Święta patronka kłamców - Ann Patchett - ebook + książka

Święta patronka kłamców ebook

Ann Patchett

0,0
54,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W TYM DOMU WSZYSTKIE KOBIETY KŁAMIĄ

Tam, gdzie kiedyś biło cudowne źródło, stoi teraz bardzo szczególny hotel, prowadzony przez zakonnice. Sekrety i kłamstwa wypowiada się tu po cichu, ze wzrokiem wbitym w podłogę, ale już chwilę później powtarza się je głośno, z wysoko podniesioną głową. Zatrzymują się tu tylko niezamężne kobiety w ciąży. Żadna z nich nie wychowa urodzonego w hotelu dziecka.

Ale pewnego dnia pojawia się Rose. Jest inna niż wszystkie pensjonariuszki. Jako jedyna ma kochającego męża, ale mimo to chce oddać dziecko i na zawsze uciec przed światem.

Jaką cenę będzie musiała zapłacić za prawo do decydowania o sobie? I czy prawda w końcu ją dogoni?

Niewydana dotąd w Polsce debiutancka powieść Ann Patchett – autorki „Domu Holendrów” – to poruszająca historia o macierzyństwie, pragnieniu wolności i kłamstwie, które czasem wydaje się jedynym słusznym wyjściem. Autorka mistrzowsko oddaje zawiłości relacji międzyludzkich i pokazuje, że nigdy nie wiemy wszystkiego, nawet o najbliższych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 494

Data ważności licencji: 3/21/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginałuThe Patron Saint of Liars

Copyright © 2001 by Ann Patchett

Copyright © for the translation by Aleksandra Kamińska

Projekt okładki Magda Kuc

Obraz na okładce © Sarah Jarrett

Redaktorka nabywająca Agata Pieniążek

Redaktorka prowadząca Dominika Ziemba

Korekta Anna Skóra

Opieka promocyjna Zofia Kotecka

Koordynatorka produkcji Helena Piecuch

ISBN 978-83-8427-265-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Tę książkę dedykuję moim rodzicom, Frankowi Patchettowi i Jeanne Wilkinson Ray, oraz mojej babci, Eve Wilkinson

Autorka składa podziękowania następującym osobom i organizacjom za ich wsparcie podczas pracy nad książką: Fine Arts Work Center w Provincetown, Michaelowi Glasscockowi, Millay Colony, Corporation of Yaddo, Jamesowi Michenerowi i Copernicus Society oraz Henfield Foundation. Dziękuję również Ann i Jerry’emu Wilsonom, Jill Birdsall i Adrianowi LeBlanc za ich pomoc przy tym projekcie, a także Elizabeth McCracken za niewyczerpaną cierpliwość i ciężką pracę.

HABIT

W czwartek o drugiej nad ranem pierwsze strużki wody przesiąkły przez grunt na pastwisku za domem George’a Clatterbucka w Habit w stanie Kentucky i nie było przy tym żywej duszy. Wiosny to nie obchodziło. Woda nie potrzebuje niczyjej pomocy, żeby przeniknąć przez glebę, kiedy jest na to gotowa. Pod ziemią cały czas płyną rzeki, setki rzek, i dlatego człowiek może śmiało twierdzić, że chodzi po wodzie. Teraz gorące źródło wyswobodziło się z podziemnego nurtu, by zamienić porośniętą trawą ziemię w błoto, i nie ustawało w wysiłkach, dopóki nie stało się czystym rozlewiskiem, a potem strumykiem, który wężowym ruchem sunął w kierunku rzeki Panther. Wodę zawsze ciągnie do wody.

Kiedy George Clatterbuck je zauważył, źródło tryskało już całkiem sporym strumieniem. To całkiem naturalne, że akurat on pierwszy je dostrzegł – w końcu pastwisko należało do niego. Był rok 1906. George próbował coś upolować na obiad dla swojej rodziny. Wywęszył źródło, jeszcze zanim je spostrzegł, siarczany odór przywodził na myśl zgniłe jaja. Stwierdził, że to na pewno zły znak: jakby ziemia była zatruta i wyrzucała z siebie żółć, żeby zaznać ulgi. Kiedy zanurzył dłoń w wodzie, okazała się ciepła. Wytarł wilgoć o spodnie. Wciąż myślał o źródle i zastanawiał się, jak powinien postąpić, kiedy po drugiej stronie pola zobaczył zająca. Był dorodny jak nigdy i George przykląkł, żeby wycelować. Zawsze strzelał z klęczek. Tak nauczył go ojciec, ponieważ bał się, że siła odrzutu zwali chłopca z nóg, i uznał, że mały George będzie bezpieczniejszy bliżej ziemi. A ponieważ George tak przywykł, nigdy już nie nauczył się robić tego inaczej, i teraz proszę: dorosły chłop, ojciec rodziny, a klęka jak do modlitwy, żeby zastrzelić zająca.

Oderwał zwierzęciu głowę jedną kulą i nie drasnął przy tym futra. Pomyślał, że wyprawi je i sprezentuje na urodziny córce, June. Mała, jak to dziewczynki, przepadała za wszystkim, co miękkie. Zanim George skończył mocować sobie zajęcze skoki do pasa, zdążył już całkiem zapomnieć o źródle.

Niedługo potem dla Clatterbucków zaczęły się złe czasy. Oba konie od pługa dostały kolki, a Betsy – klaczy, na której George jeździł do miasteczka – zrobił się liszaj gruby jak kciuk i żadna ilość gencjany nie mogła go zwalczyć. Nie minął nawet tydzień, a wszystkie krowy dostały zapalenia wymion i przestały dawać choćby kapkę mleka. George musiał wstawać w nocy co trzy godziny i karmić cielaki z butelki, a od ich zawodzenia jego żona odchodziła od zmysłów. „To brzmi jak krzyki umierającego dziecka”, stwierdziła i wzdrygnęła się. George nie odezwał się słowem, ale w duchu myślał, że przyjdzie mu zarżnąć cielęta, żeby ograniczyć straty. Nie stać go było na kupowanie im mleka.

Następnie, jakby mało miał zmartwień, konie uciekły z zagrody. George wziął ze sobą linę i ruszył na poszukiwania, wyklinając przy każdym kroku na deszcz, błocko i głupie zwierzęta. Znalazł je przy zapomnianym źródle, piły tak zachłannie, że mogłyby od tego paść. George zląkł się, że zwierzęta mu pomrą od śmierdzącej wody, a skąd weźmie pieniądze, żeby kupić nowe? Ale koniom nic się nie stało. Sierść Betsy wygładziła się tam, gdzie wcześniej znajdował się liszaj, a dwa pozostałe wyleczyły się z kolki. George był pewien, że sprawiło to źródło, nie wiedział tylko, czy za sprawą Pana Boga, czy diabła. Nie mówiąc o tym nikomu, przyprowadził do wody swoje chore krowy, i zanim wrócił z nimi do obory, wymiona miały tak pełne, jakby miały im pęknąć.

Wtedy zachorowała mała June. Leżała w pościeli i gasła. Lekarz z Owensboro stwierdził, że to nie ospa ani szkarlatyna, tylko jeszcze coś innego wypala ją żywcem od środka. Wymykała się im tak szybko, mieli poczucie, że umiera na ich oczach. Rodzice czuwali przy niej i nie mogli nic zrobić.

George wymyka się zatem w nocy ze słojem. W ciemnościach idzie do źródła, napełnia naczynie, wraca do domu. Wchodzi do pokoju córki, patrzy na jej bledziutką twarz. Modli się. Pierwszy łyk pije sam – gdyby to miało ją zabić, on także chce umrzeć. Woda smakuje ohydnie, jeszcze gorzej, niż cuchnie. Mężczyzna unosi główkę June z przepoconej poduszki i wlewa jej do gardła całą zawartość słoja. Tylko kilka kropel spływa dziewczynce z kącików ust. George zastanawia się przez chwilę, jak by to było karmić dziecko z własnego ciała, jak robiła to jego żona, ale ta myśl go zawstydza i otrząsa się z niej. Następnego ranka June nic nie dolega, jest zdrowa jak nowo narodzona.

Kiedy źródło wyleczyło jego zwierzęta, George zachował to dla siebie, nie miał ochoty wyjść na głupca, teraz jednak, gdy przywróciło zdrowie jego córce, poczuł, że powinien dać świadectwo. Chodził więc po Habit i opowiadał ludziom, co mu się przydarzyło. Z początku mało kto dawał mu wiarę, ale kiedy miejscowi sami zaczęli przychodzić po pomoc do źródła, okazało się, że miał rację.

Opowieści o leczniczej wodzie zataczały coraz szersze kręgi i chorzy zaczęli przyjeżdżać aż z Missisipi. Prawda wypaczyła się od nadmiernego rozciągania i niebawem pojawiali się wśród nich paralitycy, pełni nadziei, że znów zaczną chodzić, i ślepi liczący na odzyskanie wzroku. Źródło nie jest wszechmocne, mówili ludzie z miasteczka. Nie powinno się oczekiwać aż tyle.

A potem jakiś chłopiec umarł przy samym skraju wody – do tego stopnia był chory, kiedy krewni go tam przynieśli. Pochowali go przez to w Habit, dobre dwieście mil od rodziny.

Wśród pierwszych, którzy zwiedzieli się o źródle, był Lewis Nelson z Lexington. Jego żona Louisa cierpiała na reumatoidalne zapalenie stawów i straciła władzę w rękach, choć miała dopiero dwadzieścia dwa lata. Przyjechali zatem do Habit, żeby się przekonać, czy lecznicza woda poprawi jej stan. Nelsonowie byli majętni i po przyjeździe do miasteczka rozglądali się za hotelem, ale żadnego tu nie było. George poprzysiągł sobie, że nigdy nie zarobi na źródle ani centa, a ludzie z Habit mu w tym przyklasnęli. Przybyszom liczącym na uzdrowienie oferowano gościnę, często u samych Clatterbucków. Nelsonowie czuli się z tym jednak nieswojo – przywykli okazywać miłosierdzie innym, nie zaś z niego korzystać.

Tamtego lata June miała już za sobą siedemnaste urodziny. Wyrosła tak zdrowo, jak to się kiedyś zapowiadało. W miasteczku traktowano ją jak miejscową świętą – pierwszą uzdrowioną przez źródło – co dla niej samej oznaczało tyle, że chłopcy rzadko zdobywali się na śmiałość, by ją gdzieś zaprosić, a jeśli już im się to zdarzyło, zakładali, że nie wolno im jej pocałować, bo to na pewno byłby grzech. Dziewczyna odstąpiła swoją sypialnię Nelsonom i sypiała teraz na sofie na parterze.

Po drugiej wizycie u źródła Louisa odzyskała władzę w rękach i nauczyła June haftu krzyżykowego. Jej mąż nie posiadał się z radości. Lewis był gorliwym katolikiem, a do tego miał głowę do interesów. W powstaniu źródła dostrzegł palec Boży i uznał, że warto wybudować na pastwisku wielki hotel. Nikt nie miał pojęcia, jak udało mu się przekonać do tego George’a Clatterbucka, ale przypuszczalnie wyłożył mu, że duży obiekt noclegowy pozwoli uratować więcej chorych i jeśli George odmówi, postąpi nie po chrześcijańsku. Łatwo się domyślić, że Lewis prawdopodobnie widział, jak świetnie prosperują hotele w pobliżu gorących źródeł w Arkansas i Tennessee, i doskonale zdawał sobie sprawę, jak ogromne pieniądze można tu będzie zarobić. Niedługo potem na miejscu zjawili się architekci uzbrojeni w srebrne ołówki kreślarskie, a w ślad za nimi – budowlańcy i ogrodnicy. W 1920 roku Hotel Louisa był już gotowy na przyjęcie gości. Z początku chcieli go nazwać Hotelem June, ale June – przerażona, że to już na dobre odstraszy ostatnich chłopców gotowych zabierać ją na randki – oświadczyła, że pięknie dziękuje, ale nie ma mowy.

Kiedy róże na tapetach wciąż świeżo rozkwitały, a dywany nadal były tak puszyste, że zapadały się w nich stopy, żaden hotel na Południu nie mógł się równać z Hotelem Louisa. Goście przyjeżdżali aż z Atlanty, Chicago i Nowego Orleanu – część w nadziei na uleczenie, ale większość po to, by pograć w tenisa na trawiastych kortach i potańczyć w wykwintnej sali balowej. Lewis kazał przysłać z Lexington swoją kolekcję rycin przedstawiających konie, a Louisa wybrała aksamit­ne obicia siedzisk do hotelowego lobby. W dwóch eleganckich salach jadalnych używało się sztućców z prawdziwego srebra i popijało szampana szmuglowanego z Kanady. O siedemnastej goście zbierali się na werandzie, by raczyć się bourbonem z wodą sodową. Nikt z Habit nie pokazał się w hotelu od dnia otwarcia – luksusowy wystrój sprawiał, że miejscowi czuli się gorsi. Nawet Clatterbuckowie, którzy mieli być przecież wspólnikami w tym interesie, trzymali się drugiej strony lasu. Z hotelu nie dało się zobaczyć ich domu, nawet z pokojów na trzecim piętrze. Goście nie mieli pojęcia o ich istnieniu.

Krach na giełdzie w 1929 roku i wielka susza, która przyszła po nim, nastąpiły tak blisko siebie, że zlały się w jedno. Wszystko dobiegało kresu i źródło nie było wyjątkiem. Może zresztą istniał po temu powód; panował tak przemożny upał, że nawet podziemne wody nie uchroniły się przed działaniem suchego powietrza. W jednej chwili żywa dotąd struga skurczyła się do smużki błota, a potem nawet tego zabrakło. W każdym razie mieszkańcy Habit uznali zniknięcie źródła za znak, podobnie jak jego pojawienie się.

Dla samego źródła nie był to żaden problem. Odeszło tam, skąd przyszło, znów włączyło się do nurtu którejś z podziemnych rzek. Powróci na powierzchnię po latach, w jakimś innym miejscu. Możliwe, że całe mile od siedlisk ludzkich. Może już nikt się z niego nie napije.

Niedługo potem hotel zaczął świecić pustkami. Trudno powiedzieć, czy stało się tak dlatego, że zabrakło leczniczego źródła, czy ponieważ dotychczasowi goście zaliczali się do ludzi powierzających pieniądze bankom. June lubiła wieczorami przechadzać się po pastwisku i spoglądać na otwór w ziemi, z którego przyszło do niej ocalenie. Widziała mężczyzn w garniturach i kobiety w jedwabnych sukniach, jak sami zanoszą swoje bagaże do wynajętych aut i odjeżdżają na północ, żeby dotrzeć na stację i wsiąść w pociąg.

Nelsonowie długo walczyli o odzyskanie źródła. Zatrudniali ludzi, którzy rzekomo potrafili wywabić wodę z ziemi, ale było już na to za późno. Nelsonowie mieszkali w hotelu samotnie aż do połowy lat trzydziestych i rzadko wyściubiali nosy na zewnątrz. Widać było, jak chodzą z pokoju do pokoju – światła w kolejnych oknach zapalały się i gasły. Miejscowi twierdzili, że można regulować zegarki według tych ich wędrówek. A potem któregoś dnia Nelsonowie spakowali walizki i wyjechali, z nikim się nie pożegnawszy.

Niedługo potem rozeszła się plotka, że darowali Hotel Louisa Kościołowi katolickiemu, na którą to wieść wszystkim ścierpła skóra. Mieć za płotem bogaczy to jedno, ale po katolikach można się było spodziewać, że zaraz postawią na podwórku trzymetrową figurę Maryi. Clatter­buckowie nie musieli ich tam wpuszczać, bo grunt wciąż należał do nich, ale nikt im tego nie powiedział. Kiedy do ich drzwi zastukali prawnicy, potrafili tylko spuścić wzrok i pokręcić głowami. Kilka tygodni później na miejsce zajechały dwa autokary i wysiadła z nich gromadka staruszek w białych habitach. Wprowadzono je lub wniesiono po schodach do hotelu. Kościół zmienił nazwę budynku na Dom Świętej Elżbiety i przekształcił go w ośrodek spokojnej starości dla zakonnic.

One same były zrozpaczone. Całe dotychczasowe życie spędziły w ubóstwie, zgodnie z nauką swojego Kościoła. Pomysł, że miałyby resztę swoich dni przemieszkać w opuszczonym luksusowym hotelu, napawał je niepokojem. Nie minęło wiele czasu i kobiecinki zaczęły dreptać w szlafrokach na farmę Clatterbucków w poszukiwaniu prostszego życia. Clatterbuckowie, z dziada pradziada pobożni baptyści, ulitowali się nad starymi katoliczkami i przezwyciężyli swoje uprzedzenia. Częstowali je tłuczonymi ziemniakami z sorgo, a one błogosławiły ich dobroć. Dzięki temu rodzina znów poczuła się potrzebna – bezradność zakonnic przypominała im czasy, kiedy chorzy garnęli się do źródła w poszukiwaniu pomocy. Pomyśleli, że oto Bóg znowu zesłał im to, co dla nich najlepsze.

Kościół jednak zapatrywał się na to inaczej i po dwóch latach autokary wróciły, by wywieźć staruszki do Ohio. W dniu ich odjazdu pani Clatterbuckowa płakała, a June zaciskała palce na medaliku ze Świętą Katarzyną Sieneńską, podarku od siostry Estelle. Nosiła go potem aż do śmierci.

Hotel Louisa niszczał, rzeźbione balustrady na werandzie łuszczyły się, okiennice obwisły na zawiasach. W każdym innym zakątku świata zaraz pod osłoną nocy ktoś wytłukłby szyby i rozkradłby meble. Ale nie w Habit. Mieszkańcy nadal unikali tego miejsca, tak jak robili to w czasach, kiedy nie mieli wystarczająco eleganckich strojów, by wstąpić na filiżankę kawy do hotelowej restauracji.

Clatterbuckowie czekali i przyglądali się temu wszystkiemu. Aż wreszcie któregoś dnia na hotelowy podjazd wjechało kombi i wysiadły z niego dwie zakonnice, odziane w coś na kształt białych prześcieradeł, a za nimi pięć młodych kobiet z ciążowymi brzuchami. June i jej matka szły akurat na swoją codzienną przechadzkę.

Zakonnice dreptały w tę i z powrotem przez wyschnięte koryto strumyka, niczego nieświadome. Nie miały pojęcia, jak powstał ten hotel ani że ich stopy właśnie dotykają czegoś być może najbliższego cudu ze wszystkich rzeczy, jakich kiedykolwiek przyjdzie im doświadczyć. Były zajęte rozładunkiem bagaży.

– Ciężarne dziewczęta – stwierdziła pani Clatterbuckowa. – Zrobili tu dom dla ciężarnych dziewcząt.

ROSE

1

Jechałam na wschód przez Kalifornię, w kierunku Kentucky, i gdzieś za Ludlow zdałam sobie sprawę, że już do końca życia będę osobą, która skłamała. Samotna podróż przez pustynię, z opuszczonymi szybami i przy dźwiękach głośno grającego radia, sprzyjała tego typu rozmyślaniom. Przyszło mi do głowy, że przecież czasem tak się zdarza, że ktoś ma do czegoś talent, prawdziwy talent, ale nigdy go w sobie nie odkrywa. Gdzieś w świecie, na przykład w Afryce, w którymś z państw, gdzie ludzie przymierają głodem, na pewno żył jakiś malarz, który nigdy na oczy nie widział sztalug. Może wyrysował parę obrazków patykiem na piachu i czuł, że to właśnie powinien w życiu robić, choć nie miał nawet pojęcia, co to za czynność. Możliwe więc, że ja urodziłam się po to, by kłamać – tylko potrzebowałam dwudziestu trzech lat, żeby znaleźć odpowiedni powód. Zaczęło się od zatajenia prawdy, co niektórym może się wydawać łatwiejsze, ale moim zdaniem jest bardziej skomplikowane. Zostawiłam mężowi jedynie liścik.

Drogi Thomasie,

jestem nieszczęśliwa i nic tego nie zmieni. Nie próbuj mnie szukać. Nie wrócę do domu. Przepraszam, że zabrałam samochód.

Rose

Przepisywałam go z dwadzieścia razy, ale i tak kiepsko mi wyszło. Pisanie nie jest moją mocną stroną. Brzmiał sztywno i formalnie, a przecież byliśmy małżeństwem od prawie trzech lat i jak by na to nie patrzeć, Thomas to dobry człowiek. Uznałam jednak, że nawet drobna nuta serdeczności sprawiłaby, że będzie mnie szukał, a ponieważ nigdy mnie nie znajdzie, co to by było za życie? Tułałby się po pustyni, pokazywał moje zdjęcie na stacjach benzynowych i rozklejał na słupach telefonicznych plakaty z moim wzrostem i wagą oraz miejscem ostatniego pobytu. Najtrudniejszy okazał się podpis, bo „Twoja Rose” się nie nadawało, a wszelkie inne formułki („z pozdrowieniami”, „z wyrazami szacunku” i tak dalej) uznałam za gorsze niż nic. Więc skończyło się na samym imieniu.

Ale tak jak wspomniałam, zaczęło się od przemilczenia, co oznacza, że treść listu, owszem, była prawdziwa, kryła się jednak za nią większa, pominięta prawda, którą wywiozłam ze sobą z Marina del Rey. Byłam w ciąży. Zalążek dziecka – Thomasa i mojego – spał teraz między moimi biodrami. Życie wielkości ćwierćdolarówki, zawieszone pod kierownicą niebieskiego Dodge’a Darta. Choć może dałoby się prześledzić kłamstwa jeszcze dalej wstecz, do innej ciemnej sprawki, a mianowicie do samooszukiwania się. Okłamywałam się przez dobre trzy miesiące, wmawiając sobie, że mój okres zwyczajnie gdzieś się zapo­dział, ale niedługo się znajdzie, że moje ciało o nim zapomniało, ale sobie przypomni. Okłamywałam się też, że chcę wyjść za mąż. Ale to już sobie wybaczyłam.

Przebaczenie było kluczem do wszystkiego. Ponieważ nie mogłam o nie prosić, nie mogłam go też otrzymać. Jaki sens miałoby spowiadanie się z grzechu, za który ponosiło się winę, ale z powodu którego nie odczuwało się żalu? Wybacz mi, ojcze, bo zgrzeszyłam, okłamałam męża, porzuciłam go, nie mówiąc mu, że będzie miał dziecko, i gdybym mogła cofnąć czas, postąpiłabym dokładnie tak samo? Wybacz mi, bo zamierzam trwać w kłamstwie po kres swoich dni. Wybacz mi, choć niczego nie żałuję.

Jako dziewiętnastolatka trzykrotnie byłam w Tijuanie, piłam mezcal z chłopcami z ogólniaka, grałam z nimi na pieniądze w rzutki i pozwalałam im się pocałować, ale nic więcej. Czekałam na tego jedynego, który będzie tylko mój. Tak właśnie myślałam w wieku dziewiętnastu lat. Był nawet jeden taki, co mnie szukał, jakbym się zgubiła. Tuzin razy zapuszczałam się aż do Los Angeles i jeszcze dalej, wybrzeżem do Malibu, Zumy i Ventury – miejsc o nazwach tak pięknych, że zdawały się przez to odległe – i za każdym razem wpatrywałam się w fale, pozwalając, by chłopak, który mnie tam zawiózł, objął mnie ramieniem i chwytał wargami końcówki moich włosów, jakby przypadkiem zagnał je tam wiatr, ale nie dbałam o niego. Nie dbałam o żadnego z nich. Wchodziłam do wody aż do późnego listopada, nawet kiedy fale były już tak wysokie i lodowate, że wydawały się przecinać człowieka na pół. Wypływałam w morze mocnymi ruchami ramion, podczas gdy tamten chłopak uciekał z powrotem na plażę i dygotał na słońcu w poszukiwaniu koszuli. Podejmował kolejne próby, wchodził do kostek, potem do kolan, ale woda wypychała go z powrotem tak samo skutecznie, jak mnie unosiła w dal. Przy zwyczajnej pogodzie, jeśli nie ma sztormu, ocean jest dosyć gładki, jeżeli tylko przebrnie się przez fale w pobliżu brzegu. Właśnie dlatego ludzie boją się w nim pływać: próbują przeskakiwać te pierwsze fale, a one ściągają ich na dno i wloką po piasku jak kawałki muszli. Zamiast tego trzeba się przez nie przebić – zanurkować pod spodem dokładnie w chwili, kiedy się podnoszą, ustalić kierunek, zamknąć oczy i płynąć co sił w nogach. Wystarczy to przetrwać, a potem już łatwo się przekonać, że nie ma lepszego miejsca do pływania, ponieważ ocean ciągnie się w nieskończoność. Nie trzeba mieć z nikim do czynienia, jeżeli ma się ochotę na samotność. Jeśli spojrzeć w dal zamiast w stronę plaży, łatwo sobie wyobrazić, że na całym świecie nie ma nikogo oprócz ciebie. Tylko ty i może jeszcze kilka mew.

Nigdy się nie odwróciłam, żeby pomachać do chłopaka na brzegu. Czułam chłód wody, ale nie jego wzrok na sobie. Wiedziałam, jak wyglądałyby moje ramiona i jak ciężko przełknąłby ślinę, gdybym znów zanurkowała i zbyt długo została pod wodą. Pływałam, dopóki się nie zmęczyłam, a nie męczyłam się szybko. Kiedy wychodziłam z powrotem na brzeg Pacyfiku, mogłam być pewna, że on na długo to zapamięta, i ja także – mam na myśli pływanie, nie tego chłopaka.

W kościele modliłam się do Boga. Najpierw każdego ranka w drodze do szkoły, potem każdego ranka w drodze do pracy – choć wtedy nie miałam już tak blisko – wstępowałam do świątyni, żeby klęknąć przed wotywnym świecznikiem. Ogniki tańczyły w szklanych naczyniach, kiedy opierałam się łokciami o klęcznik. Modliłam się za duszę ojca, a jego młoda, przystojna twarz ze ślubnego zdjęcia rodziców – upierałam się, że go pamiętam, ale to nie była prawda – czuwała nade mną z góry. Modliłam się za zdanie egzaminów, do których się nie uczyłam, i o pierścionek z rubinowym oczkiem z witryny sklepu jubilerskiego Cantrella. Modliłam się o buty na obcasie, za koleżanki, o pozwolenie na robienie tego, na co miałam ochotę. Modliłam się, żeby być zauważona, piękna i kochana, ale przede wszystkim o znak, do którego miałam święte prawo. Z każdą zapaloną świeczką, każdą długą zapałką opłacaną dziesięciocentówką i pocieraną o dno skarbonki, przerywając kościelny mrok rozbłyskiem siarki i płomyka, przypominałam Bogu, że ciągle tu jestem i czekam. Wiedziałam, że znak może przyjść w każdej chwili, ale równie dobrze ta chwila może się okazać bardzo odległa w czasie, dlatego uznałam, że jeśli będę regularnie manifestować Bogu swoją obecność, może przypomni sobie o mnie raczej prędzej niż później. Nie prosiłam o więcej, niż mi się należało, tylko o jeden znak. Bóg był mi go winien, ponieważ w niego wierzyłam i byłam gotowa go słuchać.

Czasem modliłam się o powołanie zakonne i wtedy porzuciłabym wszystkich w sposób, który uczyniłby mnie kimś niezwykłym, mocą mojej woli uświęconej przez Boga. Ojciec O’Donnell twierdził, że Bóg wyznacza nam powołanie, a jego głos, jak psi gwizdek, słyszalny jest tylko dla wybranej osoby. Jeżeli zachowamy otwarte serce i wytężymy słuch, będziemy wiedzieć, co należy zrobić. Zakonnica czy żona? Możliwe ścieżki rysowały się przede mną jak ogromne wrota, a ja nasłuchiwałam Bożych wskazówek. Ale Bóg milczał w San Diego w połowie lat sześćdziesiątych. Jeśli nawet miał swoje zdanie co do tego, jak powinnam postąpić, zachował je dla siebie albo może wygłosił, kiedy akurat brałam prysznic i coś sobie nuciłam, przez co przegapiłam życiową szansę. Byłam jak kobieta zagubiona na pustyni, która tak długo wypatruje wody, aż zaczyna jej się wydawać, że ugasi pragnienie odbiciem światła na piasku. Ostatecznie uznałam, że mój znak przyjął postać Thomasa Clintona – czy ojciec O’Donnell nie wspominał, że Bóg może do nas przyjść pod każdą postacią i dlatego nie powinniśmy nikogo od razu skreślać? Miałam wtedy dziewiętnaście lat i pracowałam jako sekretarka w fabryce słodyczy Simmsa przy Pacific Avenue. Jadłam na plaży przyniesiony z domu lunch, a Thomas, który uczył się wtedy w college’u i chodził do tego samego kościoła co my, spytał, czy mógłby mnie zaprosić na kolację w którąś sobotę.

– W którą sobotę?

Moja matka się ucieszyła, bo Thomas nie pakował czekoladek ani nie rozwoził ich ciężarówką. Ja z kolei zgodziłam się na spotkanie, ponie­waż uznałam, że sporo go kosztowało, żeby mnie zagadnąć. Zastanawiałam się, ile razy musiał mi się przyglądać, kiedy go mijałam, ile razy był gotów, żeby się odezwać albo złapać mnie za rękaw, ale ja już zdążyłam go minąć i musiał zaczekać do kolejnej niedzieli. Pomyślicie może, że to zarozumiałe z mojej strony, że może tamtego dnia zobaczył mnie po raz pierwszy i dopiero co przyszło mu do głowy, żeby się ze mną umówić. Ale każda dziewczyna, jeśli jest ze sobą szczera, wie lepiej. Dlatego powiedziałam wtedy „tak” Thomasowi Clintonowi, a potem uznałam, że było to „tak” powiedziane Bogu; dopiero później zdałam sobie sprawę, że powiedziałam „tak” wyłącznie do Thomasa Clintona.

Moja matka i ja miałyśmy osobne życia, osobne plany dnia. Niekiedy wydawało się, że wspólnie spędzałyśmy jedynie czas w łazience, kiedy jedna z nas szykowała się do pracy lub na wieczorne wyjście.

– To będzie udana randka – powiedziała matka. Mówiła tak za każdym razem, niezależnie od tego, z kim się umówiłam. – Mam dobre przeczucie.

Siedziała na krawędzi wanny, wciąż w tej samej sukience, którą nosiła do pracy. Sprzedawała kosmetyki w domu towarowym I. Mag­nin. Wcześniej pracowała w dziale z bielizną. Przenosiny na stoisko z kosmetykami oznaczały duży awans, bo tam zarabiało się prowizję, a matka doskonale zdawała sobie sprawę, że żadna kobieta nie uważa się za piękną czy raczej za dostatecznie piękną, piękną w odpowiedni sposób. „Patrzą w lustro i widzą same mankamenty”, mawiała. „A ja umiem je naprawić”. Sprzedawała produkty delikatnie, kojąco. Kiedy klientki martwiły się, że mają za małe oczy, nie zaprzeczała, tylko wyciągała spod lady niebieską kredkę do makijażu i pokazywała im, jak jej użyć. „Nie ma sensu przejmować się tym, co dała natura”, twierdziła. „Ważne, co się z tym robi”.

Pracowałam nad swoją twarzą przy użyciu sporej kolekcji próbek, które matka przynosiła do domu, zużytych testerów z pozostałą na dnie resztką kosmetyku, akurat dla nas dwóch. Matka przetarła papierową chusteczką sztyft szminki i podała mi ją.

– Jest za jasna – stwierdziłam.

– Nie jest za jasna.

Matka przyglądała mi się, kiedy się szykowałam, tak samo jak ja zwykłam ją przy tym obserwować jako mała dziewczynka. Ojciec zmarł, kiedy miałam trzy lata, i gdy minęło odpowiednio dużo czasu, matka zaczęła umawiać się na randki. Wybierałam dla niej kolczyki i wąchałam perfumy Rive Gauche, które dla mnie pachniały jak ona. Kobiety z kościoła powtarzały, że powinna ponownie wyjść za mąż, żeby zapewnić mi ojca. „Rose ma już ojca”, ucinała. „Nie potrzebuje drugiego”. Matka traktowała małżeństwo śmiertelnie poważnie. To był dla niej sakrament, tak samo jak komunia. Dużo czasu zajęło jej dojście do wniosku, że ślubne więzy z kimś martwym nie są równie wiążące, jak te z żywą osobą. Kiedy byłam w klasie maturalnej, zdecydowała się na relację z Joem, specem od odszkodowań w firmie ubezpieczeniowej. Nie umawiali się już na randki, tylko najpierw ona spędzała parę wieczorów u niego w domu, a przez kolejne kilka on przychodził do nas. Robili wspólnie kolację i oglądali telewizję, po czym każde wracało do siebie – późnym wieczorem, ale jednak.

– Nakładasz róż za wysoko.

Spojrzałam w lustro raz jeszcze i zaczęłam wycierać policzki. Dawno już przestałam spierać się z matką, przynajmniej w kwestii makijażu. Na nim akurat się znała, musiałam jej to przyznać.

Obserwowała mnie w specyficzny sposób, kiedy przyglądałam się sobie w lustrze. Myślała, że tego nie widzę. Wpatrywała się intensywnie i wiedziałam, że chce mnie zobaczyć oczami obcej osoby, otaksować równie surowo jak inni ludzie. Tak jakby dzięki temu mogła mnie jakoś przygotować na to, co mnie czeka.

– Ładne dziewczyny mają trudniej – oświadczyła, kiedy szczotkowałam włosy.

– Słucham?

– Ludziom się zdaje, że jest odwrotnie, że to brzydulom należy współczuć, albo szarym myszkom. Ale one nie mają tylu… – Urwała na chwilę i zmarszczyła brwi, szukając odpowiedniego słowa – …dodatkowych bodźców. Wokół ładnych dziewczyn zawsze kręci się ktoś, kto będzie im mówił, co powinny robić i myśleć. Na stoisku to właśnie tym ładnym można sprzedać najwięcej. Nigdy nie wiedzą, czego naprawdę chcą.

– Nie mam pojęcia, do czego zmierzasz.

Matka uwielbiała tak filozofować, ale ja nie byłam w nastroju. Czułam, że zaraz się spóźnię. Przycisnęłam wargi do wierzchu dłoni i zmyłam szminkę z rąk.

– Ty jesteś ładną dziewczyną – upierała się matka. – Ja też byłam ładną dziewczyną. Wiem, co mówię.

Rzeczywiście była ładną dziewczyną. Widziałam jej zdjęcia z młodości, z falującą grzywą ciemnych włosów, lekko przechyloną głową i rozchylonymi w uśmiechu ustami, ukazującymi rzędy drobnych, równych zębów. Pamiętałam jej fotografię z bierzmowania, zrobioną na kościelnych schodach, i z wycieczki statkiem Queen Mary, na której stała na dziobie w ciemnych okularach i machała do aparatu dłonią w rękawiczce. Ale z wiekiem zrobiła się z niej piękność. Nie potrafiłam dokładnie uchwycić tego momentu. Jej twarz na zdjęciach zmieniła się, straciła słodycz z młodości, ale zyskała coś więcej. Najlepiej widać to na fotografii z pogrzebu ojca. Nie mam pojęcia, kto miał tupet robić wtedy zdjęcia ani jak mogły potem trafić w ręce mojej matki, ale jest na nich w czarnej sukience i idzie w stronę obiektywu, choć odwraca od niego wzrok. W tle widać cmentarz, drzewa tworzą łuk za jej plecami, nagrobki przypominają krzewy bzu. Wygląda piękniej niż panna młoda. Odkryłam to zdjęcie, gdy jako dziesięciolatka usiłowałam znaleźć wszystkie możliwe wizerunki ojca. Kiedy pokazałam je matce, zacisnęła powieki i odwróciła twarz. „Możesz je zatrzymać, jeśli chcesz, ale ja nie życzę sobie go nigdy więcej oglądać, rozumiesz?” Przez resztę dnia była milcząca. Dopiero później dotarło do mnie, że nie chciała wspominać dnia, w którym pochowała męża, ale wtedy wydawało mi się, że wstydzi się swojej urody, piękna, które wydawało się jakoś kłócić z otaczającą ją żałobą. Wsunęłam fotografię do swojej Biblii, między ewangelie według Łukasza i Jana. Zabrałam tę Biblię ze sobą, kiedy wyprowadzałam się z domu. To jedyne zdjęcie matki, które mam do dzisiaj.

Zostawiłam ją samą w łazience i weszłam do garderoby, zapaliłam światło i zamknęłam za sobą drzwi. W środku znajdowało się duże lustro i chciałam przyjrzeć się sobie przez chwilę bez czujnego wzroku matki. Ciekawe, co by mi powiedziała, gdybym była jedną z jej klientek? Czy przesunęłaby palcami po mojej twarzy, tak jak robiła to innym kobietom, i wyjaśniła, w jaki sposób mogłabym poprawić kontur policzków albo kształt nosa? I czy myślałabym tak samo jak jej klientki: że nie ma znaczenia, co uda się w ten sposób uzyskać, bo i tak nigdy nie będę równie piękna jak ona?

– Pójdę w twojej niebieskiej sukience! – zawołałam przez drzwi.

– Pewnie – odpowiedziała matka. – Będzie ci pasować.

Wciągnęłam sukienkę przez głowę i przez chwilę się zastanawiałam, czy jednak nie zostać w domu, nie zamknąć się od środka i odmówić wyjścia, tylko dlatego że przez chwilę zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć, jak wygląda Thomas Clinton. Ale potem sobie przypomniałam.

Tamta majowa noc w południowej Kalifornii, kiedy miałam dziewiętnaście lat, była jak wszystkie inne majowe noce, które dotąd znałam, ale kiedy wspominam ją teraz, po latach, daleko od oceanu, wydaje mi się czymś w rodzaju snu. Tam zawsze i wszędzie słyszało się szum morza, jak dźwięk własnego oddechu, tak samo jak później hałas autostrady, stukot pociągu czy kobiece głosy. Przenikał wszystko, tak że przestawało się go rejestrować. Uważało się go za coś oczywistego. Dźwięk wody. Światło odbijające się od fal, dniem i nocą. Wpatrywanie się w horyzont tak długo, że przestawało się dostrzegać, gdzie kończy się ocean, a zaczyna niebo. Piasek zawiewany na szosę, usypujący małe wydmy przy krawężnikach. Zapach wody. Sztywne trawy wyrastające z niczego. Miękka rozgrzana smoła i ptaki, które jak się zdawało, już zawsze i wszędzie będą mi towarzyszyć. Opisuję to wszystko z pamięci i niektóre rzeczy mi umykają. Ale to pamiętam: włożyłam niebieską sukienkę mojej matki we wzór liści ostrokrzewu, bo wiedziałam, że kiedy złapie ją podmuch wiatru, przyklei mi się do nóg, a z tyłu nadmie niczym żagiel. Wiedziałam, że będziemy tego wieczoru spacerować wzdłuż plaży, a on będzie musiał mnie zapamiętać w tej sukience. Włożyłam ją, bo on uczył się w college’u i podobało mi się, jak odwraca wzrok od mojej twarzy, kiedy do mnie mówi. Wiedziałam, że ta sukienka złamie mu serce.

Thomas Clinton był mniej więcej mojego wzrostu, ale była w nim jakaś lekkość, drobnokościstość, wąskość ramion, przez co wyglądał niepozornie. Patrząc na niego, odnosiłam wrażenie, że urodził się za późno, że lepiej by na tym wyszedł, gdyby był swoim ojcem albo moim. Wyobrażałam go sobie w filcowym kapeluszu z szerokim rondem, ze złożoną gazetą pod pachą. Wiedziałam, że każdemu z ochotą ustąpiłby miejsca w autobusie.

Przyjechał po mnie niebieskim Dodge’em Dartem z obszernymi siedzeniami. Nie miałyśmy z matką auta i przejażdżka zawsze stanowiła atrakcję. Opuściłam szybę po stronie pasażera i wystawiłam twarz na pęd wieczornego powietrza, kiedy w milczeniu jechaliśmy do restauracji. Ulice budowano tu szerokie, z domkami po obu stronach, z których wszystkie były identyczne poza jakimś jednym szczegółem: żywopłotem od frontu, wykuszowym oknem, garażem. Pomalowano je na pastelowe kolory: blady pomarańcz lub róż, kremową żółć. Trawniki i chodniki układały się w równe linie. Można było polegać na tym, że wszystko będzie jak pod sznurek. Patrzyłam na jeden z domów, a potem na minutę zamykałam oczy. Kiedy otwierałam je z powrotem, mój wzrok padał na identyczny dom ulicę dalej. Lubiłam grać w tę grę, jadąc samochodem, zwłaszcza w towarzystwie mężczyzny, który nie miał nic do powiedzenia.

Thomasowi Clintonowi słowa przychodziły z trudem. Zanim dostaliśmy zamówione dania, zdołał wykrztusić, że kształci się na nauczyciela matematyki. Przypuszczam, że łatwiej poszłoby mu z opisaniem swoich uczuć, gdyby mógł je rozpisać na równania na serwetkach. Ile procent jego serca należało już do mnie, a ile do rodziny i pracy. Był biegły w liczbach, potrafił je dobrze objaśniać, ale we włoskiej knajpce, kiedy popychał widelcem eskalopki na talerzu, czuł się jak ryba wyjęta z wody. W restauracji nie panował nastrój, który sprawiałby, że milczenie staje się sugestywne. W sali jadalnej było jasno i czysto, a kelnerki miały na sobie uniformy, w których trochę przypominały pielęgniarki. Nasza zagadywała nas zbyt często, bo wszyscy inni goście zapłacili już i wyszli.

– Nie smakuje panu? – spytała Thomasa, wskazując na jego talerz. – Gdyby coś było nie tak, powiedziałby mi pan, prawda?

Miała około pięćdziesiątki, a jej mocno utlenione włosy przypominały watę cukrową.

– Wszystko w porządku – odparł i odkroił kawałek mięsa. – Smaczne.

– No mam nadzieję. Pana dziewczynie smakowało. Proszę spojrzeć, już prawie skończyła. – Pochyliła się w moją stronę, jakby chciała mi wyznać jakiś sekret. – Mamy dobry sernik – powiedziała. – Pani taka chuda, może sobie pozwolić na kawałek sernika. Jeśli zostało pani miejsce, warto się skusić.

Swoboda, z jaką to mówiła, sprawiała, że panująca przy naszym stoliku cisza robiła się jeszcze bardziej nie do zniesienia.

– Poproszę tylko kawę – zdecydowałam.

– I właśnie dlatego może sobie pani pozwolić na sernik – stwierdziła z westchnieniem kelnerka. – Bo go pani nie je. Tak to właśnie działa.

Kiedy tylko odeszła, chciałam ją wezwać z powrotem. Nie byłam nowicjuszką, jeśli chodzi o pierwsze randki i typowe dla nich męczarnie, ale do tej pory miałam do czynienia z mężczyznami, którzy mówili raczej za dużo niż za mało, za wszelką cenę usiłując zrobić na mnie wrażenie.

– Wiem, że pracujesz u Simmsa – powiedział w końcu Thomas, ze wzrokiem wbitym w obrus.

Kelnerka zabrała już nasze talerze, ale uparła się, że zapakuje Thomasowi na wynos porcję, której nie zjadł, mimo że prosił, żeby tego nie robiła.

– Może teraz nie ma pan ochoty – stwierdziła, kładąc między nami na stole białą siatkę z jedzeniem – ale jutro w porze lunchu na pewno zmieni pan zdanie.

– Tak, pracuję u Simmsa – odparłam. – Zlecam wysyłki.

– Wiem, bo kiedyś widziałem, jak wchodzisz rano do budynku. Przejeżdżałem akurat ulicą. – Umilkł, a ja czekałam, pewna, że musi nastąpić jakiś ciąg dalszy.

– I znasz mnie z kościoła?

Skinął głową.

– Widziałem cię w kościele. Przychodzisz razem z kimś.

– Z matką.

– Z matką – powtórzył. – Tak właśnie myślałem, że to pewnie twoja matka.

Wyjrzałam przez okno, bo obawiałam się, że go zakłopotam, jeśli zbyt długo zatrzymam na nim spojrzenie. Było mi go szczerze żal, nie czułam złości ani nudy, jak z tyloma mężczyznami wcześniej. Żałowałam, że nie mam pomysłu, co powiedzieć, ale było za późno, jakimś sposobem klamka zapadła i wymiana słów już zawsze miała sprawiać nam trudność.

– Chyba miałabym ochotę się przejść – powiedziałam do okna.

Zapłacił zatem rachunek, podczas gdy ja czekałam na niego przy wyjściu, a kelnerka życzyła nam dobrej nocy, po czym wybiegła za nami na ulicę, żeby wręczyć Thomasowi pozostawione na stole zapakowane eskalopki.

– Ładna z was para – oświadczyła. – Miłego wieczoru.

Miałam rację co do wiatru, ale wtedy już żałowałam, że sukienka łopocze za nami jak chorągiew. Było dość ciemno i ściemniło się jeszcze bardziej, kiedy szliśmy ulicą w stronę plaży, więc miałam nadzieję, że może Thomas nie zwróci na nią uwagi. Nie było gwiazd, tylko drobne refleksy od wody. Upał panujący w ciągu dnia zelżał, zrobiło się chłodniej i w powietrzu czuło się zapach, który nie należał wyłącznie do piasku ani do wody, ani do soli, tylko stanowił mieszaninę wszystkich trzech. Kiedy przystanęliśmy, oparłam się na ramieniu Thomasa, żeby nie stracić równowagi przy zdejmowaniu sandałów, i poczułam, jak cały się napina, zupełnie jakby moja obecność go zaskoczyła, jakby zapomniał, że jestem obok, ale kiedy chciałam się wycofać, położył rękę na mojej dłoni i zatrzymał ją tam, obok kołnierzyka swojej koszuli. I tak staliśmy. Było w tym geście coś tak dziwnego, tak niespodziewanego, że stałabym tak całą noc.

– Wiedziałem, że ta kobieta w kościele to twoja matka – powiedział w końcu.

Twarz miał zwróconą w stronę morza. Mówił tak cicho, że musiałam się pochylić, żeby wyłapać jego słowa w szumie fal. Nie poprosiłam, żeby mówił głośniej. Wiedziałam, że jeśli teraz przerwie, nie zdoła się znowu odezwać.

– Wiedziałem, że to twoja matka, i wiedziałem, gdzie pracujesz i gdzie mieszkasz. Jechałem kiedyś za tobą przez całą drogę od twojego domu do Simmsa.

Patrzyłam na niego i myślałam, że na pewno żartuje, ale zaraz dotarło do mnie, że wcale nie. Zerwał się wiatr i szurnął piaskiem, szarpnął materiałem sukienki.

– Więcej niż jeden raz – dodał cicho. – Pomyślisz, że zwariowałem, ale to nieprawda. Mój Boże, nie mam w sobie nic z wariata. To wszystko przez ciebie, Rose. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem cię w kościele. Patrzyłem, jak klęczysz i opierasz czoło na dłoniach. – Przesunął palcami po mojej dłoni. Ręka mu drżała. – Siadałem zaraz za tobą. Twój kark. Tył sukienki. – Przyciskał moje palce do swojego ramienia, ale wciąż na mnie nie patrzył. – Każdego tygodnia planowałem, że w końcu się do ciebie odezwę, i wreszcie to zrobiłem. A dzisiaj. Cały wieczór siedziałem i w myślach mówiłem ci o wszystkim. Co się we mnie działo. To trwa już siedem miesięcy. Pomyślisz, że jestem jakimś świrem, ale nie mogłem ci tego nie powiedzieć.

Moje serce tłukło się jak szalone, a przez myśl przeszło mi tylko, że bije tak prędko jak jego. Moje serce bije tak prędko jak jego.

– Musiałem zaczekać, aż niepowiedzenie ci tego wszystkiego wyda mi się gorsze niż powiedzenie. Czy to ma sens? Raz widziałem, jak siedzisz sama i jesz lunch. To było niedaleko stąd. Nie szukałem cię, ale ty tam byłaś. Nieraz myślałem, że wystarczyłoby mi, gdybym miał twoje zdjęcie. Mógłbym wtedy patrzeć na twoją twarz. Twoją piękną twarz.

Urwał i wciągnął powietrze. Wzrok wciąż miał utkwiony w oceanie. Fale zrobiły się wysokie od wiatru. Stały się czarne jak nocne niebo, tak jak wcześniej były identycznie niebieskie. Oczy przyzwyczaiły mi się do mroku i mogłam mu się przyjrzeć. Nosił okulary w drucianych oprawkach i miał jasne włosy. Był przystojny. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Pamiętam, że zaczęłam płakać, choć nie mogę sobie teraz przypomnieć dlaczego. Może po prostu tak długo czekałam, żeby usłyszeć od kogoś takie słowa. To było romantyczne. Co za pomysł – mieć dziewiętnaście lat i być gotową postawić wszystko na jedną kartę tylko dlatego, że ktoś mówi ci romantyczne słowa na plaży po ciemku.

Nie spróbował mnie pocałować, przez co cała sytuacja stała się jeszcze bardziej niezwykła. Wszyscy chłopcy, którym wcześniej dawałam kosza, przy pocałunkach wysuwali mi bluzkę ze spódnicy i próbowali mnie dotykać po brzuchu. Wszyscy ci chłopcy mówili mi, czego pragną, szeptali o moich piersiach, szyi, wnętrzach ud. Byłam od nich wszystkich silniejsza. Mogłam im się wymknąć i wbiec do wody, zażądać, żeby odwieźli mnie do domu, albo wrócić sama. Ale aż do tamtej chwili nie miałam pojęcia, co musieli czuć, kiedy pragnęli przytulić mi policzek do mostka i trzymać mnie w objęciach. Ile czerpaliby z tego pociechy, a ja im tego odmawiałam. Było ciemno i na miejscu Thomasa Clintona mógłby być ktokolwiek, ale ja uznałam wtedy, że on musi mnie znać równie dobrze jak sam Bóg. Im dłużej tak staliśmy w mroku, ja z ręką między jego dłonią i ramieniem, tym bardziej moja pamięć upiększała jego słowa, aż rozlały mi się w brzuchu i piersi, by spłynąć do rąk i nóg jak moja własna krew. To była moja własna krew. Najczystsza postać dziewiętnastoletniego pożądania w majową noc na ciemnej plaży nad Pacyfikiem, w południowej Kalifornii. A ja tak niewiele wiedziałam o życiu, że wzięłam to za znak od Boga.

Znalazłam się przed nim i przycisnęłam swoją pierś do jego piersi, chwyciłam go ręką za kark i przycisnęłam usta do ust. Poprowadziłam jego dłoń w dół swoich pleców, napierałam na niego tak mocno, jakbym chciała przez niego przeniknąć całym ciałem na wylot. Stojąc na jednej nodze, drugą zahaczyłam o jego. Po tych wszystkich poprzednich, ukróconych przeze mnie sytuacjach wiedziałam, czego chce ode mnie drugie ciało. Palcami mocno przesunęłam od jego karku aż do czubka głowy, a potem z powrotem, by sięgnąć za kołnierzyk koszuli, i znów pomiędzy nas; poszamotałam się z guzikami sukienki, aż uwolniłam ramiona i objęłam go nimi w pasie. A co on wtedy robił? Boże, w ogóle tego nie pamiętam, aż do momentu, kiedy złapał mnie za ramiona i odsunął od siebie. Trzymał mnie i patrzył, a kiedy dopadł go lęk i musiał odwrócić wzrok, ubrał mnie z powrotem i pozapinał mi sukienkę, z wyjątkiem dwóch guzików, bo te odpadły i nie dało się ich znaleźć w ciemnościach na piasku. Podniósł białą torbę z resztkami kolacji, bo wypadła mu z dłoni, odgarnął mi włosy z twarzy, wziął mnie za rękę i poprowadził do samochodu. Odwiózł mnie do domu, nie mówiąc ani słowa, i odprowadził pod same drzwi, ale nie pocałował na dobranoc. Następnego wieczoru znów zaprosił mnie na randkę, i potem znowu, i znowu. Ożenił się ze mną na koniec lata w Kościele pod wezwaniem Marii Panny z Lourdes, ojciec O’Donnell odprawił mszę, przyjechali rodzice i dwie siostry Thomasa z Victorville, po czym wprowadziliśmy się do akademika dla żonatych studentów, a moja matka płakała, ale w kuchni i po cichu, kiedy wynosiłam ostatnie pudła ze swoimi rzeczami. Wreszcie w kolejnym roku Thomas dostał pracę jako nauczyciel matematyki w liceum w Marina del Rey. I to wszystko. Nie ma nic więcej do opowiedzenia.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

HABIT

ROSE

1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie