Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Są chwile, w których człowiek przestaje wierzyć, że istnieje dobre wyjście.
Anna zrobiłaby wszystko, by ocalić córkę. Nawet jeśli oznaczałoby to przekroczenie granicy, której wcześniej nie odważyłaby się nawet dotknąć. Kiedy wszystkie znane jej drogi prowadzą donikąd, pojawia się możliwość, której nie potrafi wyjaśnić. Nadzieja, której tak bardzo potrzebowała. I wybór, którego konsekwencji nie jest w stanie przewidzieć.
Jak daleko można się posunąć, żeby ocalić osobę, którą kocha się bardziej niż siebie? I czy można odzyskać to, co najważniejsze, nie pozostawiając po drodze części samej siebie?
Światło za światło to opowieść o matczynej miłości, stracie, nadziei i wyborach, których prawdziwe znaczenie może ujawnić się dopiero wtedy, gdy wydaje nam się, że najtrudniejsze już minęło.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 389
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ŚWIATŁO ZA ŚWIATŁO
K.A.FIGARO
WYDAWNICTWO FICZYKK
ISBN: 978-83-978030-2-2
2
SPIS TREŚCI
ROZDZIAŁ 1 ............................................................................................................................................................. 5
ROZDZIAŁ 2 ........................................................................................................................................................... 12
ROZDZIAŁ 3 ........................................................................................................................................................... 16
ROZDZIAŁ 4 ........................................................................................................................................................... 33
ROZDZIAŁ 5 .......................................................................................................................................................... 40
ROZDZIAŁ 6 .......................................................................................................................................................... 48
ROZDZIAŁ 7 ........................................................................................................................................................... 56
ROZDZIAŁ 8 .......................................................................................................................................................... 60
ROZDZIAŁ 9 ........................................................................................................................................................... 63
ROZDZIAŁ 10 ........................................................................................................................................................ 68
ROZDZIAŁ 11 .......................................................................................................................................................... 71
ROZDZIAŁ 12 ......................................................................................................................................................... 75
ROZDZIAŁ 13 ......................................................................................................................................................... 81
ROZDZIAŁ 14 ........................................................................................................................................................ 86
ROZDZIAŁ 15 ......................................................................................................................................................... 91
ROZDZIAŁ 16 ......................................................................................................................................................... 97
ROZDZIAŁ 17........................................................................................................................................................ 103
ROZDZIAŁ 18 ....................................................................................................................................................... 108
ROZDZIAŁ 19 ....................................................................................................................................................... 110
ROZDZIAŁ 20 ........................................................................................................................................................113
ROZDZIAŁ 21 ........................................................................................................................................................ 117
ROZDZIAŁ 22 ....................................................................................................................................................... 127
ROZDZIAŁ 23 ....................................................................................................................................................... 132
ROZDZIAŁ 24 ....................................................................................................................................................... 136
ROZDZIAŁ 25 ....................................................................................................................................................... 142
ROZDZIAŁ 26 ....................................................................................................................................................... 144
ROZDZIAŁ 27 ....................................................................................................................................................... 150
ROZDZIAŁ 28 ....................................................................................................................................................... 156
ROZDZIAŁ 29 ....................................................................................................................................................... 159
ROZDZIAŁ 30 ....................................................................................................................................................... 163
ROZDZIAŁ 31 ....................................................................................................................................................... 167
ROZDZIAŁ 32 ........................................................................................................................................................ 171
ROZDZIAŁ 33 ....................................................................................................................................................... 175
ROZDZIAŁ 34 ....................................................................................................................................................... 180
ROZDZIAŁ 35 ....................................................................................................................................................... 185
ROZDZIAŁ 36 ....................................................................................................................................................... 189
ROZDZIAŁ 37 ....................................................................................................................................................... 191
3
ROZDZIAŁ 38 ....................................................................................................................................................... 197
ROZDZIAŁ 39 ....................................................................................................................................................... 201
EPILOG ................................................................................................................................................................. 213
4
Rozdział 1
Mama Mai twierdziła, że człowiek poznaje dom po zapachu. Dla dziewczynki dom pachniał świeżo zmieloną kawą, lekko przypalonymi tostami i waniliowym szamponem.
Mieszkanie rodziny Kowalskich miało trzy pokoje, kuchnię i balkon, który według taty nadawał się wyłącznie do suszenia prania. Mama co do tego miała inne zdanie. Kochała rośliny, znajdowały się wszędzie: na parapetach, na komodzie, przy telewizorze, nawet w łazience. Tata czasem żartował, że jeśli mama kupi jeszcze jeden kwiatek, będą musieli wyprowadzić się z własnego mieszkania, a mama odpowiadała, że kwiaty też są rodziną i trzeba o nie dbać.
Maja siedziała przy kuchennym stole, machając nogami kilka centymetrów nad podłogą. Słońce wpadało przez okno szerokimi pasami światła i kładło się na blacie. Jedna z kredek turlała się po stole i zatrzymała przy kubku z kakao. Maja zmarszczyła nos. Została jej znowu tylko brązowa kredka, ale mimo to przyciągnęła ją do siebie i przysunęła kartkę. Na środku kartki narysowała dużą mamę, potem siebie, a na końcu tatę. Przez moment przyglądała się rysunkowi i kilka razy poprawiała jego miejsce, aż zostawiła go mniej więcej pośrodku.
– Maju?
Dziewczynka podniosła głowę znad kartki i spojrzała na mamę, która stała przy kuchennym blacie w rozciągniętym szarym swetrze i dresowych spodniach. Długie kasztanowe włosy miała związane niedbale gumką, ale kilka niesfornych kosmyków i tak wymknęło się na wolność. Maja uważała, że mama jest najpiękniejszą kobietą na świecie.
– Tak? – mruknęła niezadowolona Maja, ponieważ próbowała skoncentrować się usilnie na dokończeniu obrazka.
– Kakao stygnie. – Przypomniała mama.
– Jeszcze chwila. Tworzę.
Anna zaśmiała się cicho. Jej śmiech zawsze ogrzewał mieszkanie bardziej niż kaloryfery.
– W takim razie nie przeszkadzam pani artystce.
Maja wyszczerzyła zęby. Lubiła, gdy mama mówiła do niej pani artystko.
– Mogę zobaczyć?
Dziewczynka kiwnęła głową, po czym przesunęła kartkę po stole. Anna zerknęła na rysunek. Jej uśmiech najpierw się poszerzył, potem lekko przygasł. Tak delikatnie, że pewnie większość ludzi by tego nie zauważyła, ale Maja, mimo swojego dziecięcego wieku, zauważała takie rzeczy.
– Ładny – powiedziała.
– Naprawdę? – zapytała Maja.
– Naprawdę.
– Nawet tata?
Anna spojrzała ponownie na rysunek.
– Zwłaszcza tata – dodała lekko się uśmiechając.
Na blacie kuchennym zawibrował telefon. Anna nawet nie musiała patrzeć na ekran, aby wiedzieć, kto do niej dzwoni. Westchnęła, a następnie chwyciła za urządzenie. Przez moment wpatrywała się w wyświetlacz i zastanawiała się, czy odebrać, ale ostatecznie położyła telefon ekranem do blatu..
Maja wróciła do rysunku, ale mimo to zerknęła kątem oka na mamę.
– Babcia?
– Jedz śniadanie – odparła wymijająco, a Maja już wiedziała, że trafiła.
Maja pamiętała dziadków jak przez mgłę. Kilka wspólnych świąt. Zapach perfum babci. Głos dziadka. I ich wielki ogród. Potem nagle zniknęli z ich życia.
5
– Myślisz, że kiedyś pojedziemy nad morze? – zapytała Maja.
– Skąd taki pomysł?
– Bo nigdy nie widziałam morza.
– Widziałaś. – Upierała się mama.
– Miałam wtedy zaledwie dwa lata. To się nie liczy. Teraz mam dziewięć! – powiedziała dumnie, na co mama szeroko się uśmiechnęła.
– To gdzie chciałabyś pojechać?
– Wszędzie.
– Wszędzie to bardzo daleko.
– To pojedziemy bardzo daleko.
– A szkoła?
– Wakacje są od tego, żeby nie chodzić do szkoły.
– Sprytne.
– Wiem.
Anna podeszła do Mai i pocałowała ją w czubek głowy.
– Obiecuję, że kiedyś wspólnie pojedziemy.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
Drzwi wejściowe otworzyły się z charakterystycznym skrzypnięciem. Maja potrafiła rozpoznać każdego domownika po odgłosie otwieranych drzwi. Mama wchodziła szybko i zdecydowanie. Tata najpierw przekręcał klucz, potem chwilę siłował się z zamkiem. Dokładnie tak było i tym razem.
– Tata! – krzyknęła dziewczynka.
Rzuciła kredkę na stół i pobiegła do przedpokoju. Marek ledwo zdążył zamknąć za sobą drzwi, a w następnej sekundzie miał już córkę uczepioną przy szyi.
– No proszę – mruknął, unosząc ją wysoko. – Ktoś tutaj chyba waży tonę.
– Nie ważę!
– Dwie tony?
– Tato!
– Trzy?
– Mama!
Anna parsknęła śmiechem.
– Nie mieszaj mnie w to.
Marek postawił córkę na ziemi, przez krótką chwilę przyglądał jej się uważnie. Piegi na nosie, rozczochrane włosy, brakujący mleczak.
– Co?
– Nic.
– Dlaczego tak na mnie patrzysz?
– Bo jesteś najładniejszą dziewczynką na świecie.
– Kłamiesz.
Dziewczynka wydęła zabawnie usta.
– Mechanicy nie kłamią – odparł rozbawiony Marek.
– To nie ma sensu – burknęła Maja.
– Ma ogromny.
– Nie ma.
– Ma.
6
– Nie.
– Tak.
Maja roześmiała się tak głośno, że aż echo odbiło się od ścian. Anna obserwowała ich znad kubka kawy i przez krótką chwilę pozwoliła sobie uwierzyć, że wszystko jest w porządku i że być może przesadzała, że ostatnie miesiące były tylko gorszym okresem w ich życiu, że może jeszcze można wrócić do miejsca, z którego zaczynali. Do chłopaka, którego pokochała i do mężczyzny, który śmiał się właśnie razem z ich córką.
Marek miał trzydzieści sześć lat. Był wysoki, szeroki w ramionach i pracował fizycznie niemal całe życia. Było to widać, szczególnie na dłoniach, na przedramionach i w sposobie poruszania się. Wyglądał jak ktoś, kto zawsze wszystko może naprawić. Kiedyś Maja była nawet przekonana, że umie naprawiać złamane serca. Dopiero później zrozumiała, że niektórych rzeczy nie potrafią naprawić nawet najlepsi mechanicy. Dziś pod oczami miał ciemniejsze cienie niż kilka lat temu. Na skroniach pojawiły się pierwsze siwe włosy. Uśmiechał się znacznie rzadziej niż kiedyś, ale gdy był z Mają, wciąż pojawiał się dawny Marek.
– Co to? – zapytał, wskazując rysunek leżący na kuchennym stole.
– Rodzina – odparła Maja.
– Ładna.
– Mama też tak powiedziała.
– Bo jest ładna.
– Ty jesteś najdalej.
Marek zerknął na rysunek, a potem na córkę i uśmiechnął się trochę smutniej niż wcześniej.
– To następnym razem narysujesz mnie bliżej.
– Mogę teraz – zaproponowała.
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo sam muszę sobie na to zasłużyć.
Anna postawiła przed nim kubek gorącej kawy.
– Dziękuję – odparł.
– Jeszcze cię stać na kulturę?
– Zdarza mi się.
– Raz na kwartał.
– Widzisz? To jakiś postęp.
Mężczyzna usiadł przy stole i chwycił za kubek. Kawa leniwie parowała, a przez otwarte okno wpadał ciepły, lipcowy wiatr. Firanka lekko się poruszała, jakby tańczyła. Maja oparła brodę na dłoniach i obserwowała rodziców. Lubiła to robić. Nigdy nikomu by się do tego nie przyznała, ale czasami wyobrażała sobie, że są bohaterami filmu.
– O czym myślisz? – zapytał tata.
– O niczym – odparła, zakłopotana swoją wyobraźnią.
– Kłamiesz.
– Trochę – zaśmiała się, wzruszając ramionami.
– No?
– O morzu – dodała, przypominając sobie szybko temat, który poruszyła z Anną przed jego przyjściem. – Mama obiecała.
Marek ze zdziwieniem spojrzał na Annę.
– Obiecałaś?
– Tak – potwierdziła.
7
– To pojedziemy – powiedział z uśmiechem. – Muszę spełniać marzenia moich dziewczyn.
Maja natychmiast się wyprostowała.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
– Kiedy?
– Jak tylko wygram milion – dodał trochę gorzko, ale w taki sposób, że Maja tego nie odczuła.
– Nie masz miliona.
– Szczegół – dodał, machając ręką w powietrzu. – Poradzimy sobie.
– Tato...
– Dobrze, dobrze.
Zaśmiał się, tym razem naprawdę, a Anna przez chwilę patrzyła na niego tak, jak patrzy się na kogoś, kogo bardzo długo nie było, choć siedział dokładnie naprzeciwko.
Maja podbiegła do okna. Ludzie ciągle gdzieś szli, a ona lubiła zgadywać ich historie. Najpierw pojawiła się starsza pani z siatkami. Maja od razu pomyślała, że wraca z zakupów. Potem szedł mężczyzna z psem, stwierdziła, że musi wracać od weterynarza. Później po chodniku jechała dziewczyna na rowerze, pomyślała, że może jedzie na najważniejszą randkę życia, przez co zachichotała pod nosem Niespodziewanie zauważyła starszego mężczyznę z drewnianą laską, który stał po drugiej stronie ulicy i wyglądał tak, jakby na kogoś czekał. Maja z ciekawości przyglądała się mu przez kilka sekund. Nie wyglądał groźnie ani dziwnie, po prostu jakoś tak smutno. Pewnie zgubił drogę – pomyślała.
– Maju.
Odwróciła głowę.
– Tak?
– Słyszysz mnie?
– Tak.
– Nie słuchasz.
– Słucham.
– To co powiedziałem?
– Nic.
– Właśnie.
Marek z rozbawieniem pokręcił głową. Kiedy dziewczynka ponownie spojrzała przez okno, mężczyzny już nie było.
Anna zaczęła zbierać naczynia. Maja od razu do niej podeszła.
– Pomogę – powiedziała.
– Nie musisz.
– Muszę – odparła stanowczo.
– Dlaczego?
– Bo jestem już duża – stwierdziła dumnie.
– Odkąd?
– Od dzisiaj.
– Aha.
– Prawda, tato? – powiedziała Maja, zerkając porozumiewawczo na ojca.
– Prawda.
– Widzisz?
Dziewczynka radośnie spojrzała na mamę, szeroko się uśmiechając.
8
– Przegrałam – westchnęła Anna, unosząc dłonie w geście kapitulacji.
– Przegrałaś – zachichotała.
Przez kilka minut krzątały się razem po kuchni. Maja podawała talerze, a Anna odkładała je do szafek. Kiedy skończyły, bez słowa przytuliła córkę mocniej niż zwykle.
– Mamo?
– Hm?
– Zaraz mnie udusisz.
Anna zaśmiała się, choć pod powiekami niespodziewanie zaszczypały ją łzy.
– Przepraszam.
– Dziwna jesteś.
– Wiem.
– Ale cię lubię.
– Uf, jak dobrze.
Marek obserwował je w milczeniu, potem podszedł do regału i zaczął poprawiać w kuchni luźną szafkę.
– Tato, przecież działa – powiedziała Maja.
– Wiem, ale zawsze może działać lepiej – odpowiedział. – Szykuj się. Zaraz idziemy na zakupy.
– Jasna sprawa! – odparła i pobiegła do swojego pokoju.
Przez uchylone okno wpadał zapach rozgrzanego asfaltu. W oddali szczekał pies, ktoś kosił trawę. A Maja stała pośrodku pokoju i patrzyła na otwartą walizkę. Za kilka dni miała wyjechać na swoją pierwszą kolonię. Pakowanie wydawało jej się wyjątkowo skomplikowane. Nie wiedziała, co powinna wziąć. Kredki? Książki? Pluszowego lisa? A może wszystko naraz? Westchnęła i schyliła się, żeby podnieść torebkę, która spadła jej rano tuż obok łóżka, wówczas zauważyła karton, który mama schowała jakiś czas właśnie pod nim. Uklękła. Pociągnęła mocniej i po chwili go wysunęła. Uniosła wieko. W środku znajdowały się dziesiątki zdjęć. Niektóre były powyginane, a inne wyblakłe. Zaczęła je oglądać. Lubiła to robić.
Właściwie powinna już schodzić na dół. Tata pewnie czekał, żeby ruszyć na zakupy przed kolonią. Ale zdjęcia okazały się zdecydowanie ciekawsze. Najpierw przeglądała je ostrożnie, potem coraz szybciej. Na każdym zdjęciu jej rodzice naprawdę się śmiali. Maja przesunęła palcem po jednym ze zdjęć, na którym mama opierała głowę na ramieniu taty. Patrzyli na siebie tak, jakby byli jedynymi ludźmi na świecie. Dziewczynka przechyliła głowę i uśmiechnęła się.
– Maju!
Głos taty dobiegł z przedpokoju.
– Już!
Szybko odłożyła zdjęcia, zamknęła pudełko i wsunęła je pod łóżko. Chwyciła torebkę i wybiegła z pokoju.
W przedpokoju panował domowy gwar.
– Nie mogę znaleźć kluczy – mruknął Marek.
– Bo masz je w ręce – powiedziała Anna, przewracając oczami.
– Nie mam.
– Masz.
Chwyciła go za nadgarstek i uniosła.
– A rzeczywiście.
– Kiedyś zgubisz własną głowę.
– Nie zgubię – przekonywał.
9
– Jestem pewna, że zgubisz – dopowiedziała Anna.
– Nie da się.
– Z tobą wszystko jest możliwe.
Maja zachichotała. Uwielbiała takie rozmowy.
Anna uklękła przed córką. Poprawiła jej włosy, wygładziła rękaw, po czym znów odgarnęła niesforny kosmyk, jakby szukała kolejnego powodu, by zatrzymać ją przy sobie odrobinę dłużej.
– Mamo – mruknęła zniecierpliwiona dziewczynka.
– Hm?
– Przestanę oddychać od tego poprawiania.
– Przesadzasz.
– Trochę.
– Bardzo.
Maja objęła ją za szyję. Przytulenie mamy było jak ulubiony koc. Anna odwzajemniła gest.
– Ej. – Maja zerknęła na tatę. – Chodź tutaj – zawołała.
Marek doszedł do nich. Przytuliła go, bardzo mocno, tak jak dzieci potrafią przytulać tylko wtedy, gdy wciąż wierzą, że rodzice są niezniszczalni. Marek pocałował ją w czubek głowy. Pachniała szamponem truskawkowym.
Przez chwilę stali tak we troje.
– Gotowa na zakupy? – zapytał.
– Gotowa na najważniejsze zakupy mojego życia! – krzyknęła radośnie.
– Aż tak?
– Oczywiście, przecież nie mogę pojechać nieprzygotowana.
Marek roześmiał się.
– W takim razie chodźmy.
– Weźcie kurtki przeciwdeszczowe, ma padać.
– Mamo... – mruknęła Maja, ale Anna nie słuchała. Wręczyła im płaszcze przeciwdeszczowe: Mai żółty, Markowi niebieski.
Maja założyła przez ramię torebkę. Lubiła zakupy, ale jeszcze bardziej lubiła wracać do domu. Bo w nim czekał śmiech mamy, głos taty, sobotnie naleśniki, policzek mamy oprószony mąką, kwiaty na parapetach i własne łóżko pod oknem.
Dziewczynka przeszła przez próg i odwróciła się. Mama stała w drzwiach, oświetlona słońcem wpadającym przez okno. Uśmiechała się ciepło.
– Mamo! A jak zapomnę czegoś na kolonię? – zapytała zmartwiona Maja.
– To świat się nie zawali – pocieszyła ją Anna.
– A jak zapomnę wszystkiego?
– Wtedy będziesz musiała wrócić po mnie.
– To dobry plan – stwierdziła dziewczynka.
– Najlepszy.
– Kocham cię! – krzyknęła.
– Ja ciebie też.
– Bardziej!
– To niemożliwe.
– Możliwe!
– Wróć i udowodnij.
– Nie chce mi się.
– Wiedziałam – odparła Anna. Zaśmiały się obie. – Tylko wróćcie szybko – dodała.
10
Maja pomachała mamie na pożegnanie, a Marek odpowiedział krótkim skinieniem głowy. Drzwi zamknęły się za nimi. Anna została sama. Jeszcze przez krótką chwilę wpatrywała się w zamknięte drzwi, potem zaczęła szykować się do pracy.
11
Rozdział 2
Anna zamknęła drzwi mieszkania biodrem, bo obie ręce miała zajęte zakupami. Stała nieruchomo w przedpokoju, słuchając ciszy, następnie klucze odłożyła do ceramicznej miseczki stojącej na komodzie przy drzwiach, tej samej, do której Marek nigdy nie odkładał swoich. Mówił, że klucze mają duszę podróżnika i dlatego ciągle się gubią. Kiedyś ją to bawiło, dziś tylko przewracała oczami.
Z przyzwyczajenia przeszła przez mieszkanie. Kuchnia. Salon. Pokój Mai. Balkon. Nikogo nie było. Postawiła zakupy na blacie. Przeszła do salonu i otworzyła balkon. Wieczorne powietrze było przyjemnie chłodne. Na osiedlu ktoś wyprowadzał psa, a dzieci wracały z placu zabaw. Gdzieś w oddali przejechał tramwaj. Zwykłe odgłosy zwykłego życia.
Wyjęła telefon. Żadnych wiadomości. Żadnego nieodebranego połączenia. Zerknęła na zegarek. Minęła dziewiętnasta. Powinni już wracać – pomyślała. – Gdzie oni są tyle czasu? Zapewne zatrzymali się na lody albo pojechali nad rzekę, a może Maja namówiła Marka na dodatkowy spacer. Zdarzało się im nie trzymać czasu.
Wybrała numer Marka i przyłożyła urządzenie do ucha. Kilka sygnałów i brak odpowiedzi. Zmarszczyła brwi i się rozłączyła. Marek nigdy nie odbierał. Nawet wtedy, gdy między nimi było jeszcze dobrze. Westchnęła i napisała do niego krótką wiadomość: Gdzie jesteście? Telefon odłożyła na blat i wyjęła zakupy z toreb. Potem otworzyła szufladę z rachunkami i natychmiast tego pożałowała.
Jeszcze trzy lat temu nie wyglądało to tak źle. Nie żyli luksusowo, ale dawali radę. Potem zmarł Paweł, najlepszy przyjaciel Marka, właściciel warsztatu, w którym Marek pracował. Zawał. Czterdzieści lat. Warsztat sprzedano, a Marek stracił pracę i część siebie.
Zmęczonym ruchem odsunęła od siebie rachunki. Nie miała ochoty ich analizować. Od samego rana siedziała za biurkiem w rejestracji w prywatnym gabinecie stomatologicznym. Lubiła swoją pracę. Problem polegał na tym, że gdy wracała do domu, niewiele już z niej zostawało. Spojrzała na telefon. Nadal milczał.
Na komodzie stało ich ślubne zdjęcie. Nie wiedziała, dlaczego wciąż go nie schowała. Z przyzwyczajenia? Z sentymentu? Gdy brali ślub była przekonana, że miłość wystarczy do wszystkiego.
Anna uniosła fotografię. Rama była lekko zakurzona, powinna ją wytrzeć, zamiast tego przesunęła palcem po własnej twarzy, po uśmiechu, który wydawał się należeć do kogoś innego. Pamiętała tamten dzień: zapach kwiatów, śmiech dochodzący z sali i Marka. Patrzył na nią tak, jakby była najpiękniejszą kobietą na świecie. Nawet wtedy, gdy wszyscy wokół próbowali przekonać ją, że się myli.
Zamknęła oczy i nagle znów miała dwadzieścia trzy lata.
– Powiedz mi tylko jedno. – Ojciec siedział przy kuchennym stole, wysoki, szeroki w ramionach, coraz bardziej siwiejący. Przez całe życie wydawał się Annie człowiekiem, którego nie złamie nawet huragan. – Czego się tak boisz? – zapytała.
Ojciec długo wypuszczał powietrze, jakby tę odpowiedź od dawna nosił w sobie.
– Tego, że kiedyś będziesz płakać.
– Każdy kiedyś płacze.
– Wiem.
– Więc?
– Boje się, że nie będę umiał ci pomóc.
12
Anna przewróciła oczami.
– Tato...
– Tylko dlatego, że nie będę mógł – wyznał szczerze, patrząc z miłością na Annę.
Matka postawiła na stole herbatę. Jak zawsze próbowała łagodzić napięcie, nawet jeśli nie wiedziała, jak.
– Dajcie sobie chwilę czasu – zaproponowała Zofia. – Jesteście tacy młodzi.
– Mamo...
– Nie, Aniu. – Usiadła obok niej i objęła jej dłoń z czułością, tak jak robiła to w dzieciństwie. – My naprawdę nie jesteśmy przeciwko tobie.
– Ale jesteście przeciwko Markowi.
W kuchni nastała krótka cisza.
– Próbujemy go polubić – odezwała się w końcu matka.
– Ale go nie znacie.
– Właśnie dlatego się boimy – potwierdził Jan.
Rodzice widzieli w Marku człowieka bez studiów, bez pieniędzy i bez perspektyw.
Ojciec odsunął kubek i potarł dłonią czoło.
– Myślisz, że chodzi nam o pieniądze? – zapytał cicho. Anna nie odpowiedziała, bo właśnie o to ich oskarżała od miesięcy. – Naprawdę uważasz, że obchodzi mnie samochód, którym będziecie jeździć?
– Tato...
– Posłuchaj mnie. – Po raz pierwszy podniósł głos. Nie ze złości, lecz z bezsilności. – Kiedy byłaś mała i przewróciłaś się na rowerze, przyjechałem po ciebie na drugi koniec miasta. Pamiętasz? – Anna spuściła wzrok. Bardzo dobrze to pamiętała. – Kiedy miałaś zapalenie płuc, przez trzy noce siedzieliśmy przy twoim łóżku.
– Wiem.
– Kiedy nie dostałaś się na wymarzone studia, płakałaś w moje ramię przez pół wieczoru. – Matka odwróciła wzrok, jakby sama wróciła do tamtego dnia. – Całe życie próbowałem chronić cię przed bólem. – Ojciec przełknął ślinę. – A teraz pierwszy raz mam wrażenie, że nie mogę.
– Tato...
– Nie boję się o siebie. Boję się o ciebie. I dlatego nie potrafię udawać, że wszystko będzie dobrze.
– Kocham go – powiedziała cicho, ale stanowczo.
Ojciec spuścił wzrok, jakby właśnie tego zdania bał się najbardziej.
– Wiem.
– I wyjdę za niego.
– Wiem.
– Nawet jeśli się nie zgadzacie.
Matka na kilka sekund zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła, wyglądała na starszą, jakby te kilka słów zabrało jej kilka lat życia.
– Dom to nie miejsce, Aniu – powiedziała Zofia. Anna zdziwiona spojrzała na matkę. – Dom to ludzie, którzy zostają, kiedy wszystko inne się rozpada.
– Mamo...
– Pamiętaj tylko o tym.
– Nic się nie rozpadnie – odpowiedziała pewnie.
Ojciec wtedy smutno się uśmiechnął.
13
Otworzyła oczy. Dopiero po chwili dotarło do niej, że znów siedzi we własnym salonie, a nie w kuchni rodziców sprzed kilkunastu lat.
To mieszkanie sama wybrała i to życie sama zbudowała. Odstawiła fotografię na komodę, trochę krzywo jak zawsze. Marek, gdy wróci poprawi ją i postawi prosto, zawsze tak robił. Anna zawsze się śmiała, że skoro życie jest krzywe, to chociaż ramki mogą sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa i stanąć nierówno. Przez moment prawie się uśmiechnęła, ale uśmiech nie dotarł do oczu.
Telefon zawibrował. Zerknęła na ekran. Agata. Poczuła rozczarowanie.
Agatę poznała cztery lata temu, pierwszego dnia w nowej pracy. Przez lata wypiły setki kaw, przeżyły razem kilka trudnych chwil i nauczyły się rozpoznawać swoje milczenie. Anna nie opowiadała jej o wszystkim, ale przy niej nie musiała udawać, że wszystko jest w porządku.
Telefon nadal uparcie dzwonił, w końcu go odebrała.
– Halo?
– Nie brzmisz jak ktoś, kto właśnie wygrał milion złotych – zażartowała Agata, na co Anna parsknęła.
– Przykro mi. Następnym razem postaram się bardziej entuzjastycznie odbierać telefon.
– O, jest sarkazm, czyli żyjesz.
– Jeszcze.
– To dobrze.
Przez kilka minut rozmawiały o sprawach zupełnie zwyczajnych. O klientce, która pomyliła terminy, o nowym kierowniku, o kawie, która smakowała dziś jak przypalony karton.
– A tak w ogóle... – odezwała się Agata. – Jak się trzymasz?
Anna od razu wyczuła zmianę tonu.
– Normalnie.
– Czyli źle.
– Czy ja naprawdę brzmię aż tak tragicznie?
– Aniu... – W głosie Agaty pojawiła się łagodność, ta najgorsza, bo przed nią nie dało się uciec. – Od trzech lat odpowiadasz normalnie.
– Bo jest normalnie.
– Nie jest. – Anna zacisnęła zęby i utkwiła wzrok w lawendzie poruszanej wieczornym wiatrem. – Pokłóciłaś się z Markiem?
– My się nie kłócimy.
Po drugiej stronie zapadła krótka, lecz wymowna cisza.
– To chyba jeszcze gorzej – powiedziała w końcu Agata. Anna też tak uważała. Kiedyś kłócili się głośno, a potem godzinami rozmawiali i się godzili. Teraz najczęściej milczeli, mijając się jak współlokatorzy. – Kochasz go?
Anna zastanawiała się nad odpowiedzią. Kiedyś odpowiedziałaby natychmiast, ale dzisiaj potrzebowała chwili.
– Tak. Myślę, że tak.
– To, dlaczego brzmisz, jakbyś była nieszczęśliwa? – Anna nie odpowiedziała. – A teraz powiedz mi kiedy ostatni raz zrobiłaś coś dla siebie?
Kobieta zmarszczyła brwi, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie, ale nie potrafiła, bo jej ostatnie lata wyglądały podobnie. Praca. Dom. Maja. Problemy. Rachunki. Zmartwienia.
– Nie pamiętam – przyznała.
Agata westchnęła ciężko.
– Właśnie.
14
– To nie jest takie proste. – Próbowała się bronić. – Mam dziecko, rodzinę i obowiązki. Więc naprawdę nie wiem, kiedy miałabym zrobić coś dla siebie?
– Od miesięcy słucham, jak żyjesz dla wszystkich. A kiedy zaczniesz żyć dla siebie? – Anna gorzko się zaśmiała. – Nie możesz całe życie ratować wszystkich i wszystko, bo się wykończysz. Odrobina przyjemności naprawdę cię nie zabije.
– Przesadzasz. Wszystko jest dobrze i niczego nie potrzebuję – powiedziała Anna, zastanawiając się, kogo próbuje przekonać: siebie czy Agatę.
Kilka minut później zakończyły połączenie, ale zanim Anna odłożyła telefon, jeszcze raz wybrała numer do Marka. Nie odebrał połączenia. Kobieta westchnęła, bo mieszkanie znów pogrążyło się w ciszy.
Anna przeszła przez mieszkanie. Po drodze poprawiła liść monstery, który opadł zbyt nisko. Na parapecie w kuchni stały trzy nowe sadzonki. Jedna z nich od kilku tygodni nie chciała się przyjąć, mimo to codziennie ją podlewała i dawała jej jeszcze jeden dzień. Marek czasem się śmiał, że Anna nie potrafi odpuszczać. Być może miał rację, bo nie odpuszczała roślinom ani ludziom. Nie odpuszczała nawet wtedy, kiedy wszystko wokół mówiło jej, że powinna.
15
Rozdział 3
Marek nie pamiętał, kiedy ostatni raz Maja była aż tak podekscytowana. Od wyjścia z domu mówiła niemal bez przerwy. Przeskakiwała z jednego tematu na drugi z typową dla siebie łatwością, jakby wszystkie myśli naraz próbowały wydostać się z jej głowy.
– A myślisz, że na koloniach będą ogniska? – zapytała, uśmiechając się szeroko.
– Pewnie będą.
– A jak będzie padało?
– To będziecie siedzieć pod dachem.
– A jak nie będzie?
– To będziecie siedzieć przy ognisku.
Maja zmarszczyła nos.
– Wszystko wiesz.
– Jestem stary.
– Nie jesteś.
– Dla ciebie jestem.
– Mama jest starsza.
Marek roześmiał się cicho.
– Tylko nie powtarzaj jej tego przy mnie.
Dziewczynka zachichotała.
Powietrze pachniało rozgrzanym betonem, trawą i czymś słodkim, czego Marek nie potrafił nazwać. Od dawna nie spacerował bez pośpiechu. Maja szła kilka kroków przed nim. Co chwilę podskakiwała, zatrzymywała się przy małych psach albo przyglądała się kamieniom, które wydawały jej się interesujące.
Marek dopiero teraz zauważył, jak bardzo urosła. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz patrzył na nią tak uważnie.
– Tato! Zobacz.
– Co?
Wskazała palcem.
– Serce.
Podszedł bliżej. Na płycie chodnika ktoś narysował kredą małe serce. Krzywe, lekko rozmazane, a jednak piękne.
– Ładne – powiedział.
– Bardzo.
– Można się wzruszyć – dodał trochę ironicznie, chyba aż za bardzo.
– Nie śmiej się.
– Nie śmieję się.
Spojrzała na niego podejrzliwie. Dokładnie tak samo jak patrzyła Anna, kiedy była przekonana, że kłamie. Poczuł znajome ukłucie. Silniejsze niż wcześniej. Maja wróciła do marszu, a on przez krótki czas patrzył na narysowane serce, potem ruszył za nią.
Zakupy zajęły im więcej czasu, niż planował, bo Maja nie potrafiła się zdecydować. Najpierw przez dziesięć minut wybierała bidon, potem przez kolejne pięć zastanawiała się między dwiema latarkami, a kiedy wydawało się, że wreszcie skończyli, zauważyła notesy i przepadli.
– Ten.
– Przed chwilą mówiłaś, że tamten – powiedział Marek z rezygnacją i śmiechem.
16
– Bo ten jest ładniejszy.
– Czym?
– Wszystkim.
Marek pokręcił głową z rozbawieniem.
Stał obok i obserwował, jak córka z niezwykłą powagą porównuje dwa niemal identyczne zeszyty. W końcu wybrała granatowy. Na granatowej okładce błyszczały drobne srebrne gwiazdy.
– Po co ci on? – zapytał z zaciekawieniem.
– Będę wszystko zapisywać.
– Co to znaczy wszystko?
– Wszystko – odparła pewnie.
– To bardzo dużo rzeczy – stwierdził Marek.
Kiwnęła głową.
– Dlatego potrzebuję takiego grubego. Ten jest idealny!
Maja przytuliła notes do piersi jak największy skarb.
– Będę pisała codziennie.
– Pamiętnik? – zapytał Marek z zaciekawieniem.
– Nie.
– To co?
– Historię.
– Jaką?
– Jeszcze nie wiem.
– To dobry początek – powiedział z zamyśleniem.
– Jaki?
– Najlepsze historie zaczynają się tam, gdzie nie wiadomo, dokąd prowadzą.
Zmarszczyła czoło z dezaprobatą.
– To dziwne. Mówisz coraz bardziej jak mama.
– To źle?
– Nie. – Uśmiechnęła się. – Mama też czasem mówi dziwne rzeczy. – Chwilę milczała, a potem wyznała: – Wiesz, trochę się boję.
– Czego?
– Że nikogo tam nie będę znać.
– Po dwóch dniach będziesz znała wszystkich.
– Myślisz?
– Jestem pewien.
– Jak wrócę, opowiem ci wszystko. Każdy szczegół. Zgoda?
– Zgoda.
Zapłacili za zakupy i wyszli na zewnątrz. Promienie słońca opadały coraz niżej. Popołudnie było ciepłe i parne.
– Wracamy do domu, czy idziemy na lody? – zaproponował Marek.
Oczy Mai rozbłysły.
– Lody! – krzyknęła. – Mogę dwa?
– Jeden.
– To niesprawiedliwe.
– Świat jest niesprawiedliwy.
– Mama pozwoliłaby mi na dwa.
17
– Mama nie widzi.
– Doniosę.
– Zdrajczyni.
Roześmiała się tak głośno, że kilka osób odwróciło głowy. Po chwili siedzieli już na ławce w niewielkim parku. Dzieci biegały po placu zabaw. Ktoś spacerował z psem. Kilku nastolatków siedziało na trawie. Marek patrzył przed siebie, a Maja jadła lody tak szybko, jakby miały się jej zaraz rozpuścić.
– Tato?
– Hm?
– Byłeś kiedyś na koloniach?
Marek uśmiechnął się pod nosem.
– Byłem.
– Fajnie było?
– Bardzo.
– Naprawdę?
– Naprawdę – odparł z przekonaniem.
Park zniknął. Dziecięcy śmiech ucichł. Marek wrócił do wspomnień. Pamiętał rozbite kolano, wiecznie brudne ręce i Pawła stojącego obok.
– Miałem wtedy najlepszego przyjaciela na świecie.
– Tego pana ze zdjęcia?
Maja pamiętała fotografię stojącą kiedyś w warsztacie. Zanim warsztat zniknął z ich życia.
– Tak. Pawła.
– Opowiesz mi o nim?
– Pewnej nocy uciekliśmy z ośrodka – powiedział z rozbawieniem.
Maja szeroko otworzyła oczy.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
– I co?
– I nic.
– Jak to nic?
– Poszliśmy nad jezioro.
– Po ciemku?
– Po ciemku.
– Zwariowaliście?!
– Trochę tak.
– A potem?
– Potem złapał nas wychowawca.
Maja wybuchnęła śmiechem.
– I dobrze wam tak. Dostaliście karę?
– Oczywiście.
– Jaką?
– Musieliśmy pomagać w kuchni do końca turnusu.
– To straszne.
– Oj, było. Do dziś pamiętam.
Śmiali się jeszcze przez moment, aż rozmowa sama ucichła.
18
– Tęsknisz za nim? – zapytała cicho Maja, jakby wyczuła zmianę w jego głosie. Marek próbował zebrać myśli.
– Codziennie – wyznał.
Dziewczynka nic nie powiedziała. Po prostu wsunęła swoją małą dłoń w jego dłoń. Siedzieli tak przez chwilę, patrząc przed siebie – ojciec i córka.
– Powinniśmy chyba wracać? – zapytała Maja.
– Powinniśmy.
– Mama będzie pytać, gdzie byliśmy.
– Powiemy prawdę.
– Że jedliśmy lody?
– Tak.
– I że kupiłeś mi notes?
– Tak.
– I że opowiedziałeś o Pawle?
Marek zerknął rozbawiony.
– To też.
– To dobrze. Bo nie lubię tajemnic.
– A masz jakąś?
– Całe szczęście ani jednej – odpowiedziała z zadowoleniem.
Ruszyli w milczeniu do wyjścia z parku. Mai wciąż chodziła po głowie wcześniejsza rozmowa z tatą.
– Tato?
– Hm?
– Myślisz, że on cię słyszy?
Pytanie zaskoczyło go tak bardzo, że nie wiedział, co odpowiedzieć.
– Kto?
– Paweł.
Marek spuścił wzrok na chodnik.
– Nie wiem – odparł szczerze.
– Ja myślę, że tak.
– Tak?
– No.
– Dlaczego?
Wzruszyła ramionami.
– Bo jak ktoś kogoś bardzo kochał, to chyba nie przestaje słuchać.
Coś ścisnęło go w gardle. To było jedno z tych dziecięcych zdań, które trafiają prosto w miejsce, którego człowiek najbardziej stara się nie dotykać. Nie odpowiedział. Nie musiał. Maja i tak była już zajęta czymś innym. Zatrzymała się przy wystawie niewielkiego sklepu zoologicznego i przykleiła nos do szyby.
– Patrz!
– Widzę.
– Chcę takiego.
– Nie.
– Nawet nie powiedziałam czego.
– Nie ma znaczenia.
– Jesteś okropny.
19
– To prawda.
Zaśmiali się i ruszyli dalej. Niebo powoli ciemniało.
– Mama chyba miała rację, że będzie padać – stwierdziła Maja.
Miasto powoli przechodziło z popołudnia w wieczór. Mijali znajome budynki, niewielkie sklepy i ludzi wracających do domów. Rozmawiali dalej. Nawet nie zauważył, kiedy znaleźli się w pobliżu „Przystani”. Minęliby lokal bez zatrzymywania się, gdyby nagle ktoś nie krzyknął:
– Marek!
Zatrzymał się odruchowo, bo przed lokalem stało kilku mężczyzn. Dwóch rozpoznał od razu: Jarka i Krzyśka, kiedyś widywali się niemal codziennie. Wtedy, gdy istniał warsztat i żył Paweł.
– No patrzcie – zaśmiał się Jarek. – Myślałem, że już wyprowadziłeś się z miasta.
– Nie miałem tyle szczęścia.
– Chodź na chwilę.
Marek spojrzał na córkę, potem na wejście do lokalu, potem znowu na nią.
– Nie mogę – odparł stanowczo, spoglądając na córkę.
– Możesz.
– Jestem z córką.
– Tym bardziej możesz – namawiał Jarek.
– Logika godna geniusza – mruknął Krzysiek.
– Nie mogę.
Jarek rozłożył ręce.
– Jedno piwo.
– Nie.
– Jedno.
– Nie.
– Jedno.
– Zachowujesz się jak dziecko.
– A ty jak emeryt.
Marek przewrócił oczami i właśnie wtedy usłyszał głos Mai.
– Co to za miejsce?
– Bar.
– Taki prawdziwy?
– Tak.
– Nigdy nie byłam w prawdziwym barze.
– I nadal nie będziesz.
Jarek parsknął śmiechem.
– Chodź. Pięć minut jeszcze nikogo nie zabiło.
Stali w milczeniu. Wystarczyło odmówić, pożegnać się i wrócić z Mają do domu. To było najprostsze i najrozsądniejsze rozwiązanie. A jednak jego wzrok zatrzymał się na drzwiach lokalu.
– Tato?
Zerknął na Maję.
– Hm?
– Mają tam sok pomarańczowy? Bo strasznie chce mi się pić.
Jarek roześmiał się pierwszy, potem Krzysiek, a Marek poczuł, jak coś w nim mięknie.
– Pewnie mają.
20
– Taki prawdziwy?
– Chyba tak.
– To możemy wejść na chwilę.
Powinien powiedzieć nie, odwrócić się i wrócić do domu. To byłoby najprostsze. Nigdy wcześniej jej tutaj nie zabierał. Nie chciał, żeby stała się częścią tego świata. Ale chciała soku. Westchnął.
– Dobrze. Wejdziemy, ale tylko na dziesięć minut.
Maja skinęła głową i uśmiechnęła się do niego. Ufała mu.
Drzwi „Przystani” z trudem się otworzyły. W środku panował półmrok. Maja odruchowo przycisnęła do siebie papierową torbę z zakupami. Najpierw uderzył ją zapach. Kwaśny. Gorzki. Przesiąknięty starym drewnem. Zmarszczyła nos. To nie pachniało ani jak dom, ani jak szkoła, ani jak lodziarnia. Przy kilku stolikach siedzieli ludzie. Ktoś rozmawiał przez telefon. Ktoś śmiał się tak głośno, że Maja aż drgnęła. Nie podobało jej się tutaj.
– O Jezu...
Głos dobiegł zza baru. Kobieta odłożyła ścierkę i spojrzała najpierw na Marka, a potem na Maję. Zmarszczki wokół jej oczu pogłębiły się.
– Marek.
– Cześć, Teresa – przywitał się ze swoją ulubioną barmanką.
– Nie.
– Co nie?
– Nie mów mi, że przyprowadziłeś dziecko.
Maja od razu spojrzała na ojca. Marek westchnął.
– Tylko na chwilę.
– Właśnie to mnie martwi.
– Teresa...
– Nie.
Kobieta oparła dłonie o blat. Mogła mieć około pięćdziesięciu lat. Jasne włosy od dawna farbowała sama, więc przy skroniach przebijała siwizna.
– Naprawdę nie podoba mi się ten pomysł.
– Zaraz wychodzimy – obiecał.
– To wychodźcie teraz.
Jarek parsknął śmiechem na słowa Teresy.
– Jak zwykle miła.
– Zamknij się, Jarek – warknęła, może nawet trochę za ostro.
– Też cię lubię.
Teresa przewróciła oczami. Jej twarz natychmiast złagodniała, gdy spojrzała na Maję.
– Jak masz na imię?
– Maja.
– Ładnie.
– Dziękuję.
– Maja chciałaby się napić soku pomarańczowego – powiedział Marek.
– To zaraz taki dostaniesz.
Maja uśmiechnęła się nieśmiało. Teresa odpowiedziała tym samym, a potem pochyliła się niżej.
– I nie słuchaj tych głupków.
– Słyszałem to! – krzyknął Krzysiek.
21
– Miało być słychać.
Kilku mężczyzn przy stoliku wybuchnęło śmiechem. Napięcie odrobinę opadło. Maja odetchnęła.
Może jednak nie będzie tu aż tak źle.
Teresa po chwili postawiła przed nią wysoką szklankę soku, potem zaczęła czegoś szukać pod ladą. W końcu wyciągnęła kilka kredek i parę czystych kartek.
– Proszę.
– To dla mnie? – zdziwiła się Maja.
– Dla ciebie. Możesz zabrać do domu.
Puściła do Mai oko.
– Naprawdę?
– Pewnie.
– Dziękuję.
– Nie ma za co.
Maja usiadła przy niewielkim stoliku stojącym niedaleko baru. Torbę z zakupami położyła obok siebie. Notes w srebrne gwiazdy wsunęła do torby z ostrożnością, jakby chowała największy skarb.
Teresa zerknęła znacząco na Marka.
– Poproszę jedno i zaraz wychodzimy.
– Przysięgasz?
– Przysięgam.
Nie wierzyła mu, ale postawiła przed nim piwo. Taka była jej rola. Marek usiadł z Krzyśkiem i Jarkiem.
Przez jakiś czas wszystko wyglądało dokładnie tak, jak sobie Marek wyobrażał. Spokojnie. Zwyczajnie. Jarek opowiadał historię o nowym kierowniku. Ktoś śmiał się z jego żartów. Maja rysowała. Teresa kręciła głową za barem, a Marek naprawdę wierzył, że za chwilę wstanie, zapłaci i wróci z córką do domu.
Jego telefon zawibrował. Odruchowo spojrzał na ekran.
Anna.
Przez chwilę patrzył na jej imię, potem odblokował wiadomość.
Gdzie jesteście?
Napisała bez pretensji. Bez wykrzykników.
Podniósł wzrok na córkę. Maja siedziała przy stoliku i rysowała coś z ogromnym skupieniem. Końcówka języka wystawała jej lekko spomiędzy zębów, jak zawsze, gdy próbowała zrobić coś naprawdę starannie.
Zerknął na zegarek. Było dużo później, niż zakładał. Powinien już wyjść. Dziesięć minut dawno minęło.
– Wszystko okej? – zapytał Krzysiek.
Marek schował telefon.
– Tak.
– Żona?
– Tak.
– To odbieraj.
– Napisała tylko wiadomość.
Krzysiek wzruszył ramionami.
– Moja była też zawsze zaczynała od wiadomości.
22
– I?
– A potem zaczynała dzwonić.
Marek prychnął cicho.
– Bardzo zabawne.
– Staram się.
Na moment zamilkli. Za oknem był już późny wieczór. W środku baru robiło się coraz głośniej. Przy jednym ze stolików ktoś właśnie opowiadał historię, która najwyraźniej śmieszyła wszystkich oprócz niego samego. Z głośników sączyła się stara rockowa piosenka. Teresa przecierała szklanki i co chwilę zerkała na Maję pochłoniętą rysowaniem.
– Tato!
Spojrzał na córkę. Maja podniosła kartkę.
– Patrz.
Wstał i podszedł bliżej. Na rysunku byli we troje. Anna była największa. Maja stała pośrodku, a on trochę z boku. Dokładnie tak samo jak na rysunku, który dziewczynka zrobiła rano.
– Ładny – powiedział, delikatnie gładząc ją po głowie.
– Wiem.
– Skromna jesteś.
– Mama mówi, że ktoś musi.
Uśmiechnął się i przykucnął obok niej.
– Jeszcze chwila i wracamy.
– Dobrze.
– Nudzisz się?
Pokręciła głową. Widział, że skłamała.
– Chcesz jeszcze sok?
– Nie.
– A może frytki?
– Nie.
– Lody?
– Już jadłam.
– To nie wiem.
– Możemy wrócić już do domu? – zapytała cicho, bez pretensji i bez marudzenia.
Marek poczuł wyrzuty sumienia. Wiedział, że powinni już być w domu. Maja powinna teraz siedzieć w swoim pokoju, brać prysznic albo przeglądać nowy notes. Tak powinien wyglądać jej wieczór. Poprawił kosmyk włosów za jej uchem.
– Jeszcze chwila.
Dziewczynka skinęła głową.
– Zaraz wracamy – powtórzył, bardziej do siebie niż do niej.
– Dobrze.
Wrócił do stolika. Telefon nadal leżał obok. Anna nie napisała nic więcej. Powinien odpisać, ale wtedy Krzysiek zaczął opowiadać historię o nowym pracowniku w firmie. Potem postawił przed Markiem kolejne piwo. Później ktoś inny dosiadł się do stolika. Jedna minuta zamieniła się w następną, a potem w jeszcze jedną.
Nie zauważył nawet, kiedy wypił kolejne piwo.
Bar żył własnym rytmem. Drzwi co chwilę się otwierały i zamykały. Jedni wchodzili, inni wychodzili. Ktoś zamawiał kolejne piwo, ktoś wracał z pracy.
23
Maja siedziała przy stoliku wyraźnie znudzona. Na jednej kartce narysowała już rodzinę. Na drugiej morze. Na trzeciej domek z czerwonym dachem. Teraz bez większego przekonania kolorowała słońce, od czasu do czasu zerkając na tatę. Mówił coraz głośniej i śmiał się coraz częściej. Bardziej przypominał obcych ludzi niż siebie.
W pewnym momencie ktoś przysunął krzesło do jej stolika. Dziewczynka podniosła głowę. Mężczyzna był starszy od taty. Miał zaczerwienioną twarz i koszulę rozpiętą pod szyją. Nie wyglądał znajomo.
– Co rysujesz? – zapytał.
Maja odruchowo zasłoniła kartkę dłonią. Mężczyzna zaśmiał się.
– Spokojnie. Nie ukradnę.
Nie odpowiedziała. Przeniosła wzrok na tatę, który siedział kilka metrów dalej i nadal rozmawiał z Krzyśkiem. Nie patrzył w jej stronę.
– Ładnie rysujesz.
Milczała.
– Jak masz na imię?
– Maja.
– A ja Roman.
Nie wiedziała, co zrobić z tą informacją, więc nie zrobiła nic. Znowu zerknęła na tatę, który nadal na nią nie patrzył. W gardle poczuła nieprzyjemny ucisk.
– To twoja rodzina?
Roman wskazał na rysunek.
– Tak.
– Mama bardzo ładna.
Maja ścisnęła kredkę mocniej. Nie spodobało jej się to, co powiedział. Na szczęście w tym samym momencie pojawiła się Teresa, która postawiła przed mężczyzną szklankę z wyraźnym stuknięciem.
– Roman.
– No? – Spojrzał na nią od niechcenia.
– Zostaw dziecko w spokoju.
– Rozmawiamy tylko.
– To rozmawiaj z dorosłymi.
Roman wzruszył ramionami.
– Przewrażliwiona jesteś.
– Od trzydziestu lat.
– Da się zauważyć.
Patrzyła na niego tak długo, aż w końcu odpuścił. Wstał i usiadł przy innym stoliku. Dopiero wtedy Teresa zerknęła na Maję.
– Wszystko dobrze?
Dziewczynka kiwnęła głową, ale tym razem skłamała. Barmanka to zauważyła.
– Chcesz zadzwonić do mamy? – zaproponowała cicho, tak cicho, by nikt poza nimi nie usłyszał.
Maja się zawahała.
– Nie wiem.
– Tęsknisz?
– Trochę.
– To normalne.
24
Dziewczynka spuściła wzrok.
– Mieliśmy wejść tylko na chwilę... – wyszeptała.
Teresa spojrzała na Marka.
– Porozmawiam z nim.
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo będzie mu przykro – wyszeptała Maja.
Teresa pogłaskała ją delikatnie po włosach, niemal matczynym gestem.
– Jesteś bardzo dzielna.
– Mama też tak mówi – odparła Maja, czując narastającą tęsknotę, którą próbowała zagłuszyć.
– Mama jest mądra.
Maja uśmiechnęła się blado, ale kiedy Teresa odeszła, znowu zerknęła na ojca i po raz pierwszy tego wieczoru pomyślała, że chciałaby już być w domu.
Teresa, zanim podeszła do Marka, obsłużyła dwóch klientów, zabrała puste szklanki i dopiero wtedy zatrzymała się przy jego stoliku.
– Ile już wypiłeś? – zapytała chłodno.
Marek uśmiechnął się szeroko i spojrzał na nią znad kufla.
– Dzień dobry również tobie.
– Ile?
– Dwa.
– Czyli trzy.
– Dwa.
– Marek.
Westchnął ciężko.
– Dwa i pół.
– A dziecko?
Maja siedziała tam, gdzie wcześniej. Kolorowała kolejną kartkę. Nic złego się nie działo.
– Przecież ją widzę.
– Nie o to pytam.
– Teresa...
– Nie. – Pokręciła głową. – Nie dzisiaj.
Przez kilka sekund patrzyli na siebie w milczeniu. Znała go od lat. Jeszcze z czasów, gdy przychodził tu z Pawłem, opowiadał o Annie, a w jego oczach było więcej planów niż zmęczenia.
– Powinieneś wracać do domu – próbowała go przekonać. – Masz rodzinę, która cię potrzebuje.
– Wiem.
– To wracaj i już tu dziś nie wracaj.
– Zaraz – odparł lekko zmieszany.
To jedno słowo zawisło między nimi. Znienawidzone przez wszystkich, którzy kochali alkoholików. Zaraz. Za chwilę. Jeszcze moment. Jeszcze jedno. Jeszcze pięć minut.
Teresa odwróciła wzrok, bo wiedziała, że nic więcej nie wskóra.
– Nie każ mi później żałować, że cię nie wyrzuciłam.
Marek uśmiechnął się blado.
– Nie będziesz żałować. Obiecuję.
Teresa bardzo chciała mu wierzyć.
25
Kiedy wróciła za bar, Maja nadal siedziała sama. Dziewczynka przez chwilę obserwowała ojca, który się śmiał i coś opowiadał. Krzyśkowi też dopisywał humor. Wyglądali jak dawni przyjaciele. Im dłużej patrzyła, tym większy czuła ciężar w brzuchu, choć nie potrafiła go nazwać. Po prostu chciała wrócić do domu. Do mamy. Do swojego pokoju. Do balkonu pełnego kwiatów.
Telefon Marka zawibrował. Leżał na stoliku, tuż obok jego dłoni. Maja zauważyła ekran.
Mama.
Tylko tyle zdążyła przeczytać. Marek zerknął na wiadomość, a potem odłożył telefon ekranem do dołu, jakby to nie miało znaczenia.
Kilka minut później drzwi baru otworzyły się szerzej. Do środka weszło dwóch zmęczonych mężczyzn. Najpewniej wracali z pracy. Przywitali się z częścią gości i usiedli niedaleko. Jeden z nich od razu zamówił piwo. Drugi colę.
– Prowadzę – wyjaśnił.
Wtedy uderzyło go jedno słowo. Prowadzę. Jeszcze kilka lat temu sam mówił to zdanie. Wychodziło z niego naturalnie, bez zastanowienia i bez większego wysiłku. Dziś brzmiało jak wspomnienie kogoś obcego.
Krzysiek zauważył zmianę na jego twarzy.
– Co jest?
– Nic – odpowiedział wymijająco.
– Na pewno?
– Na pewno – dodał, ale obaj wiedzieli, że skłamał.
Marek nagle przypomniał sobie Annę czekającą w domu. Kolację. Mieszkanie. Maję. Przez chwilę naprawdę chciał wstać, zapłacić i wyjść. Przerwać ten wieczór właśnie tutaj. W końcu wstał, chwycił telefon i schował go do kieszeni spodni, wtedy Jarek klepnął go w ramię.
– Pamiętasz wakacje nad jeziorem?
– Muszę już iść... Następnym razem pogadamy.
– Dobra, ale poczekaj. Jeszcze tylko przypomnimy sobie te wakacje nad jeziorem...
I moment wyjścia minął.
Marek usiadł ponownie na krześle, a Jarek zamówił mu kolejne piwo. Maja spojrzała na zegar wiszący nad barem. Nie umiała jeszcze odczytywać wszystkich godzin, ale wiedziała, że było znacznie później niż wtedy, gdy jedli lody, kupowali notes i tata obiecał, że wstąpią tylko na chwilę. Westchnęła i zaczęła starannie zbierać kredki. Kartki wsunęła do torby.
Przez pewną chwilę przyglądała się rysunkowi rodziny, temu ostatniemu, na którym trzy osoby trzymały się za ręce, uśmiechały się i były szczęśliwe. Złożyła kartkę na pół i wsunęła ją między strony nowego notesu. Chciała zachować ten rysunek, żeby nic mu się nie stało. Wstała, a następnie zerknęła na tatę, który rozmawiał i śmiał się. Nie zauważył nawet, że podniosła się od stolika. Stała bez ruchu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. W końcu podeszła do niego.
– Tato? – Nie usłyszał. – Tato? – Dopiero za drugim razem odwrócił głowę.
– Tak?
– Możemy już wracać?
Przez sekundę wyglądał tak, jakby naprawdę chciał się zgodzić. Maja zobaczyła to w jego oczach.
– Zaraz.
Znowu to słowo: zaraz.
Dziewczynka smutno skinęła głową.
– Dobrze.
26
Nie protestowała. Nie marudziła. Nie obrażała się. Nie chciała mu sprawić przykrości. Po prostu wróciła na swoje miejsce.
Marek patrzył za nią chwilę dłużej i nagle zrobiło mu się głupio, bo doskonale wiedział, że już powinien wstać, zapłacić i zabrać ją do domu. Widział, że była zmęczona, znudzona i coraz cichsza, ale znów ktoś klepnął go w ramię.
Za oknem zaczęło kropić. Najpierw pojawiły się pojedyncze krople, a potem padało coraz mocniej. Na szybie pojawiły się cienkie smugi. Przechodnie przyspieszali kroku. Niektórzy rozkładali parasole, inni chowali się pod daszkami sklepów.
Maja obserwowała deszcz. Lubiła deszcz, ale tylko wtedy, kiedy oglądała go z domu, siedząc pod kocem obok mamy. Znowu spojrzała na tatę. Teraz mówił coś bardzo poważnie, gestykulował, jakby próbował coś tłumaczyć, potem pokręcił głową, a później wypił kolejny łyk piwa. Maja nie wiedziała dlaczego, ale znów bardzo zatęskniła za mamą.
Drzwi baru otworzyły się gwałtownie. Do środka wszedł mężczyzna około czterdziestki. Był wysoki, szczupły i przemoczony od deszczu. Rozejrzał się po sali i od razu skierował wzrok na Marka, po czym podszedł do jego stolika.
– No proszę.
Marek uniósł głowę i natychmiast zesztywniał.
– Nie teraz – poprosił, myśląc o Mai. – Proszę, nie zaczynaj.
– A kiedy?
Krzyśkowi od razu zrzedła mina. Jarek zerknął w bok, tak jak robią ludzie, którzy wiedzą, że zaraz zacznie się coś nieprzyjemnego.
– Powiedziałem ci, że oddam – odparł chłodno Marek.
– Powiedziałeś to trzy miesiące temu.
W barze zrobiło się ciszej. Nie całkiem, ale wystarczająco, żeby Maja przestała rysować niewidzialne wzory palcem po blacie i poczuła znajomy ucisk w brzuchu. Dokładnie taki sam jak wtedy, gdy rodzice się kłócili albo ktoś w szkole płakał.
– Powiedziałem, że ci oddam.
Mężczyzna zaśmiał się krótko, bez cienia rozbawienia.
– Tak. Mówiłeś.
– Oddam.
– Wiem.
– To po co znowu zaczynasz? – próbował załagodzić sytuację Marek.
– Bo mam już dosyć słuchania tego samego. Mam swoje rachunki. Myślisz, że bank też będzie czekał?
Przy stoliku zapadła cisza. Nawet Jarek przestał się uśmiechać, a Marek poczuł gorąco rozlewające się po karku. Nigdy nie lubił takich sytuacji, zwłaszcza przy ludziach, a tym bardziej przy córce. Zacisnął szczękę.
– Przestań. Proszę.
– Dlaczego? – kontynuował tamten.
– Bo mówię, żebyś przestał.
– A ja mówię, że mam już dość. Też potrzebuję pieniędzy.
– Oddam...
Kilka osób zaczęło spoglądać w ich stronę. Maja obserwowała wszystko z końca sali. Nie rozumiała większości słów, ale rozumiała ton. Ten nieznajomy był bardzo zły na jej tatę.
– Wiesz, co jest najgorsze? – Mężczyzna nie czekał na odpowiedź. – Że kiedyś cię szanowałem.
27
– Nie gadaj głupot.
– Nie?
Mężczyzna prychnął.
– Kiedy Paweł żył, byłeś innym człowiekiem.
Przy stoliku zrobiło się jeszcze ciszej. Imię przyjaciela zawsze działało jak otwieranie starej rany.
– Nie mieszaj go do tego – warknął Marek.
– Dlaczego? Bo nie żyje? Powiedz, że nie mam racji.
– Zamknij się.
– Powiedz.
Mężczyzna wskazał na kufel.
– Powiedz, że to nie przez takie wieczory.
Wskazał na salę.
– Powiedz, że to nie przez to straciłeś pracę.
Spojrzał na Marka.
– Powiedz, że nie uciekasz przed własnym życiem.
Marek poczuł, jak coś w nim pęka.
– Wystarczy – warknął.
– Nie.
– Powiedziałem: wystarczy – powtórzył, zaciskając dłonie w pięści.
– A ja powiedziałem: oddaj to, co moje.
Kilku gości odwróciło wzrok. Marek słyszał już tylko własny wstyd, porażkę i bezsilność. Wiedział, że jego córka siedzi kilka metrów dalej i obserwuje.
– Tato... – wyszeptała Maja.
Jej głos był ledwo słyszalny, lecz dla Marka zabrzmiał jak alarm. Skierował spojrzenie w jej stronę. Dziewczynka patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
– Powiedziałeś wszystko? – zapytał mężczyzna.
– Jeszcze nie.
– To powiedz jutro – odparł Marek, próbując zakończyć rozmowę.
– Jutro znowu będziesz miał wymówkę.
– Powiedziałem...
– Nie interesują mnie twoje wymówki!
Głos mężczyzny odbił się od ścian lokalu. Kilka osób odwróciło głowy. Ktoś ściszył rozmowę, ktoś inny odłożył kufel. Marek czuł na sobie wszystkie spojrzenia. Miał wrażenie, że wszyscy wiedzą już o nim wszystko.
– Powiedziałem, że oddam.
– A ja powiedziałem, że mam dość słuchania.
– Nie rób scen.
– Ja? – Mężczyzna roześmiał się gorzko. – To ty przyprowadzasz dziecko do baru.
Marek poczuł, jak serce zaczyna walić mu w piersi. Wiedział, że tamten miał rację.
– Uważaj.
– Dlaczego?
– Bo cię proszę.
– Nie. – Mężczyzna pokręcił głową. – Ktoś w końcu powinien powiedzieć ci prawdę.
– Zamknij się!
– Popatrz na siebie.
28
Te trzy słowa trafiły najmocniej. Po raz pierwszy Marek zobaczył siebie oczami obcego człowieka. Nie mechanika. Nie przyjaciela Pawła. Nie ojca. Tylko faceta siedzącego z piwem w barze, podczas gdy jego córka czeka sama przy stoliku.
– Powiedziałem ci...
– A ja ci mówię, że się stoczyłeś.
Krzesło Marka odsunęło się gwałtownie. Wstał. Był wściekły i upokorzony.
– Dobra. Spokojnie – próbował wtrącić się Krzysiek, chcąc rozładować sytuację. – Marek... Usiądź.
– Nie – burknął.
– Daj spokój – powiedział Krzysiek.
– Niech skończy.
– Po co?
– Niech powie wszystko.
Mężczyzna prychnął.
– Wszystko?
– No.
– Dobrze.
Patrzyli sobie prosto w oczy.
– Byłeś kiedyś dobrym facetem. Podejrzewam, że i mężem, i ojcem. – Mężczyzna zrobił krótką pauzę. – A potem zacząłeś wszystko po kolei przegrywać: pracę, pieniądze, siebie. I najgorsze?
Wskazał na dziewczynkę.
– Przyprowadziłeś córkę do baru.
Maja poczuła, jak coś ściska ją za gardło. Nie rozumiała wszystkiego, ale wiedziała, że nie powinna tego słuchać. A jednak nie potrafiła przestać.
Marek nie wytrzymał i pchnął mężczyznę. Nie mocno, nie tak, żeby zrobić mu krzywdę, ale odruchowo, jak człowiek, który chce odsunąć od siebie coś, czego nie chce słyszeć. Mężczyzna cofnął się o krok, potem odepchnął Marka i wtedy wszystko wydarzyło się jednocześnie. Krzesło przewróciło się z hukiem. Ktoś krzyknął. Jarek zerwał się na równe nogi. Krzysiek zaklął pod nosem. Teresa wybiegła zza baru.
– Dosyć! – krzyknęła.
Maja poderwała się z miejsca. Serce waliło jej tak mocno, że aż bolało.
– Tato!
Marek nie spojrzał na nią, kiedy go zawołała, i właśnie to przeraziło ją najbardziej. Nie krzyki. Nie przepychanka. Nie przewrócone krzesła. Tylko to, że tata jej nie usłyszał, jakby nagle przestała istnieć, jakby była dla niego niewidzialna.
Poczuła łzy pod powiekami.
– Tato... – szepnęła ponownie, ale jej głos zginął w tłumie.
Wokół zrobiło się bardzo głośno. Było za dużo ludzi, głosów i strachu. Wtedy Maja zrobiła jedyną rzecz, jaka przyszła jej do głowy. Przewiesiła torebkę przez ramię, chwyciła torbę z zakupami, przycisnęła ją do piersi i ruszyła w stronę wyjścia. Drzwi baru zamknęły się za nią z głuchym trzaskiem. Nagle zrobiło się cicho. Słyszała tylko deszcz. Drobne krople uderzały o chodnik, o dach pobliskiego przystanku. Maja zatrzymała się pod daszkiem i mocniej przytuliła do siebie torbę. Serce nadal biło jej szybko. Tak szybko, że aż bolało. Z torebki wyciągnęła płaszcz przeciwdeszczowy i go założyła. Poczuła pieczenie pod powiekami. Mama
29
zawsze mówiła, że płacz nie jest niczym złym, ale teraz nie chciała płakać. Gdyby zaczęła, pewnie nie potrafiłaby przestać.
– Chcę do domu... – szepnęła.
Przez chwilę stała nieruchomo, potem spojrzała w stronę ulicy. Znała tę drogę, przynajmniej trochę. Przechodzili tędy wiele razy z mamą i tatą, ale Bydgoszcz wieczorem wyglądała inaczej. Lampy odbijały się w mokrym asfalcie, a samochody zostawiały za sobą smugi światła. Maja otarła policzek. Odwróciła się i wbiła wzrok w drzwi baru.
Może tata zaraz wyjdzie. Może już się pogodzili i w końcu wrócą do domu. Może...
Drzwi jednak pozostawały zamknięte.
Maja przełknęła ślinę. Zrobiła pierwszy krok, potem drugi i ruszyła chodnikiem przed siebie, do domu.
W środku baru wszystko trwało jeszcze kilkanaście sekund. Teresa weszła między mężczyzn. Jarek odciągnął Marka. Krzysiek próbował uspokoić sytuację. Mężczyzna wyszedł z lokalu. Marek oddychał ciężko. Przetarł twarz dłonią. Spojrzał w stronę małego stolika, przy którym siedziała Maja. Był pusty. Marek zaczął nerwowo rozglądać się po sali.
– Maja?
Nikt mu nie odpowiedział.
– Maja?
Serce zatrzymało mu się na ułamek sekundy. Torba z zakupami zniknęła. Sok stał niedopity. Krzesło było odsunięte, jakby ktoś przed chwilą z niego wstał.
– Teresa... – Głos mu drżał. – Gdzie jest Maja?
Kobieta zerknęła na pusty stolik, a następnie na niego.
– Boże... – szepnęła.
Marek najpierw pobiegł do łazienki, ale tam też jej nie było. W końcu ruszył w stronę drzwi. Wybiegł na zewnątrz. Zimny deszcz uderzył go prosto w twarz.
– Maja! – wrzasnął.
Jego głos poniósł się po mokrej ulicy. Kilku przechodniów spojrzało na niego, ale w żadnej twarzy nie widział Mai. Nigdzie jej nie było. Marek przebiegł kilka metrów. Serce waliło mu tak mocno, że ledwo łapał oddech.
– Maja!
Nikt mu nie odpowiedział. Słyszał tylko szum samochodów i deszcz. Za plecami usłyszał kroki. Odwrócił się przerażony. To była Teresa, Krzysiek i ktoś jeszcze, ale nie miało to już znaczenia. To nie była jego córka. Zaczął biec. Nagle wszystkie procenty całkowicie z niego wyparowały, jakby nigdy ich nie było. Został tylko pierwotny strach. Taki, którego nie da się pomylić z niczym innym.
– Maja!
Przy przystanku autobusowym nikogo nie było. Przy kiosku też nie. Przy przejściu dla pieszych również. Marek obracał głowę na wszystkie strony. Coraz szybciej. Coraz bardziej chaotycznie. W myślach widział tylko jedną rzecz. Małą dziewczynkę z torbą przewieszoną przez ramię i łzy, których wcześniej nie zauważył. Były. Teraz był tego pewien. A on ich nie zauważył, bo siedział przy piwie.
– Boże... – wyszeptał, przerażony, łapiąc się za włosy.
Kilkaset metrów dalej Maja również szła coraz szybciej. Bała się i bardzo chciała, żeby ten strach minął. Coraz mocniej ściskała pasek torby. Deszcz sklejał włosy przy policzkach. Nos piekł od płaczu.
Mama na pewno się martwi.
30
Ta myśl sprawiła, że przyspieszyła jeszcze bardziej.
Marek zatrzymał przypadkowego przechodnia.
– Widział pan małą dziewczynkę?
– Jaką dziewczynkę?
– Dziewięciolatkę. Ma ciemne włosy. Torbę przewieszoną przez ramię.
Mężczyzna pokręcił głową.
– Nie.
Marek pobiegł dalej. Czuł już ból w płucach, ale nie zwracał na niego uwagi.
– Maja! Maja! Maja!
Jej imię rozdzierało wieczór.
I właśnie wtedy gdzieś przed nim rozległ się dźwięk. Najpierw pojedynczy krzyk. Potem drugi. Następnie gwałtowny pisk hamulców. Tak ostry, że przeciął powietrze jak nóż. Marek zamarł. Na jedną sekundę, a może dwie. Potem zaczął biec tak szybko, ile miał sił w nogach.
Deszcz rozmywał światła samochodów. Ludzie stali na chodniku. Kilka osób zebrało się przy przejściu dla pieszych. Ktoś trzymał dłonie przy ustach. Ktoś inny mówił coś do telefonu. Jeszcze ktoś próbował przecisnąć się bliżej.
Marek nic nie rozumiał i nie chciał rozumieć. W głowie miał tylko jedno.
To nie może być ona. Proszę. Boże, tylko nie ona.
Przyspieszył. Potknął się o krawężnik. Prawie upadł, ale natychmiast poderwał się z powrotem. Oddychał tak ciężko, że aż bolało. Ludzie zaczęli się odwracać. Patrzyli na niego dziwnie, jakby już wiedzieli coś, czego on jeszcze nie wiedział. Jakby mu współczuli.
– Przepraszam...
Przepchnął się między dwiema osobami.
– Proszę...
Jeszcze krok. Potem następny. I wtedy zobaczył małą torbę, która leżała kilka metrów dalej. Serce zatrzymało mu się na sekundę, a później ruszyło z taką siłą, że zrobiło mu się niedobrze.
Nie! To nie może być jej torba!
Zrobił kolejny krok i zobaczył notes, ten sam, który kupili kilka godzin wcześniej. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł na kolana. Nie pamiętał kiedy ani jak. Po prostu nagle znalazł się na mokrym asfalcie. Deszcz spływał mu po twarzy. A może to nie był deszcz, tylko łzy. Nie wiedział. Cały świat skurczył się do tego skrzyżowania.
– Nie... – wyszeptał, a potem niemal wrzasnął: – Nie!
Tak, jakby samo powtarzanie tego słowa mogło coś zmienić albo cofnąć czas. Jakby mogło sprawić, że wróci do momentu, kiedy stali w parku i jedli lody, kiedy opowiadał o Pawle, kiedy wszystko jeszcze było możliwe do naprawienia.
Ktoś położył mu dłoń na ramieniu, ale natychmiast ją zrzucił. Nie chciał pocieszenia. Nie chciał współczucia. Nie chciał ludzi. Chciał tylko córkę. Tylko ją. Nic więcej.
– Proszę pana... – powiedział ktoś cicho. – Karetka już jedzie.
Syrena karetki była już słyszalna w oddali, coraz bliżej i coraz głośniej. Ludzie nadal stali na chodniku. Ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś płakał. Ktoś próbował uspokajać kierowcę samochodu, który siedział kilka metrów dalej i wyglądał tak, jakby zaraz miał się przewrócić.
