Szerszenie czyli W piekle Odsieczy Wiedeńskiej tom I Odsiecz - Adam Jan Czarski - ebook
Opis


Powieść Adama Jana Czarskiego obejmuje swoją beletrystyczną treścią całą kampanię wojenną Króla Jana III Sobieskiego 1683 roku, której głównym zadaniem było ocalenie Wiednia obleganego przez Turków, a także wyzwolenie dużych obszarów cesarstwa Austriackiego, które wcześniej zostały zajęte przez wojska tureckie.

Kampania ta trwała od dnia 11 sierpnia do 24 grudnia tworząc wojenny-wyzwoleńczy krąg od Krakowa poprzez tereny cesarstwa, Morawy, Słowację, Węgry, Górną Słowację ( Karpaty) Galicję do Krakowa.

Głównymi jej bohaterami, obok Króla Jana III Sobieskiego są dwaj bliźniacy, synowie Małego Rycerza – Michał i Jerzy Wołodyjowscy oraz kilku najdzielniejszych polskich rycerzy – historycznych i powieściowych.

Czytając powieść „Szerszenie” sugerujemy uprzejmie, abyście Państwo zechcieli łaskawie sami sobie we własnej wyobraźni stworzyć najwspanialszy film, albo nawet serial batalistyczny rycersko – przygodowy, ale po części także radośnie – humorystyczny. Jako oryginalne novum literacko – filmowe.

Każdy z Państwa może dokonać swoistego castingu aktorskiego do tego filmu i obsadzić w poszczególnych rolach ulubionych i popularnych aktorów, a nawet siebie w roli wybranej postaci. A potem w rozmowach towarzyskich konfrontować swoje upodobania.

Niech każdy z Państwa będzie dla siebie najlepszym na świecie Reżyserem, tworzącym swój jedyny na świecie, osobisty film - marzenie.. Nawet w formacie 3-D.

Życząc Szanownym Czytelnikom zatopienia się w wartkiej treści tego swoistego KINO-CZYTADŁA oraz w nadwymiarowych obszarach własnej wyobraźni, dziękujemy za sięgnięcie po tę książkę, o aktualnej dla współczesności treści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 729

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Psychoskok Konin 2016

Adam Jan Czarski „Szerszenie” czyli „W piekle Odsieczy Wiedeńskiej” tom I „Odsiecz”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016 Copyright © by Adam Jan Czarski, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok

Zdjęcie okładki © Fotolia – Waldteufel

Ilustracje: Adam Jan Czarski

Autor zrezygnował z korekty profesjonalnej wydawnictwa

ISBN: 978-83-7900-544-4

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

W hołdzie Królowi Janowi Sobieskiemu i jego rycerstwu,

pisarzowi Henrykowi Sienkiewiczowi i jego Trylogii oraz

Wstęp

Wczesną wiosną Roku Pańskiego 1683 od Konstantynopola i dzikich Gór Bałkańskich powiało grozą. Cały chrześcijański świat i wierne Chrystusowi narody stężały w śmiertelnej trwodze, kiedy niczym ognista powódź runęła na nie ogromna armia Sułtana Mehmeda IV pod wodzą serdara wszystkich tureckich wojsk - Wielkiego Wezyra Kara Mustafy. Z jego to rozkazu, najpotężniejsza w dziejach Porty armia - nieogarniętego państwa wyznawców Allacha - paląc, rabując i mordując, wdarła się w granice Rakuskiego Cesarstwa i śmiertelnie zagroziła całemu chrześcijaństwu, realizując swój mahometański, święty dżihad.

Pracowity lud austriacki, od pokoleń zażywający spokoju i bezpieczeństwa, budujący swój piękny kraj ku wiecznej chwale Chrystusa - jedynego swego Pana i Boga, znalazł się nagle w śmiertelnym zagrożeniu. Nie powstrzymało naporu śmiertelnego wroga bohaterstwo austriackiego księcia Karola Lotaryńskiego, który od początku wojny stawiał zacięty opór z resztkami cesarskiego wojska, by choć zahamować postępy wroga i umożliwić ucieczkę przerażonej ludności. Ale puszczone przed turecką potęgą czambuły tatarskie, wojując nieznaną tu manierą, roznosiły wszędzie zamęt i panikę. Rozlewały morze niewinnej krwi chrześcijańskiej i tysiącami zagarniały w gorszy od śmierci jasyr. Po błyskawicznych zagonach hord tatarskich zostawały tylko trupy, popiół, rozpacz i łzy.

Nim się spostrzeżono, nim zdołano opór stawić, już łuny mnogich pożarów zaświeciły w oczy stolicy cesarstwa - Wiedniowi. Przerażony cesarz Leopold I pośpiesznie opuścił zagrożone miasto z całym swoim dworem, pozostawiając w rozpaczy jego mieszkańców. W kilka dni potem cesarski Wiedeń został opasany przez turecką armię tak szczelnie, że nawet mysz nie zdołałaby się z niego wydostać. Nastały dla miasta dni trwogi, śmierci i ran; rozpaczliwej ale i bohaterskiej obrony.

Poza niezmierzoną mocą miłosiernego Boga, pozostała Wiedniowi tylko jedyna nadzieja w wielokrotnym pogromcy otomańskich hord – polskim Królu Janie III Sobieskim. Jeżeli, odpowiadając na błagania cesarskie i papieskie, wojska swe zgromadzić zdoła i z odsieczą zagrożonemu Cesarstwu i Chrześcijaństwu pośpieszyć raczy. I na czas przybyć zdąży...

-  -  -

Szkic Odsieczowego Kręgu zatoczonego przez wojska Króla Jana III Sobieskiego 

podczas kamapanii wojennej 1683 AD

SŁOWO OD AUTORA

Oddając z wielką emocją w ręce Szanownych Czytelników swą powieść pt. „SZERSZENIE", sugeruję uprzejmie abyście Państwo podczas czytania , zechcieli łaskawie sami sobie we własnej wyobraźni stwarzać najwspanialszy film, albo nawet serial batalistyczny, rycersko-przygodowy ale po części także radośnie-humorystyczny. Jako oryginalne novum literacko-filmowe.

Każdy z Państwa może dokonać swoistego castingu aktorskiego do tego filmu i obsadzić w poszczególnych rolach ulubionych i popularnych  aktorów, a nawet siebie w roli wybranej postaci. A potem w rozmowach towarzyskich konfrontować swoje upodobania. Można też wykonać z kolorowych pism fotograficzne tablo wizerunków osób tej obsady i posługiwać się nim podczas lektury.

Niech każdy z Państwa będzie dla siebie najlepszym na świecie Reżyserem, tworzącym swój jedyny na świecie, osobisty film-marzenie. Nawet w formacie 3-D.

Życząc Szanownym Czytelnikom zatopienia się w wartkiej treści tego swoistego kino-czytadła oraz w nadwymiarowych obszarach własnej wyobraźni, dziękuję za sięgnięcie po moją pracę, o  aktualnej dla współczesności treści.

Miłej, ciekawej, emocjonującej i radośnie uśmiechniętej lektury życzy serdecznie - AUTOR.

Rozdział 1

Zapadała chłodna, sierpniowa noc Anno Domini 1683.

Ogromny jak warowny zamek konwent Jezuitów, pogrążając się w mroku, zwolna zacichał. Surowy brat Zygfryd - klasztorny opiekun scholarów - tuż po wieczornych modlitwach, przekroczył próg solidnie okutej i mocno okratowanej celi. Pełniła ona w konwencie funkcję klasztornego karceru dla karanych scholarów.

Tu na twardych, drewnianych pryczach spoczywali pod cienkimi przykryciami mało pilni i najbardziej krnąbrni wychowankowie. W tej gromadce, znajdowali się dwaj najmłodsi, jedenastoletni, rudowłosi bliźniacy. Podobni do siebie jak dwie krople wody z tej samej studni. Przybyli oni do konwentu zaledwie przed pół rokiem, aby pobierać katolickie nauki i wychowanie, jak na szlacheckich synków przystało.

Nim brat Zygfryd zdążył, w nikłym blasku świecowej latarni, surowym spojrzeniem skontrolować celę, poczuł nagle, że ktoś zarzuca mu na głowę jego mnisi kaptur. Jednocześnie przyciska szorstką materię do twarzy, uniemożliwiając widzenie. W tym samym momencie czyjaś wprawna ręka wbijała mu od dołu, między kośćmi dolnej szczęki przez język i podniebienie, jakieś kłujące ostrze, które przeniknęło aż do prawego oczodołu.

Zaskoczony brat Zygfryd, nie zdążywszy nawet krzyknąć, znieruchomiał w pół ruchu, jakby tknięty nagłym paraliżem. Z jego zaciśniętego trwogą gardła, wydobywał się wraz z tryskającą krwią, tylko nieludzki, charkotliwy skrzek. Nie chcąc zwiększać bólu, powodowanego przez tkwiącą w tak wrażliwym miejscu ostrą zadrę, instynktownie pochylił się, a potem osunął twarzą w dół na posadzkę – dokładnie tak, jak kierowała nim zuchwała dłoń, dzierżąca rękojeść narzędzia zbrodni. Nie drgnął nawet, gdy krępowano mu ręce zakonnym powrózkiem i odsłaniano nagość lędźwi, które rozpaliły mu się żywym ogniem dojmującego bólu.

Dopiero po trzecim uderzeniu pojął, że jest smagany wierzbowymi rózgami, jakich sporą wiązkę nosił zawsze przy sobie, w nagłej potrzebie ukarania chłostą występnego, albo tylko mniej pokornego scholara. I nigdy nie szczędził bolesnych razów nieszczęsnym wychowańcom, smagając ich nader często i bez miłosierdzia za brak posłuszeństwa lub pilności.

Ostatnio zaś najczęściej, jakby z perwersyjnym upodobaniem, chłostał aż do krwi tych dwóch rudowłosych bliźniaków. A wszystko dlatego, że nie chcieli wdrożyć się pokornie w tryby surowej, jezuickiej dyscypliny. Co gorsza, byli tak hardzi i zatwardziali w swym uporze, że smagani okrutnie, nigdy nie wydali z siebie nawet jednego słowa skargi. Nie uronili choćby jednej łzy. Co najwyżej zaskowyczał któryś pod plagą, jak kopnięty z nagła kundel. Ale oczy ich, wyrażały wtedy śmiertelną nienawiść i przemożną chęć zabijania.

Przez to też zapewne otrzymywali znacznie więcej bolesnych plag niż pozostali wychowankowie. A ci, zwłaszcza starsi, potrafili różnymi sprytnymi sposobami okręcać się i wywijać, łagodząc ból, udawać płacz, wrzeszcząc ponad potrzebę, aby pomniejszać dolegliwość kary, lub nawet chłosty uniknąć. Otrzymawszy zaś cięgi buczeli potem długo i żałośnie, ale przez ich zniewolone umysły nigdy nie przemknął zamiar buntu, ucieczki, czy tym bardziej zemsty.

A teraz brat Zygfryd, ten okrutny sprawca udręk młodych ludzi, ciężko zraniony i wychłostany do krwi, gasnącą świadomością odczuł jeszcze, że oblewa go smrodliwa ciecz z drewnianego cebra, służącego w celi do załatwiania nocnych potrzeb scholarów. Ostatnim wrażeniem było uczucie, że mu to cuchnące naczynie nasadzają na głowę. A potem wszystko ucichło i zamieniło się w nieprzenikniony mrok.

Pozostali scholarzy, przerażeni okropną sceną, jaką widzieli w nikłym świetle kaganka, trwali skuleni w swoich nędznych posłaniach, bojąc się nawet poruszyć.

Tymczasem dwie chłopięce postacie, które tak błyskawicznie pokonały brata Zygfryda, wyrwawszy z jego zaciśniętej dłoni pęk kluczy, pobiegły w mrok klasztornego korytarza. Przemykały się od załomu do załomu bezszelestnie, niczym dwie zwinne łasice. Na krótki moment znieruchomiały przy drzwiach kancelarii scholarum, by po chrobotliwej manipulacji kluczami w zamku, otworzyć je i zniknąć w ciemnym wnętrzu. Było to jednocześnie depozytorium konwentu, gdzie składano przedmioty jakie uczniowie przynosili ze sobą, aby pokus ze świata nie stanowiły i do złego młodzianków nie przywodziły. Nie minęły nawet dwa pacierze, kiedy owe dwie sylwetki ponownie wychynęły na korytarz. Teraz jedna z nich dzierżyła w dłoni krótką szabelkę w metalowej pochwie, a druga - srebrzystą buławę – pułkownikowski znak wojsk koronnych.

Przemykając w mroku korytarzy i schodów wielkiej budowli konwentu, zwinne figurki zatrzymały się przy uchylonych drzwiach do klasztornej kaplicy, skąd migotał blask świec i pobrzmiewały modlitwy zakonników. To trwały już od tygodnia “wieczyste” modły na intencję wielkiej wyprawy Króla Jana III Sobieskiego, który wyruszył był z Warszawy na czele polskiego wojska w pomoc oblężonemu przez mahometan Wiedniowi.

Grupy mnichów zmieniały się co kilka godzin, wznosząc gorące błagania dzień i noc, bez żadnych przerw. I miało tak trwać aż do decydującego, bitewnego rozstrzygnięcia. A każdy święcie wierzył - że zwycięskiego. Takie modły i uroczyste nabożeństwa odprawiano w świątyniach całego kraju na intencje ocalenia Wiednia - świętego bastionu chrystusowego krzyża, zmagającego się z mnogimi krociami wojsk proroka Mahometa.

Ze wszystkich ambon Korony i Litwy nawoływano do ofiar i masowego zaciągu, aby armia odsieczowa była jak największa. Obiecywano przy tym każdemu uczestnikowi tej najświętszej krzyżowej wyprawy - nagrodę w raju i wieczne zbawienie.

Ażeby wydostać się na zewnątrz gmachu konwentu, dwie małe postacie musiały przebiec przez smugę światła bijącego z drzwi kaplicy na korytarz i niepostrzeżenie przemknąć obok zbrojnego w halabardę strażnika, stojącego u wejścia z budynku. Wydawało się to niewykonalne, ale bierne czekanie też na nic się zdało.

- Widzisz go? – szepnął malec trzymający buławę.

- Widzę – odpowiedział szeptem drugi, bezszelestnie wyjmując szabelkę z pochwy i dając sygnał do akcji: - Teraz!

Prawie jednocześnie obydwaj skoczyli przed siebie, i - przebiegłszy na palcach jasną plamę światła – znaleźli się tuż za plecami strażnika. Ten jednak, jakby wiedziony tajemnym zmysłem starego żołnierza, podniósł nagle głowę i błyskawicznie się odwrócił. Ścisnął mocniej rękojeść halabardy i natychmiast był gotowy do zasłony, albo zadania ciosu.

Jednak mali napastnicy byli znacznie szybsi. Mignęło w ciemności stalowe ostrze szabelki i jedna ręka strażnika dzierżąca broń, zwisła bezwładnie. W tym samym momencie głownia ciężkiej buławy, jak piorun uderzyła prosto w twarz zaskoczonego strażnika. Malec chciał zapewne uderzyć strażnika w czoło, tuż pod okapem żelaznego morionu, osłaniającego głowę, by go ogłuszyć, lecz z powodu niskiego wzrostu, nie dosięgnął. Przez to głownia buławy trafiła halabardnika w usta i wybijając mu cztery zęby, rozkrwawiła mocno dziąsła i wargi.

Mimo zaskoczenia, wartownik zdołał krzyknąć rozgłośnie, a potem, wypluwając krew buchającą z ust, pokrzykiwał raz po raz. Jednak nie próbował zatrzymywać napastników, którzy przemknęli obok, wydostając się na dziedziniec.

Ciężko zraniony i oszołomiony strażnik nie widział już, jak pochyleni chłopcy biegli wzdłuż murów do ocienionego załomu, gdzie zniknęli w mroku. Dobiegłszy do miejsca, gdzie rosło rozłożyste drzewo, które upatrzyli wcześniej, jedna z sylwetek z wiewiórczą zręcznością wspięła się po pniu, a stamtąd po konarach na blanki kamiennego muru. Po chwili uczyniła to druga z postaci, by zaraz za pierwszą zniknąć po drugiej stronie ściany, schodząc po występach, muru jak zwinna małpka.

Na rozpaczliwe okrzyki zranionego strażnika, kilku z modlących się zakonników wybiegło z kaplicy sprawdzić, co się stało. Od wieży bramnej przybiegło także kilku zbrojnych pachołków z latarniami, bo akurat dawali sobie zmianę.

W uśpionym konwencie wszczęło się głośne larum i wkrótce wszyscy mnisi był na nogach. Po krótkim zamieszaniu przystąpiono do metodycznego poszukiwania sprawców zdarzenia. Grupy strażników i służby klasztornej przebiegały wszystkie dziedzińce, piwnice, korytarze i sprawdzały w poszczególnych salach i celach sądząc, że napastnicy ukrywają się na klasztornym terenie.

-  -  -

Rozdział 2

Król Jan III Sobieski dosiadając ulubionego Pałasza, w otoczeniu wyższych dowódców, cudzoziemskich posłów i delegatów, duchowieństwa i oficerów gwardii przybocznej, spoglądał z wyniosłego wzgórza ku wojskom odsieczowym nadciągającym od prawej strony z chrzęstem broni i dudnieniem kopyt. Wszystkie oddziały wielkiej armii szły zwartymi szeregami na ostatni - przed wejściem w obce kraje - popisowy przegląd.

Doskonale wytrenowany przez królewskiego masztalerza dzielny rumak Pałasz, tańczył pod Królem niecierpliwie. Trzymany jednak silną ręką wytrawnego jeźdźca, bezskutecznie próbował “wziąć na ząb” wędzidło; potrząsał kształtną główką i nerwowo przebierał sprężystymi nogami, jakby już był w najszybszym pędzie. Trwał jednak na miejscu, nie zmieniając stanowiska ani o piędź.

Po prawej ręce Króla Jana, zajmowali honorowe miejsca delegaci papiescy, posłowie cesarscy i oficerowie łącznikowi wojsk sojuszniczych. Wszyscy dosiadający wspaniałych koni, odziani w bogate stroje, już spokojni i pewni siebie. Polski Król bowiem słowa dotrzymał i oto wiedzie niemal wszystkie siły kraju, na odsiecz cesarskiemu Wiedniowi, zagrożonemu przez otomański półksiężyc i rozpaczliwie oczekującemu pomocy.

Król Jan III także oddychał już z ulgą, bo po wielkich trudach będzie mógł teraz z dumą popatrzeć na konkretne efekty swych wysiłków. W ten sierpniowy poranek przemaszeruje przed nim, zahartowana w pochodach i walkach, odsieczowa armia Lechistanu – ostatnia szansa i nadzieja całego chrześcijaństwa.

Tak samo, a może jeszcze bardziej niż widok nadciągających zastępów, cieszył Niemców i Austriaków fakt, że Król Jan III Sobieski osobą własną wyruszył na odsiecz Wiedniowi. Znaczyło to więcej niżby trzy armie ruszyły w sukurs Wiedniowi. Tak groźne było imię polskiego władcy – wielokrotnego pogromcy tureckiej potęgi. Dobrze pamiętano jego sławne zwycięstwa pod Bracławiem, Podhajcami i Niemirowem.

Szczególnie zaś największe i najgłośniejsze - pod Chocimiem w roku Pańskim 1673, gdzie zadał Otomanom straszliwą klęska w ich potężnie obwarowanym obozie. Nieśmiertelną zyskał tym sławę, która go aż na polski tron wyniosła i królewską koroną przyozdobiła. Przez wszystkich swoich wrogów Lwem Lechistanu ogłoszony wtedy został.

Po lewej królewskiej ręce, stali najważniejsi dowódcy oddziałów wojskowych; funkcyjni obozu i taboru oraz oficerowie do specjalnych poruczeń. Wszyscy oni byli niezwykle podnieceni, bo doświadczonemu oku Króla nic ujść nie mogło, co by nieporządkiem było i straty marszowe powodować. Każdy przeto pilnie Króla obserwował, troskając się, czy nie zmarszczy się na widok jakiegoś braku w barwie czy wyposażeniu, nierównego szeregu, kulejącego konia, lub niedbale niesionej broni. Ale królewskie oblicze było pogodne, jak ten sierpniowy dzień. I nawet, gdy spadł krótki, rzęsisty deszcz, zraszając mocno piaszczysty gościniec, nic to nie szkodziło wojskom nawykłym do forsownego marszu. Raczej pomogło, bo powietrze się odświeżyło i schłodniało, kurz z drogi opadł i znój marszowy nie był tak srogi. Przepiękna tęcza, szerokim łukiem rozpięta na błękicie, ozdobiła cały świat swą siedmiobarwną promienistością.

Dla znawców widoczne było, że całe wojsko, tak samo jak tańczący niecierpliwie w miejscu koń Pałasz, trzymane jest w ryzach żelazną ręką mistrza wojennego rzemiosła - największego wodza chrześcijan, jaki się od czasów Chrystusa pojawił. Z takim wojskiem i z takim wodzem można było iść na kraj świata i nie tylko z Turkami, ale nawet z samym Lucyperem i jego piekielnymi zastępami bój śmiertelny stoczyć.

Najbliżej Króla stał hetman wielki koronny - Stanisław Jabłonowski pod trójbuńczukiem dowódcy. W lśniącej srebrzyście husarskiej zbroi, dosiadał jabłkowitego Kirysa, niemal tak wspaniałego, jak królewski Pałasz. Hetman Wielki był tu dowódcą przeglądu wojsk; on chorągwie do parady sprawiał, porządek przemarszu wyznaczył i teraz - jak obyczaj wojskowy nakazywał - każdy nadchodzący oddział prezentował Królowi.

Od prawej strony widać już było pierwszą, najbogaciej okrytą królewską chorągiew husarską, wyposażoną osobiście przez Króla Jana. On był jej nominalnym dowódcą, a ci nad podziw urodziwi skrzydlaci rycerze, byli winni Królowi wierność i bezwzględne posłuszeństwo. Wszystkie oczy królewskiej świty zwróciły się ku tej wspaniałej chorągwi, która nadchodziła z łoskotem i ciężkim dudnieniem kopyt dwustu ciężkich rumaków. Husarze szli jeszcze z wolna, lekkim, miarowym kłusem, emanując swą postawą niezmożoną potęgę. Kiedy już można było rozpoznać twarze pierwszego szeregu, a hetman Jabłonowski akurat miał oddział zaprezentować - nagle, pomiędzy konia hetmańskiego i wierzchowca koniuszego pana Marka Matczyńskiego - wcisnął się jakiś niezręczny, gruby jeździec na zaniedbanym wałachu.

Był to imć Bonifacy Jan Koryciński, nadworny golibroda i cyrulik królewski, a przy tym znany w całym wojsku birbant, opój i żarłok. Mocno spóźniony po wczorajszym długonocnym kielichami zabawianiu z oficerami arkebuzerii, starał się usilnie znaleźć dla siebie należne - według własnego mniemania - wysokie miejsce w orszaku królewskim.

Straże przepuściły pana Korycińskiego, gdyż był oficerom znany i wiedziano, że stale przy Królu się znajdował, a nawet był z nim w znacznej poufałości. Z mocno zaczerwienionymi, zezowatymi oczyma różnej barwy, zionąc smrodliwymi miazmatami przepitej nocy, błyskający spoconą łysiną widoczną spod przekrzywionej rysiowej czapki, szarpał nerwowo wodze konia i jednocześnie żgał go ostrogami. Nieszczęsna szkapa, nie mogąc pojąć intencji jeźdźca, rzucała się na wszystkie strony.

Rozgniewany takim zuchwalstwem bezczelnego golibrody hetman Jabłonowski, grzmotnął w kark ogłupiałego wałacha trzymanym w ręku srebrzystym buzdyganem i zawołał groźnie:

- A nie rozpychaj się tak Koryciński, boś tu nie pierwszy!

- Alem i nie ostatni! - odpowiedział hardo pan Bonifacy.

Jednak tyle tylko zdążył, bo spłoszony rumak rzucił się w bok i poniósł na tyły, aż pomiędzy szeregi królewskiej arkebuzerii. Aby szyków im nie pomieszał, przepędzono go daleko w pole. Jednak pan Bonifacy, któremu od wstrząsów i pędu spadła z łysiejącego czerepu rysiowa czapka, utrzymał się jednak w siodle rozhukanego wierzchowca. Potem szerokim kołem uparcie próbował powrócić w pobliże Króla.

Tymczasem zbliżyła się kłusem chorągiew królewska husarii pod komendą porucznika Andrzeja Modrzewskiego. Pan porucznik uniósł rękę z podwiniętym ponad łokieć rękawem - co funkcje jego namiestnicza w paradzie oznaczało - i pięknie robionym w srebrze buzdyganem dał znak.

Jeźdźcy opuścili w pół końskiego ucha trzymane pionowo kopie i jednocześnie ruszyli w skok. Wszystkie pędzące szeregi skrzydlatych rycerzy były idealnie wyrównane i utrzymywały między sobą jednakowe odstępy. Świadczyło to o najwyższym kunszcie królewskich husarzy. Tuż przed zrównaniem się z Królem, na ponowny znak porucznika Modrzewskiego, wszystkie kopie jednocześnie wzniosły się do góry i konie przeszły w miarowy, marszowy kłus.

Był to zachwycający pokaz sprawności najwspanialszej polskiej chorągwi. Zadowolony Król, zdjąwszy z głowy czapkę, pozdrowił rycerzy gromkim głosem: - "Czołem waszmościom, towarzyszom husarii!" A na to z dwustu gardeł wyrwał się okrzyk potężny, jak armatnia salwa: - "Czooo - łem!!!"

Cudzoziemskim dostojnikom oczy z orbit wychodziły od zachwytu, bo tak wspaniałego i sprawnego wojska, nigdy jeszcze nie widzieli. Dziwili się też niepomiernie, że można takie bogactwo zabierać na wojenną poniewierkę. Inaczej w ich krajach traktowano ubiory wojskowe, gdzie często oficerowie i żołnierze najgorsze łachy do bitwy zakładali, aby lepszych i oczywiście droższych nie sterać. Tu zaś naocznie się przekonywali, że polska husaria, to konnica nie mająca sobie równej w świecie. Bogactwem stroju i wyposażenia, sprawnością oraz skutecznością bojową przewyższała inne formacje, będąc nie do pokonania w starciu, nawet z trzykroć liczniejszym przeciwnikiem.

Nikt na świecie nie miał w on czas sposobu, aby się tej skrzydlatej jeździe skutecznie przeciwstawić. Od Króla Stefana Batorego - jej twórcy i organizatora - aż do Króla Jana III Sobieskiego husaria przeszła długi szlak chwały i zwycięstw, do najwyższej doskonałości i sprawności bojowej dochodząc. A przed nią były jeszcze zwycięstwa, sława i tryumfy największe...

Za królewską przeszła z łomotem dwustukonna, znakomicie wyposażona i wyćwiczona chorągiew husarska królewicza Jakuba Sobieskiego. Spłoniony z przejęcia, szesnastoletni młodzik - za królewskim przyzwoleniem, sam uskrzydlonych rycerzy czapkował i pozdrawiał. Był przecież ich nominalnym dowódcą. W marszu jednak i w boju zastępował go namiestnik - Mikołaj Złotnicki.

Z ogromną dumą i radością spoglądał Król Jan na swego pierworodnego, który zakrzyknął jeszcze nie w pełni męskim głosem – ale śmiało i donośnie, jak na królewskiego syna przystało. Chociaż faktycznie królewskim synem nie był, lecz - hetmańskim, jako zrodzony jeszcze przed wstąpieniem hetmana wielkiego koronnego - Jana Sobieskiego na polski tron.

Szły potem jedna po drugiej następne chorągwie husarskie pod najlepszymi namiestnikami, prezentując krótkim pokazem swój wielki kunszt bojowy i zdyscyplinowanie. A było tego kwiatu polskiego rycerstwa, które w odsiecz Wiedniowi szło, aż dwadzieścia i pięć oddziałów.

Rozdział 3

Wielebnego brata Zygfryda odnaleziono dopiero rankiem. Chociaż wiedziano od zranionego strażnika, że napastnikami byli scholarzy, to przecie nikt nie domyślił się od razu, że byli nimi akurat ci najlepiej strzeżeni.

Ciężko zraniony i pohańbiony brat Zygfryd leżał w kałuży zakrzepłej krwi i cuchnących nieczystości z nocnego cebra. Lubo nieprzytomny i o świecie nie wiedzący, to jednak żył.

Wiele wysiłku kosztowało klasztornego cyrulika i jego pomocników nim nieprzytomnego docucili, obmyli ze smrodliwego paskudztwa i opatrzyli wyjątkowo skomplikowaną ranę. Stwierdzono przy tym, że grot, którym została zadana, to ręcznie wykuty gwóźdź - “hufnal”, w przemyślny sposób przytwierdzony rzemieniem do złomka leszczynowego pręta.

Bez trudu ustalono sprawców tego zuchwałego czynu, gdyż z całej grupy scholarów brakowało dwóch najmłodszych, rudowłosych bliźniaków. Kiedy zaś po dalszych sprawdzeniach okazało się, że w depozytorium brak jest szabelki i buławy, z którymi chłopcy do konwentu przybyli, pewność była już całkowita.

Potwierdzili to także wychowankowie z karnej celi - całkiem grzeczne pachołki w porównaniu z uciekinierami. Od nich dowiedziano się również, że bliźniacy, chociaż tak mali i drobni, w całej grupie rej wodzili. To ich właśnie, pod nieobecność nadzorcy - brata Zygfryda, panicznie się bano. I niejeden, który z nimi próbował zadzierać, gorzko tego żałował. W razie zagrożenia, albo choćby tylko głupiego żartu ze strony starszych i silniejszych kolegów, bracia stawali przy sobie ramię w ramię hardzi, drapieżni i gotowi nawet zagryźć.

Kiedy trzeba - atakowali gołymi pięściami i tak błyskawicznie, że nie sposób było się przed nimi zasłonić. Przedziwnym, instynktem wyczuwali najwrażliwsze miejsca na ciele przeciwnika i właśnie tam uderzali. Nikt wszak nie uczy lisa chwytać ptaka za szyję, czy jastrzębiowi trzymać złowioną kaczkę pod wodą, aż utonie - a jednak to potrafią. Tak samo obaj rudzielcy, bez porozumienia dokładnie wiedzieli kiedy zaatakować i gdzie najskuteczniej uderzyć.

Ledwie brat Zygfryd przyszedł do przytomności i uświadomił sobie w pełni, co mu się przytrafiło, zapałał tak straszliwym gniewem, że chciał od razu biec, łapać i mścić się za rany i hańbę, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doznał. Położony na łożu rzucał się i wyrywał, mimo wielkiego osłabienia i dojmującego bólu, aż go trzymać przemocą musiano.

Sędziwy przeor Jezuitów - Ojciec Kazimierz nawoływał go mądrymi słowy do zaniechania pościgu i zemsty. Nakłaniał do przebaczenia i opamiętania, tłumacząc usilnie, że miłosierdzie chrześcijańskie winno decydować nawet w obliczu wielkiej krzywdy i niesprawiedliwości. Chrystus wszak - wzór i przewodnik dla wszystkich jezuitów, tak właśnie nauczał.

Brat Zygfryd jednak ogłuchł na wszelkie perswazje i życzliwe rady. Przypominanie, że składał śluby zakonne o wyrzeczeniu się nienawiści, było rzucaniem grochem o ścianę. Zapiekłość owa musiała się najwyraźniej odbić na zdrowiu brata Zygfryda, bo chociaż rany szczęki, języka i podniebienia goiły się zadowalająco, to jednak oko skaleczone od wewnątrz brudnym ostrzem długo się jątrzyło i wysokie gorączki powodowało.

W końcu zgniło zupełnie i cyrulik musiał je wyłupić. Dla czystości gorącym żelazem dodatkowo oczodół wypalić.

- Poniechaj bracie Zygfrydzie zemsty - tłumaczył doświadczony przeor Kazimierz. - To przecie dzieciuchy, ledwie odrosłe od ziemi. Dopiekłeś im do żywego nadmierną surowością, toteż podziękowali ci, jakeś zasłużył.

- Bogu jedynemu służyłem i Chrystusowi - odpowiadał hardo brat Zygfryd. - Naszemu pobożnemu zgromadzeniu zakonnemu i Ojcu Świętemu w Rzymie. Nikomu więcej. A o moich powinnościach chrześcijańskich nie musi mi przeor przypominać, bo je dobrze znam. Hańby jednak zadanej, a przez to i świętemu zakonowi jezuickiemu, nie mogę darować. I nie daruję...

- Źle czynisz bracie i bacz, byś dobrem zakonu i ochroną jego godności nie zasłaniał swojego grzesznego uporu. Bogu najwyższemu dziękować powinieneś, iżeś z obieży uszedł; że ci jest oszczędzone drugie oko, abyś na boży świat spoglądał.

- Jeśli się Bogu spodoba, bym zemsty dokonał - to jej dokonam! Jeśli zaś abym zginął, to zginę - odpowiedział stanowczo brat Zygfryd i już nie rozmawiano o tym więcej.

Nie pomogły perswazje i prośby zakonników, znających powikłania ludzkich losów. Widać w bracie Zygfrydzie – starym, służałym wiarusie, obudziło się wojskowe poczucie honoru. Szmat życia przeminął mu w służbie, w nieustannych marszach, pochodach, bitwach i wojnach, w których więcej niż sto razy życie na hazard wystawiał. Żadnej, nawet najdrobniejszej rany jednak nie odniósł. Dopiero teraz i to od dwóch basałyków ledwo od ziemi odrosłych… Od prostego gemajna doszedł do znacznych szarż, lecz w którymś momencie rzucił wszystko i do zakonu wstąpił. Reszty świata i spraw jego znać już nie chciał. Nikt jednak nie wiedział dlaczego tak uczynił. Może to jakieś grzechy młodości, niespełniony afekt; może żołnierskie swawole albo krzywdy wyrządzone niewinnym, zabolały go tak w sumieniu, że chciał je w bliskości bożej odkupić i przebaczenie wyjednać.

Nie mogąc znieść spostponowania swej godności oficerskiej, jeszcze nie w pełni wyzdrowiały, po trzech niedzielach zaledwie, postanowił wyruszyć w ślad za zbiegami. Tak jak stał, w starym połatanym habicie, z kosturem podróżnym w ręku i węzełkiem jakiegoś nędznego prowiantu. Niczego innego ojciec Kazimierz z klasztoru zabrać mu nie pozwolił, a na drogę, miast błogosławieństwa, przykazał surowo i stanowczo:

- Jeśli idziesz bracie Zygfrydzie, zemsty jeno dokonać na dwóch małych dzieciuchach, tedy jużeś mi nie brat zakonny lecz łotr, chrześcijańskiego miana niegodny! Nie masz tu już ani domu, ani prawa powrotu. Mam ja moc swoją przeorską, aby cię do klasztoru nie wpuścić, i do Generała Jezuitów zwrócić o wykluczenie cię z całej zakonnej wspólnoty. Wybieraj!

Ku żalowi poczciwego przeora Kazimierza, brat Zygfryd nie zrezygnował ze swoich zamiarów. Jeszcze przed modlitwą na jutrznię, wymknął się przez klasztorną bramę. Nikt go nie wstrzymywał, ani nie pobłogosławił na drogę. Odszedł bez słowa, patrząc na świat jedynym okiem, z którego wyzierała nienawiść. Tuż za zakrętem gościńca, w niewidocznym od bramy klasztornej miejscu, przyłączył się do niego strażnik klasztorny Miron Kuna, ów zraniony pachołek - halabardnik. Chłop z dawna wojskowy, wielki jak góra, niepospolicie sprawny i silny. Tak samo jak Zygfryd zapiekły w nienawiści i pragnieniu zemsty. Szli obok siebie ramię w ramię, bez słowa ale połączeni w złowrogim porozumieniu, a ich żołnierskie natury podpowiadały im, gdzie krzywdzicieli szukać należy.

Przeor Kazimierz bolał nad tym, co się stało i wyrzucał sobie, że zaniedbał troski o najmłodszych scholarów. Zbyt zaufał bratu Zygfrydowi i dopuścił do nadmiernej surowości. Tym bardziej, że wiedział, kogo w osobach rudowłosych bliźniaków do konwentu przyjmuje. Pamiętał dokładnie ów wczesny poranek, kiedy dano mu znać o przybyciu jakichś nietypowych gości. Ujrzał przed sobą dwóch skromnie odzianych, rudowłosych malców, cierpliwie czekających na otwarcie bramy. Za całe swoje wyposażenie mieli tylko niedużą, choć prawdziwie bojową szabelkę i przepięknej roboty, gęsto drogimi kamieniami wysadzaną, pułkownikowską buławę.

Z listu, jaki mu z garścią czerwonych złotych na koszty utrzymania wręczyli, dowiedział się dokładnie, kim są i dlaczego ich tu przysłano. Opiekun, który ich przywiódł, wolał pozostać nieznany. Musiał być jednak autorytetem dla urwisów, skoro czekali cierpliwie, aż ich do konwentu wpuszczą.

Przeor Kazimierz po odejściu z klasztoru brata Zygfryda zapisał list, chcąc jego treścią zapobiec ciężkim wypadkom, jakie mogły nastąpić. Jeszcze tego samego dnia pchnął roztropnego posłańca do adresata listu. Czuł sam, że tak właśnie będzie najuczciwiej i najlepiej.

Po tych dramatycznych wypadkach życie klasztoru powróciło do codziennego mozołu, w którym najpocześniejsze miejsce zajmowały modlitwy w intencji wyprawy Króla Jana III Sobieskiego. I nikt nie przypuszczał, że będą trwać aż do samych Śnieżnych Godów.

-  -  -

Rozdział 4

Po korpusie husarskim szły dobrze okryte chorągwie pancerne: - ciężka, wyborowa konnica do decydujących, czołowych uderzeń wszędzie tam, gdzie nie można było używać husarii, albo gdzie należało dać jej silne wspomożenie. Dziś szło na odsiecz Wiedniowi pancernych aż osiemdziesiąt i cztery chorągwie. Ponad dziesięć tysięcy rycerstwa z całego słowiańskiego kraju.

- Przyjrzyj się Wasza Królewska Mość - zwrócił się dumny hetman Jabłonowski pochyliwszy się nieco ku Królowi. - Niemce i Austriaki nadziwić się nie mogą, jakie to wspaniałe wojsko wiedzie pod Wiedeń Król Jan III. Zastanawiają się teraz pewnie i obliczają skwapliwie, iluż to piechurów, albo prostych dragonów, można by wystawić za jeden husarski poczet.

- O to mi właśnie chodzi, mości hetmanie - odrzekł na to Król. - Wiem, że dziś jeszcze wyślą najszybszych kurierów z listami do Papieża i Cesarza Leopolda, by o wszystkim donieść. A ja chcę, aby potęga Królestwa Polskiego respekt wzbudzała.

- Jesteś Królu równie świetnym wodzem, jak dyplomatą i statystą - skwapliwie przyznał hetman. - A co powiedzą, gdy dołączy do nas korpus litewski z obu hetmanami?

- Hetman Sapieha winien się pośpieszyć – odrzekł na to Król. – Ale nie zamierzam zbyt długo na Litwę czekać. Czas nagli niezmiernie. Cesarski Wiedeń jest już od ponad miesiąca oblężony i codziennie silnie szturmowany. Dobywa zapewne już ostatnich sił, ale musi wytrwać za każdą cenę.

Król wiedział, że tatarskie zagony Hadżi Gereja, poprzedzając tureckie siły główne, rozlały się po całym rakuskim kraju i jak sfora wściekłych psów po barbarzyńsku pustoszyły kwitnącą ziemię austriacką. Szły pod miecz tysiące cesarskich poddanych i tysiące pędzono batogami w jasyr.

Po ucieczce cesarza Leopolda I do Lintzu, jedynie książę Karol Lotaryński z resztkami austriackiego wojska stawiał zacięty opór gdzie tylko było możliwe. Mimo miażdżącej przewagi tureckiej zachował znaczne siły zdolne do aktywnej walki. Co w kampanii odsieczowej mogło mieć ogromne znaczenie. Póki walczą - wojna jeszcze nie przegrana.

Wielkie zasługi w obronie kraju cesarskiego oddała także trzytysięczna dywizja polskiej ciężkiej jazdy, pod wodzą generała Hieronima Lubomirskiego. Król Sobieski wiedział także, że te siły są daleko niewystarczające, aby mogły dać odczuwalną pomoc Wiedniowi. Tureckie podjazdy rozpoznawcze były często większe od całości chrześcijańskich sił cesarstwa.

Tymczasem głównodowodzący obroną Wiednia, doświadczony i do zuchwalstwa odważny generał Rudiger Starhemberg, również czynił absolutnie wszystko co było możliwe, dla odparcia tureckiego naporu. Niezwykle oryginalnymi formami aktywnej obrony wiązał o wiele znaczniejsze siły nieprzyjaciela niż było potrzeba do oblężenia. Zwabiał w pułapki i wyniszczał ogniem z armat całe janczarskie orty. Zużywał ich wojenne zasoby przywleczone pod Wiedeń. Zdawał sobie jednak sprawę, że bez pomocy z zewnątrz - Wiedeń wcześniej czy później paść musi...

W ogromnym morzu namiotów siedmiu tureckich obozów, rakuska stolica była tylko niewielką wysepką, wzywającą kościelnymi wieżami bożej pomocy w tym śmiertelnym zagrożeniu. Sam tylko seraj - kwatera Kara Mustafy, pełna licznej służby, kobiet-nałożnic, eunuchów-strażników, zwierząt, zbytków i luksusów, zajmowała powierzchnię niemal równą Wiedniowi. Cud boski zapewne sprawił, że miasto nie padło już po pierwszych szturmach. Niebo nad stolicą od wielu już nocy rozjaśniane licznymi łunami gorejących wsi, miasteczek i miast, coraz bardziej wokoło ciemniało i zasnuwało się dymami, na znak, że nieprzyjaciel zapanował już wszędzie.

A jednak wola walki wśród obrońców trwała, a nawet wzmacniała się coraz bardziej. Także dzięki umyślnym ochotnikom-straceńcom, potrafiącym przekradać się z miasta poprzez gęstwinę tureckich namiotów i straży. Pierwszym ofiarnym zuchwalcem był Polak - Franciszek Kulczycki. On to, wraz ze służącym i przyjacielem Serbem - Jerzym Mihajloviciem, aż czterokrotnie przekradał się przez pierścień oblężenia. Za trzecim razem przyniósł miastu nadzwyczaj szczęsne wieści, że polska armia odsieczowa, pod wodzą Króla Jana III Sobieskiego, śpieszy wielkimi pochodami na pomoc Wiedniowi.

Że zaktywizowały się wielkie siły europejskiego chrześcijaństwa, by zażegnać burzę zawisłą nad całą południową flanką katolicyzmu. Na zaciągi i potrzeby wojenne Ojciec Święty, słał wielkie kwoty zainteresowany jak najszybszym przygotowaniem potężnej armii odsieczowej. Z krain cesarstwa maszerowały pośpiesznie korpusy jazdy i piechoty elektorów zobowiązanych do wojny obronnej.

Wszyscy wiedzieli, że upadek Wiednia - to otwarcie bramy, przez którą wedrą się do Europy nieprzeliczone rzesze wyznawców Allacha. Potem dojdą aż do brzegów morza Bałtyckiego i Północnego. To oznaczało zagładę milionów wyznających Chrystusa i zbezczeszczenie tysięcy kościołów pozamienianych w meczety. Dlatego wiedeńskiej bramy do chrześcijańskiego świata należało bronić za wszelką cenę, albo... zginąć.

W Lechistanie tysiącami szli ochotnie do szeregu doświadczeni żołnierze. Garnęli się młodzi, zdrowi i silni pachołkowie do piechot, dragonów i lekkich znaków.

Szły także liczne, dobrze okryte poczty szlacheckie do chorągwi pancernych i husarskich. Wielki wojenny zapał ogarnął wszystkie ziemie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Opóźnione oddziały i poczty pośpieszały forsownymi marszami za siłami głównymi, aby jeszcze przed Wiedniem do armii odsieczowej dołączyć. Polska armia przez to z każdym dniem potężniała, aż stała się największą siłą wojsk sojuszniczych.

Szli za wojskiem pojedynczo i grupkami także wolentarze, których kusiła wielka rycerska przygoda i bogate łupy, jakich się na Turkach spodziewali. Wielu z nich wiodła także nadzieja krwawej zemsty za doznane krzywdy od wyznawców półksiężyca.

*

Błędnymi drogami, a często i bezdrożami podążali za armią także dwaj zupełnie mali chłopaczkowie, rudowłosi bliźniacy - zbiegli z jezuickiego Konwentu, chcąc także dołączyć do odsieczy. Po wielu dniach wędrówki sczernieli i zmarnieli okrutnie, ale maszerowali jednak wytrwale.

 - Maszerujem tak długo, a królewskiego wojska - odezwał się niosący przytroczoną do pleców szabelkę. – Na koniu dognaliby my prędzej wojsko Króla Jegomości.

- Skąd weźmiesz konia? - odpowiedział drugi, niosący w zanadrzu srebrzystą buławą. - Kraść przecie nie można!

- Pewnie, że nie można. Ale to nie honor szlachcie piechotą stawać w szeregu.

Szli dalej w milczeniu, ale widać było, że obaj obmyślają sposób przyśpieszenia marszu do Króla.

- Wiem! Przedajmy oćcową buławę - powiedział niosący ją chłopiec. I dla usprawiedliwienia swojego pomysłu dodał: - Odkupim ją potem za zdobycz turecką?

- Chyba nie mamy innego sposobu. Szlachta tylko na koniu zaciąg uczyni. Jak nasz ociec pułkownik czynił.

Pod wieczór dotarli do Olkusza. Na rozstajach przed miastem ujrzeli starą, żydowską karczmę. Mieli nadzieję, że Żyd-karczmarz będzie miał konie na sprzedaż.

Za bogatą buławę mógłby im dać dobrego konia ułożonego pod wierzch. I nie pomylili się. Na widok pułkownikowskiego znaku chytremu Żydowi oczy się roześmiały. Nie dał jednak po sobie poznać, że oddałby za nią połowę swojej karczmy.

Długo mlaskał i cmokał, głową niby niezadowolony kręcił, aż w końcu zgodził się zamienić ją na konia ze starym siodłem. Dodał im dwie wyleniałe wojskowe czapki rysiowe. A narzekał przy tym, a stękał i kwękał, jaki to kiepski interes robi z wielgomożnymi panami „ślachtą”. I jak wiele na tym traci.

Chłopcy się nie targowali. W mroku stajni nie widzieli, że biorą od Żyda starą, okrutnie spracowaną chabetę. Ale koń dla nich, to szlacheckość i możliwość szybszego przybycia do Króla. I tylko to się dla nich liczyło. Sprytny Żyd ręce zacierał z radości. Szkapa i tak by niedługo zdechła, a ile by jeszcze do tego czasu zjadła owsa. Nawet przez myśl mu nie przeszło, jak bardzo ukrzywdził naiwne, polskie sieroty. Lecz on miał swoje żydowskie kalkulacje i dalekie od chrześcijańskich interesy.

Po krótkim śnie w polu, już o brzasku, chłopcy dosiedli wierzchowca, mieszcząc się swobodnie w dwóch w starym siodle. Tak im się do Króla śpieszyło, że często zapominali zmęczonego konia napoić i nakarmić. Starej szkapinie sił ubywało i w końcu, mimo poganiania, ledwo się wlokła. Z głodu pojadała ziele z boku gościńca, bo chłopcy nie mieli czym jej nakarmić.

Obaj też głodowali, żywiąc się byle czym. Samotni, bez opieki i na pozór bezbronni chłopaczkowie wydawali się łatwym łupem dla różnych łotrów rozbijających na gościńcach, oszustów i handlarzy „żywym towarem”, jakich w owych czasach nie brakowało. I znalazł się nie jeden taki, co się poważył zaczepić chłopców. Chciał ich podstępnie zniewolić, uprowadzić do rakuskiego kraju aby tam sprzedać Turkom do janczarów. Nadawali się też na pachołków do posługi albo żebraniny. A że chłopaczkowie nie posłuchali namowy, chciano ich brać siłą, licząc iż łatwo sobie z nimi poradzą. Ale ci tylko na pozór bezbronni malcy pozostawili w piachu gościńca drgające ciało łotra z rozwalonym łbem albo poderżniętym gardłem. Ich chłopięca szabelka potrafiła zabijać jak każda inna, a wiewiórcza zwinność obojga nie dawała łotrom żadnych szans.. Kiedy musieli ukąsić - kąsali skutecznie.

Goniąca resztkami sił żydowska szkapina dotarła wreszcie do wielkiego wojskowego obozu i okrążywszy go od zachodu, przy resztach gasnącego dnia, padła pod wielką kępą gęstej tarniny.

Chłopcy pozostali tam na noc, przy stygnącym ścierwie konającego koniska. Spodziewając się, że tędy właśnie pociągnie biwakujące opodal całe wojsko. Będzie z nim na pewno Król - Jan III Sobieski, do którego przecie tak uparcie dążyli. W ciągu pogoni za Królem przemienili się w brudne, żebracze pacholęta, i - gdyby nie szabelka - nikt by nie dostrzegł ich szlachectwa.

*

Chłopcy nie wiedzieli jednak, że ich śladem podążali dwaj groźni mściciele: - jednooki brat Zygfryd, z bagnetem skrytobójcy ukrytym pod habitem, i jego wierny pachołek - Miron Kuna, zbrojny w piechocińską szablę. Obu ich wiodła zapiekła w sercach nienawiść i poczucie krzywdy. Tym właśnie boleśniejsze, że doznane od małych dzieciuchów, co było plamą na honorze dorosłego męża.

Wojskowa intuicja, podpowiadała im, że krzywdzicieli znaleźć mogą przy oddziałach polskiego wojska, idącego w odsiecz Wiedniowi. Tam też uparcie podążali...

Ciągnęli za armią także inni ochotnicy, zbierając się dla bezpieczeństwa w większe zbrojne grupy. Czasem do piechot się zaciągając, albo do dragonów królewskich. Szło także różne podejrzane tałatajstwo, jakie się zwykle za każdym wojskiem pałęta, często kradnąc, rabując i roznosząc choróbska.

Tych Król Sobieski nakazał wojskowym żandarmom przed granicą państwa zatrzymywać i z powrotem do kraju zawracać. Nieposłusznych pętać i wywozić, batów nie żałując. A rozbijających i rabujących przy gościńcach gardłem na miejscu karać. Szlak przemarszu wojska musiał być całkowicie bezpieczny, dla stałej łączności z krajem, transportu zdobyczy wojennej i odwożonych z powrotem rannych i chorych.

Wielu maruderów bocznymi drogami, bezdrożami, przesmykami i lasami przedzierało się jednak w pobliże wojska. Nie mało z nich wyłapali powstańcy węgierscy - kuruce księcia Imre Tokoliego. Część zgładziły patrole cesarskie, albo pobrały w jasyr zapędzające się aż na Słowację tatarskie watahy.

Mimo to, pomiędzy oddziałami wojska zachowały się odważniejsze niewiasty, które żołnierzom usługiwały jako handlujące markietanki, albo powłócznice - opiekujące się rannymi, czy chorymi. Żyjące z datków za pranie, warzenie jedzenia, szycie albo wręcz z jałmużny.

Był jeszcze jeden wytrwały wędrowiec, który ominął wszystkie zapory i przeszkody. Był to stary królewski weteran, uczestnik obrony Kamieńca Podolskiego - Żmudzin Piętka.

Żadnej kompanii z nikim nie szukając, samopas - tylko ze starą, litewską sulicą-rohantyną na ramieniu podążał wytrwale tam, gdzie spodziewał się zastać Króla. I tylko on jeden znał tę ważną przyczynę, dla której tak właśnie czynił.

-  -  -

Rozdział 5

Tymczasem, wciąż jeszcze daleko od Wiednia, Król Jan Sobieski lustrował defilujące po husarii i pancernych chorągwie jazdy lekkiej - inaczej wołoskimi nazywane. Dowodzili nimi najwytrawniejsi kresowi zagończycy, których wojna rodziła i żywiła. Nierzadko też - morzyła. Ale ci, co przetrwali na kresowych stanicach, twardzi byli jak hartowne żelazo.

I nikt tak jak oni nie nadawał się do zwiadu, zasadzek, do zdobywania języka, jak też do obrony obozu, czy taboru.

Część konną pokazu wojsk zamykali najbardziej chyba przez Króla hołubieni - jako nowość w koronnym wojsku - dragoni, co się jako "smoki" na polską mowę tłumaczy. Dobierano do nich ludzi niższego stanu, ale zawsze chłopów na schwał, barczystych, rosłych, silnych i tak do bitki chętnych, jakby to była zabawa w karczmie, a nie hazard ze śmiercią. W Królu swym, wodzu i ojcu - jak między sobą Jana III Sobieskiego nazywali - tak rozmiłowani, że poszliby za nim nie tylko na Turka, ale i na samego diabła, by go z piekieł na światło dnia za rogi wywlec. Król szczególnie ukochał tę swoją konną piechotę. Troszczył się o jej barwę, wyposażenie i żołd, który nie raz i nie dwa z własnej szkatuły wypłacał, gdy publicznego grosza na dragońskie chleby zabrakło. Odpłacali się oni za to Królowi najlepszą, najwierniejszą służbą i nigdy go nie zawodzili.

Teraz, na jego czapkowanie i pozdrowienie wojskowe odkrzyknęli tak ochotnie, aż się cudzoziemskie konie spłoszyły i wielkie zamieszanie uczyniły wśród rezydentów. Przez kilka pacierzy trzeba było w ich szykach na nowo ład wprowadzać. Król Sobieski był temu wielce kontent i wąsa z uśmiechem podkręcał, oczekując z rozjaśnionym obliczem na przemarsz następnych oddziałów. Po dragonach miała przejść grupa regimentów polskiej piechoty cudzoziemskiego autoramentu, co oznaczało dowodzenie przez oficerów - obcokrajowców i komendę w obcej mowie.

Regimenty były jeszcze dość daleko i pierwszy z nich mógł nadejść dopiero za dobrych kilka pacierzy, chociaż słychać było już wyraźnie odgłosy bębnów, w które bili młodzi dobosze.

W tym to momencie, wszyscy obecni mieli niezwykłą sposobność ujrzeć widok wręcz symboliczny i niezrównany w swym pięknie. Oto husarie i pancerni, oddaliwszy się już znacznie, ciągnęły długim, wielobarwnym wężem krętą drogą w dolinie, wprost ku łukowi wyrazistej tęczy, jakby niebiańskiej bramie. Skrzyły się w tęczowych blaskach pancerze i ostrza broni, mieniły się kolorowe proporce i sztandary, a nad nimi, wysoko w górze, kołował olbrzymi, biały orzeł i pokrzykując raz po raz, jakby idące wojska wprost z niebios błogosławił.

Na ten przecudowny, jakby specjalnie przez Opatrzność namalowany widok, niejedne ręce złożyły się do modlitwy, niejedne usta pacierz szeptać poczęły. Ale i niejedno serce ścisnęło się boleśnie. Bo oto kwiat polskiego rycerstwa i żołnierstwa wstępował na obcą ziemię, idąc w dalekie kraje - nie na igrzyska, czy zabawę, ale na bój śmiertelny w obronie chrześcijaństwa i całej Europy.

Iluż z maszerujących zginie, ilu zemrze od ran i chorób; ilu kalekami zostanie? Ilu złoży głowy w obcej ziemi i nigdy w rodzinne strony nie powróci?

Cisza nastała wokoło taka, jakby wszyscy jednocześnie o najgorszym pomyśleli. Słychać było tylko dalekie dudnienie bębnów nachodzącej piechoty i pokrzykiwanie z wysoka kołującego majestatycznie orła. Król Jan III, który wzruszał się przy takich okazjach, teraz - ochłonąwszy z pierwszego wrażenia - zawołał do tych, którzy się przy nim widok ten podziwiali:

- Do góry głowy, mości panowie bracia! To przecie tak, jakby nam sam Pan Bóg drogę marszu wskazywał i w postaci orłowej, jako Duch Święty tej wielkiej wyprawie w obronie wiary ojców i dziadów błogosławił! Prośmy Go przeto, abyśmy pod Wiedniem onych bezecnych Turków zastali i pobić orężem mogli! Niech nietrudno będzie w Polsce o tureckie konie i rzędy; niech nie braknie tureckich kobierców i szat, złota i kosztowności, jakie na bisurmanach zdobędziemy...

- I niech nie zabraknie tureckich rabów do gnoju najsposobniejszych, bo wina te antychrysty robią cienkie, a gorzałki i piwa zgoła nie znają... - Dopowiedział ktoś z dalszych szeregów chrapliwym, od mocnych trunków zniszczonym głosem. Bywali na królewskim dworze od razu rozpoznali głos pana Bonifacego Jana Korycińskiego.

- Cicho tam waść!! - krzyknął nań rozgniewany hetman wielki Stanisław Jabłonowski, który nie znosił królewskiego cyrulika, za błazna, warchoła i nicponia go uważając.

Nikt już jednak na pana Korycińskiego nie zdążył zwrócić uwagi, bo nagle z szeregów królewskich gwardzistów, ochronę nad Królem sprawujących, wyskoczyli jak dwa pociski, młodzi porucznicy: - Stanisław Żwirski i Stefan Reginis.

Od pierwszego końskiego kroku wpadając w szaleńczy cwał, popędzili w kierunku gęstych tarninowych zarośli, ciemniejących po drugiej stronie gościńca. Naprzeciwko miejsca, gdzie stał Król. W pędzie już będąc, dobywali broni, a po kierunku ich jazdy patrząc, wszyscy zgromadzeni mogli dostrzec w tarninowych krzewach jakiś podejrzany ruch. Ktoś się tam niewątpliwie ukrywał, mając zapewne złe zamiary. Jeśli czyhał na osobę Króla, to stamtąd miał idealną sposobność, aby oddać skrytobójczy strzał z kuszy albo muszkietu.

Król nie miał na sobie nawet paradnego półpancerzyka i stać się mogła niewybaczalna tragedia. Tak straszna, że zaciążyłaby na losach nie tylko wyprawy odsieczowej, ale i całej chrześcijańskiej Europy. Może i całego chrześcijańskiego świata. Zapewne obaj oficerowie byli świadomi niebezpieczeństwa zawisłego nad Królem, bo tak końmi manewrowali, aby wystrzeloną kulę lub grot z kuszy przyjąć na siebie. Porucznik Żwirski, nie wstrzymując nawet konia, wprost z siodła z szablą w dłoni, skoczył w gęste zarośla. Reginis tymczasem objechał krzewy, aby nikt stamtąd uciec nie zdołał.

 Ale niczego tam, prócz padliny wychudzonej szkapiny, nie znalazł. Czekał jednak gotów do walki, cokolwiek by Żwirski z zarośli wypłoszył. Skoczyli też w tamtą stronę piechurzy z ochrony królewskiej, dobywając w biegu szabel, by w razie konieczności pomoc nieść. Ale było to zbyteczne, ponieważ Żwirski, po krótkiej szamotaninie w krzewach, wydobył z gęstwiny jakieś dwa wierzgające tłumoczki. Śmiejąc się w głos - postawił je na gościńcu aby Król, cudzoziemcy i towarzystwo mogli je zobaczyć.

Oto przed roześmianym oficerem stali dwaj zupełnie mali chłopcy - najwidoczniej bliźniacy, bo podobni do siebie jak dwie krople wody. Jeden z nich miał przewieszony przez ramię niewielki tobołek podróżny z jedzeniem, drugi zaś przytroczoną ukośnie do pleców lekką szabelkę w pochwie.

Rękojeść jej wystawała mu wysoko ponad głowę. Tę właśnie część szabli obaj oficerowie mogli wziąć za lufę samopału albo muszkietu, czy też innej miotającej broni, zaczajonego w chaszczach skrytostrzelca.

Potężny niczym topola i przystojny jak malowanie porucznik Żwirski, trzymając obu wyrywających się chłopców za kołnierze złachmanionej odzieży, coś im łagodnie tłumaczył. Obaj nagle przestali się szamotać i spojrzeli jednocześnie na grupę dostojników. Król, bardziej zaciekawiony niż zaniepokojony, przybliżył się na kilka kroków, a za nim inni także postąpili końmi, by osobiście zobaczyć, co też się właściwie wydarzyło.

Na widok obu chłopaczków, spoglądających spod zbyt wielkich rysiowych czapek, Król rozjaśnił twarz uśmiechem i już chciał chłopaczków zapytać, co by za jedni byli. Nie zdołał jednak, bo nagle rozległ się krzyk pana Korycińskiego, który wreszcie - po wielu nieudanych próbach - zdołał się dopchać w pobliże Króla. Widząc zatrzymanych na gościńcu małych obszarpańców, nie zorientowany w sytuacji, albo jeszcze nie wytrzeźwiały, ryknął głosem wielkim:

- Aaa hultaje! Łotry! Zbiry! Oczajdusze, pokraki, złoczyńcy, szelmy z piekła rodem!!! Na mojego Króla się zdradziecko zasadzacie!? Dam ja wam!!!

 I nim ktokolwiek zdołał zareagować, zeskoczył z konia, wyszarpnął z pochwy swoje stare, zardzewiałe od bezczynności szablisko, i wzniósłszy je ponad swą malowniczo łysiejącą głowę, ostro natarł na chłopców. Żaden z obecnych nie zdążył ruszyć ani ręką, ani nogą, by chłopców od cięcia osłonić. Albo szalonego golibrodę powstrzymać. Nawet szybki jak iskra Żwirski patrzył jak skamieniały, nie wierząc w to, co własnymi oczyma dostrzega.

Pozostali przymykali z przerażenia powieki przewidując, że wzniesiona szabla Korycińskiego zaraz spadnie na głowy nieszczęsnych dzieciuchów, uśmiercając ich na miejscu. Dech w piersi zaparło nawet doświadczonemu w mnogich wojnach Królowi…

Ale stało się coś, czego nikt by się po takich malcach nie spodziewał. Oto gdy pan Koryciński ze wzniesioną szablą zbliżył się na odległość ciosu, nagle ten, który miał przytroczoną do pleców szabelkę, pochylił się mocno ku przodowi. Drugi zaś - postąpiwszy krok naprzód, jednym zdecydowanym szarpnięciem wyrwał oburącz żelazo z pochwy i tym samym ruchem, wykonał tak szybkie cięcie, że żadne oko nie uchwyciło nawet błysku ostrza. Rozległ się tylko ostry, przenikliwy świst, a potem suchy trzask, jakby przełamywanej gałązki.

To koniuszek ostrza szabelki przejechał jak błyskawica po lśniącym od potu czerepie królewskiego golibrody. Chłopak po cięciu odskoczył dwa kroki w tył i trzymając broń przed sobą, gotów był do zadania drugiego ciosu. Z zaczerwienionej końcówki ostrza szabelki uniosła się cieniutka smużka pary - to zadymiła wzburzona wielce, szlachetna krew samozwańczego, królewskiego obrońcy. A onże sam, znieruchomiały po ciosie jak opasły buhaj, młotem rażony w ubojni między oczy, przewalił różnokolorowymi i zezowatymi ślepiami tak, aż mu źrenice pod górne powieki uciekły. Trzymając jeszcze wzniesioną prawicę z szablą, opadł na kolana i rozwarł palce zaciśnięte na rękojeści broni.

Nim jednak spadająca szabla dotknęła piachu gościńca, drugi z chłopców skoczył jak żbik i w locie żelazo pochwycił. Trzymając broń w obu rękach, stanął przy ramieniu brata.

Odbyło się to wszystko tak szybko, że nikt nawet nie drgnął, aby cokolwiek uczynić. Jakby obytych po wielokroć w śmiertelnych zmaganiach żołnierzy i dowódców paraliż chwycił; jakby ich ruchy i mowa odjęte zostały tajemnymi mocami.

A tymczasem olbrzymie cielsko usieczonego golibrody ważyło się na kolanach niezdecydowane na którą stronę się zwalić. Czy w tył - śmierć niechybną wróżąc, czy w przód - nadzieję na przeżycie sygnalizując. Wreszcie ogromne brzuszysko przeważyło i pan Bonifacy grzmotnął na twarz, rozbryzgując rzadkie błoto, jakie się zebrało w zagłębieniu drogi. Z rozciętego głęboko czoła wypływała obficie krew ofiarnego sługi królewskiego, mieszając się z końskim gnojem na gościńcu. Pierwsza polska i chrześcijańska krew w tej świętej wyprawie przelana została!

Po chwili kilku bardziej bystrych pachołków z piechot skoczyło ku chłopcom z dobytymi szablami, aby pomścić pana Korycińskiego, lecz Król uprzedził akcję, wołając gromko:

- Stać! Szable do pochew!!! – Po czym, zwróciwszy się bezpośrednio ku najeżonym jak żbiki malcom, zapytał z groźbą w głosie: - A waszmościowie coście za jedni!?

Porucznik Żwirski, któremu jako urodzonemu żołnierzowi i mistrzowi szabli, piorunująca akcja bojowa chłopców nadzwyczaj się spodobała, chciał łobuziaków nieco obłaskawić i przed Królem ośmielić. Dlatego szepnął im z cicha:

- Odpowiadajcie szybko, ale grzecznie basałyki! Przed Najjaśniejszym Panem naszym, Królem Janem Sobieskim stoicie!

Na te słowa chłopcy szybko ściągnęli z głów swoje, zbyt wielkie i spadające na oczy rysiowe czapki. A wtedy - jakby ktoś złocisto-czerwone pochodnie zapalił. Tak zajaśniały ogniście rude czupryny obu bliźniaków. A ten, który jednym ciosem szabelki pana Korycińskiego w błoto gościńca powalił, odważnie i śmiało odpowiedział Królowi:

- Żołnierze my naszego Króla Jegomości!

Drugi zaś, tak samo hardo dopowiedział:

- Na Turka z wojskiem idziem! Oćca naszego pomścić!

Król Jan Sobieski, chociaż żal mu było leżącego bez ducha nieszczęsnego golibrody, ledwie mógł utrzymać właściwą królewskiemu majestatowi powagę. Z trudem hamując śmiech, z marsową miną indagował urwisów dalej:

- A jakże się acanowie nazywacie, wy - którzy pod bokiem królewskim żołnierzy moich uśmiercacie!?

- Jam jest Michał! - Zawołał śmiało pogromca pana Korycińskiego.

- A mnie zwą Jerzy! - Dopowiedział drugi.

I zaraz potem równo i rytmicznie, jakby kto do marszu na bębenku wybijał, obaj zawołali:

 - My są Wo - ło - dy - jow - scy... Pułkownika Wołodyjowskiego synowie!

-  -  -

Rozdział 6

W pamiętnym Anno Domini 1410 polski Król Władysław Jagiełło, poprowadził poza granice kraju wojska polsko-litewskie, by zmiażdżyć krzyżacko-teutońską butę pod Grunwaldem. Po prawie trzech wiekach - król Jan III Sobieski także wiódł na obcą ziemię największą potęgę Lechistanu, jaką kraj mógł wystawić. Ale w jakże odmiennej sytuacji.

Król Jagiełło szedł z wojskami na północ, wbrew woli Ojca Świętego i chrześcijańskiej Europy, przeciwko czarnemu krzyżowi na płaszczach rycerskich mnichów, którzy ogniem, mieczem i podstępem wdzierali się w granice Polski, Litwy i Żmudzi.

Król Jan III Sobieski zaś prowadził wojska ku południowi, na ziemię Cesarstwa, lecz nie jako wróg germańskich nacji, ale sojusznik, obrońca i zbawca. W świętym przymierzu z Ojcem Watykańskim i Cesarzem Leopoldem I; w obronie tego samego krzyża chrystusowego, zagrożonego od zwycięskiego półksiężyca.

Dzięki swemu sprawnemu wywiadowi Król Jan Sobieski już w lutym wiedział dokładnie o zatknięciu wojennych buńczuków w Stambule i wydanym przez sułtana Mehmeda IV rozkazie rozpoczęcia dżihadu - świętej wojny z niewiernymi. Znał czas i miejsce koncentracji tureckiej armii pod Adrianopolem. Wiedział o kierunku wyprawy, jego celach i jakimi siłami będzie dysponował serdar Kara Mustafa. Za młodu zwany Wschodzącym Słońcem Wojny. Ten sam, który pod Chocimiem i Kamieńcem wiele już krwi chrześcijańskiej rozlał. A teraz będący u szczytów sławy i władzy wojskowej, jako drugi po sułtanie władca nieogarniętego imperium otomańskiego.

Król Jan rozumiał doskonale, że musi w czas poznać siły i zamiary nieprzyjaciela, ilość wojsk, uzbrojenie i zdolności manewrowe. To dzięki królewskiej wiedzy i doświadczeniu zdołano wytworzyć w kraju nastrój wojenny i przeforsować konieczność wystawienia ofensywnej armii. W miarę sprawnie zebrano znaczne podatki wojskowe na zaciągi do piechot i dragonów oraz zakup niezbędnych ilość koni, wozów taborowych, broni i barwy.

Od czasu zwycięstwa chocimskiego Król Jan III pozyskał wielu ludzi polityki, a także doświadczonych dowódców wojskowych, dla swoich politycznych racji. Pierwsi byli obaj koronni, hetmani wielki – Stanisław Jabłonowski i polny – Mikołaj Sieniawski, a także wielu pułkowników i rotmistrzów, z którymi liczne kampanie wojenne i pochody odbywał; zwycięskie bitwy staczał w obronie granic. Jednym z najbliższych był najlepszy artylerzysta i dowódca - Generał Marcin Kątski; a drugim sławny organizator piechoty cudzoziemskiego autoramentu - pułkownik Henryk Ginter.

 Po nich liczni młodzi oficerowie do specjalnych poruczeń, a w tym – Francuz w służbie królewskiej Francis Dupont, Litwin - Stefan Reginis i Polak - Stanisław Żwirski. A także wielu, wielu innych wojskowych, różnej rangi i znaczenia. Czy to jednak wystarczy, aby nie tylko ocalić zagrożony Wiedeń, ale rozgromić zaborczego Turka. Czy trzeba nadal szukać wszędzie i pozyskiwać następnych sojuszników?

Król Jan III zdawał sobie sprawę z ogromu przedsięwzięcia odsieczowego i trudności, jakie ono ze sobą niesie. Zastanawiał się jednak po wielokroć, czy mu podoła. Jeszcze w czasie przygotowań prowadził długie dysputy z najbardziej zaufanym przyjacielem - koniuszym koronnym Markiem Matczyńskim, który nie raz służył Królowi mądrą radą.

- Wasza Królewska Mość – zaczął koniuszy któregoś wieczoru, tuż przed wyprawą. - Przygotowania są już właściwie zakończone. Wojska zgromadzone, dobrze okryte, ochota wojenna narasta. Daj rozkaz Najjaśniejszy Panie, a tysiące szabel ruszy na Turka.

- Mój Matczyński - odpowiedział na to Król. - Powinieneś wiedzieć, że dowodzi się nie samą szablą, lecz rozkazami. Nie obecnością we wszystkich miejscach naraz, lecz mądrymi komendami wydanymi przez zaufanych kurierów w odpowiednim czasie. Nie czuję jeszcze, że już mogę pokonać Kara Mustafę.

- Pójdzie z nami cała chrześcijańska Europa – rzekł na to pan Matczyński. - To potęga jakiej jeszcze nie było.

- Zwycięża się nie tylko mocą wojska, ale wykorzystaniem słabości przeciwnika; podstępem, fortelem, dzielnością i walecznością własnej armii.

- Ale prawda i sprawiedliwość boska jest z nami!

- Boska pomoc będzie nam bardzo potrzebna, ale szczęściu wojennemu trzeba pomagać. Przede wszystkim zbieraniem wiedzy o przeciwniku; o warunkach w jakich odbędzie się walna bitwa, o nastrojach wojska, jego kondycji i ochoty bojowej. Trzeba też pamiętać o kraju, pozostawionyn prawie bez armii.

- Nie toczymy z nikim wojny. Na granicach jest spokój.

- Mimo to muszę zaszachować jakimś podstępem zawsze groźną Moskwę i apetyty wiecznie prących na wschód niemieckich margrabiów. Muszę też wysłać kogoś dobrego dla dokonania dywersji na turecko-tatarskich tyłach, aby nie mogli stamtąd kierować nowych sił na front wiedeński.

- Masz Królu kozackiego atamana Stiepana Kunickiego - radził Matczyński. - To szalony watażka z wielkim mirem wśród kozactwa. Lubi się nurzać we krwi, jak ryba w wodzie. Jeżeli mianujesz go hetmanem kozackim, odda ci serce i duszę. Pójdzie z mołojcami na Sicz, Budziak, Zaporoże i aż pod Krym...

*

Z początkiem sierpnia 1683 roku, mianowany hetmanem kozackim Stiepan Kunicki, nieustraszony i wierny Sobieskiemu watażka, rozpalił ogień wojenny na całej południowej Ukrainie. Zaświecił w ślepia samemu Krymowi pożarami tatarskich ułusów, miast i portów nad Morzem Czarnym. Szalał tam przez całą jesień, wijąc się w ogniu wojny ze swoją armią jak salamandra. Ścinał, gromił, palił wszystko co tatarskie i tureckie. Tylko dzięki temu wiele tysięcy mahometan nie pośpieszyło na święty dżihad pod Wiedeń. Była to mistrzowska dywersja, która doskonale zabezpieczyła granice południowe Rzeczypospolitej. Przez cały czas kampanii wiedeńskiej żaden nieprzyjaciel nie poważył się wtargnąć na ziemie Korony czy Litwy.

*

Jeszcze przed wyruszeniem wojsk z Krakowa, Król chciał przeprowadzić rozmowę z hetmanem polnym Mikołajem Sieniawskim, by powierzyć mu niezwykle ważną misję na czas marszu pod Wiedeń. Nie wiedział tylko, jak dumny magnat na to zareaguje.

Król znał tych zadufanych w sobie karmazynów, przeczulonych na tle swej godności, wolności i przywilejów. Zwłaszcza pełniących wyższe funkcje wojskowe. Dla nich splendor zajęcia odpowiedniego miejsca w szyku bojowym przed bitwą, był ważniejszy od samej bitwy i zwycięstwa. Dlatego Król Jan musiał wiedzieć, który z nich, stając na zaszczytnym prawym skrzydle, będzie walczył jak lew, życia swego ani żołnierzy nie szczędząc. Za to dowodząc na lewym - mniej honorowym, lub co gorsza - w centrum, zadanie bojowe wykona jak z łaski. Jeżeli w ogóle obrażony pola nie opuści. A tak już nie raz bywało.

Wezwany hetman polny - Mikołaj Hieronim Sieniawski, równie jak hetman wielki Jabłonowski dufny w siebie magnat, wszedł do sali. Skłonił się nisko Królowi czapką do ziemi.

- Witam cię mości hetmanie, przyjacielu mój – powitał go Król wstając z siedzenia i obejmując ramieniem. - Cieszę się, że jesteś, bo zamierzam powierzyć ci misję, od której może zależeć los całej wyprawy.

- Jestem zawsze gotów, Najjaśniejszy Panie – odrzekł hetman polny, kłaniając się wojskowym obyczajem.

- Niebezpieczeństwo grozić ci będzie w każdej chwili, ale na czas przemarszu wojsk godne to ciebie zadanie bojowe. Nikomu innemu nie mogę go powierzyć, bo nie podoła.

- Sługam uniżony Waszej Królewskiej Mości - odpowiedział hetman polny, mile połaskotany słowami Króla. - Ty jesteś wodzem Królu, a ja prostym żołnierzem. Rozkazuj!

- Chcę, abyś wyruszył kilka dni wcześniej niż siły główne, na czele siedmiotysięcznego korpusu jazdy i prowadził go bezpośrednio w kierunku Wiednia. Szlakiem najkrótszym, wiodącym z Krakowa przez Bielsko, Cieszyn, i dalej - już na ziemiach ogarniętego wojną cesarstwa, przez Nowy Iczin, Lipnik aż do Ołomuńca. I tam zabezpieczony patrolami poczekał na mnie.

- Rozumiem, Wasza Królewska Mość. Co mam czynić w marszu?

- Masz dwa szczególnie ważne dla całej kampanii zadania strategiczne. Pierwsze to osłona ciągnących sił głównych polskiej armii od strony węgierskich kuruców księcia Tokoliego. Także od Tatarów i Turków, zapędzających się w tamte rejony.

- Możesz być spokojny Najjaśniejszy Panie. Uczynię wszystko, aby droga była wolna.

- Co mniejsze watahy wygniataj silnymi podjazdami. W żadnym jednak wypadku nie angażuj do walki całości swojego korpusu bez mojego wyraźnego rozkazu lub bez absolutnej konieczności.

- Rozumiem.

- Po drugie - będziesz udanie pozorował pośpieszny marsz wszystkich sił odsieczowych. My z hetmanem wielkim podążymy z Polski bezpieczniejszą droga z Krakowa na Tarnowskie Góry, aby spóźnione oddziały wojska i poczty szlacheckie mogły dołączyć. Musimy jednak cały czas pamiętać, że Kara Mustafa - to doświadczony i przebiegły wódz.

- Znamy się z Kara Mustafą - rzekł na to hetman polny. - To doświadczony i szczwany lis. Umie on prowadzić wojnę.

- Otóż to, hetmanie. Ma wszędzie swoich szpiegów i o rozpoczętej odsieczy na pewno się dowie. Jednak w tym rzecz, aby dowiedział się jak najpóźniej i otrzymał wieści niepewne, sprzeczne co do kierunku, szybkości marszu i liczby odsieczowego wojska. I to, czy ja sam udaję się na kampanię.

- To świetna myśl, Wasza Królewska Mość - przyznał hetman. - Nim Kara Mustafa nadchodzące wieści za prawdopodobne przyjmie i podejmie jakieś decyzje, wojska odsieczowe muszą być tak blisko, aby Turkom zabrakło czasu na przygotowania.

- Dlatego musisz prowadzić korpus zrazu skrycie i jak najszybciej, nie pozwalając wieściom zbytnio się wyprzedzić. Po kilku dniach marsz zwolnić, ale wtedy iść głośno, jawnie.

- Jak to, Najjaśniejszy Panie?

- Aby cię wzięto za całość odsieczy idącą wprost do Wiednia. Silnymi podjazdami szeroko okolice badaj i utrzymuj częstą łączność kurierską z hetmanem Jabłonowskim. W każdej chwili bądź gotowy do połączenia się z siłami głównymi.

- Będzie, jak rozkażesz, Królu. Co jednak z księciem Karolem Lotaryńskim? Czy mam się włączyć w jego operacje?

- Nie! Nie wolno ci angażować wojska w jakiekolwiek większe utarczki. Lotaryńczykowi musi wystarczyć dywizja naszych piętnastu chorągwi jazdy Hieronima Lubomirskiego. Siły te, mimo wielu stoczonych bojów, wciąż stanowią znaczną potęgę. Ale swoje zachowaj w całości. Ruszaj w imię Boże mości hetmanie.

- Rozkaz, Najjaśniejszy Panie - odrzekł hetman, kłaniając się Królowi.

Hetman rozstał się z Królem we wspaniałym nastroju, bo jego wojskowy kunszt został doceniony, a on w samodzielnej misji bojowej będzie mógł imię swoje znacznie rozsławić. Niebezpieczeństw się żadnych nie lękał. Nie pierwszyzna mu to. Niejedną bitwę stoczył i życie na śmiertelny harc wystawiał.

Taka była królewska strategia doprowadzenia pod Wiedeń wszystkich polskich sił, by w najlepszej sprawności połączyć je z ciągnącymi pod Wiedeń pozostałymi siłami sojuszniczymi.

Całość tych planów znał tylko jeszcze jeden człowiek: - Natan Tyniec. Był to główny organizator królewskiego wywiadu i dywersji. Ich realizację rozpoczął znacznie wcześniej, niż wojska ruszyły spod Krakowa. Ten tajemniczy garbaty staruch należał do mało widocznych ale tak skutecznych pomocników Króla, że sam jeden za chorągiew górnego znaku albo nawet za pułk piechoty sprawić się potrafił.

Tylko Król wiedział skąd przybył i jakim panom przedtem służył. Nikt za to nie wiedział - szlachcic to, czy wojskowy; uczony czy duchowny, co sukienkę księżą porzucił; dawny kupiec czy alchemik. Niejeden w głowę zachodził, czy to Polak, Litwin, Żmudzin czy może Czech albo Żyd, Ormianin czy Niemiec. Nie śmiano jednak wprost pytać. Dla Króla był nieoceniony i stanowił jakby połowę jego głowy. Zawsze czujny i gotowy, o fenomenalnej pamięci i genialnej zdolności do kojarzenia ze sobą wszelkich informacji. On jeden miał stały dostęp do Króla i znał odpowiedzi niemal na każde królewskie pytanie.

Trzymał się na uboczu, cicho i skromnie, ale dysponował ogromnymi sumami, dowodząc nadzwyczaj sprawną armią szpiegów, wywiadowców, dywersantów różnych narodowości, których sam szkolił, kontrolował i wynagradzał. Surowy, niezwykle wymagający, ale i po królewsku szczodry, gdy trzeba było. To w jego tajemniczym umyśle skupiały się najtajniejsze informacje ze wszystkich zakątków kraju i Europy. To on wiedział pierwszy o wszystkim, co się ważnego zdarzyło, lub dopiero miało się zdarzyć, a co by Króla interesować mogło. Jeszcze zanim powiadomili dwór o tym starostowie, kasztelani lub wojewodowie.

Na polecenie królewskie potrafił zorganizować pożądane wydarzenia, rozpuścić odpowiednie prawdziwe lub fałszywe wiadomości, przyśpieszyć lub opóźnić ważne wypadki.

Wykraść najtajniejsze dokumenty; przejąć sekretne listy, albo tylko poznać ich treści bez wiedzy adresata. Nie potrzebował rozgłosu, lecz to co robił - robił nadzwyczaj skutecznie i dyskretnie. Król za to ogromnie go cenił i szanował, chociaż tego publicznie nie okazywał. Tyniec zaś niczego dla siebie nie żądał. Służył wiernie i nigdy nie zawodził. Lecz i on nie mógł znać wszystkich politycznych planów Króla, ani też przyczyn dla których pod Wiedniem będzie mu potrzebna cała, sprawna armia nie sterana w marszu i w boju.

Połączona z korpusem litewskim, zmierzającym także pod Wiedeń, może potem zadecydować o wielu, skrywanych głęboko w sercu królewskim sprawach, dla których towarzyszy Królowi w tej niebezpiecznej kampanii szesnastoletni, pierworodny syn – Jakub. W rodzinie nazywany Fanfanikiem.

-  -  -

Rozdział 7

- Zabrać mi z drogi to ścierwo! - rozkazał hetman Jabłonowski, wskazując piechocińcom leżące w błocie nieruchome ciało pana Korycińskiego. Nadchodzące z dudnieniem bębnów regimenty królewskiej infanterii, będące już na strzelenie z rusznicy i łatwo mogły nieszczęsnego golibrodę rozdeptać.

Dziwił się niezmiernie Królowi hetman wielki koronny, że takiemu dziwacznemu indywiduum, przy sobie przebywać pozwala i niczym poważnego rezydenta traktuje. Jeszcze na dodatek na tak wielką wyprawę wojenną iść zezwolił. Dziwiło się temu także wielu dostojników i oficerów z najbliższego otoczenia Króla, nie domyślając się, jak nieocenione pożytki można mieć z kogoś takiego, jak pan Bonifacy Jan Koryciński z Koryt Wielkich, herbu - jak przy każdej okazji podkreślał - “Dziobogon”!

Chociaż nikt nigdy o takim nie słyszał, ani na Litwie, ani w Koronie, ani nawet na najdalszych ukrainnych Kresach. Z fantazji i obyczaju – szlachcic. Jednak raczej niepewnego pochodzenia, gdyż nie potrafił określić, gdzież jego rodowe Koryta Wielkie się znajdują. Niektórzy przez to mawiali, że urodził się nie w Korytach Wielkich, ale w korycie wielkim...

 Pismo łacińskie i mowę biegle znający, ale przecie nie bakałarz, ani tym bardziej duchowny. Zręczności w rękach i palcach tak fenomenalnej, że sztuczki rożne magiczne na zawołanie demonstrować potrafił. Na ucztach puszczał z dzbana do kielicha strumień wina wysokim łukiem, aż sponad głowy, nie patrząc nawet jak przepływa i nie roniąc przy tym ani kropelki.

Niezastąpiony kompan na ucztach; gadatliwy ponad ludzką miarę, bywały i znający wszystko i wszystkich. Nosił się zawsze po szlachecku i po żołniersku, a na wojnach rozumiał się ponoć najlepiej w świecie. Chociaż nie statysta, ważył się uwagi i nawet pretensje wprost w oczy Królowi wypowiadać i w dowodzeniu pouczać. I wszystko zawsze uchodziło mu bezkarnie.

Była w tym jakaś tajemnica, bo nikt nie wiedział, czy ten Koryciński to poważny doradca czy dworski błazen; osobisty golibroda, czy zaufany cyrulik Króla? A birbant przy tym zawołany, szaławiła i kolorysta zawsze pełen facecji i sprośnych żartów. Jednak pobożność nadzwyczajną manifestujący, bo paradował z różańcem bursztynowym na odzieży, który zresztą niezliczone razy w jadle czy napitkach ubroczył...

Hetman Jabłonowski czuł wyraźną ulgę, że to brzuchate dziwadło zostało wyeliminowane z szeregów już na początku wyprawy. Postanowił w duchu wynagrodzić obu zręcznych chłopaczków, którzy pijackiej gębie Korycińskiego z końskim łajnem zapoznać się kazali.

Radość hetmana psuła jednak świadomość, że prawdziwy nieprzyjaciel, równie łatwo jak ci chłopcy, mógł ukryć się tak blisko Króla i spowodować tragedię. Ktoś więc służby zaniedbał, rozkazów nie wykonał. Gdyby Król został choćby draśnięty strzałą czy kulą, kilka łbów z karków by zleciało, a wieść o karze rozniosłaby się na całe wojsko.

Tak myśląc hetman przyglądał się, jak piechurzy ściągali z gościńca bezwładne cielsko nieprzytomnego golibrody. Jego mocno rozczłapane buciory wyorywały w wilgotnym piachu głębokie bruzdy, które w chwilę potem zadeptały tysięczne szeregi regimentów królewskiej infanterii.

- Ta wojna obejdzie się bez durnego golibrody, birbanta i błazna - rzekł hetman sam do siebie. - I dzięki ci Panie Boże.

Król jednak sekretnie polecił koniuszemu Matczyńskiemu, by nakazał w taborach szybkie opatrzenie zranionego dworskim cyrulikom i właściwą opiekę nad nim. Potem odesłać go do Krakowa w dyspozycję Królowej Marii. Obu zaś chłopców umieścić w królewskim taborku, aby mógł później podjąć względem nich jakieś decyzje. Wszak to synkowie nie byle kogo – jeno pierwszej szabli Rzeczypospolitej. Jeśli to prawda, co sami o sobie rzekli.

Pan Bonifacy Koryciński, leżąc jak martwy na wozie taborowym, tego dnia nie sprawił już żadnego kłopotu. Za to młodzi Wołodyjowscy ani myśleli podporządkować się poleceniom koniuszego, chcąc obejrzeć do końca popis wojskowy.

- My są żołnierze Jego Królewskiej Mości i nasze miejsce jest przy Królu! Nigdzie stąd nie pójdziemy! - odpowiadali hardo na każdą perswazję. I ani myśleli słuchać kogokolwiek, krom jednego Króla Jegomości.

A koniuszy patrząc na nich pomyślał z przerażeniem, że te rude szerszenie gotowe są i jego przejechać szablą przez głowę i rozkrzyżować na gościńcu.

- Nie wiadomo jeszcze, wy drapichrusty - irytował się srodze - czy takich bisurmanów Król Jegomość zechce do służby przyjąć? Już ja mu powiem, jakie jest wasze posłuszeństwo!

- My od Króla nie odstąpim!

- Po tośmy tu przyszli!

- Kiedy tak – złagodniał koniuszy, uświadamiając sobie, że urwisy są na pewno zmordowani długą wędrówką i pewnie jak wilcy głodni - to każę tu wam jakiegoś jadła przynieść, bo przegląd wojska potrwa chyba do południa. Głodniście pewnie?

- Głodniśmy już od wczoraj... - odpowiedzieli jednocześnie.

*

Tymczasem z łomotem wielkich bębnów nadszedł pierwszy, najpotężniejszy i najlepiej wyposażony regiment piechoty Króla Sobieskiego. Jan III z wielkim ukontentowaniem honorował oddział uniesieniem czapki i okrzykiem : - "Czołem żołnierze"!

Spod rytmicznie kołyszących się szeregów wyszmelcowanych na połysk morionów żołdactwo odwrzasnęło z wielkim zapałem jakby grom się przetoczył po okolicy. Wszystkie berdysze, forkiety, piki i podoficerskie szable uniosły się jednocześnie w górę, jak z nagła wyrosły gęsty las. Uszeregowani kapralstwami po dwunastu w szeregach, z setnikami po prawicy, którzy tym się wyróżniali, że zamiast morionów nosili borsucze czapki z bażancimi piórami - kroczyli wielkim, zwartym czworobokiem. Pod rozwiniętymi chorągwiami, prowadzeni byli przez królewskiego pułkownika Johana Berfejera i majora Ernesta Donhoffa.

Ci dwaj - jadąc konno przed szeregami - obnażonymi szablami oddawali honory wojskowe swemu Królowi i wodzowi. Cały regiment prezentował się okazale, a rosłe i pleczyste chłopy stąpały ciężko, aż ziemia pod nimi dygotała.

Zaraz za pułkiem królewskim szły jeden po drugim następne regimenty, tak samo liczne i nie gorzej okryte: - królowej Marii Kazimiery pod chorążym zatorskim - Stanisławem Marsteinem i pułkownikiem Gerardem Tegenhoffem; - hetmana Jabłonowskiego, -hetmana Sieniawskiego i regiment królewicza Jakuba Sobieskiego, pod dowództwem pułkownika Ottona Seswegena. Tenże regiment po prezentacji Królowi, młodziutki Jakub Sobieski znów sam czapkował i pozdrawiał, a żołnierstwo odwrzasnęło mu tak ochotnie i potężnie, że się znów spłoszyły cudzoziemskie konie.

A potem maszerowały następne oddziały piechot, lecz już nie tak dobrze wyposażone, jak pierwsze. Cały korpus pieszy zamykał jakby zupełnie nie przygotowany do wyprawy regiment pułkownika Henryka Gintera.

Żołnierze z tylnych szeregów maszerowali boso, w podartych koletach, poszarpanych portkach; wielu bez barwy w starych, połatanych kapotach. Połowa nie miała szabel i berdyszów, a za forkiety do muszkietów służyły niektórym drewniane widełki uczynione z gałęzi. Regiment ten w ostatniej chwili dołączył do przeglądu, bo na miejsce postoju przybył już późną nocą. Właściwie nie był do przeglądu przewidziany i w popisie znalazł się zupełnie przypadkowo.

Hetman wielki aż poczerwieniał z gniewu i wstydu na ten widok. Spodziewał się od Króla ostrej przygany, że tych gemajnów, wyglądających jak nędzne ciury i obdartusy, mogli zobaczyć cudzoziemscy dygnitarze. Można ich było przecie w czas zatrzymać, albo wystawić tylko lepiej odzianych i uzbrojonych. Hetman z niepokojem zerkał na Króla, starając się jak najciszej ten kompromitujący armię oddział zaprezentować.

Król zaś, jakby się widokiem tej wojskowej nędzy w ogóle nie stropił. A wprost przeciwnie - specjalnie głośno i nadzwyczaj uprzejmie obdarte żołnierstwo uhonorował czapkowaniem i pozdrowieniem wojskowym, a ci odpowiedzieli mu bardzo składnie i sfornie, jak najlepiej wyćwiczone wojsko. Zaraz potem Król zwrócił się do zdezorientowanych cudzoziemców:

- A przyjrzyjcie się uważnie wasze dostojności tym oto moim piechurom - mówił. - Owi są, którzy ślubowali, że nie w inne odzienie ubierać się będą, jeno na nieprzyjacielu w bitwie zdobyte i tylko bronią zdobyczną walczyć. Obaczycie ich wasze miłości, jak bogato okryci wracać będą ze śpiewem radosnym.

Hetman wielki aż pozazdrościł w duszy konceptu Królowi, że tak łatwo zdołał przemienić zawstydzająca sromotę w honor i cnotę; biedę - w zaszczyt i żołnierską godność. Pomyślał także, iż wiele jeszcze mu się od Króla Jana uczyć trzeba. Zwłaszcza umiejętności zręcznego wybrnięcia z zaskakującej sytuacji. Nie było to dla dumnego magnata miłe, gdyż miał o sobie wysokie mniemanie, ale naukę zapamiętał.

Rudowłosi bliźniacy, którzy za milczącą zgodą Króla, zostali na zboczu pagórka, tuż przed stanowiskiem królewskim, przez jakiś czas pozdrawiali przechodzące oddziały radosnymi okrzykami i podnoszeniem szabel. Nigdy w życiu jeszcze nie widzieli takiej wielkiej armii i nie mogli się wprost nadziwić wspaniałemu wojsku. Chwilami zapominali pałaszować wielkich pajd omaszczonego chleba, jakie przyniósł im dworski kuchcik.

Kiedy przetoczyły się ogromne armaty i działa, którymi dowodził głównodowodzący artylerii koronnej, stary weteran i wierny przyjaciel Króla - generał Marcin Kątski, aż pootwierali z wielkiego podziwu swoje piegowate buźki. Ogromne lufy armat wydawały im się jak smocze paszcze. Gdy zaś nadeszły krocie wozów taborowych szeregami po sześć, pokładli się i zasnęli ze zmęczenia, niemal pod kopytami królewskiego Pałasza. Od wielu dni nareszcie niegłodni i bezpieczni...