Strażnik miecza - Cassandra Clare - ebook
NOWOŚĆ

Strażnik miecza ebook

Cassandra Clare

4,1

29 osób interesuje się tą książką

Opis

Zakazana miłość, niebezpieczna magia i mroczne sekrety,

które mogą zmienić świat

W tętniącym życiem mieście-państwie Castellane bogatych szlachciców i zdeprawowanych przestępców łączy jedno: dążenie do bogactwa, władzy i rozrywek. Zabrany z sierocińca Kel zostaje Strażnikiem Mieczna, sobowtórem następcy tronu Conora Aureliana. Wychowuje się u boku księcia, ćwiczy sztuki walki, uczy się tajników rządzenia państwem, ale Kel wie, że jego przeznaczeniem jest umrzeć za księcia. Żadna inna przyszłość nie jest możliwa…

Lin Caster pochodzi z małej społeczności Ashkarów, której członkowie mają magiczne zdolności. Wkrótce Lin i Kel zbliżają się do siebie, wciągnięci w sieć utkaną przez tajemniczego Króla Szmaciarza. Kiedy wkraczają do podziemnego świata intryg i mroku, odkrywają potężny spisek, który może doprowadzić do upadku królestwa…

„Wszystko w tej powieści jest we właściwych proporcjach: tajemnica i magia (nie za dużo, nie za mało), po mistrzowsku skonstruowane światy, walki na miecze, polityka, barwne, interesujące postacie i historia, która przykuła moją uwagę od pierwszej do ostatniej strony”.

George R.R. Martin, autor Gry o tron

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 753

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (76 ocen)
32
26
15
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
JaninkaHel

Całkiem niezła

To nie brzmiało jak Cassandra Clare. Za dużo opisów za mało treści. Nudna
60
MonikaZ72

Całkiem niezła

Książka raczej dla wielbicieli dworskich intryg, których jest tam całe mnóstwo wraz z obszernymi opisami strojów. Dla mnie okazała się mało porywająca, magii jak kot napłakał i strasznie rozlazła.
30
Alice06_02

Całkiem niezła

Cassandra Clare jak nie ona, to nie jest książka, którą się będzie pamiętać jak książki Cassandry z serii o Nocnych Łowcach
20
Radek_Honorata

Całkiem niezła

2.5 ⭐
00
inez_xo

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka która wciąga od początku, porywa czytelnika
00

Popularność




Cassandra Clare Strażnik miecza Tytuł oryginału Sword Catcher ISBN Copyright © 2023 by Cassandra Clare LLCAll rights reserved Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2023 Copyright © for the Polish translation by Anna Reszka, 2023 Redakcja Magdalena Wójcik Łamanie Grzegorz Kalisiak Mapa Sarah J. Coleman/Inkymole Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
JoshowiKto rządzi Castellane, rządzi całym światem. Przysłowie

Prolog

Zaczęło się od przestępstwa. Od porwania pewnego chłopca.

Nie uznano by tego jednak za przestępstwo. W rzeczywistości odpowiedzialny za ten czyn człowiek był żołnierzem, kapitanem Szwadronu Strzały, a do jego zadań należała ochrona króla Castellane i pilnowanie, żeby przestrzegano praw stanowionych przez władcę.

Bardzo nie lubił przestępców.

Nazywał się Aristide Jolivet. Kiedy załomotał do drzwi sierocińca, na jego lewej dłoni zalśnił w blasku zachodzącego słońca duży ametyst o prostokątnym szlifie. Był na nim wyryty lew, symbol miasta. Wydawało się, że lew zaryczał.

Cisza. Jolivet zmarszczył brwi. Nie należał do osób, które lubią czekać, i nieczęsto był do tego zmuszany. Zerknął za siebie na wąską ścieżkę wyciętą w klifie i opadającą ku morzu. Zawsze uważał, że to dziwne miejsce na sierociniec. Urwiska wznoszące się nad północną zatoką Castellane, poszarpane i pełne blizn jak twarz po ospie, pokrywała cienka warstwa luźnego, żwirowatego piargu. Łatwo było się na nim pośliznąć, więc co roku kilkunastu nieszczęśników spadało z klifów do zielonego morza. Żadnemu nie udawało się wydostać na brzeg, bo nawet jeśli przeżyli upadek, krokodyle czające się pod powierzchnią wody wiedziały, co oznaczają krzyk i głośny plusk.

Jednakże Domowi Sierot Aigona jakoś udało się uchronić większość, jeśli nie wszystkich, podopiecznych przed pożarciem. W porównaniu z losem osieroconych dzieci żyjących na ulicach miasta te przynajmniej miały jakąś szansę. Miejsce w Orfelinacie było pożądane.

Jolivet zmarszczył brwi i zapukał ponownie. Stuk powtórzyło echo, jakby gościowi odpowiedziały same kamienie. Granitowa fasada budynku otoczona szarozielonym murem wysuwała się poza zbocze urwiska. Orfelinat nie tyle stał na szczycie klifu, co stanowił jego część. Kiedyś, w czasach starego imperium, był rodzajem fortecy. Na drzwiach, do których teraz pukał Jolivet, widniał wyblakły napis w starym języku: „Magna Callatis”. Słowa te nic dla niego nie znaczyły. Nie widział sensu w uczeniu się języka, którym od dawna nikt nie mówił.

Drzwi otworzyły się szeroko. Stojąca w nich kobieta w niebiesko-białej szacie Sióstr Aigona spojrzała na Joliveta czujnym wzrokiem.

– Przepraszam, że pan czekał, legacie – powiedziała. – Nie wiedziałam, że pan dzisiaj przyjedzie.

– Siostro Bonafilio – Jolivet uprzejmie skłonił głowę – mogę wejść?

Kobieta się zawahała, choć przecież pytanie było zwykłą formalnością. Jeśli Jolivet chciał wejść do Orfelinatu, ani ona, ani żadna z sióstr nie mogła mu tego zabronić.

– Kiedy wcześniej pan nas odwiedził, a potem odjechał, pomyślałam, że nie znalazł pan tutaj tego, czego szukał.

Jolivet przyjrzał się jej uważniej. Siostra Bonafilia była niską, schludną kobietą o ostrych rysach i szorstkich dłoniach. Miała na sobie prosty strój, znoszony i wielokrotnie prany.

– Wcześniej przyjechałem tutaj, żeby się rozejrzeć – wyjaśnił Jolivet. – Swoje wnioski przedstawiłem pałacowi. Wracam na jego rozkaz. Na rozkaz króla.

Kobieta wahała się jeszcze przez chwilę, trzymając rękę na klamce. Słońce powoli zachodziło. Ostatecznie była zima, pora sucha. Chmury zgromadzone na horyzoncie zaczęły się oblekać w róż i złoto. Jolivet ponownie zmarszczył brwi. Miał nadzieję, że wykona zadanie przed zmrokiem.

Siostra Bonafilia skinęła głową.

– Dobrze.

Cofnęła się o krok, żeby wpuścić Joliveta do holu wydrążonego w granicie. Sufit zdobiły wyblakłe płytki w kolorach zielonym i złotym, barwach starego imperium, nieistniejącego od tysiąca lat. Kręcące się po holu Święte Siostry w wysłużonych płóciennych sukniach uważnie zerkały na przybysza. Mijające lata wygładziły i zniszczyły kamienną posadzkę, tak że teraz była pofalowana niczym powierzchnia oceanu. Kamienne stopnie wiodły w górę, niewątpliwie do dziecięcych sypialni.

Po schodach schodziła grupka dzieci, jedenaście albo dwanaście dziewczynek. Na widok mężczyzny w czerwono-złotym mundurze, z lśniącym ceremonialnym mieczem przy boku, zatrzymały się z szeroko otwartymi oczami. Po czym popędziły z powrotem na górę, cicho jak myszki czmychające przed kotem.

Siostra Bonafilia zaczęła wreszcie tracić opanowanie.

– Proszę. Takie zjawianie się bez zapowiedzi przeraża dzieci.

Jolivet uśmiechnął się lekko.

– Nie zostanę długo, jeśli będzie siostra posłuszna rozkazom króla.

– A jakie to rozkazy?

Kel i Cas toczyli piracką bitwę na ziemi. Była to gra, którą sami wymyślili. Oprócz patyków i kilku cennych szklanych kulek, które Kel wygrał w karty od starszych chłopców, nie wymagała wielu akcesoriów. Kel oszukiwał, jak zwykle, ale Casowi to nie przeszkadzało. I tak był całkowicie skupiony na grze. Ciemnoblond loki opadały na jego piegowatą twarz, kiedy ze zmarszczonymi brwiami planował następny ruch swojego statku.

Zaledwie kilka minut wcześniej siostra Jenofa wygoniła ich razem z innymi chłopcami z dormitorium do ogrodu. Nie wyjaśniła, dlaczego mają wyjść, tylko ich ponaglała i mówiła, żeby sami się sobą zajęli. Kel nie miał żadnych pytań. Zwykle o tej porze myłby nad umywalką twarz i ręce szorstkim mydłem, szykując się do kolacji.

„Czysta dusza w czystym ciele”, lubiła mówić siostra Bonafilia. „Zdrowie to bogactwo, a ja chcę, żebyście byli bogaci”.

Kel odgarnął włosy do tyłu. Zrobiły się za długie. Wkrótce siostra Bonafilia to zauważy, złapie go i obetnie kosmyki kuchennymi nożycami, narzekając pod nosem. Kel nie miał nic przeciwko temu. Wiedział, że opiekunka żywi do niego szczególne uczucia, bo często przemycała dla niego placki z kuchni, a beształa go tylko wtedy, gdy został przyłapany na wspinaniu się na najbardziej niebezpieczne skały zawieszone nad oceanem.

– Robi się ciemno – zauważył Cas, zerkając na niebo, które już przybierało fioletową barwę.

Kel żałował, że nie widać stąd morza. To była jedyna rzecz, która nigdy mu się nie nudziła: patrzenie na morze. Próbował wyjaśnić Casowi, że ono wciąż się zmienia, codziennie jest innego koloru, podobnie jak światło, ale chłopak tylko wzruszył ramionami. Nie musiał rozumieć, dlaczego Kel robi to, co robi. Wystarczało mu, że jest jego przyjacielem.

– A tak w ogóle, dlaczego nas tu wygonili, jak myślisz?

Zanim Kel zdążył odpowiedzieć, pod łukiem, który łączył otoczony murem ogród z główną fortecą, ukazały się dwie postacie. (Kel zawsze nazywał tę budowlę fortecą, a nie sierocińcem. O wiele lepiej było mieszkać w fortecy niż w miejscu, do którego się trafiało, bo nikt cię nie chciał).

Jedną z tych postaci była siostra Bonafilia. Drugą znała większość mieszkańców Castellane. Wysoki mężczyzna miał na sobie wojskowy mundur z mosiężnymi guzikami i dwiema skrzyżowanymi strzałami na piersi. Jego buty i karwasze były nabijane nitami. Ten człowiek zawsze jechał na czele Szwadronu Strzały – najlepiej wyszkolonych żołnierzy króla – kiedy oddział paradował przez miasto w świąteczne dni albo w czasie różnych uroczystości. Mieszkańcy miasta nazywali go Jesiennym Orłem i rzeczywiście przypominał drapieżnika. Był wysoki i żylasty, jego kościstą twarz znaczyły liczne blizny wyraźnie odznaczające się na oliwkowej skórze.

To był legat Aristide Jolivet, a Kel widział go w Orfelinacie już drugi raz. Co wydało mu się dziwne. Z tego, co wiedział, dowódcy wojskowi raczej nie odwiedzali sierocińców. Ale kiedy niecały miesiąc wcześniej chłopcy bawili się w ogrodzie, tak jak dzisiaj, i Kel zerknął w stronę fortecy, zobaczył błysk czerwieni i złota.

Jolivet zawsze go fascynował. Często występował jako łotr w ich zabawach z Casem: pirat i łowca złodziei, który łapał niewinnych przestępców, zamykał ich w więzieniu Tully i torturował, żeby wydobyć z nich informacje. Oczywiście chłopcy nigdy nie dawali się złamać, bo zostać kapusiem było najgorszą rzeczą na świecie.

Tak czy inaczej, Kel wtedy od razu go rozpoznał i zerwał się z ziemi. Lecz zanim dobiegł do fortecy, Jolivet zniknął, a kiedy Kel zapytał siostrę Bonafilię, czy legat tu był, ona odpowiedziała, żeby przestał wymyślać niestworzone rzeczy i opowiadać bzdury.

Teraz chłopcy bawiący się w ogrodzie ucichli, podczas gdy wyprostowany jak struna Jolivet przyglądał się im jasnymi oczami. Jego wzrok zatrzymywał się to na jednym (Jacmem, który ściągał korę z eukaliptusa), to na innym chłopcu (Bertranie, najstarszym z dziesięcioosobowej grupy). Przesunął się po Casie i spoczął na Kelu.

Po długiej, niepokojącej chwili Jolivet się uśmiechnął.

– Tamten – powiedział krótko.

Kel i Cas wymienili zdziwione spojrzenia. Który? – bezgłośnie zapytał Cas, ale nie było czasu na dociekania. Zamiast tego Kel poczuł dłoń na ramieniu i szarpnięcie w górę.

– Musisz iść. – Uścisk siostry Bonafilii był silny. – Nie sprawiaj kłopotów, Kelu, proszę.

Kel obruszył się w duchu. On nigdy nie sprawiał kłopotów. No owszem, była ta sprawa z prochem i północną wieżą albo zmuszenie Bertrana, żeby przeszedł po desce przystawionej do ogrodowego muru, a ten idiota złamał sobie kość w stopie. Ale to przecież mogło się przydarzyć każdemu.

Mimo to twarz siostry Bonafilii była niepokojąco zafrasowana. Kel z westchnieniem oddał swoją kulkę Casowi.

– Zaopiekuj się nią, póki nie wrócę.

Cas kiwnął głową i zrobił przedstawienie z chowania szklanej kulki do kieszeni kamizelki. Najwyraźniej nie sądził, żeby jego przyjaciel był nieobecny więcej niż kilka minut. Kel również tak uważał… choć zaczynał się zastanawiać. Nie podobało mu się to, w jaki sposób siostra Bonafilia prowadziła go pospiesznie przez ogród. Ani to, jak legat mu się przyjrzał, gdy Kel się zbliżył. Jolivet nachylił się i popatrzył na niego badawczo, jakby szukał wyjaśnienia jakiejś tajemnicy. Uniósł nawet twarz Kela i trzymając go za brodę, zlustrował go jeszcze dokładniej, od czarnych, kręconych włosów po niebieskie oczy i zadarty podbródek.

Zmarszczył brwi.

– Chłopiec jest brudny.

– Bawił się na ziemi – wyjaśniła siostra Bonafilia. Kel nie rozumiał, dlaczego dorośli wciąż wymieniają się uwagami o rzeczach, które są oczywiste. – Często to robi. Lubi się ubłocić.

Kel poczuł pierwsze ukłucie niepokoju. Nie był brudniejszy od innych chłopców. Dlaczego siostra Bonafilia wyglądała i mówiła tak dziwnie? Milczał, kiedy wychodzili z ogrodu. Legat ruszył przodem, a siostra Bonafilia szybkim krokiem poprowadziła Kela przez starą fortecę, mamrocząc pod nosem:

– Aigonie, który otaczasz ziemię wodą, który dzierżysz władzę nad szybkimi statkami, zapewnij swojej córce bezpieczeństwo jej podopiecznego.

Modliła się. Gdy Kel to sobie uświadomił, znowu ogarnął go niepokój, tym razem silniejszy.

Kiedy dotarli do holu, zdziwiło go, że frontowe drzwi są otwarte. Widać było przez nie, niczym na obrazie w ramach, słońce szybko opadające do oceanu. Niebo odbijało się w srebrzystobłękitnej wodzie. Na horyzoncie Kel mógł dojrzeć wieże zatopionego Tyndaris zabarwione na kolor wina.

Ten widok przyciągnął jego uwagę, tak że Kel stracił poczucie czasu, jak to mu się czasami zdarzało, kiedy patrzył na piękne rzeczy. Gdy oprzytomniał, zorientował się, że stoi przed Orfelinatem, wśród poszarpanych skał, między siostrą Bonafilią a Jolivetem. Mundur legata miał kolor zachodzącego słońca.

Był tam również koń. Kel popatrzył na niego z przerażeniem. Oczywiście już wcześniej widywał konie, ale nigdy z tak bliska. Ten wydawał się ogromny, niemal sięgał nieba. Uniesione chrapy odsłaniały twarde, białe zęby. Zwierzę było czarne jak noc i łypało równie czarnymi oczami.

– Zgadza się – rzekł legat, biorąc milczenie Kela za podziw. – Na pewno nigdy wcześniej nie jeździłeś na takim wierzchowcu, co? Spodoba ci się.

Kel był innego zdania. A kiedy siostra Bonafilia przyciągnęła go do siebie jak małe dziecko, odkrył, że nie ma nic przeciwko jej uściskowi. (Nie uważał siebie za dziecko. Dzieci, beztroskie i głupie, w ogóle nie przypominały sierot).

– Musi pan przyrzec, że chłopiec będzie dobrze traktowany – zażądała siostra Bonafilia rzadko używanym tonem, tym, który doprowadzał sieroty do płaczu. – On jest za młody, żeby służyć pałacowi. – Wyprostowała plecy. – Jest dzieckiem Aigona i znajduje się pod ochroną Boga, legacie. Proszę o tym pamiętać.

Jolivet obnażył zęby w szerokim uśmiechu.

– Będzie traktowany jak rodzina, siostro – zapewnił i wyciągnął rękę do Kela.

Chłopiec wziął głęboki oddech. Umiał walczyć, drapać i kopać. Już odchylał nogę do tyłu, żeby wymierzyć mocnego kopniaka w goleń legata, kiedy dostrzegł spojrzenie siostry Bonafilii. Nie mógł uwierzyć w to, co odczytał w jej oczach, ale wiadomość była wyraźna jak sylwetka statku na horyzoncie.

Nie walcz i nie krzycz. Pozwól, żeby cię zabrał.

Kel zwiotczał, gdy Jolivet wziął go na ręce. Stał się ciężki jak balast, ale to najwyraźniej nie zrobiło na legacie żadnego wrażenia, bo bez wysiłku wrzucił chłopca na grzbiet monstrualnego konia. Kelowi żołądek podszedł do gardła, kiedy świat obrócił się do góry nogami. Gdy wszystko wróciło na swoje miejsce, Kel siedział w siodle, otoczony żylastymi ramionami. Usadowiony za nim Jolivet chwycił wodze.

– Trzymaj się mocno – przykazał. – Jedziemy do pałacu, żeby zobaczyć się z królem.

Może mu się wydawało, że obiecuje Kelowi wesołą przygodę, ale chłopcu było w tym momencie wszystko jedno. Przechylił się na bok i zwymiotował na ziemię.

Ich wyjazd z Orfelinatu był pospieszny. Jolivet burczał pod nosem – trochę wymiocin trafiło na jego buty – ale Kel czuł się zbyt nieszczęśliwy i chory, żeby się nim przejmować. Kołysanie przyprawiało go o mdłości, a w dodatku za każdym razem, gdy koń odwracał łeb, Kel był przekonany, że bydlę zamierza go ugryźć. Zachowywał czujność przez cały czas, kiedy zjeżdżali z urwisk w stronę Key, drogi biegnącej wzdłuż nabrzeża, o które rozbijały się ciemne wody zatoki.

Kel miał pewność, że nigdy, przenigdy nie polubi konia, na którym siedział. Mimo to widok z jego grzbietu był imponujący, kiedy jechali przez miasto. Wiele razy patrzył z dołu na tłumy przetaczające się ulicami, a teraz spoglądał na nie z góry. Wszyscy – synowie bogatych kupców w krzykliwych strojach, karczmarze, robotnicy portowi wracający z pracy do domu, żeglarze z Hanse i Zipangu, kupcy z Marakandu i Geumjoseon – ustępowali z drogi legatowi.

Naprawdę okazało się to ekscytujące. Kel się wyprostował, gdy wjechali na szeroki bulwar Ruta Magna, biegnący od portu do Wąskiej Przełęczy w górach, które oddzielały Castellane od sąsiedniego królestwa Sarthe. Już zapomniał o mdłościach. Jego podniecenie rosło, w miarę jak zbliżali się do Wielkiego Wzgórza majaczącego nad miastem.

Portowe miasto-państwo otoczone przez nadmorskie urwiska i wzgórza przycupnęło na dnie doliny jak jeż, który nie ma ochoty wystawiać nosa z bezpiecznej nory. Ale Castellane wcale nie miało zamiaru się ukrywać. Ciągnęło się od zachodnich mórz aż do Wąskiej Przełęczy i było tłoczne, hałaśliwe, brudne, krzykliwe i pełne życia.

Jak większość obywateli Castellane, Kel żył w cieniu Wielkiego Wzgórza, ale nie spodziewał się, że kiedyś postawi na nim stopę, a tym bardziej że wjedzie na jego szczyt, na którym wznosił się pałac Marivent. Wzgórze – w rzeczywistości pasmo niskich wapiennych wzniesień pokrytych gęstwiną sosen i lawendy – było miejscem, gdzie mieszkała szlachta. Jej ogromne rezydencje usiały całe zbocza. „Bogaci mieszkają wysoko, a biedni nisko”, stwierdziła kiedyś siostra Bonafilia. To nie była metafora. Najbogatsi budowali największe domy jak najbliżej pałacu, który zajmował najwyższy punkt miasta.

Szlachcice lubili swoje rozrywki, a czasami odgłosy ich zabaw niosły się nocami w dół do miasta. Ludzie mrugali do siebie na ulicach i mówili: „Zdaje się, że lord Montfaucon znowu zaczął pić” albo: „A więc lady Alleyne pozbyła się trzeciego męża, tak?”. Kiedy ktoś był bogaty, wszyscy wiedzieli o jego sprawach i czerpali radość z ich omawiania, nawet jeśli tak naprawdę w ogóle go nie znali.

Gdy skręcili z Ruta Magna, ciemnymi ulicami miasta dotarli do stóp Wzgórza. Tutaj wzdłuż drogi stała gwardia pałacowa w czerwonych mundurach; jej zadaniem było niedopuszczanie na Wzgórze niepożądanych osób. Jolivet trzymał Kela mocno w siodle, kiedy mijali punkt kontrolny. Pochodnie gwardzistów płonęły, a oni z ciekawością przyglądali się chłopcu. Musieli się zastanawiać, czy Szwadron Strzały złapał małego przestępcę, a jeśli tak, dlaczego sam dowódca zadał sobie trud, żeby przywieźć go do Mariventu. Większość osób łamiących prawo kierowano w krótką podróż na szubienicę Tully, niezależnie od wieku.

Jeden z gwardzistów złożył lekko drwiący ukłon.

– Król czeka.

Jolivet tylko chrząknął. Kel zaczynał odnosić wrażenie, że legat w ogóle niewiele mówi.

Ścieżka do pałacu wiła się stromo w górę zbocza porośniętego lawendą, szałwią i żubrówką, od których latem góra robiła się ciemnozielona. Kiedy dotarli na szczyt, Kel spojrzał w dół. Pod nimi ciągnęło się Castellane: półksiężyc zatoki, oświetlone statki w porcie niczym rozrzucone zapałki. Kanały Dzielnicy Świątynnej. Równe linie Srebrnych Ulic. Kopuła Tully, poświata zegara na Wieży Wiatrowej, górującej nad największym miejskim placem. Otoczony murem teren Sault, gdzie mieszkali Ashkarowie. Ruta Magna przecinająca miasto niczym blizna po pojedynku.

Musiał się zagapić, bo Jolivet nim potrząsnął. Przejechali przez Północną Bramę, z której korzystali goście. Proporce zatknięte na skrzydłach bramy pokazywały zawsze, jacy dygnitarze tego dnia składają wizytę. Teraz na słonym wietrze łopotała niebieska flaga Sarthe z białym orłem.

Z bliska Kel zobaczył, że faktura białych murów jest szorstka, a nie gładka, i lśni od drobinek kryształu. Zręczny i zdeterminowany chłopiec mógłby się wdrapać po takim murze. Szorstki kamień oznaczał uchwyty dla dłoni i stóp. Kel zawsze był dobry we wspinaniu się na skały otaczające port. Marzył o tym, że kiedyś przyłączy się do Pająków, kieszonkowców z Króliczarni, którzy, jak sobie opowiadano, potrafili wejść na każdą ścianę, choćby najgładszą.

Jolivet znowu nim potrząsnął.

– Siedź prosto, Kellianie Saren – powiedział. – Zaraz poznasz rodzinę królewską.

– Co?

Jolivet zaśmiał się cicho.

– Zgadza się. Król i królowa Castellane cię oczekują.

Kel nie był pewien, jakiej reakcji spodziewał się Jolivet. Może entuzjazmu? Zamiast tego chłopak niemal od razu zamknął się w sobie jak skorupiak. Legat po raz kolejny posadził go prosto, kiedy wjechali na rozległy kwadratowy dziedziniec.

Kel dostrzegł łukowate palisady i wyrastającą przed nim wielką bryłę pałacu. Wszędzie stali castellańscy gwardziści, wyznaczeni do ochrony samego pałacu, w czerwono-złotych uniformach, z pochodniami z wonnego drewna, które wydzielały pachnący dym i strzelały iskrami w niebo. Słudzy w tunikach z królewskim herbem biegali w tę i z powrotem z tacami wina, owoców, czekolady. Inni nieśli kompozycje z kwiatów i pawich piór, przewiązane złotym sznurkiem.

Kel słyszał śmiech i rozmowy dobiegające z wnętrza pałacu. Wielkie podwoje z brązu były otwarte na dziedziniec. Stał w nich wysoki mężczyzna, nieodziany w liberię, i zmrużonymi oczami patrzył na przybyszów.

Jolivet zdjął Kela z siodła jak straganiarz biorący z wozu worek cebuli. Postawił go na ziemi i położył duże ręce na ramionach chłopca. Na jego twarzy malowało się lekkie zakłopotanie, kiedy spytał:

– Rozumiesz, co się dzieje, uliczniku? Jesteś tutaj, żeby służyć królowi Castellane.

Kel zakaszlał. Gardło nadal bolało go od wymiotów.

– Nie – powiedział.

– Co to znaczy „nie”?

Król był w Castellane postacią niemal mityczną. W przeciwieństwie do królowej rzadko opuszczał pałac i zdarzało się to tylko w czasie ważnych ceremonii: Zaślubin z Morzem czy dorocznej Mowy Niepodległości na placu Valeriana. Przypominał Kelowi lwa z castellańskiej flagi: złotego i groźnego. Z pewnością nie wyglądał jak ktoś, kto rozmawia z osieroconymi smarkaczami, którzy nie mają żadnych koneksji.

– Nie, dziękuję – poprawił się Kel, pamiętając o manierach, które starała się mu wpoić siostra Bonafilia. – Wolałbym nie rozmawiać z królem. Wolałbym wrócić do domu.

Jolivet wzniósł oczy do nieba.

– O bogowie! Ten chłopak jest głupkowaty.

– Aristide?

Cichy głos. Ciche głosy były jak łagodne dłonie. Należały do tych szlachciców, którzy nie musieli krzyczeć, żeby ich słuchano. Kel podniósł wzrok na mężczyznę stojącego w progu: wysokiego, chudego, brodatego, o gęstych siwych włosach i ostrych rysach. Wydatne kości policzkowe podkreślały zapadnięte policzki.

Kel nagle zrozumiał, dlaczego ten człowiek nie ma na sobie uniformu, tylko prosty szary płaszcz i tunikę, zwykły strój Ashkara. Na jego szyi wisiał srebrny medalion na łańcuchu, misternie zdobiony wyrytymi cyframi i literami.

Kel nie był całkiem pewien, co to znaczy być Ashkarem, ale wiedział, że oni nie są jak inni ludzie. Potrafili uprawiać drobne czary, choć większość magii zniknęła ze świata po Kataklizmie, i słynęli z umiejętności uzdrawiania.

Ponieważ nie uznawali Aigona ani innych bogów, zgodnie z prawem musieli mieszkać w otoczonym murami Sault. Nie mogli chodzić swobodnie po Castellane po zachodzie słońca – co oznaczało, że ten mężczyzna jest kimś wyjątkowym, królewskim doradcą. Kel słyszał, że to tajemniczy człowiek doradzający dworowi. Ci powiernicy zawsze byli Ashkarami, choć Kel nie wiedział dlaczego. Siostra Jenova powiedziała tylko, że Ashkarowie są z natury przebiegli. Ale mówiła również o nich niezbyt miłe rzeczy: że są niebezpieczni, podstępni, inni. Lecz kiedy Cas dostał wysokiej gorączki, siostra Jenova pobiegła prosto do Sault i obudziła lekarza Ashkara – najwyraźniej zapomniała, ile razy powtarzała, że nie można im ufać.

Mężczyzna odezwał się krótko:

– Zabiorę chłopca. Zostaw nas, Aristide.

Jolivet uniósł brew.

– Powodzenia, Bensimon.

Kiedy odszedł, Ashkar – Bensimon – kiwnął palcem na Kela.

– Chodź.

I poprowadził go do pałacu.

Od pierwszej chwili Kel odniósł wrażenie, że w Marivencie wszystko jest ogromne. Korytarze były szerokie jak pokoje, schody większe od wielkich żaglowców. Hole rozchodziły się w tysiącach różnych kierunków niczym odgałęzienia koralowca.

Kel wyobrażał sobie wcześniej, że w środku wszystko jest białe, tak jak na zewnątrz, ale okazało się, że ściany są pomalowane na cudowne odcienie błękitu i ochry, morskiej zieleni i lawendy. Meble były delikatne i lśniły jak klejnoty, jakby po komnatach rozrzucono świetliki. Nawet żaluzje, rzeźbione i pomalowane w kwitnące ogrody, wykonano misternie. Kelowi nigdy nie przyszło do głowy, że wnętrze budynku, choćby nie wiadomo jak wspaniałego, może być piękne jak zachód słońca. Ten widok trochę uspokoił jego bijące mocno serce. Z pewnością w takim uroczym miejscu nie mogły się dziać straszne rzeczy.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki