Z pierwszej piłki - Remigiusz Mróz - ebook + książka
BESTSELLER

Z pierwszej piłki ebook

Remigiusz Mróz

4,0

812 osoby interesują się tą książką

Opis

Nim doszło do tragedii, Rewera Opole została okrzyknięta największym fenomenem polskiego futbolu. W efektowny sposób awansowała do najwyższej klasy rozgrywkowej, a potem rozbijała rywali jednego po drugim. Wszystko skończyło się, gdy trener i piętnastu piłkarzy zginęło w tragicznym wypadku. Teraz klub, pozbawiony większości kadry, znalazł się na skraju przepaści. Nowy szkoleniowiec jest zwalnianym z kolejnych drużyn wyrzutkiem, a jego zespół składa się z niedoświadczonych, młodych chłopaków z podwórka.
Czy uda im się stawić czoła najlepszym ligowym zespołom? I obronić to, co wywalczyli ich poprzednicy?
Kibice pokładają największe nadzieje w nastolatku grającym z numerem 15, którego marzeniem jest podbicie piłkarskiego świata. Popełnia on jednak tragiczny błąd, który kosztować może go nie tylko karierę, ale także życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 653

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (194 oceny)
90
49
29
17
9
Sortuj według:
Artigiana

Z braku laku…

Jeden z gorszych gniotów Mroza. Serio dawno tak źle nie było. Najpierw pomyślałam że ta książka będzie super dla miłośników piłki, ale szybko to odszczekalam. Footbolowe sience fiction. W kiepskim wykonaniu
71
piotr_2000
(edytowany)

Nie polecam

Pierwsza książka R. Mroza, której nie doczytałem do końca. Zdecydowanie źle mi się ją czytało. Czare goryczy przepełniły wymyślone nazwy drużyn piłkarskich i iracjonalne przebiegi meczów. Po dłuższej chwili refleksji muszę stwierdzić, że odnoszę wrażenie, że RM tylko firmuje tą książę, bo kompletnie odbiega od Jego dotychczasowej twórczości. Nie ten Mróz, nie ten poziom rozgrywkowy ;).
Kazmierczak1964

Z braku laku…

zawiodłem się przeczytawszy książkę. ponad 600 stron kopania piłki przeplatane emocjami bohaterów. Dla mnie stracony czas. Jedno trzeba oddać, że emocje piłkarskie są super i nic poza tym. Ten cały wątek piłkarski można było zamknąć w max połowie tej książki.
41
anetawm

Z braku laku…

Pierwszy raz nie wiem, czy sięgnę po następną książkę tego autora. Fabuła bez opisu meczów zmieściłaby się na trzech stronach.
41
AnnaC1998

Całkiem niezła

Czytam od rana i jestem na 317 str mając nadzieję że będzie to coś więcej niż opowieść o piłce ale chyba nadzieje są płonne bo palec sam zaczął przerzucać po 2-3 strony na raz 😥 chyba nie dam rady ......
30

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla K.

Oraz dla wszystkich, z którymi grałem na Jedynce

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Futbol nie ma nic wspólnego z fair play.

(…) to wojna minus wystrzały.

George Orwell

 

 

Niektórym wydaje się, że stadiony piłkarskie to wyspy.

Nie wiedzą, że są one raczej lustrami, w których odbija się

obraz świata, do którego wszyscy należymy.

Eduardo Galeano

 

 

Football, bloody hell!

sir Alex Ferguson

 

 

 

 

PÓŹNIEJSEZON 2022/2023

 

 

Carrer del Duc, Barcelona

 

Świat był nijaki, a godzina żadna. Młody chłopak w koszulce z numerem 15 na plecach wybiegł z hotelu, rozglądając się nerwowo. Miasto spało głęboko, a w niewielkiej uliczce niepodzielnie panowały mrok i cisza, którą mącił jedynie nierówny oddech piłkarza.

Przez moment stał jak wrośnięty w ziemię, nie mając pojęcia, co począć. Świat wirował, w głowie mu huczało, a obraz przed oczami wciąż nie chciał się wyostrzyć.

Chłopak opuścił głowę i uniósł lekko dłonie, wbijając w nie wzrok. Czuł się jak w grze komputerowej – niby kontrolował swoje ciało, ale zdawało się nierealne, należące do kogoś innego.

Złudzenie.

Faktem było zaś to, że krew znajdująca się na rękach nie należała do niego. Próbował ją zetrzeć, zanim wybiegł z pokoju hotelowego. Pozbył się jej jednak tylko na tyle, by nie zostawić śladów na korytarzu.

Potem uruchomił się w nim nieracjonalny instynkt, który kazał uciec.

Wciąż widział zakrwawione ciało, które zostawił na łóżku. Pokrytą rdzawą czerwienią pościel. Szkarłatne rozbryzgi na meblach i ścianach. A w końcu także twarz wykrzywioną w bolesnym grymasie śmierci.

Zrobiło mu się niedobrze, nogi niemal się pod nim ugięły. Wstrzymał na moment oddech, mimowolnie uświadamiając sobie, że jeśli tu zwymiotuje, zostawi ślady.

Ta myśl go ocuciła. Zebrał się w sobie, a potem pobiegł w stronę plaça de Catalunya. Równie dobrze mógł obrać przeciwny kierunek. Nie było nikogo, kto mógłby udzielić mu pomocy.

Zostawił cały pokój hotelowy we krwi, ofiara znajdowała się w jego łóżku, a jego odciski palców i ślady DNA będą łatwe do zidentyfikowania.

Wydawało się, że jest na przegranej pozycji.

Mimo to pędził przed siebie, łudząc się, że odnajdzie ratunek. I licząc na to, że nikt go nie dostrzeże.

Nadzieja prysła, kiedy rozległ się głos zza jego pleców.

– Perdona’m!

Piłkarz nie zareagował, nie zwolnił. Zupełnie jakby istniała szansa, że dzięki temu w jakiś cudowny sposób okaże się, że się przesłyszał.

– Disculpi’m! – rozległo się głośniejsze wołanie.

Chłopak powoli przestał biec, nim wreszcie się zatrzymał. Czas zdawał się zmierzać wstecz, a serce piłkarza najpierw przyspieszyło, by potem niemal przestać bić. Zwiesił głowę i ledwo odnalazł w sobie odwagę, by obejrzeć się przez ramię.

Dostrzegł to, czego się obawiał.

Policjant zbliżał się do niego szybkim krokiem, trzymając dłoń na kaburze z bronią i wbijając wzrok w jego zakrwawione ręce.

 

 

 

 

WCZEŚNIEJSEZON 2021/2022

 

1–20 KOLEJKA

 

 

1

 

ul. Pawlety, Suchy Bór

 

Na boisku sportowym w liczącym niecały tysiąc mieszkańców Suchym Borze nie było trybun, a nawet gdyby się tu znalazły, w takich okolicznościach trudno byłoby zapełnić je widzami.

Witek Krygier był tu pierwszy – i zapewne ostatni – raz. Usiadł tuż przy młodej dziewczynie na niewielkim drewnianym podeście, na którym oprócz nich znajdowało się kilka innych osób. Wszystkie w podobnym wieku, licealnym. Tak jak dwunastu grających na boisku chłopaków.

Krygier skupiał się tylko na jednym. Na koszulce nie miał nazwiska, wyłącznie numer – 15. I bez tego Witek wiedział jednak doskonale, jak chłopak się nazywa.

– I co myślisz? – odezwała się siedząca obok niego dziewczyna.

Krygier westchnął cicho, a potem spojrzał na córkę.

– Że przede mną mission impossible – odparł. – I to nie z gatunku tych filmowych, bo nazwę tamtej serii powinni zmienić na possible.

– Co?

– Każda misja na końcu im się powodzi.

Kalina potrząsnęła głową, a potem wskazała na jednego z młodych piłkarzy.

– Miałam na myśli jego – odparła.

To jej pomysłem było, by Witek zjawił się na właściwie podwórkowym meczu w jednej z podopolskich wsi. Raz w tygodniu grali tu jej znajomi z liceum, w tym także chłopak z numerem piętnaście.

Kala zapewniała ojca, że nie pożałuje, a kiedy będzie opuszczał Suchy Bór, wzbogaci się o swojego najlepszego napastnika.

Owszem, desperacko potrzebował kogoś na tę pozycję, ale szczerze wątpił, by mógł uzupełnić kadrę o osiemnastolatka, który nigdy nie grał w żadnym klubie. Najpewniej nie odbył nawet jednego profesjonalnego treningu.

Ot, kopał piłkę po nierównych, dziurawych i nieskoszonych boiskach, z których najpierw trzeba było uprzątnąć psie gówna, by w ogóle zacząć mecz.

Krygier zjawił się tu głównie po to, by córka przestała suszyć mu głowę. I po pierwszych pięciu minutach meczu właściwie był bliski uznania, że odbębnił rodzicielski obowiązek i może zbierać się z powrotem do Opola.

– Potrzebujesz go – odezwała się Kala.

– Potrzebuję środków na transfery, profesjonalnego sztabu, dobrych skautów i przynajmniej piętnastu piłkarzy, którzy potrafią grać. W tej chwili nie mam nic z tych rzeczy. I łażę po boiskach, które wyglądają jak nieużytek rolny.

– Tato…

– Piłka im skacze w dziurach – uciął Witek, wskazując ręką miejsce, w którym futbolówka przed momentem uciekła prosto spod nóg numeru piętnaście.

– To nie są dziury – odparła Kalina. – Tam są zraszacze.

Ojciec posłał jej spojrzenie mówiące więcej niż cała kawalkada słów.

– Chłopak ci się podoba, zrozumiała sprawa – zauważył. – Ale…

– Nie powiedziałam, że mi się podoba.

– Nie musiałaś. Świecisz cyckami, jakbyś chciała go oślepić jak jelenia na drodze w środku nocy.

Kalina tylko na ułamek sekundy oderwała wzrok od tego, co działo się na boisku. Tyle jednak wystarczyło, by Krygier poczuł się mały.

– Tak się mówi do swojej córki? – burknęła.

– Mówi się tak, jak się uznaje za słuszne. Na tym polega rodzicielstwo.

– Chyba jednak nie do końca.

– Spadnie na ciebie kiedyś przekleństwo własnych dzieci, to się sama przekonasz.

Kątem oka zauważył, że Kala kręci głową.

– Naprawdę niedziwne, że matka wyrzuciła cię z domu – zauważyła.

– Nie wyrzuciła. To się odbyło za porozumieniem stron.

– Ehe.

– Co „ehe”?

– Nic. Po prostu dziwnie nazywasz wyrzucanie twoich rzeczy na korytarz przy jednoczesnym krzyczeniu „wypierdalaj i nigdy tu nie wracaj, chuju złamany” – odparła spokojnie Kalina.

Witek obrócił głowę do córki. Przez moment słychać było jedynie nawołujących się piłkarzy.

– Nie przeklinaj – odparł Krygier.

– To nie mów, że świecę cyckami.

– To nimi nie świeć.

Kala złapała za bluzkę i odsłoniła dekolt jeszcze bardziej, po czym władczym ruchem głowy wskazała boisko.

– Obserwuj – poleciła.

Miała dużo ze swojej matki. Stanowczo za dużo.

Witek skupił się na chłopaku, który właśnie podnosił rękę, by kolega z zespołu podał mu piłkę. Tak się stało. Kiedy futbolówka znalazła się przy nodze zawodnika, ten natychmiast odskoczył z nią w bok, zupełnie jakby przykleiła się do jego buta.

W pełnym biegu zaczął schodzić ze skrzydła w kierunku bramki, mając przed sobą trzech obrońców. Pierwszego minął prostym zwodem, wykonując jedną nogą ruch ponad piłką, a drugą trącając ją w przeciwnym kierunku. Drugiego pokonał balansem ciała, a wokół trzeciego okręcił się, jakby ten był słupkiem treningowym.

Zostawszy sam na sam z bramkarzem, chłopak wziął zamach, przygotowując się do strzału. Obserwując, na którą stronę przeniósł ciężar ciała i pod jakim kątem zamierzał uderzyć futbolówkę, Krygier doszedł do wniosku, że piłka pójdzie w lewy dolny róg bramki.

Zawodnik huknął jednak w prawe górne okienko. Bramkarz nawet nie mrugnął.

Witek machinalnie się pochylił i oparł ręce na kolanach.

– No i? – odezwała się Kala. – Nie mówiłam?

Zignorował ją, skupiając się na tym, jak wygląda celebracja gola. A właściwie jej brak. Zarówno ten chłopak, jak i reszta drużyny zachowywali się, jakby to wszystko było na porządku dziennym.

– Halo? – zapytała Kalina, kiedy drugi zespół zaczął od środka. – Ziemia do ojca.

Krygier nie reagował.

Obserwował, jak młody piłkarz najpierw rozdziela podania, robiąc za playmakera i wykazując świetny przegląd gry, a potem przenosi się sprintem pod pole karne przeciwnika. W pełnym biegu potrafił nie tylko oddać piłkę, kiedy partner znajdował się na lepszej pozycji, ale też wyprowadzić strzał, który bez odpowiedniego przygotowania powinien być niemożliwy. Kiwał jak szalony, a piłka zdawała się przedłużeniem jego ciała. Mylił wszystkich na boisku, dryblując w sposób kompletnie nieprzewidywalny, czasem zdający się przeczyć fizjologii. I grał tak, jakby dziś miał skończyć się świat.

Witek w końcu się wyprostował.

– Kto to, kurwa, jest? – wypalił.

– Adam Benhardt – odparła córka. – Mówiłam ci.

 

 

2

 

ul. Szkolna, Suchy Bór

 

Idąc w kierunku furtki, Benhardt dostrzegł, że facet, który wcześ­niej przyglądał im się z boku, teraz stał oparty o ogrodzenie. Wyglądał nieco podejrzanie, szczególnie siedząc między dziewczynami ze szkoły – gadał jednak z którąś z nich, wychodziło więc na to, że nie należy do permanentnych bywalców nieodległego baru, których czasem coś tu przywiało.

Niemniej jednak sprawiał wrażenie, jakby mógł nim być. Fryzura niedbała, nierówno przycięty wąs, szczecina na policzkach, a do tego ciuchy, w których mógłby wystąpić w dokumencie o powodzi z dziewięćdziesiątego siódmego.

Kiedy Adam zbliżył się do ulicy, gość się ożywił. Ewidentnie czekał właśnie na niego.

– Często przychodzi pan sobie popatrzeć na młodych chłopaków? – rzucił pod nosem Benhardt, mijając furtkę.

– Co?

– Gapił się pan jak Iga Świątek na tiramisu po wielkoszlemowej wygranej.

Mężczyzna wydawał się nieco skonsternowany, a Benhardt wyczuł niewyraźną woń alkoholu. Żadnego dobrego, chyba najtańsza wóda.

– Jestem ojcem Kali – rzucił.

– Kogo?

Facet rozejrzał się, jakby chciał wskazać właściwą osobę. Grupa dziewczyn odeszła już jednak razem z graczami w kierunku ulicy. Adam został na boisku jako ostatni, bo w pewnym momencie meczu nadepnął na wystający zraszacz wody i chyba lekko go ułamał.

Znowu będą problemy, a on nie miał kasy, by po raz kolejny płacić za jakieś niefortunne uszkodzenia na terenie boiska.

– Kalina – podjął mężczyzna. – Chodzi z tobą do liceum.

Benhardt zmierzył go wzrokiem.

– Imię wybierał pan czy żona? – rzucił.

– Hę?

– Tak tylko pytam.

– Słuchaj, gówniarzu…

– Może innym razem – odparł Adam, ruszając przed siebie.

Obejrzał się kontrolnie przez ramię, ale gość nie ruszył za nim. Kiedy Adam zobaczył go po przyjściu na boisko, zakołatała mu w głowie myśl, że może to jakiś skaut albo trener któregoś zespołu z akademii Rewery Opole, U19 lub U18. Wystarczyło jednak mu się przyjrzeć, by stwierdzić, że nie ma na co liczyć.

Zjawił się tu, bo Benhardt pewnie w jakiś sposób przeciął się z jego córką. I facet chciał teraz wysuszyć mu głowę.

Należało jak szybciej się stąd ewakuować.

– Gdzie się uczyłeś grać? – rozległo się zza jego pleców.

Adam zatrzymał się i obrócił. Mężczyzna nadal stał oparty plecami o płot, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i dziwną ciekawością w oczach.

– Gdzie się dało – odparł Benhardt.

– Znaczy?

Adam rozłożył ręce.

– Głównie tu – wyjaśnił. – Mieszkam niedaleko.

Patrzyli na siebie badawczo, obaj jakby niepewni, dlaczego w ogóle prowadzą rozmowę. Coś jednak sprawiało, że żaden z nich nie był gotowy jej zakończyć. Facet w końcu przedstawił mu się jako Witek Krygier, a chłopakowi coś to nazwisko mówiło. Może jednak znał jego córkę?

– Nie grałeś w żadnej szkółce? – odezwał się mężczyzna.

– Nie. Tylko w szkolnych reprezentacjach i paru amatorskich drużynach.

Krygier wciąż przypatrywał mu się z mieszaniną podekscytowania i obawy, zupełnie jakby właśnie wyłapał na Allegro okazję zbyt korzystną, by mogła okazać się prawdziwa.

– A teraz? – spytał.

– Teraz gadam z panem, chociaż nie wiem po co.

– Pytam o to, gdzie grasz.

– W B klasie.

Witek zmrużył oczy.

– A pan co, spis powszechny robi?

– Nie – odparł spokojnie mężczyzna. – Szukam zawodników do klubu.

– Jakiego?

– Rewery.

Dopiero teraz w umyśle Adama nastała nagła iluminacja. Witold Krygier, trener piłkarski. Przemknął tylko przez Ekstraligę, zaczynając z grubej rury, ale ostatecznie trenował tylko dwa podrzędne zespoły i nie osiągnął z nimi żadnych sukcesów. Zanim rozpoczął swoją przygodę w najwyższej klasie rozgrywkowej, narobił sporo szumu w niższych ligach – na tyle, że Benhardt czytał o nim kiedyś artykuł na Weszło. Stąd kojarzył nazwisko.

Potem jednak facet przepadł bez śladu. A Adam nie miał pojęcia, że teraz został wybrany szkoleniowcem przez opolski klub.

– Zatrudnili pana? – rzucił z powątpiewaniem.

Krygier odsunął się od płotu i zbliżył do niego.

– Coś ci nie pasuje? – spytał.

– Nic.

– To dobrze. Bo przyjdziesz na trening.

– Ja? – wypalił Benhardt.

– A kto? Jeden z tych karakanów, których tu robiłeś, jak chciałeś?

Jeszcze moment wcześniej Adam nie puściłby tego określenia mimo uszu, teraz jednak znalazł się w sytuacji, w której pogubił wszystkie słowa. I nie potrafił zebrać ich na tyle, by sklecić z nich zborną myśl.

– Dobra – rzucił Witek. – Jak na ciebie wołają?

– Różnie.

Krygier cierpliwie nabrał tchu, patrząc na chłopaka z pewną rezerwą.

– A przeważnie jak?

– Ben.

Trener milczał z kamiennym wyrazem twarzy.

– Czasem ewentualnie Benaldo, że niby…

– Domyślam się – uciął Witek.

– A do pana jak mówią?

– Panie trenerze.

Chłopak pokiwał głową, nie bardzo wiedząc, w którą stronę zmierza ta rozmowa.

– Przyjdziesz jutro na trening – oznajmił Krygier.

– Jutro nie mogę.

– Bo?

– Obiecałem pomóc babci w ogrodzie.

Trener odczekał moment, jakby liczył na to, że pojawi się jakaś puenta, która sprawi, że ten żart nabierze choćby minimalnego sensu. W końcu zorientował się, że czeka na próżno.

– To obiecasz, że pomożesz w inny dzień – odparł. – O dziesiątej zaczynamy, więc masz być na dziewiątą, jasne?

Adam się zawahał.

– Byłeś kiedyś na stadionie Rewery?

– Byłem.

– To wejdź bocznym wejściem, obok będziesz widział zaparkowane samochody – oznajmił Witek. – Zrobimy mały sparing, zobaczymy, jak sobie poradzisz.

Benhardt trwał w bezruchu, zachodząc w głowę, jak doszło do tej sytuacji. Wiedział, że powinien odmówić i nie zbliżać się do stadionu. Nie planował nigdy nawet dopuszczać do tego, by mieć taki dylemat jak teraz.

– No? – dodał Krygier. – Można na ciebie liczyć czy nie?

Adam nie odpowiadał, a trener zmarszczył czoło, przypatrując mu się jak idiocie. Właściwie trudno było mu się dziwić. Każdy inny chłopak uznałby pewnie, że otworzyły się nad nim niebiosa i spłynęło na niego prawdziwe błogosławieństwo.

– Co jest? – mruknął trener.

– Nic.

– To czemu wyglądasz, jakby ci ktoś lokówkę w dupę wsadził?

Benhardt uniósł brwi.

– A skąd pan wie, jak wygląda ktoś, komu…

– Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie – uciął szybko Witek, a spojrzenie, którym świdrował chłopaka, stawało się coraz bardziej intensywne. – I co jest z tobą nie tak?

– Nic. To ze światem coś jest.

Krygier machnął ręką z irytacją.

– Dlaczego tułasz się po B klasie, małolacie?

Właściwie nie było na to dobrej odpowiedzi, więc Adam zrezygnował z udzielania jakiejkolwiek.

– Byłeś gdzieś kiedyś na jakichś testach? – ciągnął Witek. – Może u nas albo chociaż w jakimś Kluczborku czy Brzegu?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo do niczego mi to niepotrzebne.

– Nie chcesz grać?

– Chcę.

– To o co chodzi?

Benhardt zerknął znacząco w kierunku boiska.

– Tutaj też mogę grać – oznajmił. – I to tyle, ile chcę.

Trener musiałby być młodym pelikanem, by łyknąć tak oczywistą bzdurę, szczęśliwie jednak nie dopytywał. Przynajmniej na razie.

– Widzę cię rano w szatni – oświadczył. – Dobierzemy ci jakiś strój.

Adama naszła cokolwiek nieprzyjemna myśl, że wolnych trykotów jest tam teraz w nadmiarze. Dwa tygodnie temu drużyna Rewery Opole jechała na mecz wyjazdowy do Poznania, z nadzieją, że będzie kontynuować zwycięską passę.

Gdzieś na wysokości Leszna ta została brutalnie przerwana. Autobus wpadł w poślizg, uderzył w bariery energochłonne, a potem spadł z nasypu i dachował. Piętnastu piłkarzy siedzących z przodu zostało praktycznie zmiażdżonych.

W tym niemal cała podstawowa jedenastka.

Ten sam los spotkał trenera i dwie osoby ze sztabu, choć szkoleniowiec przez jakiś czas walczył jeszcze o życie w szpitalu. Istniała szansa, że z tego wyjdzie, ale nawet gdyby tak się stało, nie miałby drużyny do prowadzenia.

W pierwszej lidze Rewera Opole zdobyła rekordowe 98 punktów, zaliczając 32 zwycięstwa i tylko dwa remisy. Po awansie do Ekstraligi radziła sobie niemal równie dobrze – po czternastu meczach, prawie równo na półmetku kampanii, plasowała się na trzecim miejscu.

Obaj napastnicy znajdowali się w czołówce walki o tytuł króla strzelców ligi. Podstawowy bramkarz i obrońcy zaliczali czyste konto mecz po meczu, a z linii pomocy co rusz wybierano kogoś do najlepszej jedenastki kolejki.

Zespół, który w tamtym sezonie znajdował się w niższej klasie rozgrywkowej, w tym miał realną szansę wywalczyć mistrzostwo Polski, a w przyszłym grać w eliminacjach do Pucharu Mistrzów. Historia była tak filmowa, że do Rewery Opole zaczęli zgłaszać się ludzie od dokumentów sportowych, plując sobie w brodę, że nie zaczęli kręcić materiałów wcześniej.

Wszystko skończyło się w ułamku sekundy, w którym kierowca stracił panowanie nad autobusem.

W tej chwili zespół nie miał nawet jedenastu graczy, których mógłby wystawić na murawie. Z pierwszej drużyny zostało ich dziesięciu, w tym dwóch rezerwowych bramkarzy. Po odliczeniu części, która odniosła obrażenia w wypadku, właściwie nie było szans na sklecenie składu.

– Słuchasz mnie, małolacie? – odezwał się Witek.

Benhardt zamrugał nerwowo i skinął głową, wracając do rzeczywistości. Otworzył usta, ale się zawahał.

– Dlaczego przyjął pan tę pracę? – odezwał się w końcu.

Krygier uniósł wzrok, jakby okrutny los zmusił go, by tłumaczył rzeczy absolutnie oczywiste.

– Bo każdy z nas posiada coś, co może zaoferować innym – odparł poważnym tonem. – I pomagając im, tak naprawdę pomaga sobie. Nikt nigdy nie zbiedniał, oddając coś drugiemu człowiekowi.

– Aha. Czyli potrzebował pan kasy?

– Jeszcze jak. Mam alimenty na głowie i żadnej roboty.

– Rozumiem.

– Wątpię – skwitował cicho Krygier. – Ale nie szkodzi. Na razie musisz rozumieć tylko dwie rzeczy. Po pierwsze: nie spóźnij się na trening. Po drugie: trzymaj się z dala od mojej córki.

– Ale…

– Przy czym to drugie jest ważniejsze od pierwszego.

– Tylko że ja jej nawet nie znam.

– I tak ma zostać – polecił Witek.

Benhardt rozejrzał się i niepewnie potarł ręką kark.

– Ale wie pan, że zazwyczaj jak ktoś mówi coś takiego, to przynosi to skutek odwrotny do zamierzonego?

– Wiem, że wypierdolę cię z klubu na zbity pysk, jak tylko zobaczę, że rozmawiasz z moją córką.

– Żeby mnie z niego wypierdolić, musiałby pan najpierw mnie przyjąć.

– To się okaże jutro – oznajmił Krygier. – Nie spóźnij się.

– Zaraz…

– Reszty dowiesz się na miejscu. Po ciuchy zgłoś się do pani Czesi.

– Moment.

Tym razem głos Benhardta był tak stanowczy, że Witek musiał się zatrzymać. Obejrzał się podejrzliwie przez ramię.

– Gram tylko z numerem piętnastym – oświadczył Ben.

– Bo?

– Bo tak.

Trener nie zaszczycił go odpowiedzią.

– Albo dostanę piętnastkę, albo nie wyjdę na żadną murawę.

– Zobaczymy, jak będziesz na miejscu. Punktualnie.

Krygier odszedł w kierunku głównej ulicy, a Adam odprowadził go wzrokiem, nie do końca świadomy tego, co się właśnie wydarzyło. Przez tyle lat uparcie trwał na stanowisku, że do takiej sytuacji nigdy nie dojdzie.

Nie zgłaszał się do szkółek trampkarskich, juniorskich ani żadnych akademii. Nie wybierał się na testy do klubów, nie interesował się żadnymi skautami, o których obecności na danych meczach słyszał.

Raz zrezygnował ze spotkania w amatorskiej lidze, kiedy dowiedział się, że zjawi się tam jakiś łowca talentów z któregoś czwartoligowego zespołu.

Zerknął na boisko, jakby miał to być ostatni raz, kiedy znalazł się w jego pobliżu, a potem ruszył w stronę domu dziadków.

Nie uszedł nawet paru kroków, kiedy dostrzegł zaparkowany nieopodal samochód Krygiera. Córka czekała na niego, opierając się o otwarte drzwi po stronie pasażera.

Zanim wsiadła, posłała Benowi krótkie spojrzenie, a on zrozumiał, że to ta osoba jest winna wszystkiemu, co dzisiaj poszło w ruch.

Nie mijał się z prawdą, kiedy mówił trenerowi, że jej nie zna. Nigdy nawet nie rozmawiali, choć widywał ją na szkolnych korytarzach. Mijali się bez słów, ale tylko pozornie – w istocie ich oczy prowadziły długą konwersację.

Stara skoda octavia w beżowym lakierze odjechała w kierunku Opola, a Adam przyspieszył kroku. Rozmowę, która niechybnie go czekała, chciał mieć jak najszybciej za sobą.

Nie okłamał trenera także, kiedy mówił, że obiecał coś babci – rozminął się jednak z prawdą w kwestii dokładnej treści przyrzeczenia.

Wszedł do domu i nabrał głęboko tchu.

Nie wiedział, jak wyjaśnić dwójce wychowujących go od dziecka ludzi, że dziś postanowił złamać obietnicę. I wejść na drogę, która zaprowadziła jego ojca do zakończenia dwóch istnień – jego i matki Benhardta.

 

 

3

 

ul. Wygonowa, Opole

 

Witek wyszedł ze spotkania z dyrektor sportową i prezesem klubu całkowicie opanowany. Dopiero kiedy opuścił stadion i wyjął paczkę fajek, pozwolił sobie na serenadę soczystych przekleństw.

Nie przejmował się tym, że córka siedzi na ławce przed bocznym wejściem. Nasłuchała się znacznie gorszych rzeczy w trakcie jego kariery rodzicielskiej.

– Czyli poszło świetnie? – odezwała się Kala.

Krygier zaciągnął się papierosem i rzucił jej krótkie spojrzenie.

– Mniej więcej tak, jak w trakcie mediacji przed rozwodem z twoją matką.

– Aż tak?

– Mhm – potwierdził cicho Witek i wypuścił dym na bok. – Nie dadzą mi skompletować żadnego sztabu. Mam tylko to, co zastanę.

– To chyba nie najgorzej, przecież ci ludzie…

– Nie znam ich – uciął Witek. – Nie mam pojęcia, kim są ani jak z nimi gadać. W dodatku wszyscy są teraz bardziej depresyjni niż nastolatka, którą odrzucił chłopak.

Kalina ostrzegawczo zmierzyła go wzrokiem.

– No cóż, osiemnaście osób zginęło, więc…

– O transferach mogę sobie, kurwa, pomarzyć, nie ma na to żadnego budżetu – ciągnął Krygier. – Muszę sobie radzić z tym, co mam. Czyli z niczym.

– Masz Bena.

Trener zaciągnął się tak głęboko, że właściwie cały dym znikł gdzieś w najgłębszych zakamarkach jego płuc. Kiedy wypuszczał powietrze, z jego ust wydobyła się tylko niewyraźna szara smuga.

– Benaldo? – odburknął. – Sama jego ksywka mówi wszystko.

– Znaczy?

– To jakiś żart.

– No nie wiem – odparła spokojnie Kala. – Dla mnie żartem jest twój dysfunkcyjny model wychowawczy i to, że masz robotę, która polega na pracy z ludźmi.

Krygier wskazał córkę papierosem.

– Mój model jakoś się sprawdził – zauważył. – Wyrosłaś na ludzi.

– Ale nie dzięki niemu, tylko na przekór.

Trener kaszlnął nerwowo, a potem powiódł wzrokiem po pustym parkingu. Piłkarze mieli jeszcze trochę czasu do przyjazdu, ale sztab powinien się już zjawić. Tymczasem on i córka byli tutaj sami.

Nie dziwił się, że skoro nie miała lekcji, chciała towarzyszyć mu w tym dniu. Czuła nieustanną potrzebę, by dawać mu wsparcie, szczególnie po tym, jak rozwiódł się z żoną. Kala doskonale wiedziała, że jego kompletnie zapuszczone, wynajmowane mieszkanie jest doskonałym odzwierciedleniem stanu jego psychiki.

W dodatku miała nie mniejszego hopla na punkcie futbolu niż on. Nawet jeśliby uznała, że jej dziś nie potrzebuje, nie odpuściłaby.

– Gdyby ten chłopak miał trzynaście lat, byłoby o czym gadać – odezwał się Witek. – Ułożyłoby się go, potrenowało. Po czasie z tego materiału mógłby być naprawdę dobry zawodnik.

– Ma osiemnaście. To tylko parę lat różnicy.

Krygier cicho prychnął.

– W piłce nawet rok to wieczność, małolato.

– Czyli sześć miesięcy to pół wieczności – zauważyła Kalina. – W takim czasie zdążysz go ułożyć i wytrenować.

Witek zgasił papierosa pod butem, a potem zajął miejsce obok córki na ławce. Przesunął wzrokiem po rozległych polach ciągnących się po drugiej stronie aż do opolskiej obwodnicy, a potem obrócił się i utkwił spojrzenie we flagach klubowych powiewających przy głównym wejściu na stadion.

Sztandary w pomarańczowo-białych barwach Rewery były opuszczone do połowy masztu i trzepotały głośno na dmącym na otwartej przestrzeni wietrze.

– Ten chłopak ma bajeczną technikę, ale podwórkową – podjął Witek. – Na tym etapie cudów już nie zdziałam, będzie z niego w porywach świetny rezerwowy.

– Dobre i to.

– Takich jak on potrzebowałbym dziesięciu, po dobrych programach szkoleniowych – ciągnął zamyślony Krygier. – Tymczasem mam tylko paru dotychczas rezerwowych pierwszej drużyny, z których nie sklecę nawet podstawowej jedenastki.

– Masz drugą drużynę.

– Która gra w czwartej lidze opolskiej.

– I kadrę U-19 i U-17.

Witek powoli obrócił się do córki i przełożył rękę nad oparciem ławki.

– To tak, jakbyś chciała iść na szaleńczą popijawę do tej swojej… Jak się ta największa imprezowiczka u was nazywa?

– Karola.

– No, do tej swojej Karoli – powiedział Krygier. – A ja powiedziałbym, że nie możesz i zamiast tego pójdziesz ze mną do kościoła na Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

– Nie chodzisz do kościoła.

– Ale chyba zacznę – bąknął bezsilnie Witek.

Właściwie nic innego mu nie zostało. Budżet na transfery został wyczerpany przed startem sezonu – w większości przeznaczono go na dwóch dobrze rokujących graczy Ekstraligi i jednego obcokrajowca. Wszyscy trzej zginęli w wypadku.

Niektóre kluby w geście solidarności zaproponowały wypożyczenie swoich graczy. Nikt jednak nie zaoferował piłkarzy, których odejście osłabiłoby drużynę. Krygier dostał listę ludzi, którzy i tak nie grali w swoich klubach.

Od tygodnia jeździł po pierwszoligowych drużynach, dzwonił do skautów, pojawiał się na meczach niższych lig i szukał choćby minimalnie ciekawych talentów. Na próżno. Wszyscy zostali przesiani przed sezonem, a ci, którzy się ostali, byli zbyt młodzi do najwyższej klasy rozgrywkowej.

– To co zrobisz? – odezwała się Kalina.

– No, mówię ci. Pomodlę się.

– A potem?

Witek wyciągnął drugiego papierosa. Zamiast jednak go zapalić, zaczął obracać go między palcami.

– Sklecę zespół z tego, co mam – odparł. – Czyli w gruncie rzeczy z amatorów, którzy będą musieli stawić czoła największym profesjonalistom w Polsce.

– I tak brzmi lepiej niż pisanie wzoru elektronowego cząsteczki arsenowodoru AsH3 z zaznaczaniem wiązań chemicznych i wolnych par elektronowych. Że już o określaniu typu hybrydyzacji atomu arsenu nie wspomnę.

Krygier zamilkł.

– Rozwiązywałam zadania maturalne, jak na ciebie czekałam.

– Okej.

– Tylko tyle?

– A co mam ci powiedzieć? – odparł Witek. – Nie wiem nawet, czy to było po polsku.

– To przynajmniej rozumiesz, co czują piłkarze, kiedy tłumaczysz im swoją taktykę.

Witek cofnął rękę zza oparcia ławki i pochylił się, opierając o kolana. Między palcami wciąż trzymał niezapalonego papierosa.

– Nie katuj ich tym – dodała córka.

– Nigdy nikogo nie…

– To mam ci przypomnieć, co o tobie pisali?

Wszystkie artykuły doskonale pamiętał. Swojego czasu był świetnie zapowiadającym się trenerem, choć piłkarze narzekali, że przegina pod względem taktycznym, nadmiernie komplikuje i zbyt dalece wprowadza ich w trenerskie arkany.

Krygierowi zależało jednak, by każdy piłkarz rozumiał nie tylko swoje zadania, ale także taktyczne założenia całego zespołu i rolę swoich kolegów w drużynie. Być może czasem rzeczywiście nieco przesadzał, a przynajmniej tak twierdziła część zawodników.

W mediach zbierał cięgi jednak zupełnie za coś innego. W pewnym momencie kariery zaczął spóźniać się na treningi albo stawiać na nie w stanie wskazującym. O ile piłkarzowi uszłoby to na sucho, szkoleniowcowi bynajmniej.

Wyleciał z hukiem z Bzury Łódź, z którą miał walczyć nie tylko o mistrzostwo Polski, ale także o fazę grupową europejskich pucharów. Po tym znalazł się na równi pochyłej – i nigdy nie poprowadził innego dobrego zespołu.

– Masz w ogóle jakiś pomysł na taktykę? – odezwała się córka.

– Mam.

– Jaki?

– Jeden do przodu, reszta broni – odparł Krygier. – Ewentualnie gramy na aferę. Laga w pole karne i niech się dzieje wola nieba.

Kala zerknęła na niego z powątpiewaniem, po czym wyciągnęła papierosa spomiędzy jego palców i zamiast włożyć go z powrotem do paczki, zaczęła obracać go między palcami tak samo jak ojciec.

– A poważnie?

– Poważnie? – spytał Witek. – Nic tu nie jest poważne. To będzie jakaś komedia, w której śmieją się wszyscy, tylko nie my.

Córka ewidentnie nie była zadowolona z tej odpowiedzi.

– Zobaczę po pierwszych treningach – ugiął się Krygier. – Poprzyglądam się, pomyślę, co można z tego sklecić.

– Tylko bez gegenpressingu i innych takich.

Witek powoli spojrzał na Kalinę.

– Może ty zamiast mnie pokierujesz tym zespołem? – spytał.

– Mogłabym, ale mam maturę.

– To idź się uczyć – polecił. – Ja mam tu robotę.

– Lepiej daj ognia.

– Co?

– Palić mi się chce, a nie mam zapalniczki.

Krygier rozejrzał się kontrolnie, jakby gdzieś w okolicy miała czekać służba państwowa odpowiedzialna za egzekwowanie dobrych decyzji rodzicielskich. Westchnął, a potem podał Kalinie ogień.

Nie był to pierwszy raz, kiedy razem szli na dymka. I pomijając fakt, że żadnemu z nich to nie służyło, było w tym coś, co sprawiało, że Witek czuł mocniejszą więź z córką. Absurdalne.

– Matka wie w ogóle, że palisz? – spytał.

– A twoja wie, że ćpiesz?

Krygier bezsilnie uniósł wzrok i nie odpowiedział. Były walki, z których toczenia należało jak najszybciej zrezygnować.

– Zostanę na treningu – oznajmiła Kala. – Dobra?

– Po co w ogóle pytasz?

– Z kultury.

Tym razem zamilkł, gdyż dostrzegł, że nadjeżdża ktoś ze sztabu szkoleniowego – o ile dobrze się rozeznał, pierwszy trener bramkarzy.

– Muszę dopilnować, żebyś ich nie zgnoił taktycznie.

Witek podniósł się, by przywitać szkoleniowca, w duchu przyznając córce rację. Miał do dyspozycji piłkarzy, którzy być może potrafili kopać piłkę i z pewnością oglądali mecze zespołów prowadzonych przez Pepa Guardiolę czy Jürgena Kloppa, ale bynajmniej nie zastanawiali się nad kontrpressingiem, zachowaniem piłkarzy w danych strefach i maksymalnej liczbie sekund, po której ci automatycznie wracali do defensywnych pozycji.

Krygier witał się z kolejnymi ludźmi, którzy dojeżdżali pod stadion. Nie potrafił spamiętać nazwisk wszystkich, nieco zacierały się też ich role. Był na zupełnie nieznajomym terytorium, nie miał pojęcia, co to za ludzie, komu ufać, a do kogo podchodzić z rezerwą.

Dochodziła dziewiąta piętnaście, po Adamie nadal nie było śladu. Nie rokowało to najlepiej na przyszłość.

– Masz numer do tego całego Bena?

– Nie.

– Gówno prawda.

– Nawet się nie znamy – odparła. – Skąd miałabym mieć jego numer?

– Nie pierdol, tylko dawaj.

Przez moment Witek obawiał się, że znów usłyszy pogadankę o tym, jak bardzo to niewychowawcze. Meritum córka oczywiście miała w głębokim poważaniu, niemniej czerpała dziką przyjemność z pastwienia się nad nim.

O numer był spokojny. Pamiętał jeszcze, jak działają nasto­latki – i nie miał najmniejszych wątpliwości, że jego rodzona córka dawno zdobyła to, co trzeba. Na wszelki wypadek.

Chwilę później dzwonił do Benhardta, ale odpowiedział mu jedynie głuchy sygnał. Chłopak najwyraźniej ostatecznie postanowił mieć w dupie przyszłość, która się przed nim rysowała. Trudno.

Witek nie czekał na resztę pracowników – wszedł do środka, by nie napatoczyć się na piłkarzy. Miał się z nimi spotkać o dziesiątej na płycie boiska – i nie chciał faworyzować nikogo wcześniejszą rozmową w cztery oczy.

O wyznaczonej porze czekali na niego na murawie. Wyszedł w towarzystwie swojego asystenta, przydzielonego przez klub faceta pod sześćdziesiątkę, który był tu chyba tylko dlatego, że miał dobre układy z prezesem.

Szczęśliwie nie palił się do roboty, a więc także do przeszkadzania.

Krygier przesunął wzrokiem po zawodnikach, których tego dnia wezwał. Wszyscy mieli miny raczej nietęgie.

Ci z pierwszej drużyny patrzyli na większość jak na amatorów.

Ci z rezerw chyba bardziej się obawiali, niż wietrzyli okazję.

Ci z kadr młodzieżowych byli kompletnie zdezorientowani.

W dodatku na miejscu stawili się też potencjalni kandydaci do zespołu, którzy w tej chwili albo byli w innych drużynach, albo w ogóle nie brali udziału w rozgrywkach ligowych.

Liczebność tej zbieraniny była zatrważająca, zupełnie jakby ktoś urządził spęd na casting do Mam Talent czy innego X-Factora.

Wszyscy spodziewali się też, że takie spotkanie zostanie zorganizowane raczej w ośrodku treningowym, nie na stadionie. Witkowi zależało jednak na tym, by przetestować większość tych chłopaków tutaj.

– Dobra – rzucił. – Zanim zaczniemy, trzeba coś ustalić.

Piłkarze przypatrywali mu się, przestępując z nogi na nogę, przygryzając wargi i nie mając co zrobić z rękoma. Niektórzy raz po raz popatrywali w kierunku Kali, która kręciła całe to zajście komórką.

– Ręka do góry wszyscy, którzy wiedzą, co znaczy Rewera – polecił Krygier. – I bez ściem. Wybiorę kogoś, żeby się pochwalił swoją wiedzą.

Podniosła się tylko część rąk, najwyżej dwadzieścia parę sztuk. Zawodnicy zaczęli patrzeć po sobie niepewnie.

– Tak się chyba nie podzielimy na jedenastki, trenerze – zauważył jeden z nich.

– Nie szkodzi.

– Nie? To po co…

– Ci z rękoma w górze przechodzą na prawo – postanowił Witek, wskazując im miejsce.

Grupa ruszyła we wskazanym kierunku.

– Reszta może wypierdalać.

Przez moment na boisku trwała pewna konsternacja. Piłkarze z opuszczonymi rękoma czekali, aż szkoleniowiec uśmiechnie się i oznajmi, że tylko robi sobie jaja. Krygier trwał jednak z kamiennym wyrazem twarzy, starając się dzięki temu przebić przez mur niedowierzania.

– No, już – dodał. – Wypad.

Chwilę trwało, nim cała ta dość liczna grupa opuściła murawę, a potem stadion. Dopiero kiedy zostało na nim niespełna trzydziestu zawodników, Witek do nich podszedł. Wskazał jednego z młodszych, na oko w wieku jego córki.

– Jak na ciebie mówią? – rzucił.

Chłopak przełknął ślinę.

– Łukasz Gałdecki, trenerze.

– Panie trenerze.

Młody skinął głową.

– Tak na ciebie mówią? – upewnił się Witek. – Jak dzwoni do ciebie kumpel, żebyś poszedł na piwo, to rzuca „Ej, Łukaszu Gałdecki, jest opcja na bajlando w opór, idziesz?”.

– W sumie to nikt tak nie mówi, ale jeśli już, to Antek…

– Od dzisiaj jesteś Gaudi.

Chłopak znów potwierdził krótkim, niezbyt żołnierskim skinieniem głowy.

– Więc oświeć nas, Gaudi, skąd ta nazwa?

– Od Rewery Stanisławów. Opole kontynuuje tradycję tego przedwojennego klubu.

Właściwie powinien wiedzieć to każdy w mieście, było to tak oczywiste, jak to, dlaczego szczeciński zespół nazywany jest Stoczniowcem.

– Dlaczego ją kontynuuje? – spytał Witek.

– Słucham?

– Czemu akurat to miasto? Co Opole ma z nim wspólnego?

– Cóż…

– Iwano-Frankiwsk to miasto partnerskie – uzupełnił jeden z bramkarzy.

Krygier wskazał go palcem i kiwnął głową z aprobatą. Nie każdy wiedział, jak dzisiaj nazywa się metropolia, która w czasach II RP była stolicą województwa stanisławowskiego. Ani tym bardziej że jest jednym z miast partnerskich Opola.

– Dobra – rzucił Witek. – Kto powie, co konkretnie znaczy Rewera, ma miejsce w wyjściowej jedenastce na mecz z Olimpią Wrocław.

W szeregach zawodników rozległ się szum. Każdy, kto kibicował opolskiemu zespołowi, nie tylko wiedział o odwiecznej kosie, jaką ten miał z wrocławskim klubem – czuł ją w samym rdzeniu swojej piłkarskiej duszy.

– To od przydomka Stanisława Potockiego, czyli ojca założyciela miasta – rozległ się wysoki głos. – Od łacińskiego zwrotu re vera, czyli „w rzeczy samej”.

Krygier westchnął głośno i obejrzał się przez ramię na osobę, która udzieliła poprawnej odpowiedzi.

– Moja córka – oznajmił, patrząc na Kalę, która nadal kręciła wszystko, co się działo – mimo najlepszych prób nie zagra, ale najwyraźniej zostanie naszą specjalistką od social mediów.

Kilku zawodników posłało w jej kierunku niepewne uśmiechy.

– Jest tu po to, by ocieplić mój wizerunek – dodał Witek. – Bo w rzeczy samej jestem prawdziwym skurwysynem. O czym za moment wszyscy się przekonacie.

 

 

4

 

ul. Pawlety, Suchy Bór

 

Benhardt siedział zgarbiony przy biurku, na którym rozłożone były wszystkie skserowane materiały mające pomóc mu w przygotowaniach do matematycznej części matury. Była to dla niego czarna magia, która napełniała go bezbrzeżnym przerażeniem – ale nawet gdyby było inaczej, teraz i tak nie mógł skupić się na nauce.

Na jednej z kopii czyichś notatek leżała komórka, na której skupiał się Ben. Z głośników rozlegały się mniej lub bardziej motywujące nawoływania Witka Krygiera.

Adam właściwie nie spodziewał się, że ktoś wrzuci do sieci choćby część tego niecodziennego treningu. Kiedy jednak wpisał na Instagramie odpowiedni hashtag, trafił na żyłę złota. Najwyraźniej Kalina nie tylko wszystko zarejestrowała, ale postanowiła też podzielić się tym z innymi.

Krygier z pewnością wykazał się nietypowym podejściem, choć w mediach pisano już wprost o przejawach skrajnej głupoty. Był pod ścianą, miał mocno ograniczoną pulę zawodników, a mimo to zrobił przesiew. Właściwie czystkę.

Benhardt wyłączył stories Kaliny i zerknął na jej profil. Parę zdjęć jakichś co ciekawszych napisów na murach, kilka fotek z koleżankami, dwa czy trzy cytaty. Niespecjalnie wiele, ale przynajmniej nie wyłaniał się z tego obraz atencjuszki.

Obserwujących szybko przybywało, jakby ludzie interesujący się piłką stwierdzili, że dzięki temu profilowi mogą zajrzeć za kulisy tego, co dzieje się w zespole zwanym od niedawna przeklętym.

Nagle na górze ekranu wyskoczyło powiadomienie o przychodzącym połączeniu. Znów ten sam, nieznany numer co rano.

Wtedy Adam obawiał się, że Krygier jakimś cudem go namierzył. Teraz mógł odebrać bez obaw.

– Tak? – spytał.

– Nie łaska oddzwonić? – rozległ się dziewczęcy głos, którego nie kojarzył.

Rozejrzał się, jakby istniała hipotetyczna szansa, że ktoś go prankuje.

– Widziałam, że wyświetliłeś moje stories.

– Kalina?

– Wolę Kala. Chociaż od tego filmu z Marią Dębską w sumie nawet nieźle mi się kojarzy.

Benhardt nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Była to bodaj ostatnia osoba, której głos spodziewał się usłyszeć. Cisza się przeciągała, sprawiając, że czuł się jeszcze bardziej skrępowany.

– Czemu nie przyszedłeś na trening? – zapytała w końcu Kalina.

– Nie mogłem.

– Dlaczego?

– Bo coś mi to uniemożliwiło.

– Co?

– Okoliczności.

Usłyszał głośnie westchnięcie. Nie był to z pewnością idealny początek jakiejkolwiek znajomości, ale w gruncie rzeczy nie miał powodu, żeby się tym przejmować. Minie tę dziewczynę jeszcze kilka razy na korytarzu, jak miało to miejsce dotychczas, a po maturze rozejdą się w przeciwnych kierunkach.

Spodziewał się, że będzie męczyła mu bułę dalej, szczęśliwie jednak odpuściła.

– Znałeś odpowiedź na pytanie? – spytała.

– Mhm.

– A wiesz, dlaczego mój ojciec je zadał?

– Raczej.

– Więc?

Odpowiedź była oczywista i właściwie Benhardtowi nie mieściło się w głowie, że nie każdy dziennikarz to załapał. Ale może ci pierwszorzędni zajmowali się poważniejszymi tematami piłkarskimi, a do obrobienia dziwnego zachowania skompromitowanego trenera zostali zaprzęgnięci stażyści.

– Wie, że nie ma z czym pracować, bo z dziesięciu maluchów nie zrobisz jednego mercedesa – podjął Adam. – Nie skleci żadnego dobrego składu, nie ma na to szans. Zostało mu tylko jedno.

– Co?

– Zbudować drużynę z ludzi, którzy kochają zespół.

Kala nie odpowiadała.

– To był podstawowy test – ciągnął Adam. – Jak ktoś nie wie, od czego pochodzi Rewera, nie ma pomarańczowo-białego serca.

W słuchawce rozległo się ciche kaszlnięcie.

– Coś nie tak? – rzucił Benhardt.

– Nic takiego, po prostu mam alergię na banały – wypaliła Kalina. – Ale w gruncie rzeczy masz rację.

Adam puścił to mimo uszu.

– W dodatku chciał pokazać, kto tu rządzi – dodał, jakby w transie. – Od początku ustanowić jasne zasady, które wymuszą respekt zawodników.

– O to nie tak łatwo – zauważyła Kala. – I z pewnością nie da się zrobić tego podczas pierwszego treningu. Nawet takiego. Ale nie widziałeś wszystkich storików, więc nie wiesz, o czym mówię.

Benhardt uniósł brwi, a potem okręcił się na krześle.

– Sprawdzałaś, ile wyświetliłem? – rzucił.

– Po prostu rzuciło mi się w oczy – odparła Kalina. – Zobacz sobie resztę. I przyjdź na następny trening.

Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dziewczyna niespodziewanie się rozłączyła. Normalnie potraktowałby to przynajmniej jako dziwactwo, z jakiegoś powodu jednak wywołało to mimowolny uśmiech na jego twarzy.

Zerknął na pozostałą część relacji ze stadionu Rewery.

Krygier dał piłkarzom ostry wycisk. Przypatrywał im się i poganiał ich, kiedy manewrowali między pachołkami, mierzył im czas w sprincie, a potem analizował wymiany podań i strzały na bramkę.

Lepsze warunki i więcej możliwości ćwiczeń miałby w ośrodku szkoleniowym, ale ewidentnie najważniejsze było dla niego sprawdzenie ich w grze w równowadze liczebnej, czyli zwykłej gierce. Jedni dostali pomarańczowe, drudzy niebieskie znaczniki. Witek motywował ich, jakby od wyniku tego sparingu zależało ich życie.

W niektórych przypadkach być może tak było. Część z tych piłkarzy dostała dotychczas niespotykaną i całkowicie niespodziewaną szansę, by się przebić.

Kala nie nagrywała wszystkiego, ale Benhardt zobaczył dostatecznie, by wiedzieć, że się nie pomylił. Trener nie wybierał tych z najlepszą techniką, ale tych, którzy byli gotowi gryźć trawę, by wygrać.

Zależało mu na zbudowaniu od podstaw monolitu, który będzie gotów dla dobra klubu połamać kości nie tylko rywali, ale także swoje.

Adam oglądał kolejne filmiki, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że gdyby tam był, takie kryteria pozwoliłyby mu zakwalifikować się do pierwszej jedenastki.

Zamknął na moment oczy, starając się to sobie wyobrazić. Bez trudu widział się w białej koszulce, która na ramionach i torsie miała szeroki pomarańczowy pas. Wyobrażał sobie to od dziecka.

– Adaś? – rozległ się szorstki głos zza jego pleców.

Natychmiast otworzył oczy, jednocześnie wygaszając ekran komórki, jakby dziadek właśnie przyłapał go na czymś bezecnym.

– Co robisz? – dodał Tadeusz Benhardt, wchodząc do pokoju.

– Pozoruję naukę.

Dziadek przeciągnął kołdrę na skraj łóżka, przygładził ręką dalszą część i przysiadł na materacu. Przez moment patrzył na wnuka badawczo, a potem wskazał ruchem głowy komórkę.

– Niepotrzebnie wyłączałeś – oznajmił. – Widywałem u ciebie gorsze rzeczy.

– Ekhm…

– Grunt, że babcia nie.

Adam znów chrząknął niepewnie.

– Chciałeś coś? – spytał, przesuwając ksera na biurku. – Bo…

– Bo masz jeszcze sporo do pozorowania?

– Właśnie miałem zamiar skończyć udawać i zabrać się do roboty.

Tadeusz pokiwał głową całkowicie bez przekonania. Powiódł wzrokiem po pustych ścianach, a ilekroć to robił, Benhardt odnosił wrażenie, że myśli o tych wszystkich pokojach jego rówieśników, które były oblepione plakatami piłkarzy.

Tyle że Adam nie widział ani jednego takiego w naturze. Dziadek jednak z pewnością miał ogląd na sprawę ukształtowany przez jakieś stare filmy albo własne doświadczenia.

Tak czy inaczej u Bena nigdy takich akcentów nie było. Ani plakatów, ani piłek, ani koszulek z autografami. Nawet korki nigdy nie stały na widoku w przedpokoju.

– Więc oglądałeś trening Rewery? – odezwał się nagle Tadeusz.

– Chciałem tylko…

– W porządku, to przecież nic złego.

A jednak Adam miał wrażenie, że wprost przeciwnie. Kiedy przypatrywał się zawodnikom i Krygierowi, nawet o tym nie myślał. Poczucie winy nadeszło dopiero po tym, jak wyłączył materiał.

– To tylko z ciekawości – zastrzegł. – Dziewczyna ze szkoły wrzuciła, więc…

Nie dokończył, bo właściwie nie było to żadne wytłumaczenie.

– Nikt ci nie broni tego robić – odezwał się Tadeusz.

– Wiem.

– I jeśli chcesz kiedyś pójść na mecz, to…

– Nie chcę.

Dziadek się zawahał. Zacisnął usta, nabrał głęboko powietrze nosem, a potem uniósł wzrok.

– Ale chciałbyś zgłosić się tam na testy? – wypalił.

Adam nie spodziewał się nigdy usłyszeć takiego pytania. Dlaczego padło akurat teraz? Oglądanie treningu to stanowczo za mało. Oprócz tego zadanie go ewidentnie sporo dziadka kosztowało i nie ulegało wątpliwości, że nie było konsultowane z babcią.

– Nie – odparł Benhardt.

– Ale rozmawiałeś z trenerem.

A więc widział. Lub słyszał o tym od kogoś.

– Hm? – zagrał na czas Ben. – Z kim?

– Z Witkiem Krygierem.

Adam poczuł, że robi mu się gorąco, zupełnie jakby przyłapano go na gorącym uczynku w trakcie popełniania jakiejś wyjątkowo okrutnej zbrodni. Nie było sensu tego negować.

– Skąd wiesz? – spytał.

Tadeusz wzruszył ramionami.

– Czasem podchodzę pod boisko, jak gracie.

– Co?

– Raz na jakiś czas popatrzę – doprecyzował dziadek. – To wszystko.

Dla innych z pewnością nie byłoby to nic dziwnego, dla Benhardta jednak stanowiło to niemal dogmatyczny wyłom w całym jego światopoglądzie.

Babcia i dziadek nienawidzili futbolu. Nigdy go nie oglądali, nigdy nie pozwalali, by mówiło się o nim w domu. Za dzieciaka Adam przebłagiwał ich miesiącami, żeby pozwolili mu grać z kumplami – i początkowo na nic się to nie zdawało. Dopiero po długich tygodniach chodzenia ze zwieszoną głową udało mu się uzyskać pozwolenie. Był wtedy mały, dziś nie pamiętał nawet, ile miał lat. Teraz z pewnością po prostu by odpuścił, mając tę świadomość, której wtedy mu brakowało.

– Babcia nic nie wie – dodał Tadeusz.

– Ale…

Dziadek czekał na więcej, Adam nie miał jednak pojęcia, co mógłby powiedzieć.

– Nie wie też, że o tym z tobą rozmawiam – dodał Tadeusz. – Ale jeśli chcesz, mogę… spróbować zacząć z nią ten temat.

Benhardt milczał.

– Gdybyś chciał pójść na te testy, znaczy.

– Nie trzeba. Nigdzie się nie wybieram.

– Jesteś pewien?

– Tak.

Nie miał zamiaru choćby tego rozważać. Wiedział, jak gigantyczną krzywdę wyrządziłby kobiecie, która wychowywała go, właściwie od kiedy pamiętał. Nie wchodziło to w grę, bez względu na to, jak bardzo by go do tego ciągnęło.

Dziadek poklepał się po kolanach, a potem potarł uda i ociężale się podniósł. Na jego twarzy zarysowała się wyraźna ulga, ale zaraz ustąpiła uczuciu, którego Adam nie potrafił rozszyfrować.

Żal? Zawód?

– Gdybyś zmienił zdanie…

– Nie zmienię – odparł Adam.

– Ale gdyby jednak…

– Dziadek – uciął Benhardt półgłosem. – Przecież ona by tego nie przeżyła.

Tadeusz nabrał tchu, jakby miał zamiar odpowiedzieć. Ostatecznie jednak nie było niczego, co mógłby dodać. Obaj znali sytuację.

W następnych dniach Ben przeglądał każdą relację, którą zamieszczała Kalina. Ich liczba i długość wciąż rosły, a obserwujących przybywało. Zaskakująco wiele ludzi było ciekawych, jak drużyna zlepiona z przypadkowych chłopaków poradzi sobie w walce z profesjonalnymi zespołami Ekstraligi.

Adam nie kojarzył, by podobna sytuacja miała kiedyś w Polsce miejsce. Na świecie z pewnością. Benhardt doskonale znał szczegóły tragedii, która wydarzyła się w Monachium, kiedy rozbił się samolot z piłkarzami Manchesteru – jak każdy inny zapalony kibic tego zespołu potrafił powiedzieć nawet, o której godzinie doszło do wypadku.

Nawet tam jednak drużyna nie została tak zdziesiątkowana. Nowy skład Rewery Opole, który wyłaniał się z treningu, właściwie bazował na całkowicie nieznanych ludziach, którzy dotychczas albo tułali się po niższych ligach, albo znajdowali się w głębokich rezerwach klubowych.

Zainteresowanie mediów jednak rosło, a kibiców zdawało się przybywać. Może nie było to tak dziwne, każdy w końcu ciekawił się, jak sprawdzi się szaleńcza koncepcja Witka Krygiera.

Po kilkudniowym przypatrywaniu się materiałom z treningów Ben był dobrej myśli. Młodzi zawodnicy grali na sto pięćdziesiąt procent normy, chyba powoli wyłaniała się podstawowa jedenastka.

Adam wciąż miał wrażenie, że załapałby się do niej bez trudu.

Ale może były to zwykłe mrzonki. Trudno było mu wyobrazić sobie, że faktycznie wyszedłby w klubowym trykocie na mecz z Olimpią Wrocław.

Oglądał go u kolegi, w domu nie było na to szans.

– Szkoda, że jednak cię nie wzięli – odezwał się kumpel w trakcie studia przedmeczowego.

– Co?

– Widziałem, że ten trener był na ostatnim meczu, przyglądał ci się.

– A, no tak.

– Gadałeś z nim nawet potem.

Benhardt mruknął potwierdzająco i wzruszył lekko ramionami.

– Nie wyszło.

– Kurwa, chłopie… – odparł kolega, wskazując wzrokiem ekran, na którym właśnie zaczęła się transmisja ze stadionu. – A mógłbyś tam być.

– W porywach na ławce.

– Ale wciąż.

Adam szybko sięgnął po puszkę piwa. Było ciepłe, bo przemycił je do pokoju kumpla w plecaku. O schłodzeniu nie było mowy, rodzice byli w domu.

Upił łyk i starał się nie dać po sobie poznać, jaka jest prawda. Ani kolega, ani nikt inny w jego otoczeniu jej nie znał. Nikt nie miał pojęcia o jego przeszłości. Nie znali nawet nazwiska, pod którym przyszedł na świat.

Zanim rozległ się pierwszy gwizdek, Ben przesunął wzrokiem po nazwiskach podstawowej jedenastki. Kojarzył tylko środkowego napastnika, który dotychczas był rezerwowym opolskiej drużyny. Strzelił w tamtym sezonie parę bramek, w tym nie miał ku temu okazji, bo grzał ławę.

Zwrócił też uwagę na Łukasza Gałdeckiego, bo wydawało mu się, że mógł to być ten, do którego na treningach Krygier wołał Gaudi. Grał jako defensywny pomocnik, jeden z podwójnych pivotów, miał dobry przegląd gry i całkiem niezłą technikę.

Resztę stanowili anonimowi ludzie, którzy nie mieli prawa dziś nawet zremisować. Olimpia Wrocław plasowała się na trzecim miejscu tabeli i teoretycznie powinna roznieść Rewerę w proch.

Kiedy wykaz nazwisk zmienił się w ustawienie taktyczne, Benhardt odstawił piwo i pochylił się w kierunku telewizora.

– 4–2–3–1 – powiedział. – Ciekawe.

– Co?

– Widzisz, jakim systemem on gra?

– Jakim?

Przez głowę Adama przemykały drużyny, które stosowały tę formację. Na dobre spopularyzował ją Rafa Benítez w Valencii i Liverpoolu, potem chyba Pochettino w Tottenhamie i Heynckes w Bayernie, a w ostatnich latach świetnie wykorzystali ją zarówno w tym zespole Hansi Flick, jak i Pep Guardiola w City.

Narażała drużynę na sporo niebezpieczeństw, szczególnie jeśli chodzi o ataki skrzydłami. Boczni pomocnicy i obrońcy Olimpii Wrocław pozostawiali jednak wiele do życzenia. Siła tego zespołu znajdowała się w centralnej części boiska.

Pomysł był dobry, ale Benhardt obawiał się, że jedynie na papierze.

– Zbyt elastyczne ustawienie dla takich niedoświadczonych graczy – odezwał się.

– Zobaczymy.

Normalnie takim lokalnym młodym piłkarzom dawało się pograć pięć minut w tym meczu, siedem minut w innym. Ci jednak brali na swoje barki ciężar całych dziewięćdziesięciu, od samego początku.

Adam spodziewał się, że zobaczy niepewnych, może nawet nieco przestraszonych zawodników.

Po tym jednak, jak Rewera rozpoczęła od środka, stało się jasne, że tak nie będzie.

Opolscy piłkarze poruszali się, jakby chcieli okupić każdy zdobyty metr własną krwią. Stosowali wysoki, mocny pressing, atakowali bez pardonu i grali tak, jakby nie mieli najmniejszych kompleksów wobec mocniejszych rywali.

Każdy z tych chłopaków dawał z siebie wszystko, co mógł, a nawet więcej.

Krygier musiał świetnie zmotywować ich w szatni, bo było widać, że są niesieni jak na skrzydłach. Piłkarze z Wrocławia byli w szoku, nie mogli odnaleźć się przeciwko tak brawurowo grającym młokosom i rezerwowym.

W ósmej minucie meczu grający nominalnie jako pivot Gaudi zszedł do prawego skrzydła, urwał się obrońcy, a potem wykonał centrę na wysokiego napastnika. Ten wyskoczył do główki, ale minął się z piłką, popchnięty w locie przez defensora Olimpii.

– Noż kurwa! – ryknął Ben, zrywając się z kanapy z uniesionymi rękoma.

Nie zdążył dodać nic więcej, bo sędzia zareagował równie błyskawicznie, podnosząc gwizdek do ust. Żółta kartka dla obrońcy, karny dla Rewery Opole.

Adam opadł na siedzisko i spojrzał na kolegę.

– Ale jaja – skwitował ten.

Trudno było o lepszą analizę. Obaj byli podobnie skonsternowani jak zawodnicy przyjezdnej drużyny. A kiedy piłkę na jedenastu metrach ustawił napastnik Rewery, zamarli razem z nimi.

Piłkarz wykonujący karnego był chyba najstarszy ze wszystkich, choć miał dopiero dwadzieścia parę lat. Nazywał się Grzegorz Szpeja. Cofnął się o kilka kroków, zmierzył wzrokiem bramkę, a potem ruszył w kierunku piłki na znak sędziego. Zawahał się tuż przed oddaniem strzału, zwolnił nieco, licząc chyba na to, że wyczeka bramkarza.

Ten jednak ani drgnął, a przez zmianę balansu ciała uderzenie nie było dostatecznie mocne.

– Niech to chuj… – syknął Benhardt.

Karny obroniony. Piłka w grze po stronie przeciwnika.

– Nie szkodzi – odparł kumpel. – Mają inicjatywę, a jak tak dalej będą cisnąć, w końcu coś wpadnie.

Musiało. Przed meczem nikt nawet nie zamarzył sobie o karnym na samym początku spotkania. Najwyraźniej wydarzyć mogło się jednak wszystko.

Mniej więcej po dwudziestu minutach boczni pomocnicy opolskiego zespołu zaczęli podchodzić nieco wyżej, wzmacniając napastnika na szpicy. Drużyna przeprowadziła udany atak, a kiedy jeden z pivotów włączył się do akcji, zdołał uzyskać czystą okazję strzelecką.

Uderzył, ale futbolówka trafiła prosto w obrońcę. Ten rozejrzał się, a potem posłał długiego crossa do znajdującego się na skrzydle piłkarza. Zawodnik z Wrocławia ruszył z nią natychmiast ku bramce Rewery.

Drużyna nie pozbierała się w porę, kontratak został przeprowadzony niemal wzorcowo. Przy bramce, która padła, opolski bramkarz nie miał większych szans.

Wtedy wszystko się posypało.

Drugi gol padł pięć minut później. Trzeci zaraz po nim, a Olimpia Wrocław zdążyła do szatni strzelić jeszcze jednego.

Ataki Rewery były niemrawe, przeprowadzane bez wiary w to, że uda się odrobić straty. Zespół podupadł psychicznie, a nawet jeśli ktoś dochodził do okazji strzeleckich, piłka mijała światło bramki.

Tuż przed przerwą napastnikowi grającemu z dziewiątką na plecach udało się minąć jednego z obrońców, wywalczył sobie miejsce do próby zdobycia gola. Strzelił jednak w tak przewidywalny sposób, że bramkarz obronił bez trudu.

Zaraz potem rozległ się gwizdek sędziego.

Do przerwy 0:4.

Tak potrafiła obrócić się sytuacja na boisku, niszcząc marzenia, nadzieje, a niejednokrotnie także kariery. I to bez względu na to, o jakiej klasie rozgrywkowej i jakich drużynach była mowa.

– Trafiłbyś to – odezwał się chłopak siedzący obok Benhardta.

– Miał duży kąt.

– Strzelałeś z większych.

Trudno było się z nim nie zgodzić.

– Plus nigdy nie widziałem, żebyś chybiał w meczu karnego – dodał kumpel. – Gdybyś tam był, zaczęłoby się od 1:0 i potoczyło się zupełnie inaczej.

– Nie wiadomo.

Kolega poklepał go po plecach, zupełnie jakby właśnie usłyszał największą na świecie bzdurę, z której Adam jako jedyny przedstawiciel rodzaju ludzkiego nie zdaje sobie sprawy.

– Nie wiedzą, co tracą – powiedział.

Przerwę zagospodarowali tak, jak robiła to większość kibiców – najpierw kibel, potem szybki papieros. Przed upływem kwadransa byli z powrotem na posterunku, choć obaj wiedzieli, że szanse na podniesienie się tych piłkarzy są minimalne.

Po kilku pierwszych minutach musieli jednak zweryfikować swoje spekulacje. Podopieczni Krygiera znów gryźli trawę, jakby za punkt honoru postawili sobie zdobycie choćby jednego gola.

Po dobrym prostopadłym podaniu gracz z dziewiątką wysunął się na dogodną pozycję, ale znów przestrzelił. A kiedy bramkarz drużyny przeciwnej wznowił grę, niemal od razu zaczęły się kłopoty.

Rewera Opole szybko traciła inicjatywę, zawodnicy nie utrzymywali się długo przy piłce i nie potrafili odebrać jej przeciwnikowi. Boczni pomocnicy się cofnęli, a samotny napastnik próbował stosować pressing, przez co właściwie wyglądało to jak gra w dziada.

Bramka na 0:5 w sześćdziesiątej piątej minucie praktycznie ich pogrążyła.

Kwadrans później padł samobój podczas dośrodkowania.

Sektory zajęte przez kibiców lokalnej drużyny zamilkły i w innych okolicznościach z pewnością na tym etapie zaczęłyby pustoszeć. Ludzie chcieli jednak okazać wsparcie zespołowi, któremu tragedia przetrąciła kręgosłup.

Ben obejrzał mecz do końca w milczeniu, po czym wbił nieruchome spojrzenie w wynik. 0:6. Trudno było o gorszy rezultat, chyba że doszłoby już do całkowitego pogromu.

Piłkarze schodzili do szatni ze spuszczonymi głowami, Krygier niemal natychmiast znikł w tunelu.

Rewera spadła na czwarte miejsce w tabeli. I miała tylko trzy dni do kolejnego meczu. Trzy dni, by wymodlić jakiś cud.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

Copyright © by Remigiusz Mróz, 2022

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2022

 

Projekt okładki: © Tomasz Majewski

 

 

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8280-435-5

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.