie mam czasu.

– A gdzie idziesz?

Stanisław zawahał się na chwilkę, jakby nie mógł znaleźć odpowiedzi.

– Do domu idę, źle się czuję po prostu.

– Wiesz co – powiedział Woźniak – ja też pójdę z tobą. I ja coś nie w sosie jestem dzisiaj, łeb mnie boli. Poczekaj – tylko się ubiorę.

Od razu zauważył, że Pasewiczowi to nie na rękę.

– Dobra – mruknął Stanisław – tylko szybko!

Usłyszał, że Woźniak gada jeszcze coś do telefonu. Powtarzał po dziesięć razy jedno słowo: – Tak, tak, oczywiście, kolego Szymborski, tak, tak, oczywiście, tak, tak. Hallo! Hallo! – krzyczał jeszcze, widocznie po odłożeniu słuchawki.

– Cholera, znowu rozłączyli.

Stanisław pomyślał z rozdrażnieniem, że właściwie Woźniak nigdy nie potrafił rozmawiać z kimś przez telefon.

– Dzwonił Szymborski – mówił Woźniak na ulicy, zapinając guziki płaszcza. – Oni tam nie mogą w żaden sposób dać sobie rady z kierownictwem. Teraz znowu pożarli się o coś.

– Oni nigdy nie mogą dać sobie rady. Zawsze się o coś żrą – Szymborski to idiota!

– Eee... dlaczego zaraz idiota! Ten cały wic na czym innym polega. Sękowski był na miejscu – mówi, że tam wina leży po stronie kierownictwa. Nie chcą się zgodzić na utworzenie brygad...

– Ach, daj mi spokój – przerwał mu Pasewicz – cały dzień to słyszę: że nie chcą, że nie mogą dać sobie rady, aż mi się w głowie kołuje z tego wszystkiego. Cholera! Ciągle, bez przerwy to samo, cały dzień. A ja teraz chcę iść do domu i położyć się spać, dosyć mam tego gadania.

– Ale dlaczego, Stanisław? – zapytał zdziwiony Woźniak.

– Bo mam dosyć Szymborskiego przez cały dzień. A teraz chcę odpocząć, też jestem człowiekiem. Cóż ty, nie potrafisz o czym innym mówić czy co? Na dzisiaj dosyć.

Szli obok siebie w milczeniu. Po ulicy snuł się lipcowy tłum, rozklejony, zadyszany z gorąca. Narzucone marynarki, rękawy u koszul popodwijane... Dzieci, psy, starzy, młodzi, wózki... Liście drzew były szare od kurzu, spiekota waliła z nagrzanego asfaltu. Chudy facet w brudnym białym kitlu krzyczał drętwym głosem: „Lody Pingwin, looody...!”. Ludzie oblizywali patyki i palce. Z tyłu szumiała polewaczka, dzieciaki piszcząc, pchały się na jezdnię.

– Upał jak cholera – stęknął Woźniak.

– Upał.

I tyle. Woźniak wiedział, że tamtemu nie chciało się gadać i że najchętniej zostałby sam.

Ze Stanisławem znali się kawał czasu. Obaj z Warszawy, w organizacji zaczęli pracować mniej więcej w jednym czasie. Zaprzyjaźnili się ze sobą – wspomnienie miasta łączy silnie.