Ósmy dzień tygodnia. Następny do raju - Marek Hłasko - ebook

Ósmy dzień tygodnia. Następny do raju ebook

Marek Hłasko

4,3

Opis

Dwie doskonałe mikropowieści stworzone przez dojrzałego, choć przecież bardzo młodego pisarza. Wykorzystując własne doświadczenia, Hłasko zobrazował tragizm dwóch pokoleń: wojennej młodzieży poszukującej swojego miejsca w socjalistycznym mieście gruzów i boleśnie doświadczonych przez życie degeneratów, szukających schronienia w zatrważająco malowniczej dziczy Kotliny Kłodzkiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (17 ocen)
10
3
3
1
0

Popularność




Projekt graficzny: Janusz Barecki

Opieka edytorska: Agnieszka Dziewulska

Korekta: Jolanta Spodar

Na okładce wykorzystano fotos Tadeusza Romana

z filmu Czesława Petelskiego

Baza ludzi umarłych © Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Copyright © by Agnieszka Czyżewska-Stempa, Małgorzata Wolf

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2020

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN: 978-83-244-1083-5 (EPUB), 978-83-244-1083-5 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wstęp

Ikony popkultury otacza specyficzna legenda. Jednym z jej głównych elementów jest nierozerwalność życia i twórczości. Szeroka publiczność chce zapamiętać swoich idoli jako kreacje filmowe, dzieła literackie, dźwięki muzyki. Dzięki temu tworzy się nić porozumienia pomiędzy odległą figurą gwiazdy a zafascynowanym widzem. Oczywiście najłatwiej o takie połączenie, jeśli bohater wiódł życie hulaszcze i intrygujące, choćby przetrwało ono jedynie w miejskich legendach i knajpianych anegdotach. W ten sposób James Dean stał się wiecznym zbuntowanym chłopcem, Stanisław Ignacy Witkiewicz ekscentrycznym do granic Witkacym, a Jim Morrison marzycielskim narkomanem.

Również Marek Hłasko funkcjonuje w świadomości kulturowej raczej jako zlepek mitów niż człowiek z krwi i kości. Jednym z najważniejszych elementów jego legendy jest mizoginizm. Pisarz nie tylko kosił baby jak ułan, ale także je przy tym upokarzał, wyraźnie dystansując się od równouprawnienia. Nawet swojej przyszłej żonie nie szczędził chamstwa. Gdy pierwszy raz ujrzał Sonję Ziemann, zapytał półszeptem kolegę: „Co to za kurwa?”. Od Agnieszki Osieckiej ważniejsza była z kolei wolność i ciekawość świata. Tak chce legenda. Czy jest to jednak jedyne możliwe odczytanie życia i twórczości Marka Hłaski?

Z pewnością nie. Zestawione w powyższym tomie mikropowieści wprowadzają pozornie przeciwne systemy wartości, dzięki czemu poszerzają kulturowy i literacki obraz Hłaski, dodając do niego zarówno delikatność, jak i przenikliwość obserwacji nie tylko ludzi postronnych (cechującą Pierwszy krok w chmurach). Z jednej strony Hłasko wykazuje dużą wrażliwość na pokoleniowe traumy, z drugiej ukazuje poraniony świat mężczyzn odrzucających pierwiastek kobiecy, skupionych na swym podłym losie. Budując narracje oparte na własnych doświadczeniach, dwudziestoletni pisarz nie tylko uautentycznia opowieści, ale także pozwala czytelnikowi na przekroczenie granicy oddzielającej autora od dzieła. Jeśli więc szukać pomostu między życiem i twórczością Hłaski, to właśnie w tych dwóch historiach. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w większym lub mniejszym stopniu oparł je na własnych doświadczeniach.

***

Ósmy dzień tygodnia to opowieść stawiająca w centrum zainteresowania kobietę, to obraz młodego pokolenia, które przeżyło wojnę, to w końcu historia miłości, w której seks przeistacza się z aktu oddania w element cementujący związek.

Agnieszka przemierza deszczową i smutną Warszawę, wciąż pogrążoną w ruinach, wciąż cierpiącą – jak ona. Dziewczyna współodczuwa niezrównoważenie matki, słabość ojca, tragedię brata, kłopoty ukochanego. Przeżywa dramaty obce, swoje spychając na dalszy plan. Z pewnością jest tak silna, jak chciałby tego współczesny nurt feministyczny. A jednak nieszczęście, jakie przez nią przeziera, sytuuje ją raczej na marginesie życia niż w szczęśliwym centrum socjalistycznej egzystencji.

Pierwotny tytuł tej mikropowieści brzmiał: Nie ma słońca w ostatnim dniu tygodnia – i wydaje się, że znakomicie oddaje odczucie, z jakim pozostaje czytelnik po lekturze. Ta historia nie może mieć szczęśliwego zakończenia, żaden z jej elementów nie ma prawa rozwiązać się pozytywnie. Trudne sytuacje nie znikają same z siebie, wybawienie nie pojawia się w najmniej spodziewanym momencie. Czekanie na zmianę losu, na niedzielne słońce, skazane jest na trwanie w zawieszeniu, na wypatrywanie ósmego, nieistniejącego dnia tygodnia. Dlatego Agnieszka bierze sprawy w swoje ręce, dlatego tak brutalnie traktuje miłość, tak cynicznie patrzy na przyszłość. Czekanie nie jest nadzieją, jest głupotą, odkładaniem końca niewinności.

Być może prawdą są słowa, które wypowiedział Hłasko w jednym z wywiadów po wyjeździe z Polski. Komentując swoją twórczość, stwierdził, że wszystko, co napisał, dotyczyło miłości, że tworzył historie ludzi, którzy chcą się kochać, lecz nie mogą. Taki schemat widoczny jest także w Ósmym dniu tygodnia. Idealizowana miłość natrafia na najbardziej przyziemne przeszkody, na okrutną codzienność i bezlitosnych Innych. Brutalna pozornie desakralizacja seksu stanowi jeden z motywów przewodnich utworu. Należy pamiętać, że Hłasko, pisząc Ósmy dzień tygodnia, miał 21 lat, portretował zatem rówieśników. Problematyka opowieści jest zaskakująco aktualna, bo przecież – ponadczasowa. W dyskusjach nad twórczością Hłaski, jej antysystemowością czy szowinizmem, często zapomina się o tym, że są to historie o młodości znajdującej się na zakręcie dojrzewania, stającej przed pierwszym krokiem w chmurach, tragizującej w lombardzie złudzeń.

***

Następny do raju to najbardziej maskulinistyczny z utworów Hłaski. Opowieść o grupie obcych sobie mężczyzn, zwożących drewno na odludziu w niebezpiecznych i nieludzkich warunkach, stale przeklinających swój los i brak perspektyw, jest kwintesencją kontestacji socjalistycznego etosu pracy i jednocześnie skrupulatnym opisem procesu wytwarzania więzi międzyludzkich.

Zimą 1950 roku szesnastoletni Hłasko jako świeżo upieczony kierowca zwoził drewno w Kotlinie Kłodzkiej. Nie wiadomo, dlaczego tam trafił, pewne jest natomiast to, że był niesamowicie zdeterminowany, by jeździć „na wozie”, by prowadzić „dżemsa”. Rzucił szkołę (szkoła rzuciła jego?) i zapragnął zostać szoferem. Kręcąc się wokół aut w zakładach pracy, w których odbywał kilkumiesięczne staże, obserwował życie bazy transportowej, nasłuchiwał historii kierowców i w końcu, zafascynowany, zrobił prawo jazdy na samochody półciężarowe. Zwożenie drewna z okolic Bystrzycy Kłodzkiej było pierwszą pracą Marka Hłaski jako pełnoprawnego członka załogi i społeczności szoferów. Ekstremalne warunki pogodowe, wąskie, nieustannie zamarzające i odmarzające drogi oraz towarzystwo kryminalistów nie mogły pozostać bez wpływu na nastolatka. Tym bardziej że wyludnione leśne połacie przypominały amerykańskie stepy z westernów, którymi fascynował się w dzieciństwie, a brak cywilizowanych reguł przywodził na myśl Dziki Zachód z zeszytów o Winnetou. Dolny Śląsk na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku był terenem niebezpiecznym i niepewnym. Tereny przygraniczne ziem odzyskanych stanowiły azyl dla przesiedleńców, uciekinierów, nawet przestępców – ludzi w różnym stopniu doświadczonych przez wojenną nawałnicę. W obrazowaniu bohaterów zaprojektowanych przez Hłaskę wcale nie ma przesady. Dziewiczość i nieprzenikalność natury przyciągały takie indywidua jak Warszawiak czy Dziewiątka.

Absolutna przystawalność postaci i krajobrazu stanowi jeden z najmocniejszych punktów powieści. Majestatyczna, tajemnicza przestrzeń niesie ze sobą najgorsze konotacje, co czyni z niej dość adekwatne miejsce pracy dla bezlitosnych, niegodziwych, pozbawionych sentymentów szubrawców. Znamienne, że każdy z kierowców w sposób mniej lub bardziej bezpośredni wyrzeka się człowieczeństwa. W złej krainie funkcjonować mogą tylko źli ludzie, dla których życie ludzkie nie przedstawia żadnej wartości. Jedyną nadzieją jawią się nowe wozy, poprawa pogody, święty spokój, lecz są to marzenia płonne. Głupcy wierzą w poranek – jak głosił pierwotny tytuł utworu. Nawet pojawienie się w bazie Wandy sprowadzone jest do plugawej fizyczności, nieudolnie maskowanej próbami emocjonalnego zbliżenia. To jest męski świat, z męskimi zasadami, których nic nie może zmienić.

Czymże jednak jest ów szowinizm łączący bohaterów Następnego do raju? Zwykłym niepisanym kontraktem, kwintesencją chamstwa i wzajemnej podmiotowości? Wydaje się, że tak skonkretyzowane przesłanie powieści byłoby krzywdzące. Wiąże bowiem kierowców przeszłość, od której próbują uciec. Inaczej jednak niż w powieści psychologicznej nie przepracowują problemów, nie poddają się autoanalizie, nie silą się na zwierzenia czy wyznania, gdyż nie ma takiej potrzeby. W rzuconej na kraniec kraju bazie transportowej każdy ma jakiś bagaż, konkretne rzeczy na sumieniu, lecz każdy walczy też o przetrwanie, a przetrwać można tylko samemu. Współpraca ogranicza się do trudów szoferskiej profesji. Hłasko porusza zagadnienie siły jednostki – jednostki złamanej, acz silnej. To, czy wyłożona przez autora wykładnia walki z własnymi demonami jest najlepsza, pozostaje kwestią otwartą. Następny do raju stanowi w istocie wyzwanie rzucone czytelnikowi. Do niego bowiem należy ocena postaw Zabawy czy Wandy. Aby jednak identyfikacja była uczciwa, należy pamiętać o ekstremalnych wydarzeniach, jakich bohaterowie doświadczyli, oraz niezwykle skomplikowanych zależnościach, w jakie zostają zaplątani.

Radosław Młynarczyk

Ósmy dzień tygodnia
1

– Nie – powiedziała Agnieszka. Odsunęła stanowczo jego rękę i obciągnęła sukienkę. – Nie teraz.

– Jak chcesz – mruknął mężczyzna. Położył się obok niej na trawie i patrzył na drugi brzeg Wisły. Środkiem rzeki śmieszny holownik z wysiłkiem ciągnął trzy ciężkie barki; jego silnik pracował tak samo ciężko jak serce starego człowieka. Nadchodził wieczór i chłód tężał jak mleko. Drzewa ciemniały. Mężczyzna leżał nieruchomo aż do chwili, kiedy poczuł na głowie dłoń Agnieszki.

– Pietrek – rzekła cicho. – Ja nie chcę, żeby to wszystko było ot tak na grandę. Gdybym cię nie kochała, może byłoby mi wszystko jedno. Tu mogą nadejść ludzie. Nie chcę, żeby w moją najlepszą sprawę inni wchodzili butami. Musisz mnie zrozumieć. Jeśli jest czego naprawdę bronić, to chyba właśnie tego.

Podniósł się na łokciach i uniósł twarz do góry. Musiała przymknąć oczy; jego młoda, dziecinnie jeszcze czysta twarz ścięta była bólem.

– Agnieszka – powiedział – czy ty wiesz, jak strasznie jest prosić o takie rzeczy? Czy ty wiesz, co to jest czekać?

– Ja też czekam.

Uchwycił jej rękę. Oczy jego były teraz blisko: ciemne i skupione.

– Jak długo będziemy jeszcze czekać? To udręka.

– Musimy czekać – powiedziała, odwracając głowę; holownik już zapadł w mgły. – Może uda nam się dostać jakieś mieszkanie? W lecie możemy razem wyjechać... Chcesz się spotykać po jakichś pokoikach lub na ławkach w parku?

– Nie.

Umilkli. Nad ich głowami niebo stawało się złote; złota była również rzeka. Rosa kropliła się już na trawie i Agnieszka drżała z chłodu mimo skórzanej kurtki, na której siedzieli. Sąsiedni brzeg zgasł.

– Ja kłamię – powiedziała nagle Agnieszka i w głosie jej wyczuł mękę. – Ja już też nie mogę czekać. Wszystko mi jedno. Postaraj się tylko o jakiś pokój, o jakieś mury. Aby nie tutaj, aby z daleka od ludzi. Rozumiesz?

– Tak – szepnął. Dotknął jej dłoni: była bardzo chłodna i zamknięta jak muszla. Westchnął i rzekł: – Chodźmy już. Noc.

Podnieśli się; przez cały bielański las szli w milczeniu i dopiero przy pętli tramwajowej powiedział do Agnieszki:

– Pogadam z Romanem, on ma pokój. Niech sobie znajdzie inny lokal na jedną noc.

„Pogadasz z Romanem – pomyślała. – Wiem, co mu powiesz. Nie powiesz mu przecież, że mnie kochasz i że ja ciebie kocham. Powiesz mu tak: «Ty, Roman, ja mam dziewczynę, którą muszę załatwić. Pożycz murów na jedną noc». A on ciebie zapyta: «Ładna jest chociaż?». Ty wtedy skrzywisz się, zmrużysz oko i powiesz: «Czy ja wiem? Teraz nie jest sezon, więc co zrobić». Nie przyznasz mu się do niczego, bo przecież też bronić chcesz tej sprawy. A potem powiecie jeszcze kilka świństw o kobietach, których mieliście żałośnie mało i o których nic zupełnie nie wiecie...”.

W tramwaju było zaledwie kilka osób: dwie stare baby, żołnierz o smutnej twarzy, paru wyrostków z piłką. Oświetlone domy uciekały w ciemność. Agnieszka uśmiechnęła się i przytuliła do Pietrka.

– Dobrze, kochany – rzekła. – Porozmawiaj z Romanem.

– Co dzisiaj mamy? – rzekł w zamyśleniu. – Czwartek?

– Tak, czwartek.

– Poproszę go – rzekł – aby wyjechał sobie gdzieś z soboty na niedzielę. – Przytknął usta do jej ucha: – Trzymaj się, Agnieszka.

Tramwaj zahamował. Konduktor uniósł wzrok znad okularów i powiedział przez nos: – Trasa... – Pietrek uścisnął rękę Agnieszki i wyskoczył. Popatrzyła za nim: był szczupły i giętki jak leszczyna. Głowę nosił pochyloną. „Czemu on się tak garbi?” – pomyślała. – „Boże, gdyby on jednak z nim nie rozmawiał”. Po chwili zmieszał się z wieczornym tłumem i straciła go z oczu. Nad miastem przecierały się dopiero pierwsze gwiazdy; tylko na samym środku nieba, spokojnie i pewnie, płonął Wielki Krzyż.

– Targowa – powiedział konduktor. Podniosła kołnierz płaszcza: zaczął padać ciepły deszcz. Przed nią szło dwóch mężczyzn w roboczych ubraniach. Jeden z nich zaklął i powiedział do drugiego: – Znów leje. Już dawno nie pamiętam, żeby był taki paskudny maj. Nie można nawet podskoczyć w krzaki. – Z kim? – powiedział drugi. – Z teściową chyba. Masz forsę? – Kiedy Agnieszka przechodziła obok nich, trącił ją ramieniem i powiedział: – Z nią byś podskoczył? – Obojętnie – powiedział pierwszy – ale ona takim jak my nie daje. – Może ją przygadamy? – zaproponował drugi. Krzyknął: – Proszę pani, pójdę z tobą!...

Wyminęła ich; skręciła w Brzeską. W mętnych kręgach latarń zataczali się pijani. Z baru „Schron u Marynarza” wyrzucono pijanego awanturnika; pojechał twarzą po bruku; za chwilę wyleciała za nim teczka i kapelusz. W bramach stały grupki milczących gapiów; jakiś głośnik ryczał donośnym basem: „Dzisiejszy etap zakończył się porażką drużyny polskiej. Zwycięzcą etapu był Rumun Dumitrescu...”. Śmierdziały gnijące odpadki jarzyn z bazaru. Ktoś śpiewał piskliwym tenorem. Jakiś wyrostek zajrzał Agnieszce w twarz i gwizdnął. Ktoś drugi powiedział tęsknie: – Chryste, ta by się pruła jak koronka... – Koty wałęsały się pod nogami; zza mgieł nie było widać już gwiazd. Jakiś pijak szepnął jej gorąco do ucha: – Stara wyjechała, mam lokal. Dam ci nylonięta. Chcesz? – Na Dworcu Wschodnim wyły lokomotywy; wilgotne powietrze z trudem parło do płuc; ludzie mieli spocone twarze i zmętniałe oczy.

„Porozmawiaj z nim” – pomyślała Agnieszka. – „Porozmawiaj z nim jak najprędzej”.

2

W domu ojciec zapytał:

– Gdzie byłaś, Agnieszka?

Stał przy oknie i odsunąwszy firankę, patrzył na ulicę; mógł tak stać godzinami i obserwować, co dzieje się w dole. Był niski, łysawy i przedwcześnie postarzały; cerę miał niezdrową, a oczy wypłowiałe. Pracował w jakimś związku spółdzielców jako inspektor; ożywiał się jedynie wtedy, kiedy udało mu się wykryć jakieś nadużycie.

– Na spacerze – odpowiedziała Agnieszka. Zdjęła płaszcz i powiesiła go w przedpokoju. Potem wróciła. – Czy nie było nikogo do Grzegorza?

– Nie – rzekł ojciec; w dalszym ciągu bębnił palcami po szybie.

– Ty jej wierzysz, że ona była na spacerze? – szyderczo zapytała matka ze swojego łóżka. Leżała całymi dniami; brzydka, zgorzkniała kobieta o histerycznym usposobieniu, chora na serce. – Ty w to wierzysz? – powtórzyła. – Szwendała się pewnie z jakimś gachem. – Zwróciła w stronę Agnieszki swą wiecznie opuchniętą, bladą twarz. – Doczekasz się – powiedziała zbolałym głosem. – Ale ja tu bachora nie potrzebuję.

– Nie pytałaś mnie o zdanie, kiedy miałam przyjść na świat – rzekła Agnieszka. Usiadła na swoim łóżku w kącie i zapaliła nocną lampkę. Wyciągnęła książki i podkuliwszy nogi, ułożyła się, opierając podbródek na pięściach. – Chcę się uczyć – powiedziała.

– Uczyć, uczyć – powiedziała matka i jęknęła. Twarz jej miała wyraz męczeński. – Grzegorz też się uczył i co z tego wyszło? Skończysz tak samo jak i on, jeśli się nie opamiętasz.

– Jestem dorosła.

– Ale ja ci daję jeść – powiedziała matka. W głosie jej zabrzmiały nutki płaczu, ojciec odwrócił się. – Ja ci daję jeść, a nie kto inny – powtórzyła.

– Tak fatalnie gotujesz – rzekła Agnieszka – że nie powinnaś o tym wspominać. Dajcie mi się uczyć.

– Agnieszka, Agnieszka – powiedział ojciec; głos miał bezbarwny i teraz, kiedy usiłował nadać mu ton surowości, brzmiało to po prostu śmiesznie. Załamał ręce i patrzył na nią z wyrzutem. – Jak ty możesz w ten sposób odpowiadać matce? Matce, która cię wydała na świat.

– Jesteś pewien, że świat jest aż tak piękny, aby to stanowiło powód do wdzięczności? – powiedziała Agnieszka. Wstała, rzucając książki z hałasem. Podeszła do okna i stanęła obok ojca. – Żeby nie było pijaków, tych ulic i...

– I co? – zaczepnie spytała matka.

– To proste: żeby nie było takich jak wy. – Zwróciła się do ojca: – Czy Zawadzki już wrócił?

– Nie – rzekł ojciec. Zgarbił się, patrzył na Agnieszkę oczami psa. – On wraca później, przecież wiesz o tym.

– Pójdę się uczyć do kuchni – powiedziała Agnieszka. Pozbierała swoje książki i skierowała się ku wyjściu. W drzwiach przystanęła. – Przykro mi, mama – rzekła z trudem. – Czasem chlapnę coś jęzorem, a potem samej mi przykro.

– Ty lepiej uważaj na siebie – powiedziała matka. Znów jęknęła. – Na pewno z jakimś łobuzem się szwendasz zamiast siedzieć w domu. – Poczęła mówić bardzo szybko i z naciskiem: – Ale ja tu żłobka nie założę. Jezu, czy to było kiedyś do pomyślenia?...

Agnieszka popatrzyła na nią w milczeniu i wyszła. Zapaliła światło: kuchnia była mała i ciasna; mnóstwo miejsca zajmowały łóżka. Na jednym z nich spał jej brat – Grzegorz; na drugim monter warszawskiej gazowni, Zawadzki; mieszkał z nimi od czterdziestego piątego roku i wciąż oczekiwał na mieszkanie.

Usiadła przy stole i rozłożyła książki. Z trudem przeczytała pół strony i wtedy do kuchni wszedł ojciec. Stanął na środku i chrząkając, przestępował z nogi na nogę. Spojrzała na niego wyczekująco.

– Agnieszka? – rzekł ojciec. – Co jest z tobą?

– Cóż to znaczy?

– O czym matka mówi?

– Jasne. Jestem dziwką. Powtórz to matce. Wystarczy?

– Agnieszka – powiedział błagalnie ojciec – Agnieszka... – Patrzył na nią bezradnie. – Boję się, że Grzegorz źle skończy – powiedział. Rozłożył ręce. – Dlaczego my się zupełnie nie rozumiemy?

– Rozumiemy się dobrze – powiedziała Agnieszka. – Biedna, chora, ciasne mieszkanie, marnie zarabiasz. Musimy się jeszcze pomęczyć. W przyszłym roku skończę studia i będę wam pomagać. A teraz wracaj do pokoju, bo matka będzie cię posądzać, że masz ze mną jakieś straszliwe konszachty.

Siedział jednak, nie ruszając się z miejsca. Ręce splótł na kolanach i patrzył na nie w zamyśleniu. Potem uniósł głowę.

– Starzeję się – powiedział. – Czasem czuję się tak okropnie zmęczony. Matka stale choruje, Grzegorz pije, ty jesteś jakaś dziwna... – Uśmiechnął się do niej nieśmiało. – Chciałbym wiedzieć, co ci jest – powiedział. – Czy mogę ci jakoś pomóc?

– W czym można człowiekowi naprawdę pomóc? – rzekła. Odgarnęła swoje ciężkie, brązowawe włosy i milczała chwilę. Widziała, iż patrzy na nią aż do bólu oczu. – Każdy musi sobie sam dawać jakoś radę – rzekła. – Cóż więcej?

Westchnął.

– Pojadę w niedzielę na ryby – rzekł. – Chcę trochę wypocząć, a tutaj chyba się nie da. Przygotowałem sobie wędki; muszę jeszcze postarać się o żyłkę, a z żyłkami teraz ciężko. Może pojechać do Piaseczna? Albo tam, gdzie jeździłem zeszłego roku, aż pod Wołomin? Tam były takie glinianki. – Znów westchnął. – Do niedzieli jeszcze daleko.

– Trzy dni – rzekła. – Cóż to jest?

– Trzy dni – powtórzył. Uśmiechnął się. – Mój Boże, trzy dni. Wyobrażenia nie masz, ile się może pozmieniać przez trzy dni. To strasznie długo.

– Cóż to jest trzy dni wobec całego życia?

– Wiele. Czasem wszystko można stracić przez trzy dni.

– Nie wierzę, ale mniejsza z tym. Dobrze ci radzę, żebyś wrócił do matki.

Wstał.

– Więc gdzie mam jechać, Agnieszka? Do Piaseczna czy do Wołomina?

Patrzył w jej twarz z natężeniem.

– Koniecznie do Wołomina – rzekła.

– Chyba tak zrobię – mruknął. – Dziękuję ci.

Wyszedł. Było duszno: Agnieszka otworzyła okno. Po deszczu powietrze stało się czyste jak oddech dziecka. Ulica jeszcze nie spała. Prawie wszystkie okna były otwarte i prawie ze wszystkich naraz dobiegał nosowy głos spikera: „Ze słuszną dumą podkreślić należy, że przezwyciężyliśmy szkodliwy w skutkach i przynoszący mnóstwo wypaczeń kult jednostki. Obecnie przystąpić musimy do podcinania jego korzeni. Wytyczne XX Zjazdu winny stać się...”.

„Gdyby można było zapomnieć” – pomyślała. Skryła twarz w dłoniach. – „Gdyby dało się zapomnieć o tym wszystkim. Spokój. Trochę spokoju. Nic więcej. Bez Pietrka, bez ojca, bez Grzegorza. Po prostu spokój i cisza. Niechby się działo, co tylko kto chce, ale tam, gdzie ja, żeby mógł być tylko spokój i cisza. To już wszystko; tak, to już zupełnie wszystko”.

Uniosła głowę i spojrzała znów na przeciwległą stronę ulicy. W oknie pierwszego piętra ktoś się golił, składając usta w śmieszny ryjek; był to tęgi mężczyzna w gimnastycznej koszulce. Radio wrzeszczało: „Potem nadejdzie noc, która jest naszym przeznaczeniem!”. Potwornie hałasując, przejechał ciągnik. Ktoś wszedł do kuchni i Agnieszka odwróciła się. Był to Zawadzki, mężczyzna trzydziestokilkuletni o czerstwej cerze i błękitnych oczach. Kolorową koszulę nosił rozpiętą na piersiach: szyję miał twardą i mocną.

– Dobry wieczór – powiedział. Zdjął marynarkę i powiesił ją starannie na krześle. Nalał w miednicę wody i począł zawijać rękawy: ramiona miał opalone.

– Wybierasz się gdzieś? – zapytała Agnieszka. Mieszkali z sobą od lat dwunastu i byli na ty.

– Tak trzeba – powiedział wesoło. – Siedzieć w domu, kiedy taki wieczór na dworze? A ty?

– Muszę się uczyć – powiedziała – i dlatego wtargnęłam do twojego królestwa. Starzy kłócą się bez przerwy.

– Cóż mają robić – powiedział i wyszczerzył zęby. – W tym wieku? Albo się kłócić, albo grać w szachy. – Wycierał się ręcznikiem tak szybko, że ciało jego przybrało kolor upieczonego przed chwilą chleba. – Kup im szachy – powiedział – a będziesz mieć spokój w domu.

– Gdzie idziesz? – zapytała; pragnęła, aby nareszcie poszedł.

– Do kolegi. Będziemy kończyć ten motor.

– Do diabła z tym twoim motocyklem – powiedziała Agnieszka. Uśmiechnęła się. – Ciągle tylko słyszę o tym motocyklu. Chciałabym kiedy zobaczyć cię na nim.

– Muszę zmienić sprzęgło – powiedział z gniewem. Rzucił ręcznik, usiadł na łóżku i począł zmieniać buty. Szarpał się przez chwilę ze sznurowadłem, potem uniósł głowę. – Ty też nie byłabyś mądra, jakbyś przez dziesięć lat musiała jeździć z jednym jeźdźcem. Myślisz, że mój motor jest głupszy? Zakładam sprzęgło i jadę w niedzielę do narzeczonej.

– Nie wściekaj się. Słyszę to już trzeci tydzień. – Usiadła na parapecie i poczęła machać nogami. – Ciekawa jestem, co teraz z tego wyjdzie.

– Słuchaj, Agnieszka – powiedział Zawadzki. – Jeśli to prawda, co oni mi piszą, jeśli to prawda, że ona mnie zdradza – ja jej tak skuję mordę, że jej żaden szpital nie przyjmie do leczenia.

– Co dalej?

– Nie wiem.

– Czy ty ją kochasz?

– Więcej, niż ci się zdaje.

– I dlatego musisz zrobić tak głupio?

– Dlatego.

– Jakbyś jej nie kochał, co byś zrobił wtedy?

– To proste: żyłbym z nią dalej.

– Więc cóż ci z tego przyjdzie?

– Wiele.

Machnęła ręką i wychyliła się. Na ulicy – przed wejściem do nocnego sklepu – toczyła się jakaś awantura. Ktoś ryczał obłąkanym basem: „Ja mu dam brata ubowca! Ja mu dam brata ubowca!”. Niebo patrzyło w oczy Agnieszki dwiema twarzami – własną i z kałuż; i tu, i tu gwiazdy były małe, nierealne. Agnieszka drgnęła: Zawadzki położył jej rękę na ramieniu. Spojrzała na niego i pierwszy dopiero raz zauważyła, że stojący przed nią mężczyzna ma bardzo gorzkie usta i czoło pocięte twardymi bruzdami.

– Słuchaj – powiedział. – Wy wszystkie jesteście w gruncie rzeczy jednakowe i dlatego nie ma właściwie sensu z wami gadać. Ale powiem ci jedną rzecz: człowiek chce mieć coś tylko dla siebie i na to nie ma rady. Jeśli to nie kolega ani nie która z was, to dobrze mieć chociaż swoje pętackie poczucie honoru. Kiedy siedzieliśmy w oflagu, do jednego chłopaka rodzina napisała, że jego dziwka łazi z Niemcami. W oflagu – nuda. Wszyscy jeździli po nim jak pomocnik blacharza po dozorczyni. „To nic” – mówili do niego – „nie przejmuj się Mietek, jak wrócisz i weźmiecie ślub, to powiesisz sobie nad łóżkiem Bitwę pod Grunwaldem. Spojrzysz – i będzie ci lżej. Tam oni dostali od naszych”. Ten chłopczyna wariował ze wściekłości, aż w końcu powiedział: „Nie szkodzi, ja jej pokażę”. „A jeśli to będzie wojna trzydziestoletnia?”. „Ja to załatwię w dwa tygodnie” – powiedział i następnego dnia już go nie było. Kryliśmy to przez miesiąc, a po miesiącu wrócił. „Załatwiłem” – powiada.

Agnieszka, on dwa razy przechodził przez trzy granice, bo szedł okrężną drogą, tylko po to, żeby tej dziwce wsadzić butelkę i rozgnieść ją pogrzebaczem. To był wariat, na pewno, ale ja wolę go od innych.

Odszedł. Wyjął z szafy inną marynarkę i począł ją wkładać.

– Co się z nim stało? – zapytała Agnieszka.

– Z tym chłopcem?

– Tak.

Mężczyzna uśmiechnął się nieprzyjemnie.

– Proste – rzekł. – To, co zrobił, nie było dla niego przyjemne. Mógł się przecież postarać o broń i zabić ją. Jego to potem prześladowało w jakiś sposób. Łaził po oflagu i mówił: „Dogodziłem jej na całe życie”. Zwariował. Podciął sobie brzytwą gardło w latrynie. Dobranoc. Gdzie Grzegorz?

– Nie wiem – rzekła Agnieszka. – Pewnie gdzieś pije.

– Ciągle na nią czeka?

– Ciągle.

– Też ładnie – rzekł Zawadzki. – Dobranoc.

Wyszedł; na schodach zadudniły gwałtownie jego kroki – biegł po kilka stopni jak mały chłopiec. Uliczna awantura dobiegała końca. Pijani obejmowali się teraz ramionami. – I dlaczego pan tak do mnie, panie Witku? – bełkotał jeden; głos miał młody. – Życie jest życiem – odpowiedział drugi. – No, to wszystko w porządku – uzupełnił trzeci. Przyciągnął ich do siebie i dokonywał prezentacji: – Panowie się zapoznają: kolega z wojska – kolega ze szkoły. – Ach – powiedział pierwszy i zachichotał. – To ze swojej wiary... – Wszyscy trzej wzięli się pod ręce i przeszli przez gwiazdy nieba w wodzie.

„Koniec” – pomyślała Agnieszka. Zamknęła okno i usiadła przy stole.

Ojciec wszedł do kuchni. Ubrany był w starą, samodziałową jesionkę. Na głowie miał ciemny kapelusz, szyję okręconą bawełnianym szalikiem. Żadna z tych rzeczy nie pasowała do innych w najmniejszym nawet stopniu.

– Idę po Grzegorza – rzekł. – Matka histeryzuje.

– Gdzież go będziesz szukać? – zapytała Agnieszka. Podeszła do ojca: była wyższa od niego i wydawała się silniejsza. Wyglądał przy niej jak uschły krzak przy młodym drzewie. Patrzyła na niego spod zmrużonych powiek. Nagle jej jasne oczy zgasły jak iskra osłonięta dłonią. – Chcesz go wyciągnąć z knajpy?

– Tak – powiedział. Przestąpił z nogi na nogę, ręce nie wiadomo dlaczego założył do tyłu. Usiłował nadać swej zwiędłej twarzy wyraz stanowczości. – Wyciągnę go z knajpy – rzekł – i tak mu nagadam, że mu to wszystko w pięty pójdzie.

– Stefan – krzyknęła słabym głosem matka – idziesz już?!

– Tak – powiedział – idę już, kochanie. – Poprawił kapelusz i skierował się ku wyjściu.

– Chwilę – rzekła Agnieszka.

Podeszła do drzwi i zamknęła je.

– Jeśli go w ogóle znajdziesz – powiedziała. Siłą posadziła ojca na krześle i wzięła z rąk jego kapelusz. – To nie będzie łatwe – powiedziała. – A twoje gadanie również nie zda się na nic. On jutro też będzie pił. Zostaw go.

– Dlaczego?

– On jest teraz zupełnie sam.

– Dlaczego?

– Kocha.

– Ma przecież rodziców, dom, siostrę.

– Nie ma nic prócz męki.

– Jakiej męki?

– Jego sprawa, nie nasza.

– Mam siedzieć i czekać spokojnie, kiedy mój syn tarza się po knajpach. – Ojciec wstał i sięgnął po kapelusz. Uderzył pięścią w stół. – Do cholery – powiedział. – Pójdę i siłą przyprowadzę go do domu.

– Do domu – powtórzyła Agnieszka. – Do domu, gdzie matka bez przerwy jęczy, a ty siedzisz z ołówkiem w ręku i obliczasz, że piętnaście lat temu mogłeś za swoją pensję kupić sześćdziesiąt litrów wódki, podczas gdy teraz zaledwie dwadzieścia. Do domu, gdzie nie ma dla siebie kawałka spokojnego kąta. Do rodziców, którzy do dziś dnia nie potrafią zrozumieć, w jaki sposób udało im się z sobą przenudzić dwadzieścia parę lat. Do domu, gdzie pomiędzy krzyżem a portretem Stalina nie ma w zasadzie żadnej różnicy, gdyż ani jednego, ani drugiego nie rozumie się zupełnie. Do takiego domu chcesz go przyprowadzić?

Milczał. Siedział nieruchomo, opuściwszy głowę. Splótł ręce na kolanach i zacisnął je tak silnie, że stały się białe jak ręce umarłego.

– Cóż mam robić? – powiedział po chwili. Sięgnął po kapelusz i znów go odłożył. – Cóż mam robić? – powtórzył. – Chciałbym dla was jak najlepiej.

– Nie garb się – powiedziała. – W niedzielę pojedziesz na ryby. Ja pójdę po Grzegorza.

Wzięła z jego rąk kapelusz i przeszła do przedpokoju. Włożyła płaszcz, do kieszeni wsunęła klucze. Ojciec powiedział błagalnie:

– Wracajcie szybko... Boże, gdyby już była niedziela...

– Gdyby ona przyszła do Grzegorza – powiedziała Agnieszka – to niech zostawi dla niego jakąś kartkę.

– Agnieszka – powiedział ojciec – czy ona przyjdzie kiedyś do niego?

Zatrzymała się w drzwiach.

– Nie.

Wyszła na ulicę. Niebo ściemniało już zupełnie. Miasto usypiało nieruchomo powalone w ostrym blasku gwiazd.

3

– Jest – powiedział portier i uśmiechnął się do Agnieszki. Na samym przodzie miał pokaźną szczerbę, co nadawało mu wyraz beztroskiej filuterności. – Przy barze. Jak się pani przepcha? Dzisiaj taki tłok... – Odszedł, gdyż do drzwi wejściowych poczęło się dobijać gwałtownie jakieś hałaśliwe towarzystwo.

Agnieszka weszła na salę. Było ciemno i duszno: z niskiego sufitu świeciły lampki w kształcie gwiazd. Przy parkiecie musiała przystanąć: stłoczeni na kilku kwadratowych metrach tańczący ludzie deptali sobie po nogach i potrącali nieustannie, przepraszając się co chwila i wymieniając ukłony. Kobiety – jednostajnie ubrane i pachnące tym samym tanim „Poematem” – kładły głowy na ramionach swoich partnerów, pod sufitem wisiał dym, kędzierzawy refrenista ckliwie bredził o rozstaniu. Któryś z kelnerów powiedział do Agnieszki: – Niech się pani odsunie, niech pani nie przeszkadza... – Z bliska zajrzał jej w twarz; był młody, ciemny i przystojny: błyszczał brylantyną i złotym zębem. – Tak – powiedział z żalem. – Tak to bywa. – Poczuła od niego alkohol, odszedł; jego brylantyna była tak silna, iż nawet w tęgo zadymionym powietrzu pozostawiała wyraźną smugę zapachu. Tęgi, o nalanej, charakterystycznie obrzękłej twarzy, jakie mają muzycy grający od wielu lat w nocnych lokalach, saksofonista nieudolnie naśladował amerykańskich solistów. Któraś z pijanych kobiet śmiała się histerycznie, zaciskając dłoń na ramieniu partnera; dłoń jej była szeroka jak płetwa, biała, o pulchnych palcach; Agnieszka uśmiechnęła się okrutnie. Taniec skończył się nagle i dziesiątki ludzi o spoconych twarzach powróciło na swoje miejsca, przechodząc koło niej. Spóźniony pijak na parkiecie krzyknął: „Mało!”. Dwie kobiety pociągnęły go do stolika. Zapłonęły światła: muzycy ocierali czoła i odstawiali instrumenty.

– Pani wygląda jak Mona Lisa – powiedział do Agnieszki ktoś z tyłu. – Czy pani dlatego ma taką smutną twarz, że jak i ona nie posiada pani małego, ślicznego zegarka marki „Tissot”? Na ten temat moglibyśmy ewentualnie porozmawiać...

Przeszła do baru. Panował tu tłok niesamowity: krzyczano, śpiewano, wymyślano sobie; pito bruderszafty, wymieniano pocałunki i uściski dłoni. Za ladą uwijało się dwóch barmanów w białych fartuchach. Jeden z nich był niski i szczupły, twarz miał ruchliwą i wesołą; drugi był wysoki, a twarz jego cechował nieprzenikniony spokój. Operował kieliszkami z kamienną powagą; do obsługiwania każdego klienta zabierał się jak chirurg do operacji, przekonany jednakże, że wszystko przebiegnie pomyślnie, zgodnie z wolą jego rąk i mózgu. Nie reagował zupełnie na rozpaczliwe okrzyki pijących: pracował według własnego, nadzwyczaj precyzyjnego planu.

Dotarła wreszcie do Grzegorza. Siedział na samym końcu baru, tam gdzie nikiel kończył się łagodnym łukiem. Patrzył przed siebie rozwodnionym wzrokiem, milczał. Był uderzająco podobny do niej; jak i ona wysoki, o włosach, których nie można by nazwać ani zdecydowanie ciemnymi, ani jasnymi; tak jak i jej, oczy jego również zmieniały kolor zależnie od pogody: od błękitu aż do ciemnej zieleni. Twarz miał obrzękłą, nos krótki; bruzdy ściągały usta w dół. Głowę oparł na dłoni, Agnieszka dotknęła jej. Drgnął.

– Była? – zapytał.

Pokręciła głową.

– Nie – rzekła. – Jesteś zalany, Grzegorz.

Spojrzał na nią jak na martwy przedmiot.

– Niewykluczone, że masz rację – powiedział. Przysunął sobie szklankę z wodą: – Ale cóż z tego za wniosek?

– Mam ochotę napić się z tobą ze dwa kieliszki – rzekła. – A nie chciałabym mieć do czynienia z nieboszczykiem, tak jak to było przedwczoraj. Możesz mi postawić?

– Nie wiem, czy mogę – rzekł. – Ale ci postawię. – Pochylił się do barmana. – Nalej pan – powiedział konfidencjonalnym szeptem. Ujął swój kieliszek i trącił się z Agnieszką, wypili. Spojrzał na nią oczyma niewidomego. – Więc jednak nie było jej – powiedział. Głos miał trzeźwy i Agnieszka zrozumiała, że nadaremnie Grzegorz stara się upić.

– Nie – powiedziała. – Nie było jej.

Uśmiechnął się.

– Przecież ja to wiem i bez ciebie – rzekł. – Ty nie wiesz czasem, po jakiego diabła ja pytam?

– Wiem. Ale jej nie było.

Pokiwał głową. Wesoły barman zapytał:

– Wymienić? – Nie czekając na odpowiedź, nalał ruchem szybkim jak głos i zniknął wśród butelek. Orkiestra znów zagrała; siedzący poczęli schodzić z wysokich stołków i przepychać się w kierunku parkietu.

– Wiedziałem, że nie przyjdzie – powiedział Grzegorz. – Najgorsze są noce, Agnieszka. Zamykam oczy i wtedy ją widzę; wyciąga ręce i mówi do mnie coś, czego nie mogę usłyszeć i zrozumieć. Zdaje mi się, że ona u siebie w domu tak samo patrzy w ciemność i modli się do mnie jak ja do niej. A kiedy otwieram oczy, widzę tylko kawałek łóżka Zawadzkiego i kawałek sufitu. Słyszę, jak kapie z kranu. Czy nie możecie zreperować tego zlewu? I znowu leżę godzinami bez chwili snu. Kiedy zatrzymuje się przed domem jakaś taksówka, wstaję z łóżka i podchodzę do okna. Wydaje mi się, że ona z niej wysiądzie, przyjdzie po mnie i wtedy skończy się ta cała udręka. Liczę kroki na schodach, cienie i głosy. Zreperujecie jutro ten kran?

– Tak.

Umilkł. Podstawił barmanowi kieliszki.

– Niech pan naleje – powiedział. – I jakąś wodę...

– Może starczy? – rzekł barman. Spojrzał pytająco na Agnieszkę. Pokręciła głową.

– Proszę nalać – rzekła. Barman nalał i odszedł, Grzegorz milczał. Dwóch starszych panów przepijało do siebie.

– Pijemy brudzia. Ja Wacek, a ty? – Józek. – Jaki Józek? Piłsudski? – Nie. – Ten drugi? – Też nie. Józio Kwiatkowski. – No to bęc. – Bęc. – Orkiestra grała tango; Agnieszka odchyliła firankę dzielącą bar od sali i popatrzyła na tańczących. Niski człowiek stojący obok niej powiedział:

– Ja stąd wyjeżdżam. W tym kraju można być tylko pijakiem lub bohaterem. Normalni ludzie nie mają tu nic do roboty. Adieu. – Zapłacił i odszedł.

– Dzisiaj czwartek? – zapytał Grzegorz.

– Już piątek.

– Do niedzieli – powiedział. – Żeby tylko wytrzymać do niedzieli. Wtedy wszystko się wyjaśni: albo – albo. Tak powiedziała: potrzebny jej tydzień do namysłu. Zostały jeszcze dwa dni, trzy, jeśli nie przyjdzie do niedzieli wieczór, to znaczy, że koniec... A wtedy...

– Co wtedy? – zapytała ostro.

Podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy. Milczał chwilę.

– Nic wtedy – rzekł. – Będę żyć dalej. To jest właśnie najgorsze.

– To nie jest jeszcze to najgorsze, kiedy ma się dwadzieścia pięć lat – powiedziała Agnieszka.

Żachnął się.

– O czym to świadczy? – powiedział. Twarz jego przybrała wyraz wzgardy. – A poza tym: kto ma dziś dwadzieścia pięć lat? I cóż z tego? W czym ma mi ta wiadomość pomóc? Nie będziesz chyba tak głupia, aby mi powiedzieć, że mam przed sobą życie i wszystko jeszcze przyjdzie, i tak dalej. Nie ma ani jednego człowieka na świecie, który by w to naprawdę wierzył. Każde dobre uczucie ludzkie jest święte i nie ma żadnej gwarancji, że raz jeszcze w życiu człowiek będzie chciał się wygłupiać i dawać drugiemu człowiekowi tak samo wiele, a o to przecież w końcu chodzi. „Dawać wszystko z siebie”, tak przecież nazywacie te wszystkie irygatory, gumowe czapeczki i skrobanki. Tak?

– No więc?

– U Słowackiego zdaje się ktoś pyta: „Czy dusza jest niewypaloną nigdy lampą?”. Przed każdym dobrym uczuciem człowieka trzeba klękać jak przed świętością, jak przed gwiazdą. Ochraniać, nieść jak światło, a jeśli jest tego chociaż iskierka, to dmuchać aż do utraty tchu. To wiek dwudziesty, Agnieszka: Izolda mieszka w burdelu, a Tristan pije z sutenerami na rogu. Ludzie mają dziś mało czasu na wielkie uczucia; zrywają się rano, chłepczą swoje zupki w barach mlecznych, tłoczą się w tramwajach, kupują tandetne meble w domach towarowych na raty, kłócą się z konduktorami o pięć groszy i tak dalej. Klękać – powiedział – klękać. Życie nie daje żadnych gwarancji na przyszłość. Każdemu, który mówi: „Zostaw to, za parę lat przyjdzie co innego”, powinno się pluć w gębę. Co przyjdzie? Kiedy przyjdzie? Każde szczęście przychodzi złą drogą.

Umilkł, skinął na barmana. Patrzył w napełnione kieliszki, kiedy tamten już odszedł. Jakaś kobieta siedząca o parę stolików dalej śpiewała piskliwie: – „Ja jestem taka mała...” – Ale pakowna – powiedział z przekonaniem męski głos. Kobieta umilkła: pochyliła się nad kieliszkiem i mamrotała coś do siebie niezrozumiale. Saksofonista znów usiłował naśladować Amerykanów. Wesoły barman obrzucił Grzegorza bacznym spojrzeniem.

– Kawuni?

Ocknął się.

– Jak pan chce – powiedział – ale to zbyteczna fatyga: dziś i tak się nie zaleję. – Zwrócił się do Agnieszki:

– Chcesz kawy? – Skinęła głową. – Niech pan da kawy – powiedział Grzegorz. Barman powrócił i postawił przed nimi filiżanki. Grzegorz spróbował i ze smutkiem pokiwał głową. – Kawunia też podła – rzekł.

Wesoły barman rozłożył ręce.

– Takie czaszy – powiedział. Odszedł.

– Do diabła z czasami – powiedział Grzegorz. – Ten jakiś idiotyczny mit... – Zwrócił się do Agnieszki: – Przyszła mi do głowy pewna myśl.

– Mów.

– Chciałbym kiedyś napisać coś.

– Książkę?

– Tak, książkę.

– O miłości?

Roześmiał się nagle i zmarszczki wokół jego oczu stały się białe.

– O, nie – powiedział. – Napisać cokolwiek o tym to ośmieszyć się. Cała literatura o miłości to, jak dotąd, tylko wspaniałe gówno. Cóż to ma wspólnego z miłością. Boże mój drogi. Chciałbym cokolwiek przeczytać o sobie i o swoich uczuciach, kiedy leżę dwudziestą noc bez snu i patrzę w sufit. Wszystko, co na ten temat napisano, jest mdłe jak miedź przy słońcu. Może jeden Dostojewski był odrobinę prawdziwy, ale od jego miłości ucieka się z rękami jak od rozpalonego żelaza. To nie dla dzisiejszego człowieka. Nie te czaszy. – Pochylił się ku Agnieszce i ujął ją za rękę. – Posłuchaj – rzekł. – To coś zupełnie nowego: mianowicie historia dwojga ludzi. Nie będziemy nazywać ich po imieniu ani też wymyślać dla nich nazwisk... – Był jednak trochę pijany i język mu się nieco plątał; oddech jego był gorący. Mówił: – Tak, to coś zupełnie nowego. Historia dwojga, którzy spotkali się w złym miejscu życia. Nie wiem jeszcze tylko, kim oni są, muszą fiksować, ty rozumiesz? On musi być zwyczajny, bardzo zwyczajny; ona chyba także, nie wiem zresztą... Przypuśćmy, że on chlał za dużo i rozrabiał, może być tak? Co zresztą można było robić dobrego przez ten czas, jak nie chlać i nie rozrabiać? W Polsce pijak jest traktowany na prawach specjalnych, pijaństwo stało się czymś w rodzaju nowej, specjalnej moralności. Wiadomo, że jak pije, to go coś gryzie. Ale mniejsza z tym, wracam do rzeczy... A ona? Diabli ją wiedzą, jaka ma być. Musi dużo przeżyć, tak, tak, musi dużo przeżyć, musi być w jakiś sposób zrezygnowana czy rozgoryczona. Kiedy się coś zaczyna, wprost trudno uwierzyć, że tym razem jest to coś naprawdę wartościowego. Ten gość zaczyna się zachlewać, gdyż chce to w sobie szybko zniszczyć, boi się cierpień i tak dalej, ona również ucieka od tego wszystkiego, bo prawdę mówiąc, facet jest do niczego: zalewa się, robi awantury, ma za sobą kawałek złego życia. Ale to jednak coś jest, jednak coś tam jest; w całej tej historii, gdzieś na siódmym dnie, musi być coś wartościowego, coś dobrego i oni chcą się jakoś do tego dogrzebać, za wszelką cenę dogrzebać. Ziemia jest paskudna, życie jest komicznym piekiełkiem, ale gdzieś w głębi tej skorupy płonie rozpalone żelazo. I oni tamtą historię montują na siłę: to rozpada się tysiąc razy w ciągu dnia i godziny, ale oni po tysiąc razy rozpoczynają od nowa. Może by nawet wszystko było dobrze, kto to w końcu wie, ale zaczynają im pomagać ludzie.

Wyprostował się nagle i odtrącił dłoń Agnieszki.

– Ludzie – powiedział. – Przeklęci, głupi ludzie, którzy zawsze mają zbyt mało własnego piekiełka i wtrącają się w cudze. Zaczynają to wszystko obmacywać swoimi spoconymi rękami, szeptać, ustawiać, pomagać, odciągać ich na boki i informować o sobie. „Czy wiesz” – mówią do niego – „że ona żyła z tym i z tym?”. „Czy wiesz” – mówią do niej – „że on w czterdziestym siódmym roku, w Myśliborzu, pobił zawiadowcę stacji, kasjera i pomocnika maszynisty?”. „Czy wiesz, że on to, a ona tamto”. Ludzie wtrącają się, ludzie kłamią, ludzie wymyślają podłe idiotyzmy, a pewnego dnia już nie wiadomo, co jest prawdą, a co kłamstwem, co plotką, a co rzeczywistością, kto jest przyjacielem, a kto świnią, kto jest kolegą, a kto durniem; nie sposób wprost połapać się w tym wszystkim. I oni postanawiają się rozstać...

Umilkł; mięśnie jego szczęk dygotały. Wyglądał teraz żałośnie. Wesoły barman spojrzał na niego i zapytał:

– Nalać?

Skinął głową; ujął swój kieliszek i wypił jednym haustem. Agnieszka zapytała:

– To już koniec?

– Nic podobnego – powiedział, nie patrząc na nią. – To byłoby zbyt proste, a ludzie pragną przecież zrozumieć się do końca. Ale ja nie wiem, co musi być dalej. Koniec, jasne, że koniec, ale przedtem musi coś jeszcze nastąpić. Tak, tak, na pewno, ale jeszcze nie bardzo wiem co... Coś niesłychanie banalnego. To wcale nie musi być dobra książka, po jakiego diabła ma być dobra? Książki o prawdziwej miłości i tak nikt nie napisze, każdy by się bał odsłonić do końca, to za straszne i za śmieszne rzeczy... Więc co? Tu potrzeba czegoś banalnego, czegoś paskudnie banalnego. Może choroba? Jakiś księżyc, jakaś woda? Coś takiego musi przecież istnieć, pomyśl i ty nad tym. Wypadek kolejowy, katastrofa, śmierć? Śmierć, może śmierć? To w końcu najbanalniejsze ze wszystkiego, co może być. Więc jaka śmierć, Agnieszka? Ukąszenie przez jadowitą mrówkę, cegła z rusztowania?... Może samobójstwo? Tylko kto: on czy ona? Nie, on, rzecz jasna, że on, kobiety mimo wszystko bardziej kochają życie od mężczyzn. Tak. Więc już mam.

Odetchnął. Włosy przylepiły mu się do czoła, odgarnął je. Twarz miał spoconą, oczy zmniejszone obrzękiem.

– On się zabija – powiedziała Agnieszka. – I już koniec?

Pomyślał chwilę.

– Nie – rzekł. – Mimo wszystko, tym razem to także nie koniec. To zaledwie połowa, koniec jest jeszcze daleki. To samobójstwo nie może się udać, Agnieszka, w tej historii nic nie może się udać. Potem jest jeszcze gorzej, bo okazało się, że to, czym straszą i szantażują nas tutaj, na ziemi, to bardzo niewiele. Ale co dalej? Szczęśliwy koniec nigdy nie bywa zbyt mądry w literaturze. Rozchodzą się. Koniec. Kropka. Może spróbują mądrze żyć, może nie, diabli ich wiedzą. Ale w tym miejscu trzeba już kończyć, dosyć tej zabawy. Więc rozchodzą się. Pogoń za szczęściem się kończy. Zawsze bezcelowa, ale dla której warto poświęcić życie. To nie ja, to Stendhal. Warto czy nie warto? – zapytał barmana.

– Warto – powiedział barman.

– Nie warto – rzekł Grzegorz – ale mniejsza z tym. Proszę jeszcze nalać dwie wódki.

– Ona by ci tego nie darowała – rzekła Agnieszka.

– Czego?

– Co powiedziałeś przed chwilą.

– Ona nie przyjdzie i tak.

– Chcesz wszystko zgnoić?

– Tak – powiedział Grzegorz. – Nie chcę o niczym pamiętać. To zbyt okrutne: wymagać od człowieka, aby wspominał swoje święte chwile. Wspomnienia to śmieci.

– Jak się będzie nazywać ta książka? – zapytała Agnieszka.

– Trudno powiedzieć – odparł niezdecydowanie. – Ona i tak przecież będzie żyć tylko w mojej wyobraźni. Jestem przecież chemikiem, do cholery. A tytuł? Coś o milczeniu, coś o potrzebie milczenia wobec innych ludzi. Więc jak?

Bar opustoszał. Wesoły barman krzątał się z olbrzymią ścierką, wycierając do sucha nikiel. Ekspres już nie syczał, orkiestra dawno zamilkła. Ktoś spał, oparłszy głowę na rękach. Kolega szarpał go, powtarzając bez przerwy:

– Bolek, wyprostuj się... Bolek, nie bądź pijany... Bolek, nie bądź tulipan...

– Koniec – powiedział wesoły barman. – Do jutra.

Grzegorz zapłacił i wyszli. Ulicami ciągnął chłodny powiew. Grzegorz nachylił się ku Agnieszce i ujął ją za rękę; jego dłoń była spocona i gorąca.

– Przyjdzie?

– Kochankowie spotkali się zbyt późno – powiedziała Agnieszka. Ziewnęła, chciało jej się spać.

Grzegorz roześmiał się.

– Agnieszka – powiedział, uwalniając dłoń z uścisku – odłóż to między bajki. Jestem niewiele starszy od ciebie, ale mogę ci powiedzieć: nie widziałem jeszcze ludzi, którzy spotkaliby się w dobrym miejscu życia. Takiego miejsca w życiu nie ma i być nie może. Zawsze zdaje się, że jest zbyt późno czy zbyt wcześnie; że zbyt wiele doświadczenia albo że zbyt mało. Zawsze coś stoi na przeszkodzie. To nie może mieć znaczenia. – Po chwili zapytał: – Podobało ci się to?

– Nie. Nienawidzę smutku. Milczenie i czarny kolor. To dobre dla nieboszczyków.

– Już więcej nie będę pić, Agnieszka – powiedział Grzegorz. – Zdaje mi się, że bardzo cię kocham. Chciałbym, żebyś była choć troszeczkę inna.

Przystanęli. Niebo zrzedło: było brudne i pełne pustych chmur. Świt czepiał się wilgotnych dachów. Taksówkarze ziewali, wlokły się pierwsze wozy z mlekiem, ktoś szedł daleko za nimi, klnąc wniebogłosy.

– Ja także bardzo cię kocham – powiedziała Agnieszka. – Ty przecież wiesz, jak bardzo.

4

Liście były gęste i przysłaniały niebo; leżąc na wznak, nie widzieli ponad swymi głowami nic prócz spiętrzonej zieleni; nie było także widać śpiewających ptaków. Nagrzana trawa pachniała gorzko, a tuż pod nią niski wiatr niósł woń żywicy i pierwszego wrzosu. Od czasu do czasu z gęstego podszycia drzew wyskakiwały wiewiórki; patrzyły uważnie koralikowymi ślepkami, a po chwili wdrapywały się na konary z szybkością niepojętą.

– Wszystko, co pamiętam z dzieciństwa – rzekł Pietrek.

– Wiewiórkę?

– Tak. Była u nas w domu kiedyś wiewiórka. Dostałem ją, jak miałem dziesięć lat.

– Jak się nazywała?

– Joasia. Nie bała się wcale. Spałem z nią, skakała za mną jak piesek, a kiedy jadłem, wtykała pyszczek w mój talerz.

– I co? – spytała Agnieszka.

– Joasia umarła. Wiewiórkom zarastają zęby, jeśli nie jadają orzechów. Pewnego dnia nie mogła otworzyć pyszczka i nic na to nie można było poradzić.

– Dlaczego nie dawałeś jej orzechów?

– To było podczas okupacji. Odżywiałem się głównie chlebem z marmoladą. O ile mi wiadomo, marmoladę wyrabiano wówczas z buraków.

– To naprawdę wszystko?

– Co wszystko?

– Co pamiętasz? Wiewiórkę?

– Czyż to nie wystarczy? Po cóż pamiętać o wszystkim?

– Powiedz.

Wzruszył ramionami.

– O innych rzeczach wolałbym raczej nie pamiętać.

– Wiele ich jest?

– Starczy.

– Dziwne.

– Co?

– Tak mało wiemy o sobie.

– Mało?

– Strasznie. Codziennie jesteś inny.

– Nigdy nie chcesz moich wspomnień przecież. Ile razy zaczynam mówić, prosisz, abym przestał.

– Chcę innych.

– Ale te są najważniejsze.

– Ja chcę, żebyś o tym już zapomniał. To pierwsza rzecz, jaką chciałabym dla ciebie zrobić. Nie pamiętaj o tamtym, Pietrek.

– Cóż więc chcesz o mnie wiedzieć?

– Na przykład: o czym myślisz w tej chwili?

– A jeśli to głupie?

– Niech sobie będzie. Z Einsteinem nie jeździ się przecież na Bielany. Mów.

Objął kolana rękami. Podniósł swoją twarz ku górze; miał czysty, spokojny w swej młodzieńczej surowości profil.

– Myślę o tym, kiedy skończy się ta udręka, to spotykanie w kawiarniach, w parkach, kinach... – Zamknął oczy i wokół ust jego utworzył się bolesny grymas. – Mury – powiedział. – Kawałek murów, Agnieszka. Być z tobą przez tydzień; dzień i noc razem, a potem mógłbym chyba umrzeć. To straszne; każdy dzień, kiedy jestem bez ciebie, jest ukradziony z mego życia. Ile było już tych dni? Ile będzie ich jeszcze? Najpierw tamte lata, teraz to błąkanie się... Nikt tego nie zwróci, żaden dzień nie może powrócić. Ile moglibyśmy już mieć dobrych dni poza sobą? Czy długo jeszcze tak będzie?

– Nie mów o tym, Pietrek.

– Czasami wierzyć mi się nie chce w to wszystko – powiedział. – Jesteśmy sami, zupełnie sami, rozumiesz? I nikt nam nie pomoże, żebyśmy nie wiem jak błagali i nie wiem kogo prosili. Nikt chyba nie może dać nam kawałka muru. Musimy czekać – i to wszystko. Ciągle długo czekać, a jeśli się w końcu doczekamy, nie będziemy mieli zapewne siły cieszyć się z tego. Wiele dni z życia ubędzie nam niepotrzebnie. To jest najgorsze.

– Wielu ludzi nie ma murów.

– Wielu ludzi niczego w ogóle nie ma. Ale to nie jest argument.

– To jest życie.

– Nie lubię tego słowa. Cóż ono w końcu oznacza?

– Wszystko.

– I nic.

– Może. Teraz jest lato. Powinieneś gdzieś wyjechać, Pietrek. Odpocząć.

– A kiedy wrócę, wszystko się zacznie od początku. Będziemy tęsknić do siebie i całować się wieczorami w bramie. A potem nie będziemy spali całymi nocami i będziemy myśleć o tym, w jaki sposób i kto nam może pomóc. I będziemy się ciągle rozstawać. Tęsknić, dręczyć, kłócić, wymyślać sobie. Nie dlatego, że się nie kochamy. Nie dlatego, że nie możemy się zrozumieć. Nie. Dlatego, że nie mamy kawałka murów. Gdyby w Warszawie żyli w pięćdziesiątym szóstym roku Romeo i Julia, zapewne by się w ogóle nie spotkali. A co najgorsze, nikt nie jest temu winien.

Umilkł. Patrzył w górę na zielone kopuły drzew, a po chwili rzekł:

– Najgorsze jest to, że cię kocham. Z innymi byłoby to wszystko takie łatwe.

– Co?

– Wszystko i nic.

Umilkł. Położył się na wznak, ręce założył pod głowę. Poprzez gęstwinę liści patrzył na spadające już, czerwone słońce. To trwało krótko, potem las począł wygasać i liście straciły swój kolor. Niedaleko stąd była strzelnica i żołnierze, ukończywszy swój pracowity dzień, wracali, śpiewając: „Noc taka długa...”. Ostatnią literę przeciągali, kończąc ją nagle. „Trzy, cztery!” – ryknął jakiś głos i wszyscy zaśpiewali razem: „Szkoda jej marnować...”. Od nagrzanej rzeki ciągnął senny podmuch.

– Piotr.

– Tak.

– Załatwiłeś ten pokój?

– Tak.

– Jutro?

– Tak.

– Jego nie będzie?

– Będziemy sami.

– Ty mu nie powiedziałeś, że przyjdziesz tam ze mną?

– Nie.

– Co mam powiedzieć w domu?

– Najlepiej nic nie mów.

– Muszę. Matka by się denerwowała.

– Powiedz, że wyjeżdżasz.

– Dokąd?

– Wszystko jedno.

– Po co?

– Wszystko jedno.

– Wymyśl coś.

– Do Podkowy Leśnej. Jedziesz do koleżanki. Będziecie się przygotowywać do egzaminu. Dlaczego tak mówisz? Ile ty masz lat, Agnieszka?

– Kiedy jestem z tobą, to tylko dwadzieścia dwa. A ty?

– Sto.

– Dlaczego tak mówisz?

– Czy ważna jest data w metryce? Są takie miejsca na ziemi, gdzie każdy dzień jest wiekiem. Trzeba tam tylko trafić.

– W którym roku cię aresztowano?

– Pięćdziesiątym drugim.

– To wszystko się już nie powtórzy, prawda?

– Gdyby raz jeszcze miało się powtórzyć to wszystko, gdyby to wszystko miało być jeszcze raz, nikt z ludzi by nie ocalał... Myślałem tam o tobie, wiesz?

– Gdzie?

– Mokotów.

– Nie znałeś mnie jeszcze wtedy.

– To nie ma znaczenia. Myślałem o tym, że jeśli w końcu wyjdę, to spotkam ciebie. I nigdy się już nie rozstaniemy, i nigdy już tam nie powrócę. Codziennie o świcie umierałem i codziennie powracałem do życia. Komendantem był tam taki pułkownik. Mówił nam: „Tu jest Mokotów. Stąd się wychodzi kwiatki wąchać od spodu”. Na przesłuchaniach krzyczał: „My was po bolszewicku zabijemy! Strzałem w tył głowy...”. Wtedy myślałem o tobie.

– Co się z nim teraz dzieje?

– Z komendantem?

– Tak.

– Aresztowany. Czytałem o tym gdzieś.

– Cieszy cię to?

– Za późno na radość.

– Nie będziesz myślał o tym już nigdy, prawda?

– Gdybym nie miał ciebie, myślałbym o tym stale. Teraz myślę, że ty jesteś tym człowiekiem, który jest nagrodą od losu za tamten zły, przeszły czas. Tylko ty. Ale ciężko zapomnieć, mówię ci, Agnieszka. Są takie historie, o których chyba się nie da zapomnieć. Pamiętam kiedyś...

– Teraz już będzie inaczej, prawda?

– Dlaczego to ciągle powtarzasz?

– Muszę.

– Więc musi być inaczej.

– Kiedy będziemy mieli dom, przez rok nie będziemy wpuszczali nikogo. Wywiesimy kartkę na drzwiach: „Nie ma nikogo. Wyjechaliśmy na rok”.

– To zabawne.

– Dlaczego?

– Siedziałem kiedyś z takim jednym człowiekiem, który marzył o tym samym. „Kiedy wyjdę wreszcie z tej bombonierki” – mówił – „zamuruję się w domu i nosa nawet nie wystawię spoza drzwi. Do diabła z tą kochaną wolnością...”. Więc po tej i po tamtej stronie krat marzenia są jednakowe?

– Jakie meble będziemy mieli?

– Czasami nikt nie mógł usnąć – powiedział Piotr i wiedziała już, że teraz nie usłyszy nic z tego, co chciałaby mu powiedzieć, i że będzie musiała tego wysłuchać, choć zna każde jego słowo i wspomnienie stamtąd. Piotr powiedział: – Rozmawialiśmy szeptem. Ludzie opowiadali sobie wszystko: brednie i fakty. Nie wiadomo po co, nie wiadomo na co, gdyż i tak nikt tego nie słuchał. Każdy miał w głowie własny film. Każdy myślał tylko o sobie i o swojej sprawie, której nie było...

– Nie mów już o tym – powiedziała. – Pomyśl o naszym domu. A twój syn? Ma się nazywać Teodor, tak jak Dostojewski...

– Przypomniałem sobie wszystko, całe życie: fakt po fakcie. Przypomniałem sobie wszystkich ludzi, z którymi w życiu rozmawiałem, wszystkie słowa, wszystkie dni, wszystkie noce; doszedłem wreszcie do tego, że starałem się przypomnieć sobie wszystkie swoje myśli. O czym myślałem rok temu, pięć lat temu, dziesięć lat. Co zrobiłem? W jakim miejscu życia popełniłem fatalny krok, o którym nic nie wiem, o którym nikt nic nie chce mi powiedzieć. Może ktoś z moich przyjaciół był szpiegiem? Może ktoś pracował dla wywiadu? Kim był ten człowiek, przez którego znalazłem się tutaj? Jak wyglądał? Stary był czy młody? Samotny czy żyjący z rodziną? Gdzie go poznałem? W knajpie, na studiach, na ulicy, na stadionie? Jak to się zaczęło? I o czym z nim wtedy rozmawiałem? Czasami przyczepiałem się myślą do jakiegoś człowieka; ktoś nagle wydawał mi się nim. I wtedy myślałem: to on, to nikt inny być nie może, tylko on. Co mu zrobiłem? Co on uczynił? W jaki sposób udało mu się doprowadzić do tego, abym znalazł się tutaj? Czy zrobił to specjalnie, czy też wpadłem razem z nim? Dławiłem się nienawiścią do niego, a potem przychodził mi na myśl kto inny. I znów usiłowałem przypomnieć sobie: gdzie go poznałem? Jak wyglądał? O czym z nim wtedy rozmawiałem? Co on takiego powiedział na mnie?

– Nie myśl o tym – powiedziała Agnieszka. – Nie mów już o tym. Pomyśl, jak to będzie jutro. Nie będzie nikogo prócz nas. Przytulisz się do mnie, obejmę cię i wtedy przestaniesz o tym myśleć. Nie będziesz już myślał ani o mieszkaniu, ani o więzieniu, ani o niczym, co cię dręczy. Wszystko, co będzie ważne, to tylko my i nasze kilka godzin do świtu. Tak?

– Tak, Agnieszka. Ale kim on był? Czy nie dowiem się nigdy?

– Myśl raczej, że nie. Po cóż ci on? Chcesz się mścić?

– Nie, nie... Chciałbym tylko spojrzeć na niego, chociaż przez sekundę. Przez sekundę patrzeć mu w twarz. I nic więcej. Myślę, że jakbym mógł na niego popatrzeć, zrozumiałbym wiele rzeczy ze swego życia. Może nawet wszystko, tak mi się czasami zdaje. I oddałbym za to chyba wszystko.

– Nawet mnie?

– Nawet ciebie.

– To dobrze, że nie dowiesz się o nim nigdy. Teraz już musimy iść.

– Już?

– Chcę się jeszcze uczyć.

– Agnieszka.

– Co, kochanie?