44,99 zł
Wersal, rok 1755. Królewskie rezydencje widziane oczami trzynastoletniej Véronique oszałamiają blichtrem. Jej życie zmieni się na zawsze, kiedy po raz pierwszy przejdzie przez słynną Salę Luster. Jak wiele innych nieświadomych i niewinnych dziewcząt przed nią, Véronique szybko orientuje się, że znalazła się w pałacu nie po to, żeby być służącą polskiego hrabiego, kuzyna królowej. Ma zaspokajać fantazje wyjątkowo wpływowego mężczyzny. Ale nikt nie mówi jej, że stała się zabawką w rękach Ludwika XV. W świecie dworskich intryg prawda jest najpilniej strzeżoną tajemnicą. Kiedy Véronique przypadkiem ją poznaje, nie ma już dla niej odwrotu. Zadba o to sama madame de Pompadour.
Szkoła luster to wielogłosowa, misternie utkana powieść, w której splatają się losy Véronique i jej nieślubnej córki Marie-Louise. Kobiety robią wszystko, żeby odnaleźć swoje miejsce mimo sztywnej hierarchii społecznej i burzliwej epoki schyłku monarchii, w jakiej przyszło im żyć.
Ewa Stachniak, autorka bestsellerowej Katarzyny Wielkiej, oddaje realia osiemnastowiecznej, szybko zmieniającej się Francji z niezwykłą dbałością o detale, czerpiącinspirację . z pamiętników madame du Hausset, pokojówki madame de Pompadour.
„Znakomita powieść, która zachwyci zarówno miłośników Francji, jak i pasjonatów historii kobiet”.
„Booklist”
„Stachniak bardzo umiejętnie wprowadza czytelników w niezwykle burzliwą epokę w historii Francji”.
„Publishers Weekly”
„Barwny styl Stachniak i nagłe zwroty akcji sprawiają, że opowieść jest bardzo dynamiczna, a losy bohaterów śledzimy z zapartym tchem. Powieść obfituje w detale zaskakujące nawet dla tych, którzy dobrze znają historię Francji i zwiedzali Wersal. Fascynująca powieść, szczególnie godna polecenia”.
Historical Novel Society
„Ewa Stachniak w przepiękny sposób ożywia dawny Wersal z całym jego bogactwem, splatając ze sobą historie kobiet, które mają odwagę odmienić swój los w czasie rewolucji francuskiej. Ta książka mnie urzekła”.
Shilpi Somaya Gowda, autorka Sekretnej córki
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 583
Data ważności licencji: 3/24/2026
Pamięci mojej Matki
Biegnie za podskakującą na kocich łbach dwukółką. Jej serce gubi rytm: przyśpiesza, zwalnia.
Poranek jest rześki, niebo ma odcień zmrożonego błękitu. Na ulicach pusto. Wszystkie okiennice pozamykane, drzwi zaryglowane, tylko tu i ówdzie z komina unosi się smuga gęstego dymu. To zdrajcy palą swoje grzechy, słyszała. Madame Guillotine dwoi się i troi.
Zaprzężona w jednego konia dwukółka przechyla się na bok. Wieziony nią mężczyzna – jego włosy, niegdyś tak czarne, teraz są prawie siwe – przytrzymuje się burty. Patrzy za biegnącą, nie odrywa od niej wzroku nawet na moment.
Na quai d’Orsay, śliskim po nocnym deszczu, ona, zdyszana, widzi chudą staruszkę kulącą się w progu. Przy pont de la Concorde garbaty żebrak z wypchaną sakwą przewieszoną przez pierś grzebie w stercie szmat.
Na place de la Révolution dwukółka zwalnia. Wokół szafotu zebrała się już gromada gapiów. Jakieś dziecko zaczyna płakać, ale szybko zostaje uciszone. Szczeka pies.
Biegnąca dostrzega błysk ostrza i zatrzymuje się jak skamieniała.
WERSAL
1755–1757
Moja matka była oszczędna w słowach.
Trzeba ci iść na służbę, powiedziała. Nie takiego życia chcieli dla mnie mój zmarły ojciec i ona, ale cóż, nie ma rady. Może jeszcze wszystko się ułoży, o ile będę pojętna i nauczę się, jak być posłuszną. Przychodzić na każde wezwanie, a nie tylko wtedy, kiedy mi – upartej dziewusze, wiecznie folgującej własnemu widzimisię – przyjdzie ochota.
Czy mogłam zgadnąć, jakiego targu dobiła? Być może, ale mimo moich trzynastu lat byłam jeszcze dzieckiem. W ciszy dźwięczącej między słowami nie wyczułam grozy. Nie nauczyłam się jeszcze wszystkich kroków tańca zdrady i poświęcenia.
Matka handlowała używaną odzieżą. Podniszczonymi sukniami z tafty z wystrzępionym rąbkiem, przepoconymi pod pachami; dworskimi strojami niegdyś haftowanymi srebrną i złotą nicią, teraz skrzętnie pozbawionymi wszelkich ozdób; podartymi, ubłoconymi spódnicami topielic wyłowionych z Sekwany. Nie cierpiałam, gdy przynosiła te swoje skarby do domu, żeby je – przesiąknięte ostrą wonią poprzednich właścicielek, brudne i zapchlone – czyścić, sortować i naprawiać.
Mieszkaliśmy wtedy przy rue Saint-Honoré, tuż obok targowiska w dzielnicy Quinze-Vingts. W naszym dawnym domu przy rue des Jardins papa prowadził warsztat drukarski, sprzedawał broszury i książki, a nasza rodzina zajmowała mieszkanie na górze. Tutaj wynajmowaliśmy jeden pokój, na piątym piętrze, przedzielony na pół sznurkami, na których wieszałam pranie. Sypialiśmy na rozkładanych łóżkach, moi bracia na jednym, a maman i ja na drugim. Jadaliśmy przy rozklekotanej ławie z ojcowskiego warsztatu, która służyła nam także za stół do szycia. Gotowaliśmy na parterze, we wspólnej kuchni z dymiącym piecem i grzybem na ścianach; w kuchni będącej sceną niekończących się kłótni o drewno na opał i miejsce do przyrządzania posiłków, a niejednokrotnie też zuchwałych kradzieży. Przekonałam się o tym zaraz pierwszego dnia. Reguły były proste: odwróć się na chwilę, a drewniana łyżka zniknie. Spuść garnek z oczu choćby na moment, a jego zawartość wyparuje.
Marcel miał wówczas jedenaście lat, Eugene – dziesięć, a Gaston – osiem. Nie chodzili już do szkoły parafialnej, tylko biegali na posyłki dla stolarza albo rzeźnika, którzy mieli kramy w podwórzu. Marcel przechwalał się, że stolarzowa pozwoliła mu raz dotknąć swoich różowych piersi. Eugene nazywał go skończonym łgarzem. Gaston był zapatrzony w starszych braci. Czasem, gdy zabierałam ich odzież do prania, w kieszeniach znajdowałam kości do gry, kamyki, zdechłe myszy.
Jaka byłaby Adèle, gdyby żyła?
Maman często mawiała, że dzieci się zdarzają. Potem przeżywają albo nie. Nie sposób przeniknąć zamiarów Boga, który wezwał moją siostrę do siebie. Bóg może zabrać człowieka dlatego, że go szczególnie kocha, albo po to, żeby go pokarać za grzechy.
W nocy, leżąc na posłaniu obok maman, rozmyślałam o ojcu i Adèle i zastanawiałam się, gdzie mogą teraz być. Wyobrażałam sobie radosną Adèle, opromienioną światłością wiekuistą, jako wierną, umiłowaną służebnicę Pana, która wyśpiewuje „hosanna” u stóp Bożego tronu. Oczyma duszy widziałam mojego ojca tuż obok niej, chociaż czasem – przez wzgląd na to, że nie był już dzieckiem i mógł zgrzeszyć – wyobrażałam go sobie w czyśćcu, w niekończącym się rzędzie dusz, oczekującego niecierpliwie na zbawienie.
Tego dnia, kiedy decydował się mój los, stałam przy kuchni i podgrzewałam ragoût z fasoli, mieszając je, żeby się nie przypaliło, jednocześnie miałam baczenie na braci. Piec dymił jak zwykle. Gaston biegał w kółko, wrzeszcząc jak opętany. Robił tylko krótkie przerwy na oddech i zaraz zaczynał od nowa, głośno i przenikliwie: „Dobry piesek! Dobry! Siad! Podaj łapę!”.
– Jestem jastrzębiem! – obwieścił Marcel i rzucił się na Gastona.
– Dalej, dorwij kundla! – zachęcał go Eugene.
Krzyknęłam, że mają przestać, i w chwili gdy groziłam, że w przeciwnym razie natrę im uszu, do kuchni wbiegła pokojówka madame Rambeaux, o której szeptano, że swojego bękarta utopiła w Sekwanie.
– Maman wzywa cię na górę – powiedziała. – Natychmiast.
Złapałam przebiegającego obok mnie Marcela za łokieć i wymogłam na nim obietnicę, że przestanie dokuczać Gastonowi. Potem postawiłam Eugene’a przy garnku i pośpieszyłam na górę.
– Véronique, gdzie twoje maniery! – zbeształa mnie matka, gdy zziajana i spocona wpadłam do pokoju. – Kto to widział, żeby kazać czekać naszemu czcigodnemu gościowi!
Wtedy go zauważyłam. Wysoki i chudy, ubrany w fioletowy aksamitny frak; w ręku trzymał laskę. Gruba warstwa pudru na policzkach uwydatniała sieć zmarszczek i nadawała jego twarzy trupi wygląd. Roztaczał słodkawą woń, której nazwę poznałam później: pachniał ambrą.
– Czy to o nią panu chodziło, monsieur…?
– Durand – dokończył zdanie za matkę.
Arogant, uznałam, bo kiedy maman poprosiła go, żeby spoczął, wskazując mu jedyny fotel, jaki nam się uchował po przeprowadzce z rue des Jardins, spojrzał na niego z niesmakiem. Czy dlatego, że tuż obok piętrzył się stos starych sukien, przeznaczonych do naprawy?
– To o nią chodziło? – powtórzyła maman, gestem nakazując mi podejść bliżej. Obciągnij tę kieckę, dziewucho, komenderowały jej oczy. Wyprostuj się. I przestań ziajać jak zgoniony pies.
Wygładziłam szarą sukienkę z samodziału i poprawiłam wokół szyi szyfonowe fichu. Nie dało się z niego wywabić brązowych plam, więc nie można go było korzystnie sprzedać. Z wysiłkiem opanowałam oddech.
Monsieur Durand zastukał laską o podłogę.
Miałam niejasne wrażenie, że już go kiedyś widziałam, ale nie zaprzątałam sobie tym głowy. Mężczyźni zaczepiali mnie wtedy często, plotąc androny. Jak na mój widok strzała Amora trafiła ich prosto w serce; jak niechybnie umrą, jeśli im nie dam buziaka. Mówili, że jestem skończoną pięknością, że prawdziwy ze mnie klejnocik.
„Też mi piękność – prychała maman. – Niezgraba taka, sama skóra i kości. Tak łatwo ci zawrócić w głowie?”
Gruba Nanette, która mieszkała w pokoju obok, powiedziała, że maman po prostu mi zazdrości. Byłam filigranowa jak lalka z porcelany. Zgrabna jak tancerka, czego nie tuszowały nawet zgrzebne suknie. Oczy miałam rzadko spotykanej szaroniebieskiej barwy, rzęsy – gęste i długie, cerę – promienną. „I te wspaniałe kasztanowe loki o miedzianym odcieniu – zachwycała się Gruba Nanette – takie jedwabiste w dotyku!” Co ona by dała za moją urodę dawniej, kiedy jeszcze mogła z niej zrobić użytek! Niestety, młodość nie trwa wiecznie.
Monsieur Durand niecierpliwie wciągnął powietrze. Jego wzrok prześlizgnął się po mnie, jakbym była jednym ze sprzętów w naszym zagraconym pokoju.
– Owszem, madame – odparł. – To ona.
Głos maman nabrał twardszego tonu. Jestem dobrą, posłuszną córką. Oczkiem w matczynej głowie, jedynaczką. Jestem bystra i mam zręczne ręce. Szybko się uczę. Istny skarb – powiedziała o mnie. – Ozdoba każdego domu.
Monsieur Durand bezceremonialnie jej przerwał:
– Stać mnie na samodzielny osąd. – I zwrócił się do mnie: – Potrafisz zadbać o porządek w pokojach?
Skinęłam głową.
– Ale umiesz też chyba mówić?
– Potrafię zadbać o porządek – odpowiedziałam.
– Czytać umiesz?
– Umiem. Papa mnie nauczył.
– Wystarczająco płynnie, żeby być lektorką?
– Tak.
– Piszesz starannie?
– Tak.
– Skromnisią nie jesteś, co?
Kazał mi zrobić kilka kroków w prawo i w lewo, chociaż nie miało to nic wspólnego z biegłością w czytaniu i pisaniu. Wykonałam polecenie – dość niezdarnie, bo zapomniałam o wystającej desce w podłodze, o którą ciągle się potykałam.
Monsieur Durand odwrócił się do mojej matki.
– Widziałem już dosyć, madame.
– Zostaw nas samych, Véronique – poleciła mi maman.
Usłuchałam z radością. Byłam pewna, że nie spodobałam się monsieur Durandowi i że więcej go nie zobaczę.
Na dole w kuchni Eugene, Marcel i Gaston siedzieli rzędem na podłodze. Zerknęłam najstarszemu przez ramię i zobaczyłam, że każdy trzyma krótki patyk, którym nabiera miód z plastra i łakomie go oblizuje.
„Nie ukradliśmy go – zapewnił mnie Eugene. – To prezent, ale nie wolno nam powiedzieć, od kogo”.
Lepkie ręce, buzie, kamizelki i spodnie, pomyślałam. Jeszcze jedno pranie. Więcej prasowania. Dlaczego muszę być najstarsza? Dlaczego muszę być jedyną dziewczyną?
Kiedy wróciliśmy na górę z garnkiem ragoût, maman nie wspomniała słowem o naszym gościu. Gdyby nie woń perfum monsieur Duranda, która pozostała w pokoju, mogłabym udawać, że wcale nas nie odwiedził. Ale gdy usiedliśmy do stołu, maman nie narzekała, że obiad trochę się przypalił, pozwoliła nawet każdemu z nas wziąć dokładkę. Nie zganiła mnie za to, że bawię się włosami przy jedzeniu, a Eugene’a za to, że usta mu się nie zamykają, a kiedy się ściemniło, zapaliła aż dwie świece.
Gdy moi bracia położyli się wreszcie do łóżka i przestali wymieniać kopniaki i szturchańce, kiedy pozbierałam i poskładałam ich ubrania, a zawartość nocnika wlałam do wiadra na zlewki, maman wskazała mi miejsce przy ławie naprzeciw siebie.
– Monsieur Durand życzy sobie przyjąć cię na służbę – oznajmiła. Powiedziała to szybko, marszcząc czoło.
– W swoim domu? – zapytałam, wbijając wzrok w swoje ręce. Zaczerwienione od prania knykcie, spierzchnięta skóra, strup w miejscu, gdzie się oparzyłam o krawędź rozgrzanej patelni. Palce miałam tak pokłute od szycia, że skóra zrobiła się twarda jak podeszwa. „A przecież jesteś jeszcze taka młoda, taka śliczna i słodka”, użalała się często nade mną Gruba Nanette.
– A co w tym takiego strasznego? – warknęła maman.
Głowę miałam nabitą opowieściami Grubej Nanette o tym, jak to w młodości była na służbie. Jak z innymi służącymi sypiała na poddaszu – lodowatym w zimie, gorącym w lecie. Nie miała nawet łóżka, tylko kłujący zapchlony materac. I gromadę dzieci jeszcze bardziej rozwydrzonych niż moi bracia, po której musiała sprzątać. O tym, jak pani przeszukiwała jej rzeczy, żeby sprawdzić, czy Nanette niczego nie ukradła. I o innej pani, która wyzywała ją od dziwek i odmówiła wypłaty zaliczki, do której Nanette miała pełne prawo.
Maman splotła ręce na piersiach, jakby jej było zimno.
Jakież to inne świetlane perspektywy rysują się przede mną, zapytała. Ilu chętnych ustawiło się już po mnie w kolejce? Co jest takiego złego w pójściu na służbę do jaśnie państwa? Zdobyciu odrobiny ogłady? I zaoszczędzeniu pieniędzy na posag, tak żebym mogła poślubić kogoś, kto ma przed sobą jakąś przyszłość? Ale może akurat wiem, że inna wspaniała szansa już na mnie czeka?
Poczułam, że łzy napływają mi do oczu.
– Odpowiedz mi, Véronique!
Pokręciłam głową.
– W takim razie już czas, żebyś zaczęła zarabiać na swoje utrzymanie – oświadczyła maman.
Liczyłam, że opowie mi coś więcej o domu, do którego mnie wysyła, ale matka zaczęła swą ulubioną litanię. Dola kobiety… padół łez… kielich goryczy… Jak, gdy była jeszcze młoda i piękna, rodzice ze łzami odradzali jej ślub z Lucienem Roux, ale ona, uparta, nie chciała słuchać, nie chciała dostrzec, że jego obietnice są bez pokrycia. Ta przeklęta drukarnia, która nigdy nie prosperowała jak należy. Te długi ojca, które ona nadal musi spłacać. Te książki pod łóżkiem, których nikt nie chce kupić, do dziś zbierające kurz.
– Nie waż się mnie zawieść – powiedziała. – Nie mogą cię odesłać. Mam tu dosyć gąb do wykarmienia.
Niektóre kalkulacje są proste. Synowie liczą się bardziej niż córki. Troje dzieci to więcej niż jedno.
W głębi serca już od dawna uważałam, że nie ma życia gorszego od tego, które wiodłam. Że moja matka zawsze faworyzuje moich braci.
Że to nie papa powinien był umrzeć.
*
Dominique-Guillaume Lebel, premier valet de chambre du roi, zarządza domeną najbardziej intymnych uciech króla.
I co to za filozofia?, pytają rywale Lebela. Nasz umiłowany władca potrzebuje kochanek? Od kandydatek aż się roi. Damy dworu przekradają się do jego prywatnych apartamentów, upojone samą myślą o królewskim oddechu cierpkim od wina. Rodzice z własnej inicjatywy podsuwają królowi swoje dojrzewające córki. Wystarczy chyba sprawnie kierować tym ruchem oraz inkasować podzięki? Ha, gdyby to było takie proste, mógłby odpowiedzieć Lebel. Czy jego potencjalni następcy potrafią precyzyjnie ocenić nikły ślad nieokrzesania pod grubą warstwą poloru, który tak się podoba królowi Francji i Nawarry? Dokładną proporcję niewinności i kokieterii? Smak naiwności ożywiony subtelnym posmakiem rynsztoka? Czy wiedzą, że bezgraniczne oddanie rozpłomienia królewskie serce bardziej niż którakolwiek z alkowianych sztuczek? Albo że najdrobniejsza cecha lub wzmianka przypominająca Ludwikowi o królowej, którejkolwiek z jego córek lub o madame de Pompadour natychmiast ostudzi jego zapał?
Lebel zna swojego władcę takiego, jakim ten jest, a nie jakim chce się wydawać. Ani jakim powinien być. Ani nawet – w rzadkich chwilach przypływu wątpliwości i wyrzutów sumienia – jakim król sam chciałby być. Lebel wie także, że uwięziony w labiryncie bliźniaczo podobnych do siebie dni, spętany etykietą, nękany oczekiwaniami innych monarcha pragnie odmiany. Jeśli królewskie faworyty (czy to szlachetnie urodzone, czy z gminu) się zmieniają, król już nie musi. Może opowiadać te same anegdotki i wręczać te same prezenty, które wychodzą znacznie taniej, gdy kupuje się je na tuziny. Poza tym, jak to z upodobaniem i porozumiewawczym mrugnięciem często przypomina królowi książę Richelieu, w wywoływaniu „pożądanego efektu” urok nowości nie ma sobie równych.
O, Dominique-Guillaume Lebel wie, jak dogodzić i jak udobruchać, co powiedzieć, a co zachować dla siebie. Jest przecież synem i wnukiem nadwornych służących, Wersal ma we krwi. Nudę czy irytację wyczuwa na długo przed tym, zanim się uzewnętrznią; niełaskę dostrzega, zanim jej groźba zamigocze w ciemnoniebieskich oczach suwerena. Wie, których granic nie przekraczać, kogo hołubić, a kogo ignorować. Jeśli Ludwik ma chęć oglądać swój dwór, nie będąc widzianym, Lebel wskazuje mu tajemne przejście, komnatę z weneckimi lustrami albo schody prowadzące aż na dach pałacu. I to dlatego jest dworzaninem, którego nie da się zastąpić, mógłby powiedzieć swoim rywalom. Zwłaszcza teraz, kiedy w domenie królewskich uciech dokonała się kolejna zmiana.
Nie, nie chodzi tu o zasadniczą zmianę, której cały dwór tak nieroztropnie wyczekuje od owego pamiętnego dnia przed pięciu laty, kiedy to madame de Pompadour zrzekła się swojego miejsca w królewskim łożu. Żadna arystokratyczna piękność, która od tamtej chwili w tym łożu gościła, nie zdołała pozbawić markizy jej miejsca u boku króla. Nie udało się to też żadnej z dzierlatek w papuzich sukniach, ganiających stadami po pałacowych korytarzach, z matkami-parweniuszkami truchtającymi ich śladem. Ani nawet tej irlandzkiej lafiryndzie O’Murphy, która wierzyła, że jest niezastąpiona – tylko dlatego, że król posyłał po nią również po tym, jak wydała na świat córkę.
Zmiana w królewskich upodobaniach dotyczy czegoś innego. Oto król Francji, znużony dworskimi intrygami, stał się koneserem niewinności. Brzydzi się przebiegłością i sprytem. Nie znosi uróżowanych policzków, jaskrawych sukien i frywolnych słów. Petites maîtresses, które teraz Ludwik chce widzieć w swoim łożu, muszą być niezepsute. Co wedle królewskich standardów znaczy: gotowe spełniać jego męskie zachcianki, ale nieświadome jeszcze, na czym to właściwie polega.
Kwestią zasadniczą jest tu zachcianka męska, a nie królewska. Ludwik chce być pożądany jako mężczyzna, a nie jako król.
Ale że takie dziewczęta nie sposób znaleźć od ręki, Lebel musi planować z dużym wyprzedzeniem. To dlatego jego ludzie nie ustają w poszukiwaniach odpowiednich kandydatek. „Ma być niedojrzała i niezepsuta, z niewinnym wejrzeniem, jakie ceni teraz Jego Wysokość”, instruuje umyślnych. „Z rodziny bez szczególnych perspektyw, skłonnej wykorzystać szansę, jeśli się taka nadarzy, ale nie rozglądającej się za nią. Urodziwa córka drobnego kupca lub rzemieślnika, któremu kiepsko idą interesy”, dookreśla.
Jeśli jego zwiadowcy znajdą taką dziewczynę, Lebel ją sprawdza. Jeśli ta inspekcja przebiegnie pomyślnie, wykonuje pierwszy ruch.
Podając się za niejakiego monsieur Duranda, zaufanego sługę jaśnie pana, Lebel odwiedza rodziców dziewczyny. Nie robi ceregieli. „Wasza córka spodobała się mojemu panu – mówi. – Może dzięki temu uda jej się zajść wysoko”. Może – powtarza poważnym głosem i podkreśla, że jego pan jest mężczyzną niezwykle wyrafinowanym, dla którego sama uroda, nawet najbardziej olśniewająca, to za mało. Jego pan oczekuje nienagannych manier, chce także, by go zabawiano. Tutaj Lebel wspomina o tańcu lub grze na instrumencie, co oczywiście wymaga nauczycieli, których Lebel jest gotów zapewnić. Przedstawiając to wszystko, używa słów takich jak „sztuka ekspresji”, „finezja”, „ingénue”.
Ten sposób wysławiania się również jest pożądany, daje do zrozumienia rodzicom dziewczyny.
Indagowany o nazwisko swego pana, Lebel opowiada o polskim arystokracie, dalekim krewnym królowej, który często przyjeżdża do Wersalu i na tę okoliczność potrzebuje miłego towarzystwa. Jaśnie pan hrabia Casimir Boski – tak przedstawia swojego pracodawcę. Lebel wybrał to nazwisko po rozmowie z polską dwórką królowej, to ona mu je podsunęła. „Hrabia to człowiek honorowy – zaręcza Lebel. – Zabezpieczy finansowo przyszłość dziewczyny, gdy przyjdzie na to czas”.
By dowieść dobrych chęci swojego pana, Lebel deklaruje, że spłaci długi rodziny, będzie łożył na jej utrzymanie, zainwestuje w rodzinny interes. Obiecuje moc prezentów dla dziewczyny – sukien, wytwornej bielizny i kosztownej biżuterii. Wszystko będzie mogła później zatrzymać. Wspomina o korzystnym mariażu, na poczet którego zapewniony zostanie przyzwoity posag. Oferta jest starannie skalkulowana i kusząca, ale nigdy zbyt wygórowana, ponieważ Lebel dobrze wie, jak niebezpieczne bywają rozbuchane oczekiwania, które podsyca chciwość.
Jeśli rodzice dziewczyny na to przystaną, Lebel zobowiązuje ich do dyskrecji. „Sąsiadom ani słowa – ostrzega. – Ani słowa dziewczynie. Powiedzcie jej, że idzie na służbę. Że jeśli będzie miła i pojętna, może zostanie pokojówką jaśnie pani. Że wymagam pełnego posłuszeństwa. Że wyjeżdża natychmiast. Że nic więcej nie musi wiedzieć”.
A jeśli rodzice odmówią? Albo jeśli będą się wahać, targować, zadawać zbyt wiele pytań?
Cóż, świat jest pełen ślicznych dzierlatek bez grosza przy duszy i bez szczególnych perspektyw.
Dominique-Guillaume Lebel po prostu przejdzie do kolejnej dziewczyny na liście.
Véronique Roux, lat trzynaście. Pączek róży, nieokrzesana zupełnie, ogłady żadnej, ale o ujmującym rozmarzonym wejrzeniu; nadal nietknięta.
Zadziwiające, że król, zapalony myśliwy, nie gustuje w pogoni za zwierzyną – myśli Lebel. – Woli, by mu dzierlatkę wypłoszyć z gąszczu wprost pod lufę muszkietu, tak aby mógł oddać celny i łatwy strzał.
Véronique Roux, nieokrzesana, o rozmarzonym wejrzeniu i nietknięta, nada się znakomicie.
*
Moje dni – myślałam wtedy – tak podobne jeden do drugiego, tak uciążliwe. Wstawanie o świcie, szykowanie śniadania, szorowanie podłogi, aż krwawiły mi palce, pilnowanie straganu, gdy maman wyprawiała się po kolejną partię sukien na sprzedaż, a potem ich czyszczenie, cerowanie, przerabianie.
Maman handlowała na samym skraju targowiska, w kramie skleconym z połamanych desek. Celowo nie było w nim zbyt jasno, bo wtedy plamy mniej rzucały się w oczy, a kolory wydawały się mniej wyblakłe. Żeby przekonać niezdecydowaną klientkę, maman zdejmowała suknie z haczyków zrobionych z gwoździ i strzepywała je, by przywrócić im dawny kształt. Cmokając, opowiadała te swoje niestworzone historie. „Księżnej Iks ta suknia się znudziła, bo błękit – da pani wiarę? – nie jest już à la mode”. „Markiza de Igrek tak się roztyła od makaroników z kremem, które lubi nadmiernie, że w tę suknię już się nie mieści”. „A ta należała do naszej dobrej królowej” – usłyszałam raz, jak maman szepcze do klientki, wskazując na długą koszulkę, z której pośpiesznie i niestarannie oddarto wszystkie koronki. „Proszę tylko dotknąć! Poczuć tę jakość! – namawiała. – Tkanina delikatna jak skrzydło motyla!”
Oczywiście kłamała, ale mogło być gorzej. Na straganie obok wdowa Goutier handlowała zdobyczami z pól bitewnych: kurtkami podziurawionymi bagnetem, spodniami poplamionymi krwią i ekskrementami, zegarkami kieszonkowymi z rozbitym szkiełkiem. Wybranym klientom oferowała także wyrwane trupom zdrowe zęby. Dentyści wstawiali je później pacjentom, którzy stracili własne.
W przeddzień mojego wyjazdu na służbę maman jak gdyby nigdy nic wskazała na stos sukien na podłodze. „Trzeba je naprawić, Véronique. Kiedy skończysz, przynieś je na targ”, powiedziała.
Patrzyłam, jak upina włosy, poprawia fichu, przygryza wargi, żeby wyglądały na pełniejsze. Czas żałoby po ojcu już dawno minął, ale matka nie rozstawała się z kirem. „Sprzyja interesom”, mawiała, ale moim zdaniem podobało jej się to, jak czerń podkreśla jej jasną karnację. Uważałam, że matka jest stara, zniszczona i zgorzkniała. Że zaciska wargi, żeby ukryć popsute zęby – jakby ktokolwiek mógł się na to nabrać.
Patrzyłam, jak drzwi otwierają się i zamykają. Słyszałam jej kroki na schodach.
Moich braci już dawno nie było – śniadanie pożarli, a brudne naczynia zostawili. Adèle pomogłaby mi, i to bez proszenia. Przypomniałam sobie, jak siadywałam przy niej na brzegu łóżka. Poruszałyśmy palcami u stóp i śmiałyśmy się do rozpuku. Kartkę papieru złożyłyśmy – formując cztery rogi – tak, że przytrzymywana trzema palcami i kciukiem otwierała się jak ptasi dziób, poziomo, pionowo i na boki. To zabawa w przeznaczenie, orzekłyśmy, bo na wewnętrznych ściankach rogów napisałyśmy „Piekło”, „Niebo”, „Czyściec”, „Raj”. „Ty pierwsza”, powiedziałam i Adèle pokazała mi, w którą stronę mam otworzyć papierowy dziób. Na widok słowa „Niebo” uśmiechnęła się. „To teraz mogę już umrzeć”, stwierdziła, i przez chwilę wyglądała jak posąg z półprzezroczystego alabastru. „Nie mów tak”, ostrzegłam ją, ale było za późno.
Sięgnęłam po pierwszą z brzegu suknię: spódnica była rozdarta w talii i pokryta zaskorupiałym brudem. Oskubana, jak mówiła maman, bo wyciągnięto z niej wszystkie srebrne i złote nici, za które złotnicy płacili znacznie więcej, niż ją byłoby kiedykolwiek stać.
Maman przykazała mi nie mówić nikomu, że wyjeżdżam, tak jakby w budynku, w którym mieszkaliśmy, dało się zachować jakiś sekret. Wszyscy wiedzieli, że zazdrosny stolarz leje rzemieniem do ostrzenia brzytwy swoją żonę, która puszcza się z rzeźnikiem. Albo że pokojówka madame Rambeaux – o której nosie Gruba Nanette mówiła, że wygląda jak pysk borsuka – płacze za każdym razem, gdy dostanie wiadomość z domu. Albo że monsieur Deveaux od nowego roku podniesie nam czynsze. Byłam pewna, że sąsiedzi już zaczęli szeptać: „Ano, idzie jednak na służbę… Niech Gruba Nanette mówi sobie, co chce… Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma…”.
Rozdarta spódnica upadła na podłogę. Chwilę później byłam już za drzwiami, za bramą, za targowiskiem. Pędziłam nad Sekwanę, której wody są tak mętne, że nie widać dna. Nie przystanęłam nad rzeką – szłam dalej, w kierunku rue des Jardins, oddalonej tylko o kilka ulic od pont Marie.
*
Wersalski apartament, w którym Dominique Lebel pilnie dogląda osobistych spraw króla, prowadzi rejestry i przyjmuje licznych interesantów, znajduje się tuż nad prywatnymi pokojami władcy. Lebel urządził go nie tylko elegancko, ale też wygodnie. Nieduże mahoniowe stoły można w razie potrzeby poprzestawiać. Krzesła mają rzeźbione oparcia i wyściełane podłokietniki. W stojącym w gabinecie sekretarzyku znajdują się dwa rzędy szuflad, w których Lebel przechowuje najważniejsze dokumenty. A obity skórą fauteuil de cabinet jest na tyle wysoki, by ochronić mężczyznę od znienawidzonych przeciągów.
To właśnie w tym gabinecie w październiku 1755 roku Lebel dopracowuje w najdrobniejszych szczegółach kolejne przedsięwzięcie, którego efekt ma wzbogacić świat monarszych uciech – plany nowej posiadłości, świeżo dla króla zakupionej.
Parc-aux-Cerfs – Park Jeleni – to posiadłość w miasteczku Wersal u zbiegu ulic Saint-Médéric i des Tournelles, nazwana tak od dawnych królewskich terenów łowieckich, na których się znajduje. Posiadłość ta jest na tyle blisko wersalskiego pałacu, że można z niej dojść do bram pałacowych szybkim krokiem w kwadrans, a zarazem na tyle odległa, że nie przyciągnie uwagi wszędobylskich dworzan.
Na parterze domu są cztery pokoje, sześć mniejszych na piętrze i jeszcze dwa niskie na poddaszu – te aż nadto dobrze nadają się na pomieszczenia dla służby. Są także powozownia, w której mieszka nocny stróż, oraz brukowany dziedziniec słusznych rozmiarów, a wszystko ukryte przed wścibskimi oczyma za wysokim kamiennym murem. Krótko mówiąc, doskonała ptaszarnia dla podfruwajek oczekujących na królewskie wezwanie.
Ten najnowszy zakup oznacza kres długich miesięcy szamotaniny i nadzwyczajnych niewygód. Teraz Lebel ma dla petites maîtresses rezydencję, w której będą mogły pozostać, jak długo trzeba; miejsce, gdzie zapanuje ład, gdzie wymagana i egzekwowana będzie absolutna dyskrecja. Nikt już nie nazwie jego własnych wersalskich apartamentów wolierą, a jego służący nie będą więcej przekupywani przez łaknących wrażeń dworskich kłusowników, chętnych zapolować na królewskie ptaszki.
Lebel urządził Park Jeleni osobiście, odkupiwszy większość wyposażenia od poprzedniego właściciela, który zaoferował mu znakomitą cenę. Ten zakup, jak donieśli mu jego informatorzy, jest jednak nie w smak pani markizie de Pompadour, która nazwała go pochopnym. Prawda jest taka, że pani markiza, która szczyci się swym zmysłem artystycznym, wolałaby urządzić dom sama – mimo zapewnień, że ona i Jego Wysokość ufają osądowi Lebela „jednogłośnie, bez zastrzeżeń i we wszystkim” (jak się wyraziła). Lebel musi jak najszybciej pomyśleć o jakimś podarunku dla niej. Może rzadki kwiat do ogrodu? Albo – znacznie lepiej – relacja z jakiejś szczególnie wzruszającej chwili, która zaświadczy, jak wysoko król ceni sobie szlachetną przyjaźń markizy. Coś, czego nikt wcześniej jej nie powiedział.
Przy zatrudnianiu personelu Lebel unikał wszelkich zadrażnień. Park Jeleni ma gospodynię w osobie madame Bertrand, byłej przeoryszy, wdzięcznej za wybawienie od oskarżeń o malwersacje i kilka innych grzechów powszednich. Bertrand, która przekroczyła już pięćdziesiątkę, docenia miękkie łoże, smakołyki z królewskiego stołu dostarczane codziennie z wersalskiego pałacu oraz przyzwoitą piwniczkę na wino, w której zapasy uzupełnia Lebel. Wszystko to jest rozsądną gwarancją jej lojalności i dyskrecji. Gdyby jednak zawiodła, kucharz z Parku Jeleni zadba, by monsieur Lebel dowiedział się o tym jako pierwszy.
Oprócz gospodyni i kucharza Lebel zatrudnił jeszcze guwernantkę do pilnowania dwóch dziewcząt, aktualnych rezydentek – były trzy, ale jedną ostatnio odesłano do domu – oraz nadzorowania procesu ich „kształcenia”. Porządek w domu utrzymują dwie pokojówki. Nocny stróż i dwaj barczyści lokaje powstrzymają każdego, kto próbowałby wedrzeć się do środka. A gdyby im się to nie udało, regiment gwardii francuskiej przy avenue de Paris otrzymał rozkaz, by zawsze reagować na najmniejszy sygnał o kłopotach.
Jego Wysokość może sądzić, że służący to tylko automaty, a ich rękami i nogami kieruje jakiś zmyślny wewnętrzny mechanizm, którego zgłębiać król nie ma chęci, lecz Dominique Lebel, służący i pan w jednej osobie, wie, że służącymi, jak każdym zresztą, powodują własne interesy.
Wiedząc, że kuchnia w Parku Jeleni jest dobrze zaopatrzona dzięki resztkom z królewskiego stołu, a markiza de Pompadour przesłała madame Bertrand swoje używane suknie, aby je przerobiono dla dziewcząt, Lebel uważnie przygląda się ponoszonym w domu wydatkom. Interweniuje, gdy przekraczają ustaloną kwotę o dające się przełknąć pięć procent. Jak dotąd zakwestionował fantastyczną opowieść o wielu długich wieczorach spędzonych na lekturze i haftowaniu, co ponoć wymagało aż stu świec. Chciał także wiedzieć, dlaczego szwaczka z Parku Jeleni otrzymuje czterdzieści liwrów, skoro – jak twierdzi Gaspard, jego własny valet de chambre – dobrą krawcową można znaleźć za połowę tej kwoty.
Z tych oto powodów siedzący w gabinecie Lebel podkreśla właśnie w księdze rachunkowej kolejny wydatek – dwadzieścia pięć liwrów dla praczki – zaznaczając go sobie jako rzecz do sprawdzenia. „Zawyżone, zażądać pokwitowania”, zapisuje obok. W jego przekonaniu częste kontrole są najlepszym środkiem zapewniającym uczciwość i pracowitość służby.
Na korytarzu słychać ściszone szepty. Gość? O tej porze?
Gaspard, który miał zadbać o to, by nikt Lebelowi nie przeszkadzał, wściubia głowę przez drzwi i podnosi ręce w błagalnym geście. „To madame Bertrand, prosi najusilniej o posłuchanie w ważnej sprawie”, mówi.
Lebel wzdycha, ale kiwa głową. Park Jeleni wciąż jest inwestycją zbyt nową, zbyt nieucukrowaną, żeby rozluźnić nad nią nadzór. Chce zresztą zapytać o tę praczkę.
– Czy mogłabym zasięgnąć pańskiej rady, monsieur Lebel? – pyta gospodyni.
Lebel podnosi wzrok znad rachunków i zauważa, że przyłożyła dwa palce do warg. Zamierza mu przekazać jakąś druzgoczącą nowinę czy tylko zasłonić czarne znamię na brodzie?
– Chodzi o guwernantkę? – pyta i wskazuje jej miejsce, żeby usiadła, co madame Bertrand czyni sztywno, widać za mocno zasznurowała dziś gorset.
– Ależ tak – odpowiada gospodyni, a jej wzrok biegnie w stronę dokumentów rozłożonych na sekretarzyku.
Lebel nie zamierza ich chować. Bertrand i tak nie będzie w stanie przeczytać jego dopisków bez swoich szkieł, zobaczy za to, że sprawdzał jej rachunki.
– Co z nią? – dopytuje.
Mademoiselle Dupin, guwernantka odpowiedzialna za szlifowanie dobrych manier oraz wynajdywanie dziewczętom zajęć, jest roztrzęsiona po ostatniej wizycie pani markizy. Madame Bertrand mówi o tym najściu „istny cyrk”.
– Nie dość, że mamy nazywać dziewczęta elewkami, to jeszcze mademoiselle Dupin musi je przygotować do okresowej prezentacji ich osiągnięć! Jakbyśmy prowadziły jakąś szkołę!
Madame Bertrand odmalowuje scenę niezapowiedzianego przybycia zamaskowanej pani markizy, która – nie zdjąwszy nawet rękawiczek – usiadła w głębi salonu i zażądała, by lekcję prowadzono dalej, nie zważając na jej obecność. Mademoiselle Dupin jest zdania, że pani markiza uznała ją za osobę niekompetentną – mimo zapewnień madame Bertrand, że się myli. Przeświadczenie mademoiselle potęguje fakt, iż przed odjazdem pani markiza postanowiła przekazać dziewczętom przez swoją damę dworu kilka pouczeń: Próżnowanie jest matką wszelkiego zła. Lojalność to największa z cnót. Skromność zdobi kobietę bardziej niż najkosztowniejsze klejnoty.
Madame Bertrand krzywi się, dając ujście swojemu oburzeniu. Lebel przymyka oczy. Właśnie poczuł, że go pieką; na pewno są zaczerwienione. Jego siostra ciągle powtarza, że czytanie bez umiaru psuje wzrok, no i proszę, ma rację.
Najwięcej żółci Bertrand wylewa na „tę przeklętą du Hausset”, femme de chambre markizy. „Szarą szkapę” z długimi zębami, w siermiężnych sukniach. Nie dość, że nabzdyczoną, to jeszcze sakramencko wścibską. Plącze się taka po kuchni, podsłuchuje służące. Nawet pokojówki narzekają, że za nimi łazi, chce zaglądać do pokoju to tej, to innej dziewczyny, dopytuje, czemu skrzynki w spiżarni wciąż nierozpakowane.
To jawne szpiegostwo jest pewną komplikacją, chociaż spodziewaną. Markiza de Pompadour zawsze bacznie obserwuje swoje rywalki, nawet te, zdawałoby się, nic nieznaczące. Markiza wie, że światem rządzą nie ci, którzy ufają, lecz ci, którzy przewidują kłopot, zanim się jeszcze wylęgnie. Lebel podziwia jej czujność. Zrazu, kiedy przybyła do pałacu, Lebel nie był może jej zwolennikiem i nie omieszkał jej tego okazać, ale już od dawna stoi niezłomnie po stronie markizy. Nowa, nieprzewidywalna królewska metresa, zdecydowana zaznaczyć swoją obecność wszem wobec, jest ostatnią rzeczą, jakiej ten dwór potrzebuje.
Madame Bertrand z ożywieniem rozwija swoją opowieść, a Lebel pozwala jej mówić, chociaż ma inne, ważne sprawy na głowie. Myśl o guwernantce towarzyszy mu dłużej, pozostawiając nikłą smugę przyjemności. Jej niewymuszony sposób bycia, cięte złośliwostki, jakich nie powstydziłby się żaden dworak z Wersalu. „Pani markiza wierzy w siebie tak, jak wierzy w Boga, bez namysłu i bez dyskusji”. „A czym się pan zajmuje w wolnych chwilach, monsieur?”, zapytała go raz z uroczym uśmiechem, trzepocząc wachlarzem. „Niestety nie tym, czego bym gorąco pragnął, pani”, odparł, nauczony, jaką pułapką jest łączenie obowiązków z przyjemnością. „Co za szkoda”, odrzekła i przygryzła wargę.
– A skoro już jesteśmy przy pokojówkach – ciągnie madame Bertrand – w moim uznaniu dwie to za mało. Ma przecież, jak sam pan wspomniał, przybyć jeszcze trzecia dziewczyna, pardon, elewka. A tu sprzątanie dwóch kondygnacji, posyłki…
– Pokojówki się skarżą? – pyta Lebel.
Służba w Parku Jeleni jest wynagradzana znacznie powyżej średniej. Pokojówki zgodzono za osiemdziesiąt liwrów rocznie, o dwadzieścia więcej niż dostałyby gdziekolwiek indziej.
– One nie, ale ja tak.
Madame Bertrand pochyla się w jego stronę, jakby powierzała mu bezcenny sekret. Jedna z pokojówek, Marianne, chyba nie zabawi już u nich długo, mówi. Zrobiła się oszczędna, nie prosi o zaliczki na poczet dorocznej wypłaty: bez wątpienia odkłada na posag. Na horyzoncie jest i młodzieniec, były stajenny pani markizy, który właśnie otworzył w Aix sklepik z koronkami, wstążkami i pasamonami do liberii. Podsumowując: gospodyni chce zatrudnić służącą do wszystkiego. Wypróbować ją i przyuczyć, żeby mogła zastąpić Marianne, gdy ta odejdzie.
Lebel zagłębia się w swój skórzany fotel – co za ulga dla pleców. Życzenie Bertrand nie jest bezzasadne.
– Myślała pani o kimś konkretnym? – pyta. Oczywiście, że myślała. Najpewniej wzięła łapówkę od kandydatki, a może nawet już ją wydała.
– Owszem. O córce mojej dobrej znajomej. Przyjaciółki.
Przyjaciółki z czasów jeszcze przedklasztornych, jak się okazuje. Dziewczyna pochodzi z Buc, kilka staj na południe od Wersalu. Jest w dużym kłopocie po tym, jak zbrzuchacił ją syn kowala.
– Jak się nazywa?
– Élisabeth Leboeuf.
Lebel marszczy brwi. To zbyt pańskie imię jak na służącą do wszystkiego.
– Raczej Lisette – mówi. – Za czterdzieści liwrów rocznie, połowę płacy Marianne, dopóki nie dowiedzie, że potrafi zająć jej miejsce.
Madame Bertrand oddycha z wyraźną ulgą i zostawia go samego. Kiedy zamykają się za nią drzwi, Lebel przypomina sobie, że nie zapytał jej o praczkę. Następnym razem. Odkłada rachunki i zagłębia się w lekturze fragmentów starych raportów policyjnych, które przysłał mu właśnie Berryer, lieutenant général de police. To teraz znacznie ważniejsze. W każdych negocjacjach dobre przygotowanie to połowa sukcesu.
Lucien Pierre Roux, drukarz; wysoki, szlachetne rysy, kasztanowe włosy. Niezwykle uczciwa fizjonomia, której jednak nie należy dać się zwieść. Wynajmuje dom przy rue des Jardins, kilka ulic od pont Marie, ale udaje, że to jego własność.
Do Paryża przyjechał z Bordeaux w wieku lat dziewiętnastu, gdy odziedziczył po wuju warsztat drukarski. Jeszcze w Bordeaux pisywał wcale zgrabne wiersze, które mimochodem pochwalił sam Voltaire. W Paryżu z pewnością odniósłby sukces i wyrobiłby sobie nazwisko, gdyby nie ożenił się bezrozumnie z dziewczyną bez żadnych paranteli i posagu, która wkrótce obarczyła go gromadką dzieci.
Dzieci: dwie dziewczynki, Véronique i Adèle, obie nadzwyczaj ładne, wdały się w matkę; po nich urodzili się trzej chłopcy – Marcel, Eugene i Gaston.
Nie udało mi się ustalić, kiedy Lucien Roux zaczął drukować niedozwolone pamflety i szmuglować zakazane książki, ale gdy jego pomocnik przedstawił nam potwierdzenia tych transakcji, większość zysków drukarni pochodziła już z nielegalnej działalności.
Roux – wobec niezaprzeczalnych dowodów swoich przestępstw – zgodził się przedstawiać mi regularne raporty na temat swoich klientów. Obiecał również ujawnić autorstwo najnowszych ordynarnych kupletów dotyczących Jego Królewskiej Mości i madame de Pompadour, które w odpisach krążą po ulicach.
Później następuje długi rejestr nazwisk i adresów klientów oraz autorów, a także próśb o cierpliwość, jako że Lucien Roux zaczął się zmagać ze spadkiem obrotów. Czeladnik odszedł. Pomocnik zażądał podwyżki, nie dostał jej i zagroził, że się zemści.
Kilka stron dalej:
Lucien Roux zmarł w swoim domu, nie pozostawiwszy prawie nic prócz długów. Wdowa sprzedała, co się tylko dało, i jęła się handlu używaną odzieżą. Młodsza córka – jak mnie zapewniano, ta piękniejsza – w dwa miesiące poszła w ślady ojca, zapadłszy na tę samą słabość płuc.
Do raportu dołączono jeszcze kilka stronic ze starych almanachów Luciena Roux, które zaczął sprzedawać, żeby podreperować finanse: daty przyszłych zaćmień Słońca i Księżyca, przepowiednie pogody. Na jednej ze stron przysłowia:
Zbyt grzeczny to kot, co siedzi pod miotłą.
Ptaka na gałęzi łatwo ustrzelić.
Koniec namiętności jest początkiem pokuty.
Królewska korona nie chroni przed bólem głowy.
„Nie sądzę, żeby Ci się to przydało do czegokolwiek, ale przyznasz chyba, że w obecnych okolicznościach to nawet zabawne”, napisał na marginesie Berryer.
*
Ranek był jeszcze wczesny, chłodny. Szłam wzdłuż rzeki zaśmieconym brzegiem, na którym poniewierały się wyrzucone kości, gnijące owoce i rybie głowy, pokruszone muszle ostryg, potłuczone butelki. Kilkoro bosych dzieci puszczało kaczki na Sekwanie. Dziewczynka z brudną buzią wyciągnęła z wody garść mułu, splunęła na nią i zaczęła ją zagniatać jak ciasto. Minęłam przewoźników rozładowujących barki – gwizdali za mną i domagali się całusów, aż kobiety piorące nieopodal kazały im dać już spokój. Jedna z praczek zapytała mnie o zdrowie maman i obiecała, że przyjdzie obejrzeć najnowszą partię sukien. Inna poskarżyła się na Eugene’a, który jej ubliżył, pyskaty gówniarz jeden. „Powiedz matce, żeby go krócej trzymała – przykazała mi. – Niech go nauczy szacunku”.
Przyśpieszyłam kroku, żeby odejść dalej, gdzie już nikt mnie nie rozpozna, i myślałam o warsztacie ojca. Prasa drukarska, przybita gwoździami do podłogi, stała w rogu. Obsługiwał ją Henri, pomocnik, którego maman ciągle podejrzewała, że kradnie papier. Operując dźwignią, którą nazywał diablim ogonem, przykręcał górny blat prasy do składu.
Myślałam o ojcu, pachnącym dymem drzewnym, z palcami poplamionymi farbą drukarską, pochylonym nad księgami rachunkowymi, mówiącym nam, że almanachy dobrze się sprzedają. Albo gdy całował mnie w czubek głowy, kiedy w południe przynosiłam mu posiłek, a La Grise, nasza tłusta kocica, która miała łapać myszy, a nie dopraszać się jedzenia, mrucząc, ocierała się o moją nogę i domagała jakiegoś smakołyku.
Myślałam o ojcu, który nauczył Adèle i mnie czytać i pisać, „jak przystało córkom prawdziwego drukarza”, i który nigdy nie mówił, że za dużo gadam i że od mojej paplaniny boli go głowa. Który pilnował, żeby Marcel ćwiczył dodawanie i odejmowanie, a Eugene’owi pokazywał, jak równo pokrywać matrycę cienką warstwą farby, podczas gdy Gaston przyglądał się temu z podziwem. Który czytał nam o nosorożcach, słoniach i wielbłądach i obiecał, że kiedyś nas zabierze do menażerii, żebyśmy mogli zobaczyć te niezwykłe stworzenia na własne oczy.
„Papa”, wyszeptałam, wzięłam głęboki wdech i wyobraziłam sobie, jak cały mój ból wsiąka w ziemię.
*
Lebel sypia w monarszej sypialni na składanym łóżku ustawionym tuż przy łożu króla. Do nadgarstka przywiązuje jedwabną tasiemkę tak, aby każde wołanie władcy od razu postawiło go na nogi. Zawezwany czy nie, o brzasku przywdziewa swój ciemnozielony frak z aksamitu, stopy wsuwa w czerwone pantofle ze srebrnymi klamerkami i czeka.
Gdy król Francji się budzi, Lebel zjawia się przy nim z kieliszkiem czerwonego wina i uperfumowaną chusteczką do otarcia królewskich warg.
– Przed nami kolejny ponury dzień, Lebel.
– Melancholię, sire, najskuteczniej przegnać, zanim nas ogarnie – odpowiada Lebel, podczas gdy jego suweren przysuwa kieliszek do nosa, żeby powąchać wino. Które pachnie znacznie lepiej niż gorzki medykament na nerwy, a rezultat daje taki sam.
Jeden królewski łyczek, potem drugi. Później głębokie westchnienie.
Ciało monarchy nie ma przed Lebelem tajemnic. Nieobce mu są kolor królewskiego moczu i dźwięk jego oddawania, ślady nasienia na prześcieradle i królewskie humory. Lebel wie, że Ludwik uważa się za więźnia, skutego kajdanami i wystawionego w klatce na pokaz. Błaganego o tysiączne łaski, ale piętnowanego, jeśli zrobi coś dla własnej przyjemności. Wychwalanego publicznie za wszystkie swoje działania, lecz za plecami bezwzględnie potępianego.
– Długo jeszcze, zanim się zacznie? – pyta Ludwik, mając na myśli grande levée, ceremonię wstawania i ubierania w asyście dworzan, która go teraz czeka. „Jak wyszkolonego szympansa”, poskarżył się kiedyś pani markizie, co nie uszło uwagi Lebela. „Jak ledwo poskromionego lwa, króla zwierząt”, odparła.
– Trzy kwadranse, sire – odpowiada Lebel i odstawia pusty kieliszek na pobliską konsolę.
Król usiadł już na monarszym łożu w oczekiwaniu na pudermantel i nocnik, oba ogrzane.
Książę Richelieu powiedział kiedyś, że w oczach Lebela znać czujność węża. „Nieszczególny to dowód książęcego dowcipu”, skomentowała zaraz celnie pani markiza. Ale metafora przylgnęła. „Lebel, ty nie mówisz, ty syczysz”, powtarza ciągle król. „I ten twój prześlizgujący się chód”.
Przeżyli już razem niejedno, król i Richelieu. Zwykle jako przyjaciele, sporadycznie – jako wrogowie. „Jest za stary, żeby nie płacił za miłość”, brzmi najświeższa opinia dworu o księciu, który afiszuje się ze swoją obwieszoną klejnotami nową kochanką, raptem piętnastoletnią. To powinno wywołać uśmiech na twarzy Ludwika, odwrócić królewskie myśli od grande levée, uznaje Lebel.
Nie myli się.
– Nie ma nikogo głupszego od starego durnia, Lebel.
– Szczera prawda, sire.
W antyszambrze pod drzwiami zaczyna się już gromadzić tłumek dworskich gamoni, mocno uperfumowanych, handryczących się o jakieś bzdury, zazdrośnie strzegących swego prawa do podania królowi koszuli, pończoch, fraka. Lebel jak co dzień udaje się za swoim panem do przyległego do sypialni alkierza. Ogoli monarchę, żeby później jakiś kretyn, ziejący nieświeżym oddechem prosto w królewską twarz, mógł udawać, że dokonuje tego oficjalnie.
– Teraz Wasza Wysokość raczy się nie ruszać. – Nigdy nawet nie drasnął króla, przez tyle lat. Kolejny powód do dumy. Ociera namydlone oblicze Ludwika ogrzanym ręcznikiem zanurzonym w wodzie różanej. Odrobina mleczka migdałowego, potem eau de toilette.
Jak rzadkie są te chwile królewskiej samotności. Jakże cenne. Misją Lebela jest ich strzec.
– Król jest najprzystojniejszym mężczyzną we Francji, sire.
– Kto tak twierdzi?
– Pani markiza.
– Ach.
– A także księżna de Guide, która błaga mnie o łaskę dopuszczenia jej do osoby Waszej Królewskiej Mości.
Lustro ukazuje twarz bez uśmiechu, mocno zarysowany podbródek, ciemnoniebieskie oczy. Szafirowe, mówią niektórzy. To królewski kolor. Czterdziestopięcioletni Ludwik nadal jest szczupły i zwinny, sylwetkę ma znakomitą. Nadal wierzy, że jazda konna wstrząsa trzewia, pobudza wątrobę, wspomaga żywość umysłu. Na polowaniu potrafi z łatwością przegonić myśliwych młodszych od siebie o połowę, o czym Lebel pilnie i regularnie mu przypomina.
– Znowu?
– Tak właśnie pomyślałem, sire. Księżna jest niewiastą wyjątkowo natarczywą.
– I to mimo prób wyperswadowania jej tego pomysłu?
– A może właśnie za ich sprawą. Obawiam się, że to częsta przypadłość. Ludzkim sercem rządzi ułuda.
– Dobrze powiedziane, Lebel.
– Dziękuję, sire.
Jeszcze kilka kropli perfum i nieco eau vitale do wtarcia w królewskie dłonie. Ma zapewnić przypływ vitalitas, życiodajnej siły.
– Już czas, sire.
Czas zrzucić pudermantel i wrócić do monarszego łoża, żeby odegrać akt pierwszy grande levée, który jak zawsze rozpoczynają nadworni medycy – od pomiarów królewskiego pulsu i zbadania zawartości królewskiego nocnika.
Kilka ciężkich kroków, uległość materaca, zasuwanie kotar przy łożu, dojmujący ciężar nieuniknionego. Czas pochylić się nad królem i wyszeptać:
– Czy będzie mi wolno powiedzieć jeszcze Waszej Królewskiej Mości, dlaczego kobiety nie są i nigdy nie będą dobrymi żołnierzami?
Będzie.
Lebel chrząka.
– Bo każda jest gotowa służyć pod byle pułkownikiem.
Cóż to za satysfakcja wiedzieć, jak poprawić nastrój swemu królowi. Co za duma.
*
W pobliżu pont Marie brzeg Sekwany nie jest już tak błotnisty i grząski. Przy samym moście wspięłam się na nabrzeże i ruszyłam w stronę rue des Jardins. Dzień był targowy i przekupnie próbowali przyciągnąć uwagę przechodniów, zachwalając im chleb, cebulę, drewno na opał ułożone w wysokie sągi. Kawiarz ustawiał właśnie cynowe kubki wokół dużego kotła z kawą, umieszczonego na postumencie z cegieł. Handlarka jabłek, schylona nad wiklinowym koszem, chciała mnie zatrzymać, ale wstydziłam się, że nie mam pieniędzy, i przyśpieszyłam kroku.
– Nie myśl, że znajdziesz gdzieś lepsze jabłka niż moje, laluniu! – zawołała za mną.
Z ulicy, na której mieszkaliśmy dawniej, dobiegało wściekłe ujadanie parchatego kundla piekarza. Maman zawsze się na nie skarżyła, podobnie jak na cuchnące rzeczne wyziewy i wścibskich sąsiadów. „W tej zapyziałej części Paryża ludzie zajmują się tylko wtykaniem nosa w nie swoje sprawy”, mówiła. Za każdym razem kiedy papa obiecywał, że przeprowadzimy się do lepszej dzielnicy, odwarkiwała tylko: „Daruj już sobie lepiej te czcze słowa!”.
Przyśpieszyłam kroku, skręciłam za róg i zobaczyłam go – nasz stary dom z dachem pokrytym łupkiem, jeszcze węższy, niż zapamiętałam. W oknach na piętrze, które nasza służąca czyściła do połysku starymi szmatami, wciąż wisiały te same grube fioletowe zasłony, ale drzwi wejściowe, niegdyś ciemnoniebieskie, przemalowano na brzydki odcień brązu. Czy nadal jest w nich szczerba w miejscu, w którym Eugene wypróbował swój nowy składany nożyk?
Zatrzymałam wzrok na schodku, na którym siadywałyśmy z Adèle i bawiłyśmy się z La Grise, i gdzie któregoś ranka znalazłyśmy jej okaleczone ciało, ubrane w papierową spódniczkę, jakby była lalką. Pamiętam, jak wtedy płakałyśmy i jak papa powiedział, że niektórzy ludzie są gorsi niż wilki.
Warsztat drukarski działał, ale w witrynie, w której papa wystawiał dawniej swoje almanachy, stały teraz eleganckie tomy oprawne w skórę i ozdobione wytłoczonym złotym liściem. Nie mogłam się oprzeć: zajrzałam przez okno. Nad stołami pochylało się dwóch czeladników, w rękach mieli kaszty z czcionkami i tampony do nakładania farby. Stara drewniana prasa ojca stała teraz głębiej w rogu, malutka przy olbrzymiej żelaznej. Za jej diabli ogon ciągnął pucołowaty pomocnik.
Patrzyłam, jak świeżo wydrukowane strony suszą się na sznurkach, a zszyte wkłady piętrzą w równych stosikach pod ścianą, i mrugałam powiekami, żeby powstrzymać łzy. Nie mogłam odegnać obrazu ojca leżącego na łożu śmierci, zanoszącego się kaszlem i plującego krwią. Kosmyk włosów, kasztanowych jak moje, przykleił mu się do czoła. Papa leżał płasko na wznak, szczelnie okryty kołdrą, i wydawał się taki drobny, niemal wtopiony w pościel. „Kto mi położył na piersi ten ciężki kamień? Czyżby Henri?”, wymamrotał do mnie. Oddychał głośno i chrapliwie.
Kiedy papa umarł, trumnę na katafalku wystawiono w warsztacie. Świece były łojowe, nie z wosku. Śmiertelne ubranie miał z papieru zabarwionego tak, żeby wyglądał jak materiał, na który maman, jak powiedziała, nie mogła sobie pozwolić. „Z jego barków zdjęto już brzemię życia”, mruczeli żałobnicy, wykonując znak krzyża. „Wola boska”. Dzieci kolejno całowały złożone i oplecione różańcem ręce zmarłego. Mój pocałunek był szybki, nie chciałam zapamiętać ich chłodu. Kiedy podniosłam Gastona, małego wtedy jeszcze, aż zachichotał z radości. Adèle powiedziała, że na pewno zobaczył odchodzącą duszę, która unosiła się nad nami.
Stałam przed domem przez dłuższą chwilę, tak jakbym dzięki temu mogła wrócić do czasów, gdy papa był jeszcze z nami, a skulona na parapecie La Grise ucinała sobie południową drzemkę.
Sądziłam, że nikomu nie przeszkadzam. Myliłam się.
Drzwi nagle się otworzyły i wyszła z nich kobieta ubrana w granatową suknię, jakie zwykły nosić żony kupców. Starsza, lekko przygarbiona. Obrzuciła mnie podejrzliwym spojrzeniem. „Jazda mi stąd! – zawołała. – Bo inaczej zawołam żandarmów!”
Nie zostało mi nic innego, jak odwrócić się i pójść do domu.
*
Minęła siódma. Kolejny październikowy świt przesącza się przez szparę między kotarami, gdy suweren Lebela wraca do swej królewskiej sypialni, głośno sapiąc na znak niezadowolenia.
Lebelowi nie trzeba mówić, jaką katastrofą okazała się księżna de Guide – ale ta opowieść nie zostanie mu oszczędzona. To jej poszukiwanie stopą stopy króla podczas gry w karty, te szepty o tym, jak to pragnie królewskiej pieszczoty! Wystudiowana kokietka, kokota raczej, tak jakby króla Francji trzeba było ku rozkoszy prowadzić na pasku. A w dodatku ma przebarwiony ząb z przodu. I kwaśny oddech.
– Jak mogłeś o tym nie wiedzieć, Lebel!
W królewskich lędźwiach płonie królewski gniew i szuka sobie ujścia, płynąc w górę przez wszystkie organy, które Ludwik zawsze z upodobaniem wymienia: jelita, żołądek, przełyk, krtań, gardło. Wszystko przedstawione na rycinach w jego ulubionej księdze anatomii. „Prawdę znajdziesz pod skórą – lubi mawiać król – to tam tkanki i mięśnie odsłaniają swoje tajemnice”. Gdyby król Francji mógł sobie wybrać inną profesję, zostałby lekarzem lub chirurgiem. Nauczyłby się, jak przywrócić harmonię ciału zmożonemu chorobą.
– Zajmę się nią, sire – mówi Lebel.
Odeśle ją do jej wiejskiej posiadłości z jakimś stosownym drobiazgiem. Tabakierą ozdobioną królewskim portretem, nad którą będzie się mogła roztkliwiać latami, dumając nad tym, co straciła.
– Ani słowa więcej, Lebel.
Gniew rozpuszcza się wolno, ale jednak. Jak sól w wodzie. Wystarczy tylko długo i cierpliwie mieszać w dzbanku: minimalny ruch łyżką i kryształki stają się mniejsze.
– Oto wino, sire. – Lebel wręcza władcy kieliszek i zdaje mu szybką relację z najświeższych zdarzeń. Z pokojów guwernantki Dzieci Francji skradziono srebrną zastawę: pięćdziesiąt cztery półmiski i trzy tuziny nakryć. Podejrzanych brak, chociaż pokojówka twierdzi, że widziała w pobliżu zamaskowanego mężczyznę, którego wzięła za jakiegoś hulakę, bo był ubrany po pańsku. Delfin z każdym dniem nabiera ciała, a nowy książęcy potomek spodziewany jest w każdej chwili. Królowa przygotowuje się już do dnia Wszystkich Świętych i rozpoczęła post, ofiarowując go za spokój duszy księżniczki Henrietty. Nie tyka mięsa, wina ani – i to chyba z jej strony największe wyrzeczenie – ostryg.
Z lżejszych tematów: łowczy donosi, że widziano jelenia dziesiątaka, a markiza de Pompadour przysłała liścik przypominający o dzisiejszym przedstawieniu.
– Aby nie zepsuć niespodzianki, wolno mi powiedzieć tylko tyle, że to będzie uroczy wieczór, sire. Pani markiza przysłała też prywatny list do Jego Wysokości. Złożony i zapieczętowany.
– Nie teraz, Lebel. Długo jeszcze zostawią mnie w spokoju?
– Dobrą godzinę, sire. Wystarczająco długo, by odpocząć. Wygrzałem łóżko szkandelą, październikowe noce bywają bardzo chłodne.
Położywszy się, król ostrożnie prostuje nogi, szukając granic, jakie w pościeli wyznaczyła gorąca szkandela. Zadowolony obraca się na bok, poprawia poduszkę w zagłębieniu między ramieniem a głową i zamyka oczy.
Kiedy Lebel wraca, żeby wyszeptać do królewskiego ucha, że już czas na grande levée, król aż się wzdryga. Jak się okazuje – pod wpływem koszmaru. Próbował się oswobodzić z gąszczu gnijących korzeni, które oplatały jego nogi, ciężkie jak z ołowiu. Nie mógł zrobić kroku. Za jego plecami przemykały jakieś widma. Gdzieś w oddali rżał śmiertelnie przerażony koń. Od uderzenia pioruna zapaliło się drzewo. „A teraz na Wersal! – zawołał ktoś. – Puścimy pałac z dymem!”
Czy to dobry moment, by mu powiedzieć? Czy oczekiwanie wzmoże przyjemność?
– Do Parku Jeleni wkrótce przybędzie nowa dziewczyna, sire.
Na dziedzińcu skrzypią koła powozu. Wyje pies. Inny mu odpowiada.
– Ma jakieś imię, Lebel?
– Véronique.
– Ładna?
– Nadzwyczaj. Pączek róży, jak mówią.
– Kolejny pączek róży, Lebel? Mógłbyś się bardziej wysilić. Czy na tym padole nie ma już innych kwiatów? Rozważ może piwonię.
– Doskonała podpowiedź, sire.
– Albo kwiat wiśni.
– Nie inaczej, sire.
I żadnych więcej królewskich sugestii? W takim razie może czas na list od madame de Pompadour?
Najdroższy, istną zgrozą przepełnia mnie myśl, że pogubiłam się w tym, gdzie będziesz w najbliższych dniach. Sporządź mi, proszę, listę miejsc, w których zamierzasz bawić. Chciałabym chociaż myślą dotrzymywać Ci towarzystwa.
Uśmiech powraca na królewskie wargi. Co bardzo ucieszy markizę, gdy się o tym dowie.
Dopiero gdy Ludwik udaje się na posiedzenie Rady Królewskiej, Lebel może się zająć bardziej przyziemnymi a palącymi sprawami.
Obaj lokaje z Parku Jeleni, Michel i Saint-Jean, pochodzą z Delfinatu, gdzie zimowy głód popycha młodych mężczyzn do wyjazdu na służbę. Obaj są silni i krzepcy, zahartowani wędrówkami po górach, ich zmysły wyostrzyły się podczas lat doglądania owiec. Żaden intruz – a w przeszłości tacy się zdarzali – nie da im łatwo rady. Poza tym sprawnie się obchodzą z lektyką, gdy Lebel potrzebuje szybko sprowadzić którąś z dziewcząt do pałacu.
Stoją teraz przed nim w jego wersalskim apartamencie i szeroko otwierają oczy, żeby ukryć zaniepokojenie.
– Widziano was w pobliskiej oberży, jak orzynaliście okolicznych wieśniaków w karty – oznajmia. – Mało wam płacę?
– Nie zrobiliśmy nic złego – oświadcza Michel.
– Kilka partyjek w miłej atmosferze – wtóruje mu Saint-Jean.
Lebel prowadzi szczegółowe dossier wszystkich osób, które kiedykolwiek u niego służyły. Przed miesiącem narzeczona Saint-Jeana wyszła za syna sąsiadów – wieść, którą lokaj powitał z widoczną ulgą. Michel żywi urazę do jakiegoś krajana, który naubliżał jego matce. Obaj tęsknią do alpejskiego powietrza i gór, ale dlaczego – tego Lebel nie potrafi zrozumieć.
– O małe stawki, panie, tylko tak dla rozrywki.
– Sami się napraszają, żeby im pokazać choć parę sztuczek.
– A potem mają pretensje.
– Żadnych hec, panie… Te trochę radochy…
Nie ma takiego planu czy intrygi, których Lebel by już kiedyś nie widział. Lokaje uczą się karcianych sztuczek od innych lokajów podczas długich bezczynnych godzin spędzanych w oczekiwaniu na wezwanie. Jak kantować podczas tasowania, jak znaleźć w talii pożądaną kartę. Nauka oszukiwania wchodzi w zakres ich obowiązków.
Lebel otwiera tekę z dokumentami i odczytuje głośno:
– „Służący, których zatrudnia hrabia Boski… widziani Pod Złotą Gęsią… Ukrywający asy w rękawach… zawsze rozdający sobie najlepsze karty. Ordynarnie polecili oberżyście, żeby lepiej pilnował swojego zasranego interesu, bo pożałuje”. Wzmiankowane kwoty, liwr czy dwa, mogą się wam wydawać śmiesznie niskie, ale nie są śmieszne dla tych, którzy je przegrali – mówi surowo Lebel.
Lokaje gapią się na swoje wielkie, silne łapy i mamroczą wymówki. Wypili ociupinkę za dużo. Może też byli trochę za prędcy z paroma wieśniakami. Ale to hołota, warchoły. Dostali, co im się należało.
Lebel nie chce okazywać nadmiernego gniewu. Przekalkulował już sobie wszystko i wynik go zadowala. Rozchodzące się po Wersalu plotki o lokajach polskiego arystokraty, który niedawno zakupił w mieście dom, mogą dla opinii publicznej stanowić dystrakcję, która przychodzi w samą porę. Decyzja, żeby zamówić liberię w barwach hrabiego, fioletową ze srebrnym szamerunkiem i takimiż epoletami – niezbyt ostentacyjną, ale uszytą z materiału bardzo dobrej jakości – wyraźnie przynosi efekty. Z drugiej strony Lebel nie chce przecież, żeby do drzwi Parku Jeleni dobijali się niezadowoleni wieśniacy, lamentując, że ich oszukano.
– Dosyć.
Lokaje wymieniają niepewne spojrzenia. Michel zwiesza głowę.
Lebel wsuwa rękę do wewnętrznej kieszeni i wyciąga zegarek. Jest trzecia trzydzieści. Zmarnował już dosyć czasu.
– Słuchajcie obaj – mówi tonem oficjalnej przygany – bo nie zamierzam powtarzać. Park Jeleni – klaruje im obu – jest jak forteca w trakcie oblężenia. Jedna szczelina i załamie się linia obrony, jedna niedyskrecja i zrobi się szum. Oberżysta…
– To kłamca – przerywa mu Michel.
– Rozwadnia wino – dodaje Saint-Jean. – I myśli, że się na tym nie poznamy.
– Powiedziałem: dosyć! – grzmi Lebel. Jego pięść ląduje na sekretarzyku, który aż grzechocze. – Wybieracie się z powrotem do Saint-Christophe? Na zimę?
Na wzmiankę o Saint-Christophe obaj padają na kolana.
I tak jest za każdym razem, mimo tych ckliwych gawęd o alpejskim powietrzu i górskich widokach, myśli Lebel. Z początku wszyscy marzą o powrocie do domu, żeby się pokazać w nowych pańskich strojach, zaimponować opowieściami. Ale ci, którzy odwiedzają rodzinne strony, wracają z przestrogami. Nic nie jest już takie jak dawniej. Stroje nie pasują do sytuacji. Zbyt często powtarzane opowieści budzą zawiść, nie podziw. Skoro wróciłeś, słyszeli, pewnie jesteś bogaty. Pożycz nam na wieczne nieoddanie, i znowu nam pożycz. Zewsząd zjawiają się krewni, o których nigdy nie słyszałeś. A wszyscy jak pijawki. Chciwego nie nasycisz.
Lokaje wbijają wzrok w ziemię. Michel odchrząkuje z irytującym charknięciem, jakby miał zamiar splunąć na podłogę – zwyczaj z Saint-Christophe, którego nie potrafi się pozbyć.
Mam nimi rządzić, przypomina sobie Lebel. Jestem ich panem. To mój obowiązek ich pouczyć. Pokierować ich impulsami. Przypomnieć im, że ich życie to tylko maleńka plamka na wielkim obrazie.
– Wstawajcie – komenderuje. – Ogarnijcie się. I myślcie też czasem o jutrze.
Wiedzą, do czego pije. Lebel zadbał o przyszłość wszystkich tych służących, którzy będą pracowali w Parku Jeleni w chwili jego śmierci. Każdy lokaj dostanie jednorazowo trzy tysiące liwrów, a także dożywotnią rentę w wysokości trzystu liwrów rocznie. Będzie też mógł zachować wszystkie wartościowe przedmioty, które już dostał i które jeszcze otrzyma. Chyba że wcześniej zostanie zwolniony ze służby. Co czeka każdego, kto rozzłości Lebela.
Teraz czeka, aż te cyfry ułożą się w ich myślach i przeistoczą w nabytą ziemię, żywy inwentarz, sprzęt rolniczy, korzystne małżeństwo.
– Upraszamy o wybaczenie…
– To już się nie powtórzy, panie…
Zanim pozwoli im odejść, daje im wskazówkę co do sposobu pomnażania pieniędzy skuteczniejszego niż karciane oszustwa. W Wersalu funkcjonuje świetnie prosperująca sieć wierzycieli i spora grupa dłużników. Lebel zna ich wszystkich. Teraz na przykład jeden z nowych stangretów madame de Pompadour, niejaki Gourlon, w stajniach nazywany Łajdusem, ma dług u kupca winem. Kupiec już traci cierpliwość. Podobnie jak jego dwaj synowie, dobrze znani z krewkiego charakteru i twardych pięści. Poza tym żona Gourlona nic nie wie o długu i nasz Łajdus wolałby, żeby tak zostało. Desperacko potrzebuje pożyczki. Zgodzi się na cztery procent, a jeśli go dobrze podejść, może i na więcej.
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Tytuł oryginału
The School of Mirrors
Copyright © 2022 Eva Stachniak
Copyright © for the translation by Ewa Rajewska
Projekt okładki
Yeon Kim
Adaptacja oryginalnego projektu okładki
Katarzyna Borkowska
Fotografie na okładce
© Magdalena Russocka / Arcangel Images
© Andre Quinou / Shutterstock
© Dragana Brankovic / iStock
Redaktorki nabywające
Bogna Rosińska
Monika Kucab
Redaktorka prowadząca
Agnieszka Rzonca
Opracowanie tekstu
2d.pl
ISBN 978-83-240-8720-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Rek
