Szerszenie czyli W piekle Odsieczy Wiedeńskiej tom II Na krwawym szlaku - Adam Jan Czarski - ebook
Opis

„Na Krwawym Szlaku” - to druga część powieści (trylogii) Adama Jana Czarskiego pt: -„ SZERSZENIE ”, czyli - „ W Piekle odsieczy Wiedeńskiej” . Pierwszy tom tej rycerskiej powieści pt: - „ Odsiecz ” kończy się opisem wielkiego zwycięstwa wojsk chrześcijańskich dowodzonych przez polskiego Króla Jana III Sobieskiego nad wojskami tureckiej Porty pod Wiedniem w dniu 12 września 1683 roku. Ocaleniem obleganego od dwóch miesięcy miasta i tryumfalną wizytą w uratowanej stolicy cesarstwa Króla Jana i jego sztabu oraz wielu wysokich przedstawicieli zwycięskich wojsk. Jest to ukoronowanie pierwszej części wielkiej kampanii wojennej , która trwała aż do 24 grudnia tegoż roku.

 

Tom drugi powieści "Szerszenie” - pt. „ Na Krwawym Szlaku” obejmuje zdarzenia po bitwie wiedeńskiej, jak - spotkanie Króla Sobieskiego z cesarzem Leopoldem I, ochronę i transport wielkiej zdobyczy, los zabitych i rannych uczestników bitwy. Następnie wyzwoleńczy marsz armii sprzymierzonych przez Słowację i Węgry. Skomplikowane intrygi, zdrady, porwania i krwawe dramaty w gronie głównych bohaterów. Jest tu także szczegółowa relacja z przebiegu dwóch bitew pod Parkanami. Pierwsza okazała się tragiczna dla wojsk polskich. Zginęło w niej wielu rycerzy, a Król Sobieski znalazł się w śmiertelnym zagrożeniu. Druga bitwa – zwycięska, była znacznie większa niż pod Wiedniem i zakończyła się sromotną klęską wojsk tureckich. Swoim zasięgiem objęła przekroczenie Dunaju, zdobycie twierdzy i miasta Esterghom. I kontynuację marszu wyzwoleńczego, staczanie nowych bitew i zdobywanie tureckich twierdz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 778

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Psychoskok Konin 2016

Adam Jan Czarski „Szerszenie” czyli „W piekle Odsieczy Wiedeńskiej” tom II „Na krwawym szlaku”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016 Copyright © by Adam Jan Czarski, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok

Zdjęcie okładki © Fotolia – Waldteufel

Ilustracje: Adam Jan Czarski

Autor zrezygnował z korekty profesjonalnej wydawnictwa

ISBN: 978-83-7900-553-6

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Rozdział 1        

Porucznik Filip Francois Dupont - Francuz w służbie Króla Jana III Sobieskiego, zabezpieczywszy w kolecie królewski list do Królowej Marii i końskie strzemię z paradnego rzędu Wielkiego Wezyra - jako symbol wielkiego zwycięstwa - wyruszył do Krakowa tuż po północy ze zdobytego seraju Kara Mustafy.

Towarzyszył mu przez Wiedeńskie, skrwawione pobojowiska- ten sam dzielny cesarski porucznik-przewodnik, który tak rezolutnie prowadził Króla Jana po bezdrożach Lasu Wiedeńskiego. Wraz z kurierem królewskim miał on dotrzeć do dunajskiej przeprawy w Tulln, a stamtąd powrócić do służby przy Janie III. Nigdy jednak z tej drogi nie wrócił i nikt nie wie, co się z nim stało. Nawet nazwisko jego zaginęło, choć na liście do nagród za dzielność został umieszczony tuż za generałami i pułkownikami.

Ofiarny Dupont gnał do Krakowa jak szalony - dzień i noc, dzień i noc i jeszcze jedną noc, konie tylko na stacjach królewskich zmieniając. Byle co zjadł i popił, a potem znów gnał, gnał i gnał... Najpierw doliną Morawy, mijając miasteczko Napojedle i sławną wioseczkę Pypkę, gdzie wielkie zwycięstwo odniósł pan Komendant Koryciński. Potem obok miejsca spotkania grupy pana Korycińskiego z Piętką - Redarem, gdzie leżało na wpół zeżartej przez lisy i sępy padło szkapy pana Szczeszcza. Ale kurier królewski na te sławne miejsca nawet nie spojrzał, tylko gnał, gnał i gnał... Wiedział doskonale, że Królowa i cały kraj niczego tak pilnie nie oczekują, jak szczęśliwej wiadomości spod Wiednia. Nie chciał i nie mógł być z nowiną drugi, czy trzeci. Musiał być pierwszy! Dopiero wczesnym rankiem czwartego dnia tej szalonej gonitwy zobaczył w dali strzeliste wieże królewskiego Wawelu.

Królowa akurat klękała przed ołtarzem głównym wawelskiej katedry do pierwszej wotywnej mszy, gdy - zataczając się z nadludzkiego utrudzenia - Filip Dupont z brzękiem ostróg wszedł do świątyni. Odgłosy jego ciężkich kroków dudniły pod sklepieniem nawy niczym armatnie wystrzały. Wydawało się, że swoją osobą i wieścią jaką przynosi, wypełnia całą świątynię. Wszyscy obecni, łącznie z rozpoczynającym ofiarę księdzem, spojrzeli na wchodzącego.

Królowa Maria, ujrzawszy znanego jej oficera, gwałtownie zerwała się z klęcznika. Jej ogromne, przepiękne oczy i rozwarte usta wyrażały ogromny niepokój i tylko jedno, jedyne pytanie... Wzruszony Dupont, przyklęknął przed swą Królową, niezmiernie rad, że pierwszy przynosi jej wieść szczęsną, wyrzekł tylko jedno słowo: - “Victoria”!

Królowa padła na kolana i długo modliła się w milczeniu, a z jej wielkich, orzechowych oczu płynęły łzy szczęścia.

- Dzięki Ci, Panie Boże! Dzięki Ci, Panie Boże!! Dzięki Ci, Panie Boże!!!... - szeptała coraz głośniej, aż wykrzyknęła do Duponta na cały kościół, nie zważając na nic:

- Mów! - a serce jej dudniło radosnym wzruszeniem.

- Wasza Królewska Mość - rzekł schrypniętym od kurzu i zmęczenia głosem, - Pani i Królowo moja, oto pozłociste strzemię tego, który uchodzi teraz w sromocie z resztkami oddziałów swoich. Pokonany doszczętnie od zwycięskich wojsk chrześcijańskich, walczących pod błogosławionym dowództwem małżonka waszego, Króla Polski i Litwy Jana III Sobieskiego - generalissimusa wszystkich wojsk chrześcijańskich...

Królowa wyrwała z rąk klęczącego Duponta pozłociste strzemię, oderwane od siodła rumaka Kara Mustafy i jako ofiarę dziękczynną zawiesiła na ołtarzu. Wisi ono tam do dziś od ponad trzech wieków. Dopiero po tym akcie dziękczynienia już spokojna, choć aż ponad miarę uszczęśliwiona, wysłuchała do końca pierwszej mszy w wawelskiej katedrze, po wspaniałym zwycięstwie krzyża chrystusowego.

Zmordowany śmiertelnie Dupont, wycofał się do najbliższej ławy i tam zasiadłszy, złożył głowę na miejscu modlitewnika. W chwilę potem rozgłośnie zachrapał, lecz mu ze złe tego nie miano. Za to wieść szczęsna rozeszła się lotem błyskawicy po całym Wawelu, a potem poleciała na wszystkie ulice i place Krakowa, gdzie w dzwony radosne wszystkich kościołów uderzono i tryumfalne „Te Deum” intonowano. Do królewskiej katedry spieszył kto mógł i wkrótce cała nawa była tłumnie zapełniona.

Dopiero szurgot butów wychodzących po nabożeństwie, obudził dzielnego porucznika. Szybko się podniósł, przeżegnał i poszedł za Królową do pałacu, w drodze wręczając jej królewski list.

Poinformował także o dobrym zdrowiu Króla i królewicza Jakuba. Królowa z radości uściskała i ucałowała dzielnego oficera, który zarumienił się jak panienka.

W pałacu zaś, już w obecności obu zaproszonych hetmanów litewskich: wielkiego - Kazimierza Jana Sapiehy i polnego - Jana Ogińskiego, składał relację z przebiegu wielkiej bitwy. Na przyniesionym arkuszu pergaminu kreślił sytuację ogromnego frontu bitewnego, jakiego jeszcze nigdy w historii Europy nie było. Szczegółowo opisywał miejsca najbardziej zażartych bojów, a potem największą w dziejach szarżę generalną ciężkiej konnicy i zdobycie wszystkich obozów tureckich. Opisał mizerię oblężonego cesarskiego Wiednia, straty jakie wojska poniosły i niemożliwe do określenia bogactwo zdobyczy.

Ku zdumieniu Królowej, relacja bezpośredniego uczestnika epokowego wydarzania wcale ich nie zainteresowała. Wręcz przeciwnie - tak bardzo znużyła hetmana Sapiehę, że aż zadrzemał na fotelu. Potem, ocknąwszy się, począł jak nieprzytomny rozglądać się po sali. O wielkiej bitwie wyrażał się lekceważąco, używając słów niestosownych i nawet grubiańskich. W szlachetnym poruczniku Duponcie krew się wzburzyła, lecz nie śmiał reagować bez rozkazu. Chętnie wyjechałby z komnaty na bezczelnym Litwinie, jak na łysej kobyle... Hetman polny Ogiński także bardziej interesował się kielichem, niż wieściami spod Wiednia. Królowa Maria jednak słuchała Duponta z najwyższą uwagą, doskonale zdając sobie sprawę ze znaczenia dla całej Europy tego ogromnego sukcesu.

- Zazdrośni, czy aż tak zgnuśniali? – myślała o hetmanach litewskich, ale dyplomatycznie nie dała po sobie poznać irytacji. Przeciwnie, próbowała zachęcać ich, by czym prędzej za Królem na Węgry podążali, gdzie czeka ich sława rycerska, zdobycze i wielkie zasługi dla kraju, Europy i Kościoła.

Ku jej zdziwieniu hetmani litewscy odpowiadali, że już nie trzeba się śpieszyć, gdy zwycięstwo osiągnięte i chrześcijaństwo obronione. Zima za pasem, a wtedy się nie wojuje i raczej za dobrymi hibernami rozglądać się należy. Dopiero osiemnastego września raczyli z wojskiem przekroczyć granice kraju. Ciągnęli nieśpiesznie przez Słowację, gdzie swoimi czynami i swawolą wojska niechlubnie się wsławili, niszcząc Królowi jego wielkie polityczne i poważne dynastyczne plany. Niezmiernie długo pozostali na Słowacji, chociaż ich Król Sobieski do siebie z wojskiem wielokrotnie listami przyzywał. I tak dziesięciotysięczny korpus litewski gnuśniał na Słowacji prowadząc kokoszą wojnę z bezbronnym chłopstwem.

Dupont, odpocząwszy dzień i noc w Krakowie, ruszył do Króla z przepięknym listem od Królowej Marysieńki, tak czułym i gorącym, że niemal parzył go przez materię podróżnej sakwy. I znów nie szczędził ani siebie, ani koni by jak najszybciej do Króla dotrzeć. Nie był to jednak już tak szaleńczy bieg, jak do Krakowa i trwał dni pięć.

Dla własnego bezpieczeństwa dołączał się, podobnie jak wcześniej czynił to pan Koryciński, do spóźnionych pocztów szlacheckich, wciąż jeszcze podążających za armią odsieczową pod Wiedeń i szeroko im o wielkiej bitwie opowiadał, zachęcając do pośpiechu.

*

Król tymczasem, dnia czternastego września, będąc wciąż jeszcze pod Wiedniem, zerwał się ze snu wczesnym świtem, aby jak najszybciej napisać list do papieża i godne poselstwo ze zdobytą chorągwią proroka odprawić do Rzymu. Nim jednak udał się do namiotu wezyra, odpoczywające wojska z leży pobitewnych alarmem podniósł i wyznaczył postój o polską milę od Wiednia. W trującym odorze płynącym z miasta i okolic, gdzie trupy ludzi i zwierząt zalegały setkami, nie można już było wytrzymać. O tę decyzję zabiegał usilnie doktor Peccorini, ostrzegając, że jeśli wojsko nie dostanie odpowiednich warunków, wnet „powietrze” z Wiednia porazi żołnierzy i rycerstwo, które mało co je, a tylko pije. I to wodę nie zawsze zdatną. Tylko patrzeć ataku dyzenterii, albo innego choróbska. O takim zagrożeniu informował także Natan Tyniec.

Wydawszy odpowiednie rozporządzenia, Król udał się do grupy dragońskiej Jakuba. Rozkazał Reginisowi z dragonami skoczyć na przeciw wozów królewskiego taboru jadącego od Tulln, by go przeprowadził między niemieckimi i cesarskimi oddziałami. Ci zazdrośni o zdobycz, niechętnym już okiem na Polaków patrzyli. Co prawda - polska służba taborowa, w przeciwieństwie do niemieckiej i austriackiej, była zbrojna i sama się chronić potrafiła, ale „strzeżonego pan Bóg strzeże”.

Potem Król udał się do seraju Kara Mustafy, by zebrane łupy oszacować, dalsze nagrody porozdzielać. I koniecznie poselstwo do Rzymu z listem i zwycięskimi trofeami odprawić... Zanim jednak dotarł wraz z Jakubem do namiotu serdara, ogromnie zaskoczyło go, że jakiś nieznany mu oddział piechoty pilnuje zdobytego wezyrskiego seraju. Wszyscy mieli tureckie szarawary i kapoty, wysokie buty, a i broń w dużej mierze turecką nosili. Czyżby własnego wojska nie znał, z jakim odniósł tak świetne zwycięstwo? Podszedłszy bliżej z radością rozpoznał w mocno utykającym żołnierzu Macieja Śpiewaka.

- To ty, chłopcze!? - spytał młodego wojaka.

- Wedle rozkazu, Wasza Królewska Mość!- wyprężył się służbiście piechur Maciej.

Król zauważył, że młodziutki żołnierzyk za bogato zdobionym pasem ma dwa piękne, skałkowe pistolety, przez ramię przerzuconą lekką janczarkę z zamkiem kołowym. Przy boku piękną szablę, a przy nodze dzierżył ten sam dalekonośny muszkiet, jaki przydźwigał z kraju. Na głowie, mimo upału, nosił za dużą czapkę piechoty, a na barkach długą kapotkę, sięgającą mu do kolan. Na jego nogach lśniły piękne, czerwone buty oficera janczarów.

Wiele miał jeszcze zdobyczy w pękatej torbie, w której podczas bitwy nosił granaty.

- Aleś się pięknie wyposażył i dozbroił chłopcze. Wszystko to sam zdobyłeś?

- Bóg poszczęścił, Wasza Królewska Mość. Sam wszystko zdobyłem i jeszcze więcej, ale także do kupy z innymi. Wszyscy dość nazdobywali dla siebie i dla pana pułkownika.

- I tak powinno być! Nie ma zbyt wysokiej ceny za krew naszą w tej bitwie przelaną.

- Cały pułk jest tak uzbrojony i odziany, Wasza Królewska Mość. Od wczoraj z pułkownikiem Ginterem po zniesieniu rannych, porzuconą broń i odzienie my z pola zbierali, a także poległym i niewolnym Turkom odbierali.

Pułkownik Ginter, dostrzegłszy z dala Króla Jegomości, podszedł pośpiesznie, także już w tureckich, czerwonych butach i z bogatą szablą u boku. Wraz z nim zbiegł się do Króla cały sztab regimentu, a wszyscy oficerowie byli wystrojeni jak malowanie. Nawet mały dobosz, Witek Smolak, chociaż wciąż bosy - bo butów jeszcze sobie nie dopasował - biegał w olbrzymiej kurcie janczarskiej, sięgającej mu do kolan i z oficerską szablą, która wlokła się za nim po ziemi.

- Na rozkaz, Wasza Królewska Mość... - meldował się już z daleka pułkownik.

- No, Ginter... - rzekł mu Król. - Brak mi słów, jakeś mi się w bitwie z pułkiem sprawił. Nie było czasu spotkać się zaraz po walkach, ale teraz prowadź do żołnierzy. Miałem list pisać do Rzymu, ale Ojciec Święty może jeszcze godzinkę poczekać i ustąpić żołnierzom, co krew za wiarę i kościoły przelewali. Dzisiaj ty i twoi dzielni żołnierze jesteście dla mnie ważniejsi od papieża, cesarza i wszystkich innych dostojników. Nie na darmo przekładałem onegdaj cudzoziemcom, że się na wrogu suto doposażycie. I jak wiedze - nie pomyliłem się. Duże masz straty?

- Czterdziestu zabitych, ale rannych tylko dwudziestu.

- Tylko dwudziestu!?

- Tak jest, bo u mnie ten tylko liczy się jako ranny, kto sam chodzić nie może. Ale opatrzeni przez medyków są wszyscy, kto choć się zadrapał.

- Dzielneś mi wojsko przyprowadził, Ginter. Nie wiem bracie, jak ci podziękować, ani jak was wszystkich nagrodzić! Bez waszej dzielności, byłoby nam o wiele trudniej.

- Nagrody my już sobie sami wypłacili z tureckiej kasy, Najjaśniejszy Panie. A i dla Króla Jegomości też mamy kilka solidnych wozów zdobyczy. Dla naszej Królowej Pani puzdro z najcudowniejszymi klejnotami wezyrskimi. I konie jak malowanie pod wierzch i do cugu.

- Nieustannie mnie zadziwiasz Ginter.

- Wedle rozkazu - odrzekł prężąc się zadowolony pułkownik. - A tego gemajna Śpiewaka z warty zdjąć, Wasza królewska Mość?

- Ty tu dowodzisz pułkowniku, i jeśli chcesz, aby nam pośpiewał...

- A chodź no tu, synu! - zawołał Ginter na Macieja. Piechur drgnął i mocno utykając szybko przytruchtał, starając się z bólu nie wykrzywiać twarzy. Stanął przed Królem i uśmiechał się szczęśliwy, pomimo że obolały i zmordowany.

- Pójdziesz z nami chłopcze, abyś pod drzewem trochę odpoczął - rzekł doń Król.

- Na służbie też odpoczywam, Wasza Królewska Mość. Bo to żadna robota, ale dla Jegomości Króla naszego to i pod drzewem posiedzieć mogę...

- Zaśpiewasz nam?

- Zaśpiewam, co ino każecie, Najjaśniejszy Panie.

- A mocno ci się dostało?

- Jak prawie każdemu z pułku, bo się nikt nie oszczędzał, a janczarów trza było na zboczu przemóc, kiedy Miemcy rady nie dawali. Bo by nasi konni nie przeszli do szarży...

- Rezolutnyś chłopcze. Kapralem zostaniesz.

- Na rozkaz, Wasza królewska Mość.

- Ginter! Zdjąć tego żołnierza z warty, kapralem od teraz już będzie.

- Wedle rozkazu, Wasza Królewska Mość!

- A może masz coś przeciw temu, pułkowniku?

- Ależ Wasza Wysokość! Chłopak się w boju wykazał nadzwyczajnie, dwukrotnie ranny i w służbie pilny, a rezolutny nad oczekiwanie. Dobry kapral z niego będzie.

- Prowadźcie na swój biwak, może i zjeść coś mieć będziecie, bom zgłodniały od wczoraj.

Kiedy Król zasiadł pod wielkim dębem, gdzie jeszcze się z nocy tliło biwakowe ognisko, zbiegł się w jego cień niemal cały regiment. Nikt jednak siadać przy Królu nie śmiał, bo go szanowali ponad wszystko w świecie.

Nagle, spóźniona kapral Zdunkowa wrzasnęła w tylnych szeregach:

- A długo mi tak Króla Jegomości zasłaniać będziecie!? Siadać huncwoty!

Wojsko usłyszawszy głos piekielnej hetery, w mgnieniu oka zasiadło w ciasnym kręgu. Nawet niektórzy z setników posłuchali rozkazu wiedźmy. Tylko ona jedna stała ze swoim kapralstwem, choć zupełnie z tyłu. Spojrzawszy na Króla wyprostowała się jak struna i hardo powiedziała:

- Wasza Królewska Mość, kapral Zdunkowa ze swoimi gemajnami przybyłam na rozkaz. Ino bez mojego Zdunka i tego zatraconego Śwista, bo karę ponieśli za pijaństwo.

Król dopiero teraz zauważył stojących nieopodal dębu obu wymienionych. Stali pod bronią w jaskrawym słońcu, jakby się żywcem gotowali w upale. Widać było, że pokutują za przedwczesne świętowanie zwycięstwa.

- A czemóż to kapralu, tak srogo zwycięzców karzecie!? Zwolnij ich z tej kary.

- Wybaczcie, Wasza Królewska Mość, ale Król może rozkazywać całej armii, ale w moim kapralstwie to tylko ja jedna rozkazuję! Nawet setnik mi się do drużyny nie wtrąca, ani nawet sam jegomość pułkownik Ginter. Te dwa ochlaje muszą swoje odcierpieć.

- Zdunkowa! - huknął na nią pułkownik Ginter. - Jak śmiesz tak pyskować do Jego Królewskiej Mości!?

- A gdybym wstawił się za nimi, darujesz im karę? Ja jeszcze dziś wydam amnestię dla całego wojska i daruje wszystkie grzechy każdemu, kto krew pohańską wytoczył. Nawet panu Korycińskiemu...

- Kiedy i panu Korycińskiemu ma być darowane, to ja też mogę dla Króla karę huncwotom darować. Ale na drugi raz... Żurek! Leć no i powiedz, że im przez Króla kapral winę daruję.

Piechur nazwany Żurkiem zerwał się z miejsca jak oparzony i pognał do dwu nieszczęśników, smażących się w słońcu i zawiadomił ich o darowaniu winy. W tych jakby piorun strzelił, tak szybko popędzili do swego kapralstwa. Zasiedli cicho, miedzy żołnierstwem, wpatrzeni jednak nie w Króla, lecz w swego kaprala, czy znów czegoś z nagła nie rozkaże.

- Od teraz już nie kapral, jejmość Zdunkowa - rzekł bardzo zadowolony Król - jeno setnik królewskiej infanteryi - Helena Zdunkowa, winę wam daruje. Słyszeliście hultaje!?

- Słyszelim, Wasza Królewska Mość! - huknęli obaj winowajcy zrywając się na równe nogi i znów siadając.

- Co takiego!? Ja setnikiem!? A widział to kto, babę setnika? - nie mogła się nadziwić Zdunkowa, a jej chłop aż się ze strachu przygiął do samej ziemi.

To samo uczynił Świst, bo obaj pomyśleli, że teraz dopiero okrutna wiedźma dobierze im się do skóry.

- Czy masz coś przeciwko, pułkowniku Ginter? - spytał Król dowódcę pułku.

- Ależ, Wasza Królewska Mość ... - żachnął się pułkownik, że Król uzależnia awanse od jego opinii. I na Zdunkową zawołał: - A ty, Zdunkowa nie gadaj tyle, bo to jest królewski rozkaz! Jeszcze dziś będziesz miała pod sobą stu chłopa!

- Nie wiem, czy dam im wszystkim radę –dla pozoru wahała się nieco Helena, zawstydzona i jednocześnie bardzo ucieszona, że dosięgła ją tak wysoka oficerska funkcja.

- Wszystkim razem nie da rady - odezwał się na tyłach złośliwy Świst.

- Chyba, że za koleją - dodał znający swą jejmość Zdunek.

Tę przygaduszkę usłyszeli wszyscy piechurzy i rozrechotali się w głos. Śmiał się nawet Król, setnicy i pułkownik Ginter. Na końcu zaśmiała się setniczka Zdunkowa. Pogroziła pięścią obu gemajnom, ale już bez złości...

- A tych dwu winowajców widziałbym kapralami - powiedział Król do pułkownika - bo to dzielne gemajny i dowodzić będą umieli. I wszystkie awanse, jakich w regimencie dokonasz, już z góry zatwierdzam. Starczy nam żołdu na wszystkie porcje.

Na to zerwał się bez rozkazu najstarszy z podhalańskich zbójów i szczerząc w uśmiechu zęby zawołał:

- Niech zyje nom kłochany Król Jegomość Dobrodziej na wieki! Jako łociec nas rodzony i harnaś-siuchaj. Wiwat!

Niemal tysiąc chłopa infanterii królewskiej, łącznie z pułkownikiem i jego oficerami huknęło głośniej niżby najcięższa kolubryna pod Wiedniem huknęła.

- Niech żyje!!! Wiwat!!!

Wnet zapiskały rytmicznie skrzypki i utworzył się krąg tańczących górali, którzy jedni swego odzienia na tureckie nie zmienili. Po chwili ryknęli dzikimi głosami, jakąś „pieśnickę” na melodię starej, słodyczkowej nuty, tańcząc zbójnickiego:

Hej pudem w las - piórko mi się migoce

Hej pudem w las - dudni zimia ka kroce

Ka wywine ciupazeckom - krew cyrwonom wytoce

Ka obyrtne ciupazeckom - krew mi spod nóg bulgoce

Na polanie popod jedle - watra w lesie się pali

Tam się gziejom carownice, co je diaski krzesali…

Dzikie postacie w swoim niesamowitym tańcu zachwycały gibkością i skocznością. Nie dziwota, że rżnęli tureckich janczarów jak wieprzów, bo ci nawet nie wiedzieli jak się bronić. Poprzez zachłystujące się muzyką skrzypki i pohukiwania tańczących, przebił się niespodziewanie potężny głos nowo mianowanej setniczki - Heleny Zdunek, która zadowolona z awansu zapiała, jakby ją kto ze skóry odzierał:

Dolina, dolina, między dolinami

Złapałak zbójnika między kolankami

Między kolankami, pomiędzy cyckami

Weźcie mnie zbójnicy, wsendy pójdę z wami...

He-heeej!!!

Zwielokrotnione echo odbiło się od stoków Wiedeńskiego Lasu, jak na halach tatrzańskich. Maciej Śpiewak tylko czekał kiedy zbóje przestaną tańczyć, bo gdy zdyszani odeszli na bok, odchylił głowę, wstrząsną płową grzywą i zaśpiewał:

Z Krakowa do Wiednia żeśmy wędrowali

Po górach dolinach krwawo wojowali

Tureckich janczarów żeśmy pokonali

Mustafę jak kundla, do Budy zagnali...

He-heeej!!!

I znów się podhalańskie zbóje ryknęli dziko - lecz przecudnie harmonizowanymi głosami, powtarzając z pułkiem ostatnie słowa stworzonej przez Macieja Śpiewaka piosenki:

- Mustafę jak kundla do Budy zagnali. He-heeej...

Wzruszonemu Królowi aż dreszcz przebiegał po plecach. Obiecywał sobie, że musi szybko znaleźć taki czas, aby spotkać się jeszcze raz na biwaku z tymi żołnierzami i zostać z nimi przy ogniu na noc, jak to uczynił w marszu ku Wiedniowi.

Młodziutki kapral Maciej Śpiewak, setniczka Zdunkowa, obaj uratowani od ciężkiej kary kaprale - Zdunek i Świst, a także reszta tych spracowanych i w połowie pokaleczonych w bitwie żołnierzy, była w tej chwili dla Króla Jana ważniejsza od całego świata. Dlatego Ojciec Święty musiał trochę poczekać na wieści o wiedeńskim tryumfie krzyża chrystusowego...

-  -  -

Rozdział 2

Nie mógł jednak Król dłużej pozostać z piechurami pułkownika Gintera, choć najchętniej posiedziałby jeszcze z nimi w chłodnym cieniu rozłożystego dębu. Dostrzegł przybyłego z meldunkami Natana Tyńca i jego specjalnego sekretarza, gotowego do spisywania i oszacowanej zdobyczy wojennej. Nieco dalej oczekiwał cierpliwie Piętka-Redar, a także liczni kurierzy i oficerowie łącznikowi. Wszystko to sygnalizowało, że jest wiele pilnych spraw do omówienia i załatwienia. W każdej chwili mogły także przybyć chorągwie pościgowe z wieściami o Kara Mustafie i niedobitkach jego wojska; - czy są rozproszone; - czy zaczęły się skupiać na nowo i gdzie? Czekał także ten najpilniejszy ze wszystkiego - list do papieża o wielkim zwycięstwie i ocaleniu Wiednia.

Król skinął na Natana i ten podszedł natychmiast. Zanim jednak przemówił Jan Trzeci zauważył, iż jego szef wywiadu jest bardzo zmęczony, blady i chyba cierpiący.

- Chory jesteś Natan? Możeś zraniony!? - Spytał z troską.

- Anim chory, ni raniony, Wasza Królewska Mość, lecz okrutnie wyczerpany pracą ogromną. To jednak jest nieważne. Chciałem donieść, że cesarz Leopold wypłynął z Kremtz na swej paradnej barce i jutro może dopłynąć do Schwechat. Wiem, że tam chce się spotkać z Waszą Królewską Mością, chociaż mu to dworska kamaryla usilnie odradza, aby polskiego Króla nie wywyższać i zbytnio wdzięczności nie okazywać. Cesarz sam też jest wielce niezadowolony, że Wasza Królewska Mość ośmieliłeś się wejść przed nim do ocalonego Wiednia. Będzie czynił wstręty i pragnie, abyś szybko państwo rakuskie opuścił.

- Ja i bez jego chcenia odejdę stąd jak najszybciej, choć mnie jeszcze nie tak dawno jego posłowie na kolanach o ratunek prosili - powiedział Król. - Czy masz coś jeszcze?

- Kara Mustafa jest już w Budzie albo nawet w Peszcie za Dunajem – kontynuował Natan. - Była szansa, aby jego samego ująć, gdyż nockę spędził w polu obok trasy ucieczki. Nasze chorągwie pościgowe wyprzedziły nawet jego grupę. Dojeżdżały go też mocno lekkie chorągwie Paszki i Szponarskiego, lecz konie mieli już zbyt zmęczone, by dojść. I tak umknął... Uciekające w panice wojska tureckie nie zatrzymały się nawet pod Gior, lecz podążają bezpośrednio do Budy. Tam się należy spodziewać ich pierwszej koncentracji. Jednak nie mają tam ani namiotów, ani taborów. Łatwo im nie będzie, kiedy się pogoda zepsuje. Mustafa zamierza surowo ukarać paszów za poniesioną klęskę, bo musi przed sułtanem winę na kogoś zrzucić.

Szczególnie zawzięty jest na Ibrahima Paszę, że się cofnął spod Wiednia, a jego wojska pierwsze uległy panice.

- Co radzisz w tej sytuacji czynić?

- Odejść z wojskiem jak najśpieszniej na czysty teren. Zdobycze szybko odesłać do kraju silnie strzeżonymi konwojami. Tak samo wyprawić odbitych z jasyru naszych ludzi i znaczniejszych tureckich jeńców, co się wykupić mogą. Takoż stada bydła i tabuny koni. Żydom można w transporcie zaufać, ale te sprytne przechery już po swojemu usiłują kombinować i pod zwłokami poległej szlachty cenne materie wywożą poza rejestrem. Także srebra, bogatą broń i naczynia. Cenne biżuterie wplatają koniom w grzywy i ogony, by je potajemnie wywieźć. Swoim ludziom kazałem wszystko zapisywać, a kosztowności ukrywane konfiskować. Ustalać miejsca docelowe transportów, aby je odnaleźć i z niegodziwości rozliczyć.

- Dobrze, dobrze. Niech czują, że są kontrolowani. - Zatwierdzał wszystkie decyzje Król. - Żyd nigdy nie przestanie być Żydem. Przyciśnie ich się w kraju. Połowę z tego co nielegalnie przemycili oddadzą nam szelmy. Jeśli potrzebujesz odpoczynku Natanie, dam ci permisję nawet na dziesięć dni. Napracowałeś się przyjacielu, ale sam wiesz, że praca jeszcze nie skończona. Chcę cię mieć przy sobie do końca kampanii.

- Książę Tokoli wnet przyśle swoich dwu posłów z listami i ustnymi instrukcjami - kontynuował Tyniec cichym głosem swój meldunek. - Tylko niech Wołodyjowscy na nich nie napadają, bo to jest doskonały moment dla Rzeczypospolitej i Węgrów. Wiele można zyskać, także dla osobistych planów Waszej Królewskiej Mości i prestiżu rodziny. Będzie można mocno ograniczyć także cesarskie apetyty. Węgrzy nie chcą ani tureckich, ani cesarskich panów nad sobą i gotowi są walczyć o to...

- Pamiętam o tym i wiem, co czynić. Idź teraz, Natan odpocznij, a ze zdobyczy każ sobie wydać, co tylko chcesz...

- Wezmę tylko to, co Król sam mi ofiaruje, ale nie dla siebie i jeszcze nie teraz.

- Dziękuje ci, wierny przyjacielu. Możesz odejść.

- Jeszcze jedno, Wasza Królewska Mość. Kazałem nadal działać naszym antytatarkom, na szlaku odejścia Tatarów w kierunku Eszterghomu po tej stronie Dunaju. Wiem, że nie wszyscy Tatarzy odeszli do Krymu i wiele czambułów Kara Mustafa chce zatrzymać przy sobie. Ale dzięki akcji antytatarek skośnoocy uchodzą i walczyć z nami nie będą.

- Bardzo dobrze. Nie zaszkodzi jak kresowianki i Turkom zaczną życie uprzykrzać. Niech na nich także strach padnie. Ustaliłeś z nimi kontakty, gdyby trzeba je odwołać?

- Tak jest. Również zapasowe punkty i terminy spotkań z naszymi kurierami. Ale to dopiero za Seczsenami i Rimowską Subbotą. Teraz dla lepszej konspiracji działają całkowicie samodzielnie.

- Dobrze. Z Turkami nie ma pośpiechu. Póki co, niech ordyńców tak sprawiają, aby się bali własnego cienia.

- Stanie się według waszej woli, Najjaśniejszy Panie - skłonił się Natan Tyniec i już bez słowa odszedł.

Oczekujący w pobliżu Piętka nie chciał podchodzić bez przyzwania, lecz wpatrując się w osobę królewską wiedział, że Król jego wzrok poczuje na sobie. Jakoż i tak się stało, bo zaraz po odejściu Tyńca, Król skinął na niego. Redar podszedł szybko i przyklęknął podając trzymaną poziomo sulicę. Król dotykając drzewca straszliwej broni rozkazał:

- Mów.

- Wracam z Tulln, Wasza Królewska Mość.

- A po coś tam chodził?

- Poszedłem zaraz po bitwie sprawdzić, czy rotmistrzowi Szumlańskiemu w czymś pomóc nie zdołam.

- Och, prawda! Toż to pierwszy od Turków raniony oficer w tej wojnie. Boże jedyny, a ja go zapomniałem! Tak samo jak Wołodyjowskiego. Lecz tyle miałem pracy.

- Za dużo obowiązków, Wasza Królewska Mość. Lecz ja pamiętałem za Króla. Byłem tam i pomogłem mu godnie umrzeć.

- O, Chryste! Zmarło się nieborakowi!?

- Miał tak poszarpane wnętrzności, że nie mógł żyć - relacjonował spokojnie Piętka. – Nikt nie potrafi leczyć takich postrzałów. Bez oczyszczenia błon i zszycia jelit musi wszystko zgnić, gdyż nigdy się nie zagoi.

- Serce się z żalu kraje. Ale to wojna...

- Nacierpiał się okrutnie, ale umierał już spokojny i bez bólu. Nie między obcymi, a wśród swoich. Pod murem zamku w Tulln pogrzebany został...

- Skąd wiedziałeś, że umiera?

- Nie wiedziałem Wasza Królewska Mość, ale czułem...

- Dzięki ci, Boże Jedyny i tobie Piętko-Redarze - rzekł Król. - Proś o co chcesz!

- Jeszcze kampania nie skończona. Poproszę, gdy szczęśliwie do kraju powrócimy.

- Czy chcesz wiedzieć, gdzie teraz są chłopcy?

- Ja zawsze wiem, bo czuję, gdzie oni są. I zawsze mogę ich znaleźć.

- Ech, Redar strzeż się, bo cię księża w podejrzenia wezmą, żeś z piekłem skumany. A z nimi nie ma żartów.

- To akurat wiem bardzo dobrze i mój ginący lud także...

Król już nie czekał i nie pozwolił się nikomu zatrzymać, choć widział powracające lekkie chorągwie pościgowe, ostatnie już z tych, które pod Leszczyńskim i Miączyńskim pognały za Mustafą aż w rejon Gior. Szalony ataman kozacki Remek Paszko, co się najdalej za nieprzyjaciółmi zapędził, umazany krwią turecka, wracał z wielkim fasonem. Jechał na czele swej chorągwi takich samych zabijaków, przełożywszy sobie nogę przez końskie siodło, rozparł się w nim, jak jakiś basza.

Zamiast oficerskiego piernacza miał drążek o długości ramienia z nasadzonym nań odciętą głową tureckiego agi z bogatym turbanem. Nad atamanem młody kozaczek niósł makabryczny trójbuńczuk z janczarskich głów. Prawie każdy z jego kozaków, wraz ze zdobyczą, miał przytroczone do siodła tureckie głowy. Obok Paszki jechał porucznik Darosław Szponarski, także w tureckiej krwi skąpany aż po szyje. Widać było, że zamierza wzór brać z szalonego rezuna kozackiego.

- Ci dopiero musieli nadokazywać w pościgu. Ciekawe, czy aż do Gior dotarli? Czy wojska tureckie tam się zatrzymują; czy uciekały aż do samej Budy i Pesztu!? – rozmyślał monarcha. – Ale ukrócę im te zabawy pogańskie - dodał, patrząc z obrzydzeniem na trupie ozdoby żołnierzy.

Choć wracający mogli mieć wieści ogromnie ważne, Król nie czekał na meldunki, na później rozmowę zostawiając. Niech hetman wielki pierwej ich przepyta, bo jemu ci ludzie podlegają. Popędził ukochanego Pałasza, który już wypoczęty po trudach bitewnych i na obrokach zdobycznych odkarmiony, z radością skoczył naprzód. Ale nie długo cieszył się swoim biegiem, bo do namiotu wezyra było niedaleko. Oddany w ręce kawalkatora, znów mógł się wałkonić przez resztę dnia. A czekały go jeszcze w tej kampanii trudy niemałe, a nawet śmiertelny wyścig o życie swoje i swego pana.

Ogromny namiot serdara otaczała ćwierć-chorągiewka służbistach Żydów, wymoderowanych już jak na popis. Dawid Grhom akurat objeżdżający warty zasalutował Królowi szablą, meldunek sprawnie składając. Żydkowie, wespół z arkebuzerami wartę dzierżąc i patrolując najbliższe otoczenie namiotu pilnowali, aby tu nikt czegokolwiek bez zgody Króla nie zmienił. Tylko koniuszy Matczyński mógł w namiocie gospodarować według swej woli. U bramy seraju podjechał do Króla Jana III-go królewicz Jakub w asyście bliźniaków Wołodyjowskich, chcąc złożyć meldunek. Król jednak go szybko odprawił.

- Wracaj do swego pułku i czekaj, dopóki ja tu się z listami i poselstwem do Rzymu nie uporam. A ty rozkaż, aby z pojmanych Turczynków wozaków uczyniono i niech załadują zdobycze na wozy. Każ też rejestry rannych i zabitych porobić. Ranionych opatrzyć, a zabitych pogrzebać. Konie oczyścić, napoić i odkarmić. Pracy masz dość. O zmęczonych ludzi zadbaj, aby mieli co jeść i gdzie odpoczywać. Zajmij się tym natychmiast!

- Wedle rozkazu, Wasza Królewska Mość! - zawołał Jakub i zaraz skoczył na swoim podjezdku, wykonać polecenie.

- Nie zdołam wszystkiego sam dopilnować. Za dużo jak na jednego człowieka... - rzekł Król sam do siebie, siadając do sepetu i już bez zwłoki zabrał się do pisania.

Nie zwrócił wcale uwagi na gospodarującego w namiocie koniuszego Matczyńskiego, który po krótkiej chwili przyniósł jedzenie, picie i silnie woniejące zioła...

- „Venimus! Vidimus! Deus Vicit“ - “Przybyliśmy!Zobaczyliśmy! Bóg zwyciężył”- tak Król Sobieski rozpoczął swój osobisty list do Ojca wszystkich ziemskich ojców - papieża Innocentego XI, który z niecierpliwością oczekiwał na wieści spod Wiednia. Chociaż nie wątpił w zwycięstwo, modląc się oń gorąco, to jednak każdy ranek był dla niego udręką i trwogą o wszystko, co się światem chrześcijańskim mieniło...

Wielki rzymski wódz - Juliusz Cezar, od którego imię „cesarza" powstało, napisał do senatu o jednym ze swych zwycięstw:„Veni! Vidi! Vici.”–„Przybyłem! Zobaczyłem! Zwyciężyłem”... Lecz Polski Król nie tylko sobie i swemu wojsku przypisywał zwycięstwo, ale także Bogu Najwyższemu, bo za Jego łaskawą wolą wszystko to się stało.

- "Racz, Ojcze Święty przyjąć, jako nowy dowód najwyższegouszanowania mego, wiadomość o zwycięstwie, którem Bóg Wszechmogący obdarzył chrześcijańskie rycerstwo.

Pozwoliły mi Nieba w krótkim czasie znieść ze szczętem sto osiemdziesiąt tysięcy wojska otomańskiego, zdobyć wielką chorągiew wezyra, wszystkie jego konie, namioty, broń, ozdoby obozowe, wszystkie działa; słowem po ośmiu godzinach najzapalczywszej bitwy, zostawił w rękach naszych cały swój obóz rozciągający się więcej jak na milę(...)

Niech mi wolno będzie przypomnieć Waszej Świątobliwość, iż w pisanym liście moim z Raciborza w Śląsku, przyrzekłem, że za dwie niedziele stanę pod Wiedniem; te jeszcze nie upłynęły, a już wszedłem w bramy onego. Sekretarz mój Talenti, który mieć będzie szczęście list ten oddać Waszej Świątobliwości, nieodstępnemu mnie w czasie krwawej tej bitwy, o wszystkich onej szczegółach dokładnie uwiadomi Waszą Świątobliwość(...)u Którego nóg składam mię wraz z całym ludem moim.

Z Wiednia dnia 14 września Ad 1683. Posłuszny syn Jan III Król Polski".

- Matczyński, wołaj Talentiego - mówił gorączkowo Król. - Niech przybywa gotowy do drogi. Uszykuj także chorągiew wezyrską do zabrania. Owinąć ją trzeba w jakąś mocną tkaninę, by się w drodze nie sterała. I niech w drodze pośpieszają.

- Wszystko już jest gotowe, Wasza Królewska Mość i sekretarz Talenti przed namiotem czeka.

Król wyjątkowo poważnie potraktował odprawienie poselstwa do Ojca Świętego, by jak najokazalej zaprezentowało majestat polskiego władcy i jego wspaniałe wiedeńskie zwycięstwo. Dlatego włoski sekretarz - Tomasz Talenti otrzymał bardzo godną asystę rycerską. Stanowili ją przedstawiciele wszystkich formacji wojskowych uczestniczących bezpośrednio w bitwie. Dla prawdy historycznej i dla okazałości, jak na poselstwo Najjaśniejszej Rzeczpospolitej przystało. Ochronę delegacji wyznaczono jako zadanie dla najlepiej okrytej pierwszej roty, pierwszego pułku dragonów królewskich, pod komendą kuchmistrza koronnego - pułkownika Franciszka Gałeckiego.

- Pamiętaj Talenti - Król instruował siedzącego już na koniu pana Tomasza Talentiego - godność królewskiego majestatu i Najjaśniejszej Rzeczypospolitej przed Ojcem Świętym reprezentujesz. Czekam na listy z twojej ważnej misji. Pisz mi o wszystkim natychmiast po audiencji i umyślnym przesyłaj!

Poselstwo ruszyło niezwłocznie, a Król Jan miał takie uczucie, jakby właśnie zakończył część jakiejś wielkiej, bardzo trudnej pracy. Z wielkim zadowoleniem patrzył za ruszającą w drogę dumną i bogatą delegacją polskich zwycięzców. Cesarscy i elektorscy niech się sami Ojcu Świętemu pochwalą, tym co w tej wielkiej sprawie uczynili.

*

- Ech, Matczyński, albo masz spółkę z diabłem – rzekł zadowolony Król Jan III - albo w mojej głowie siedzisz, że zawsze wiesz czego mi potrzeba.

- Nauczyciela miałem dobrego, w koronie polskiej na głowie, to i nie trudno mi przewidywać jego politykę.

- Tak? No to powiedz, mądralo, co teraz zrobię!?

- Zamiast zjeść i odpocząć po trudach bitewnych, jak wielkiemu i zwycięskiemu monarsze przystało, pójdziesz pospolitować się do swoich żołnierzy. Najpierw pewnie tego zranionego pędziwiatra porucznika Żwirskiego odwiedzisz, aby na jego śliczną zdobycz popatrzeć.

- Matczyński, miej się na baczności! - wykrzyknął uśmiechając się Król. - Z piekłem trzymasz, hultaju! Inaczej nie może być, bo lepiej wszystko wiesz, niż ja sam. A to jest niebezpieczne dla każdego króla... I co Marku, widziałeś ją?! - spytał niemal szeptem. - Tę uratowaną brankę serdara!?

- Widziałem, mój Królu. To rzeczywiście prawdziwy cud świata... - szepnął z zachwytem pan koniuszy. - Nie było, nie ma i nie będzie już na świecie tak pięknej niewiasty. Wdzięczna tak, że aż do zachwytu.

- Nie powiadaj tego nigdy przy Królowej Marii, małżonce mojej, bo obaj mielibyśmy za swoje. Już by ani życia, ani jadła, ani spania w spokoju nie było do końca dni naszych...

- A teraz wszyscy wraz ze mną na mszę dziękczynną - rozkazał Król - którą w tym tu namiocie odprawić nakazuję. Tu, gdzie mahometański przywódca światu chrześcijańskiemu bluźnił i zagładą groził. Aby wdzięcznością naszą serdeczną tudzież uroczystą chwilą wierność podkreślić wobec Boga i Chrystusa Ukrzyżowanego...

Ksiądz Skopowski, który mszę dziękczynną w namiocie Kara Mustafy miał uroczyście odprawić, sumitował się ogromnie, czy aby nie pobluźni Bogu. Zastanawiał się, czy wolno mu w mahometańskim gnieździe samego islamskiego diabła, misterium Pańskie odprawić przy cudownym obrazie Bogarodzicy, wykopanym tak szczęśliwie przed bitwą.

- Nie mogę, Najjaśniejszy Panie wprowadzać najświętszegosakramentu do tego splugawionego miejsca. Ani eucharystii z czystym sumieniem Bogu składać.

- A cóż to, słabszyś od muezinów tureckich!? - oburzył się Król. - Pokaż moc wiary chrystusowej, jak ja pokazałem moc chrześcijańskiego oręża. Czy będziesz się nad ich wierzeniami litował, jak nad skośnookimi synami piekła!?

- Na uszanowaniu Misterium Pańskiego mi zależy.

- A gdzież potęga twojej wiary i modlitwy, księże!? - nie ustępował Król. - Gdzie masz swoje kropidło i wodę święconą, którą chciałeś z Kahlenbergu onych plugawców przeganiać? Gdzież jest nasza święta karawaka!? Gdzie obraz cudownie nam przez Boga ofiarowany!? Zali te świętości nie wystarczą, na islamskie zabobony i gusła!?

- Misterium Pańskie to najgodniejsza sprawa. Nie można ofiary sprawować byle gdzie. Namiot ten nie jest wyświęcony i siedemdziesięciu siedmiu diabłów w nim wciąż mieszka!

- Może już trochę mniej, drogi księże... Bo te tchórzliwsze już zrejterowały, gdym tu list do Ojca Świętego w Rzymie pisał i znakiem krzyża go pieczętował. Gdyby diabły tu jeszcze rządziły, nic by z mojego pisania nie zostało. Więc i ty wyświęć nam siedzibę serdara wodą święconą i szczerością swojej wiary. Gdybym miał tu dłużej zostać, to w tym miejscu świątynię dziękczynną rozkazał bym wznieść, ku chwale Bożej...

- Sumienie mi nie pozwala i wiara serdeczna moja...

- Księże, bo cię od siebie odprawię - zniecierpliwił się Król - i wezmę innego, mniej bojaźliwego. Czyń swoją świętą powinność, a ja sam do mszy służyć ci będę...

- Nie bojaźliwy ja, jeno rozważny – odrzekł na to pobożny obserwant - a jeślim bojaźliwy, to szczerą bojaźnią bożą. Lecz niech się stanie! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Ksiądz Skopowski przeżegnał wszystkich obecnych znakiem krzyża. Następnie przyklęknął, pokornie pochylił głowę i wyszeptał improwizowaną modlitwę, w jego pojęciu najlepiej oddającą istotę tej wyjątkowej sytuacji i prośby:

- Panie nasz jedyny na najwyższych Wysokościach zważ, iż misterium i ofiarę Tobie czynię w warunkach wojny z wrogami krzyża, którzy pogrążeni orężem mego Króla uchodzą w sromocie, ziemie chrześcijańskie opuszczając. Niech imię Twoje będzie wysławiane na wieki wieków.

- Amen - powiedział Król, przyłączając się do pobożnych słów księdza. - To rozumiem. Polskie duchowieństwo nie może się bać choćby i stu tysięcy par mahometańskich diabłów. Tak nam dopomóż Bóg i Święty Krzyż...

- Amen. - Tym razem zakończył wypowiedź królewską ksiądz Skopowski i już całkowicie oddany sprawie, przystąpił do wykonania swej powinności kapłańskiej.

Misterium Pańskie, celebrowane w skupionym natchnieniutrwało długo. Mając przygotowane na różne okazje piękne słowa, surowy obserwant wygłosił homilię o łasce pańskiej, miłości bliźniego i wielkiej cnocie miłosierdzia. Król leżał krzyżem przed najświętszym sakramentem, pokorę i wdzięczność okazując Opatrzności. Komunikował potem w uroczystej powadze. I nic się złego nie stało, choć tkaniny audiencyjnego namiotu Kara Mustafy słyszały i widziały inny, mahometański sposób pojmowania i wyznawania Boga. Jednak z żadnego kątka, ani fałdy płacht namiotowych nie wyjrzał ani jeden diabeł, tak ich widocznie przestraszyła woda święcona i znak krzyża.

Uspokojony znacznie, odprężony i nawet radosny zwrócił się do koniuszego Matczyńskiego:

- No, stary Matczyński, zwijaj nasze gospodarstwo, niech do reszty rozbiorą namioty i urządzenia seraju. Ruszaj też ze wszystkim pod Schwechat, gdzie stanowniczy nowy obóz zakłada. Tu już wytrzymać nie sposób. Tam się też jutro spotkamy się z cesarzem Leopoldem. Ale najpierw dopilnuj, żeby się konwój sformował z wozów tureckich, aby co możliwe z seraju zabrać i do kraju szybko wyekspediować. Do ochrony konwoju dam rotę dragonów drugiego pułku i setnię Reginisa z pułku trzeciego.

- Ten będzie najlepszy! - pochwalił wymienionego z nazwiskaoficera pan koniuszy. - Dowódcą całego konwoju warto go uczynić. Jest najbardziej godny zaufania i stateczny. Takiemu to i pułk dragoński powierzyć by można. Chociaż coś ostatnio nieswój, jakiś smutny i zamyślony...

- To zwyczajne wyczerpanie po bitwie. Wnet dojdzie do siebie - uspokoił Matczyńskiego Król. - A ja teraz idę do Żwirskiego. Tego też szybko wyekspediujemy do kraju razem z jego damami. Niech się miłość w drodze rozwija i wielkim kochaniem zakwitnie. W jego namiocie będę, ale nikogo tam nie kieruj. Tylko tego hultaja Korycińskiego, jeśli się pojawi, byle trzeźwy był!

-  -  -

Rozdział 3

Przed namiotem Żwirskiego Król ujrzał obu Wołodyjowskichi ich maleńką, “zdobyczną siostrzyczkę" - Narię, ubraną w długie nakrycie sięgające od główki, aż do samej ziemi. Spod nakrycia widoczna była tylko jej śliczna, śniada twarzyczka i czarne ślepka jak węgielki. Zadziwiło Króla postępowanie chłopców, wobec obcej dziewczynki, jakby prawdziwych, opiekuńczych braci. Trzymając ją za rączki, próbowali rozmawiać, a ona uśmiechała się do nich i coś szczebiotliwie odpowiadała po turecku. Chwilami między tą trójką było całkiem gwarno, choć z tego gwaru nie rozumieli wzajem chyba ani jednego słowa.

Bracia Wołodyjowscy właściwie nie zaznali normalnego dzieciństwa i zabaw z rówieśnikami; rodzinnego ciepła i poczucia domowego bezpieczeństwa. Wychowani w surowych i prymitywnych warunkach, jakie mógł im dać Piętka, bardziej drapieżnymi zwierzątkami się stali, niż chłopcami. W klasztorze zaś, traktowani surowo i boleśnie, od pierwszego dnia walczyli o przetrwanie ze starszymi i silniejszymi od siebie urwisami. Po okrutnych doświadczeniach wojny, dopiero teraz po raz pierwszy mogli bawić się z innym dzieckiem. Sami przecież też wciąż jeszcze dziećmi byli.

Na widok Króla obaj wyprężyli się, spoważnieli i znów stali się zdyscyplinowanymi żołnierzami, gotowymi na rozkazy. Król ponownie zobaczył ich takimi, jakich widział zawsze. Michał, dominujący nieco nad Jerzym, odważnie zawołał:

- Witamy cię, Najjaśniejszy Panie!

- My zawsze gotowi, Wasza Królewska Mość! - dodał Jerzy.

- Witam was także, ale rozkazów żadnych dla was nie mam - odpowiedział uśmiechnięty Król. - Odpoczywajcie po bitwie i czuwajcie nad siostrzyczką, aby jej się krzywda nie stała.

- Nasze głowy w tym! - odpowiedział hardo Michał.

- I nasze szable! – rzekł Jerzy, trzepiąc ręką po szabelce.

- A któż tam jest u porucznika Żwirskiego?

- Jejmość pani Zofia, Najjaśniejszy Panie - rzekli obaj jednocześnie. - Panna Sława i pan komendant Jakub Sobieski. Siedzą i rozmawiają, a z nami gadać wcale nie chcą.

- Pani Zofia ciągle gada, a pan pułkownik Jakub tylko słucha, ale patrzy stale na pannę Sławę - doprecyzował sytuację Michał.

- Porucznik Żwirski i panna Sława patrzą tylko na siebie, jakby się napatrzeć nie mogli i nic nie gadają - Jerzy jeszcze dokładniej poinformował Króla.

- To nic, to nic. To tylko afekty, synkowie... - uspokoił chłopców Król. - Nic się złego nie dzieje. Bawcie się spokojnie, jeszcze sobie kiedyś porozmawiamy, ile zechcecie.

Do tej trójki dzieci uśmiechnął się także przybyły Piętka Redar, ogromnie rad, że chłopcy znajdują inne możliwości współżycia między obcymi, nieznanymi ludźmi, a nie tylko walkę. Pochyliwszy się pogładził po główce Narię, a ona wcale nie przeraziwszy się jego ogromnej, kudłatej głowy i zmierzwionej brody, objęła go mocno rączkami za szyję. Nikt nie wiedział, skąd się wzięło tyle ufności u dziecka, które wczoraj było świadkiem potwornej rzezi.

Królewicz Jakub, usłyszawszy głos ojca przed namiotem, wyszedł z wyrazem wielkiego zachwytu w oczach.

- Ojcze, jakaż ona śliczna... - szepnął z zachwytem i tak cicho, aby nikt poza Królem tego nie słyszał. - Chyba jak moja mama-Królowa, albo jeszcze piękniejsza...

- Synu, według mnie nikt nie jest piękniejszy od twojej matki - odpowiedział Król. - Branka Sława może być ze swą urodą dopiero po mojej żonie, a twojej matce. Każda niewiasta tylko dla zakochanego jest zawsze najpiękniejsza na świecie. Wiedz to Jakubie i ucz się.

Król Jan, patrząc na zaaferowanego urodą branki syna, ogromnie pożałował w tej chwili, że nie zabrał choćby miniaturowego konterfektu królowej Marii Kazimiery. Z jakąż przyjemnością mógłby na nią spoglądać w każdej chwili i dojmującą tęsknotę łagodzić. Na szczęście pierworodny Jakub był tak do matki podobny, że mu ją przypominał niczym najwierniejszy portret.

Kiedy weszli do namiotu, ujrzeli siedzącego na posłaniu porucznika Żwirskiego z odsłoniętym torsem, który Sława owijała białą taśmą, po zmianie opatrunku. Porucznik chciał się zerwać z posłania, ale wchodzący za Królem Piętka zawołał:

- Hola... Stój! Nie ruszaj się! Ja znam dobrze takie rany. Tylko zupełny bezruch i cierpliwość może je wyleczyć. Trzeba czasu, aby się zabliźniły. Rozdrażniona rana łatwo może zacząć się gnoić, gdyż krew się burzy zatruta...

Korzystając z okazji, że znalazł się przy rannym w momencie zmiany opatrunku, dokładnie obejrzał głębokie cięcie przez pierś. Żwirski był mocno i głęboko zraniony. Piętka zaś, ku zdziwieniu wszystkich, długo i dokładnie obwąchiwał ranę. Dotykając jej brzegów naciskał żebra, obserwując uważnie, czy się gdzieś krew pienić nie zacznie. Kazał rannemu głęboko oddychać, czego porucznik wykonać nie mógł z powodu bólu.

- Jest dobrze, panie Stanisławie... – powiedział w końcu. - Nic złego się nie dzieje, nie ma gnicia, ani jątrzenia. Żebra waszmości są całe, ale mogą być mocno nacięte i łatwe do przełamania. Ranę trzeba codziennie przewijać, aby była sucha. Można także na kilka pacierzy słońcu ją pokazywać. Ale mus wytrwać w bezruchu dziesięć dni, póki się dobrze nie zabliźni i żebra mocno nie zrosną.

- Dziesięć dni!? - żałośnie wykrzyknął porucznik Żwirski. - To niemożliwe, zgniję tu marnie. Zanudzę się do cna...

- Nie gadaj, panie kawalerze, że się tu tak bardzo nudzisz. - powiedział z uśmiechem Król. Mnie nie oszukasz.

- Wasza Królewska Mość, chciałbym choćby od jutra do służby stanąć, na koniu być, w pole iść tropić, chronić, warty pełnić przy Królu i przy sztabie...

- Przyjdzie na to czas, jeśli posłuchasz Piętki i będziesz cierpliwy. Bo to nie żarty. Bułat mógł być zatruty, jak to często u nich. A rana jest bardzo poważna.

Sława z Zofią podsunęły Królowi i Jakubowi wielkie pufy do siedzenia. Obaj zaraz się na nich wygodnie rozsiedli. Widać było już od wejścia, że kobiety całkowicie opanowały gospodarstwo porucznika Żwirskiego i rządzą, jak u siebie. Obie ubrane w barwiste sari, z nakryciami na głowach - w formie bardzo długich chust, że im włosów widać nie było. Wychodząc z namiotu po wodę, czy do drugiego namiotu, który dla ich niewieścich potrzeb był przeznaczony, nakrywały się obyczajem mahometańskim tak szczelnie, że tylko jednym okiem drogę wypatrywały, nie spoglądając na nikogo.

Dragoni początkowo zainteresowani niewiastami, uważnie się im przyglądali, wiedząc że ich porucznik jest okrutnie „pogrążon” w jednej z nich. Starali się przeto odgadnąć w której i ocenić, czy warta jest ich dowódcy. Celował w tym kapral Wojciech Śmiech i chociaż mocno pokiereszowany w bitwie, próbował je obie uciesznie zagadywać. Ale nawykłe do reżimu, jaki obowiązywał w seraju, nie reagowały na komiczne zaczepki zuchwałego dragona.

Co jakiś czas dolatywały z wnętrza namiotu jakieś niewymownie słodkie dźwięki fletu, czy innej piszczałeczki, układające się w smutne, ale jakby z Lechistanu przyniesione melodyjki. Niemal każdemu przypominały dom rodzinny i powodowały w sercach nieznośną boleść tęsknoty. To panna Sława tworzyła taką muzyczkę na swojej „kraśnej” okarynce.

Od infanterii Gintera przychodził wtedy ukradkiem, kuśtykając pokracznie Maciej Śpiewak. Nie śmiał nikogo o nic zapytać, ale kiedy zamyślony wracał na swoje miejsce, zaraz ze skrzypkiem-góralem coś szeptali i nucili. Skrzypki cichutko się odezwały, jakby zasłyszane melodyjki próbując powtarzać...

Namiot Żwirskiego był wyposażony aż ponad potrzeby, bo gorliwi żołnierze naznosili mnóstwo różnych dywanów, poduch, nakryć, zgrabnych mebelków i innych sprzętów, wśród których przepięknie prezentował się mosiężny piecyk na węgle. Na nim w srebrzystym imbryczku parzyła się jakaś silnie woniejąca smakowitość, roztaczająca wokoło nieznane polskim żołnierzom zapachy. Gościnne gospodynie nalały i podały Królowi, Jakubowi, a także Piętce i Żwirskiemu w porcelanowych czarkach, niezwykle aromatyczny, czarny jak smoła gorący płyn. Ten rarytet do picia pani Zofia nazywała – „kaffą”.

- Serdar się nią rozkoszował - informowała. - Oni tu wszyscy pijali „kaffę”, bo od niej zmęczenie mijało. Czasem dodają do niej miodu albo innych przypraw, czasem pili na zimno, a czasem gorącą, że dmuchać w czarkę musieli. Niechby Wasza Królewska Mość kazał zabrać parę worków tego specyjału, jeśli w Polsce nieznany. A ja mogę każdego nauczyć, jak to przyrządzać i podawać, aby szkody sobie nie zrobić. Są i tacy co jej nie zaparzają, tylko ziarnka do gęby sypią i żują, a potem przeżute wypluwają...

Piętka swoim dziwnym obyczajem bardzo uważnie wąchał czarkę z napojem i przymykając oczy jakby analizował wszystkie składniki woni nieznanego mu napoju. Potem ostrożnie wziąwszy odrobinkę do ust, tak samo długo smakował.

Ponieważ nie było w namiocie pana Korycińskiego, nikt nie próbował zatrzymać rozgadanej Zofii, która ogromnie lubiła mówić. Przez całe lata nie mając okazji korzystać z rodzimego języka, teraz chciała nadrobić wszystkie zaległości. Ale Król tę kobiecą skłonność znał aż nadto dobrze, toteż wchodząc pytaniami w jej w słowa, kierował rozmową.

- Wiem, że żołnierze zdobyli jakieś worki z czarnym ziarnem, czy to ta owa kaffa?

- Tak, Wasza Królewska Mość. Turcy najpierw przypalają zielone ziarenka aż mocno ściemnieją, potem mielą na drobniutką kaszę. Dopiero taką wrzątkiem się zalewa. Ale dużo tego nie można pić, bo serce od niej kołacze.

- Wiem ja komu serce i bez tego mocno kołacze. Czy prawda to, mój Stanisławie, przyjacielu? A ty wdzięczna panienko, czy nie tak samo sądzisz?

- Ja tak samo sądzę, Miłościwy Panie, jak i pan Stanisław - rzekła cichutko Sława.

- Ha, to już widzę oboje żeście się w sobie ze szczętem pogrążyli. Ale przyjdzie się rozstać niedługo.

- Co!? Nie może to być!! - wykrzyknęli oboje.

- Dłużej tu zostawać nie sposób - wyjaśniał Król. - Dziś jeszcze rusza pierwszy konwój ze zdobyczą i rannymi do kraju. Jutro pójdzie następny i w nim pojadą wszyscy ci z wyzwolonych jeńców, którzy chcą do kraju wracać, zwłaszcza kobiety i dzieci. Także duża partia mojej zdobyczy wyruszy konwojem pod komendą porucznika Reginisa. Możecie z nim jechać, to i nie będziecie się musieli rozstawać. Jesteś poważnie ranny, panie Stanisławie i permisję ci dam nawet bez proszenia.

- Nie jestem poważnie ranny, ot dwa - trzy dni odpoczynku i na konia siądę.

- To prawda, że na zwycięzcy rany goją się najszybciej, ale Piętka ma rację. Trzeba zranienie dobrze wygoić.

- Nie odstąpię od Króla, aż do końca tej kampanii...

- Ani ja... - szepnęła branka, podchodząc do porucznika Stanisława i chwytając go za rękę.

Jakub Sobieski patrzył z zachwytem na zakochanych i aż usta otwierał, marząc w młodzieńczym sercu o takiej miłości. Wrażliwy młodzieniec, aż się palił do afektów, a ci oboje podobali mu się ogromnie. Żwirski był nadzwyczaj męski, w karnacji tak złocisty, jakby nieustannie go słońce oświetlało. Niemal tak samo jasno złocista była panna Sława, o twarzy słodkiej, jak na obrazach świętych. Z migotliwą aureolką pojedynczych włosków okalających śliczną twarz i rzucającą iskierki przy każdym poruszeniu, od razu mogła być na ołtarze postawiona. Choćby tylko za samą swoją niebiańską urodę.

- Zrozumcie, że na pobojowisku żadne z was zostać nie może - tłumaczył Król. - Jutro już tu nikogo z naszych nie będzie. Przyjdą cesarscy i wcale przyjaciółmi nam nie będą. W Wiedniu zaraza, w namiotach gdzie ranni i chorzy Turcy leżą, tak samo. Tylko patrzeć, jak się „powietrze” na nasze wojska rzuci. Dlatego musimy stad uciekać. Ty wiesz Żwirski najlepiej, że w wojsku, które na wojnę idzie, nie ma miejsca dla niewiast.

- A Zdunkowa z infanterii pułkownika Gintera!? - niezręcznie zaoponował Żwirski.

- A bodaj cię, szelmo jaśnista! - obruszały Król. - Jak śmiesz hultaju powoływać się na Zdunkową, kiedy to istna herod-baba; niemal prawdziwy chłop, tyle że płci niewieściej.

- Jakże to?

- To jakbyś czarownicę z aniołem porównywał. I to kto!? Gdybym był tą tu oto piękną panienką, zaraz bym się na ciebie obraził. Wstydź się!

- Toteż się zesromałem, Najjaśniejszy Panie, bom chyba głupstwo haniebne palnął...

- No. Dobrze żeś głupstwo ono pojął... Ciebie wyganiać ani rozkazem odsyłać nie chcę i nie mogę, boś szlachta. Jeśli chcesz zostać - zostań; ale Sława i Zofia wraz z Narią pojadą. Reginis bezpiecznie odwiezie je konwojem do Królowej na Wawel.

- Czy to naprawdę konieczne?

- A masz jakąś lepszą opiekę dla swego kochania?! Masz lepszą radę mości Stanisławie!?

- Nie mam. A i Reginisowi mogę zaufać, jak sobie samemu. Pewny jestem, że sam prędzej zginie, a jej krzywdy zrobić nie pozwoli. To jakbym ja sam ją odwoził.

- No widzisz. I tak też niech będzie.

Sława przystąpiła do Króla, ujęła jego silną, ale ojcowsko łagodną dłoń. Spojrzała nań swoim modrymi, przeczystymi oczkami, aż się Król cały w nich roztopił.

- Zali naprawdę muszę jechać, Królu Mój Jedyny i Panie Najjaśniejszy!? Niech tylko Zofia z Narią pojadą. A ja zostanę. Jestem silna i wszystkie trudy zniosę, byle przy panu Stanisławie. Nie będę dla wojska zawadą, a i przy rannych albo chorych jako samarytanka pomogę. Znam się na ranach. Nie boję się krwi. I pana Stanisława wykuruję jak należy.

- Nie świdruj mnie swoimi bławatkami, śliczna dzieweczko, abym się nie zgodził na twoją prośbę - perswadował łagodnie Król. - Bo dla takich wdzięcznych istotek serce mam zbyt miękkie. Ale nie będzie z tego nic! Potęsknicie za sobą przez parę niedziel, to jeszcze większymi afektami do się rozgorzejecie. Wolę cię widzieć okrutnie stęsknioną po powrocie w Krakowie, niż tu, gdzie w każdej chwili od „powietrza” rozchorować się możesz. A teraz wszyscy idźcie sobie gdzieś, bo ja muszę tu z porucznikiem ważne służbowe i wojskowe sprawy omówić, o których wiedzieć nie musicie.

Sława ze smutkiem opuszczała namiot. Miała jeszcze cichą nadzieję, że może porucznik coś u Króla wyprosi, wszak słyszała o niewiastach, które woźnicami w taborach bywały, za pachołków się przebierając. Wielkie pochody z wojskami odbywały, a ich narzeczeni albo poślubieni w piechocie, czy w lekkich chorągwiach pod bronią służyli. Kiedy w bitwach szwank ponieśli - opiekę i pomoc mieli gotową.

Zasmucona siadła na rozłożonym dywaniku w cieniu pobliskiego drzewa, ujęła w dłonie nieodłączną okarynkę i zagrała cichutko, ale tak smutnie, jak jeszcze nigdy dotąd. Znajdujący się niedaleko, płowowłosy kapral Maciej Śpiewak nasłuchiwał chciwie, chłonąc i zapamiętując nieznaną melodię.

- Wasza Królewska Mość... - zaczął Żwirski zostali sami.

- Cicho, cicho, chłopcze. Nic nie mów. Ja wszystko wiem - przerwał mu Król. - Dopadło cię to, co w życiu młodego rycerza najpiękniejsze. Wierzaj mi, bom to samo przeżył i do dziś z panią małżonką swoją - Królową Marią szczęśliwie przeżywam. Gdybym tylko mógł, choćby dziś, zaraz, na skrzydłach poleciałbym do Krakowa. Bo kochanie to niewola okrutna i bolesna. Więcej się nacierpisz, niż nacieszysz. Ale bez takiej niewoli i bez takiej udręki lepiej nie żyć.

Żwirski słuchał słów królewskich jakby w roztargnieniu. Dotychczas z ust czytał życzenia umiłowanego Króla, a nawet je uprzedzać próbował. Teraz jednak, co chwilę na wejście namiotowe spoglądał, jakby w łożu jedną połową się znajdował.

- Wasza Królewska Mość, jak ojcu rodzonemu, jak księdzu na świętej spowiedzi powiem, że nie wiem, co się ze mną dzieje. Rana to głupstwo, ale w sercu coś mi się stało, że nie wypowiedzieć. I gorąco i słodko, miło i tak okrutnie boleśnie.

- To nic chłopcze. To tylko kochanie. Tak właśnie powinno być. Miłowanie, to nie grzech. I Bóg sam nakazał maluczkim: - „Miłujcie się”! Nie raz sen ci ono odbierze, chęć do jedzenia, a kiedy rozłąka przyjdzie, to bardziej zaboli, niżby żywym ogniem skórę palił. Bywa też, że przez miłość przyjaźń ginie, bracia rodzeni, druhowie serdeczni wrogami się stają...

- Nie wiedziałem, Wasza Królewska Mość, nie wiedziałem, że to aż tak... - szeptał jakby przerażony pan Stanisław.

- Ale nic się nie bój i zawsze bądź dobrej myśli. Powiozą cię powolutku na wozie do Schwechat, gdzie pewnie parę dni zostaniemy i tam szybko wydobrzejesz. Nie utrudniaj mi i tak trudnej decyzji. Powiedz sobie i panience: - „Trudno! Musimy wytrwać”. I Bóg też wam dopomoże. Ja jeszcze muszę Wołodyjowskim tę ich „zdobyczną” siostrzyczkę Narię zabrać i pod opiekę Sławy i pani Zofii oddać. A wiesz ty sam najlepiej, że z tymi jadowitymi szerszeniami sprawa nie łatwa.

- Ależ, Najjaśniejszy Panie, toż oni tak samo jak ja za Pana Boga i Ojca Waszą Królewską Mość mają. Posłuchają!

- Akurat! To urodzone piekielniki, stworzone tylko do ranienia i zabijania. Do niczego więcej.

- Wasza Królewska Mość, widziałem jak się zmieniają przy tej malutkiej Narii.

- Liczę właśnie, że ta turecka dzieweczka na powrót ich w normalnych chłopców przemieni - rzekł Król wstając. - Wszelako stale mam dziwne uczucie, żeby z nimi zbyt ostro nie postępować, bo gotowi i mnie użądlić.

- Nie wierzę, aby mogli o czymś takim nawet pomyśleć. Króla za jedynego ojca mają. Życie by za majestat oddali. Tak samo jak ja!

- Ale aniołków i tak z nich nie zrobisz. Gdyby się tu zjawił mości Koryciński, to mu w sekrecie powiedz, aby się przede mną za te swoje pijackie popisy w Wiedniu już nie chował, bom ogłosił amnestię dla wszystkich żołnierzy. Dla niego zaś osobną, bo też tyle szelma sam jeden nagrzeszył, co reszta wojska. I ogólna amnestia na takiego nie wystarczy.

- Miło mi będzie powiedzieć to panu Korycińskiemu, bo onże skierował moje kroki w tę szczęśliwą stronę, gdziem życie pannie Sławie mógł zratować i krew własną za nią przelać.

Mówiąc to pan Stanisław patrzył na Króla żałośliwym wzrokiem.

- Ale mi tak żal rozstawać się z panną Sławą.

- Prawdziwa miłość nie boi się rozstania. Wytrwaj! - Król był nieubłagany. - No, żegnam cię synu, bądź dzielny i cierpliwy, a Bóg ci wszystko w tej pięknej miłości wynagrodzi. W Krakowie weselisko ci sprawimy jak księciu. Niech w seraju przez tę nockę biwakuje twoja dragońska rota, a potem niech powiozą cię do Schwechat. Tam się dopiero spotkamy.

- Mój wachmistrz Benon Czortek wszystkiego dopilnuje, to rezolutny podoficer. Dziękuję za wszystko, Waszej Królewskiej Mości jak przyjacielowi najserdeczniejszemu. Życia, ani krwi, ani sił i zdrowia dla majestatu nie poskąpię.

Król był ogromnie wzruszony, bo ani się spodziewał takich rzewliwych zdarzeń na tej wojnie. Ukradkiem jakąś łezkę, nie wiadomo skąd się biorącą, starł z wąsów i już z radosną twarzą wyszedł przed namiot. Obie kobiety przypadły mu do rąk, aby całować i prosić, lecz on im się wyrwał zdecydowanym ruchem. Zaraz jednak pogładziwszy głowę Sławy, pocałował ją w czoło i powiedział cicho:

- Tak trzeba dziecko. To wojna i wielkie niebezpieczeństwa nie minęły. A wy, dobrodziejko Zofio zatroszczcie się w podróży o te panienki, abym was wszystkie zdrowe w Krakowie zastał. I już o nic mnie nie proście, bo jeszcze ulegnę. Rozejrzawszy się za chłopcami zawołał:

- Waszmościowie Wołodyjowscy do mnie!

Chłopcy natychmiast przerwali zabawę z Narią i stanęli przed Królem w postawach żołnierskich. Malutkiej Narii bardzo się to spodobało i próbowała ich naśladować - myśląc, że to wciąż zabawa.

- Wedle rozkazu, Wasza Królewska Mość! - zawołali obaj jednocześnie.

- Pani Zofia, panna Sława i Naria muszą z rana wyjechać do Krakowa. Możecie jechać z nimi i tam pod opieką Królowej do szkół pójdziecie, aby się na szlacheckich synków wykształcić i manier górnych nabrać.

- My do szkół nie pójdziem! - od razu najeżył się Michał.

- Ani uczyć się na książkach nie będziem! - stanowczo powiedział Jerzy.

- Jego Królewskiej Mości się sprzeciwiacie!? - wtrącił się do rozmowy Jakub, jako ich dowódca. - Nie tegom was uczył.

- Bo wojna jeszcze nie skończona, panie Komendancie i Turek do nogi nie wycięty...

- I Kamieniec jeszcze trzyma Podolski, gdzie ociec nasz zginął zabity!

- My Króla nie odstąpim. Nie po to my na Turka szli, żeby teraz do Krakowa wracać!

- Ot hultaje bezrozumne! - rozgniewał się Król. - Ale to małe dziecko z wami zostać nie może i do Krakowa pojedzie! Wszędzie tu zaraza grozi. To wojna i nie miejsce dla dzieci!

- Wedle rozkazu! - Odkrzyknęli obaj. Ale rezolutny Michał dodał dla upewnienia:

- Ale Narii niech nam nikt nawet nie próbuje odbierać.

- Zabijemy każdego jednego - powiedział Jerzy z taką stanowczością w głosie, że Król nie miał najmniejszej wątpliwości, że sierdzisty smyk gotów to uczynić.

- To wam zaręczam królewskim słowem, ale już więcej czasu dla was nie mam, bo tysiące innych spraw czeka na mnie. Pożegnajcie się z przyjaciółmi i zaraz do mojego taborku przybywajcie. Służba w królewskich dragonach to nie zabawa.

- Tak jest, Wasza Królewska Mość! - zawołali rozumiejąc, że przecie inaczej nie można.

*

W piekielnym żarze upalnego dnia i okropnym zaduchu fetorów płynących z Wiednia i terenów najcięższych walk, królewskie wojska pośpiesznie opuszczały zapowietrzoną okolicę. Król dokonał szybkiego przeglądu formowanych konwojów kierowanych do kraju i oddziałów odchodzących do Schwechat.

Zwracał szczególną uwagę ma transport rannych i staranną nad nimi opiekę, zaopatrzenie w żywność, zdrową wodę i paszę dla koni. Nieustannie przyjmował i odprawiał kurierów i dowódców. Nie jadł prawie nic, jeno pił tylko rozcieńczane wino, co usilnie doradzał mu Piętka. Sam też tak czyniąc.

- Wasza Królewska Mość, ja czuje wyraźnie, że tylko wino nie szkodzi. Tutejsza woda nie nadaje się do picia. Nawet ta płynąca z Gór Wiedeńskich.

Wieczorem, Król wciąż nic jeść nie chciał, a tylko pił gorące zioła Matczyńskiego, które skutecznie dobry sen na niego sprowadzały. Najchętniej tej nocy nie spędzałby już w zaduchu Doliny Wiedeńskiej, gdzie nie nadążano z grzebaniem trupów, choć zapędzono do tego tureckich jeńców.

Na deszcz lub ochłodzenie w ogóle się nie zanosiło. Peccorini meldował o pierwszych przypadkach chorób wśród polskich żołnierzy, ale utrzymywał, że to raczej z trudów wojennych, niż od „powietrza”.

*

- A hultaja Korycińskiego jak nie było, tak nie ma - zwierzał się Król panu Matczyńskiemu. - Czyżby o mojej abolicji nikt mu nie powiedział?

- Zaprawiło się pijaczysko z arkebuzerami albo z dragonią - uspokajał Króla pan koniuszy. - Ale się znajdzie, bez obawy.

W krótkiej rozmowie omawiali wydarzenia dnia i to, że większość wojsk polskich oddziałów dotarła już do Schwechat i w bezpiecznym obozie odpoczywa w dobrych warunkach. Tyle, że bez zaopatrzenia w żywność i furaż, bo tabory spod Tulln jeszcze do jednostek nie dotarły. Może cesarscy utrudniają przejazd, albo drogi rozjeżdżone ciężkimi armatami drogę znacznie utrudniają. Wielki konwój trzystu wozów załadowanych zdobyczą szczęśliwie odszedł pod dobrą strażą do kraju. Nie ma żadnych sygnałów, aby ktoś im wstręty robił i chyba przybliżają się już do przeprawy pod Tulln. Za rzeką już dadzą sobie radę, bo co pół dnia drogi są silne stanice dragońskie i kurierskie stacje zmiany koni. Następny konwój ze zdobyczą z seraju pójdzie jutro o świcie pod nadzorem Reginisa.

Jakub wrócił na noc do Króla, ale bez bliźniaków, bo ci chcieli jeszcze ostatnią noc przespać razem ze swoją zdobyczną siostrzyczką, a on im tego nie wzbraniał.

- Powiedz mi Jakubie - pytał Król szykując się do snu - gdzież to Wołodyjowscy zaleźli tę śliczną Turczynkę?

- Och ojcze, to cała historia - zaczął opowiadać podniecony Jakub. - Kiedy wpadliśmy do seraju, kazałem połowie dragonów w labiryntach uliczek pieszo atakować strażników.

- Słusznieś postąpił.

- Ale Wołodyjowscy odmówili twierdząc, że szlachta tylko z koni walczy. Krzyknąłem na nich: - A z panem Korycińskim jak walczyliście? Odpowiedzieli mi, że gdyby pan Koryciński obyczaj szlachecki znał, to by ich z konia napadał, a nie piechotą, jak gemajna z infanterii.

- A to szelmy, jakie czułe na swą szlacheckość - z uznaniem powiedział Król.

- Kiedy wpadliśmy do haremu - opowiadał dalej królewicz - zobaczyliśmy ogrodzony dzieciniec, gdzie zabijano mieczami kobiety i dzieci. Nawet te zupełnie małe. Od zgrozy patrzeć wprost na to nie mogłem! Dzieciaki z piskiem chowały się po kątach, ale w ogrodzeniu będąc, uciec nie mogły.

- Taki to jest wstrętny obyczaj tego okrutnego narodu.

- Widziałem jak jeden z rzezańców przeciął mieczem na pół matkę wraz z jej małym dzieckiem, trzymanym na rękach. Sami z koni niewiele mogliśmy zrobić, bo eunuchy siekły mieczami na oślep. Za kilka chwil byłoby już po wszystkim. I żadne z nieszczęsnych kobiet i dzieci by nie ocalało. Wtedy właśnie Wołodyjowscy wysokie ogrodzenie na koniu przesadzili i w biegu od razu rozciągnęli pojedynczymi cięciami dwu olbrzymich eunuchów. Potem jednak, nie zważając na swą szlacheckość, zeskoczyli z konia i natychmiast zaatakowali pozostałych.

- Nigdy jeszcze nie widziałem, aby ktoś potrafił tak walczyć. Eunuchy zorientowały się, że to nie bezbronne dzieci, ale śmiertelnie jadowite szerszenie. Zaczęli gromadnie atakować mieczami naszych chłopców. Myślałem, że te czarne diabły rozniosą Wołodyjowskich na strzępy. Ale było odwrotnie. Ojcze, ja nawet nie zauważyłem jak i kiedy to się stało, że nagle jeden po drugim czarne tłuściochy padały na skrwawioną ziemię z rozpłatanymi czołami, poprzecinanymi oczami albo przebitymi gardłami. To nie była żadna walka, to był jakiś upiorny taniec śmierci w wykonaniu Wołodyjowskich. Robili z eunuchami, co chcieli. Ani ja sam, ani nikt z dragonów nie zdążył nawet ręką kiwnąć, aby im pomóc. Policzyliśmy potem, że pokonanych rzezańców było dwunastu.

- To przyrodzone cechy odziedziczone po niezwykłym ojcu i wyjątkowej matce – wyjaśnił Król. - Pułkownik Wołodyjowski nie miał w szabli równego w całej Rzeczypospolitej, choć był mały, wręcz filigranowy i właśnie dlatego „Małym Rycerzem” nazywany. A matka ich chodziła z wojskiem na "proceder z Tatary", jak najlepszy zagończyk. Bliźniacy swą sprawność do szabli odziedziczyli po rodzicach, jak ty urodę i oczy po matce. A po mnie... A co po mnie, to jeszcze zobaczymy chłopcze. Chciałbym, aby jak najwięcej. Nie powiedziałeś mi jak znaleźli tę dziewczynkę.

- Narię znaleźli za fałdem opony namiotu, stężałą jak słup soli. Ale ona ich się nie bała. Gdy ją obaj wzięli za ręce, poszła za nimi posłusznie, jak za starszymi braćmi. Wokoło było pełno krwi z trupów pomordowanych kobiet; głowy odwalone, walające się pod nogami. Chłopcy zadziwili mnie swą nadzwyczajną opiekuńczością, czego przecież nigdy dotąd nie okazywali. Nawet nie znali czegoś takiego. To niby prawdziwe diabły, ale jednocześnie anioły. Tego sobie nie wyobrażałem...

- Ani ja, mój synu. Widać Bóg więcej dla świata i ludzi uczynił, niż byśmy mogli rozumem objąć. Ale teraz już śpijmy, bo jutro czeka nas trud niemały w tym straszliwym upale.

- Powiedz mi ojcze, dlaczego dzieją się pod okiem Boga takie okropności? Co komu zawiniły te małe dzieci i matki, które starały się swoje dzieciątka obronić. Jakie trzeba mieć sumienie, aby je tak okrutnie zabijać? Jak można potem żyć...

- Spytamy synu naszych księży, niech oni wytłumaczą z tego swojego Pana Boga. My będziemy ich obserwować i analizować to, co powiedzą. Jedno ci tylko mogę rzec, że po to właśnie tu przybyliśmy, aby tych potworów ze świętej ziemi wyżenąć.

- Wierzę w to ojcze i uczę się. Wojna to jest najgorsze co może ludzi na świecie spotkać. A zwłaszcza dzieci.

- My żadnych dzieci, kobiet, ani nawet jeńców nie mordujemy. I cieszmy się synku, że możemy kogoś od śmierci ocalić. Ale teraz już śpijmy naprawdę, Bogu naszemu tę noc i siebie samych w skupieniu modlitwy gorąco polecając.

-  -  -

Rozdział 4

Pan Koryciński ucieszyłby się ogromnie z królewskiego przebaczenia wykroczeń przeciwko majestatowi i wojskowemu moresowi, gdyby w ogóle o abolicji wiedział. Po pijackiej drzemce w cienistym ukryciu między namiotami, aż zadrżał od grozy, na wspomnienie swego zachowania wobec Króla podczas wizyty w Wiedniu. Co prawda zasługi w bitwie, jak i w całej kampanii miał ogromne, znacznie większe od niejednego oficera, ale nie należało pchać się tak obcesowo przed zwycięskiego Króla i zaćmiewać jego chwałę. To Królowi Janowi, nie komu innemu, należały się wszystkie honory, wiwaty i oznaki wdzięczności. W bezsilnej rozpaczy chciałby się bić po swej pijackiej gębie. Gdyby miał pod ręką Kiemliczów, wiedziałby kogo im nakazać prać.

- Nic, tylko Król wybatożyć mnie każe - biadolił. – Potem obwiesi, na pal wbije, w ogniu żywym przypiecze, ze skóry żywcem obedrze, ale co najgorsze: - wypędzi precz od siebie.

I aż mu ciarki po plecach wędrowały ze zgrozy od takich myśli. Przez to po obozowisku się tułał, znajomków unikał. Póki namiotów nie porozbierano i na wozy nie załadowano, miał się gdzie chować, udawać pijanego, czy śpiącego. Pod wieczór jednak teren seraju już niemal całkowicie opustoszał. Została tylko siedziba serdara Mustafy, fontanna i kilka namiotów, gdzie mieszkał ze swymi niewiastami porucznik Żwirski i obozował wachmistrz Czortek z dragonami. Zresztą także oni część namiotów zwijali i na wozy ze zdobyczą ładowali.

Pan Koryciński pomyślał roztropnie, czy nie przenieść się nad pobliską rzeczkę Alserbach, gdzie stała jeszcze grupa namiotów i Król w swoim osobistym namiotku nocował pod ochroną arkebuzerii i dragonów. Reginis dragonami dowodził i choć nie był on zbyt życzliwy golibrodzie, to nie wróg przecie. U arkebuzerów też miał znajomków od kielicha. Tam się miedzy żołnierstwem czas jakiś poukrywa i wykorzystawszy chwilę lepszego humoru Króla, na oczy mu się niby przypadkiem pokaże i los swój nieszczęsny zaryzykuje. Oddałby cały należny mu bitung, byle znów cieszyć się zaufaniem królewskim. Ale już nigdy, przenigdy nie będzie wyskakiwał przed majestat, pamiętając nieustannie o swej skromnej funkcji nadwornego golibrody. Przecie to i tak wysokie stanowisko, jak na jego ambicje. Na nic mu przecie sława rycerska, szarże oficerskie i bohaterskie splendory. Lepiej wszak po cichutku obowiązki spełniać, syto i ciepło żyć przy Królu i ani jednym słowem, ani gestem się nie wychylać w żadnych okolicznościach.

- Przysięgam ci Pani Łaskawa Częstochowska i tobie - Kamedulska Pani z Krakowskich Bielan, suszyć co środę o chlebie i wodzie, niech tylko Król mi przeniewierstwo wybaczy i łaskę okaże. Co tam niewdzięczni Kiemlicze, co tam niewolni przez nich zagarnięci do dźwigania łupu! Niech grabią ile chcą.  - I tak jedyna nadzieja w poczciwym Pafnucym Gulle, pachołku wiernym od lat, choć skąpiradle tchórzem podszytym. Wiadomo czego się po tej chudo-pacholskiej szlachciurce spodziewać. List poczciwiec przysłał i o decyzje rezolutnie prosił. Grunt, że jest niedaleko i z taborami się zbliża. Może już dziś na miejsce dotrze. Będzie co zjeść i co wypić. Jeśli bestia nie stchórzy znowu, nie pobłądzi, albo cesarskim ograbić się pozwoli.

Tuż przed wieczorem, pogrążonego w przykrej mizerii pana Korycińskiego, znalazł ten sam Żydek, który mu wczoraj list od Gułły dostarczył i odpowiedź opłaconą kosztownym zapięciem od czapki zaniósł. Pan Koryciński ogromnie ucieszył się na ten widok zwłaszcza, że posłaniec wręczał mu znów lakowany pakiecik z listem. Spodziewał się dobrych wiadomości, a przede wszystkim informacji, gdzie Gułła z taborem dotarł i oczekuje w gotowości.

- A to ty, Żydku - powiedział niemal wesoło pan Bonifacy. - List mój oddałeś? Czy pan Gułła przeprawę przez Dunaj szczęśliwie z taborem odbył?

- Wielgomożny pan Gułła przeprawę szczęśliwie odbył - odpowiadał kłaniając się Żydek. - Jeno, że sam się ostał bez taboru z koniem jedynie, a i to cudem zachowanym.

- Cooo!? Jakimż że sposobem!? - spytał zaniepokojony pan Bonifacy. - Potopił na przeprawie?! Toż to był mój majątek!?

- Wszystko to z pisma wielmożnego pana Gułły się okaże, bo go aż pół dnia pisał i skończyć nie mógł. Mnie czekać kazał, lecz basarunku nie dał, waszej miłości to zlecając.

- Mnie płacić kazał za swój list!? A to przebiegła szelma żydowska. Och, przepraszam cię Żydku... - zreflektował się zdenerwowany pan Koryciński. - Czytać lepiej muszę...

Wierny pachołek Gułła, w swoim obszernym liście, tak jak poprzednio, długo Boga błogosławił, swemu pryncypałowi zdrowia i szczęścia życzył, gratulacje za mianowanie generalskie ponownie składał, nadzieje także wyrażał, że i jego szarże oficerskie z generalskiego ramienia dojdą. Potem sedno sprawy wyłuszczał tak zawile, aż się pan Koryciński rozsierdził do białości.

- Ot Szelma z Szelmowa z rodu Szelmów! Niech go wszystkie kule na raz biją!!! Kutwa szołdrowata obchodzi dookoła ogródkami, jakby nie potrafił powiedzieć wprost - irytował się ogromnie pan Bonifacy. - Przez to mu tyle czasu na pisaniu zeszło, a za czekanie posłańca ja mam płacić ze swojej zdobycznej krwawicy. Czekajże, już ja ci hultaju zapłacę.

Sprawa była przykra i poważna, gdyż nim się Pafnucy Gułła - już jako starszy wachmistrz taboru i kwatermistrz samodzielnej dywizji - na przeprawę dostał, przybył do niego z kraju pełnomocnik pana Szczepana Szczeszcza z kilkunastu zbrojnymi. Domagał się zwrotu wszystkiego, co do pocztu Szczeszcza należało, łącznie z pachołkami, zapasami i trunkami.

Ponieważ służba się rozbiegła uznał, że to pan Koryciński bezprawnie ją sobie zgarnął, jak i całe bojowe wyposażenie pancernego pocztu. Domaga się zapłaty i sądem grozi.

-