Szept gór - Paulina Hendel - ebook

Szept gór ebook

Paulina Hendel

0,0
39,68 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Każdy sojusz ma swoją cenę. Każde kłamstwo swoje konsekwencje.

Zoya miała umrzeć jako bohaterka. Zamiast tego budzi się w sercu gór w Azgedur, mieście wykutym w skale, gdzie wróg okazuje się jej jedynym sprzymierzeńcem. Pozbawiona mocy wiatru i ognia, ranna i zdana na łaskę Dragana . Tego samego, który miał porywać dzieci i siać śmierć. Tego, który teraz mówi o ratunku, o głodzie i o Zaporze, która skazuje jego lud na powolne wymieranie. Miał być potworem. Jest wybawcą. A może jednym i drugim.

Bo to, co Zoya straciła, może być niczym w porównaniu z tym, co dopiero nadchodzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Szepty rodu Eld Veriani

Rozdział 1

Płomień świecy stojącej na niskim stoliku zadrgał w ledwie wyczuwalnym przeciągu, a cienie zamigotały na skalnych ścianach. To nie było moją sprawką – w dniu, w którym razem ze stuletnią smoczycą Silvą pokonałam skalnego olbrzyma, straciłam całą moc. Dzięki mnie ludzie z Fjalgadar odnieśli zwycięstwo, ale sama spadłam z grani prosto w przepaść. Myślałam, że nie przeżyję tego upadku, to był jednak ostatni raz, gdy wiatr przybył mi na ratunek i mnie ocalił. Teraz już go nie czułam, zdawałam się kompletnie pusta – bez ognia i bez wiatru.

Ponownie wpatrzyłam się w płomień świecy, a po policzkach pociekły mi łzy. Raz po raz nakazywałam mu tańczyć, lecz okazał się całkowicie głuchy.

„Razem zniszczymy Zaporę”. Słowa Dragana odbijały się echem w moich myślach.

Zamknęłam mocno oczy.

„Zniszczymy Zaporę...”

Potrząsnęłam głową. Nie zrobię tego. Nigdy. Nie wypuszczę z gór hord potworów tylko dlatego, że skalni ludzie mnie o to proszą. Nie skażę na zagładę mieszkańców Obsydii. Tam jest moja rodzina. A co, jeśli skyrgom wciąż będzie mało ofiar? Zaleją wielką śmiertelną falą całe Iskavel?

Ogarnęła mnie bezsilność. Bez mocy niewiele mogłam zdziałać. Umiałam co prawda celnie rzucać nożami i miałam cięty język, ale tym nie ocalę bliskich, ani tym bardziej kraju.

Moje prawe przedramię było owinięte bandażem ze skalnej wełny, lewe zaś usztywnione z powodu złamania, którego doznałam podczas upadku z urwiska – to dawało ograniczone możliwości ruchu, spróbowałam jednak zakręcić dłońmi młynka, starając się przywołać w pamięci tych kilka prostych gestów, jakie wykonywałam za każdym razem, gdy rozkazywałam wiatrowi. Skupiłam wszystkie zmysły na jednym zadaniu – by zgasić płomień.

Mięśnie zadrżały z napięcia, w głowie zaczął pulsować nieznośny ból, palce kompletnie zesztywniały, lecz świeca nadal płonęła jasno. Z mojego gardła dobył się krzyk pełen złości. Miałam ochotę podbiec do stolika i przewrócić go razem z tym przeklętym kawałkiem wosku. Chciałam usłyszeć brzdęk tłuczonych glinianych misek spadających na podłogę i trzask łamanego drewna.

W liście obiecałam Kaelowi, że do niego wrócę. Napisałam, że jestem bezpieczna. A tymczasem wplątałam się w cudzą wojnę i znalazłam jeszcze głębiej w górach. Jak miałam udać się na południe bez mocy?

Usiadłam na łóżku i ukryłam twarz w dłoniach. Może to nawet lepiej, że nie władam już wiatrem ani ogniem? Przynajmniej nie będę w stanie pomóc Draganowi w zniszczeniu Zapory. Nie wrócę już ani do domu, ani do rodziny, ale choć dopilnuję, by nie zginęli rozszarpani przez potwory.

Miałam wrażenie, jakby ktoś do krwi rozdrapywał mi serce. Tak bardzo tęskniłam za Kaelem. Chciałabym znaleźć się w jego ramionach, spojrzeć mu w oczy i usłyszeć z jego ust, że wszystko będzie dobrze. Że razem stawimy czoło każdej przeciwności losu.

Zadrżałam na całym ciele, gdy zrozumiałam, jak samotna byłam po tej stronie Zapory.

– Jestem Zoya Eld Veriani – szepnęłam ledwie słyszalnie. – Jestem Zoya Eld Veriani. Z mocą czy bez, poradzę sobie. Ochronię rodzinę i... – Zawiesiłam głos.

Z tego, co się orientowałam, Azgedur znajdowało się gdzieś w samym sercu gór, znacznie dalej od Zapory niż Fjalgadar. A ja nie miałam żadnych zapasów, by udać się w taką podróż. Do tego wciąż ledwo stałam na nogach. Pod magiczną barierą zaś nadal pewnie tłoczyły się całe hordy skyrgów. Bez mocy ich nie ominę. Ale na wszystkich bogów...

– Jestem Zoya Eld Veriani i coś wymyślę! – powiedziałam stanowczo.

I nie poddam się tak szybko. Zacisnęłam pięści i wypuściłam powietrze z płuc, nakazując sobie zachować spokój, a wtedy rozległo się pukanie do drzwi.

– Mogę wejść? – Od razu rozpoznałam głos Dragana.

Przetarłam dłońmi twarz i odchrząknęłam.

– Tak – powiedziałam oschłym tonem.

Usłyszałam szczęk przekręcanego klucza. Od dnia naszej rozmowy na balkonie, kiedy samotnie opuściłam swój pokój, został mi przydzielony inny – z drewnianymi drzwiami i zamkiem.

Dragan przekroczył próg i się zatrzymał. Przed sobą niczym tarczę trzymał pełną tacę. Posłał mi lekko zakłopotany uśmiech, a jego zielone oczy wyrażały jedynie szczerość i troskę. Nie miał długich włosów jak większość skalnych mężczyzn, przynajmniej tych, których do tej pory poznałam. Jego ciemnoblond fryzura była nieco rozwichrzona, jakby dopiero co wstał z łóżka, a parę kosmyków wciąż opadało mu na czoło. Uważnie przyjrzałam się jego przystojnej twarzy z delikatną szczęką i kilkudniowym zarostem, który kazał mi myśleć, że Dragan bardzo chciał uchodzić za starszego, niż był w rzeczywistości. Właśnie, wyglądał młodo. Ile mógł mieć lat? Dwadzieścia dwa? Na pewno nie więcej niż dwadzieścia pięć. Był wyższy ode mnie, ale niezwykle szczupły i miałam wrażenie, że taki Keran z Fjalgadar zdołałby złamać go niczym zapałkę. I to zaledwie jedną ręką.

Nie wierzyłam, że mam przed sobą tego samego Dragana, którego tak bardzo bali się skalni ludzie. Był zbyt młody, żeby siać strach między wojownikami. Zbyt łagodny, by plotki o nim okazały się prawdziwe.

Ktoś zatem musiał mnie okłamać.

– Przyniosłem kolację. – Zerknął na tacę trzymaną w dłoniach, ale nadal nie ruszył się z miejsca.

Mogłam kazać mu wyjść, mogłam zamknąć się w tym pokoju i nie wpuszczać do siebie nikogo... Ale czy naprawdę? Do tej pory wódz Azgedur opiekował się mną i traktował mnie jak gościa, ale przecież dopiero co walczyłam z jego ludźmi i zabijałam ich w bitwie o Fjalgadar! Znalazłam się w domu agresora i nigdy nie powinnam o tym zapominać.

„Dobrze znać swoich przyjaciół, a wrogów jeszcze lepiej”, tak czasem mówiła Ragna i – na wszystkich bogów – miała absolutną rację. A ja musiałam się dowiedzieć, o co w tym chodzi.

Skinęłam Draganowi głową, wskazując spojrzeniem stolik. Widocznie odetchnął, po czym postawił na nim tacę.

– Przepraszam – powiedział, przekładając miski.

Uniosłam brwi.

– Nasza rozmowa na balkonie... – Zawiesił głos, nie podnosząc na mnie wzroku. – To okazało się chyba dla ciebie za dużo. Nie trzeba było zasypywać cię tyloma sprawami. Najpierw powinnaś dojść do siebie.

Nie skomentowałam jego słów. Nie potrafiłam rozmawiać z nim tak samo jak wtedy, gdy byłam przekonana, że jest tylko służącym. Teraz patrzyłam na niego przez pryzmat tego, co mówili o nim Fjalgadar.

Dragan odsunął od stolika krzesło i spojrzał na mnie pytająco.

Z pewnym trudem wstałam z łóżka i wykonałam chwiejny krok w jego stronę. Widziałam, że przygryza lekko wargę, jakby się zastanawiał, czy może mi pomóc. Ale zacisnęłam mocno zęby i dalej parłam przed siebie, aż poczułam rozbłysk bólu w lewej kostce. Noga odmówiła mi posłuszeństwa i runęłabym na podłogę, gdybym w ostatniej chwili nie złapała się oparcia krzesła. Wódz Azgedur ruszył ku mnie, ale powstrzymałam go gestem dłoni, nie zamierzając okazywać już więcej słabości.

Z pewnym trudem zajęłam miejsce, a Dragan usiadł naprzeciwko. Nalał z dzbanka do glinianych kubków słodko pachnącego naparu, po czym mi go podał. Odruchowo poczekałam, aż sam skosztuje, ale tak naprawdę, gdyby chciał mnie otruć, mógł to zrobić już dawno temu. Upiłam łyk i poczułam, jak ciepła słodycz spływa mi do żołądka. Spojrzałam na miski pełne mięsa, owczego sera, miodu i orzechów. Byłam głodna, ale żołądek ściskał mi się na samą myśl, że mam jeść w jego towarzystwie. To był człowiek odpowiedzialny za atak na Fjalgadar. Gdybym razem z Silvą nie dołączyła do walki, skończyłoby się krwawą masakrą.

– Częstuj się, proszę – odezwał się, przesuwając w moją stronę miskę z serem.

Nawet nie drgnęłam.

– Coś cię trapi? – zgadł.

– Dlaczego chciałeś porwać wszystkie dzieci z Fjalgadar? – wypaliłam.

Dragan uciekł spojrzeniem w bok.

– To trochę skomplikowane.

– Nie sądzę – odparłam, wpatrując się w niego. – Co zamierzałeś z nimi zrobić? – wycedziłam.

Wśród tych dzieci miał się znaleźć nie tylko Ove, ale również mała Mari, która szkoliła się na hefnę.

– Nic – zapewnił mnie Dragan. – Pewnie mi nie uwierzysz, ale nic bym im nie zrobił. Chciałem, żeby spędziły tu trochę czasu przed zimą, a potem odesłałbym je do Fjalgadar.

– Chciałeś sprawdzić, czy któreś z nich ma dar.

Nie zaprzeczył.

– Dlaczego złamałeś umowę i zaatakowałeś wcześniej? – drążyłam.

Dragan podniósł na mnie wzrok.

– Bo wiedziałem, że przyszykują zasadzkę na moich wojowników – odparł z hardością w głosie. – A wbrew temu, co pewnie ci powiedzieli, nie chcę niczyjej śmierci. Troszczę się o wszystkich skalnych ludzi.

Nie wierzyłam w ani jedno jego słowo, ale trzeba mu przyznać, że był naprawdę dobrym kłamcą.

– Wszyscy zostaliśmy uwięzieni po tej stronie Czarnej Góry...

Mojej uwadze nie umknął fakt, że tym razem nie nazwał jej Zaporą.

– Musimy współpracować, żeby przetrwać – ciągnął. – Pomagać sobie nawzajem, dzielić się tym, co mamy... – Potrząsnął głową. – To jest rozmowa na inny dzień. – Posłał mi słaby uśmiech. – Nie chcę cię zamęczać naszymi problemami.

Te wszystkie słowa wypływały z jego ust tak gładko.

Prawdziwy obrońca gór się znalazł, pomyślałam z przekąsem.

Wiedziałam, że mnie okłamywał, mimo to zadałam jeszcze jedno pytanie:

– Czy ręczysz, że... – Zająknęłam się. – Że oni wszyscy żyją?

– Gdy rjotun został pokonany, moi ludzie się wycofali – odparł. – Uznali porażkę Azgedur. Nie mogę ci przysiąc, że nikt nie zginął podczas walki, ale w chwili, gdy ty spadłaś w przepaść, moi wojownicy już odchodzili. I tylko Ulfur cię zauważył.

– To ten człowiek na skałorożcu? To znaczy bjargu?

– Tak. Gdyby nie on... Zapewne zmarłabyś na dnie tego kanionu. Owszem, ludzie Fjalgadar na pewno cię szukali, ale obawiam się, że nie znaleźliby cię na czas.

Zaczął obracać w palcach wisiorek, który miał na szyi. Ja zaś wzięłam głębszy wdech, po czym wypuściłam powietrze z płuc.

– A czy obiecasz mi, że nie będziesz brał na nich odwetu?

– Jeżeli taka jest twoja wola, to ją uszanuję – odparł, patrząc mi w oczy. – Chyba że oni zaatakują pierwsi.

Skinęłam głową, nadal przekonana, że mnie okłamuje. Jego zapewnienia zdawały się zbyt piękne, by były prawdziwe. Zresztą dopiero co złamał umowę daną Fjalgadar.

– Czy wiesz, co się stało z Silvą? – drążyłam mimo wszystko. – Tą smoczycą?

Dragan puścił naszyjnik i położył dłonie na stole.

– Powiedz mi: jak skłoniłaś ją do współpracy? – zapytał, nachylając się lekko w moją stronę.

Upiłam kolejny łyk coraz chłodniejszego naparu, by ukryć fakt, że potrzebuję chwili do namysłu. W końcu jednak uznałam, że mogę mu zdradzić prawdę i nie zaszkodzę tym ani sobie, ani bliskim.

– Wiosną ta smoczyca...

Czy powinnam mu mówić, że zarówno Silva, jak i Onyks są w stanie przelecieć nad Zaporą?

– …chciała zabić moich bliskich – podjęłam. – Pokonałam ją, a ona uznała moją wyższość. Nie mam pojęcia, dlaczego postanowiła mi pomóc, ale wy mieliście skalnego giganta, więc szanse były wyrównane.

Dragan wciąż uporczywie się we mnie wpatrywał. Dopiero gdy odchrząknęłam, odwrócił wzrok.

– Nie wiem, co się z nią stało – przyznał. – Moi ludzie jej nie skrzywdzili, to na pewno. Zresztą nie mieliby jak. Słyszałem, że tuż po walce zniknęła i od tej pory nikt jej nie widział.

Łudziłam się, że taka była prawda i Silva odleciała w jakieś spokojne miejsce, gdzie mogła dojść do siebie.

Naraz zaburczało mi w brzuchu tak głośno, że aż się speszyłam. Dragan uśmiechnął się szeroko.

– Proszę, jedz – powiedział. – Będziemy mieli jeszcze mnóstwo czasu na rozmowy. I obiecuję odpowiedzieć na wszystkie pytania.

Sięgnęłam więc po mięso, a potem owczy ser. Okazało się przepyszne, albo po prostu to ja byłam taka głodna. Pieczywo, choć dość twarde i wymagające długiego żucia, smakowało lepiej niż to z Fjalgadar. Wiem, że robiono je z ziaren jakichś roślin zbieranych na zboczach gór.

Dragan niewiele jadł, za to przez cały czas ukradkiem mnie obserwował i wciąż się uśmiechał, co sprawiło, że czułam się naprawdę nieswojo.

W końcu jednak straciłam cierpliwość. Uderzyłam na płasko dłonią o stół, aż ból przeszył przedramię, i zaciskając mocno usta, posłałam mu spojrzenie, które mówiło, że choć jego ludzie uratowali mi życie, wciąż znajdujemy się po przeciwnych stronach barykady.

Wódz Azgedur uciekł wzrokiem w bok, westchnął cicho i zaczął sprzątać miski ze stołu, po czym z brzdękiem odkładał je na tacę.

– Przepraszam – odezwał się.

Nawet nie drgnęłam.

– Przepraszam, że kazałem zaatakować Fjalgadar – wyrzucił z siebie. – Dałem się ponieść emocjom. To było niepotrzebne. Poza tym, gdybym wiedział, że ty tam będziesz, nigdy nie wysłałbym tam rjotuna. Nigdy nie naraziłbym cię na niebezpieczeństwo.

– Mnie? – prychnęłam. – A co z dziećmi? Starcami? Ich to już można porywać i mordować?

Dragan potrząsnął głową, jakby miał w zanadrzu jakieś kontrargumenty, ale postanowił je przemilczeć.

– Tak długo szukałem kogoś z mocą – westchnął. – Aż usłyszałem o tobie. Jesteś...

Nie dokończył zdania.

– Ty też masz moc – powiedziałam.

– Tak, jestem vitrunem, ale niestety nie jest to nic spektakularnego. – Wzruszył ramionami. – Nie dla kogoś takiego jak ty, dla kogoś, kto potrafi powalić rjotuna.

– Jaką mocą władasz?

Dragan zawiesił szczupłą, choć nawykłą do pracy dłoń nad ostatnią miseczką, która stała jeszcze na stole. Poruszył palcami, sprawiając, że wyglądały, jakby tańczyły. Ze zmarszczonymi brwiami patrzyłam na jego rękę i nie wiedziałam, co się dzieje. Do czasu, aż przesunął w moją stronę naczynie z resztką orzechów. Nie, nie orzechów, tylko młodych, zielonych pędów wyrastających z łupin.

– Jak...? – zdołałam tylko wydusić, po czym porwałam miseczkę w dłonie, by delikatnie dotknąć kiełków palcem.

To nie była żadna sztuczka. Dragan sprawił, że zasuszone orzechy ożyły i zaczęły rosnąć.

– Jak już mówiłem: to nic takiego – westchnął. – Ale przydaje się w porach nieurodzaju.

Potrząsnęłam głową. We Fjalgadar mówili, że wódz Azgedur ma moc, ja jednak spodziewałam się czegoś bardziej niszczycielskiego. A może ukrywał przede mną jeszcze inne zdolności?

– Chyba już czas, żebyś odpoczęła – ocenił całkiem słusznie.

Wstałam z krzesła, lecz zakręciło mi się w głowie i musiałam się przytrzymać oparcia. Mój towarzysz natychmiast znalazł się przy mnie. Jedną ręką złapał mnie za łokieć, a drugą położył na plecach. Kompletnie znieruchomiałam, po czym gwałtownie się wyszarpnęłam i chwiejnym krokiem ruszyłam przez pokój.

Dragan szedł tuż za mną. Zatrzymałam się przed łóżkiem i odwróciłam do niego.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię znalazłem – szepnął.

A ja zwalczyłam w sobie chęć, by uderzyć go pięścią w twarz.

– Tamtego dnia – zaczęłam za to – podczas walki z rjotunem... straciłam całą moc.

W pierwszej chwili uniósł brwi w zaskoczeniu, ale w tej kwestii akurat chciałam być szczera. Dragan musiał się dowiedzieć, że nie pomogę mu zniszczyć Zapory. Im wcześniej, tym lepiej, zanim zacznie snuć dalekosiężne i niebezpieczne dla Obsydii plany.

– Nie mogę rozkazywać nawet przeciągowi – ciągnęłam.

Czy na jego twarzy dostrzegłam właśnie zawód? Może trzeba było trzymać język za zębami? Na bogów, a jeśli życie zawdzięczałam tylko jego przekonaniu, że mam moc? Co Dragan zrobi ze mną teraz, gdy już wie, że jestem bezwartościowa?

On jednak bardzo szybko się opanował i znów ciepło się do mnie uśmiechnął.

– Niczym się nie martw – zapewnił. – Otarłaś się o śmierć, to chyba całkiem naturalne, że w tym momencie czujesz się słabsza. Musisz tylko dojść do siebie i nabrać sił, a twoja moc wróci.

Chciałam, by jego słowa dodały mi otuchy, jednak mu nie wierzyłam. A to, że był dla mnie taki miły i uprzejmy, przyprawiało mnie o ciarki. Nie tak traktuje się jeńca wojennego. Choćby nie wiem co się działo, nie mogłam ufać Draganowi.

Rozdział 2

Nie widziałam Dragana przez następne dwa dni. Z początku cieszyłam się, że nie muszę oglądać jego wciąż uśmiechniętej twarzy, ale z czasem zaczęłam sobie wyrzucać, że jak głupia odkryłam przed nim najważniejszą z moich kart. Gdy wygadałam mu, że nie władam już wiatrem, straciłam dla niego wartość. Tak długo szukał kogoś z mocą i kiedy zdawało się, że wreszcie mu się udało, okazałam się wielkim rozczarowaniem. Pocieszające było jedynie to, że jeszcze nie wydał na mnie wyroku.

Z każdym nowym świtem czułam się odrobinę lepiej, a rany powoli się goiły: byłam już w stanie przekuśtykać przez cały pokój i nie miałam mroczków przed oczami, gdy tylko podnosiłam się z łóżka. Wtedy wreszcie zaczęłam kombinować, jak uciec z Azgedur. Musiałam odnaleźć wyjście, co zapewne nie będzie takie proste, skoro miasto jest dużo większe niż Fjalgadar. Powinnam też zdobyć jakieś zapasy żywności. Wolałam wędrować przez góry, żywiąc się czymś więcej niż tylko lirfy, które mieszkały pod kamieniami i miały odwłoki pełne pożywnego soku. Dochodziła też kwestia ubrań. Nie dysponowałam niczym na chłodniejsze dni, a był przecież środek jesieni.

Całymi godzinami snułam plany ucieczki, co skutecznie odwracało moją uwagę od zmartwień o bliskich, znajomych z Fjalgadar, o Onyksa i Silvę.

Przez te dwa dni posiłki donosiła mi kobieta w średnim wieku o imieniu Alda. Na modłę skalnych ludzi na prawym policzku, tuż pod okolonym siateczką zmarszczek okiem, miała poziomy rząd drobnych tatuaży, które ciągnęły się od nosa aż do ucha. Jej ciemnoblond włosy były poprzetykane siwizną, spojrzenie miękkie, a uśmiech prawie nie schodził z wąskich ust.

– Gdzie jest Dragan? – zapytałam, gdy jak co wieczór przyniosła mi kolację.

– Ma wiele obowiązków – odparła ciepłym tonem, stawiając na stole miskę ze strawą.

– Usiądź ze mną – poprosiłam.

Alda się zawahała.

– Proszę, całymi dniami jestem sama, brakuje mi towarzystwa – skłamałam, bo postanowiłam wyciągnąć z niej jakieś informacje.

Kobieta w końcu zajęła miejsce naprzeciw mnie.

– Musisz nabrać sił – powiedziała.

Zamieszałam łyżką w dość tłustej, choć smacznej zupie.

– Wiem, ale czasem mam wrażenie, że brakuje mi już powietrza. – Westchnęłam. – Chciałabym stąd wyjść...

– Wkrótce Dragan na pewno oprowadzi cię po całym Azgedur – obiecała.

Jakoś trudno było mi w to uwierzyć.

– Opowiedz mi, proszę, coś o sobie. Masz dzieci? – zmieniłam temat.

– Mam dwóch synów. Mój mąż zginął dawno temu.

– Przykro mi.

Przez moment wpatrywała się w pustkę gdzieś z boku, jakby odezwały się w niej wspomnienia, ale w końcu machnęła dłonią, odpędzając je.

– Lubię opiekować się nużycami...

Zastygłam z łyżką w połowie drogi do ust.

– Tymi, które hodujecie na skalną wełnę?

Uśmiechnęła się i wskazała brodą ubranie, które miałam na sobie.

– Ja uszyłam tę koszulę.

Przyłożyłam dłoń do miękkiego chabrowego materiału. Był wytrzymały, a jednocześnie tak miły w dotyku, jak jedwab. I ciepły, co się przydawało szczególnie teraz, gdy dni robiły się coraz zimniejsze.

– Naprawdę? – zdziwiłam się. – Wspaniała robota. Ja nie mam talentu do igły. Kiedyś, dawno temu, w mojej szafie była tylko jedna suknia na eleganckie wyjścia i postanowiłam ją przerobić, żeby ciągle nie chodzić w tym samym...

Alda patrzyła na mnie z uprzejmym zainteresowaniem, ale właśnie pojęłam, że nie zrozumie tej opowieści. Jak wytłumaczyć coś takiego komuś, kto przez całe życie mieszka w mieście w sercu gór nie tyle w ubóstwie, ile w prostocie? Zapewne ma bardziej elegancką lub roboczą odzież, ale podejrzewam, że nawet nie potrafiłaby sobie wyobrazić tych balowych sukni, w jakie ubierają się kobiety za Zaporą. I że dla większości z nich ujmą na honorze jest włożenie tej samej kreacji dwukrotnie. Bogowie, jesteśmy naprawdę zepsuci.

– W każdym razie moja siostra przerabiała tak swoje stroje i wychodziło jej to niesamowicie, ale ja tylko zniszczyłam dobre ubranie – pospiesznie zakończyłam historię.

Potrząsnęłam głową, odpędzając od siebie wspomnienie, jak mnie matka wtedy za to ukarała.

– Jak udało ci się uzyskać taki kolor? – zapytałam.

Alda przyłożyła palec do ust.

– Jest moją małą tajemnicą, czym karmię nużyce, żeby wełna nabrała takiego odcienia.

– No tak, mistrz nie zdradza swoich sekretów. – Uśmiechnęłam się do niej.

– Nie chcę, żeby ta wiedza odeszła wraz ze mną, gdy już usnę pod górą. – Westchnęła z żalem. – Ale cóż zrobić, że powiłam tylko chłopców? Mam nadzieję, że któryś z nich znajdzie sobie żonę, której będę mogła przekazać moją spuściznę.

– Na pewno tak będzie. – Wyciągnęłam rękę i położyłam ją na szczupłych, lekko pomarszczonych palcach naznaczonych jasnobrązowymi plamami. – Chciałabym zobaczyć waszą farmę z nużycami.

Alda wysunęła dłoń spod mojej i poklepała mnie krzepiąco.

– Wszystko w swoim czasie – oświadczyła. – Najpierw powinnaś dojść do siebie. Dragan prosił, żebyś odpoczywała.

I nabierała sił do zniszczenia Zapory, dodałam z przekąsem w myślach.

– Opowiedz mi o nim – poprosiłam.

Kobieta potarła palcami rząd swoich tatuaży.

– Co byś chciała wiedzieć?

Wzruszyłam ramionami.

– Jaki jest?

– A jak sądzisz?

Westchnęłam cicho.

– Wydaje się... miły. Ale jest też bardzo młody i nie wygląda na przywódcę. Zwłaszcza takiego, o jakim opowiadano mi we Fjalgadar.

Alda widocznie się spięła, a jej spojrzenie pociemniało.

– Bo to są kłamcy – mruknęła.

– Ale...

– Dragan jest najlepszym człowiekiem w całych górach – zapewniła. – Opiekuje się nami, połączył klany, które wcześniej ze sobą walczyły, żeby teraz nawzajem się chroniły i wspierały. To dzięki niemu dzieci nie głodują podczas zimy. Uratował już tyle istnień...

Na chwilę znów przerwałam jedzenie i wsłuchiwałam się w słowa kobiety. Zdawała się mówić szczerze. Albo po prostu w to wierzyła. Ale tak samo ludzie z Fjalgadar byli przekonani, że Dragan jest zły i chce pozabijać ich potomstwo. Która wersja zatem jest prawdziwa?

– Jedz, kochanie – powiedziała Alda z dozą czułości w głosie. – Jak będziesz gotowa, to pokażę ci moje nużyce.

– Trzymam cię za słowo.

Gdy pochłonęłam już całą zupę, kobieta zmieniła mi opatrunki, zaprowadziła mnie do wychodka i towarzyszyła w drodze powrotnej. Potem przyniosła misę z ciepłą wodą, bym mogła się w niej obmyć.

Wkrótce znów zostałam sama i tylko jeden płomień świecy rozświetlał pokój. Jak każdego dnia spróbowałam go zgasić za pomocą wiatru. Nie udało się. Poczułam, jak narasta we mnie frustracja, ale postarałam się ją zwalczyć.

Tego wieczoru postanowiłam zacząć wcielać w życie plan ucieczki. Co prawda nie miałam jeszcze wystarczająco sił, by wędrować po górach, ale mogłam chociaż zrobić mały zwiad po skalnym mieście. A to, że wciąż byłam słaba, tylko działało na moją korzyść: nikt bowiem nie będzie się spodziewać, że opuszczę pokój.

Zdmuchnęłam płomień świeczki tradycyjnym sposobem i położyłam się do łóżka, jednak nie zamknęłam oczu. Wpatrywałam się w ciemność i odliczałam mijające minuty oraz godziny. Zamiast senności ogarnęło mnie podekscytowanie, serce biło szybciej, ręce i nogi rwały się do ruchu.

Około trzeciej nad ranem wsunęłam stopy w miękkie skórzane buty. Metalowa bransoleta, którą miałam na kostce, zsunęła się nieco. Moje ciało zadrżało z emocji lub zimna, więc na wszelki wypadek zarzuciłam na plecy płaszcz.

Za pomocą krzesiwa zapaliłam świecę i bezgłośnie ruszyłam do drzwi. Zamek w nich był prosty. Potrzebowałam jedynie szpilki od fibuli oraz odrobiny skupienia. Wkrótce wyjrzałam na korytarz. Był całkowicie pusty.

Ostatni głęboki wdech i bez wahania opuściłam pokój. Na zewnątrz panowały chłód i ciemność uśpionego miasta. Losowo wybrałam kierunek, starając się dokładnie zapamiętać drogę, by móc niezauważenie wrócić. Bezgłośnie stąpałam po skalistej podłodze, płomień świecy drżał w mojej dłoni, rozciągając na ścianach niepokojące cienie. Zdawało się, że poza jego bezpiecznym kręgiem, w mroku napierającym z każdej strony, kryją się bestie. Powietrze miało ten charakterystyczny zapach, do którego przyzwyczaiłam się we Fjalgadar, tutaj jednak sprawiało wrażenie czystszego i bardziej suchego.

Uniosłam dłoń do zimnej ściany i powiodłam opuszkami po delikatnych rzeźbieniach. Były surowe, ale miały pewien urok, a ja zaczęłam się zastanawiać, ile mogą liczyć lat. Jak wiele pokoleń żyło w tych górach? I dlaczego żaden z ludzi za Zaporą nie wiedział o ich istnieniu?

Korytarze wiły się wokół mnie niczym czarne arterie, a ja, pojedyncza kropla światła, wędrowałam nimi w poszukiwaniu prawdy. Naraz zdało mi się, że zza pleców dociera do mnie echo kroków. Odwróciłam się gwałtownie i osłoniłam płomień dłonią, lecz byłam sama. Nikt nie podążał za mną. A jeśli tam, za wyłomem, czai się jakiś stwór? Lub człowiek? Gdzie znajdują się komnaty mieszkańców? Którą drogę wybrać, by odnaleźć wyjście z tego labiryntu?

Gdzieś w oddali usłyszałam szmer rozmów. Zamarłam, moje nogi zdawały się przyrosnąć do zimnej podłogi, płomień zaskwierczał na czarnym knocie. Gorący wosk spłynął mi po palcach, ale nawet tego nie zauważyłam, wsłuchując się w odległe głosy niesione echem poprzez kręte korytarze. A może to wyobraźnia zaczęła płatać mi figle?

Potrząsnęłam głową i wycofałam się do poprzedniego rozwidlenia, po czym wybrałam drugą ścieżkę. Z każdym kolejnym krokiem jednak miałam wrażenie, że miasto nie jest tak uśpione, jak mi się wcześniej wydawało. Docierały do mnie szelesty, echo kroków, dalekie kapanie wody. Serce kołatało mi się w klatce piersiowej, oddech stał się krótki, rwany, palce trzymające świecę zdrętwiały, a mięśnie ramion i karku zaczęły boleć od napięcia, jakby całe ciało przygotowywało się do ucieczki lub walki.

Wtem w moje nozdrza wdarł się nowy zapach; tak pachniała kuchnia we Fjalgadar. Zawahałam się. Miejsce, w którym przygotowywano posiłki w skalnym mieście, było bijącym sercem całej społeczności. Tam zbierali się wszyscy mieszkańcy, a ogień wesoło trzeszczał w piecach. W nocy było tam zazwyczaj pusto, ale czy tak samo będzie w Azgedur?

Po chwili wahania uznałam, że wiedza, gdzie znajduje się spiżarnia, jest warta ryzyka. Postąpiłam przed siebie i wkrótce korytarz się rozszerzył, a potem zamienił w rozległą pieczarę... Nie, to nie była pieczara. Znalazłam się w olbrzymiej sali jadalnej. Widziałam niskie stoły ustawione w półokrąg i plecione maty. Poczułam intensywniejszy aromat ziół i koziego sera.

Naraz coś chrupnęło pod moim butem. Cofnęłam stopę i obniżyłam lekko świecę, po czym ujrzałam kość, zapewne jakiegoś ptaka lub niewielkiego ssaka. Wtedy zaczęłam dostrzegać kolejne ślady po niedokładnie posprzątanym posiłku: płomień odbił się w rozlanym płynie na blacie, w innym miejscu leżała łupina od orzecha, ktoś zostawił obok maty drewnianą łyżkę.

To pomieszczenie było tak... zwyczajne, przywodzące na myśl bezpieczny dom, że na chwilę się rozluźniłam. Mijałam stoły, wpatrując się w ciemną plamę na ścianie po drugiej stronie jadalni. Zakładałam, że to właśnie tam znajduje się kuchnia, a stamtąd trafię do spiżarni. Wreszcie dotarłam do centralnego miejsca. Znajdowało się tu okrągłe podwyższenie, które wyglądało, jakby było częścią skalnej podłogi. Na nim, na warstwie drobnego piasku, ustawiono duże, zielone kamienie. Dotknęłam jednego z nich. Był przyjemnie ciepły w dotyku, płomień świecy odbił się od jego gładkiej powierzchni. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam czegoś podobnego.

Po chwili ruszyłam dalej i minęłam najwyższy stół za tym podwyższeniem. Krok za krokiem byłam coraz bliżej, lecz wciąż wydawało mi się, jakby przede mną znajdowała się bezdenna ciemność. Już tylko metr dzielił mnie od przejścia, kiedy nagle usłyszałam hałas.

Skamieniałam, znów usiłując osłonić płomień świecy, świadoma, że pomimo nikłego światła, jakie dawał, sama byłam przez niego widoczna już z daleka. Ciche stukotanie się powtórzyło, a ja nie potrafiłam przyporządkować go do niczego, choć gdzieś na granicy zmysłów miałam wrażenie, że powinnam znać ten dźwięk. Przez strasznie długi czas bałam się nawet oddychać, ale w końcu musiałam nabrać tchu. Dźwięk znów poniósł się po jadalni. Zmarszczyłam brwi. Brzmiał trochę, jakby ktoś bardzo delikatnie uderzał glinianym dzbanem o inny dzban. Tylko po co robić coś takiego w środku nocy w ciemnej kuchni?

Zebrałam się na odwagę i opuściłam dłoń. Przesunęłam świecę lekko w bok, by mnie nie oślepiała, i zmrużyłam oczy, wpatrując się w ciemność. Właśnie wtedy dostrzegłam długi, czarny ogon wijący się w powietrzu. Moje serce się zatrzymało. Kilka kroków dalej krył się potwór. Jeszcze mnie nie wyczuł, ale to było tylko kwestią czasu.

Powoli zaczęłam się wycofywać, nie spuszczając z oczu miejsca, z którego w każdej chwili mógł wystrzelić skyrg gotowy mnie rozszarpać.

Szłam do tyłu, ostrożnie stawiając stopy i modląc się, bym nie została zauważona. Byłam już w połowie jadalni, kiedy nadepnęłam na skorupę orzecha, która trzasnęła pod moim butem, a w otaczającej mnie ciszy ten dźwięk był niczym huk lawiny w górach. Zacisnęłam mocno powieki, wyklinając własną głupotę. Niestety, gdy je uchyliłam, w mroku błysnęły wielkie ślepia. Na ścianach zatańczyły cienie, kiedy ręka trzymająca świecę lekko zadrżała.

Potężne łapy stąpały miękko po skalnej podłodze. Najpierw zobaczyłam ogromny, czarny łeb oraz szeroki pysk, z którego sączyła się biała piana. Potem z kuchni wychynęła reszta olbrzymiego kotopodobnego potwora. Pomrocznik poruszył długimi wąsami, obnażył kły i wlepił we mnie krwiożercze spojrzenie. Jego chudy ogon wił się w powietrzu niczym wąż. I był śmiercionośny: na jego końcu znajdował się kolec jadowy. Wystarczyło jedno draśnięcie, a moje szanse na przeżycie spadłyby do zera.

Stawałam już naprzeciw gorszych istot, niestety tym razem nie miałam przy sobie żadnej broni – nawet nie wiem, co stało się z nożami od Kaela, a wiatr nie odpowiadał na gorączkowe wezwania. Znów zaczęłam się wycofywać, a bestia szła niespiesznie krok w krok za mną. W pewnym momencie wybiła się z ziemi i niemal bezgłośnie wskoczyła na stół, jakby chciała lepiej mnie widzieć. Skóra na jej nosie zmarszczyła się lekko, gdy wdychała powietrze przepełnione ludzkim zapachem. Czy mogła wyczuć w nim mój strach? Czy to właśnie dlatego postanowiła się ze mną zabawić, zamiast od razu atakować?

W mojej głowie panował chaos. Przetrząsałam wspomnienia sprzed zaledwie chwili, by przypomnieć sobie, czy mam jakiekolwiek szanse na przeżycie. Wiedziałam, że nie ucieknę pomrocznikowi, tutaj zwanemu cieniojadem. Był znacznie szybszy i silniejszy ode mnie. Ale może zdołam się gdzieś skryć? Może mijałam po drodze jakąś szczelinę w skale? Bzdura, jeśli się schowam, ta bestia i tak mnie wyczuje. Nie wespnę się też na pionowe ściany korytarza. Zresztą obawiałam się, że potwór i w tej dziedzinie mnie przewyższa.

Pomrocznik przeskoczył z jednego stołu na kolejny, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku. Jęzorem oblizał pysk z białej piany, jakby chciał dać znać, że jest gotów mnie pożreć.

Nie miałam szans ani na ucieczkę, ani na zwycięstwo w walce. Mimo to postanowiłam spróbować szczęścia, a w mojej głowie pojawił się pewien okropny pomysł. Gwałtownie uniosłam ramiona, sprawiając, że dzięki płaszczowi zarzuconemu na plecy zdawałam się większa niż w rzeczywistości. Krzyknęłam groźnie i postąpiłam krok w stronę pomrocznika, w nadziei, że się przestraszy.

W pierwszym momencie rzeczywiście zwątpił w moją poczytalność. Cofnął się, jakby zaskoczony, ale już chwilę później zeskoczył z ostatniego stołu. Ja zaś odpięłam fibulę pod szyją, zdarłam z siebie płaszcz i cisnęłam na jego łeb, po czym się odwróciłam i na złamanie karku popędziłam przed siebie korytarzem, którym dotarłam do jadalni.

Słyszałam za sobą gniewne syczenie i parskanie, gdy cieniojad usiłował uwolnić się z materiału. Prawdopodobnie wpadł na jakiś stół, gdyż usłyszałam zgrzyt drewna przesuwanego po podłodze. Ale nie zatrzymywałam się, by to sprawdzić. Biegłam przed siebie, gdy pęd powietrza nagle zgasił świecę i zostałam uwięziona w absolutnych ciemnościach.

Musiałam zwolnić kroku w obawie, że przewrócę się o jakąś przeszkodę. Miałam wrażenie, że mrok zalewa mnie gęstymi falami, napiera na ciało, przy każdym pospiesznym oddechu wdziera się do gardła i ogarnia płuca. Wyciągnęłam rękę w bok i poczułam pod palcami zimną, nieregularną ścianę. Pospiesznie szłam dalej, trzymając się jej jak tonący deski w morzu czerni.

Naraz się zatrzymałam i zaczęłam nasłuchiwać. Otaczała mnie absolutna cisza i tylko krew szumiała mi w uszach. Spróbowałam się uspokoić. Może ten pomrocznik pożarł coś lub kogoś w kuchni i nie był głodny, tylko zaciekawiony? A gdy uciekłam, postanowił mnie zignorować? W myślach usiłowałam odtworzyć pokonaną drogę i zastanowiłam się, czy dobrze skręciłam, ale w ogóle nie pamiętałam, którędy powinnam iść, by dotrzeć do mojego pokoju. Kompletnie straciłam orientację.

Gdzieś w głębi mnie wezbrał szloch, lecz od razu go stłumiłam. To nie był czas ani miejsce na rozczulanie się. Muszę iść dalej, muszę znaleźć źródło światła i przeżyć.

Wtem tuż za sobą usłyszałam prychnięcie. Serce mi zamarło, a nogi same zerwały się do biegu. Pomrocznik był tuż za mną. Nagle się potknęłam i przekoziołkowałam po twardej, nierównej skale. Poczułam rwący ból w przedramieniu, potem coś huknęło, a przed oczami rozbłysło mi światło, które natychmiast zgasło, a po nim nadeszło łupanie w głowie. Podniosłam się na czworaka, badając drżącymi dłońmi posadzkę wokół siebie.

Poczułam zapach sierści i nieświeży oddech, gdy pomrocznik stanął tuż przede mną. Rzuciłam się do tyłu i uderzyłam plecami w ścianę. Bestia postąpiła za mną. Czułam bijące od niej ciepło. Zakryłam ramionami głowę, czekając na ostre pazury i kły.

Śmierć znajdowała się zaledwie na wyciągnięcie ręki i tym razem nie potrafiłam jej umknąć.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Paulina Hendel

 

Karta redakcyjna

COPYRIGHT © BY Paulina HendelCOPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-302-7

Kod produktu: 4000718

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

REDAKCJAKarolina Borowiec-Pieniak

KOREKTAKatarzyna Pawlik

GRAFIKA NA OKŁADCE ORAZ PROJEKTSzymon Wójciak

ILUSTRACJERobert Łakuta

SKŁAD WERSJI [email protected]

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]