Szczęście w mazurskim domu - Katarzyna Janus - ebook
NOWOŚĆ

Szczęście w mazurskim domu ebook

Katarzyna Janus

4,4

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Tosia, która odziedziczyła stary dom na Mazurach, jest na dobrej drodze do odnalezienia spokoju i szczęścia. Tymczasem Paulina, studentka konserwatorium, spotyka
Bruna, mężczyznę z przeszłością. Między tym dwojgiem zaczyna rodzić się uczucie. Jednak w tym samym czasie w pensjonacie pojawia się Kacper Baliński, znany pisarz
i przystojny mężczyzna, kryjący w sobie smutną tajemnicę. Czy można kochać dwóch mężczyzn jednocześnie? Czy miłość jest tylko jedna?

CZY W OTOCZENIU PIĘKNYCH MAZURSKICH KRAJOBRAZÓW, MŁODZI LUDZIE ODNAJDĄ WRESZCIE SPOKÓJ I SZCZĘŚCIE?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 360

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

To dalszy ciąg historii mazurskiego domu i opowieść o przyjażni, wzajemnej pomocy i kolejach losu trzech jego mieszkanek:Tosi,Zosi i Pauliny. Tom 2 opowiada o Paulinie, jej życiowych wyborach i losie samotnej matki.Bohaterka szukając szczęścia zmaga się z problemami, które znamy i są nam bliskie. Powieść "chwyta za serce",czyta się jednym tchem! Gorąco polecam!
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wcześniej czy później wszyscy musimy stanąć przed wyborem. Poświęcić jedno, aby zyskać coś innego. W takich chwilach najważniejsze jest nie żałować tego, co tracimy. Bo jakkolwiek wielki będzie ból straty, jest to uzasadniona cena, jaką trzeba zapłacić za dokonany wybór...

 

Andriej Diakow

Za horyzont

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

Dni w Błękitnym Domu mijały tak wolno, czas cudownym sposobem uspokajał się w tym miejscu, zwalniał. Życie biegło bez pośpiechu, człowiek nabierał sił i dystansu do otaczającego świata.

Paulina siedziała w wiklinowym fotelu ustawionym na tarasie, trzymając swego małego synka na kolanach. Maciuś… jej najdroższy skarb. Jedyny, jaki pozostał jej po jego ojcu, także Macieju. Nie było go już z nimi, odszedł do lepszego, miała nadzieję, że szczęśliwszego świata. Dostrzegała w maluchu coraz więcej podobieństw do taty. Kolor tęczówek, które z dnia na dzień nabierały jasnobłękitnej, jakby rozwodnionej barwy, blond włoski, których końcówki zaczynały się kręcić, kształt palców u stóp – drugi był nieco dłuższy od palucha w przeciwieństwie do jej. Wszystkie te cechy, kiedy je sobie uzmysławiała, wywoływały u niej przypływ czułości. Chłopiec z zapamiętaniem usiłował włożyć plastikową kulkę do trójkątnego otworu w zabawce. Malec z uporem starał się pokonać tę barierę, raz po raz stukając fascynującym przedmiotem o twardy sześcian. Miał przy tym tak skupioną minę, zupełnie jak jej ukochany Maciej, kiedy bez reszty pochłaniało go jakieś zajęcie, na przykład malowanie. Ale… czy ojciec chłopca rzeczywiście był wart jej miłości?

Fakty, które ujrzały światło dzienne dopiero kilka miesięcy po jego odejściu, wstrząsnęły nią i postawiły go w nieco innym świetle. Kiedy tego feralnego dnia policjanci przyszli do niej z hiobową wieścią, wszyscy żywili przekonanie, że to było samobójstwo. Wszyscy oprócz niej, ona jedyna nie mogła dać temu wiary. Tylko że wtedy uważała, że Maciej tak bardzo ją kochał, iż nigdy by jej nie zostawił. Samej, ciężarnej, zupełnie niezaradnej życiowo istoty. Ot, bujającej w obłokach artystki. Tymczasem to, co później usłyszała, zupełnie ją przytłoczyło. Okazało się bowiem, że Maciek handlował narkotykami, a i sam od nich nie stronił. Tymczasem ona, głupia i naiwna, zupełnie nie była tego świadoma. Jak przez ponad rok ich wspólnego życia mogła tego nie zauważyć? Czyżby była aż do tego stopnia bezmyślna i niefrasobliwa? Czy też zaślepiona wielką miłością, którą wtedy bezsprzecznie przeżywała, nie spostrzegła tego, co się tak naprawdę wokół niej działo? Ponadto jej ukochany uwikłał się w jakieś szemrane interesy, ktoś był winien pieniądze jemu, on komuś… Ci drudzy zrobili się nerwowi i sprzątnęli go z tego świata, zupełnie jak niepotrzebny brud z ulicy. A do tego jeszcze pomieszkiwał u jakiejś starszej o kilkanaście lat kobiety w Rynie czy w Rybicalu, nie wiedziała tego dokładnie, bo i po co? Czy łączyło go z nią coś więcej? Czy kiedykolwiek pozna prawdę? I czy chciałaby jeszcze coś więcej na ten temat wiedzieć? Czy powinna…? Czy to jest jej do czegoś potrzebne?

Te wszystkie informacje nie zmieniały faktu, że kiedyś darzyła Macieja wielkim uczuciem, młodzieńczym, jak jej się wtedy wydawało, takim na całe życie. I wiedziała, że on zawsze będzie dla niej kimś ważnym, przecież był ojcem jej dziecka, a że czas często weryfikuje poglądy, zmienia uczucia… Cóż, takie jest życie. Każdy koniec to nowy początek czegoś innego. I pomimo że cierpimy, to jednak nadal oddychamy, jemy, pracujemy, czasem znowu kochamy… Świat z naszego powodu nie staje w miejscu.

Miała dwadzieścia cztery lata, ale czuła się nad wyraz dojrzała. Trudności, jakie musiała pokonać, zmartwienia, zwątpienia, strach – to wszystko odbiło się na jej osobowości, ukształtowało ją na silną, dojrzałą kobietę. Tak przynajmniej mniemała. Jeszcze tak niedawno była samotna, nie miała nikogo bliskiego, była bez pieniędzy, bez dachu nad głową, w czwartym miesiącu ciąży… Nie miała pojęcia, co zrobić ze swym nieszczęsnym losem. Bo ileż nocy można spędzić pod gołym niebem w parku czy na łące? Ileż razy można podkradać jedzenie w sklepach? Tego jednego razu się nie udało i przyłapana przez Zośkę została przygarnięta do tego domu, do tego magicznego błękitnego domu nad jeziorem, gdzie dzieje się tyle dobrych, a czasem i tajemniczych rzeczy. A właścicielka tego przybytku, Tosia, stała się na równi z Zosią kimś bardzo, bardzo jej bliskim. Można powiedzieć, że trzy zbłąkane dusze jakimś cudownym trafem odnalazły się i stały się dla siebie rodziną, zamieszkując wspólnie pod jednym dachem.

Maciuś znudził się w końcu zabawką, rzucając ją z impetem na kamienną podłogę tarasu, i zaczął się wiercić niespokojnie i popłakiwać, wkładając piąstki do buzi. Nadal ząbkował i był to dla nich obojga bardzo trudny okres. Po wielu nieprzespanych nocach Paula za dnia funkcjonowała jak zombie, marząc jedynie o tym, aby mały wreszcie zasnął albo by ktoś się nim choć na chwilę zaopiekował, a ona w tym czasie mogłaby się położyć, przymknąć powieki i nie musieć niczego więcej robić. Chociaż przez chwilę… To są chyba pragnienia każdej młodej matki takiego szkraba. Wiedziała, że nie będzie tak zawsze, ale nie zmieniało to faktu, iż momentami czuła się wyczerpana. Podała dziecku butelkę z sokiem, a chłopiec natychmiast chwycił ją w dłonie i rozpierając się wygodnie na kolanach mamy, przytulił się do jej piersi. Słyszała tylko rytmiczne odgłosy przełykania. Jego główka dotykająca jej podbródka poruszała się zgodnie z połykanymi łykami ulubionego napoju, a po chwili rączka małego wraz z butelką zaczęła się bezwładnie zsuwać. W ostatniej chwili Pauli udało się złapać naczynie; gdyby narobiło hałasu, mały obudziłby się z tej pierwszej fazy snu i wszystko musiałaby zaczynać od początku. Poczekała jeszcze kilka minut, aby dziecko mocniej zasnęło i mogła je bezpiecznie położyć do łóżeczka, nie obawiając się, że się wybudzi. Oparła głowę na fotelu i znowu odpłynęła do swoich myśli.

Błękitny Dom… Tak nazywały to domostwo, taka była nazwa pensjonatu, a i we wsi od ponad roku nikt nie powiedział inaczej o domu Tosi. Spotkało ją tutaj tyle dobrego. Poznała Bruna… Stał się jej bardzo bliski, ale czasami zastanawiała się, czy kocha go wystarczająco mocno. Czy ta jej miłość jest taka, jaką darzyła Maćka? Silniejsza czy też słabsza? Z pewnością była inna, ale czy to źle? Może bardziej dojrzała? Odnajdywała w oczach mężczyzny głębokie uczucie, oddanie, zdawała sobie sprawę, że nieba by jej przychylił. A ona? Jakie były jej uczucia wobec niego? Był dla niej bardzo ważny, lubiła z nim rozmawiać, miał szeroką wiedzę o świecie, potrafił tak ciekawie opowiadać o różnych sprawach, znał wiele interesujących historii. Widziała, jak kochał Maciusia, był dla niego jak ojciec. Może nawet więcej niż ojciec. Sam nie mógł mieć dzieci, tak oznajmili mu lekarze po tym nieszczęśliwym wypadku, kiedy to w Sztokholmie został pobity do nieprzytomności przez bandziorów nasłanych przez kontrahenta-oszusta. Lubiła się z nim kochać, sprawiali sobie wzajemnie wiele przyjemności, jednak zawsze obok był Maciuś, który to popłakiwał przez sen, to się kręcił, to wręcz przerywał im miłosne uniesienia donośnym płaczem, zupełnie jakby celowo chciał zakończyć ich igraszki. Nigdy nie potrafiła tak do końca poddać się emocjom, przeżywać w stu procentach tego miłosnego aktu; ciągle spięta wyczekiwała i nasłuchiwała dźwięków dochodzących od strony dziecięcego łóżeczka. Co by było, gdyby poznali się wcześniej? Gdyby to Bruno był jej pierwszą miłością? Czy zakochałaby się w tym bądź co bądź starszym o kilka lat mężczyźnie? Nie miała do końca pewności, czy jako dwudziestolatka zainteresowałaby się prawie trzydziestoletnim facetem. To co, że był bogaty. To co, że przystojny, zawsze modnie ubrany, pachnący, szpanujący tym swoim luksusowym samochodem. Wzięłaby go raczej za bawidamka, niepoważnego podrywacza, który tak naprawdę niewiele ma do zaoferowania kobiecie oprócz wystawnej kolacji, hucznej zabawy do białego rana i może jeszcze na koniec satysfakcjonującego seksu. Tymczasem okoliczności ich spotkania były zgoła inne. Bruno został przywieziony do Błękitnego Domu prosto ze Sztokholmu przez swego adwokata, który tam na miejscu opiekował się nim, ponieważ ten był skłócony ze swoim wspólnikiem i przyjacielem Kubą. Dotkliwie pobity przez bandziorów w Szwecji, kiedy tylko tamtejsi lekarze poskładali go, jak mogli, natychmiast przyjechał do pensjonatu na rekonwalescencję. Ledwo mógł chodzić, a poza tym był tak zdołowany, że chyba zbity pies czuł się lepiej. I ktoś musiał się nim zaopiekować, a tym kimś okazała się właśnie ona. I tak to się zaczęło…

Synek bezwładnie spoczywał w jej ramionach, pochrapując słodko w regularnym rytmie. Wstała powoli, najostrożniej, jak tylko potrafiła, i ruszyła w stronę salonu. Tam w kącie stało turystyczne łóżeczko, w którym układała chłopca do snu w ciągu dnia. Nie miała siły, aby za każdym razem zanosić go na poddasze, gdzie mieściło się jej małe mieszkanko złożone z dwóch niewielkich pokoików i łazienki. Teraz, wiosną, gości w pensjonacie w ciągu tygodnia było niewielu, zazwyczaj zjeżdżali się w weekendy, a ci, którzy właśnie rezydowali, wiedzieli, że o tej porze mały ucina sobie drzemkę w salonie, i zachowywali się nadspodziewanie cicho. Poza tym zazwyczaj odbywali w tym czasie jakieś wycieczki albo siedzieli w ogrodzie.

Usłyszała odgłos podjeżdżającego na podwórze samochodu. Koła przemieszczające się po wysypanym drobnymi kamykami podjeździe wydawały charakterystyczny chrzęszczący dźwięk. Wyjrzała przez okno i zrozumiała, że się nie pomyliła; ze starego zdezelowanego poloneza, tego, który zostawił im Kuba, wysiadła Zosia. To jej Paulina zawdzięczała fakt, że jeszcze nie zeszła z tego świata. To właśnie Zosia zaopiekowała się nią jak rodzoną siostrą. Dobrze rozumiała sytuację biednej Pauliny, sama niedawno była w podobnej, kiedy pobita uciekła z domu swego narzeczonego. Zochę dla odmiany przygarnęła Tosia, właścicielka Błękitnego Domu. I od tego czasu trzy młode kobiety, wspierając się i pomagając sobie wzajemnie, otworzyły fantastyczny pensjonat, który nazwały Błękitnym Domem z racji okiennic, futryn i drzwi w tym kolorze. A i we wnętrzu sporo było niebieskich dodatków, co powodowało, że całość sprawiała bardzo optymistyczne wrażenie.

Tymczasem Zosia obeszła auto dookoła i zaczęła wyjmować z bagażnika siatki z zakupami. Sporo tego było, po południu do pensjonatu mieli bowiem przyjechać nowi goście, a i Tosia z Kubą na pewno się pojawią. No i Bruno… Pauli na samą myśl o nim zrobiło się cieplej na sercu. Cicho otworzyła drzwi wejściowe i wyszła na zewnątrz.

– Gdzieś ty się podziewała przez dwa dni? – rzuciła w kierunku przyjaciółki.

– A co? Martwiłaś się o mnie? – usłyszała radosny głos Zosi.

Znała ją dobrze, mogła się domyślić, gdzie dziewczynaspędziła ten czas. Kolejny z jej miłosnych podbojów. Ale czy rzeczywiście miłosnych? Za tą pozorną maską beztroski i nonszalancji kryła się zagubiona młoda kobieta pragnąca szczęścia i miłości. Tylko że Zośka za żadne skarby świata nie przyznałaby się nikomu do swoich pragnień i słabości. Paulina jednak poznała ją już na tyle, aby wyczuć to swoim szóstym zmysłem.

– Zawsze się o ciebie martwię – odpowiedziała, pomagając dziewczynie wyjąć siatki z bagażnika.

Zosia tylko uśmiechnęła się smutno. A Paula znowu pomyślała o tym, że gdyby nie przyjaciółka, nie wiadomo co działoby się z nią w tej chwili. Czy trafiłaby do jakiegoś przytułku? Czy też zdechła gdzieś pod jakimś mostem, a potem została zjedzona przez szczury? Westchnęła na samą myśl o takim losie.

– Co tak wzdychasz, Paulisiu? Naprawdę tak się o mnie niepokoiłaś?

– To też, ale przypomniałam sobie, jak to było, zanim cię poznałam. Nie wiem, co bym zrobiła bez twojej pomocy. A tak swoją drogą mogłabyś odebrać albo chociaż nie wyłączać telefonu. Dzwoniłam z dziesięć razy. Ciesz się, że nie zawiadomiłam jeszcze policji.

Zosia się roześmiała, postawiła siatki na ziemi i serdecznie przytuliła przyjaciółkę.

– Moja ty kochana istoto. Obiecuję solennie – tu uniosła dwa palce jak do przysięgi – że następnym razem zadzwonię albo wyślę ci SMS-a. O ile będzie następny raz – dodała z powątpiewaniem, z powrotem sięgając po ciężkie torby.

Paulina spojrzała z zadumą na atrakcyjną kobietę przypominającą młodą Sophię Loren. Pod maską pozornego „tumiwisizmu” kryła się bardzo wrażliwa i delikatna dusza. Tymczasem życie zmusiło ją do walki o swój byt, jednak ilość empatii, jaką w sobie miała, wystarczyłaby do obdzielenia pół świata. No, a jeżeli nie tyle, to chociaż połowy Mazur.

Po chwili obie krzątały się w kuchni, rozpakowując zakupy, a czyniły to tak zwinnie, jakby od urodzenia współpracowały w tym zgranym duecie. Fakt, rozumiały się bez słów.

– Kiedy przyjedzie twój kochaś? – rzuciła Zosia niby obojętnym tonem.

Paula miała wrażenie, że dziewczyna od początku nie akceptuje jej wybranka. Zawsze miała wobec niego jakieś zastrzeżenia, dogadywała mu, kiedy tylko mogła, zupełnie jakby z premedytacją usiłowała mu wbić kolejną szpilę. A może po prostu była zazdrosna?

– Najprawdopodobniej dzisiaj wieczorem, jak w każdy piątek – odpowiedziała, ignorując to pejoratywne określenie. Nie znosiła, kiedy Zocha tak mówiła, ale jeżeli zwróciłaby jej na to uwagę, znowu by się zaczęło. Dlatego wolała zmienić temat. – A ty gdzie się szlajałaś? Opowiadaj.

Zocha westchnęła z lubością i zastygłszy na moment z torebką mąki w dłoni, przymknęła oczy i w wymownym geście zacmokała z zachwytem.

– Taaak… – rzuciła Paulina. – I co? Spotkasz się z nim jeszcze?

– A, to zupełnie inna historia.

Często romanse Zosi kończyły się na jednej upojnej nocy. Paula nie wiedziała do końca, kto nie decydował się kontynuować tych znajomości – przyjaciółka czy też jej absztyfikanci.

Popołudnie zleciało dziewczynom w błyskawicznym tempie. Działo się tak w każdy piątek, kiedy zjeżdżali się goście i pozostali domownicy. Przed osiemnastą zjawiło się w Błękitnym Domu starsze małżeństwo, które od pierwszej chwili ujęło Paulinę za serce. Zobaczyła bowiem, jak mężczyzna i kobieta czule trzymają się za ręce. Obie dłonie mieli wykręcone artretyzmem, ale zdawały się one idealnie do siebie pasować. I te cieniusieńkie obrączki na ich palcach. Paula pomyślała, że są jak łącząca ich nić, symbol wspólnego życia. Tak cieniutkie już w tej chwili… Gdyby któraś z nich pękła, czy nić ich życia także zostałaby przerwana? Poza tym starszy pan był niesłychanie szarmancki, otwierał przed swoją towarzyszką drzwi, był wobec niej niebywale opiekuńczy i zwracał się do niej tak pieszczotliwie: „Wandeczko, duszko moja”. Aż Pauli na to wszystko zakręciła się łza w oku. Ona też by tak chciała, kiedyś, w przyszłości, być może i z Brunem… I, o dziwo, starsi państwo przyjechali własnym samochodem, dużym białym mercedesem chyba z lat siedemdziesiątych, ale będącym w idealnym stanie, zadbanym i czyściutkim. Jakże miło było na nich popatrzeć. No i wynajęli pokój na cały miesiąc. Paula miała nadzieję, że się zaprzyjaźnią.

Wkrótce zjawiło się też młode małżeństwo z dwójką dzieci w wieku przedszkolnym, a zaraz za nimi Tosia i Kuba. Antonina, czyli Tosia, jak ją wszyscy nazywali, była właścicielką Błękitnego Domu. Z zawodu bibliotekarka, z charakteru niepoprawna marzycielka, odziedziczyła to siedlisko po zmarłej krewnej, wyprowadziła się z Leszna, gdzie pędziła życie starej panny, i przygarniając dwie zbłąkane samotne dusze, czyli Paulinę i Zośkę, założyła pensjonat w małej mazurskiej wsi Mrówki. A Kuba, ukochany Tosi i jednocześnie wspólnik Bruna, jedynie dzięki niej nie stoczył się na dno, albo co gorsza nie pożegnał się na dobre z tym światem. Para miała za sobą trudne chwile, ale wszystko wskazywało na to, że wyszli już na prostą. Nie było tylko Bruna, chociaż oznajmił, że dzisiaj przyjedzie wczesnym popołudniem. Tymczasem dochodziła dziewiętnasta, a on nadal się nie zjawiał. W salonie zrobiło się zamieszanie, wszyscy mówili jeden przez drugiego. Zośka zajmowała się gośćmi, Paula rozmawiała z Tosią i Kubą, Baltazar, zwany przez wszystkich Grubym z racji swych obfitych kształtów, czyli nieodłączny kot właścicielki, łasił się Pauli do nóg, tymczasem Maciuś wiercił się coraz bardziej w maminych ramionach. Zdecydowanie zbyt krótką drzemkę uciął sobie po południu, a niewyspany stawał się naprawdę niesforny.

– Tosiu, potrzymasz go? Ja przygotuję mu kaszkę, a po nakarmieniu położę go spać, będziemy mieli trochę spokoju.

Tosia z radością wzięła małego na ręce, ćwierkając do niego i tuląc raz po raz, a on, jak to miał w zwyczaju, natychmiast przestał marudzić i wpatrywał się w swoją przyszywaną ciocię jak urzeczony. Zupełnie jakby go zahipnotyzowała swą pogodą ducha i wewnętrznym pięknem. Paula, przygotowując w kuchni kaszkę, raz po raz spoglądała w kierunku salonu i nie uszło jej uwadze spojrzenie Kuby skierowane w stronę Antoniny. Jak zwykle było pełne miłości i fascynacji. W gruncie rzeczy wszyscy mężczyźni są pod tym względem do siebie podobni. Kiedy zakochają się w dziewczynie, ich wzrok staje się jakiś taki maślany, usta same układają się do uśmiechu, czasem lekko głupkowatego, zupełnie jak u postaci z kreskówki. I czasem potrafią tak stać przez długie minuty, wgapiając się w obiekt swych uczuć. Uśmiechnęła się do swoich myśli, ubawiona widokiem „maślanego” Kuby, który nie zdawał sobie sprawy ze swojego gapowatego wyglądu.

Kiedy mały został nakarmiony, wybawiony przez całe towarzystwo i położony wreszcie do łóżeczka stojącego w salonie, wszyscy wreszcie zasiedli do stołu. Wszyscy oprócz gości pensjonatu, ci byli już wcześniej nakarmieni przez troskliwe gospodynie. Bruno nadal się nie zjawił, a jego telefon milczał. Paulina zaczynała się już poważnie denerwować, ale jakoś nie spostrzegła, żeby inni także zdradzali jakieś oznaki niepokoju.

– Kuba, martwię się. Nie wiesz, co się dzieje? To niepodobne do Bruna. Musiało się coś stać. Nie wiem, co robić. Może ktoś z nas powinien wyjechać mu naprzeciw? Może miał wypadek? I potrzebuje pomocy? Kuba! Co robić?

Przyjaciel tylko wzruszył ramionami.

– Paulisiu… – Tak pieszczotliwie przyjaciele odzywalisię do niej wtedy, kiedy chcieli ją uspokoić. – Paulisiu, nie martw się. Bruno to duży chłopiec. Na pewno sobie poradzi.

– Dziwię się, że się o niego nie martwisz. Ty, jego najlepszy przyjaciel. Pamiętasz, co mu się przydarzyło w Sztokholmie?

– Pamiętam, pamiętam. Bruno został bardzo dotkliwie pobity przez bandziorów, ledwo uszedł z życiem. Zawsze mi o tym przypominasz, kiedy nie martwię się o mego przyjaciela, choć powinienem.

– Kuba, ty sobie żartujesz, a ja naprawdę się niepokoję.

O dziwo Kuba tylko się uśmiechnął i objąwszy ramieniem siedzącą obok niego przy stole Tosię, rozparł się wygodnie na krześle i powiedział uspokajającym tonem:

– Dobrze, Paula… – Tu spojrzał na swojego złotego roleksa. – Jeżeli nie zjawi się w ciągu piętnastu minut, pojadę goszukać.

W tym momencie usłyszała dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Kuba tylko uniósł brwi i wymownym gestem wskazał w kierunku podwórza. Paula nie słyszała żadnego samochodu wjeżdżającego na podjazd. Nie ma się co dziwić, w salonie panował gwar, wszyscy opowiadali o swoich przeżyciach z całego tygodnia, śmiejąc się przy tym i przekomarzając nawzajem. W takim rozgardiaszu Maciusiowi spało się najlepiej, ale zazwyczaj wystarczyło, aby gwar na moment ucichł, a on natychmiast zaczynał się wiercić w swoim łóżeczku.

Najpierw ujrzała wielki bukiet przepięknych róż w łososiowym kolorze. Po chwili zza nich wyłonił się Bruno.

– Bruno, jesteś wreszcie! – zawołała z ulgą i ruszyła w jegokierunku.

„Ciekawe, dla kogo te kwiaty? – przemknęło jej jeszcze przez myśl. – Czyżbym zapomniała o czyichś imieninach?”

W tym momencie spojrzała na niego uważniej. Wyglądał dzisiaj wyjątkowo uroczyście i elegancko. Miał na sobie garnitur w kolorze ciemnego grafitu, białą koszulę z kołnierzykiem rozpiętym pod szyją, eleganckie buty tak wypucowane, że można się było w nich przeglądać jak w lustrze. Zatrzymała się w połowie drogi ogarnięta dziwnym przeczuciem. Kątem oka zauważyła, jak wszyscy przyjaciele wstają zza stołu i otaczają ich szczelnym wianuszkiem. Na ich twarzach gościły tajemnicze uśmiechy. Wokoło nagle zapadła zagadkowa cisza. Pomyślała, że, o dziwo, Maciuś się jeszcze nie obudził. Tymczasem Bruno podszedł do niej, wręczył jej bukiet, pocałował łagodnie w usta i ująwszy jej palce, zaczął mówić bardzo poważnym tonem. Czuła jak jego dłoń, podobnie jak głos, lekko drży.

– Paulinko, kiedy tylko zobaczyłem cię po raz pierwszy, od razu mocniej zabiło moje serce. Oboje byliśmy po przejściach – ty po psychicznych, ja po fizycznych. Los nie szczędził nam trudów i przykrości. Już wtedy poczuliśmy, że dobrze nam ze sobą. Zakochałem się w tobie natychmiast i w dodatku bez pamięci. Zupełnie jakby grom we mnie uderzył. Kocham twój uśmiech, taki łagodny i spokojny; twój dobry charakter i chęć niesienia pomocy każdemu, kto jej potrzebuje; twoją muzykę, którą tak pięknie czarujesz wieczorami w tym salonie. Kocham Maciusia, jakby był moim synem.

W tym momencie uklęknął na jedno kolano i patrząc na nią wzrokiem podobnym do tego, jakim przed chwilą Kuba wgapiał się w Tosię, wyciągnął przed siebie na dłoni otwarte pudełeczko, w którym błysnął pierścionek z białego złota. Natychmiast domyśliła się, co tu się święci.

– Chciałbym już zawsze mieć cię przy sobie, wspierać cię, kochać, opiekować się tobą i Maciusiem. Paulinko, wyjdziesz za mnie?

Poczuła okropny ucisk w gardle. Coś jakby ją trzymało w jakichś niewidzialnych mackach. Wiedziała, że powinna powiedzieć „tak”, ale nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Cisza w salonie stała się jeszcze bardziej cicha, o ile to w ogóle możliwe. Bruno wpatrywał się w nią, a w jego oczach pojawiły się lęk, strach, niepewność. Zrobiło się jej go żal, ale nadal nie była w stanie wydać z siebie głosu, niewidoczne imadło zaciskało coraz mocniej.

– Paulinko…? – szepnął, nadal klęcząc przed nią i wyciągając w jej stronę dłoń z pudełeczkiem.

Kiwnęła głową. Tylko to była w stanie zrobić.

– Czyli tak? – W głosie mężczyzny zabrzmiała nadzieja. – Czyli zostaniesz moją żoną?

Znowu pokiwała głową.

– Powiedz to. Muszę to usłyszeć. Inaczej nie uwierzę.

– Tak! – W końcu wykrztusiła z siebie to słowo.

Bruno tylko na to czekał. Podniósł się z klęczek i z namaszczeniem włożył jej pierścionek na palec. Pasował jak ulał. Był może zbyt ostentacyjny jak na jej gust, sama by sobie takiego nie wybrała, wolała raczej skromną i delikatną biżuterię, ale darowany ze szczerego serca nabierał innego znaczenia. W tym czasie ktoś odebrał z jej rąk bukiet, usłyszała wystrzał korków od szampana, brawa, gratulacje, podczas gdy Bruno całował ją namiętnie.

Czuła się zupełnie oszołomiona. Nie spodziewała się tego, nie planowała, jeszcze nie teraz. Tymczasem to wszystko działo się jakby bez jej udziału, czuła się jak obserwator, miała wrażenie, że ogląda w kinie komedię romantyczną. Czy się cieszyła? Trudno powiedzieć. Nie była pewna, czy oświadczyny w gronie przyjaciół to dobry pomysł, zawsze była przeciwnikiem takiej formy. A co, jeśliby odmówiła? Czy mężczyźni nie oświadczają się w ten sposób, by mieć większą pewność, że wybranka nie da im kosza? Że nie będzie miała odwagi powiedzieć „nie”? I czy ona tego rzeczywiście chciała? Kochała Bruna, bezsprzecznie. Był bardzo przystojny, opiekuńczy, darzył miłością Maciusia. Był bogaty, zdawała sobie sprawę, że zapewni im wspaniałą przyszłość, ale… Czy to nie za wcześnie na zamążpójście? I tak szybko została matką, a teraz to… A co będzie z jej studiami, tak bardzo przecież chciała grać… Czy nie dryfuje jak łupina na oceanie, bezwolna i samotna? Czy ma jeszcze jakiś wpływ na swoje życie?

Tymczasem wszyscy jej przyjaciele byli tacy radośni. Bruno tryskał szczęściem, lecz ona uśmiechała się uśmiechem, który, miała wrażenie, ktoś przykleił do jej ust. Oszołomienie, zaskoczenie, zdziwienie – to chyba słowa, które doskonale określały jej stan w tej chwili.

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

Ten weekend zleciał jej jak z bicza strzelił. Po oświadczynowej kolacji Tosia z Kubą pojechali do jego domu w Skorupkach, sąsiedniej wsi. Od czasu kiedy właścicielka Błękitnego Domu na dobre związała się ze swoim ukochanym, jej pokój w pensjonacie został wynajęty gościom. Nawet kiedy przebywała tu bez Kuby, zawsze nocowała w Skorupkach. No, chyba że pensjonat był pusty, wtedy spała w którymś z pokoi gościnnych. Zosia zajęła mały pokój na parterze, będący kiedyś gabinetem Tosi, a Paula z Maciusiem i często także z Brunem nadal zamieszkiwali w dwupokojowym apartamenciku na poddaszu. Pozostałe pomieszczenia wynajmowano pensjonariuszom.

Po przyjętych oświadczynach Bruno tryskał szczęściem, chodził dumny, pusząc się niczym paw, z nieodłącznym maślanym uśmiechem na ustach. A ona? Owszem, starała się jak najbardziej okazywać mu swoją radość, ale w głębi duszy była kompletnie skołowana. Szczerze mówiąc, niczego bardziej nie pragnęła jak kilku dni spokoju, aby mogła pobyć sama ze sobą, zastanowić się nad tym wszystkim, pomyśleć. I tak też się stało. Wieczorem w niedzielę rozjechali się wszyscy goście oprócz starszego małżeństwa, wyjechali także Tosia z Kubą, a najpóźniej Błękitny Dom opuścił Bruno.

Nie mogła spać tej nocy, wierciła się w łóżku bez końca, aż wreszcie wstała, wyszła do drugiego pokoju, usiadła w swym ulubionym fotelu, włączyła cichą muzykę – łagodny jazz, otworzyła tabliczkę gorzkiej czekolady i wkładając raz po raz kolejną magiczną kostkę do ust, rozmyślała.

Kochała Bruna. Czy bardzo? Chyba wystarczająco. To dobry człowiek, uczciwy, czuły, rzetelny. Poza tym był przystojnym, wysokim, dobrze zbudowanym, atrakcyjnym, a na dodatek bogatym mężczyzną. Czegóż więcej chcieć od życia? Szalonej miłości z uniesieniami do samego nieba? Już raz to miała i jak to się skończyło? Śmiercią, rozczarowaniem… Jeżeli za bardzo ci na czymś zależy, prędzej czy później zaczynasz to tracić, a wtedy jeszcze mocniej boli. Może lepiej żyć w letnich temperaturach, spokojnie i wygodnie, niż umierać z ekscytującego gorąca? Czy wiedziała, na czym tak naprawdę jej zależy, czy znała siebie wystarczająco, aby podejmować tak ważne decyzje? Teraz? Właśnie teraz? Czy nie było na nie za wcześnie? Czy ona nie była za młoda? Cóż… poszukiwanie siebie to podróż na całe życie, a tymczasem prawdziwe życie zdarza się w przerwach tej wędrówki. Może jednak warto zaryzykować?

Pochłonięta połowa tabliczki czekolady zrobiła swoje. W organizmie Pauli wydzieliła się wystarczająca ilość endorfin, aby otulić ją spokojem. Zaakceptowała obecny stan rzeczy, a kiedy to zrobiła, poczuła radość i wewnętrzną harmonię. Nie rozkładała dalej wszystkiego na czynniki pierwsze, przestała analizować. Poczuła się szczęśliwa.

Prawie.

 

***

 

Rano obudził ją dźwięk telefonu. Zasnęła dopiero tuż przed świtem i to tak głęboko, iż w pierwszej chwili pomyślała, że to dzwoni budzik, i odruchowo odrzuciła połączenie. Na szczęście Maciuś nadal spał. On także miał za sobą ciężką noc, bo kiedy ona w końcu prawie zasnęła, okazało się, że mały się obudził. Miał lekką gorączkę, tarł dziąsła, domagał się stałego przytulania, a kiedy podawała mu butelkę z piciem, jedynie zawzięcie gryzł smoczek. Gdy dzwonienie nie ustawało, w końcu oprzytomniała na tyle, żeby spojrzeć na wyświetlacz telefonu. Zobaczyła nieznany numer.

– Halo? – powiedziała zaspanym głosem, przechodząc do drugiego pokoju i cichutko zamykając za sobą drzwi.

– Paulinka? – usłyszała po drugiej stronie. – To ty, kochanie?

Zawsze i wszędzie rozpoznałaby ten głos. Głosu matki się nie zapomina. Poczuła, jak wali jej serce. Położyła dłoń na piersi w nadziei, że to uchroni je przed wydostaniem się z jej podekscytowanego ciała. Milczała.

– Paulinko? Jesteś tam? – Głos rodzicielki był cichy, lekko drżący, wyczuwało się w nim niepokój.

– Tak, jestem – odpowiedziała w końcu. – W jakiej sprawie dzwonisz do mnie, mamo? – Zaakcentowała dobitnie ostatnie słowo, zrobiła to celowo, chcąc podkreślić, jak dalekie jest od prawdziwego znaczenia.

– Córeczko, dzwonię do ciebie, bo tatuś jest w szpitalu. Jest w bardzo ciężkim stanie…

Paulina usłyszała po drugiej stronie płacz.

„Tatuś! – pomyślała. – Jaki tatuś, do jasnej cholery? Czy tatuś wraz z mamusią wyrzucają swoje ukochane dziecko z domu? I to na dodatek z powodu tego, że obdarzyło miłością nie tego gościa, którego by sobie życzyli? Tatuś! No, nie!”

– Tatuś? – znowu dobitnie zaakcentowała to słowo. – Jaki tatuś? Czyj?

– No jak to, córeczko, twój tatuś. Masz przecież jednego.

– Ja nie mam tatusia. Mamusi zresztą też – odpowiedziała pozornie spokojnym głosem, chociaż wewnątrz wszystko w niej wrzało.

Matka milczała przez chwilę.

– Wiem, kochanie, że wyrządziliśmy ci krzywdę, ale rodzicom powinno się wybaczyć. Nikt przecież nie jest nieomylny.

Matka zawsze była taka spolegliwa, podporządkowanaojcu jak dobrze wytresowany pies. Jednak tym razem z jej głosu przebijało coś dziwnego, jakby mówiła nieprawdę, jakby dzwoniąc, miała zupełnie inne intencje niż poinformowanie córki o chorobie „tatusia”.

– Wybaczyć? Proszę bardzo, macie wybaczone. I na tym poprzestańmy. Przykro mi, że tatuś (tu znowu wypowiedziała to słowo dosadnie) jest chory, ale cóż, takie jest życie. Żyjemy, chorujemy, a potem umieramy. Ja życzę mu dużo zdrowia.

Na tym miała zamiar zakończyć rozmowę.

– Ale córeczko, czy nie przyjechałabyś, żeby się z nim jeszcze zobaczyć? Żeby się z nami zobaczyć? Na pewno by się ucieszył… I ja byłabym taka szczęśliwa – dodała szeptem matka.

– Ucieszył? – Paulina nie mogła uwierzyć w to, co słyszała. – Czy poprosił cię o to, żebyś do mnie zadzwoniła i przekazała mi tę jego prośbę?

Matka milczała przez chwilę.

– No… nie, ale znam go już przecież tyle lat, wiem, czego by pragnął.

– A wiesz, kochana mamusiu, czego ja bym pragnęła? Znasz potrzeby swojego dziecka?

Po drugiej stronie ponownie zapadło milczenie, przerywane jedynie raz po raz cichymi chlipnięciami. Zza drzwi dobiegło popłakiwanie Maciusia. Po chwili Paulina mówiła dalej, musiała wyrzucić z siebie ten nagromadzony od dawna żal.

– A czy ty chociaż wiesz, co się ze mną działo przez ten cały czas? To już ponad dwa lata, jak wyrzuciliście mnie z domu. Wiesz, przez co przeszłam? Interesował cię mój los? Czy tylko zamartwiałaś się, jak dogodzić swojemu mężowi? Ja nie mam ochoty oglądać tatusia! – Znowu położyła nacisk na to znienawidzone słowo. – Ani ciebie, mamusiu. A teraz muszę iść, bo mój synek się obudził.

I rozłączyła się. Mały w tym momencie zaczął rzewnie płakać, musiała go utulić w swoich ramionach, przygotowując mu jednocześnie śniadanie.

– Nie martw się, kochanie, ja nigdy cię nie zostawię. Nie opuszczę cię w potrzebie. Jesteś dla mnie najdroższym skarbem, nic ani nikt na świecie nie będzie ważniejszy od ciebie.

Tak szepcząc, kołysała go łagodnie, a kiedy podała mu butelkę z kaszką na mleku, chłopiec objął ją drobnymi rączkami i pił łapczywie.

– Zgłodniałeś, maleńki. Pij, kochanie, pij. Widzę, że dziąsła już mniej bolą, teraz już będzie dobrze. Zobaczysz, będzie dobrze.

Głaskała chłopca po jedwabistych włoskach, a kiedy jej łzy kapały na jego główkę, raz po raz ścierała je kciukiem.

 

***

 

Trudno jej było zebrać myśli po tej rozmowie. Kotłowały się nieznośnie, zupełnie niezależnie od jej woli. Stale rozpamiętywała ten feralny dzień, kiedy to ojciec bezpardonowo wyrzucił ją z domu, a matka nie zaprotestowała. Stała tylko, załamując ręce i bojaźliwym wzrokiem wpatrywała się w swego męża. Na nią nawet nie spojrzała.

– Jeżeli masz zamiar nadal spotykać się z tym chłopakiem, to wynoś się z domu! Musisz dokonać wyboru – my albo on! – grzmiał ojciec. – Jeżeli wybierzesz jego, niech twoja noga nigdy więcej tu nie postanie. I nie dostaniesz ode mnie złamanego grosza. To jest moje ostatnie słowo!

Słowa ojca raniły jak ostry nóż, a każde kolejne zadawało większy ból.

– W takim razie wybieram jego – powiedziała wtedy cicho.

– W takim razie won z domu! I nie waż mi się zabrać stąd ani jednej rzeczy. Nic tutaj nie należy do ciebie. Niech on cię teraz utrzymuje.

I nie zobaczyli się od tamtego razu. Wykasowała z telefonu ich numery, chciała także wykasować ich ze swojej pamięci, ale tego nie udało się jej zrobić. Nieraz budziła się w nocy z krzykiem, kiedy śniła wskazujący palec ojca skierowany na drzwi i to w kółko wypowiadane słowo: „WON!”. I nie mogła zapomnieć, że chciał jej załatwić nielegalne usunięcie ciąży. Chciał zabić własnego wnuka. Wyrzucenie z domu mogłaby być może kiedyś mu wybaczyć, ale tego nie.

Koło południa, kiedy wreszcie udało jej się uśpić Maciusia, zadzwoniła do Bruna. Ten natychmiast wyczuł jej podły nastrój.

– Co się stało, kochanie? Coś z Maciusiem? – W jego głosie było tyle niepokoju. Rozczulił ją tym.

– Nie, nie, z Maciusiem wszystko w porządku. Dzwoniłamoja matka.

– O! – Zaskoczony Bruno milczał przez chwilę. – Czegochciała?

– Żebym odwiedziła tatusia w szpitalu. Chyba jest umierający. Rozumiesz?! Tatusia! W szpitalu!

– I co zamierzasz?

– Bruno! Przecież ja od ponad dwóch lat nie mam żadnego tatusia. Nie ma tatusia, nie ma problemu.

Paulina była osobą pełną empatii, każdemu nieba by przychyliła, jednak w tej jednej kwestii okazała się nieugięta. Do tej pory nawet nie chciała rozmawiać na temat swoich rodziców i całej tej sytuacji. Ani z Brunem, ani z dziewczynami.

– Zaraz, zaraz… Tak! Paulinko! Ja dopiero teraz zaskoczyłem. Józef Sikorski! To przecież twój ojciec. Nie skojarzyłem tego wcześniej. Mam rację, prawda?

Pokiwała głową, chociaż on nie mógł tego zobaczyć.

– Tak… To on.

Paulina i Bruno pochodzili z Bydgoszczy. Bruno nadal miał tam swoją firmę, mieszkanie, spędzał w tym mieście cały roboczy tydzień, a na weekendy przyjeżdżał do niej na Mazury. Namawiał ją bezustannie, żeby się do niego przeprowadziła, ale ona uparcie odmawiała. Nie chciała wracać do tego miasta, do wspomnień, ludzi.

– Więc to jest twój ojciec. Stary aparatczyk, wieczny dyrektor albo urzędnik państwowy. Zawsze wiedział, jak się ustawić. Teraz dopiero go kojarzę. Jeden z tych „twardogłowych”. Miałem kiedyś z nim do czynienia, jeszcze na samym początku, kiedy zakładaliśmy z Kubą firmę. Robił nam trudności, myślał, że dostanie łapówkę, ale my mu nie daliśmy. Jednak potem musieliśmy czekać kilka miesięcy, aby wyrażono zgodę na naszą działalność, a kiedy odszedł do innej atrakcyjnej pracy, na kolejne dyrektorskie stanowisko, jego następca na szczęście nie robił nam trudności. No, no…

Rzeczywiście, ojciec zawsze był na szczycie – albo lokalnej władzy, albo na stanowisku dyrektora kolejnego dużego zakładu pracy, lub też jako wysokiej rangi pracownik któregoś z urzędów. Był dużo starszy od mamy, być może dlatego tak bardzo ją sobie podporządkował. Poza tym pochodził z zasiedziałej bydgoskiej rodziny, jego ojciec miał dobrze prosperującą firmę budowlaną, a mama zakład dziewiarski, w którym w czasach komuny produkowała swetry, czapki i inne wyroby. Przyjeżdżali po nie do Bydgoszczy ludzie z całej Polski. Paulina była jedynaczką, w oczach wielu ludzi uchodziła za wychuchaną i rozkapryszoną dziewczynę, co to uczy się grać na fortepianie, jak przystało na panienkę z dobrego domu, ale tak naprawdę niczego oprócz fiu-bździu w głowie sobą nie reprezentuje. A to nie była prawda!

– Chcesz do niego pojechać? – Bruno zapytał z ciekawością, ale właściwie znał odpowiedź.

– Nigdy w życiu! – usłyszał zdecydowany sprzeciw, tak jak się zresztą spodziewał.

– Chcesz, żebym się czegoś dowiedział?

– Nie, Bruno. Nie ma takiej potrzeby. Chciałam się przed kimś wygadać, bo Zośkę znowu gdzieś poniosło, dlatego zadzwoniłam do ciebie. Już mi lżej. Uznajmy tę sprawę za zamkniętą.

Paulina nigdy nie była tak stanowcza jak w tej jednej jedynej kwestii. Bruno wiedział doskonale, że rozmowa na ten temat została zakończona. Tymczasem zamierzał trochę powęszyć. Sam był ciekaw, kim tak naprawdę jest jego przyszły teść. O ile tamten przeżyje tę swoją chorobę.

 

***

 

W połowie tygodnia zjechali kolejni goście. Dziwne, zazwyczaj przyjeżdżali w piątki, ale być może z racji rozpoczynającego się za kilka dni długiego majowego weekendu postanowili przedłużyć sobie urlop. Paulina z Zosią miały dużo pracy, a i Tosia nie wróciła razem z Kubą do Bydgoszczy, została, aby zająć się gośćmi. Najpierw zjawiła się rozkrzyczana rodzinna gromadka z rodzicami, dziadkami i trójką małych dzieci, po nich dwie pary w średnim wieku, wielce dystyngowane i mające spore wymagania co do swoich pokoi, zupełnie jakby przyjechali do pięciogwiazdkowego hotelu ze SPA, a nie małego prywatnego pensjonatu na mazurskiej wsi. Późnym popołudniem pojawili się ostatni goście – para urodziwych i modnie ubranych trzydziestoparolatków. Pensjonat został zapełniony.

Dziwny duet od razu zaintrygował Paulinę. Ona – kobieta niesłychanie piękna, wysoka, smukła niczym topola zachowywała się bardzo wyniośle. Tak wobec osób ich obsługujących, jak swojego partnera. Wyglądała zupełnie jak modelka, zresztą kto wie, może i nią była? Nawet kroki stawiała tak, jakby chodziła po wybiegu, na wszystkich patrząc z góry. On natomiast sprawiał wrażenie człowieka spokojnego i zupełnie podporządkowanego swej czarownej pani. Był wysoki, szczupły, ale jego kocie ruchy zdradzały, że pod ubraniem skrywa wysportowane ciało. Przywiódł jej na myśl panterę, zwinną, bystrą i nieprzewidywalną. Może do tego przyczynił się także jego strój – czarne sztruksowe spodnie, czarny golf z cienkiej wełenki, a dopełnieniem tej czerni były bardzo ciemne kręcone włosy. To, co przyciągało wzrok Pauliny, to miły uśmiech nieschodzący z jego sympatycznej twarzy.

Zaintrygował ją ten mężczyzna. Zresztą oboje byli dla niej ciekawym obiektem obserwacji. Trudno było się tak naprawdę domyślić, jakie relacje ich łączą. Czy to on zakochany w niej, a ona nie? Czy też oboje nie? A może oboje tak?

„Z tą miłością to nie jest łatwo – rozmyślała. – Podobno to nieprawda, że tylko w bajkach zdarzają się tacy szczęśliwcy, którzy trafiają na tę prawdziwą miłość za pierwszym razem. Taką od przedszkola do grobowej deski. Tacy też są, i owszem, ale zdecydowanie częściej szukamy jej w życiu metodą prób i błędów. Kochamy, czasem nienawidzimy, łamiemy czyjeś serca, innym razem to nasze zostają złamane, próbujemy, poszukujemy… Czasami wyciągamy wnioski, a czasami nie i lokujemy nasze uczucia po raz kolejny w nieodpowiednim partnerze, zresztą bardzo przypominającym tego poprzedniego. Cóż… Miłość podobno nie kieruje się rozsądkiem, ale sercem, a to nie zawsze słucha rozumu. Zupełnie jak w rodzeństwie – przekornym, robiącym sobie na złość, ale z drugiej strony wspierającym się w potrzebie”.

Tych dwoje zameldowało się pod różnymi nazwiskami, nie byli małżeństwem, poza tym nie nosili obrączek, chociaż w dzisiejszych czasach nic nie jest pewne – można być po ślubie i nie zmienić niczego w swoim życiu – ani nazwiska, ani przyzwyczajeń, a tym bardziej nie afiszować się symbolem małżeńskim. Chociaż dla niej ten prosty pierścionek znaczył tak wiele… Nazywali się Sandra Pawłowicz i Kacper Baliński. Przez moment, kiedy trzymała w dłoni dowód osobisty mężczyzny i spoglądała na jego zdjęcie, na którym wyglądał nieco inaczej niż teraz, odniosła wrażenie, że już go gdzieś widziała, ale nie była w stanie sobie przypomnieć gdzie. Na zdjęciu miał krótko ostrzyżone włosy, a teraz nosił dość długie, coś à la Paganini w młodości, lekko kręcone na końcach, co, jak zauważyła, przydawało mu młodzieńczego seksapilu, tymczasem zdecydowanie był już po trzydziestce. Poza tym na zdjęciu miał krótką brodę i wąsy. Kiedy oddała mu dowód, nadal nie opuszczało jej przeświadczenie, że już gdzieś tę twarz zdążyła poznać.

Gdy po kolacji goście zostali ulokowani w swoich pokojach, Zosia wyszła na spotkanie, Tosia pojechała do Skorupek, w Błękitnym Domu wreszcie zapanował spokój. Maciuś znowu nie mógł zasnąć, pomimo że był nakarmiony i przewinięty. Nie płakał, wiercił się jednak w łóżeczku, miętosił przytulankę, podgryzając raz po raz królicze uszy, i widać było, że jest śpiący, ale sen do niego nie przychodził. Dobrym lekarstwem w takich sytuacjach zazwyczaj była jej gra. Siadała wówczas do pianina i wygrywała jakieś spokojne kawałki, a on, zasłuchany, w końcu usypiał. Cieszyła się, że od wczesnego dzieciństwa tak dobrze reaguje na muzykę. Zasiadła i dzisiaj do instrumentu, podniosła wieko, położyła dłonie na chłodnych klawiszach i przez chwilę zastanawiała się, co by tu wybrać za utwór. W końcu zagrała Kiss from a Rose Seala. To, że była pianistką, nie znaczyło, że interesowała ją tylko muzyka poważna. A Seala bardzo lubiła słuchać, wiele utworów muzyki pop potrafiła zagrać, nawet ze słuchu.

I pomogło. Po chwili Maciuś przestał się wiercić, kątem oka dostrzegła, jak opadają mu powieki i wreszcie zasnął. Nie przestawała grać. Wiedziała, że jeżeli to zrobi zbyt wcześnie, mały natychmiast się obudzi. Musiała poczekać, aż zaśnie tym głębszym snem, wtedy można będzie nawet walić w bęben, nie obudzi się, dopóki nie nadejdzie jego czas.

Nagle u góry trzasnęły drzwi i usłyszała szybki tupot stóp na schodach, po czym przez salon przebiegła pani Sandra, trzymając w ręce małą walizkę. Nawet w chwili takiego wzburzenia wyglądała pięknie mimo rozwianych włosów i zaczerwienionej twarzy, której rysy ściągnięte były gniewem. Po chwili za nią pojawił się jej towarzysz i oboje natychmiast zniknęli za drzwiami. W salonie ponownie zapanował spokój, jedynie dźwięki Nokturnu No.2 Es-dur Chopina pobrzmiewały nieprzerwanie. Nie przestała go grać, kiedy ten chwilowy tajfun przeleciał obok niej. Maciuś na szczęście spał nadal.

Tym razem zawładnął nią Ennio Morricone z jego Chi Mai. Kto kiedykolwiek… – tak można te słowa przetłumaczyć. Dają do myślenia.

Skończyła grać i nie odrywając palców od klawiszy, zapatrzyła się przed siebie. Za oknem, mimo zapadającego zmroku, widać było, że wiosna rozgościła się już w pełnej krasie. Kolejna w jej życiu. Ile ich jeszcze będzie? Ile ich dane jej będzie oglądać? Maciej, nieżyjący już ojciec Maciusia, nie zobaczy żadnej…

– Brawo, pięknie pani grała – usłyszała za sobą męski głos.

Obejrzała się w jego stronę. Z fotela unosił się właśnie Kacper Baliński. Myślała, że wybiegł za swoją dziewczyną, a nie zauważyła, żeby ktoś wchodził do domu. Musiał to zrobić bardzo cicho.

– Myślałam, że pan wyszedł – powiedziała zmieszana.

– Wróciłem – odpowiedział, podchodząc bliżej pianina. – Piękna gra. Co robi tak utalentowana pianistka w takim miejscu?

– Pracuje, żyje, wychowuje dziecko…

– Nie ma pani czasem wrażenia, że marnuje swój talent? – Głos miał poważny i wpatrywał się w nią z uwagą niespotykanie zielonymi oczami. Przywiodły jej na myśl przepastną toń jeziora.

Spoglądała na niego przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Nie, nie mam. Jestem szczęśliwa, że mam gdzie mieszkać, za co żyć, że mam zdrowe dziecko. A talent… Cóż, nie zawsze jest nam dane realizować swoje pasje. Chociaż… może kiedyś, później…

– Nie powinno się odkładać tak ważnych rzeczy. Czasem tego „później” może już nie być. – W jego głosie przebijał smutek. On także przez moment wydał się jej zasępiony, jakby przypomniał sobie o jakiejś przykrej sprawie.

Trochę ją zirytował tym, co właśnie powiedział. Przez cały ostatni rok tęskniła za muzyką, za swoimi studiami, które musiała przerwać, zostając bez środków do życia, bez ukochanego i na dodatek w ciąży. Bo przecież nie miała wyboru, nie mogła kontynuować nauki. Za co by się utrzymała, co zrobiłaby z Maciusiem? Studia muzyczne wymagają ogromu pracy, wielu godzin ćwiczeń spędzonych przy fortepianie. Wszystkowskazywało na to, że muzyka po prostu pozostanie jej hobby, lekarstwem na chandrę i odskocznią od szarzyzny dnia codziennego.

Powoli zapadał zmrok. W salonie zrobiło się szaro. Podeszła do łóżeczka, zauważyła, że Maciuś zasnął głęboko. Nigdy nie kładła go na dole na wieczorne spanie, ale dzisiaj za nic w świecie nie chciał zasnąć na górze na swoim posłaniu. Teraz musiała zanieść go na poddasze, nie będzie to łatwe. Pan Baliński nadal stał, przyglądając się jej w skupieniu.

– Przepraszam, ale muszę zanieść małego do jego pokoju – odezwała się w końcu. – Nie mógł dzisiaj zasnąć, więc uśpiłam go muzyką. Teraz przede mną niełatwe zadanie, trzeba przenieść go na poddasze.

Mężczyzna podszedł bliżej.

– Proszę pozwolić, pomogę. Zaniosę go.

A kiedy spojrzała na niego z powątpiewaniem, dodał:

– Proszę mi zaufać, mam wystarczająco dużo siły.

I rzeczywiście, pochylił się nad łóżeczkiem i delikatnie uniósł Maciusia, jakby ten był lekkim piórkiem, a nie ważącym ponad dziesięć kilo małym chłopczykiem.

– Pani przodem – wyszeptał, robiąc przy tym tak tajemniczą i konspiracyjną minę, że rozśmieszona Paulina omalże nie parsknęła śmiechem i musiała sobie zasłonić dłonią usta.

Jej towarzysz także się uśmiechnął, a wtedy jego twarz stała się taka jakaś… miła, przyjacielska, może jeszcze intrygująca. Mrugnął do niej okiem.

Poszła przodem, starając się jak najdelikatniej stawiać kroki na skrzypiących stopniach, szczególnie tych prowadzących na samą górę. Mężczyzna także cichutko podążał za nią i o dziwo nie słyszała żadnego sapania czy też innych dźwięków zdradzających wysiłek. Rzeczywiście, musiał mieć w sobie moc, skoro nie zmęczyło go pokonanie stromych schodów z dodatkowym obciążeniem w ramionach. Kiedy już ułożył malca w łóżeczku, a ona przykryła synka kołderką, po cichu wyszli z pokoju. Kątem oka zauważyła, że gość z ciekawością rozgląda się po jej małym apartamencie.

– To pani królestwo? – zapytał, spoglądając na nią.

Kiwnęła głową.

– Tak. Mieszkamy tu z małym, a na weekendy przyjeżdżajeszcze mój narzeczony.

– O! To pięknie. A gdzie narzeczony mieszka, jeżeli mogę zapytać?

– W Bydgoszczy – odpowiedziała.

– To ma do pani kawałek drogi. Ja mieszkam w Krakowie.

– Wiem, przecież meldowałam pana. Też daleko.

Przez chwilę stali naprzeciwko siebie, nagle dziwnie onieśmieleni.

– Może pójdziemy na dół – powiedziała w końcu. – Ma pan ochotę na coś do picia?

– Chętnie napiłbym się czegoś mocniejszego – stwierdził, z zafrasowaniem drapiąc się po głowie.

– Niestety, nie prowadzimy sprzedaży alkoholu, ale mogę pana poczęstować mirabelkową nalewką mojej roboty.

– O! Świetnie! Chętnie spróbuję.

Po chwili zasiedli w salonie, trzymając w dłoniach kieliszki z żółtym, lekko mętnym trunkiem. Obok na stoliku Paula ustawiła elektroniczną nianię. Słychać w niej było każdy oddech Maciusia. Nadal nie mogła pozbyć się wrażenia, że już gdzieś widziała swego towarzysza, nie śmiała go jednak o to pytać. Milczeli, raz po raz spoglądając to na siebie, to na kieliszki, to znowu w okno, za którym rozstawione tu i ówdzie solarne lampki czyniły ogród magicznym.

– Chciałbym zapytać, czy istnieje możliwość wynajęcia pokoju do końca lata – odezwał się w końcu mężczyzna. – Może nawet do wczesnej jesieni?

– Chciałby pan zostać tutaj tak długo?

Kiwnął powoli głową.

– Musiałabym sprawdzić. Czy pani Sandra zostałaby z panem?

– Nie, ona tu już nie wróci. Aha, i od jutra proszę o posiłki dla jednej osoby.

Poczuła, jakby serce zabiło jej szybciej. Trudno jej byłoto zrozumieć.

– Ale ma pan wynajęty pokój dwuosobowy, nie mamy jedynek, cena nie uległaby zmianie.

– Rozumiem, jestem na to przygotowany.

– Powinnam sprawdzić, czy nie mamy już rezerwacji na ten okres. Poczeka pan chwilę?

– Oczywiście.

Paulina po chwili wróciła z kuchni. Od kiedy Zocha zajęła pokój zwany przez nie dawniej gabinetem, trzymały w osobnej kuchennej komodzie wszelkie dokumenty.

– Musiałabym dokonać pewnych zamian, ale tak, byłoby to możliwe, aby pan został u nas dłużej.

Wprawdzie na tydzień Zosia będzie musiała przenieść się do niej na stryszek, ale nieraz już tak robiły, a Zośka nie miała nigdy nic przeciwko temu. Swoich rzeczy nie miała zbyt wiele, tymczasowa przeprowadzka nie była więc kłopotem.

– Świetnie! – odpowiedział, odkładając kieliszek na stół. – A teraz pozwoli pani, że ją opuszczę, przejdę się trochę przed snem.

– Ale jest już zupełnie ciemno, a tu tyle wertepów wokoło. Może chociaż dam panu latarkę?

– Pięknie dziękuję – powiedział po chwili, odbierając lampkę z rąk dziewczyny.

Przez moment ich palce przypadkowo zetknęły się ze sobą, a ona poczuła, jakby przebiegł przez nią prąd. A może rzeczywiście tak się stało? Nierzadko się przecież zdarza, kiedy dwie naelektryzowane osoby dotykają się i czasem widać nawet przeskakującą iskrę. Może tak to było…

A może nie?

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Katarzyna Janus, 2020

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiekformie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to takżefotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwemnośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Zdjęcia na okładce:

© Florian Augustin/Shutterstock

© iravgustin/Shutterstock

 

Redakcja i korekta: Sylwia Chojecka/Od słowa do słowa

Skład i łamanie: Tomasz Chojecki/Od słowa do słowa

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-503-4

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.