Pierwszy krok w chmurach - Marek Hłasko - ebook
Opis

Szesnaście opowiadań zawartych w debiutanckim tomie Marka Hłaski ‒ jednego z najbardziej wyrazistych polskich prozaików ‒ przedstawia naturalistyczne obrazy z czasów realizmu socjalistycznego. Wykreowany w nich dosadny, szorstki i pozbawiony złudzeń świat to nie tylko przejmujący zapis ludzkich losów, ale też głębokie studium psychologiczne bohaterów, którzy w różny sposób próbują buntować się przeciwko zastanej rzeczywistości

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 301

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt graficzny: Andrzej Barecki

Opieka edytorska: Agnieszka Dziewulska

Korekta: Jolanta Spodar

Zdjęcie na okładce: Jerzy Woropiński

Copyright © by Agnieszka Czyżewska-Stempa, Małgorzata Wolf

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN ISBN 978-83-244-1037-8 (EPUB); ISBN 978-83-244-1037-8 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wstęp

Gwiazda Marka Hłaski rozbłysnęła już na rok przed wydaniem tomu Pierwszy krok w chmurach. Kiedy w prasie zaczęły się pojawiać jego opowiadania, wszyscy literaci chcieli go poznać, pokazać się z nim na mieście, zabawić w Kameralnej. Debiutancki tom wydawał już jako wschodzący królewicz polskiej literatury, uśpionej przez lata stalinizmu, zaśniedziałej, szarej i zohydzonej doktryną. Dlaczego to właśnie proza Hłaski niosła ze sobą nową jakość w świecie opanowanym przez socrealizm? Co dziś zostało z tamtej sensacyjnej rewolucyjności? Co może przynieść lektura tych szesnastu opowiadań?

Nie są to łatwe pytania. W utworach brak odpowiedzi na odwieczne dylematy, są natomiast diagnozy rzeczywistości oraz – a może przede wszystkim – stosunków międzyludzkich. Legenda szorstkiego macho, który „kosił baby jak ułan”, wskazywała na męskocentryczne odczytywanie opowiadań Hłaski. Tymczasem bohaterowie Pętli, Lombardu złudzeń czyListu są ludźmi słabej kondycji moralnej, uzależnionymi od obecności pokrewnej istoty, bez której nie ma szczęścia i nie ma życia. Rozpatrując tom Pierwszy krok w chmurach z takiej perspektywy, rzec by można, że jest krzykiem rozpaczy, wołaniem z samotności, apelem do bliźniego. Istnieje jednak jeszcze drugi punkt widzenia. To brutalność, bezkompromisowość, agresja wyzierająca z utworów. To chamstwo chłopaka ze Ślicznej dziewczyny, kłamstwa kochanki z Najświętszych słów naszego życia, bezczelność pijaków z opowiadania tytułowego. Hłasko nie przebiera w słowach, nie sili się na skomplikowane rozwiązania fabularne, obrazuje rzeczywistość w sposób dosadny, nieskomplikowany i pozbawiony złudzeń. Pytanie tylko, czy pesymistyczny wydźwięk tych kilkunastu historii nie jest nastawionym na efekciarstwo dramatyzowaniem. Przeciwnicy prozy Hłaski nazywali go „primadonną jednego tygodnia”, „mazgajem”, „hipokrytą”. Oskarżany był o tani emocjonalizm, pozerstwo, kicz. Wydaje się, że tak silnie negatywne oceny nie trafiają w sedno opowiadań. Ich siłą jest bowiem zderzenie tęsknoty za Innym z brutalizacją rzeczywistości. Ponieważ jedyną odpowiedzią na rozpacz jest agresja.

Nie można także oprzeć się wrażeniu, że bywa Hłasko moralistą. Od alkoholu nie ma ucieczki, przypadkowy seks to nie początek love story, praca przy budowie wcale nie uwzniośla, a silniejszy zawsze pokona słabszego. W swojej ocenie rzeczywistości pisarz jest bezkompromisowy i pozbawiony wątpliwości. Atrakcyjność jego twórczości opiera się na stawianiu tez, a nie gotowych diagnoz. Pisarz nie rości sobie praw do oceny całego społeczeństwa, pokazuje jedynie wyrywki, skrawki sytuacji możliwych. Demonizując Innego, staje w opozycji do klasycznego układu fabularnego.

Jednym z najważniejszych elementów wyróżniających opowiadania z Pierwszego kroku w chmurach było zaprzeczenie obowiązującym w latach pięćdziesiątych regułom socrealizmu. Choć to wartość absolutnie bezwzględna i unikalna – dziś jej znaczenie jest znikome. Szarość ulic spowitych mgłą i deszczem, ciasnota czynszowych kamienic i odrażająca prostota podwórek stanowiły co prawda przeciwwagę dla huraoptymizmu Przygody na Mariensztacie, lecz dalece istotniejsza jest aktualność wykreowanych przez Hłaskę przestrzeni. Tworzył on światy uniwersalne, nawet jeśli silnie osadzone w warszawskich realiach. Z jednej bowiem strony był Hłasko pisarzem na wskroś stołecznym, z drugiej – gdyby pozbawić opowiadania bezpośrednich odniesień lokacyjnych, można by je umieścić w dowolnym mieście Polski. I właśnie dzięki tej uniwersalności opowiadania mogą być odczytywane w dowolnym czasie i miejscu.

Może takie miało być przesłanie Pierwszego kroku w chmurach? Zwykli ludzie, w zwykłym mieście, w zwykłych (pozornie tylko nietypowych) sytuacjach. Najprościej rzecz ujmując, bohaterowie Hłaski przeżywają okrutne dramaty, jednak statyczność i bezosobowość narracji niweluje wrażenie szoku, jakby lektura miała uświadomić czytelnikowi, że aborcja czy złamane serce są elementami codzienności. A więc znów Hłasko moralista, literatura zaangażowana w reformę społeczeństwa. Cóż w tym jednak złego, jeśli podano to w tak atrakcyjnej formie?

Radosław Młynarczyk

Dom mojej matki

Moja matka była starą i brzydką kobietą. Nie mógłbym nawet silić się na opisanie jej twarzy; zdaję sobie sprawę, że twarz ta nie zachowała nic ze swojej prawdy: tak dzieje się często z ludźmi bardzo schorowanymi i zniszczonymi przez przeżycia ponad skromne ich siły.

Patrzyłem, jak gasła moja matka. Były to jedyne chwile mojego życia, kiedy czułem się zupełnie bezsilny, jak tylko może się czuć człowiek, który uprzytomni sobie, że zawsze może iść z czasem naprzód, lecz nigdy go powstrzymać. Trwało to jednak krótko; potem zrozumiałem, że człowiek, który chciałby powstrzymać czas, jest w takiej sytuacji, jakby wsadził dłoń w górski strumień i czując jej drżenie, myślał, że tamą jest jego dłoń.

Mówiłem wtedy:

– Nie martw się, mamo! Wszystko będzie dobrze i będziesz mieć swój dom. Przecież wiesz, że nikogo na świecie nie kocham bardziej od ciebie...

Wiem, że matka moja nie była nigdy kochana przez żadnego mężczyznę: małżeństwo jej z moim ojcem nie należało do szczęśliwych. Prawie już nie pamiętam ojca, lecz z opowieści wiem, że przez całe życie paliło mu się pod czaszką. Był to jednak zimny ogień, który nie daje nic prócz blasku. W pewnym momencie swego życia ojciec mój wypalił się; potem już jego serce i myśli przypominały patyczek choinkowy, na którym zwęgliła się owa minimalna ilość substancji chemicznych, dająca silny i piękny blask. Resztę życia spędził na szukaniu usprawiedliwień dla samego siebie; stał się gorzki i niesprawiedliwy wobec każdego.

Moja matka rzekła mi kiedyś:

– Nie jesteś dzieckiem urodzonym z wielkiej miłości. Z twoim ojcem pobraliśmy się dlatego, że myśleliśmy, iż będziemy sobie potrzebni. Pamiętaj, abyś nigdy nie wierzył w takie rzeczy; nie wolno ci! Ludzie, którzy myślą, że z czasem dopiero staną się sobie potrzebni, powinni odejść od siebie i zapomnieć kroków, które ich wiodły ku sobie.

Bardzo mnie to wtedy zabolało. Gdy się dowiedziałem, że moi rodzice nie byli złączeni wielką miłością, bez której w wyobraźni mojej nie mogło być nic stałego, uczułem momentalnie ssącą pustkę i przez długie miesiące nie opuszczała mnie myśl, że właściwie nie jestem nikomu potrzebny. Zdawało mi się, że ludzie tacy jak ja – nie powinni żyć.

– Po co mi to mówisz, mamo? – rzekłem wtedy. – Mam osiemnaście lat i gotów byłbym zabić za każdy listek oderwany z drzewa moich marzeń...

– Uschnie szybko twoje drzewo, jeśli nie będziesz wiedział, że zdarzają się burze i grady...

Dziś nie mam już osiemnastu lat; bardziej nad burze i grady pragnąłbym drętwej ciszy południa. Wtedy jednak ciężko mi było dzień po dniu przeżywać z człowiekiem, który nie był kochany; tym ciężej, że człowiekiem tym była przecież moja matka. Goryczy dodawała mi myśl, że matka moja nie pragnie już cierpień, miłości ani walki; wielkiej goryczy dodawała mi myśl, że jedynym pragnieniem jej życia jest mały, własny, kolorowy domek na przedmieściu.

– Mamo! – mówiłem. – Przecież to straszne dla mnie, że ty marzysz tylko o własnym domku i o niczym więcej. Jakże mam cię kochać? I dlaczego tylko tyle? Jesteś przecież dobrym człowiekiem i wiem, że potrafisz kochać; ja to wiem najlepiej! Nie mogę cię jednak wcale zrozumieć... Są kraje, w których miliony ludzi znajdują się bez dachu nad głową i bez kawałka chleba, miliony głodnych i nieszczęśliwych ludzi. Mało... Nie wiadomo, czy ci ludzie, którzy mają dziś dach nad głową, jutro nie zostaną bez niego. Jakich wymiarów wobec tych spraw nabiera twoje marzenie? To żałosne, mamo... Czy naprawdę widzisz teraz uczciwe miejsce na twoje marzenie?

– Każde marzenie – odpowiadała mi matka – jest uczciwe. Samo słowo marzenie jest uczciwe. Nieuczciwe mogą być myśli, pragnienia, dążenia, lecz marzenie pozostanie czyste nawet wtedy, kiedy inni wdepczą ci je w błoto... Pomyśl: będziemy mieć własny dom. Będzie ci źle, będą cię zdradzać i wyszydzać ludzie, wtedy wrócisz do naszego domu i powiesz tylko: „To jest nasz dom”. Świat wyda ci się inny, jeżeli spojrzysz nań przez okno naszego domu.

– Nie chcę mieć takiego domu – mówiłem, łykając gniew – w którym musiałbym kryć się przed światem i przed ludźmi. To nie dom, to skorupa. Brzydzę się skorupą.

O, nie było doprawdy argumentu, którego bym nie użył. Mówiłem o trudzie tych, którzy budują od podstaw nowe życie, o tysiącach nowych domów; przynosiłem dziesiątki gazet, moje radio znienawidzili sąsiedzi, staruszka mieszkająca przez ścianę nie odpowiadała na moje ukłony; przestałem mówić zwykłym, ludzkim głosem, tylko ryczałem, przybierałem teatralne pozy: to wszystko było przecież moją prawdą i robiłem wszystko, co mogłem, aby zrozumiała ją także moja matka. Lecz wszystko na próżno – ten przeklęty, kolorowy domek na przedmieściu był wbity jak dziesięciocalowy gwóźdź w drzewo marzeń mojej matki. Swoje słowa czułem niby odbijające się piłeczki i w sercu moim coraz bardziej rozlewała się gorycz. Bywałem niedobry i niesprawiedliwy dla matki; potem, oczywiście, czyniłem wszystko, by to odrobić, dzięki czemu nasze ciche dotąd życie we dwójkę stało się łodzią żeglującą po niespokojnej wodzie. Lecz aby płynąć, musieliśmy wiosłować we dwójkę.

Chodziłem czasem na przedmieście i wałęsałem się godzinami po piaszczystych i krzywych uliczkach, gdzie przycupnęły małe domki. Doszedłem do tego, że patrzyłem na nie z nienawiścią i z nienawiścią także myślałem o sobie, że mały ten domek w jakimś sensie przesłania mi widok na mój ogromny świat. Lecz nie mogłem go zburzyć. Ohydne były dla mnie słoneczniki i zielone sztachetki, klomby i spacerujące po nich kury, radośnie umorusane dzieci i koty leżące w słońcu. Pogardzałem każdym z tych ludzi mieszkających w kolorowych domkach na peryferiach naszego miasta. Gdyby to zależało ode mnie, zabroniłbym budować takie domki. Myślałem wtedy o strasznej sile, jaką jest ludzkie przyzwyczajenie. Zabroniłbym budować takie domki, gdyż zdawało mi się, że ci, którzy w nich mieszkają, nie wiedząc o tym, sami pozbawiają się rzeczy o wiele większych.

„O, mamo – myślałem – łatwiej chyba zbudować sobie nieśmiertelność niż porozumieć się z drugim człowiekiem”.

Kiedy przebywałem na przedmieściu – a przebywałem dość często, gdyż jestem z natury łazęgą – drażniło mnie nawet powietrze ciągnące od wilgotnych pól zza rzeki. Czyste poranki i łagodne, pełne mgieł zachody słońca budziły we mnie pogardę, jaką mam dla kiczu. Kiedyś – była to niedziela – zobaczyłem dziada siedzącego w kalesonach na progu. Mrużył oczy od słońca i leniwie przebierał palcami po klawiszach, gdyż trzymał na kolanach harmonię. „Oto – pomyślałem, dygocąc ze wściekłości – przeżytek”. Zwróciłem mu uwagę; grzecznie powiedziałem, że nasze miasto jest wielkim miastem i on, jako jego mieszkaniec... i tak dalej. Dziad spojrzał na mnie sennie, potem zawołał swoich trzech synów, wyglądających bardzo po junacku, a ci obeszli się ze mną brutalnie. Kiedy na czworakach wycofywałem się z placu boju, dziad otworzył jedno oko i rzekł:

– Mocnych demokracja zamknęła...

To zraziło mnie na jakieś dwa tygodnie, lecz potem znów wałęsałem się po przedmieściu. Wydawało mi się, że gdzieś tam właśnie tkwi jakaś siła magnetyczna, którą znają wszyscy ludzie prócz mnie.

– Czy nie widzisz – mówiłem do matki – tych wszystkich pięknych, białych domów? Nie widzisz tylu ulic? Masz oczy, lecz nie masz serca i dlatego twoje oczy są ślepe.

– Oczy moje są ślepe dlatego – mówiła matka – że nie widzę mojego małego, własnego domu. To wszystko.

– Czy jest ci źle żyć? Nie wierzysz ludziom? Nie wierzysz nam?

– W cóż mogłabym wierzyć, jeśli nie w czyste ręce swego dziecka?

– Więc dlaczego? Dlaczego się nie cieszysz? Nie jesteś głodna i nie jestem dla ciebie złym dzieckiem; sama to przyznajesz, nawet wtedy, gdy milczysz, wiem o tym... Ale chociaż jestem twoim synem, nie może mnie wzruszać twój smutek, że nie masz własnego, małego domku na przedmieściu, kiedy widzę radość innych ludzi, wprowadzających się do wielkich, wspólnych domów. Mamo, przestań...

Matka moja umarła. Umarła nie dlatego, że nie spełniła swych pragnień, lecz dlatego, że była starą i schorowaną kobietą. Jej ostatnie słowa nie były skargą, że nie doczekała małego, własnego domku, lecz życzeniami szczęścia dla mnie.

Ja pozostałem. Żyję i dalej cieszy mnie widok jasnych, wielkich domów. Wiem, że mieszczą one w sobie również wiele pragnień, cierpień, na pewno o wiele większych i słuszniejszych od tych, które miała moja matka.

Lecz czasem ciężko mi żyć: właśnie wtedy, kiedy przechodzę obok takich wielkich, jasnych domów, a także, kiedy nocami wałęsam się po krzywych i piaszczystych uliczkach przedmieścia, gdyż z natury swej jestem włóczęgą. Pogodziłem się już z owym dziadem, opowiada mi on czasem o wszystkich najwspanialszych rzezimieszkach, jacy deptali te ulice, i oczy jego są pełne marzenia.

Tak, jest mi ciężko, gdy patrzę w oświetlone lub ślepe – nocą – okna każdego domu. Lecz najbardziej smutno mi, gdy idę wieczorem nad Wisłą i widzę odbijające się w wodzie światła: ulic, domów i gwiazd.

Bo pamiętam, że matka moja chciała, aby jej mały, własny, kolorowy dom – stał nad rzeką.

1954

Robotnicy

Wacławowi Sadkowskiemu

Pracowaliśmy na równinie. Była to monotonna równina. Pieśń o niej nie zabrzmiałaby ani jednym silniejszym dźwiękiem. Nie było tu lasów ani wzgórków – gdziekolwiek obróciłeś wzrok, pola i wsie osiadły płasko; odnosiłeś wrażenie, że patrzysz na wewnętrzną powierzchnię swej dłoni powiększoną monstrualnie. Ginął twój wzrok; czasem myślałeś, że w ogóle nie masz oczu i jesteś ślepcem. Człowiek głupiał.

Kazimierz powiedział do mnie kiedyś:

– Gdybym nie był komunistą, nienawidziłbym tego miejsca tak, jak nienawidzi śmierci człowiek, który kocha życie. Ja tu umieram. Pochodzę z Sandomierskiego; tam ziemia jest bujna i gorąca. Jak tylko skończymy budować ten przeklęty most, nie wrócę tu już nigdy i zabronię tu przyjeżdżać swoim dzieciom.

Betoniarz Stefan, chłopak z warszawskiego Marymontu, mówił:

– Jak tylko skończymy budować ten cholerny most, to jak nie piję, urżnę się jak świnia, potem trzy dni odpoczywać będę w komisariacie. Boże! Gdyby tu chociaż był komisariat... Pół roku klepię już ten przeklęty most; oszaleję chyba, przez ten czas nie widziałem ani jednego drzewa!

Zbrojarz Kamiński, człowiek starszy, poważny i nadzwyczaj religijny, mówił:

– Po co ja tu, cholera, przyjechałem? Ja tu przestaję wierzyć w Boga. Zdaje mi się, że Bóg, stwarzając świat, zapomniał o tym kawałku ziemi, a może go i przeklął. Ja tu nie mogę żyć.

Ja sam starałem się milczeć. Nocami wychodziłem na dwór i patrzyłem w niebo; nad tą ziemią ono także wydawało mi się płaskie i nudne, gwiazdy – niepotrzebne i drażniące. Nie zaglądali tu do nas inni ludzie; samych siebie znaliśmy już na wylot: każdy z nas wiedział wszystko o żonie, dzieciach, domu czy kochance drugiego. Zdawało nam się, że powiedzieliśmy już sobie wszystko, co można. Ja sam myślałem, że nie wyrwę się stąd już nigdy; przestałem wierzyć, że istnieją gdzieś miasta, ulice, prawdziwe domy.

Mieszkaliśmy w barakach: sklecono je byle jak, sposobem gospodarskim; w praktyce oznaczało to nasz ciągły i bezpośredni kontakt z przyrodą i klimatem. Gazety na budowę przywoził nam listonosz z miasteczka odległego o kilkanaście kilometrów; gdy pił normalnie – gazety spóźniały się o jeden dzień; gdy trochę mocniej – gazety spóźniały się o dwa dni; a jak go przycisnęła chandra – to przez cały tydzień nie wiedzieliśmy, co się dzieje na świecie. Raz betoniarz Stefan pobił listonosza, lecz to nic nie pomogło; wręcz przeciwnie – życzenia, przesłane nam przez rodziny na Nowy Rok, odebraliśmy po Trzech Królach.

Jesienią do naszych baraków kapała wilgoć; odrywaliśmy ze ścian zdjęcia naszych drogich i chowaliśmy je do drewnianych kuferków, pod prycze. Zimą hulały dzikie wiatry, z żelaznych piecyków buchały kłęby czarnej sadzy, osiadając na naszych ubraniach lepką i tłustą powłoką; chodziliśmy zakatarzeni; głosy nasze brzmiały niczym głosy rzezimieszków. Przestaliśmy się golić i myć, gdyż w barakach panowało niemożliwe zimno; Kazimierz ze swoją czarną brodą wyglądał jak Madej; siwy zbrojarz Kamiński – jak patriarcha; blond szpicbródka Stefana z Marymontu nieodparcie przywodziła nam na myśl postać głupawego gogusia z operetki; a najżałośniej wyglądałem ja sam. Zarost mam nietęgi, rosnący rzadkimi kępkami; twarz moja wskutek tego budziła wątpliwości, czy od czasu kąpieli, jaką uraczono mnie zaraz po przyjściu na świat, spotkała się z wodą.

– Cóż – mówiliśmy. – Aby do wiosny.

Przyszła wiosna; późna, zimna i o wiele gorsza od jesieni. Jednego dnia padał ohydny deszcz, następnego – kaszowaty śnieg; wiatr podcinał go i chłostał nim po naszych twarzach. Kombinezony nasze nie wyschły już nigdy; oczy mieliśmy czerwone od ciągłej gorączki. W barakach zawaliło się pół dachu; dwa dni trwało, nim poradziliśmy sobie jako tako. Na szarym niebie od czasu do czasu ukazywało się blade słońce; w kałużach, którymi pokryty był cały plac budowy, wyglądało ono jak oczko żółtego tłuszczu. Podnosiliśmy ku niemu nasze umęczone twarze; słońce zaraz znikało.

Kazimierz mówił:

– Co, do diabła spuchniętego! Gdybym nie był partyjniakiem, uciekłbym stąd do wszystkich choler. Pojechałbym do swojego brata: on jest proboszczem pod Małkinią. Zostałbym u niego dziadem kościelnym. Tylko mi wstyd; to jedyna rzecz, która mnie tu trzyma. Myślę o dniu, w którym będę stąd wyjeżdżał: mój wrzask będzie słychać aż w dziesiątej wsi. A prawdę mówiąc, chłopcy, zaczynam czuć, że gdzieś mam ten cały nasz most.

Stefan mówił:

– Ech, sekretarzu! Aby do lata...

Jego nigdy nie opuszczał optymizm: jednego dnia kochaliśmy go za to, drugiego – nienawidzili i uważali za idiotę.

Po długiej i strasznej zimie, po cherlawej, niedonoszonej wiośnie – przyszło potworne, dręczące upałami lato; takich upałów nie pamiętali w okolicy nawet najstarsi ludzie. Pot zalewał nam oczy, przeżerał koszule, spływał wzdłuż całego ciała; zima wydawała nam się teraz bajką. Byliśmy czarni; odlazła z nas siódma skóra; pokryci pęcherzami jęczeliśmy w nocy, nie mogąc przewrócić się z boku na bok. Kamiński żegnał się i mówił ponuro:

– Boże, pokarałeś grzesznego...

Z nienawiścią patrzyliśmy na kilka kobiet, które pracowały wśród nas; gdyby nie one, moglibyśmy łazić nago. Zresztą – przestaliśmy na nie zwracać uwagę. Pewien inżynier, który przyjechał na inspekcję budowy aż ze stolicy, pół dnia chodził jak błędny, nie rozumiejąc, gdzie się znalazł. Potem rzekł do mnie, pokazując w moją pierś:

– Przepraszam, czy pan w domu także chodzi nago?

– Tak jest, panie inżynierze – odrzekłem. – Tylko jak jestem w domu, to jeszcze maluję się w pasy: seledynowe, błękitne i bordo. Tutaj nie mogę: na budowie mamy tylko minię. Gdyby pan inżynier był coś łaskaw załatwić w tej sprawie!

Spojrzał na mnie białymi oczami szaleńca i rzekł:

– To dziwne. To bardzo dziwne.

Budowaliśmy most. Budowaliśmy go nie z pieśnią, nie z ochotą; choć wiedzieliśmy, że pracować trzeba i że piękną rzeczą w życiu człowieka jest praca. Ten most budowaliśmy nienawiścią, rozpaczą, chęcią ucieczki z tej równiny, która jak polip wyssała nasze serca i nasze dusze; marzyliśmy o jednej rzeczy: aby nigdy już nie postała tu nasza noga.

Dobieraliśmy ohydne przekleństwa; przestaliśmy mówić – porozumiewaliśmy się klątwami. Gdy ktoś z nas użył zwykłego słowa, reszta patrzyła nań ze zdumieniem. Kazimierz gryzł się z tego powodu i klął najbardziej złowieszczo. Stefan doszedł do mistrzostwa budowy: klął przez godzinę i kwadrans bez przerwy, nie powtarzając ani jednego przekleństwa; nazwaliśmy go „Słownikiem mostu”. Zbrojarz Kamiński dawno już zwątpił w swe zbawienie wieczne i trzy książeczki do nabożeństwa sprzedał listonoszowi za ćwiartkę wódki. Ja ułożyłem na cześć mostu pewien poemacik, wobec którego fraszką wydają mi się dziś pewne pikantne skądinąd bezeceństwa dziadka Fredry. Marzyliśmy tylko o jednej rzeczy: o dniu, który będzie naszym ostatnim dniem tutaj.

I zbudowaliśmy ten most. Lecz nie mieliśmy siły na to, aby się urżnąć, tańczyć lub śpiewać; tego dnia Kamiński nie przeżegnał się nawet na dobranoc.

Most obwieszono transparentami; dziatwa szkolna, którą przywieziono tu na trzech ciężarówkach, śpiewała pieśni masowe; wygłaszano mowy, przecięto wstęgę, maszynista rzucił z parowozu pęk kwiatów, a orkiestra wojskowa, także sprowadzona na ciężarówkach, po raz dziesiąty grała tego samego marsza; operator kronik filmowych szalał z kamerą, czepiając się jak pająk poręczy mostu. Młody człowiek z radia mówił do mikrofonu:

– Widzimy twarze budowniczych tego mostu. Są pełne wielkiej dumy i radości. Widzimy przodowników pracy i młodzież, która wychowała się na budowie tego mostu. Masa kwiatów! Ach, żeby państwo widzieli, żeby państwo mogli tu być z nami! To wspaniały dzień dla wszystkich budowniczych tego mostu! Widzimy twarz towarzysza Kazimierza Rogalskiego, sekretarza organizacji zakładowej. To twarz człowieka, który jest dumny i szczęśliwy ze spełnionego obowiązku. To na pewno najszczęśliwszy dzień w życiu tego człowieka.

Wtedy stała się rzecz nieoczekiwana. Kazimierz podbiegł do spikera, wyrwał mu mikrofon i podniósłszy go na wysokość swej wykrzywionej wściekłością twarzy, ryknął:

– Gówno!

Uroczystość była popsuta; poszliśmy spać i spaliśmy dwa dni. Potem przyjechało wiele ciężarówek. Załadowaliśmy nasze drewniane kuferki, rozebraliśmy baraki, Kamiński wzniósł pięść w kierunku mostu (nabawił się tu reumatyzmu) i – pojechaliśmy.

Ciężarówki mknęły. Był to ten wymarzony dzień; wracaliśmy do domów, do naszych bliskich. Tam – został most. Był coraz mniejszy: każdy obrót kół oddalał nas od niego. Milczałem. Milczeli wszyscy. Myślałem, że będą kląć, śpiewać, wrzeszczeć. Czekałem na ryk Kazimierza. Na taniec Stefana. Na dziękczynne modły Kamińskiego. Na westchnienia ulgi. Na żartobliwe słowa i radość z bliskiego domu. Lecz milczeli. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że wszyscy patrzą w kierunku mostu; był już tylko małą kropeczką. Targnęło mną.

– No – rzekłem. – Czemu nic nie mówicie? Mieliście śpiewać. I co? – Milczeli; nikt nie zwrócił nawet uwagi na mnie. Krzyknąłem: – Mówcie coś! No, mówcie coś, do ciężkiej cholery!... Mówcie! – zawyłem dziko.

– M... m... – wybełkotał betoniarz Stefan z Marymontu; machnął ręką i umilkł.

Już nie było widać naszego mostu; został na równinie i przydymiły go opary mgieł. Wtedy zrozumiałem, że most ten – jest już tylko wspomnieniem. I ci, którzy będą po nim jeździć i chodzić, nigdy nie dowiedzą się, że ten most jest tylko naszym mostem. Płakaliśmy. Płakaliśmy wszyscy; miałem wtedy dwadzieścia lat i płakałem także, choć nie za dobrze wiedziałem dlaczego. Brakowało mi czegoś, co pozwoliłoby mi zrozumieć jasno i czysto nasze łzy. Bo dziś wiem już, że często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić – nieraz na zawsze.

1955

Okno

Leopoldowi Tyrmandowi

Nikt prawie nie przychodził do mnie; mieszkam sam, od lat w tym samym brudnym i brzydkim domu przy jednej z bocznych ulic naszego miasta. Do okna mego pokoju nie zagląda nigdy księżyc, nigdy też nie widzę stąd nieba i gwiazd; mogę oglądać tylko kawałek podwórka i przeciwległą ścianę drugiego domu – bardzo wysoką, po części obrośniętą dzikim winem. Są tam dwa okna. W jednym – jak z czasem wywnioskowałem – mieszka tapicer, w drugim jakieś młode małżeństwo z dzieckiem; od czasu do czasu widywałem jasny łebek tego dziecka, nie wiem nawet po dziś, czy był to chłopiec, czy dziewczynka; potem dowiedziałem się, że dziecko umarło. I straciłem ochotę do oglądania przeciwległej ściany; kiedy zrozumiałem, że nigdy już nie zobaczę tego dziecka, zauważyłem, jak, doprawdy, ohydna jest ta ściana.

Bardzo rzadko odwiedzał mnie pewien urzędnik z pierwszego piętra; ja sam mieszkałem na parterze. Był to jeden z tych poczciwych świntuchów, w których ustach nawet przekleństwa diabłów brzmią zgoła niewinnie i tracą barwę, a którzy biją nas co chwila w kolano i mrużąc oko, pytają: „No, jakże? Podobało się panu? Prawda, że to znakomite?”. Z początku nie znosiłem tego człowieka i jego jurnych opowiadanek. Wydawał mi się obmierzły i głupi ponad wszystko; z pewną nawet przyjemnością myślałem, że z jego dowcipów śmiano się już chyba za czasów Franciszka Józefa. Lecz potem przestał mnie drażnić, a nawet stał mi się potrzebny, rozumiałem bowiem, że ten człowiek, mieszkający na pierwszym piętrze, jest takim samym biednym i samotnym człowiekiem jak na parterze ja. Zapragnąłem zrobić mu jakąś przyjemność: z nie byle jakim trudem wyuczyłem się kilku dowcipów i gdy przyszedł do mnie – powtórzyłem mu. Pamiętam, że milczał i nie powiedział już nic tego wieczora. I przestał mnie odwiedzać. Doprawdy, nie wiem dlaczego.

Przed moim oknem rosło drzewo akacji. Było bardzo stare i uschło: pamiętam, że ostatniej wiosny kwitła już tylko jedna gałąź. Wtedy to po raz pierwszy ujrzałem tego chłopca: siedziałem w pobliżu okna i zobaczyłem w pewnej chwili, że ruda głowa usiłuje zajrzeć do mego pokoju. Z początku przestraszyłem się, lecz zaraz potem zrozumiałem, iż jest to główka dziecka i postanowiłem czekać. Patrzyłem, wstrzymując dech; biedaczek chciał zajrzeć nieco dalej, lecz nie mógł się wspiąć. Myślałem: „Pomóc mu? Zapytać, czego chce?”. Lecz po chwili przestraszyłem się: przyszło mi do głowy, że mogłoby to zniechęcić go i spłoszyć.

Następnego popołudnia znów zauważyłem, że właściciel rudej głowy pragnie wspiąć się i zajrzeć do mego pokoju. Widocznie był jednak bardzo mały i nie mógł wykonać tego, co pragnął. Wtedy ja sam zdecydowałem się wyjrzeć i zobaczyłem go; tak, był to rzeczywiście nieduży, bardzo śmieszny rudzielec. Za to przy boku miał potężny pałasz; aż mnie to, pamiętam, zdziwiło, że taki malutki chłopiec ma taki duży pałasz. Odważyłem się i zawołałem:

– Hej, mały!

Odwrócił się, lecz pobiegł dalej. Pomyślałem ze smutkiem, że spłoszyłem go i na pewno już nie będzie chciał tu zajrzeć. Lecz nie; wieczorem znów ujrzałem jego rudą główkę, nawet nieco wyżej. I wtedy zrozumiałem, co go przyciąga: obraz na mojej ścianie. Był to nędzny bohomaz, przedstawiający bitwę morską: okręty ze strzaskanymi żaglami, spienione fale, rozbitków i tak dalej. Mały patrzył na ten obraz z podwórka i widział tylko trochę, a więc czubki masztów i prawdziwego koloru niebo, któremu tak nie pożałował farb ów nieznany mi malarz. Zdecydowałem się dopomóc chłopczykowi i kiedy przyszedł wieczorem, wychyliłem znienacka głowę i krzyknąłem:

– Chcesz zobaczyć mój obraz, prawda?!

Patrzył na mnie chwilę, potem przełknął ślinę i rzekł mężnie:

– Tak.

Podałem mu rękę. Usiadł na parapecie ze zręcznością małpki: pamiętam jeszcze krótki błysk zachwytu w jego oczach. Lecz po chwili spostrzegłem, że nie patrzy już wcale na obraz: rozglądał się bacznie po moim pokoju. Widziałem, jak gaśnie zachwyt na jego twarzy. Zobaczyłem, że posmutniał: był teraz poważny i skupiony, jakby w ciągu tych chwil, kiedy siedział na parapecie, przybyło mu wiele lat i troski. Bardzo długo milczał, opuściwszy rudą główkę. Potem rzekł:

– Wszędzie jest tak samo.

– Tak! – rzekłem. – Wszędzie jest tak samo.

– Nigdzie nie ma inaczej? – zapytał.

– Nie – odparłem.

– A gdyby tak bardzo daleko stąd? Też tak samo?

– Tak. Tam też są takie pokoje. Na całym świecie są takie pokoje. Świat to jest właśnie kilka takich pokoi.

– To ja jeszcze zobaczę – rzekł.

Zeskoczył i uciekł. Następnego dnia wróciłem później do domu. Pierwsze, co zobaczyłem, wszedłszy do pokoju, to leżący pod oknem jakiś przedmiot. Podniosłem go; był to ów pałasz, który budził moje zdumienie.

Lecz sam chłopczyk nie zajrzał do mnie już nigdy.

1955

List

Oczekiwałem na list. Nikt nie pisał do mnie listów; nie miałem nikogo bliskiego; ani tutaj, ani w kraju, ani na całym świecie; byłem już starym, samotnym człowiekiem. „Ba! – myślałem sobie nieraz. – Przecież nie wszyscy mogą mieć bliskich: to naturalne; a ludzie samotni są także potrzebni, aby inni zrozumieli, jak straszną rzeczą jest samotność, i starali się przed nią uchronić”. Lecz mimo to czekałem na list. Wiedziałem, że nie nadejdzie on nigdy, lecz niemożliwe wydawało mi się, aby nikt z żyjących na świecie pewnego dnia nie zechciał napisać do mnie listu. Ludzie najbardziej nawet nieszczęśliwi nie wierzą nigdy w całkowitość swego nieszczęścia, potrzebna im jest maleńka szpareczka, dzięki której mogą oddychać; tak samo jest chyba z samotnymi; zawsze mamy maleńkie okienko, przez które kogoś wyglądamy. Ja czekałem na list.

Dom, w którym zamieszkiwałem śmiesznie mały pokój, był jednym ze starych domów na przedmieściach naszego miasta. Był to dom o poczerniałych ścianach, wytartych schodach i zielonym od wilgoci podwórku. Na dachu tego domu kilku wyrostków założyło hodowlę gołębi; mniejsi chłopcy biegali po podwórku, bawiąc się, odkąd pamiętam, w tę samą zabawę – złodzieja i policjantów; dziewczynki skakały przez sznurek oraz grały w niebo i piekło; latem w słońcu śpią tłuste koty, zawsze pachnie kapusta i mokra bielizna. Od czasu do czasu stróż upija się i gra na harmonii; wtedy dzieci zbiegają się i, otoczywszy go kołem, patrzą, jak zręcznie przebiera grubymi palcami po klawiszach, a pewien łysy tapicer wychyla z okna swoją głowę i prosi: „Zagraj Klaryssę, Franciszku!”; wtedy stróż rzuca mu spojrzenie pełne słodkiej zadumy i gra to smutne i dziwne tango. Dzień zaczyna się tu wcześnie; połowa mieszkańców domu pracuje w pobliskiej fabryce odlewów i już od piątej rano tupie po schodach; o siódmej obydwaj krawcy puszczają w ruch swoje maszyny; szewc straszliwym basem wymyśla swemu czeladnikowi, który jest bardzo piegowaty, ma niepokojąco podobne do nietoperza uszy i – jak twierdzi szewc – jest „potomkiem kretyna i sowy”; u tapicera stukają młotki, do warsztatu naprawy samochodów zjeżdżają pierwsze taksówki, a stróż ziewa i podciągając spodnie, wychodzi z miotłą na podwórko. Życie ma tutaj jedną twarz.

Listonosz – pan Gołębiowski – zjawiał się tu około godziny dwunastej; o tej godzinie śpiewały już wszystkie kucharki, wszystkie dywany już przetrzepano i swąd obiadów dolatywał z każdego okna. Już z daleka widziałem, jak listonosz nadjeżdża na swym rozklekotanym rowerze; jedną ręką trzyma za kierownicę, drugą – wyciąga list ze swej ogromnej torby. Wtedy wszyscy schodzą na podwórko, gdyż listonosz – tak jak i ja – jest starym człowiekiem i ciężko mu wspinać się po stromych schodach. Nakłada na nos okulary i odczytuje nazwiska:

– Siemiątkowski!

– Jaszczyk!

– Malinowska!

Wszyscy odbierają swoje listy i odchodzą. Wtedy ja pytam:

– Czy nie ma nic dla mnie?

– Nie – odpowiada listonosz. – Nic dla pana dzisiaj nie było. Może jutro będzie.

– Niech pan zobaczy jeszcze raz – proszę. – Wie pan, jak to jest; czasem się zapomina. Czasem się zdaje, że nie ma już nic, a potem dopiero spostrzega się przypadkowo, że jednak jeszcze coś pozostało. Niech mi pan wierzy, że tak doprawdy bywa. Proszę zobaczyć jeszcze raz.

Listonosz sięgał do torby, lecz twarz jego wyrażała bezgraniczne powątpiewanie. Długo grzebał, potem mówił:

– Nie, dzisiaj nie było dla pana listu. Może jutro będzie. Czeka pan?

– Tak – odpowiadałem. – Czekam. Oczywiście, że czekam. Ma do mnie ktoś napisać, ale on mieszka bardzo daleko stąd. Wie pan, jak się daleko mieszka...

– Oczywiście – mówił listonosz. – Moi bliscy także mieszkają bardzo daleko stąd. O, nawet pojęcia pan nie ma, jak daleko. Trudno, musi pan poczekać. Może jutro przyjdzie już ten list.

– Będę czekać – mówiłem. – Ten list na pewno do mnie przyjdzie; niech pan tylko dobrze uważa na poczcie. Już ja pana o to bardzo proszę! Będę czekać.

– Tak trzeba – odpowiadał listonosz. – Przecież zawsze czeka się na jakiś list.

Salutował mi i odjeżdżał. Widywaliśmy się co dzień; widywaliśmy się co dzień przez wiele lat. Latem przyjeżdżał zgrzany, sapiąc jak lokomotywa; zimą piękne wąsy jego sztywniały od lodu; jesienią był smutny i zgnębiony, ociekał deszczem, a rower jego ochlapany był strasznie błotem i przybywało mu rdzawych plam; wiosną on chyba pierwszy w naszym mieście rozpinał koszulę i widziałem siwe i ogromnie gęste włosy na jego twardej piersi. Przeszło wiele wiosen; czeladnik od szewca założył już własny warsztat, ożenił się i z dziesiątego podwórka słyszałem, jak takim samym basem wymyśla swemu pomocnikowi; chłopcy, którzy bawili się tu niegdyś w złodzieja i policjantów, służyli teraz w wojsku i stamtąd pisali krótkie, chaotyczne listy do dziewcząt, które skakały niegdyś przez barwny sznureczek, a teraz były już wysokie, chodziły w kwiecistych sukienkach i ozięble odpowiadały swoim matkom, że one przecież nie pytały ich o zdanie w kwestii swego zamążpójścia. Stróż przygłuchł i mylił teraz tony dziwnego tanga, a tapicer coraz częściej trafiał młotkiem we własną rękę. Pytałem:

– Czy jest jakiś list do mnie?

– Nie – odpowiadał listonosz. – Dziś, proszę pana, nie było nic. Zapewne będzie jutro.

– Czy sprawdził pan dobrze? – pytałem.

– Ja zawsze sprawdzam dobrze, proszę pana. Musi pan czekać.

– Oczywiście – mówiłem. – Będę czekać.

– Tak trzeba. Przecież zawsze czeka się na jakiś list. One rozmaicie przychodzą; przecież ludzie piszą z bardzo daleka. Czasem trzeba długo czekać na list.

Miałem żal; miałem żal do wszystkich mieszkańców tego domu, którzy otrzymują listy; nienawidziłem ich twarzy w chwili, gdy z rąk listonosza odbierali swoje listy. Wydawało się, iż słowa zawarte w tych listach odebrano mnie, że należą do mnie, ja powinienem je czytać – płakać nad nimi lub śmiać się – i że tylko przez jakiś niezrozumiały dla mnie przypadek listy te trafiają do obcych rąk, podczas gdy naprawdę każdy z nich należy do mnie. Przypomniałem sobie wszystkich ludzi, jakich znałem w życiu; odżywały we mnie dawne przyjaźnie, krótkie chwile spotkań z tymi, których twarzy nie mogę sobie dziś już przypomnieć. Długo myślałem o pewnej kobiecie, którą darzyłem ogromną miłością w wieku lat dwudziestu. Przez wiele dni umysł mój zaprzątał wizerunek pewnego człowieka, z którym zaprzyjaźniłem się kiedyś gorąco, i wydawało mi się, że człowiek ten napisze do mnie. Osiągnąłem nawet swego rodzaju pewność, iż lada dzień otrzymam list od tego człowieka; odżywały we mnie wszystkie dobre i złe chwile, jakie z nim przeżyłem: kłótnie, spacery, nocne rozmowy, dyskusje i wyznania; wywoływałem z oddali jego gesty, słowa i uśmiechy. I wiedziałem, że to on, tylko on napisze do mnie list. Tak było przez wiele dni; potem uprzytomniłem sobie, że człowiek ten umarł wiele lat temu, a ja sam rzuciłem pierwszą garść ziemi na jego grób.

O, tak! Te listy, które przynoszono tutaj, kradziono mnie; czułem to. Jestem starym człowiekiem; każdego dnia ze zdziwieniem witam słońce na niebie; wiem przecież, że blisko mi już do śmierci; wiem, że gdybym dostał w końcu list – nie umierałbym samotnie. Nienawidziłem ludzi dostających listy: było to uczucie człowieka, który czuje szczęście innych, a sam nie potrafi się do nich przytulić; jest to dręczące uczucie miłości i nienawiści.

„Cóż oni robią z tymi listami? – myślałem. – I na cóż im w ogóle listy? Oni mają domy, dzieci; wokół nich kręci się wielu ludzi – ja czekam tylko na list”.

Wiedziałem już, kto i od kogo w kamienicy otrzymuje listy. Wiedziałem, że pewna ruda dziewczyna, która tak chętnie przesiaduje z książką na balkonie, otrzymuje listy od narzeczonego. Przebywa on w dużym, dalekim mieście; listy jego przychodzą w błękitnych kopertach; na każdym arkuszu listu rysuje on kółko tam, gdzie pocałował papier; dziewczyna podnosi te listy do ust i uśmiecha się. Zadzierzysty, starszy pan – jest z zawodu księgowym, mieszka na pierwszym piętrze i całe niedziele chodzi w kalesonach po mieszkaniu – otrzymuje listy od swego brata, który jest również księgowym; piszą oni do siebie wyłącznie o sprawach zawodowych. Schludna jak myszka staruszka dostaje listy od syna z wojska; niedowidzi ona już i to ja jej odczytuję te listy; staruszka chlipie i zawsze pokazuje mi fotografie swego syna. Jest to duży i ładny chłopiec; staruszce jest bardzo przykro, że obcięto mu w wojsku włosy, a ona ich nie ma; od dzieciństwa przechowywała jego włosy.

A do mnie nikt nie pisał listów. Pytałem:

– Czy przyszło dziś coś dla mnie?

– Nie – odpowiadał listonosz. – Dziś nie było nic, może jutro będzie coś dla pana. Musi pan czekać.

W końcu zauważyłem, że listonosz unika mnie; unika mnie, nie patrzy mi w oczy, szybko się żegna i opryskliwie odpowiada na moje pytania. Nie wiedziałem dlaczego; byłem przerażony; listonosz był przecież jedynym człowiekiem, który mógłby pewnego dnia przynieść mi nadzieję. Nie wiedziałem dlaczego i bałem się spojrzeć w twarz temu człowiekowi; zrozumiałem to dopiero wówczas, kiedy przypadkowo usłyszałem rozmowę, jaką prowadził on z pewną kobietą. Listonosz mówił:

– Ja nie mogę jeździć do tego człowieka. On tak czeka na ten list. Ja mu nie przynoszę nadziei. Czy pani wie, co to jest nie przynieść człowiekowi nadziei? To gorzej, niż go oślepić, zabić. Ja wiem, że on czeka na tę nadzieję, i to ode mnie. Ja nie mogę z nim rozmawiać; ja czuję, że sam nie powinienem żyć. Cóż jest warte własne życie, jeśli się innym nie przynosi nadziei?

Za parę dni listonosz przywiózł mi list. Jechał tego dnia bardzo szybko po krzywym bruku naszej ulicy; wołał mnie już z daleka; niecierpliwie odepchnął innych i wręczył mi list. Potem wyjął z torby butelkę wina, podał mi ją i rzekł:

– Trzymaj pan butelkę! To wino kupiłem i powiedziałem sobie, że wypijemy je z panem wtedy, kiedy dostanie pan ten swój list. Po robocie zajdę do pana i wypijemy je. To będzie dobre wino; to jest stare wino. Ale czegóż pan płacze?

– Do diabła! – rzekłem. – Do diabła! Czy nie wie pan tego, że zawsze czeka się na jakiś list?

Odpieczętowałem go. Długo patrzyłem na rządki liter skaczące mi przed oczami, nim to wszystko ułożyło się w jakiś sens. „Nie przerywaj łańcuszka szczęścia – czytałem. – Przepisz ten list w dziesięciu egzemplarzach i poślij go swoim znajomym. Do każdej koperty włóż dwa złote. Nie przerywaj łańcucha szczęścia!...”

Opuściłem rękę i osłupiałym wzrokiem patrzyłem na listonosza.

– Grunt, że się pan doczekał – rzekł. – To najważniejsze. Przyjdę do pana po robocie.

Wsiadł na rower i odjechał.

1955

Finis perfectus