20 osób interesuje się tą książką

Opis

Nadając Pięknym dwudziestoletnim rys powieściowy, zrewolucjonizował Hłasko polskie myślenie o literaturze wspomnieniowej. Umiejętnie balansując między prawdą a zmyśleniem, wplątał czytelnika w niemożliwą do rozwiązania grę. Tylko autor potrafi z całą pewnością rozróżnić fakty od zmyślenia, a odbiorcy pozostają domysły i próby rozwikłania najbardziej zagadkowych fragmentów. Oczywiście można przyjąć także inną strategię lektury i zawierzyć Hłasce całkowicie, wówczas pozostaje tylko radość ze znakomicie napisanego utworu, bezkompromisowo rozprawiającego się z oficjalną wizją Polski Ludowej.

[Ze Wstępu]

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 281

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt graficzny: Janusz Barecki

Opieka edytorska: Agnieszka Dziewulska

Korekta: Bogusława Jędrasik

Zdjęcie na okładce: Tadeusz Rolke/Agencja Gazeta

Copyright © by Agnieszka Czyżewska-Stempa, Małgorzata Wolf

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2020

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN: 978-83-244-1069-9 (EPUB), 978-83-244-1069-9 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wstęp

Pomysł spisania wspomnień podsunął Hłasce Jerzy Giedroyc. Propozycja padła w dość płodnym dla literata okresie, podczas kolejnej wizyty w redakcji paryskiej „Kultury”: właśnie ukończył Nawróconego w Jaffie i pracował nadSową, córką piekarza, mającą zrekompensować odczuwaną od lat tęsknotę za ojczyzną. Prace nad tą drugą, wrocławską powieścią bardzo wiele Hłaskę kosztowały. Powrót na nadodrzańskie łąki, po których przechadzał się na początku lat 50. z ukochaną Wandą, do polskiej rzeczywistości i wszystkiego, co ze sobą niosła, kosztował pisarza sporo nerwów. Poważnie nadszarpnięta niedawnym pobytem w zakładzie zamkniętym psychika Hłaski źle znosiła konfrontację wyobrażeń literata z tym, co był w stanie przekazać. Pomysły plątały się, wyczerpywały, żadne rozwiązanie konstrukcyjne i fabularne nie zadowalało.

Wobec niepowodzenia stworzenia fikcyjnej historii o walczącej o lepsze jutro Polsce wizja spisania własnych wspomnień wydawała się niezwykle atrakcyjna. Zabrał się więc Hłasko do pracy. Publikował Pięknych dwudziestoletnich fragmentarycznie, na łamach paryskiej „Kultury”.

Nie oparł się jednak pokusie ubarwiania historii, toteż utwór od samego początku przybrał formę quasi-wspomnień – fakty wymieszały się z fikcją na tyle, że czytelnik w żadnej mierze nie był w stanie oddzielić prawdy od zmyślenia. Tak zresztą określił Hłasko całą swoją technikę – czy ideę – twórczą. „Prawdziwe zmyślenie” czerpie z życia autentyczne historie, ubarwia je jednak w sposób pożądany zarówno przez autora, jak i czytelnika. Tyleż bowiem fikcji w życiu, co prawdy w powieści. Termin ukuty przez pisarza stał się bardzo popularny wśród literaturoznawców i wielbicieli talentu Hłaski, którzy szybko zaczęli używać go w odniesieniu do całej twórczości pisarza.

Rozwikłanie łamigłówki stworzonej przez Hłaskę w Pięknych dwudziestoletnich mogłoby zająć więcej miejsca niż sam utwór, tym bardziej że nie ma przecież absolutnej pewności co do tego, które z przygód pisarzowi faktycznie się przydarzyły, a o których jedynie słyszał. Niemniej zbieżność realiów stalinowskiej i poststalinowskiej Polski z życiorysem autora, a także autentyczne postaci towarzyszące narratorowi utwierdzają w przekonaniu, że więcej w nich prawdy niż zmyśleń. Hłasko pozostawia bardzo wyraźne ślady odnoszące Pięknych dwudziestoletnich do własnej biografii, warto więc zwrócić uwagę na mitotwórczą rolę Pięknych dwudziestoletnich – pisarz propozycję Giedroycia wykorzystał do uwiarygodnienia tworzonej przez lata legendy o samym sobie. Jawi się czytelnikom jako niestrudzony kontestator – Goofy the dog – może nieco gapowaty, ale zawsze wychodzący na swoje buntownik brodzący przez meandry najpierw pracy fizycznej, a później twórczej. Jest równie nieustraszony, spekulując materiałami budowlanymi w bazie transportowej, jak również wymykając się mackom Józefa Różańskiego, słynącego z bestialskiego okrucieństwa byłego oficera MBP, dyrektora Państwowego Instytutu Wydawniczego. Bohaterstwa ujmuje mu jedynie nieporadny styl, w jakim wychodzi z wszelkich tarapatów.

Co ciekawe, prowadzone z pozycji emigranta zapiski doświadczeń Polski Ludowej przeplatają się ze świadectwem trudnej roli pisarza zza żelaznej kurtyny rzuconego w świat wolnego rynku i wielkich możliwości. Niestety okazuje się, że zarobienie konkretnych pieniędzy na Zachodzie jest równie trudne, co sprostanie wymaganiom rodzimej krytyki literackiej. Piękni dwudziestoletni podszyci są gorzką refleksją nad rolą pisarza w społeczeństwie, niechcianego we własnym kraju, z trudem radzącego sobie poza nim. W sposób niezwykle subtelny traktuje Hłasko najciemniejsze chyba momenty swojego życia, pobyty w monachijskim więzieniu i położonym nieopodal zakładzie psychiatrycznym. Lekkość, z jaką wplata te epizody w opowieść, sprawia, że stają się one jedynie kolejnymi przygodami, z których z gracją wyplątuje się główny bohater.

Nadając Pięknym dwudziestoletnim rys powieściowy, zrewolucjonizował Hłasko polskie myślenie o literaturze wspomnieniowej. Umiejętnie balansując między prawdą a zmyśleniem, wplątał czytelnika w niemożliwą do rozwiązania grę. Tylko autor potrafi z całą pewnością rozróżnić fakty od zmyślenia, a odbiorcy pozostają domysły i próby rozwikłania najbardziej zagadkowych fragmentów. Oczywiście można przyjąć także inną strategię lektury i zawierzyć Hłasce całkowicie, wówczas pozostaje tylko radość ze znakomicie napisanego utworu, bezkompromisowo rozprawiającego się z oficjalną wizją Polski Ludowej.

Radosław Młynarczyk

Sznurowadełka, paseczek, krawacik

W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym, w lutym, wysiadłem na lotnisku Orly z samolotu, który wystartował z Warszawy. Miałem przy sobie osiem dolarów; miałem dwadzieścia cztery lata; byłem autorem wydanego tomu opowiadań oraz dwóch książek, których wydać mi nie chciano. Byłem także laureatem Nagrody Wydawców, którą otrzymałem na kilka tygodni przed wyjazdem z Warszawy. I jeszcze jedno: zostałem uznany za człowieka skończonego i stwierdzone zostało ponad wszelką wątpliwość, że niczego już nigdy nie napiszę. Jak powiedziałem, miałem dwadzieścia cztery lata – ci, którzy pogrzebali mnie szybko z wprawą zawodowych grabarzy, byli ludźmi starszymi ode mnie o lat trzydzieści lub więcej. Adolf Rudnicki napisał kiedyś, że najmodniejszym kierunkiem w literaturze polskiej jest miażdżenie i niszczenie. Ten sam Adolf Rudnicki, kiedy wydrukowałem swoje pierwsze opowiadanie, zapytał mnie: „Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył?”. „Dlaczego?” – zapytałem. „Bo ja” – powiedział Rudnicki – „kiedy napisałem Szczury, moją pierwszą książkę, spotkałem Karola Irzykowskiego i Irzykowski spytał: «Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył?»”.

Wysiadając z samolotu na lotnisku w Orly, myślałem, że najpóźniej za rok będę z powrotem w Warszawie. Dzisiaj wiem, że nie wrócę do Polski już nigdy; pisząc to jednak, wiem także, że chciałbym się omylić. Przez wiele lat nie mówiłem po polsku; żona moja jest Niemką; wszyscy moi przyjaciele są Amerykanami lub Szwajcarami, i z przerażeniem zauważyłem, że począłem myśleć w obcym języku i tłumaczyć to sobie na polski. Wiem, że to oznacza mój koniec; moi grabarze z Warszawy nie pomylili się. W tym zawodzie człowiek myli się najrzadziej.

Nie mówiłem nigdy nikomu o motywach, które skłoniły mnie do pozostania na Zachodzie. Kiedy pytali mnie dziennikarze – odpowiadałem im, najgłupiej jak tylko umiałem; wreszcie odczepili się ode mnie. Nie umiałem odpowiedzieć, dlaczego opuściłem mój kraj, ponieważ nie opuściłem go nigdy. Spróbuję jednak napisać o tym, dlaczego mieszkam w innym kraju, a właściwie w innych krajach: mieszkałem już w Anglii, Hiszpanii, w Niemczech, w Szwajcarii, we Francji, w Austrii, Danii, Izraelu i jeszcze paru innych.

Zacząłem pisać, mając lat osiemnaście; winna jest moja matka, która dawała mi książki do czytania – tak że stało się to moim drugim nałogiem. Szkoły nie ukończyłem; częściowo na skutek komplikacji rodzinnych, częściowo na skutek idiotyzmu, stwierdzonego przez nauczycieli. Nie jestem pewien do dzisiaj, czy między fizyką, algebrą, matematyką a chemią zachodzi jakakolwiek różnica, i nigdy się tego nie dowiem. Nie wiem, czy czterdzieści dziewięć da się w ogóle podzielić przez jakąkolwiek cyfrę; jeśli to się w ogóle jakimś cudem uda, to na pewno nie mnie. Przez szkołę powszechną przepychałem się tylko dzięki temu, że nauczycielem matematyki był ten sam nauczyciel, który uczył języka polskiego. Kiedy w czasie wojny chodziłem do szkół sióstr zakonnych w Warszawie na Tamce, panował tam zwyczaj, że najgorszemu uczniowi przyczepiano olbrzymie ośle uszy z papieru; nosiłem je przez cały czas. Po wojnie, „jak wybuchła nowa Polska”, sytuacja moja polepszyła się nieco; nie potrzebowałem nosić oślich uszu – po prostu stałem sobie w kącie odwrócony twarzą do ściany. W tych warunkach ciężko nauczyć się czegokolwiek; ale do ósmej klasy dawałem sobie jakoś radę, „jadąc” na wypracowaniach z polskiego.

Potem zaczęła się katorga. Ze szkoły ogólnokształcącej wyrzucono mnie za głupotę: była to szkoła numer dwa imienia La Guardii, potem – Marii Konopnickiej. Na wniosek kuratora posłano mnie do poradni – nie jestem pewien, czy dobrze zacytuję nazwę – psychotechnicznej, czy coś w tym rodzaju. Kazano mi układać jakieś klocki, kazano mi do jakichś idiotycznych tekstów wpisywać brakujące słowa, zadawano mi szokujące pytania dotyczące moich rodziców i krewnych; wreszcie kazano mi się rozebrać do naga i uznano za niezdolnego do nauki w szkole typu humanistycznego; posłano mnie do szkoły handlowej we Wrocławiu – czy też do spółdzielczo-handlowej, wychodząc widocznie z założenia, że idioci niezbędni są w handlu; być może chodziło tu o dobro kupujących. Nie wiem.

Kariera moja skończyła się po paru lekcjach matematyki. W tym czasie otworzono w Warszawie szkołę techniczno-teatralną; pojechaliśmy tam z moim bratem Józefem – przez trzy miesiące brat mój odrabiał za mnie zadania z matematyki, chemii i algebry, jednak na skutek tak zwanej waśni rodowej przestał; wyrzucono mnie znowu. Była to dobra szkoła; mieściła się w gmachu YMCA w Warszawie i mieliśmy basen. Dyrektorem szkoły był – o ile pamiętam – Żmigrodzki, imponujący brodacz, który mógłby grać kapitana statku z opowiadania Conrada U kresu sił. Tam też poznałem Basię Świdzińską, ślicznego, rubensowskiego aniołka, i zapałałem ku niej uczuciem. Bez wzajemności.

Wróciłem do Wrocławia, gdzie zacząłem pracować i chodzić jednocześnie do wieczorowej szkoły rzemieślniczej; już nie pamiętam, dlaczego mnie wyrzucono. Wtedy zacząłem grać w klubie sportowym jako środkowy napastnik. Nie byłem utalentowanym graczem, ale na boisku odznaczałem się zwierzęcym okrucieństwem. Jak w tym opowiadaniu Čapka, przed każdym meczem sekretarz klubu wzywał mnie, mówiąc: „Hłasko – jeśli nie skosicie przynajmniej dwóch, zostaniecie usunięci z klubu dyscyplinarnie”. W tymże klubie sportowym nauczyłem się również grać w pokera; tamże poznałem Tadka Mazura, który był „bratankiem” jednego z pisarzy nieulegającego w sposób przesadny wdziękom kobiecym. Tadek sam próbował pisać; przychodziłem do niego i w ten sposób poznałem jego „wuja” – był to pierwszy człowiek piszący, którego poznałem osobiście. Tam też poznałem „Kape” – innego kolegę, który był potem naszym lewym napastnikiem i który umiał kopać przeciwnika najpierw w piszczel, a padającego już – w twarz. Kape – to strzał prawą lub lewą stroną buta; oczywiście zewnętrzną. Kape potrafił tak kopnąć zawodnika, że sędzia nie mógł tego zauważyć. Był przy tym bardzo grzeczny: zawsze podnosił skopanego i kłaniał się sędziemu. Widziałem potem podobnego gościa: był to bokser wagi lekkiej, Debisz z Łodzi, „gentleman ringu”: potrafił w mgnieniu oka uderzyć jednocześnie poniżej pasa i doprawić łokciem w łuk brwiowy; po czym ze skruszoną miną kłaniał się sędziemu. Wygrywał dziewięćdziesiąt procent walk przez techniczne k.o.

Tadek, Kape i ja chodziliśmy co niedziela do Hali Stulecia we Wrocławiu, gdzie odbywały się mecze bokserskie. Nie dysponując jednak funduszami, wchodziliśmy przez dach, co nie wykluczało utraty życia. Gospodarzem hali był wówczas sędzia Mikuła – atletyczny grubas, który wyrzucał nas kopniakiem; potem jednak polubił nas wszystkich za fanatyzm i wpuszczał bez biletów. Naszym ideałem był wówczas Ryszard Waluga – chyba z IKS Wrocław. Był to dobry fighter o silnym ciosie i świetnej technice; potem jednak kochaliśmy wszyscy Kasperczaka „Laleczkę”, naszego pierwszego powojennego mistrza Europy. Chodząc na mecze, poznałem – z daleka – dwóch innych pisarzy. Jednym był Staś Dygat, siedzący zawsze w pierwszym rzędzie z miną pełną dezaprobaty; a w czasie mistrzostw Polski w roku 1949 ujrzałem „Strasznego Józia” Prutkowskiego. Widziałem wtedy najpiękniejszą walkę mojego życia: Antkiewicz – Bazarnik w piórkowej. Ale ideałem naszym był „Tolek”. Żeby zobaczyć walkę „Tolka” z Czechosłowakiem, Tormą, jechaliśmy we trójkę bez biletów z Wrocławia do Warszawy; bez biletów weszliśmy na salę i bez biletów wróciliśmy do Wrocławia.

My wszyscy, Tadek, Kape i ja, żyliśmy z pokera, grając – jak to się mówiło – na RGO. Pomału interesy zaczęły się psuć: za hazard usunięto nas z klubu; Tadek poszedł do więzienia, a ja z Kapem wzięliśmy się za bandytyzm. Pierwszą poważną pracę przeprowadziliśmy w szkole handlowej; o możliwościach tej imprezy poinformował nas inny kolega klubowy, „Kaczor”. Kaczor wybił, niby to niechcący, okno w szatni szkolnej wychodzące na sąsiednią ulicę. Następnego dnia Kape czekał już tam, a ja, wziąwszy teczkę, wszedłem z innymi uczniami do szatni i ukryłem się za paltami. Byłem wtedy chłopcem małym o szczerym spojrzeniu Słowianina, który kłamie. Lekcja się zaczęła; woźny szkolny zamknął szatnię na klucz, a wtedy ja wybierałem co cenniejsze sztuki z garderoby i podawałem je Kapemu; potem wyszedłem sam przez okno i już po godzinie sprzedaliśmy wszystko na placu Biskupa Nankiera, gdzie mieścił się czarny rynek. Dowiedzieliśmy się pewnego dnia, że w drugim ogólnokształcącym gimnazjum przy ulicy Stalina odbędzie się zabawa szkolna i że przyjdzie tam porucznik UB, który kochał się w jednej z uczennic. Wierzyliśmy głęboko, że porucznik zostawi pistolet w szatni, a ja już tam byłem. Broń przydała nam się parę razy, potem jednak Kape upił się, zgubił pistolet i rozwiązaliśmy spółkę.

Skończyłem wtedy szesnaście lat i ustawowo, jako nieuczący się, musiałem zacząć pracować. Pracowałem jako pomocnik szofera w PPB; potem w firmie Paged, w bazie Bystrzyca Kłodzka. Napisałem o tym książkę; wiele lat później Krzysztof Toeplitz w swym artykule Święci młodziankowie napisał, że jest to opowieść o ludziach, jak to sobie wyobraża mały Mareczek. Pytano mnie wielokrotnie, czy rzeczywiście było tam tak, jak o tym napisałem. Nie, nie było tak. Było o wiele gorzej: wstawaliśmy rano o czwartej, a o dziesiątej wieczór kończyliśmy rozładunek na stacji; potem jechało się jeszcze czterdzieści kilometrów do domu, co przy samochodzie typu GMC z przyczepą, po górskich drogach, zabierało około dwóch godzin. Potem jeszcze gotowaliśmy sobie jeść, a potem dopiero kładliśmy się spać. Niedziel i świąt nie było; pod koniec miesiąca kierownik bazy w Bystrzycy Kłodzkiej oświadczał nam, że wyrobiliśmy około czterdziestu, czasami około czterdziestu pięciu procent normy. Pracowałem tam stosunkowo niedługo; odszedłem, gdyż groziło mi więzienie za sabotaż gospodarczy. W tym czasie widziałem dwa wypadki śmiertelne i jeden wypadek złamania kręgosłupa; zresztą ten, też zdaje się, umarł już w szpitalu, gdyż nie byliśmy w stanie odtransportować go natychmiast; nasze samochody przystosowane były do przewozu kłonic, więc nie można go było położyć. Zarabiałem wtedy około siedmiuset złotych miesięcznie.

Tadeusz Konwicki powiedział mi: to nie jest książka, to jest western. Miał rację. Nigdy nie mogłem zrozumieć, na czym polega nieszczęście literatury polskiej. Logicznie rzecz biorąc, mało który naród ma tak wiele szans na dobrą literaturę jak my, Polacy. Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę, rozpacz, pijaństwo – czegóż jeszcze trzeba, na Boga? Żyjąc w Izraelu, mieszkałem z najgorszymi szumowinami, nigdy jednak nie spotkałem ludzi tak zrozpaczonych, zwierzęcych i nieszczęśliwych jak w Polsce. Genezą westernu jest obsesja sprawiedliwości: samotny człowiek, który musi niszczyć zło i przemoc. To nieważne, że robi się tysiące szmir, ale Jesse James, Earp i inni szybkoręcy są postaciami prawdziwymi. Taką postacią mógłby być komunista; człowiek, który wprowadza ład i spokój w spalonym kraju i wśród ludzi zdeprawowanych nieszczęściami – gdyby o to chodziło commies (gwarowe amerykańskie określenie komunistów). Wśród tysięcy śmieci, które przeczytałem o commies, nie spotkałem takiego człowieka. Tylko jeden Jerzy Andrzejewski pokazał komunistę: to Podgórski z Popiołu i diamentu. Podgórski sądzi człowieka, który był kapo w więzieniu, ale ten pierwszy pojedynek przegrywa. Jest jeszcze człowiekiem; w parę lat później stałby się prawdopodobnie majorem z arcydzieła Andrzeja Mandaliana. Lub sędzią Gletkinem z Koestera. Ale najprawdopodobniej Rubaszowem, którego sądzi Gletkin.

Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciw commies. Tak długo, jak oni popełniają świństwa, a ja mogę o tym pisać – wszystko jest dla mnie OK. Jestem tylko świadkiem w procesie oskarżenia; sprawa jest dla mnie obojętna, byleby proces był ciekawy. To wszystko. Życie, które mi dano, jest tylko opowieścią; ale jak ja ją opowiem, to już moja sprawa. Jedynie o to mi chodzi.

Pisząc to, zapytałem jednego ze swych przyjaciół, czy mam rację, mówiąc, że my, Polacy, mamy wszystko, co trzeba, żeby dobrze mówić. Powiedział, że nie; powiedział, że Polacy są zbyt zmęczeni i ogłupieni; i zbyt zrezygnowani. Nie rozumiem; czy chirurg ma prawo do zmęczenia, jeśli przywiozą mu kogoś, kogo trzeba operować. Nie wiem. Pamiętam, że stojąc kiedyś z Pawłem Hertzem w barze, skarżyłem mu się na kłopoty, na brak pieniędzy, na trudności z redaktorami. Hertz spojrzał na mnie z niesmakiem. Powiedział: „O ile pana dobrze zrozumiałem, pan chce się zająć pisaniem. To nie jest zajęcie przyjemne ani dla pana, ani dla ludzi, którzy będą pana czytać. Czegóż pan oczekuje?”. Odwrócił się, wzruszywszy uprzednio ramionami; nasza rozmowa była zakończona.

Więc odszedłem wtedy z lasu i wróciłem do Warszawy; zacząłem pracować w firmie Metrobudowa. Pracowałem jako ładowacz; po jakimś czasie zacząłem pracować w dziale zaopatrzenia. Była to świetna praca; po prostu chodziłem po mieście z zamówieniami na części samochodowe do rozmaitych firm i tam przybijano mi pieczątkę: CZĘŚCI BRAK. Potem szło się do tak zwanego sektora uspołecznionego – czyli do małych wytwórni rzemieślniczych. Jedyna różnica między sektorem państwowym a uspołecznionym polegała na tym, że w państwowym przybijali pieczątkę CZĘŚCI BRAK, a w uspołecznionym – CZĘŚCI NIE MA. To wszystko. Wtedy robiło się tak zwany „protokół konieczności zakupu”, który podpisywali kierownik zaopatrzenia, kierownik rady zakładowej i sekretarz partii oraz kierowca unieruchomionego samochodu, jak również kierownik warsztatu. Potem ja brałem butelkę wódki i jechałem do znajomego magazyniera z innej firmy, który mi dawał brakującą część. Następnie szedłem do sklepu komisowego na Chmielnej, gdzie część tę zastawiałem, mój wspólnik przychodził za godzinę i wykupywał; potem urządzało się przyjęcie towarzyskie. Był to mój własny system: wtedy nauczyłem się myśleć dramatycznie.

Któregoś dnia przyszła jakaś straszna baba i wezwał mnie kierownik bazy.

– Do partii należysz?

– Nie.

– Do TPPR?

– Nie.

– Do związków zawodowych?

– Nie.

– To będziesz korespondentem robotniczym.

Ta straszna baba była z „Trybuny Ludu”. „Trybuna Ludu” miała swoich tak zwanych „korespondentów terenowych”, którzy pisali o bolączkach i osiągnięciach zakładów pracy. Zacząłem więc pisać o tym, że brakuje części zamiennych, że samochody mają zbyt długie przestoje, ponieważ jest zbyt mało pomp benzynowych, które w dodatku nie są automatyczne, i o tego rodzaju sprawach. Pewnego dnia wezwano mnie do „Trybuny Ludu”. Dostałem nagrodę; była to powieść Anatola Rybakowa pt. Kierowcy. Tej nie zapomnę.

Była to pierwsza socrealistyczna książka, jaką przeczytałem; muszę przyznać, że wpadłem w osłupienie. Tak głupio i ja potrafię, powiedziałem sobie. I zacząłem.

Z Metrobudowy wyrzucono mnie. Nie mogłem znaleźć pracy; za dużo było kierowców, za mało wozów. „Trybuna Ludu” wsadziła mnie do Warszawskiej Spółdzielni Spożywców; kiedy zorientowałem się, że jestem konfidentem policji, było już za późno.

Praca w WSS była bardzo ciężka: baza mieściła się przy ulicy Sokołowskiej – ja mieszkałem tuż przy Marymoncie. O czwartej rano musiałem już być „na bazie”, jak to się mówiło; wstawałem często o drugiej i maszerowałem przez Powązki. Szedłem, śpiąc; można nawet i tak. Potem zaczynał się koszmar; silnik nie chciał zaskoczyć; trzeba się było kłaść pod karterem z zapaloną lampą benzynową, gdyż gorąca woda grzana dla nas przez nocnych kierowców pomagała tyleż, co wyskakującemu bez spadochronu odmawianie pacierza. Wreszcie jechało się na „zieleniak” – tam już czekali chłopi badylarze, którzy jechali przez noc; Warszawa musiała mieć o siódmej rano warzywa. Jechaliśmy zawsze w czterech: ja, mój pomocnik, konwojent i ładowacz. Konwojent płacił chłopu gotówką, warzywa dzielono na trzy kategorie. Kategoria pierwsza była płatna najwyżej: konwojent wypisywał chłopu kwit na pierwszą i płacił za trzecią. Chłop nie miał wyboru; nasi konwojenci z WSS mieli umowę z konwojentami MHD. Jeśli chłop nie chciał sprzedać – nie kupił nikt i musiał wracać do domu i wyrzucić warzywa. Zmowy tej nikt nie złamał: ani nasi z WSS, ani tamci z MHD; za to groziła, jak to nazywają gazety, „rozprawa nożowa”. Bardzo słuszna nazwa.

W ten sposób dorabiało się nieco na bloku; kiedy wracaliśmy około godziny siódmej na bazę – czekała tam zawsze policja i sprawdzała, czy nie jesteśmy pijani; to już był punkt zahaczenia. Zajęcie ich o tyle było pozbawione sensu, że kierowca WSS – jak powiadają chłopi – „nie miał prawa” być trzeźwy. W tym celu zakupowano butelkę wódki, którą wręczało się policjantom czekającym „na bramie”. Tak robiliśmy my, kierowcy z „zieleniaka”. Kierowcy z Ząbkowskiej, czyli „monopolowi”, dawali sobie radę na swój sposób. Wódkę ciężko jest ukraść, w wypadku stłuczenia butelki należy pokazać szyjkę z zalakowaną główką i załączyć protokół zniszczenia; ale na to szkoda było czasu. Nabywało się więc strzykawkę lekarską z igłą do zastrzyków domięśniowych; wyciągało z każdej butelki setkę wódki i uzupełniało wodą.

Potem przeniesiono mnie z „zieleniaka” na „rzeźnię”. Tam najciężej było kraść; ale kradło się i tam. Przy wjeździe na wagę kierownik rzeźni wpisywał wagę wozu, potem jechało się na halę okrężną drogą. Ja stawałem i mówiłem do pomocnika: „Zdzisiek, spuszczaj wachę”. Pomocnik kładł się pod wóz i otwierał kurek chłodnicy: w ten sposób wóz kładł się lżejszy o dwadzieścia kilo – tę różnicę inkasowaliśmy w mięsie. Potem, tuż za bramą rzeźni, nalewało się znów wody. Wreszcie ci z rzeźni się skapowali; wtedy spuszczało się benzynę. Gdzie „odpalało” się mięso – te dwadzieścia kilo – pozostanie moją tajemnicą.

Przekleństwem naszym, kierowców z WSS, była tak zwana „akcja ziemniaczana”. Jechało się wtedy po kartofle na wieś; ale kartofli sprzedać nie było komu. My, warszawscy kierowcy, i tu znaleźliśmy kolorowego ptaka. Jechało się „na akcję” w kilkanaście wozów; lepsze wozy ciągnęły słabsze; licznik wybijał kilometry, a potem benzynę sprzedawało się taksówkarzom prywatnym. Miałem wtedy osiemnaście lat; pisząc o tym dzisiaj, nie wstydzę się tego. Niech się wstydzą ci, którzy mnie do tego zmusili. Pracując po czternaście godzin dziennie, włącznie z niedzielami i świętami, zarabiałem około siedmiuset złotych miesięcznie. Nie miałem mieszkania, mieszkałem na korytarzu. Pierwsze ubranie sprawiłem sobie, mając dwadzieścia dwa lata. Dzisiaj niepotrzebne mi nawet i ubranie, i tak nie mam dokąd iść.

Siła commies polega na tandecie ich ideologii; robotnik niemiecki oblicza sobie, że z chwilą, kiedy majątek Thyssenów czy Kruppów zostanie upaństwowiony, jego dochody wzrosną o tysiąc procent. Siła commies polega na fantastyczności zjawiska. Gdybym powiedział robotnikowi niemieckiemu, że pracując czterysta dwadzieścia godzin w miesiącu, mogłem sobie za to kupić kiepską parę butów – wzruszyłby ramionami i odszedł. I teraz, gdybym powiedział swojemu pomocnikowi: „Zdzisiek, niemiecki kierowca może w ciągu roku kupić sobie samochód; za swoją miesięczną pracę cztery ubrania; może pojechać do Włoch na urlop” – dostałbym w zęby tak, jak nigdy jeszcze nie dostałem. Dziennikarze niemieccy zawsze mówili do mnie: „Niech pan nie zapomina o tym, że to oni pierwsi weszli na niebo”. Nie jestem inżynierem; ale wydaje mi się, że o sukcesie technicznym można mówić tylko wtedy, jeśli zna się koszty inwestycji. Jeśli kosztem tysięcy drzew wyprodukuje się tysiąc wykałaczek, to wtedy jest tylko zabawa. Kennedy czy Johnson musi się wykłócać z Kongresem o każdy grosz, który idzie na spaceaction; naród amerykański zna te cyfry z prasy i telewizji; przez lata śmiali się, siedząc przy telewizorach i obserwując pociski spadające po trzech sekundach lotu. Nie wiem, ilu ludzi zamęczono i zlikwidowano, zanim Gagarin ukazał światu swoją twarz; i nie wiem, ile było nieudanych prób. Dopóki nie dowiem się tego, nie będę umiał cieszyć się sukcesem moich kapryśnych braci.

Ale wtedy, w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim, nie myślałem jeszcze o tym. Myślałem o zupełnie innych rzeczach tego dnia, kiedy stałem w Pałacu Mostowskich, a dyżurny milicjant powiedział do mnie:

– Paseczek. Sznurowadełka. I krawat.

– Nie noszę krawatu – powiedziałem i podpisałem kwit.

Mistrzem mojej młodości nie był Hemingway ani Jerzy Andrzejewski. Był nim Tadeusz Barwiński, oficer Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Jak powiedziałem, pracowałem w Warszawskiej Spółdzielni Spożywców jako kierowca skierowany tam przez kierownika wydziału korespondentów terenowych „Trybuny Ludu”. Był to rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty drugi. W owych czasach w każdym dużym przedsiębiorstwie był tak zwany Samodzielny Wydział Wojskowy; kiedy indziej nazywało się to: Samodzielny Wywiad Ochrony; i jeszcze inaczej. Była to komórka Urzędu Bezpieczeństwa; referent – taki był tytuł tego bezpieczniaka – miał swoich kapusiów wśród pracowników odnośnego urzędu, którzy dostarczali mu informacji o ludziach; a on już wiedział, co z tym robić dalej.

Pewnego dnia około godziny siódmej po południu, kiedy – jak to się mówiło – „zjechałem” na bazę, dyspozytor powiedział do mnie:

– Masz iść do „samodzielnego”.

– Pracujesz dziś na noc? – zapytałem go.

– Tak. Do szóstej.

– Jeśli nie wrócę, powiedz mojej matce.

– Gdybyś miał nie wrócić, zgarnęliby cię z domu – powiedział.

Gdybym w owych czasach czytał Hemingwaya, odpowiedziałbym mu: „To jedna z tych rzeczy, których się nigdy nie wie”. Powiedziałem jednak tylko: „Bóg to jedyny wie”.

Poszedłem. Siedział tam mały facet w okularach; drzwi były obite skórą; chodziło pewnie o to, aby w przesłuchiwanym wywołać nastrój grozy. Wszystko jak w kiepskich filmach. Kiedyś widziałem taki film czy może czytałem taką książkę:

„– Czy wiesz, co to jest? – zapytał Sean, biorąc ze stołu leżącą tam łyżeczkę do herbaty.

– Srebro – powiedział Jack. – Kupiłeś to od Harry-konia. To z tej roboty na 77. Street. Można tym mieszać herbatę. Dajesz bardzo kiepską herbatę, Sean. Czy taką piją u was w Dublinie?

– Nie tylko taką – rzekł Sean, uśmiechnąwszy się krzywo. – Dostaniesz dobrą w takiej jednej, która nazywa się «Dirty Dick». A co do łyżeczki, to można nią także wyłupać oko.

Tego krzyku Treppengelander już nie zapomni”.

Albo inaczej:

„Strzał z czterdziestkipiątki szczeknął krótko, a ja strzeliłem jej prosto w brzuch, myśląc: Micky, tam przecież siedzi twoje dziecko. Ale nie mogłem inaczej; Chryste Panie – naprawdę nie mogłem inaczej. Pomyślałem o tym, jak Nick szedł na fotel, i o jego wystrzyżonej głowie, którą mu ostrzygli, aby lepiej przylegała elektroda. Gdyby nie Nick, może mógłbym inaczej. Ale nie mogłem; pochyliłem się na nią i widziałem konające światło w jej oczach.

– Jak mogłeś – szepnęła.

Milczałem przez chwilę, potem rzekłem:

– To nie było wcale trudne”.

Może zresztą nie cytuję dokładnie. Nie o to jednak chodzi. Ze mną nie było aż tak zabawnie. „Samodzielny” kazał mi usiąść.

– Jak się nazywacie?

– Marek Hłasko.

– Urodzony?

– Czternasty, pierwszy, trzydziesty czwarty.

– Gdzie?

– W Warszawie.

– Ojciec.

– Maciej.

– Zawód.

– Adwokat.

„Samodzielny” zdziwił się.

– Adwokat?

– Adwokat.

– Żyje?

– Nie.

– Matka?

I tak dalej, i tak dalej. Wreszcie powiedział:

– Wy zostaliście tutaj skierowani przez „Trybunę Ludu”?

– Tak.

– Jako korespondent terenowy?

– Tak.

– Dlaczego przestaliście pisać?

– Pracuję po czternaście godzin na dobę. Nie mam kiedy.

– Nie potrzebujecie więcej pisać – powiedział „Samodzielny”. – O wszystkim będziecie mówić mnie.

– O czym?

Teraz zaczyna się Mike Hammer. Może zresztą Lord Lister, czyli tajemniczy nieznajomy. We wszystkich tych książeczkach zawsze było: „czyli”. Lord Lister – czyli tajemniczy nieznajomy. Ken Manyard – czyli mściciel prerii. Jerzy Rolicz – czyli szesnastoletni chłopiec wśród Thugów. Ale najlepszy był Lister. Moja matka, która kazała mi czytać, wepchnęła mi kiedyś Żeromskiego: miałem wtedy dziesięć lat. Przeczytałem zdanie: „Śnica zapuścił sępie spojrzenie swoich źrenic w jej duszę”. Poczułem się zwolniony na zawsze z obowiązku czytania Żeromskiego; wziąłem pełne wydanie Mortkowicza i zaniosłem na ulicę Ciepłą, gdzie był warsztat naprawy lalek i jednocześnie antykwariat; zamieniłem komplet Żeromskiego na Lorda Listera i o tym drugim, który zawsze mówił: „Nie podaje się nigdy ręki mańkutowi. To mi raz ocaliło życie”. Już nie pamiętam, jak się nazywał ten szybkoręki. Dostałem od matki pasem, który został jeszcze po moim dziadku, dziadek był komendantem Straży Pożarnej miasta stołecznego Warszawy, a wszyscy wiemy, że pasy strażackie są najszersze i mają najwięcej miedzianych sprzączek.

„Mike” wyjął pistolet.

– Wiecie, co to jest?

– Wiem.

– Co?

– Radziecki pistolet TT.

– A skąd to wiecie?

– Widziałem to na filmie z Pawłem Kadożnikowem. Paweł Kadożnikow był radzieckim wywiadowcą i musiał zabić niemieckiego szpiega. Wyciągnął pistolet i powiedział: „Mocą i prawem danym mi przez ojczyznę...”.

„Samodzielny” przerwał mi:

– Macie narzeczoną?

– Mam.

– Jak się nazywa?

Powiedziałem. I tak bredziliśmy przez dwie godziny; a on wychodził i zostawiał pistolet na stole; wracał i znów wychodził: to było śledztwo psychologiczne. W końcu podpisałem protokół, że mam narzeczoną Wandę, i że pistolet typu TT jest mi znany tylko z filmu; że byłem napastnikiem w klubie; i tak dalej, i tak dalej. Kiedy dzisiaj to piszę, samemu nie wydaje mi się to zbyt prawdopodobne. Ale wtedy, przy podpisywaniu protokołu, pomyślałem sobie: „Poczekaj, synu. Niech ja się przynajmniej dowiem, jak cię ochrzcili”. Protokół musi być podpisany przez przesłuchiwanego i przez prowadzącego śledztwo. Nazywał się Tadeusz Barwiński.

Aresztowano mnie w parę dni później za odmowę współpracy. Argumentacja oficera milicji – tym razem odbywało się to w Pałacu Mostowskich – była prosta: ponieważ pracuję w firmie powszechnie znanej ze złodziejstwa, muszę wiedzieć, co się tam dzieje; ponieważ odmawiając współpracy, zapobiegam tym samym wykryciu faktów sabotażu gospodarczego, podlegam karze z artykułu i tak dalej, i tak dalej. Wtedy właśnie zdjąłem paseczek, krawacik i sznurowadełka; Polacy lubią eufemizmy. Nic nie mogę na to poradzić; nie pytano mnie o radę przy urządzaniu państwa polskiego.

W więzieniu zawsze jest wesoło, jeśli się do tego podejdzie w sposób właściwy. Wszyscy są zawsze niewinni; wszystko to jest omyłką, która się niedługo wyjaśni. W więzieniu w Palermo spotkałem człowieka, który zabił narzeczoną i jej matkę; spodziewał się zwolnienia za parę dni. W więzieniu w Monachium siedziałem z facetem, który dokonał siedemnastu rabunków; spodziewał się zwolnienia za parę dni. W więzieniu w Jaffie zaprzyjaźniłem się z człowiekiem trudniącym się przemytnictwem narkotyków od czasu powstania państwa Izrael; spodziewał się zwolnienia za parę dni.

W ogóle nie jest tak źle, jeśli tylko zaufa się szaleństwu. Mieszkając w Warszawie, byłem stałym gościem komisariatu przy ulicy Bednarskiej za opilstwo i bójki towarzyskie. Po jakimś czasie miałem już tam przyjaciół wśród milicjantów i sypiałem nie „na dechach”, lecz w dyżurce, a rano odwozili mnie do domu. Był to najprzyjemniejszy komisariat w Warszawie, tam lądowali wszyscy wychodzący z „Kameralnej” i z „Krokodyla”.

W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym odbywał się Festiwal Młodzieży; przyjechał wtedy teatr Bim-Bom ze Zbyszkiem Cybulskim. Spotkałem Romka Polańskiego przed wejściem do teatru: Romek miał bilet, ale nie chciano go wpuścić, ponieważ naładowało się mnóstwo publiki bez biletów i sala była przepełniona. Polański tak długo upierał się, aby wejść i pokazywał przy tym swój bilecik, aż wreszcie zabrali go dwaj policjanci z „jedynki”. Byli to jednak policjanci nowi i nie znali mnie. Polańskiego prowadzili między sobą, a ja szedłem za nimi.

Romka zamknięto, a ja poszedłem do mojego sierżanta, który mnie zwykle pozbawiał paseczka.

– Puść go – powiedziałem.

– To twój kumpel?

– Tak.

Polańskiego wypuścili; nabyliśmy litr wódki i razem z Romkiem, jego dziewczyną i tymi samymi policjantami, którzy go przed dziesięcioma minutami aresztowali, udaliśmy się w pobliskie gruzy celem konsumpcji. Potem nabyliśmy jeszcze dwie butelki; nie wiem, dlaczego przyszła mi ochota, aby deklamować Apokalipsę. Milicjanci patrzyli na mnie, mówiąc od czasu do czasu:

– Panie Mareczku, ostrożnie, ostrożnie...

Miotały nimi sprzeczne uczucia: z jednej strony chcieli bawić się dalej, z drugiej – nie wiedzieli, czy Apokalipsa jest tekstem wrogim, czy też nie. Ta sytuacja, że człowieka zupełnie niewinnego wypuszczają za poręczeniem alkoholika, wydaje mi się świeża, dlatego o tym piszę.

Jak powiedziałem: szaleństwo jest jedyną rzeczą, której można zaufać. We Włoszech zaaresztowano mnie za strzelaninę; chciałem w przystępie szaleństwa zabić jednego pana, który mi powiedział, że nie zabija się sześciu milionów ludzi bez powodu – rozmawialiśmy o Żydach. Na drugi dzień sędzia śledczy zapytał mnie:

– Pan go chciał zabić?

– Tak – powiedziałem. – I chciałem zobaczyć włoskiego sędziego, który skaże mnie za to, że chciałem obronić pamięć sześciu milionów zamęczonych ludzi.

Popatrzył na mnie przeciągle; oddał mi moje rzeczy; znów popatrzył na mnie i oddał mi broń. Lektura faktów z życia Napoleona może się przydać nawet w sprawach bagatelnych. Nie wiem, czy mój włoski sędzia był odpowiednikiem naszego Rzeckiego; wiem tylko, że zniszczy akta sprawy.

W Pałacu Mostowskich nie siedziałem długo. Pomyślałem sobie: potrzymają cię do śledztwa, a potem dostaniesz swojego piątaka. To nieważne, że nikt nie będzie wiedział dlaczego: wymiar sprawiedliwości nie polega na pytaniu, kto jest winien, a kto nie; chodzi o to, aby mieć winnego.

Nie czytałem wtedy jeszcze Koestlera, gdzie sędzia śledczy prowadzi długie, serdeczne rozmowy z gościem, którego chce zlikwidować. Nie czytałem jeszcze wtedy Orwella, gdzie Wielki Brat ma zeza widlastego; nie czytałem nawet Krywickiego. Książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu; pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka; przynajmniej dla mnie. Commies przekroczyli tą granicę: kiedy Jeżow likwidował Jagodę, powiedział zebranym członkom GPU, że znany jest mu fakt, iż Jagoda pracował dla ochrany. Nikt nie zaprotestował; w czasie kiedy istniała ochrana, Jagoda miał dwanaście lat. Pomiędzy tymi tam z GPU byli na pewno ludzie, którzy walczyli przeciw Kołczakowi, Denikinowi i Piłsudskiemu. Kiedyś byli odważni; ale nikt nie wstał i nie powiedział, że dzieci, mając do wyboru jazdę na hulajnodze albo rozmowy z urzędnikami – wolą jednak hulajnogę. Commies przekroczyli tę granicę: stworzyli świat fantastyczny, w który nie można uwierzyć. To ich siła.

Ja wtedy, w Pałacu Mostowskich, powiedziałem sobie: „Balzak nic ci nie pomoże. Żeromski też nie; ale pomoże ci Lord Lister”. W ten sposób zostałem konfidentem policji pracującym pod kryptonimem „Wanda”. Wanda to imię mojej dziewczyny; uważałem, że tak będzie zabawniej. Zwolniono mnie.

Poszedłem do mojego dyspozytora na bazę.

– Przenieś mnie z „zieleniaka” – powiedziałem.

– Dlaczego?

– Nie chcę nic wiedzieć.

– Chcesz iść na „rzeźnię”?

– Nie. Znam „rzeźnię”.

– Na „monopol”?

– Znam i „monopol”.

Byliśmy sami.

– Zrobili cię za psa? – zapytał.

– Tak.

– Poczekaj – powiedział. Przeniosę cię na opla blitza 167. To taki wóz, że się go codziennie ściąga z miasta. A ja powiem chłopakom, że jesteś lewy.

– Powiedz im.

Mój opel blitz nie zawiódł mnie nigdy; już za bramą wysiadało mi sprzęgło; drugiego dnia – karburator. Pojechałem do warsztatu; majster wiedział o wszystkim – oddaliśmy karburator do naprawy. Trwało miesiąc; potem było delko; potem sprzęgło; potem spalał trzy razy tyle benzyny, ile powinien – odstawiliśmy go do ekspertyzy. Ja chodziłem „po bazie” i nie wiedziałem nic.

Od czasu do czasu zjawiało się u mnie dwóch facetów wyglądających jak łapsy z filmu. Już nigdy chyba nie dowiem się, czy ci w filmach wyglądają tak jak ci w życiu, czy też ci w życiu tak jak ci z filmu.

Kiedy w Londynie chodziłem na body-building, widziałem treningi zawodowych średnich. Było tam dwóch managerów, którzy wyglądali tak jak ci z The Champ i ci z The Golden Boy. Nosili meloniki i kamizelki; palili cygara, od czasu do czasu jeden do drugiego mówił: „Harry is over the hill”. Potem pluł; potem to samo mówił drugi.

Ci moi dwaj mówili: „Oj, bo się pogniewamy”. Nigdy nie dodawali niczego więcej, a potem zaczęła się największa zabawa w moim życiu.

Trzeba tylko przekroczyć tę granicę wstydu. Mój pomocnik zaprosił mnie kiedyś na imieniny do swojej siostry. Było nudno; w samym centrum zabawy ukradliśmy patefon, wynieśliśmy go na schody, a potem wróciliśmy i wraz z innymi gośćmi czyniliśmy bezskuteczne poszukiwania. Milicjanci przenieśli mnie z WSS do MHD i tam rozpocząłem swoją działalność pisarską uskrzydlony myślą, że jestem jedynym na świecie konfidentem à rebours. O partyjnych pisałem, że są dwulicowi i że pragną powrotu ustroju kapitalistycznego; o ludziach, którzy mówili źle o Gospodarzu – pisałem, że są szczerymi demokratami kochającymi Ziutka Słoneczko i tak dalej. Donosy pisałem regularnie; dzwoniłem w tym celu do Komendy Głównej i podając swój kryptonim, prosiłem, aby połączyć mnie z porucznikiem Jankiem – to jeden z moich łapsów. Narobiłem im strasznego burdelu; nie połapali się nigdy. Nie moja wina: sami tego chcieli.

W tym czasie zacząłem już pisać; spotkałem kiedyś Tadka Mazura, który przypadkowo znajdował się na wolności, i powiedziałem mu, że zacząłem pisać. Tadek powiedział, abym mu pokazał. Wziął i poszedł do swojej cioty; ta ciota powiedziała mu, abym spróbował napisać coś dłuższego. Nie miałem jednak gdzie; poprosiłem moją matkę, aby posprzątała kuchnię, i w trzy noce napisałem dwustustronicową powieść. Tę powieść przeczytał Bohdan Czeszko: napisał do mnie list. Napisał, że książka do niczego, ale że jego zdaniem powinienem próbować dalej; zwrócił mi uwagę na wiele rzeczy. Bohdan był mądrym i kochanym człowiekiem – przynajmniej dla mnie. List ten mam do dzisiaj. Bohdan zwracał mi uwagę, że niepotrzebnie nadużywam słów ordynarnych i bardzo mi to odradzał; potem poznałem Bohdana osobiście. Wyglądał jak niedźwiedź; poruszał się jak silne i niebezpieczne zwierzę. Kiedy mówił, z trudem udawało mu się wtrącić zwyczajne słowo. Pamiętam, jak kiedyś powiedział do kelnerki: „Niech pani da mi tej w d... j... wody. Jestem sp... jak k...”. To najkrótsze, co mu się udało powiedzieć; mnie ganił. Nikt z nas, jeszcze jako młodych, nie potrafił pisać tak pięknym językiem jak ten miś; jego Tren mogę czytać, kończyć i zaczynać. Jest jedynym pisarzem młodego pokolenia, który od początku znalazł swój własny głos i pozostał sobie samemu wierny. Tego nie potrafił ani Brycht, ani Nowakowski, ani ja.

W tym czasie przepisałem książkę Rybakowa pod tytułem Kierowcy, podpisałem ją swoim nazwiskiem, nazwałem Baza Sokołowska i zaniosłem do Związku Literatów. Po jakimś czasie Newerly – będący wówczas opiekunem Koła Młodych – zawezwał mnie na rozmowę. Newerly pomógł mi bardzo; pytał mnie o moje warunki, powiedział mi o usterkachBazy i dał mi jedną radę – najmądrzejszą radę, jaką słyszałem od człowieka piszącego: „Jeśli pan chce coś napisać, niech pan o tym opowiada. Wszystkim. To nieważne, czy pana ludzie rozumieją, czy nie. Niech pan mówi; za każdym razem opowiadając, musi pan budować swoją historię od początku do końca; po jakimś czasie zrozumie pan, które elementy są ważne, a które nie. Chodzi o to, aby pan sam to sobie umiał sobie opowiedzieć”. I tak zacząłem opowiadać; mówiłem o tym ludziom w Polsce, w Izraelu; mówiłem o tym poważnym Niemcom; i Arturowi Sandauerowi, który co chwila mi przerywał, mówiąc: „Do czego pan zmierza?”. Nie wiem; o to właśnie chodzi, że nie wiem. Wiem tylko, że będę biegł przez całą drogę; i że będę mówił przez cały czas.