Syn Jezusa - Denis Johnson - ebook + książka

Syn Jezusa ebook

Johnson Denis

3,4

Opis

Ameryka zrujnowanych przedmieść, zdezelowanych samochodów, podupadających knajp. Czego szuka młody mężczyzna w heroinie, alkoholu, przygodnych znajomościach? Jedenaście opowiadań układa się w swoistą mikroopowieść. Proza Johnsona jest oszczędna, a zarazem liryczna i pełna obrazów o niezwykłej intensywności.

"Pisał na zupełnie innym poziomie niż my wszyscy. Prawdziwy mistrz". Zadie Smith

"Bóg, w którego mógłbym uwierzyć, miałby jego głos i poczucie humoru". Jonathan Franzen

"Największy poeta wśród autorów opowiadań od czasów Hemingwaya". George Saunders

"Opisywał najdziksze oblicze Stanów. Nie ma drugiego takiego jak on". Philip Roth

"Był i będzie jednym z naszych najmocniejszych pisarzy. Amerykański na wskroś". Don Delillo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 108

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (83 oceny)
15
26
26
13
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Dotmagia

Całkiem niezła

No dobra, jedziemy z tymi opowiadaniami, albo idziemy, albo wręcz się zataczamy. Trochę w stylu "Pulp Fiction", z Charlesem Bukowskim i Witkacym pod rękę. Grubo jest, oj grubo... Zupełny mętlik. Mgła wojny i maligna. Od baru do baru, od meliny do meliny. Czasem pijemy, czasem bierzemy coś mocniejszego. Jedziemy. Płyniemy. Nie wiadomo, ranek to dopiero, czy już wieczór nastał. Nie wiadomo, czy dopiero straciliśmy świadomość, czy właśnie ją odzyskaliśmy... Poniósł nas melanż i czujemy flow. Na końcu, w końcu tunelu, gdzieś tam w oddali błyska jednak światełko nadziei. Powolutku wynurzamy się z bagna. Okazuje się, że nawet dla takich jak my jest miejsce na tym świecie. Takie to właśnie są opowiadania Denisa Johnsona. Czy warto je czytać? Nie wiem. W końcu ludzie czytają Bukowskiego, Houellebecq'a i Witkiewicza (choć moim zadaniem, Witkiewicz to jednak inna liga) i czerpią z tego przyjemność. Czy warto szukać w nich jakichś głębszych sensów i drugiego dna? A po jakiego pierona? Na razi...
60
espequer

Całkiem niezła

Narkomani, degeneraci, życiowi wykolejeńcy i ich "przygody". Tym razem autor rewelacyjnej "Szczodrości syreny" nie porwał mnie tymi krótkimi opowiadaniami, za wyjątkiem jednego, ostatniego w zbiorze. 6/10
10
Tuliaszn

Dobrze spędzony czas

Johnson Denis. Narkotykowo-alkoholowa wycieczka po ciemnej stronie miasta.
10
bstrdbwn

Całkiem niezła

Są tu dwa świetne opowiadania. Reszta mocno średnia.
10

Popularność




Spis treści

Wypadek autostopowicza

Dwóch mężczyzn

Wyjście za kaucją

Dundun

Robota

Ostry dyżur

Brudne gody

Ten drugi

Promocja na barze

Pewną ręką w szpitalu Seattle General

Beverly Home

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Cover

Tekst

Prawa autorskie

Dla Bo­ba Corn­fiel­da

When I’m ru­shing on my run

And I fe­el just li­ke Je­sus’ son…

Lou Re­ed, He­ro­in

Wy­pa­dek au­to­sto­po­wi­cza

Akwi­zy­tor, któ­ry dzie­lił się ze mną al­ko­ho­lem i ki­mał za kół­kiem… Czi­ro­kez za­im­pre­gno­wa­ny bur­bo­nem… VW – wiel­ka bań­ka ha­szy­szo­we­go dy­mu ste­ro­wa­na przez ja­kie­goś stu­den­ta…

…I pew­na ro­dzi­na z Mar­shal­l­town, któ­ra za­li­czy­ła zde­rze­nie czo­ło­we z fa­ce­tem ja­dą­cym z Be­tha­ny w sta­nie Mis­so­uri na za­chód i kom­plet­nie go za­bi­ła…

…Wsta­łem prze­mo­czo­ny do su­chej nit­ki od spa­nia w ulew­nym desz­czu i nie do koń­ca przy­tom­ny za spra­wą tej trój­ki, któ­rą wy­mie­ni­łem – akwi­zy­to­ra, In­dia­ni­na i stu­den­ta, bo każ­dy z nich dał mi pro­chy. Sta­ną­łem przy wjeź­dzie na au­to­stra­dę, ale na­wet nie li­czy­łem na pod­wóz­kę. Po co w ogó­le by­ło zwi­jać śpi­wór, sko­ro i tak by­łem zbyt mo­kry, że­by kto­kol­wiek wpu­ścił mnie do sa­mo­cho­du? Owi­ną­łem się nim jak pe­le­ry­ną. Ule­wa sma­ga­ła as­falt i bul­go­ta­ła w ko­le­inach. Mia­łem ża­ło­sną go­ni­twę my­śli. Akwi­zy­tor dał mi pi­guł­ki, po któ­rych czu­łem się, jak­by coś prze­żar­ło mi ży­ły. Bo­la­ła mnie szczę­ka.

Każ­dą kro­plę desz­czu zna­łem po imie­niu. Prze­czu­wa­łem wszyst­ko, co mia­ło się zda­rzyć. Je­den ta­ki olds­mo­bi­le jesz­cze nie za­czął zwal­niać, a wie­dzia­łem już, że się przy mnie za­trzy­ma, a gdy usły­sza­łem słod­kie gło­sy ro­dzin­ki w środ­ku, wie­dzia­łem, że pod­czas tej bu­rzy cze­ka nas wy­pa­dek.

Mia­łem to gdzieś. Po­wie­dzie­li, że za­wio­zą mnie aż do ce­lu.

Męż­czy­zna i je­go żo­na po­sa­dzi­li dziew­czyn­kę z przo­du obok sie­bie, a nie­mow­la­ka zo­sta­wi­li z ty­łu ze mną i mo­im ocie­ka­ją­cym po­sła­niem. „Nie licz na to, że dam gaz do de­chy – za­po­wie­dział męż­czy­zna – w koń­cu wio­zę żo­nę i dzie­ci”.

To wła­śnie wy – po­my­śla­łem. Zwi­ną­łem śpi­wór, opar­łem o drzwi po le­wej stro­nie i za­sną­łem. Mia­łem gdzieś, czy ży­ję, czy umar­łem. Dziec­ko le­ża­ło na sie­dze­niu obok. Mia­ło z dzie­więć mie­się­cy.

…Ale za­nim do te­go do­szło, w tam­to po­po­łu­dnie wpa­ro­wa­li­śmy z akwi­zy­to­rem je­go bry­ką do Kan­sas Ci­ty. Od­kąd wziął mnie na sto­pa gdzieś w Tek­sa­sie, na­ro­dzi­ło się mię­dzy na­mi groź­ne, cy­nicz­ne bra­ter­stwo. Zjed­li­śmy ca­ły po­jem­ni­czek am­fe­ta­mi­ny, któ­rą miał z so­bą, i co ja­kiś czas zjeż­dża­li­śmy z mię­dzy­sta­no­wej po ko­lej­ne pół li­tra ca­na­dian clu­ba i wo­rek lo­du. Je­go sa­mo­chód miał bia­łą skó­rza­ną ta­pi­cer­kę, a w drzwiach cy­lin­drycz­ne szkla­ne uchwy­ty na kub­ki. Fa­cet po­wie­dział, że da mi prze­no­co­wać u sie­bie w do­mu, ale naj­pierw mu­si się spo­tkać z jed­ną zna­jo­mą.

Sza­re chmu­ry Środ­ko­we­go Za­cho­du przy­po­mi­na­ły gi­gan­tycz­ne mó­zgi. Zje­cha­li­śmy z au­to­stra­dy jak­by nie­sie­ni prą­dem, lecz za­raz ugrzęź­li­śmy w kor­kach na wjeź­dzie do Kan­sas Ci­ty. Gdy tyl­ko zwol­ni­li­śmy, ca­ła ma­gia wspól­nej po­dró­ży pry­sła. Typ bez prze­rwy na­wi­jał o swo­jej dziew­czy­nie.

– Lu­bię ją, chy­ba na­wet ko­cham – ale mam dwój­kę dzie­ci i żo­nę, a to ozna­cza zo­bo­wią­za­nia. A przede wszyst­kim ko­cham swo­ją żo­nę. Otrzy­ma­łem dar mi­ło­ści. Ko­cham swo­je dzie­ci. Ko­cham wszyst­kich swo­ich krew­nych. – Kie­dy tak ga­dał, po­czu­łem się smut­ny i opusz­czo­ny. – Mam nie­wiel­ką łód­kę, pięć me­trów. I dwa sa­mo­cho­dy. A w ogród­ku miej­sce na ba­sen.

Swo­ją dziew­czy­nę za­stał w pra­cy. Pro­wa­dzi­ła sklep z me­bla­mi, i tam go zgu­bi­łem.

Chmu­ry utrzy­ma­ły się aż do no­cy. Po­tem zro­bi­ło się ciem­no i nie wi­dzia­łem, jak zbie­ra się na bu­rzę. Kie­row­ca volks­wa­ge­na, stu­dent, ten, któ­ry upa­lił mnie ha­szy­szem, wy­sa­dził mnie tuż za mia­stem do­kład­nie w chwi­li, kie­dy się roz­pa­da­ło. Mi­mo ca­łe­go spi­du, któ­re­go się na­bra­łem, by­łem zbyt otu­ma­nio­ny, że­by ustać na no­gach. Po­ło­ży­łem się w tra­wie przy zjeź­dzie i obu­dzi­łem w środ­ku ka­łu­ży, któ­ra utwo­rzy­ła się do­oko­ła.

A póź­niej, jak już mó­wi­łem, spa­łem na tyl­nym sie­dze­niu, a old­smo­bi­le – tej ro­dzi­ny z Mar­shal­l­town – za­su­wał w desz­czu i roz­chla­py­wał wo­dę. Śni­ło mi się, że pa­trzę na wy­lot przez po­wie­ki, a mój puls od­mie­rza se­kun­dy. W tam­tych cza­sach mię­dzy­sta­no­wa przez za­chod­nie Mis­so­uri by­ła w więk­szo­ści za­le­d­wie dwu­pa­smów­ką. Z prze­ciw­ka nad­je­cha­ła pół­cię­ża­rów­ka. Kie­dy mi­ja­ła nasz sa­mo­chód, ośle­pił nas roz­bryzg wo­dy, któ­re­mu to­wa­rzy­szył wście­kły ha­łas, jak pod­czas prze­jaz­du przez myj­nię au­to­ma­tycz­ną. Wy­cie­racz­ki sta­wa­ły dę­ba i kła­dły się w po­przek szy­by – bez więk­szych re­zul­ta­tów. By­łem wy­czer­pa­ny i po go­dzi­nie za­pa­dłem w jesz­cze głęb­szy sen.

Ca­ły czas wie­dzia­łem, co się wy­da­rzy. I nic nie mo­gły zmie­nić ży­wio­ło­we pro­te­sty, któ­ry­mi obu­dzi­li mnie męż­czy­zna i je­go żo­na:

– O nie!

– NIE!

Ci­snę­ło mną o tył przed­nie­go sie­dze­nia tak moc­no, że fo­tel aż pękł. Za­czę­ło rzu­cać mną po ka­bi­nie. Ciecz, w któ­rej od ra­zu roz­po­zna­łem ludz­ką krew, try­ska­ła wszę­dzie i obry­zga­ła mi twarz. Kie­dy wszyst­ko się skoń­czy­ło, z po­wro­tem zna­la­złem się na tyl­nym sie­dze­niu. Unio­słem się i ro­zej­rza­łem do­oko­ła. Przed­nie świa­tła nie dzia­ła­ły. Chłod­ni­ca wy­da­wa­ła z sie­bie jed­no­staj­ny syk. Oprócz te­go nie sły­sza­łem nic. Na ile mo­głem stwier­dzić, tyl­ko ja by­łem przy­tom­ny. Kie­dy wzrok przy­wykł mi do ciem­no­ści, zo­ba­czy­łem nie­mow­lę, któ­re le­ża­ło na ple­cach obok mnie, jak gdy­by nic się nie sta­ło. Mia­ło otwar­te oczy i ła­pa­ło się rącz­ka­mi za po­licz­ki.

Po mi­nu­cie kie­row­ca, któ­ry le­żał na kół­ku, wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał na nas. Miał po­kan­ce­ro­wa­ną twarz, ca­łą we krwi. Na sam wi­dok aż zę­by bo­la­ły – ale kie­dy się ode­zwał, nie brzmia­ło, jak­by je so­bie wy­bił.

– Co się sta­ło?

– Mie­li­śmy wy­pa­dek – od­parł.

– Dziec­ko ma się do­brze – stwier­dzi­łem, choć nie mia­łem po­ję­cia, jak się ma.

Ob­ró­cił się do żo­ny.

– Ja­ni­ce – po­wie­dział. – Ja­ni­ce, Ja­ni­ce!

– Wszyst­ko z nią w po­rząd­ku?

– Ona nie ży­je! – za­wo­łał, szar­piąc ją jak osza­la­ły.

– Ży­je – te­raz dla od­mia­ny ja by­łem go­tów wszyst­kie­mu za­prze­czyć.

Dziew­czyn­ka też ży­ła, ale by­ła ogłu­szo­na. Po­chli­py­wa­ła przez sen. Męż­czy­zna da­lej po­trzą­sał żo­ną.

– Ja­ni­ce! – wrzesz­czał.

Ko­bie­ta jęk­nę­ła.

– Ży­je – po­wtó­rzy­łem, gra­mo­ląc się z sa­mo­cho­du, i ucie­kłem.

– Nie chce się obu­dzić – do­bie­gły mnie je­go sło­wa.

Sta­łem na ze­wnątrz w środ­ku no­cy, a na rę­kach z ja­kie­goś po­wo­du trzy­ma­łem dziec­ko. Mu­sia­ło na­dal pa­dać, ale nic nie pa­mię­tam, je­śli cho­dzi o po­go­dę. Te­raz za­uwa­ży­łem, że zde­rzy­li­śmy się z dru­gim sa­mo­cho­dem na dwu­pa­smo­wym mo­ście. Wo­da pod na­mi gi­nę­ła w ciem­no­ściach.

Gdy pod­sze­dłem do dru­gie­go sa­mo­cho­du, usły­sza­łem zgrzy­tli­wy me­ta­licz­ny char­kot. Z otwar­tych drzwi pa­sa­że­ra wy­sta­wał ktoś jak­by za­wie­szo­ny za kost­ki na tra­pe­zie. Ude­rze­nie w bok tak bar­dzo zmiaż­dży­ło sa­mo­chód, że w środ­ku nie by­ło miej­sca na­wet dla nóg te­go ko­goś, a co do­pie­ro dla cia­ła kie­row­cy czy in­nych pa­sa­że­rów. Po­sze­dłem da­lej.

Z da­le­ka bły­snę­ły re­flek­to­ry. Ru­szy­łem w stro­nę wjaz­du na most i jed­ną rę­ką ma­cha­łem do zbli­żaj­ce­go się sa­mo­cho­du, a dru­gą przy­ci­ska­łem do sie­bie dziec­ko.

Du­ża pół­cię­ża­rów­ka zgrzy­ta­ła bie­ga­mi, re­du­ku­jąc pręd­kość. Kie­row­ca opu­ścił szy­bę, a ja krzyk­ną­łem:

– Był wy­pa­dek. Jedź po po­moc.

– Nie dam ra­dy tu za­wró­cić – od­po­wie­dział.

Wpu­ścił mnie z dziec­kiem do środ­ka i po pro­stu sie­dzie­li­śmy w ka­bi­nie i pa­trzy­li­śmy na oświe­tlo­ne re­flek­to­ra­mi wra­ki.

– Nikt nie prze­żył?

– Nie mam po­ję­cia, kto prze­żył, a kto nie – przy­zna­łem.

Na­lał so­bie ka­wy z ter­mo­su i wy­łą­czył wszyst­kie świa­tła oprócz po­sto­jo­wych.

– Któ­ra go­dzi­na?

– Hm, ja­kieś pięt­na­ście po trze­ciej – od­rzekł.

Są­dząc po je­go za­cho­wa­niu, naj­wy­raź­niej zga­dzał się co do te­go, że naj­le­piej bę­dzie nic nie ro­bić. Czu­łem ulgę i łzy w oczach. Wcze­śniej my­śla­łem, że mo­że wy­pa­da­ło­by ja­koś za­re­ago­wać, ale wo­la­łem nie wie­dzieć, w ja­ki spo­sób.

Kie­dy nad­je­chał ktoś z na­prze­ciw­ka, stwier­dzi­łem, że po­wi­nie­nem z nim po­ga­dać.

– Po­trzy­masz dziec­ko? – spy­ta­łem kie­row­cę cię­ża­rów­ki.

– Le­piej ty się nim zaj­mij – po­wie­dział. – To chło­pak, nie?

– Chy­ba tak – od­par­łem.

Kie­dy prze­cho­dzi­łem, męż­czy­zna zwi­sa­ją­cy z wra­ku sa­mo­cho­du wciąż żył. Przy­sta­ną­łem, po­oswa­ja­łem się tro­chę z je­go fa­tal­nym sta­nem, i upew­ni­łem, że nic nie mo­gę zro­bić. Char­czał gło­śno i pa­skud­nie. Krew pie­ni­ła mu się na ustach przy każ­dym od­de­chu. A tych nie­wie­le mu zo­sta­ło. Ja o tym wie­dzia­łem, a on nie. I po­ją­łem, jak bez­den­nie ża­ło­sne jest ludz­kie ży­cie na tym świe­cie. Nie cho­dzi mi o to, że wszy­scy umrze­my. Cho­dzi o to, że on nie mógł mi po­wie­dzieć, o czym śni, a ja nie mo­głem mu wy­ja­śnić, co się dzie­je na­praw­dę.

Nie­dłu­go po obu stro­nach mo­stu utwo­rzy­ły się dwie dłu­gie ko­lum­ny sa­mo­cho­dów, świa­tło re­flek­to­rów wo­kół dy­mią­cych szcząt­ków przy­wo­ły­wa­ło kli­mat noc­ne­go me­czu, a ka­ret­ki i ra­dio­wo­zy prze­ci­ska­ły się mię­dzy au­ta­mi, przez co po­wie­trze pul­so­wa­ło od ko­lo­rów. Z ni­kim nie roz­ma­wia­łem. Oto mój se­kret: w jed­nej chwi­li z prze­wod­ni­czą­ce­go tej tra­ge­dii sta­łem się ano­ni­mo­wym ob­ser­wa­to­rem wra­ków ską­pa­nych we krwi. Ja­kiś po­li­cjant do­wie­dział się, że by­łem jed­nym z pa­sa­że­rów i spi­sał mo­je ze­zna­nie. Pa­mię­tam tyl­ko, że po­le­cił mi: „Pro­szę zga­sić pa­pie­ro­sa”. Prze­rwa­li­śmy roz­mo­wę, że­by po­pa­trzeć, jak ła­du­ją umie­ra­ją­ce­go do ka­ret­ki. Jesz­cze żył i śnił swój nie­cen­zu­ral­ny sen. Krew pły­nę­ła z nie­go stru­ga­mi. Je­go no­ga­mi wstrzą­sa­ły drgaw­ki, a gło­wa ude­rza­ła o pod­ło­że.

Ze mną wszyst­ko by­ło w po­rząd­ku, no i nic przed­tem nie wi­dzia­łem, ale po­li­cjant i tak mu­siał mnie prze­słu­chać i za­brać do szpi­ta­la. Gdy wcho­dzi­li­śmy pod za­da­sze­nie nad wej­ściem na szpi­tal­ny od­dział ra­tun­ko­wy, z je­go krót­ko­fa­lów­ki do­bie­gła wia­do­mość, że tam­ten męż­czy­zna umarł.

Sta­łem na wy­ka­fel­ko­wa­nym ko­ry­ta­rzu, przy­ci­ska­jąc mo­kry śpi­wór do ścia­ny, i roz­ma­wia­łem z fa­ce­tem z miej­sco­we­go za­kła­du po­grze­bo­we­go.

Le­karz pod­szedł i po­ra­dził mi, że­bym zro­bił so­bie rent­gen.

– Nie.

– Te­raz jest naj­lep­szy mo­ment. Je­śli coś wyj­dzie póź­niej…

– Nic mi nie jest.

Ko­ry­ta­rzem na­de­szła żo­na zmar­łe­go. By­ła wspa­nia­ła, pło­mien­na. Nie wie­dzia­ła jesz­cze, że jej mąż nie ży­je. A my­śmy wie­dzie­li. Wła­śnie dla­te­go mia­ła nad na­mi ta­ką wła­dzę. Le­karz za­pro­wa­dził ją do ga­bi­ne­tu na koń­cu ko­ry­ta­rza. Spod za­mknię­tych drzwi pro­mie­nia­ła ta­fla bla­sku, jak gdy­by we­wnątrz – na dro­dze ja­kie­goś zdu­mie­wa­ją­ce­go pro­ce­su – pod­da­wa­no kre­ma­cji dia­men­ty. Co za płu­ca! Krzyk­nę­ła, jak mógł­by krzyk­nąć orzeł. Cu­dow­nie by­ło móc usły­szeć coś ta­kie­go! Od tej po­ry wciąż go­nię za tym uczu­ciem.

– Nic mi nie jest – dzi­wię się, że wy­mó­wi­łem te sło­wa. Ale za­wsze mia­łem skłon­ność do okła­my­wa­nia le­ka­rzy, jak gdy­by dba­nie o zdro­wie spro­wa­dza­ło się do te­go, że­by ich oszu­kać.

Kil­ka lat póź­niej, kie­dy przy­ję­to mnie na od­wyk w Se­at­tle Ge­ne­ral Ho­spi­tal, ob­ra­łem ten sam kurs.

– Czy sły­szy pan nie­zwy­kłe dźwię­ki lub gło­sy? – spy­tał le­karz.

– O Bo­że, po­mo­cy, co za ból! – krzy­cza­ła wa­ta w pu­deł­kach.

– Nie­spe­cjal­nie – od­par­łem.

– Nie­spe­cjal­nie – po­wtó­rzył. – Co ma pan przez to na my­śli?

– Nie je­stem na to wszyst­ko go­to­wy – od­po­wie­dzia­łem. Tuż przed twa­rzą za­trze­po­tał mi żół­ty ptak, a przez mię­śnie prze­biegł skurcz. Rzu­ca­łem się jak ry­ba. Jak tyl­ko za­ci­sną­łem po­wie­ki, z oczo­do­łów try­snę­ły mi łzy. Kie­dy otwo­rzy­łem oczy, le­ża­łem na brzu­chu.

– Ja­kim cu­dem ta sa­la zro­bi­ła się ta­ka bia­ła? – spy­ta­łem.

Mo­jej skó­ry do­ty­ka­ła ślicz­na pie­lę­gniar­ka.

– To wi­ta­mi­ny – oznaj­mi­ła i wbi­ła igłę.

Pa­da­ło. Po­chy­la­ły się ku nam gi­gan­tycz­ne pa­pro­cie. Las dry­fo­wał w dół wzgó­rza. Usły­sza­łem po­tok szem­rzą­cy wśród skał. A wy, śmiesz­ni lu­dzie, ocze­ku­je­cie, że wam po­mo­gę.

Dwóch męż­czyzn

Pierw­sze­go po­zna­łem w dro­dze po­wrot­nej z im­pre­zy w Do­mu We­te­ra­na. Od­pro­wa­dza­ło mnie dwóch przy­ja­ciół. Za­po­mnia­łem, że w ogó­le tam ze mną po­szli, no ale jed­nak. Po raz ko­lej­ny mia­łem ich obu dość. Na­sza trój­ka spik­nę­ła się na ja­kiejś błęd­nej za­sa­dzie, wsku­tek ja­kie­goś za­sad­ni­cze­go nie­po­ro­zu­mie­nia, któ­re jesz­cze się nie wy­ja­śni­ło, więc trzy­ma­li­śmy z so­bą, ga­da­li­śmy i włó­czy­li­śmy się po ba­rach. Ta­kie fał­szy­we ko­ali­cje zwy­kle roz­pa­da­ły się po dniu al­bo pół­to­ra, ale ta prze­trwa­ła po­nad rok. Ja­kiś czas póź­niej je­den z nich zo­stał ran­ny, kie­dy ro­bi­li­śmy włam do ap­te­ki, a my pod­rzu­ci­li­śmy go ca­łe­go we krwi pod drzwi szpi­ta­la. Tra­fił do aresz­tu i na­sza więź pry­sła. Wpraw­dzie po­tem wpła­ci­li­śmy za nie­go kau­cję, a póź­niej wy­co­fa­no wszyst­kie za­rzu­ty, ale sta­ło się – ob­na­ży­li­śmy przed nim na­sze tchórz­li­we ser­ca, a po czymś ta­kim nie mo­że już być mo­wy o przy­jaź­ni.

Tam­te­go wie­czo­ru w Do­mu We­te­ra­na przy­par­łem w tań­cu pew­ną ko­bie­tę do wiel­kie­go kli­ma­ty­za­to­ra, po­ca­ło­wa­łem ją, roz­pią­łem jej spodnie i wsu­ną­łem w nie dłoń. Wcze­śniej by­ła żo­ną mo­je­go przy­ja­cie­la, ale to się skoń­czy­ło ja­kiś rok te­mu. Za­wsze li­czy­łem, że coś mię­dzy na­mi bę­dzie, ale jej fa­cet, wred­ny, chu­dy, in­te­li­gent­ny typ, któ­ry bu­dził we mnie kom­plek­sy, wy­lazł zza te­go urzą­dze­nia, spoj­rzał na nas krzy­wo, po czym ka­zał jej iść do sa­mo­cho­du. Ba­łem się, że ko­leś tak te­go nie zo­sta­wi, ale znik­nął tuż za nią. Przez resz­tę im­pre­zy, przez każ­dą po­zo­sta­łą se­kun­dę, za­sta­na­wia­łem się, czy nie wró­ci z kum­pla­mi, a dla mnie skoń­czy się to czymś bo­le­snym i po­ni­ża­ją­cym. Mia­łem przy so­bie pi­sto­let, ale tak na­praw­dę ni­g­dy go nie uży­łem. Był tak ta­ni, że gdy­bym po­cią­gnął za cyn­giel, na pew­no wy­bu­chł­by mi w rę­kach, a to jesz­cze gor­sze upo­ko­rze­nie. Lu­dzie, w mo­im wy­obra­że­niu fa­ce­ci roz­ma­wia­ją­cy z ko­bie­ta­mi, ga­da­li­by po­tem: „Miał gna­ta, ale w ogó­le go nie wy­cią­gnął”. Pi­łem ile wle­zie, aż w koń­cu ka­pe­la co­un­try prze­sta­ła grać i zga­sły świa­tła.

Wsie­dli­śmy w trój­kę do mo­je­go ma­łe­go zie­lo­ne­go volks­wa­ge­na. Na tyl­nym sie­dze­niu zo­ba­czy­li­śmy męż­czy­znę, o któ­rym już mó­wi­łem, te­go pierw­sze­go. Spał głę­bo­ko.

– Kto to jest? – spy­ta­łem swo­ich dwóch przy­ja­ciół. Ale oni też ni­g­dy przed­tem go nie wi­dzie­li.

Do­bu­dzi­li­śmy go, usiadł pro­sto. Ka­wał chło­pa, nie był aż tak wy­so­ki, że­by wy­rżnąć gło­wą o su­fit, ale za to bar­dzo sze­ro­ki, miał twarz bez wy­ra­zu i wło­sy na je­ża. Nie chciał wy­siąść z sa­mo­cho­du.

Po­ka­zał na swo­je uszy i usta – mia­ło to zna­czyć, że nie sły­szy ani nie mó­wi.

– Co się ro­bi w ta­kiej sy­tu­acji? – spy­ta­łem.

– Ja wsia­dam. Suń się – po­wie­dział Tom do nie­zna­jo­me­go i usiadł obok nie­go z ty­łu.

Ri­chard i ja usie­dli­śmy z przo­du. Wszy­scy trzej ob­ró­ci­li­śmy się do na­sze­go no­we­go to­wa­rzy­sza.

Mach­nął rę­ką przed sie­bie i przy­ło­żył po­li­czek do złą­czo­nych dło­ni, zna­czy się: po­ra spać.

– Pew­nie chce, że­by go pod­wieźć do do­mu – do­my­śli­łem się.