Świadek - Josh McDowell - ebook
Opis

Córka najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka w Egipcie nie żyje, a jego żona zaginęła. Teraz Raffeq Ramsey ma obawy o własne życie.


Niedługo potem zobaczył zdjęcie swojej zaginionej żony. Jednak w odróżnieniu od poprzednich, które towarzyszyły żądaniom o okup, na tym żona nie była ani związana, ani zakneblowana.


Wkrótce Raffeq zostaje zastrzelony, a detektyw, który ma odnaleźć zaginioną kobietę, sam musi ratować się ucieczką i z myśliwego zmienia się w zwierzynę.


O autorze:
Josh McDowell, wybitny naukowiec, apologeta chrześcijański, autor ponad 70 książek, głównie o tematyce rodzinnej i teologicznej, tym razem pokazuje się czytelnikom z zupełnie innej strony. Świadek jest niezwykle wciągającym kryminałem, a niespodziewanych zwrotów akcji i przewrotnego zakończenia nie powstydziłaby się nawet Agatha Christie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 291

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

The Witness

Tłumaczenie

Krzysztof Pawłusiów

Redakcja

Anna Niemyska

Redakcja techniczna

Małgorzata Biegańska-Bartosiak

Projekt okładki

Joanna Złonkiewicz

Korekta

Renata Borkowska

Copyright © 2007 by Josh McDowell Ministry.

Copyright for the Polish edition © 2008 by Oficyna Wydawnicza „Vocatio” .

All rights to the Polish edition reserved.

Wszelkie prawa do wydania polskiego zastrzeżone.

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

W sprawie zezwoleń należy zwracać się do Oficyny Wydawniczej „Vocatio”

02-798 Warszawa, ul. Polnej Róży 1,

e-mail: [email protected]

Redakcja: fax (22) 648 63 82, tel. (22) 648 54 50,

Dział handlowy: fax (22) 648 03 79, tel. (22) 648 03 78,

e-mail: [email protected]

Księgarnia Wysyłkowa „Vocatio”: 02-798 Warszawa 78, skr. poczt. 54,

tel. (603) 861 952

e-mail: [email protected]

www.vocatio.com.pl

978-83-7829-145-9

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

Jego córka nie żyła. Jego żona zaginęła. I teraz Rafeeq Ramsey bał się o własne życie.

– Zostały nam tylko dwa dni – powiedział stary mężczyzna, chodząc nerwowo po okazałym salonie luksusowego apartamentu na wybrzeżu Monte Carlo, odpalając jednego papierosa od drugiego, jak człowiek, który woli umrzeć na raka płuc niż od wybuchu bomby lub od kuli zamachowca. –Dostałem nowy list, tuż przed pańskim przyjazdem. Napisali, że jeśli do piątku nie prześlę im więcej pieniędzy, zabiją Claudette i wezmą się za mnie. Więc proszę, panie Accad, błagam pana, niech pan mi powie, że ma pan dobre wiadomości. Wątpię, żebym mógł znieść jeszcze więcej.

– Ile żądają tym razem?

– Dwadzieścia pięć milionów – odpowiedział Ramsey. – Oprócz jedenastu milionów euro, które już zapłaciłem.

To była niewyobrażalna suma dla zwykłego śmiertelnika. Lecz 79-letni Ramsey nie był zwykłym człowiekiem. Sześć miesięcy wcześniej sprzedał swoją firmę,Blue Nile Holdings, założoną w 1963 roku wspólnie z nieżyjącym już bratem, francuskiemu koncernowi za imponującą cenę 563 milionów euro. Był teraz jednym z najbogatszych ludzi w Egipcie, żyjącą legendą wśród elit biznesu Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.

Marwan Accad siedział kilka metrów dalej, na długiej sofie z delikatnej włoskiej skóry i myślał, co dalej. Pod wieloma względami Ramsey był doskonałym klientem – starym, bogatym i przerażonym. To właśnie z myślą o takich ludziach założył agencję ochroniarską dla osób na najwyższych stanowiskach.

Lecz to zlecenie budziło w nim niesmak. Chciwość. Korupcja. Szantaż. Morderstwo. Wszędzie, gdzie spojrzał, pod każdym kamieniem, który odwrócił, stawał twarzą w twarz z zepsuciem ludzkiej duszy. Nie widział, jak ma pocieszyć tego nieszczęsnego starca, który stracił dwie kobiety, które kochał ponad wszystko, i pomyślał,że może czas, aby skończyć już z tą pracą.

Marwan dokończył espresso i patrzyłna lśniące wody Morza Śródziemnego i zachodzące słońce odbijające się w oknach pobliskich luksusowych apartamentów. Zastanawiał się, co jego rodzice myśleliby o życiu, jakie teraz prowadził – odrzutowe helikoptery i wojskowe samochody, garnitury od Armaniego i kamizelki kuloodporne z kevlaru. Im bardziej ryzykował, tym więcej zarabiał. Czy to nie był dobry biznes?

Wiedział, co powiedziałaby matka. Błagała go, aby po służbie wojskowej wyjechał z Bejrutu i został lekarzem lub inżynierem, przeprowadziłsię do Paryża, odnalazł Ranię i ustatkował się. Chciała, aby żył spokojnie i bezpiecznie, miałsynów i wychował ich na mężczyzn ceniących pokój, naukowców lub biznesmenów. Ale on, jak głupiec, nie słuchał jej. Czy widzi go teraz? Czy wie, ile czasu poświęcił, aby pomagać bogaczom wykupywać ich młode żony od porywaczy i handlarzy narkotyków? Czy wie, jak często musi wyciągać swych klientów z Bagdadu, Mosulu i Falludży? Czy martwi płaczą?

– Mam wiadomości – powiedział w końcu Marwan Accad. – Ale obawiam się, że nie są dobre.

– Coś o Claudette? – zapytał Ramsey. – Czy te bestie cośjej zrobiły? Zabiję ich. Przysięgam, panie Accad, nie spocznę, aż ich odnajdę i sprawię, że będącierpieć.

Marwan potrząsnął głową.

– To o Claudette, ale nie tak, jak pan myśli. Proszę usiąść.

– Proszę mówić, co pan wie.

– Zrobię to, panie Ramsey. Proszę, niech pan usiądzie, a wtedy powiem wszystko.

Ramsey był korpulentnym mężczyzną i w ciągu ostatnich dwóch tygodni poważnie podupadł na zdrowiu. Opadł bezwiednie w olbrzymi, miękki fotel i nerwowo zapalił kolejnego papierosa. Wpatrywał się w niego z oczekiwaniem, a w jego przekrwionych oczach pojawiły się łzy. Pochylił się i powiedział: – Panie Accad, proszę się ze mną nie bawić. Nalegam.

Marwan przytaknął i zapytał: – Panie Ramsey, czy ma pan jakieś związki z San Paulo?

Stary mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony:

– Tym w Brazylii?

– Tak.

Ramsey wzruszył ramionami. – Nie, a dlaczego pan pyta?

– Żadnych? – nalegał Marwan Accad.

– Żadnych, a powinienem mieć? – zapytałRamsey.

– CzyBlue Nilemiał tam jakieś biura lub fabryki?

– Nie.

– Czy ktoś z kadry zarządzającej pochodził z San Paulo?

– Nie.

– Ktoś z pracowników?

– Nie wydaje mi się.

– Czy kiedykolwiek był pan w San Paulo w interesach?

– Nie, nie byłem.

– Czy kiedykolwiek był pan tam z żoną na wakacjach?

– A kto ma czas na wakacje? – żachnął się Ramsey. – Ciężko pracuję i mam ważniejsze sprawy w głowie.

– Może pani Ramsey wyjeżdżała do San Paulo sama w jakimś celu?

– Nie, oczywiście, że nie.

– Jest pan pewien?

– Nie rozumiem, co próbuje pan...

– Czy jest pan pewien, panie Ramsey? – naciskał Marwan Accad. – Proszę się zastanowić.

Rafeeq Ramsey wstał i znowu zaczął chodzić po salonie, zaciągając się dymem.

–Coż, jeśli się nad tym zastanowić, może tam była – powiedział po chwili.

– Proszęmi o tym opowiedzieć.

– Nie ma o czym – odparł Ramsey. – Kuzynka Claudetty wyszła za mąż za Brazylijczyka. Nie trwało to długo. Sześćmiesięcy później rozwie- dli się.

– Czy pojechał pan na ślub? – zapytał Marwan Accad.

– Nie, ale Claudette tam była. Nienawidziła tego miejsca. Tak, to było San Paulo. Zatłoczone i głośne. „Jak Nowy Jork pozbawiony swego uroku”, powiedziała.

– Kiedy był ten ślub?

– Nie wiem, może trzy lub cztery lata temu – powiedział Ramsey, robiąc sobie drinka przy barze koło okna. – Dlaczego pan o to pyta?

Marwan sięgnął po swoją aktówkę, wyciągnął z niej dużą brązową kopertęi wręczył ją Ramseyowi.

– Co to jest? – zapytał stary mężczyzna, popijając martini.

–Proszę otworzyć – powiedział Marwan Accad. – Zobaczy pan.

Ramsey przez chwilę wpatrywał się w niego, a potem odstawił drinka, podszedł, wziął kopertę i powoli ją otworzył. Wyciągnął dużą, czarno-białą fotografię. Krew odpłynęła mu z twarzy, zastygłej w głębokim zdziwieniu. Trzymał w ręku fotografię żony datowaną zaledwie dwa dni wcześniej. W odróżnieniu od poprzednich zdjęć, które towarzyszyły żądaniom o okup, nie była związana ani zakneblowana. Siedziała przy biurku w biurze i rozmawiała z jakimś urzędnikiem lub asystentem.

–Nie... Nie rozumiem – Rafeeq Ramsey powiedział po chwili słabym głosem. Jego ręce drżały. – Co to znaczy? Kiedy zrobiono to zdjęcie?

–Wykonała je jedna z kamer w banku w San Paulo. – wyjaśnił Marwan Accad. – Pańska żona podjęła pieniądze, które pan przesłał jako okup za jej życie.

Ramsey wciąż nie potrafił zrozumieć, co widzi przed sobą.

– Co pan próbuje powiedzieć, panie Accad? – odezwał się w końcu. – Że moja żona... myśli pan, że ona to wszystko zaplanowała?.. myśli pan, że to jest dowód, że mnie zdradziła?

Marwan nie odpowiedział. Czekał, aż klient sam pojmie bolesną prawdę, zanim przedstawi mu swój plan. Ale nigdy nie było mu dane to zrobić. Nagle rozległy się dwa strzały. Szyba w oknie rozsypała się w drobne kawałki. Stary mężczyzna padł na ziemię i z jego ust popłynęła strużka krwi. Rafeeq Ramsey był martwy, a Marwan Accad obawiał się, że on będzie następny.

Rozdział drugi

Marwan rzucił się za masywne dębowe biurko, kryjąc się przed pociskami z broni maszynowej, które wypełniły apartament, rozbijając naczynia i ramki na zdjęcia i rozrzucając wokół kawałki szkła.

Dwóch ochroniarzy Ramseya wpadło do salonu z pistoletami w ręku, ale zostali zastrzeleni, zanim nawet zorientowali się, skąd strzela snajper.

Marwan podniósł słuchawkę telefonu, ale linia została odcięta. Sięgnął po broń, ale przypominał sobie, że ochroniarze odebrali mu ją przed wejściem. Starożytna waza nad jego głową rozprysnęła się w drobne kawałki. Serie z karabinu maszynowego rozrywały meble wokół niego.

Nie mógł tu zostać. Snajper, który zabiłRamseya musiał korzystać z lunety. Wiedzieli, że jest w apartamencie i widzieli, gdzie się schował.

Marwan przetoczył się w lewo i podczołgał do zabitych ochroniarzy. Strzały wybuchły z nową siłą. Zabrał ich broń – i zdjęcie żony Ramseya– i rzucił się w otwarte drzwi prowadzące na korytarz.

Dwóch innych ochroniarzy wychodziło z windy.

– Na ziemię! Na ziemię! – krzyknął Marwan, a korytarz wypełnił się świstem kul.

Pierwszy ochroniarz od razu padł na ziemię. Drugi nie był wystarczająco szybki. Dwa pociski trafiły go w plecy i zacząć krzyczeć z bólu.

– Szybko, panie Accad, na schody!– zawołał pierwszy ochroniarz, próbując pomóc koledze, choć jego rozpaczliwe wysiłki zdawały się nadaremne.

Marwan posłuchał rady i wbiegł na klatkę schodową, trzymając pistolety przed sobą, na wypadek, gdyby ktoś czekał tam na niego. Schody były puste. Zbiegł dziesięć pięter w dół,próbując zapanować nad myślami.

Chwilę później wpadł do lobby, zastanawiając się, czy kierowca jeszcze czeka na niego. Przebiegł wzrokiem po rosnącym tłumie gapiów, ale nie rozpoznał nikogo. W oddali wyły syreny policyjne, a na miejscu alarm pożarowy. Ludzie krzyczeli. To było piekło. Ale strzały ucichły, przynajmniej na razie.

– Pan Accad? – zawołał ktoś z tłumu.

Ochroniarze i agenci w cywilnych ubraniach nadbiegali ze wszystkich stron. Z kolei mieszkańcy wylewali się z wind w panice. Nie widział nikogo znajomego, ale znowu usłyszał ten głos.

– Panie Accad, tutaj.

Odwrócił się i tym razem zobaczył kierowcę, niskiego, dobrotliwie wyglądającego mężczyznę, biegnącego w jego stronę.

– Panie Accad, proszę – powiedział kierowca, próbując złapać oddech. – Musimy się stąd wydostać. Niech pan zostanie tutaj, a ja podjadę pod drzwi.

– Pójdę z tobą – odpowiedział Marwan.

– Nie, nie monsieur – nalegał kierowca. – Zaraz tu będę.

Kierowca przepychał się już do drzwi przez tłum ludzi próbujących uciec z Sovereign Place i pobliskiego Seaside Place, dwóch najbardziej luksusowych i pożądanych apartamentowców w Monako.

Marwan nie zamierzał kłócić się z kierowcą. Były inne rzeczy, o których musiałmyśleć. Czy Claudette Ramsey i jej wspólnicy wiedzieli, że Marwan śledził ich przelewy? Czy wiedzieli, że znalazł ich w San Paulo? Czy dlatego zabili Rafeeqa Ramseya, zanim mógł cokolwiek zrobić z tymi informacjami? Jak to możliwe? Przecież powiedział o tym tylko Ramseyowi na chwilę przed jego śmiercią.

Firma Accad & Associates pracowała dla Ramseya od dziesięciu dni. Ramsey od lat korzystał z usług agencji ochrony z Paryża, a firmę Accada zatrudnił dopiero po śmierci córki i zniknięciu żony, i tylko w celu wyjaśnienia tych przestępstw, nic więcej. Marwan zaproponował mu, że uzupełni lub wręcz zastąpi francuskich ochroniarzy własnymi, ale Ramsey odmówił. Nie chciał żadnych zmian, które mogłyby zdenerwować szantażystów i sprowokować ich do skrzywdzenia jego ukochanej żony. To był fatalny błąd.

Marwan patrzył, jak samochody policji i służb ratunkowych zjeżdżały się z każdej strony i wiedział, że wkrótce pojawią się też dziennikarze. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było jego zdjęcie na pierwszych stronach gazet w Europie i na Bliskim Wschodzie. Nie jest to rozgłos, na którym zależy dyrektorowi rozwijającej się firmy ochroniarskiej dla osób na najwyższych stanowiskach.

Spojrzał na zegarek, a potem przebiegł wzrokiem po tłumie ludzi na zewnątrz. Kierowca był już po drugiej stronie ulicy i właśnie zapalał silnik lśniąco nowego range rovera.

Marwan ruszył w stronę drzwi. Chciał wydostać się stąd najszybciej, jak to możliwe. Lecz gdy tylko wyszedł z budynku i skierowałsię w stronę auta, potężna eksplozja rozerwała samochód, a siła wybuchu rzuciła nim o ziemię. Płomienie i dym wystrzeliły w powietrze. Z nieba leciały kawałki szkła i poszarpane kawałki gorącego metalu. I w tej przerażającej chwili Marwan zrozumiał, że trwa polowanie także na jego życie.

Rozdział trzeci

Ciała leżały na ulicy i trawnikach. Ranni wołali o pomoc. Ludzie chodzili wokół w szoku, szukając przyjaciół i bliskich, zastanawiając się, co się przed chwilą wydarzyło i dlaczego.

Marwan wstał, otrzepał się i wytarł krew z twarzy. Wyjął magazynek z jednego z pistoletów, które zabrał ochroniarzom, wytarł odciski palców i wyrzucił broń do kosza na śmieci. Drugi pistolet włożył za pas, zakrył marynarką i pobiegł na północ w kierunku oddalonej o kilka przecznic dzielnicy biznesowej.

Musiał dostać się do swojego pokoju w hotelu. Musiał zabrać swoje rzeczy i wyjechać z miasta. Nikt go nie zatrzymywał. Wszyscy byli zbyt przestraszeni lub zaszokowani, aby zastanawiać się, kim on jest i dlaczego tak się śpieszy.

Zatrzymał przejeżdżającą taksówkę.

– Le Meriden – powiedział kierowcy i po chwili siedział w jadącym samochodzie.

Słońce powoli zachodziło za górami. W mieście zapalało się coraz więcej świateł. Kasyna i kawiarnie czekały na klientów. Monte Carlo, świątynia rozrywki dla sławnych i bogatych budziło się do życia, choć wieść o atakach z pewnością szybko rozniesie się wśród ludzi.

Marwan patrzył bezwiednie na jachty w mijanej zatoce i myślał. Powinien zadzwonićdo brata. Potrzebował zdobyć więcej gotówki i dostać się na samolot – zarezerwować miejsce i kupić bilet. Tylko dokąd? I skąd? Czy lecieć do Włoch czy do Francji?

Wiedział, że uciekając, staje się głównym podejrzanym. Ale po tym, co się właśnie stało, właściwie nie miał wyboru. Pozostanie tutaj mogło oznaczać wyrok śmierci. Policja, co oczywiste, poddałaby go długim przesłuchaniom.Kto skontaktował go z Rafeeqiem Ramseyem? Dlaczego przyjechał do Monte Carlo, jeśli dobrze wiedział, że Ramsey korzysta już z usług francuskiej firmy ochroniarskiej? Jak wytłumaczy fakt, że Ramsey zginął podczas ich pierwszego spotkania? Dlaczego zabrał broń ochroniarzowi? Dlaczego nie odebrał własnego pistoletu z lobby?Przez wiele godzin musiałby odpowiadać na niełatwe pytania. Ale najbardziej niepokoiło go to, co Ramsey powiedział podczas ich pierwszej rozmowy.

Taksówka zatrzymała się przed hotelem. Marwan zapłacił kierowcy i poprosił, aby na niego poczekał. Nie potrzebował wiele czasu. Wbiegł do środka i wjechał windą na piąte piętro.

Obok niego stała młoda i atrakcyjna kobieta. Przypominała mu Ranię. Długie, ciemne włosy. Ciemne, brązowe oczy. Biała jedwabna bluzka. Czarna spódnica, Czarne rajstopy. Naszyjnik z pereł. Czerwony lakier do paznokci. Czerwona szminka. Odrobinę za mocny makijaż. Uśmiechnęła się nieśmiało. W normalnych okolicznościach Marwan odwzajemniłby uśmiech i zaczął rozmowę. Ale nie tego wieczoru.

Patrzył w dół i starał się skoncentrować. Próbował przypomnieć sobie rozmowę telefoniczną z Ramseyem sprzed półtora tygodnia, gdy kontaktowali się po raz pierwszy. Ogólny zarys pamiętał bardzo dobrze. Ramsey opowiedział mu o wydarzeniach, które poprzedzały jednoczesne uprowadzenie żony i córki, pierwszej z salonu piękności, a drugiej podczas powrotu ze szkoły – jedno skończyło się szantażem, drugie morderstwem. Ale Marwan usiłował skupić się na nazwiskach potencjalnych podejrzanych. Ramsey wymienił co najmniej kilkunastu byłych pracowników i konkurentów, którzy mogli miećmotyw, środki i okazję, aby zaatakować jego rodzinę. Lecz jedna z możliwości martwiła go bardziej niż pozostałe.

Zadźwięczał dzwonek windy. Drzwi otworzyły się na trzecim piętrze. Kobieta stojąca obok wyciągnęła telefon i wychodząc z windy, zaczęła wybierać numer. Chodziła jak Rania, opanowana i pewna siebie, lecz bez żadnych oznak, że ma ochotę na flirt.

Drzwi zasunęły się cicho.

Marwan wrócił do rozmowy z Ramseyem. Stary mężczyzna powiedział mu, że kilka lat wcześniej dwóch agentów wywiadu francuskiego próbowało go szantażować, grożąc, że jeśli nie zapłaci im dwustu pięćdziesięciu tysięcy euro, nakłonią swoich przyjaciół w urzędzie podatkowym do rozpoczęcia dochodzenia w sprawie nieprawidłowości w księgowości i unikania płacenia podatków przezBlue Nile Holdings. Twierdzili również, że zorganizują przecieki do prasy, aby zepsuć opinię jemu i jego firmie.

W tamtym czasie Ramsey próbował sprzedać firmę międzynarodowemu holdingowi z siedzibą w Paryżu. Nie chciał, aby jakieś długie i publiczne dochodzenie rządowe, nawet oparte na fałszywych zarzutach, utrudniło negocjacje i zawarcie porozumienia. Powiedział Marwanowi, że zapłacił okup, księgując go jako „wynagrodzenie za konsultacje”. Lecz gdy szantażyści zażądali więcej – tym razem miliona euro – Ramsey powiadomił Interpol, który przygotował tajną operację. Agenci zostali aresztowani i groziła im kara więzienia od dwudziestu pięciu lat do dożywocia. Gdy poszli na układ z prokuratorem, obiecując wskazać wspólników, znaleziono ich martwych w celi aresztu. Nigdy nie odkryto sprawców morderstw i sprawa została zamknięta.

Rząd francuski wystosował do Ramseya oficjalne przeprosiny – i choć Ramsey nigdy nie stawiał takich zarzutów –bardzo gorliwie zapewniał Ramseya i jego żonę, że szantażystami byli nieuczciwi agenci działający na własną rękę, w żaden sposób nieinspirowani przez służby wywiadu czy administrację rządową w Paryżu.

Ramsey wyznał Marwanowi, że mimo to uważał, iż we francuskim wywiadzie był co najmniej jeden wysoko postawiony nieuczciwy agent, który zaplanował całą operację. Co więcej, Ramsey wierzył, że agent ten kazał zabić swych współpracowników w więzieniu, aby ich uciszyć, a teraz po raz kolejny próbuje wyciągnąć od niego pieniądze.

To dlatego, powiedział Ramsey, skontaktował się z Marwanem. Nie wiedział, komu może zaufać. Jeśli jego przeciwnikiem jest ktoś z wyższych kręgów francuskiego wywiadu (choć działający na własną rękę), czy mógł spodziewać się, że jakiś pierwszy lepszy inspektor wydziału zabójstw policji paryskiej rozwiąże sprawę i postawi winnego lub winnych przed wymiarem sprawiedliwości?

Dzwonek windy zadźwięczał ponownie.

Drzwi otworzyły się na piątym pietrze. Ale Marwan, zamyślony, nie wysiadał. Czy Ramsey miał rację? Co więcej, czy żona Ramseya mogła od samego początku współpracować z anonimowym agentem francuskiego wywiadu? Dlaczego? Jaki miała motyw? Wydawało się, że Rafeeq i Claudette Ramsey są szczęśliwym małżeństwem –bogaci, atrakcyjni i mający wkrótce cieszyć się jego zbyt długo odkładaną emeryturą. Co mogło zawieść?

Drzwi windy zaczęły się zamykać.

Marwan ocknął się. Później będzie miał czas, aby wszystko przeanalizować. Teraz musi zabrać rzeczy i wyjechać z miasta. Jeśli policja zechce go przesłuchać, wiedzą gdzie go znaleźć. Ale nie będzie czekał, aż zabije go jakiś snajper lub bomba w samochodzie.

Wyciągnął rękę i rozsunął drzwi. Wyszedł z windy i skręciłw prawo, kierując się w głąb korytarza, który wydał się ciemniejszy niż zwykle, jakby spaliło się kilka żarówek albo ktoś celowo jej wykręcił.

Nagle w końcu korytarza ktoś się poruszył. Marwan usłyszał charakterystyczny dźwięk odciąganego kurka. Zrozumiał, że go znaleźli.

Rozdział czwarty

Marwan rzucił się w lewo i w tej samej chwili rozległ się wystrzał z pistoletu, odbijając się głośnym echem w korytarzu hotelu. Kula wbiła się w ścianę tuż za nim, wyrzucając w powietrze kawałki tapety i płyty gipsowej.

Wyciągnął pistolet, który zabrałochroniarzowi Ramseya i odpowiedział ogniem. Drzwi na drugim końcu korytarza otworzyły się szeroko. Marwan odwrócił się instynktownie i zobaczył innąpostać wychodzącą z mroku – kobietę z windy.

Padł na ziemię, a dwie kolejne kule rozbiły się o ścianę nad jego głową. Wycelował w głowę kobiety, wystrzelił dwukrotnie, przewrócił się na drugą stronę i wystrzelił jeszcze dwa razy w stronę mężczyzny kryjącego się w cieniu. Wszystkie pociski chybiły celu, ale pozwoliły mu zyskać kilka cennych sekund.

Kilka metrów przed nim, po prawej stronie, było niewielkie odgałęzienie korytarza prowadzące do jednego z apartamentów. Nie było to najlepsze schronienie, ale w tej chwili nie znajdzie niczego lepszego. Wystrzelił znowu –dwa razy w każdą stronę – i rzucił się do bocznego korytarza, wpadając we wnękę w momencie, gdy napastnicy odpowiedzieli ogniem. Na krótkąchwilę żaden z nich nie miał czystej linii strzału. Ale to nie będzie trwało długo.

Odgłosy strzałów po raz kolejny wypełniły korytarz.

Zbliżali się do niego. Metr po metrze. Od drzwi do drzwi.

Miał kilka sekund, aby wykonać swój ruch.

Marwan wystrzelił dwa pociski w lewo, dwa w prawo, a potem odwrócił się i strzelił w wywieszkę „Nie przeszkadzać” wiszącą na drzwiach. Rzucił się przed siebie, rozbijając drzwi uderzeniem obu stóp i praktycznie wyrywając je z futryny. Tuż za nim wybuchła kanonada pocisków.

Wewnątrz pokoju para nowożeńców chowała się w kącie za wózkiem z tacami. Wtuleni w siebie drżeli ze strachu.

– Na ziemię – rozkazał Marwan głosem bliskim szeptu. – Pod łóżko, szybko!

Nie miał czasu wyjaśniać, że to nie on jest czarnym charakterem tego koszmaru. Chciał zapewnić im choć odrobinę bezpieczeństwa, jak długo to będzie możliwe. Para posłusznie położyła się na ziemi i wczołgała pod szerokie łóżko z baldachimem, spoglądając przez ramię, jak wymieniał magazynek i przeładowywał pistolet. Marwan podbiegł do szklanych przesuwanych drzwi i wyszedł na balkon.

I wtedy usłyszał strzał i poczuł, jak kula przechodzi przez jego lewe ramię.

Siła uderzenia obróciła nim wokół. Marwan wpadł na niewielki szklany stolik, który załamał się pod jego ciężarem. Wciąż był na tyle przytomny, aby przetoczyć się na bok i wystrzelić w stronę pokoju, jednocześnie zasłaniając twarz drugą ręką.

Szklane drzwi rozsypały sięna tysiąc kawałków, ale pociski dosięgły celu. Kobieta z perłowym naszyjnikiem dostała dwie kule w klatkę piersiową. Krzyknęła w agonii i osunęła się na ziemię.

Pozostał jeszcze jeden napastnik.

Mimo bólu, Marwan poruszał się zaskakująco szybko. Strząsnął z siebie kawałki szkła, wstał i utykając, wbiegł z powrotem do pokoju, mierząc z pistoletu w drzwi na korytarz i czekając, aż pokaże się w nich partner kobiety. Z prawej strony panna młoda oddychała gwałtownie. Mąż próbował ją uspokoić, ale na próżno – wydawało się, że w ogóle go nie zauważa.

Marwan wpadł w moderczą furię. Sięgnął w dół i sprawdził puls kobiety w perłowym naszyjniku. Żyła, ale była bliska śmierci. Puls był wolny i nieregularny. Kopnął jej pistolet w głąb pokoju i odwrócił ją. Na bluzce rosła purpurowa plama krwi.

Strzelił w głąb korytarza, aby zyskać kilka sekund. Potem przyłożył pistolet do szyi kobiety.

– Kto cię przysłał? – powiedział przez zaciśnięte zęby.

Kobieta, prawie nieprzytomna, uśmiechnęła się słabo, ale milczała.

Marwan powtórzył pytanie po francusku, ale kobieta dalej milczała.

– Claudette Ramsey? Czy przysłała cię z San Paulo? – domagał się odpowiedzi.

Na twarzy kobiety pojawił się prawdziwy strach – i zaskoczenie. Widać było, że zna to imię. Zna to miasto. Wcisnął pistolet głębiej w jej szyję, ale ona wciąż nie chciała mówić, a chwilę potem jej oczy uciekły do góry i przestała oddychać.

Jego serce biło gwałtownie. W żyłach płynęła toksyczna mieszanka adrenaliny i chęci zemsty. Chwycił broń kobiety, sprawdził magazynek i wbiegłna korytarz, strzelając z obu pistoletów. Mężczyzna w cieniu nawet nie miał szansy odpowiedzieć. Marwan rzucił pistolety na skulone ciało i wyciągnął pistolet z jego lewej ręki i zapasowy magazynek z kieszeni marynarki.

Mężczyzna nie miał żadnych dokumentów – portfela, paszportu, niczego. Marwan wrócił do apartamentu dla nowożeńców. Kobieta w perłowym naszyjniku również nie miała żadnych dokumentów. To byli profesjonaliści – szkoleni, aby być niewidzialnymi i anonimowymi, potrafiący śledzić swoją ofiarę w cieniu i uderzyć bez ostrzeżenia. A jeśli Ramsey miał rację? A jeśli to byli agencji francuskiego wywiadu?

Jedno było pewne: zadarli z niewłaściwym człowiekiem.

Dopiero wtedy Marwan poczuł silne pieczenie w prawym ramieniu i krew spływającą po policzkach z licznych ran od rozbitego szkła.

A potem usłyszał syreny.

Rozdział piąty

Zostać, czy uciekać?

Miał tylko kilka sekund na decyzję. Policjanci mogli pojawićsię w każdej chwili. Ta myśl powinna była go uspokoić, ale w rzeczywistości jedynie zwiększyła jego napięcie.

Działał w obronie własnej, ale jakie to miało znaczenie? Ktoś na niego polował. I ktokolwiek to był, najwidoczniej znał jego każdy ruch. Wiedzieli, że był w Monako. Wiedzieli, że zatrzymał się w hotelu Meridien, mimo iż zameldował się pod przybranym nazwiskiem. Wiedzieli, że spotka się z Ramseyem. Wiedzieli kiedy. Wiedzieli gdzie. Wiedzieli jakim samochodem przyjedzie, z której windy skorzysta.Jak to możliwe? Skąd oni mogą to wiedzieć?

Było oczywiście zupełnie możliwe, że jego prześladowcy nie mieli żadnych związków z policją lub ze służbami wywiadu z Europy czy Bliskiego Wschodu. Ale było to coraz mniej prawdopodobne. Kto inny mógł śledzić go tak dokładnie? Jedynie garstka ludzi wiedziała o jego podróży, a sama decyzja o wyjeździe została podjęta niespełna czterdzieści osiem godzin wcześniej.

Marwan postanowił, że spróbuje znaleźć taksówkę, która przywiozła go do hotelu. Jeśli wciąż czekała na niego przed hotelem – jeśli kierowca nie wystraszył się zamieszania, nie został zmuszony do odjazdu przez policję lub nie znudziło mu się czekanie – to Marwan uzna to za znak od Boga, że powinien uciekać. Pojedzie do Mediolanu, potem do Rzymu, a potem, jak tylko będzie to możliwe, wróci do Bejrutu, do brata.

Jeśli przed wejściem nie będzie taksówki, jeśli nie będzie możliwości ucieczki, to wtedy przyjmie to za znak, że powinien zostać, że jego los zostałprzypieczętowany, że musi pójść na policję i podjąć ryzyko.

Może gdyby miał więcej czasu, wymyśliłby lepszy plan. Ale teraz zostały mu tylko sekundy.

Marwan włożył pistolet od kieszeni kurtki i wbiegł do łazienki. Zanurzył ręce i twarz w wodzie. Zmył krew z włosów i ignorując rozdzierający ból, oczyścił ranę na ramieniu mokrym ręcznikiem. Skórzana kurtka osłabiła nieco uderzenie kuli, ale i tak będzie musiał zszyć ranę i jeśli nie uzyska pomocy medycznej, prawdopodobnie wda się zakażenie.

Ale teraz mógł jedynie połknąć garść środków przeciwbólowych, co też zrobił, wysypując je z plastikowej butelki stojącej obok zlewu. Złożył prowizoryczny opatrunek z małego ręcznika do mycia twarzy i włożył go pod kurtkę, a zakrwawione ręczniki wrzucił do wanny. Z szafy obok łazienki wziął jedną z toreb należących do młodej pary i wyszedł na korytarz, kierując się w stronę wyjścia ewakuacyjnego.

Zbiegł po schodach i przez boczne drzwi wyjrzał na zewnątrz. Pierwszy radiowóz właśnie hamowałprzed hotelem. Z samochodu wysiedli dwaj policjanci i wbiegli do lobby. Taksówka wciąż czekała na niego, zaledwie kilka metrów od drzwi. Podbiegł do niej pochylony i wsiadł na tylne siedzenie.

– Na lotnisko – powiedział po francusku.

Kierowca nawet się nie poruszył.

Marwan powtórzył to samo po angielsku, ale wciąż nie było żadnej reakcji.

Pochylił się, aby obudzić mężczyznę i wtedy zobaczył krew. Kierowca był martwy – dostał kulę w lewą skroń.

Marwan odwrócił się i wyciągnął pistolet. Spojrzał na parking, drogę, wejście do hotelu. Nikogo nie widział. Za to słyszał syreny nadjeżdżających radiowozów.

Co to za znak?, pomyślał. Miał samochód, ale bez kierowcy.

Wtedy pojawiła się przerażającą myśl. Na drzwiach taksówki i w jej wnętrzu było pełno jego odcisków palców. Jeśli teraz ucieknie, będzie podejrzany o morderstwo. Wydadzą nakaz aresztowania go. Jego kariera będzie skończona. Firma pogrąży sięw ruinie. Bogaci ludzie nie zatrudniają ochroniarzy, którzy są ścigani za morderstwo, bez względu na to, jak gorliwie zapewniają o swojej niewinności.

Ale ucieczka, w odróżnieniu od pozostania, dawała pewnąkorzyść – szansę na przeżycie.

Po wszystkim, co się wydarzyło, Marwan był pewien, że pozostanie w Monte Carlo oznaczało wyrok śmierci. Ludzie, którzy go ścigali, wiedzieli o nim zbyt dużo i inicjatywa wciąż leżała po ich stronie. Ucieczka dawała mu przynajmniej nadzieję na wydostanie się z Monako i z Europy, zniknięcie gdzieś na pewien czas, aż dowie się, kto i dlaczego go prześladuje – i zaplanuje swój kolejny ruch.

W jednej chwili decyzja stała się jasna. Musi uciekać.

Marwan spojrzał w tył i na boki. Przynajmniej przez chwilę wokół nie było nikogo. Pochylił się nad ciałem kierowcy i znalazł przycisk opuszczający oparcie fotela. Kiedy fotel odchylił się na maksymalną odległość, przeciągnął ciało kierowcy na tylne siedzenie. Wysiadł, obszedłsamochód wokół, otworzył przednie drzwi, a potem bagażnik.

W bagażniku znalazł koc i kilka map. Chwilę później ciało było przykryte kocem, a mapy leżały na fotelu pasażera. Zajrzał do schowka. Oprócz instrukcji, dowodu rejestracyjnego, karty ubezpieczenia i pliku pustych rachunków znalazł kilka serwetek i torebek z keczupem. Serwetki będą musiały mu wystarczyć. Marwan rozejrzał się raz jeszcze i w pośpiechu wyczyścił wnętrze taksówki jak mógł najlepiej.

Na szczęście – przynajmniej dla Marwana – okno po stronie kierowcy było otwarte, kiedy został zastrzelony. Szyba była cała. Marwan wsiadłdo samochodu, podniósł szybę, zapalił silnik i spojrzał w lusterko wsteczne. Ramię pulsowało bólem, ale teraz nie miał czasu o tym myśleć.

Migające światła zbliżały się szybko.

Kierownik hotelu wybiegł przed główne wejście i machał do policjantów. Potem krzyknął coś w stronę Marwana, i chociaż nie słyszał dokładnie co, uznał, że było to „rusz się stąd”.

Marwan usłuchał, ostrożnie odjeżdżając sprzed hotelu i kierując się na zachód.

Wyjazd do Włoch byłby błędem, uznał. Francja była lepszym wyjściem. W skrytce w Marsylii miał trochę gotówki i ubrań oraz kilka fałszywych paszportów. Podobne skrytki znajdowały się w kilku innych miastach w Europie i na Bliskim Wschodzie, co w jego zawodzie było koniecznym środkiem ostrożności. Jeśli nie będzie dużego ruchu, mógłdojechać do Marsylii za dwie godziny, pozbyć się samochodu oraz ciała i złapać samolot do Casablanki.

W Maroku nie znał prawie nikogo. Minęło wiele lat, odkąd był tam ostatni raz. Właściwie przysiągł sobie, że nigdy tam nie wróci. Ale w tej chwili nie potrafił znaleźć innego wyjścia, niż pojechać do kobiety, która złamała mu serce.

Rozdział szósty

Inspektor Jean-Claude Goddard przedarł się swym starym, dwudrzwiowym Renault przez labirynt radiowozów, karetek i wozów transmisyjnych (informujących o wszystkim na żywo miliony telewidzów) i zaparkował w pobliżu budynku Ramseya. Wyciągnął ze schowka odznakę oraz pistolet i wysiadł z samochodu wprost w objęcia listopadowego chłodu.

Był detektywem w policji w Monako od ponad dwudziestu lat. Przez ostatnie pięć był naczelnym inspektorem. Lecz przez wszystkie te lata nie widział takiego przestępstwa.

Liczące 32 tysiące obywateli księstwo było drugim najmniejszym suwerennym terytorium na świecie, zaraz po Watykanie. Wciśnięte między Włochy i Francję, wzdłuż niespełna dwóch kilometrów kwadratowych skalistych stoków gór opadających ku olśniewającym i szalenie drogim działkom nadmorskim, Monte Carlo miało swoją historię drobnych przestępstw, włamań i podobnych problemów. I przy największym zagęszczeniu milionerów w całej Europie, można było się spodziewać, że będą oni naturalnym celem dla chciwych i zazdrosnych ludzi. Ale bomby w samochodach? Zamachy? Kilka zabójstw w różnych miejscach, wszystkie tego samego dnia? To było niesłychane. Aż do dzisiaj.

Minął sczerniałe szczątki Range Rovera, wciąż tlące się naśrodku drogi, i wszedł do lobby siedziby Rafeeqa Ramseya. Wjechał windą na główne miejsce zbrodni i zaraz po wyjściu omal nie potknął się o ciała i pociski leżące na ziemi. Jego asystentka, dwudziestoośmioletnia brunetka, Colette DuVall, czekała na niego w salonie. Nieliczny, ale doskonale wyszkolony zespół śledczych Goddarda analizował ślady pozostawione w mieszkaniu.

– Proszę się przygotować, szefie – powiedziała DuVall. – To było piekło.

– Co już wiemy? – odpowiedział Goddard, próbując zachować zimną krew i przyglądając się masakrze, jaka dokonała się w najlepiej urządzonym apartamencie w jakim kiedykolwiek postawiłnogę.

– Komisarz przekazał panu zarys sytuacji, prawda? – zapytała DuVall.

– Tak.

– Więc zacznijmy od tego miejsca.

DuVall poprowadziła go do zarysu ciała nakreślonego kredą na podłodze w salonie i wskazała na korpuletnego mężczyznę leżącego pośrodku.

–Przedstawiam panu Rafeeqa Ramseya Suleimana.

–TegoRafeeqa Ramseya? – zapytał Goddard. – Egipskiego milionera?

– Obawiam się, że tak – powiedziała DuVall. – Znał go pan?

– Spotkałem go razem z żoną na Grand Prix, kilka lat temu– wspomniał Goddard. – Rozmawialiśmy przez chwilę. Naprawdę fascynujący człowiek. On i jego brat wychowali się właściwie bez grosza, gdzieś w Asuanie lub Luksorze, a potem wzbogacili się bardziej niż faraonowie. Najpierw na górnictwie – rudzie żelaza, stali, złocie, fosfatach i tego rodzaju rzeczach. Po śmierci brata zajął się wydobyciem gazu, głównie w Delcie Nilu. Zrobił na tym fortunę. Wydawał się uroczym mężczyzną – czarującym, skromnym, twardo stąpającym po ziemi. Co innego jego żona, ona była prawdziwą...

Goddard nagle zniżył głos i zapytał:– Czy ona jest tutaj?

DuVall potrząsnęła głową. – Niezupełnie.

– Jak to niezupełnie?

–Została porwana dwa tygodnie temu, w Paryżu.

– Och – powiedział Goddard, czując odrobinę poczucia winy.

– To jeszcze nie wszystko – powiedziała DuVall.

– Jak to?

– Córka Ramseya, jedynaczka, z pierwszego małżeństwa, została zamordowana tego samego dnia, kiedy zniknęła matka.

Goddard wzdrygnął się.Czy to możliwe? Ojciec nie żyje. Córka nie żyje. A matka została porwana. Jaka klątwa spadła na tę nieszczęsnąrodzinę?

– Ile miała lat?

– Czterdzieści dwa.

– Nie, nie żona – powiedział Goddard.– Córka.

– Przepraszam – powiedziała DuVall, sprawdzając notatki. – Brigitte miała tylko dwanaście lat.

Goddard potrząsnął głową. Jego córka niedługo skończy dziesięć. – Czy są podejrzani? –zapytał, przysięgając w sercu, że dowie się, kto popełnił te okropne zbrodnie i wymierzy mu sprawiedliwość.

– Jeszcze nie –powiedziała DuVall.

– Świadkowie?

– Być może jeden.

– Kto?

– Mężczyzna, Marwan Accad – powiedziała DuVall.

– Znajdź go – rozkazał Goddard. – I przyprowadź do mnie.

Rozdział siódmy

Marwan jechał już prawie od godziny. Wszystko wydawało się koszmarem. W jego żyłach płynęła szalona mieszanka strachu, zmęczenia i palącego bólu, przytępiając myśli i otumaniając zmysły.

Przy każdym punkcie poboru opłat spodziewał się,że zostanie zatrzymany. Przy każdym mijanym radiowozie był przekonany, że policjant każe mu zjechać na pobocze. Lecz na razie wszystko toczyło się spokojnie. Zbyt spokojnie.

Zegar tykał. Policja z Monako musi go już szukać. To znaczy, że Francuzi i Włosi również go szukają. A to znaczy, że nawet gdyby chciał ukryć się w Europie, nie zdoła tego zrobić. Musi dostać się do Afryki Północnej. Nie może jednak popłynąć promem, to trwałoby zbyt długo. Musi polecieć samolotem. Ale nie może lecieć pod własnym nazwiskiem. A to znaczy, że musi sięgnąćpo fałszywe paszporty, trzymane w skrytce właśnie na taką sytuację. To znaczy, że jedyną szansą, aby zachować wolność, jest zdążyć na ostatni lot z Marsylii.

Jeśli dobrze pamiętał, ostatni samolot linii Royal Air Maroc wylatywał o dziesiątej wieczorem, co pozwoliłoby mu dotrzeć do Casablanki około północy. To było igranie z losem, nie miał wątpliwości. Ryzykował, że zostanie aresztowany na jednym lub drugim lotnisku, ale nie widział innej możliwości. Musiał spróbować.

Minął tablicę informacyjną. Zostało mu jeszcze ponad sto kilometrów. Przeklął pod nosem i wcisnął mocniej pedał gazu.

Marwan pędził na zachód autostradą A8 i dobrze wiedział, jak bardzo niebezpiecznie jest podróżować główną arterią komunikacyjną i jak łatwo można go na niej znaleźć. Ale nie miał czasu, aby jechać brzegiem morza lub kluczyć bocznymi drogami. I tak stawiał już wszystko na ostrzu noża. Nawet jeśli zdąży dojechać na lotnisko, co zrobi z samochodem i ciałem na tylnym siedzeniu? Jak dostanie się na pokład samolotu? Nie ma nawet rezerwacji, a tym bardziej biletu.

Wykręcił numer do Bejrutu. Po chwili w słuchawce odezwał się znajomy głos.

– Hallo?

– Ramy, tu Marwan.

– O Boże, bracie, to naprawdę ty? Jesteś cały? W radiu mówili o strasznych rzeczach w Monte Carlo – strzelaninie, wybuchu bomby, ale nie potrafili podać żadnych szczegółów.

– Jestem cały, naprawdę – powiedział Marwan. – Tylko trochę posiniaczony.

W rzeczywistości ból promieniujący z rany na ramieniu był prawie nie do zniesienia, ale nie było sensu martwić tym jego jedynego brata. Przynajmniej nie takimi rzeczami. Były inne, znacznie ważniejsze.

– Jesteś sam? – zapytał.

– Oczywiście – odpowiedział Ramy. – Wszyscy poszli już do domów.

– To dobrze. Musisz mi pomóc.

– Jasne, Marwan. Powiedz mi tylko, co się stało.

– Za chwilę – powiedział Marwan. – Najpierw musisz mi zarezerwować lot.

– Na kiedy?

– Dziś wieczór.

– Gdzie?

– Z Marsylii do Casablanki.

– Marsylii? – zapytał Ramy. – Myślałem, że jesteś w....

– Ramy, proszę. Za chwilę wyjaśnię. Z Marsylii do Casablanki. O której odlatuje ostatni samolot?

– O ósmej trzydzieści, ale nie...

– Nie, nie – powiedział. – Wydaje mi się, że ostatni samolot odlatuje o dziesiątej, albo coś koło tego.

Marwan nagle dostrzegł coś, co wyglądało jak radiowóz, jadący z tyłu, po lewej. Zdjął nieco nogę z gazu, słuchając jak Ramy wyprowadza go z błędu.

– Zaufaj mi, Marwan. Leciałem tym lotem setki razy. Linie Royal Air Maroc, lot 256, współdzielony z Air France. Startuje o ósmej trzydzieści, ląduje w Casablance o dziesiątej.

Radiowóz włączył światła. Marwan zaklął, tym razem głośno.

– Co jest? – zapytał Ramy.

– Nic – odparł Marwan. – Są jakieś inne loty?

Czy powinienem się zatrzymać?, pomyślał Marwan.Co wtedy? Jak wytłumaczę, dlaczego z tyłu leży martwy człowiek?Słyszał, jak brat stuka energicznie w klawiaturę komputera. W wyobraźni widziałwręcz, jak sprawdza wszystkie internetowe wyszukiwarki połączeń.

– Przykro mi, Marwan – powiedział Ramy po dłuższej chwili. Jeśli chcesz dzisiaj dostać się do Casablanki, lot 256 jest jedynym wyjściem. Nie możesz gdzieś przenocować i złapać coś rano?

Marwan zaczął panikować. Zwolnił i zjechał na pas awaryjny.

– Nie – powiedział bratu. – Muszę wyjechać dzisiaj.

– Więc musisz zdążyć na ósmą trzydzieści. Gdzie jesteś?

Radiowóz zbliżałsię szybko.

– Zrób rezerwację – rozkazał Marwan.

– W jedną stronę?

Marwan zatrzymałsamochód i włączył światła awaryjne.

– Nie, w obie strony.

– Kiedy powrót?

– Bóg jeden wie.

–Jasne – powiedział Ramy. – Coś wymyślę. Masz jeszcze tę skrytkę na lotnisku?

Marwan nie odpowiedział. Utkwił wzrok w nadjeżdżającym radio- wozie.

– Marwan? – Ramy powtórzył pytanie. – Skrytka w Marsylii? Masz ją jeszcze?

– Oczywiście – Marwan stracił cierpliwość. – Inaczej po co jechałbym do Marsylii?

– Dobrze, uspokój się –powiedział Ramy. – Przecież próbuję Ci pomóc.

Marwan spojrzał na pistolet na fotelu pasażera. Jego brat chyba żartuje. Uspokoić się? Teraz?

– Chciałem tylko zapytać – kontynuował Ramy – jakiego nazwiska będziesz używał?

– Niech będzie Cardell – powiedział Marwan.

– Jack Cardell?

– Tak.

– Dobrze – powiedział Ramy. – Przy oknie czy przejściu?

Marwan wstrzymał oddech.

– Marwan, przy oknie czy przy przejściu?

Marwan nie odpowiedział. Prawą ręką powoli położył słuchawkę i zaczął sięgać po pistolet. Słyszał, jak brat krzyczy do telefonu. Poczuł pod palcami zimny metal i zacisnął dłoń na rękojeści.

– Marwan, jesteś tam?

Miał spocone ręce. Jego serce biło gwałtownie.

– Marwan?

I wtedy radiowóz przejechał obok niego z dużą prędkością.

To nie o niego chodziło. Policjant zatrzymał inny samochód – czerwone Porsche turbo – jakieś pół kilometra dalej. Dreszcz wstrząsnął ciałem Marwana. Ale nie była to ulga, lecz obrzydzenie. Nie mógł uwierzyć w to, co zrobił. Lub prawie zrobił. Przed chwilą był gotówz zimną krwią zabić niewinnego policjanta. Miał już palec na spuście.Co się ze mną dzieje? Kim ja sięstaję?

Przez ułamek sekundy Marwan mógł niemal dosłownie wejrzeć we swoją duszę i to, co tam zobaczył, było ciemniejsze niż mroki nocy, przez którą jechał.

– Marwan? – Ramy zawołał znowu. – Co tam tam się dzieje?

Marwan odłożył pistolet, wytarł dłonie o spodnie i próbował uspokoić oddech. Potem sięgnął po słuchawkę i powiedział: – Tak Ramy. Wciąż tu jestem. Wybacz.

– Co się stało? Wszystko w porządku?

– Nie – odpowiedział Marwan – nie jest w porządku.

Zapalił silnik i znowu rozpoczął szaleńczą jazdę do Marsylii. Ale coś w nim pękło i fale emocji przepływały głęboko w jego sercu. Opowiedział bratu wszystko, co się stało. O swojej rozmowie z Ramseyem. O zamachu. O bombie w samochodzie. O strzelaninie w Le Meridien. O taksówkarzu, którego ciało wciąż leżało na tylnym siedzeniu i z którego telefonu teraz rozmawiał. O swej decyzji, aby uciekać. I o tym, jak bliski był popełnienia morderstwa.

To było wyznanie zrodzone z napięcia i poczucia winy. Ale były to również informacje, które Ramy powinien znać. Był w końcu drugim po Marwanie człowiekiem w firmie i te wydarzenia z pewnością będą miały wpływ na jej życie. I co było może nawet ważniejsze w tej chwili, Marwan potrzebował, aby brat pomógł mu spojrzeć na wydarzania ostatnich godzin w jasny sposób i z emocjonalnym chłodem, na który on sam nie był w stanie się teraz zdobyć.

– Myślisz, że popełniłem błąd? –zapytał Marwan, kiedy skończył opowieść.

– Wyjeżdżając z Monte Carlo po tym wszystkim? – zapytał Ramy.

– Tak.

– Ani trochę – powiedział Ramy bez wahania. – Sam zrobiłbym dokładnie to samo.

– Naprawdę?

–Jak najbardziej – potwierdził Ramy. – Nie miałeś wyboru.

– A gdyby zatrzymał cię radiowóz? –naciskał Marwan. – Co wtedy byś zrobił?

– Dziękuj Bogu, że do tego nie doszło – odpowiedziałRamy.

Prawda była taka, że Marwan nie miał ochoty dziękować za cokolwiek Bogu. Od wielu lat był zły na Boga. Modlitwy, które zanosił, wydawały się bezużyteczne. Każdego dnia wydawały się rozwiewać jak poranna mgła. Miał pytania, na które nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Miał rany, które nigdy nie zostały uleczone. Stracił wszystko, co kochał, z wyjątkiem Ramy’ego. A teraz wszystko, na co pracował, wymykało mu się z rąk.

– To może nas zniszczyć, Ramy – powiedział Marwan po chwili.

– Albo zabić – zgodził się jego brat.

Marwan poczuł, jak strach ścisnął mu żołądek. Ramy miał rację i Marwan żałował, że postawił go w tej sytuacji. Zawsze starał się chronić Ramy’ego. A teraz wystawił ich obu na wielkie niebezpieczeństwo.

–Przepraszam – powiedział Marwan. – Nie przypuszczałem, że tak się to potoczy.

Lecz Ramy nie chciał słuchać żadnych przeprosin.

– Hej, nie martw się o mnie – powiedział.

– Sęk w tym, że się martwię – odpowiedział Marwan.

– Marwan, ja sobie poradzę – przekonywał Ramy. – Ty też. Przeżyliśmy już gorsze rzeczy, prawda?

– Nie jestem pewien, mały braciszku – westchnął Marwan. – Nie jestem pewien.

Rozdział ósmy

Helikoptery policyjne latały nad miastem. Na wszystkich drogach wjazdowych i wyjazdowych z Monte Carlo ustawiono punkty kontrolne. Sprawdzano samochody, taksówki, autobusy i pociągi, a także szpitale i hotele. Zamknięto nawet port w zatoce i zawieszono loty prywatnych helikopterów. Policja na lotnisku w Nicei, najbliższym porcie lotniczym obsługującym Monako, została poinformowana i uważnie obserwowała podróżnych.

Lecz jak na razie nie było najmniejszego śladu Marwana Accada, jedynego świadka zbrodni, która wstrząsnęła niewielkim nadmorskim miastem, a tym bardziej żadnych poważnych poszlak o tym, kto pociągnął za spust i zabił Rafeeqa Ramseya. Inspektor Jean-Claude Goddard potrząsnął głową i wyszedł na balkon. Zaczerpnął w płuca zimne nocne powietrze, patrzył jak fale rozbijają się o betonowe pomosty i czekał, aż w jego żołądku zaczną formować się pierwsze wrzody.

–Oto zdjęcie, o które pan prosił – powiedziała Colette DuVall, wręczając Goddardowi błyszczącąkartkę formatu A4, dopiero co wyjętą z drukarki.

– To z nagrań kamer bezpieczeństwa? – zapytał Goddard.

– Tak, inspektorze – powiedziała DuVall. – I jeśli pan chce, można już obejrzeć wszystkie nagrania.

– Za chwilę – powiedział Goddard.

Teraz wpatrywał się w zdjęcie Marwana Accada. Trzymał w ręku fotografię przystojnego młodego mężczyzny, ale niezwracającego na siebie szczególnej uwagi – nie był idealnym materiałem na modela lub gwiazdę filmową. Miał jasną oliwkową skórę, czarne, krótko przycięte włosy, i przynajmniej na tym zdjęciu nie nosił zarostu. Nie miał wąsów ani brody. Nie miał baczków ani nawet śladu zarostu. Accad miał mały nos i mocno zarysowane policzki. Wyglądał na mężczyznę w doskonałej kondycji fizycznej. Goddard nie potrafił też dostrzec żadnych charakterystycznych znaków. Żadnych blizn. Żadnych znamion. Nic, co wyróżniałoby go w tłumie ludzi. Doskonały ochroniarz.

Tym, co szczególnie uderzyło Goddarda, były oczy Accada. Były duże i brązowe i cieplejsze niż się spodziewał, wyrażające jednocześnie ambicję i sprawność myślenia, jak i pewne poczucie przyzwoitości i honoru. I było w nich coś jeszcze. Goddard nie potrafił jeszcze tego nazwać, ale w tych oczach było coś jeszcze, co go zaintrygowało. Cień smutku, może?

– Prześlij to do wszystkich naszych ludzi w terenie – rozkazał Goddard. – I przekaż do stacji telewizyjnych. Powiedz, że policja chce go przesłuchać.

– Tak jest.

– I wyznacz nagrodę.

– Ile? – zapytała DuVall.

– Ile zostało na koncie?

– Jakieś sto tysięcy.

– To dobrze, weźmy wszystko – powiedział Goddard. – Sto tysięcy euro nagrody za informacje, które doprowadzą do aresztowania i skazania osób odpowiedzialnych za tę straszliwą zbrodnię. I upewnij się, że prześlesz wszystko do Interpolu. Sprawdź, co oni wiedzą o Accadzie.

– Już się za to biorę, inspektorze.

– I poszerzcie obszar poszukiwań – dodał Goddard, coraz bardziej zmartwiony.

– Myśli pan, że Accada nie ma już w Monte Carlo?

– Nie wiem – przyznał Goddard. – Ale przefaksuj to zdjęcie na lotniska w Cannes, St. Raphael-Frejus i Hyeres, a także w Albendze i Genui we Włoszech.

– Aż tak daleko? – zapytała DuVall.

Goddard skinął. – Nie możemy ryzykować, Colette. Nie mam pojęcia, kim jest zabójca lub zabójcy. Nie wiemy, kogo szukać. Jedyny trop, jaki mamy w tej chwili, to Accad. Prawdopodobnie wciąż tu jest, ale dotychczas go nie znaleźliśmy i możemy się mylić.

– Rozumiem.

– Zawiadom także dworce kolejowe i przystanie promowe w mniejszych miastach. I melduj się u mnie co pół godziny. Chcę być na bieżąco informowany o wszystkim.

– A pozostałe sprawy? – zapytała DuVall. –Czy dzwonił już pan do niego?

Goddard nie odpowiedział. Potrząsnął tylko głową.

– A czy nie powinien pan? – DuVall naciskała ostrożnie.

Goddard westchnął. – Chyba masz rację.

– Chce pan, abym się tym zajęła?

Goddard chciałby, żeby to było możliwe. Ale ponieważ to on był naczelnym detektywem, obowiązek ten – jakkolwiek nieprzyjemny – spoczywał na jego barkach i nie mógł go już odkładać na później.

– Nie – powiedział w końcu. – Zrobię to. Tylko wykręć numer. Powiedz mu, że to pilne. Potem przynieś mi słuchawkę.

– Tak, inspektorze – powiedziała DuVall. – Już to robię.

Goddard wycofał się do małego biura przylegającego do sypialni, gdzie jeden z detektywów pokazywał mu nagrania z kamer wideo. Uderzyło go zmartwienie, jakie malowało się w oczach Ramseya podczas całej nagranej rozmowy i jak bardzo odprężony wydawał się Accad.

– Czekaj, zatrzymaj taśmę – powiedział nagle Goddard, pochylając się w krześle. – Tutaj, puść jeszcze raz ten fragment.

Accad wręczał Ramseyowi kopertę. Na twarzy Ramseya odmalował się najpierw szok, a potem – jak określić tę drugą reakcję? Gniew? Wzburzenie?

– Co to jest? – Goddard zapytał detektywa. – Co on wyciągnął z koperty?

– Trudno powiedzieć – stwierdził detektyw. – Accad częściowo zasłonił pole widzenia kamery.

– Czy masz nagranie z innej kamery? – zapytał Goddard.

– Nie, inspektorze. Obawiam się, że to wszystko, co mamy.

– Czy to jest jakieś zdjęcie?

– Możliwe.

– Czy możesz powiększyć tę klatkę i wyostrzyć trochę obraz?

– Nie tutaj, inspektorze – odpowiedział detektyw. – Ale może zdołam poprawić obraz cyfrowo w komendzie.

– Zrób to – rozkazał Goddard. – I zawiadom mnie, jak tylko będziesz coś miał.

Rozdział dziewiąty

Goddard po prostu nie mógł znieść Marcela Lemieuxa.

Nie można było tego inaczej nazwać. Sama myśl, że musi znowu z nim rozmawiać, a prawdopodobnie także współpracować, wywracała mu wszystko w żołądku. Lecz co miał zrobić? Lemieux prowadził śledztwo w sprawie porwania Claudetty Ramsey i morderstwa Brigitte Ramsey. Trzeba go o wszystkim poinformować. Będzie chciał zobaczyć miejsce zbrodni i nagrania wideo z kamer na zewnątrz apartamentu Ramseya. Musi dowiedzieć się o Marwanie Accadzie, który może być ich najlepszym świadkiem, jeśli tylko zdołają go odnaleźć.

Co więcej, Lemieux był niemal legendą wśród policjantów w całej Europie. Pociągnąłdo sprawiedliwości sprawców kilku najgłośniejszych przestępstw popełnionych na kontynencie – morderstw, porwań, napadów na bank –spraw, w których poszkodowanymi byli ludzie znani i bogaci oraz posiadający bardzo wpływowych przyjaciół w najwyższych sferach.

Lecz Goddard i tak nie mógł go znieść. Współpracowali przy dwóch sprawach i oba doświadczenia pozostawiły jedynie głęboki niesmak w ustach Goddarda.

Pierwszy raz pracowali razem wiosną 2000 roku, kiedy zaginął francuski dyplomata spędzający wakacje w Monte Carlo. Trzy dni po zaginięciu, żona dyplomaty otrzymała list z żądaniem okupu, ale powiedziano jej, aby go nie zapłaciła. Tydzień później Goddard i jego ludzie znaleźli ciało dyplomaty, wyrzucone przez wodę na plaży. Tego samego dnia, kilka godzin później, znaleziono ciało kelnerki jednego z kasyn. Wyglądało to na samobójstwo. Czy obie śmierci były ze sobą związane? Goddard porozmawiał z bliskimi i przyjaciółmi kobiety i w ciągu dwóch dni zgromadził dużo poszlak wskazujących na to, że sprawy istotnie były ze sobą powiązane. Zdołał nawet wskazać trzech podejrzanych, którzy nie mieli przekonującego alibi na czas przestępstw, a poszlaki wskazywały na ich prawdopodobny udziałw zbrodni.

Ale wtedy pojawił się Lemieux i właściwie całkowicie odebrał mu prowadzenie sprawy. I wcale nie po to, aby ją szybciej rozwiązać, jak Goddard później skarżył się współpracownikom. W rzeczywistości sprawa nigdy nie została rozwiązana. Poszlaki i ślady zostały zlekceważone. Podejrzani pozostali na wolności. Kluczowe dowody zostały zlekceważone lub zaginęły. A sam Lemieux nie mógł być bardziej nadęty lub opryskliwy w czasie całego „śledztwa”, jeśli tak w ogóle można to było nazwać. Po pewnym czasie Lemieux ogłosił,że sprawa jest „nie do rozwiązania” i wrócił do Paryża, pozostawiając za sobą wiele uraz i niechęci.

Goddard spotkał Lemieuxa po raz drugi późnym latem 2003 roku, kiedy zaginął bogaty francuski magnat stoczniowy. Razem z synem wypłynęli z Monte Carlo swym lśniąco nowym jachtem, wartym 25 milionów dolarów, na krótki rejs po Morzu Śródziemnym. Goddard pamiętał to, jakby wydarzyło się zaledwie wczoraj.

Pilny telefon z komendy obudził go tużpo szóstej rano. Żona magnata była w histerii. Media wpadły w szał. Gazety był pełne sensacyjnych nagłówków.

Nie codziennie ktoś tak prominentny, bliski przyjaciel premiera Francji, znika bez śladu, jakby rozpłynął się w powietrzu. Ale nie sposób było odnaleźć ani jego, ani jego syna. Żadnych ciał.Żadnej krwi. Nawet najmniejszego śladu lub poszlaki. Wszyscy żądali natychmiastowych odpowiedzi. Dzień po dniu dziennikarze z Paryża nękali władze Monte Carlo, oskarżając ich o bezczynność. Goddard znalazł się pod niezwykłą presją, aby coś znaleźć – odcisk, świadka, cokolwiek, co świadczyłoby o jakimś postępie. Nie jadł. Prawie w ogóle nie spał. Zmuszał swoich ludzi do ciągłej pracy i sam niemal znalazł się w szpitalu z powodu wyczerpania.

I wtedy trafili na coś. Nastąpił przełom, którego poszukiwali, o który się modlili. Goddard odkrył, że syn magnata stoczniowego był winny pieniądze człowiekowi, który pozornie był jedynie rosyjskim bankierem, a w rzeczywistości pracował dla mafii rosyjskiej. Goddard odkrył także, że Rosjanin miał apartament w Monte Carlo i widziano go w mieście zaledwie kilka dni wcześniej. Co więcej, tego samego dnia, kiedy zniknęli poszukiwani mężczyźni, w porcie widziano dwóch ludzi pracujących dla Rosjanina pytających, gdzie można pożyczyć szybką łódź.

Sprawa zaczęła toczyć się naprzód. Teraz Goddard miał podejrzanego i motyw. Poprosił przełożonych, aby pozwolili mu polecieć do Moskwy i zbadać ślad na miejscu. Ku jego zaskoczeniu, jego prośba została odrzucona.

Czterdzieści pięć minut później Lemieux wszedł do jego biura, zażądał przekazania sprawy i wydania wszystkich kopii akt. Goddard zaprotestował, ale jego przełożeni poparli Lemieuxa.

Następnego dnia to Lemieux, a nie Goddard, poleciał do Moskwy i ponownie śledztwo utknęło w miejscu. Współpracownicy „bankiera” zniknęli w tajemniczy sposób, a on sam przedstawił alibi, które było jawną kpiną. Lecz Lemieux nie naciskał. Przeciwnie, krótko potem oczyścił wszystkich Rosjan z podejrzeń i wrócił do Paryża, zarzekając się, że śledztwo będzie nadal prowadzone, ale nie dając większej nadziei, że sprawa zostanie rozwiązana. Co więcej, rosyjski„bankier” otrzymał oficjalne przeprosiny ze strony różnych rządów, w tym także od władz Monako, a Goddard został zawieszony na tydzieńbez prawa do pensji za „niezasadne podważanie reputacji cennego przyjaciela Księstwa Monako”.

I teraz Marcel Maruice Lemieux, najbardziej arogancki detektyw w Europie, kolejny raz pojawiał się w jego życiu.

DuVall odnalazła Goddarda na balkonie i wręczyła mu telefon.

– To on – wyszeptała.

Goddard potarł oczy i wziął słuchawkę.

–Inspektorze Lemieux, cieszę się, że mogę z panem rozmawiać – skłamał.

– Przerywa mi pan wypoczynek.

–Bardzo mi przykro, inspektorze, ale nie mogłem inaczej. Obawiam się, że mam do przekazania bardzo złe wiadomości.

– A ja myślałem, że sam fakt, że cię znowu słyszę, jest wystarczająco zły – Lemieux westchnął z niechęcią.

Goddard ugryzł się w język. Ten człowiek był nie do zniesienia.

– Z przykrością informuję, inspektorze, że pan Ramsey został zamordowany.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Rafeeq Ramsey? – zapytał w końcu Lemieux.

– Niestety tak, inspektorze – potwierdziłGoddard, a potem krótko wyjaśnił okoliczności morderstwa, tyle, ile było już wiadomo.

– Czy są jacyś podejrzani? –zapytał Lemieux.

– Jeszcze nie – powiedział Goddard. – Ale dopiero rozpoczęliśmy śledztwo i pomyślałem, że może pan pomóc nam je prowadzić.

– Czy są świadkowie? – zapytał Lemieux.

– Wciąż przeszukujemy teren w ich poszukiwaniu, ale jest pewien człowiek, Marwan Accad – powiedział Goddard. – Jest dyrektorem firmy ochroniarskiej, świadczącym usługi wysoko postawionym osobom. Był z Ramse- yem w czasie strzelaniny. Możliwe, że Ramsey chciał go zatrudnić. Mamy nadzieję, że Ramsey powiedział mu coś, co rzuci światło na to, kto go zabił i dlaczego.

– Jak to macie nadzieję? – dopytywał się Lemieux. – Nie zapytaliście go o to jeszcze?

– Cóż – odpowiedział Goddard – niezupełnie.

– Dobrze – powiedział Lemieux z pogardą. – Sam go zapytam. Jadę prosto na lotnisko. Niech ktoś odbierze mnie z lądowiska dla helikopterów za dwadzieścia minut.

– Dwadzieścia minut?– zapytał Goddard, zaskoczony. – Nie jest pan w Paryżu?

– Nie, jestem w Nicei.

Lemieux powiedział to tak, jakby Goddard powinien był o tym wiedzieć. I prawdopodobnie powinien był. Dlaczego DuVall go nie ostrzegła? Wiedziała, że Goddard nienawidzi niespodzianek. Zmyje jej za to głowę, ale później. Teraz miał bardziej naglące problemy.

– Inspektorze Lemieux –odpowiedział. – Oczywiście, poślę jednego z moich ludzi, aby przywiózł pana z lądowiska do apartamentu Ramseya. Ale obawiam się, że w tej chwili nie będę w stanie umożliwić panu rozmowy z Marwanem Accadem.

– Dlaczego? – żądałwyjaśnień Lemieux.

– Accad zniknął.

– Zniknął?

Goddard wziął głęboki oddech. To była ostatnia rzecz, jak