Wydawca: MAG Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Miasto upadłych aniołów ebook

Cassandra Clare  

4.56756756756757 (37)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 498 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Miasto upadłych aniołów - Cassandra Clare

Miłość. Krew. Zdrada. Zemsta.

Kto przejdzie na stronę mroku? Kogo dopadnie miłość, a czyj związek nie przetrwa próby czasu? I kto zdradzi wszystko, w co do tej pory wierzył?

Wojna się skończyła i szesnastoletnia Clary Fray wraca do Nowego Jorku, podekscytowana możliwościami, które się przed nią otwierają. Zaczyna szkolenie Nocnego Łowcy, żeby nauczyć się wykorzystywać swój wyjątkowy dar. Podziemni i Nocni Łowcy w końcu zawarli pokój i, co najważniejsze, Clary może w końcu nazwać Jace`a swoim chłopakiem.

Jednakże wszystko ma swoją cenę.

Opinie o ebooku Miasto upadłych aniołów - Cassandra Clare

Cytaty z ebooka Miasto upadłych aniołów - Cassandra Clare

– Więc starasz się ją uszczęśliwić, choć to właśnie przez ciebie jest nieszczęśliwa? – zapytał Simon niezbyt uprzejmym tonem. – Nie sądzisz, że to sprzeczność? – Miłość jest sprzecznością – skwitował Jace i odwrócił się do okna.
rzeczywiście była doniosła. Niemal współczuł Jace’owi, kiedy wracał tam, gdzie go zostawił. Nagle przystanął. Jace opierał się o wózek i obracał coś w rękach. Z tej odległości Simon nie widział, co to jest, i nie mógł również podejść bliżej, bo drogę tarasowały mu dwie nastolatki, które stały pośrodku przejścia, chichotały i szeptały coś sobie do ucha jak
L’amor che muove il sole e l’altre stelle . – To łacina? – Włoski. Dante. Przesunęła palcami po jego wargach, a Jace zadrżał. – Nie mówię po włosku – powiedziała bardzo cicho. – To znaczy, że miłość jest najpotężniejszą siłą na świecie. Miłość potrafi wszystko.

Fragment ebooka Miasto upadłych aniołów - Cassandra Clare

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Część pierwsza: Anioły zagłady

1: Pan

2: Upadek

3: Siedmiokrotna pomsta

4: Sztuka ośmiu członków

5: Piekło wzywa piekło

6: Obudzić umarłego

7: Praetor Lupus

8: Spacer w ciemności

9: Z ognia w ogień

Część druga: Za każde życie

10: Riverside Drive 232dka

11: Nasz rodzaj

12: Sanktuarium

13: Znaleziono martwą dziewczynę

14: Sny

15: Beati bellicosi

16: Nowojorskie anioły

17: I rzucił się Kain

18: Blizny po ogniu

19: Piekło jest zadowolone

Podziękowania

Cassandra Clare

Miasto upadłych aniołów

Tom IV cyklu „Dary Anioła”

Przełożyła Anna Reszka

Wydawnictwo MAG

Tytuł oryginału:City of Fallen Angels. The Mortal Instruments – Book Four

Copyright © 2011 by Cassandra Clare

Copyright for the Polish translation © 2011 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Damian Bajowski

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Irek Konior

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Konwersja do formatu epub: pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-307-6

Wydanie I

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

Joshowi

Część pierwsza

Anioły zagłady

„Są plugastwa, które czają się w mroku, i są anioły zagłady, które latają spowite w zasłony niematerialności i nieprzystępnej natury; których nie możemy zobaczyć, lecz czujemy ich moc i padamy pod ich mieczem”.

– Jeremy Taylor, „Modlitwa pogrzebowa”

1

Pan

– Poproszę tylko kawę.

Kelnerka uniosła pomalowane brwi.

– Nic do jedzenia? – spytała z silnym akcentem i wyraźnie rozczarowaną miną.

Simon Lewis wcale się jej nie dziwił; pewnie miała nadzieję na większy napiwek niż za jedną filiżankę kawy. To jednak nie była wina wampirów, że nic nie jadły. Czasami w restauracjach zamawiał jedzenie, żeby zachować pozory normalności, ale w ten późny wtorkowy wieczór, kiedy „Veselka” była prawie pusta, uznał, że nie warto się trudzić.

– Tylko kawę.

Kelnerka wzruszyła ramionami, wzięła od niego menu i poszła zrealizować zamówienie. Simon odchylił się na twarde oparcie plastikowego krzesła i rozejrzał po sali. „Veselka”, tania restauracja na rogu Dziewiątej Ulicy i Drugiej Alei, była jednym z jego ulubionych miejsc na Lower East Side: stara knajpka o ścianach pokrytych biało-czarnymi muralami, w której można było siedzieć przez cały dzień, jeśli co pół godziny zamawiało się kawę. Podawano w niej również jego niegdyś ulubione pierogi wegetariańskie i barszcz, ale tamte czasy już się dla niego skończyły.

Była połowa października, przy wejściu już umieszczono dekoracje na Halloween: krzywą wywieszkę z napisem „Barszcz albo psikus!” i kartonową postać wampira o przezwisku hrabia Blinula. Kiedyś Simon i Clary uważali te tandetne świąteczne rekwizyty za komiczne, ale teraz hrabia ze sztucznymi kłami i w czarnej pelerynie już nie wydawał mu się taki zabawny.

Simon spojrzał za okno. Noc była chłodna, wicher gonił liście po Drugiej Alei niczym garść confetti. Ulicą szła dziewczyna w ciasno zawiązanym trenczu, o długich czarnych włosach, które powiewały na wietrze. Ludzie odwracali się za nią, kiedy ich mijała. Simon też kiedyś gapił się na takie dziewczyny i dla zabicia czasu zastanawiał się, dokąd idą, z kim się spotykają. Na pewno nie z takimi facetami jak on, tyle wiedział.

Ta jedna była wyjątkiem. Zabrzęczał dzwonek, kiedy drzwi restauracji się otworzyły i do środka weszła Isabelle Lightwood. Uśmiechnęła się na widok Simona i ruszyła w jego stronę, zdejmując po drodze płaszcz. Rzuciła go na oparcie krzesła i usiadła. Pod spodem miała „strój typowy dla Isabelle”, jak określała go Clary: krótką, obcisłą sukienkę z aksamitu, kabaretki i wysokie buty. Z lewego wystawał nóż, który widział tylko Simon, ale i tak wszyscy obecni obserwowali ją, jak siadała, odrzucając włosy do tyłu. W każdym stroju Isabelle przyciągała uwagę niczym pokaz fajerwerków.

Piękna Isabelle Lightwood. Kiedy Simon ją poznał, od razu doszedł do wniosku, że ta dziewczyna nie znajdzie czasu dla takiego faceta jak on. Okazało się, że prawie miał rację. Isabelle lubiła chłopców, którzy nie znajdowali uznania u jej rodziców, co w jej świecie oznaczało Podziemnych: faerie, wilkołaki i wampiry. To, że spotykali się regularnie od paru tygodni, nadal go zdumiewało, nawet jeśli ich znajomość ograniczała się głównie do nieczęstych randek, takich jak dzisiejsza. I wciąż się zastanawiał, czy, gdyby nie stał się wampirem, gdyby całe jego życie nie zmieniło się w jednej chwili, w ogóle by się umawiali?

Isabelle odgarnęła kosmyk włosów za ucho i powiedziała z olśniewającym uśmiechem:

– Ładnie wyglądasz.

Simon zerknął na swoje odbicie w szybie. Odkąd zaczęli ze sobą chodzić, wpływ Isabelle zaznaczył się przede wszystkim w jego wyglądzie. To ona zmusiła go do porzucenia bluz z kapturami na rzecz skórzanych kurtek, a adidasów na rzecz designerskich butów, które, nawiasem mówiąc, kosztowały trzysta dolarów za parę. Simon nadal nosił ulubione koszulki z napisami – ta, którą teraz miał na sobie, głosiła: „Egzystencjaliści robią to na próżno” – ale dżinsy już nie miały dziur na kolanach i oberwanych kieszeni. Zapuścił również włosy, tak że teraz opadały mu na oczy, to jednak była bardziej konieczność niż wpływ Isabelle.

Clary żartowała sobie z jego nowego wyglądu, ale, z drugiej strony, wszystko w nowym miłosnym życiu Simona uważała za prawie komiczne. Nie mogła uwierzyć, że Simon na poważnie umawia się z Isabelle. Oczywiście nie mogła też uwierzyć, że jej przyjaciel spotyka się, również na serio, z Maią Roberts, która, tak się składało, była wilkołakiem. A największe zdziwienie budziło w niej to, że Simon jeszcze żadnej z nich nie powiedział o tej drugiej.

On sam nie był pewien, jak właściwie do tego doszło. Maia lubiła odwiedzać go w domu i korzystać z jego Xboxa – w opuszczonym komisariacie, gdzie mieszkało stado wilkołaków, nie mieli takiego sprzętu – ale dopiero za trzecim czy czwartym razem pocałowała go na pożegnanie. Simon od razu zadzwonił do Clary i spytał ją, czy powinien wyznać prawdę Isabelle. „Najpierw się zastanów, co jest między tobą i Isabelle, a potem jej powiedz”, doradziła przyjaciółka.

Okazało się to złą radą. Upłynął miesiąc, a on nadal nie był pewien, co dzieje się między nim i Isabelle, więc nic jej nie mówił. Im więcej czasu mijało, tym bardziej kłopotliwe stawało się wyznanie prawdy. Do tej pory jakoś mu się udawało lawirować. Isabelle i Maia nie były bliskimi koleżankami i rzadko się widywały, ale niestety, to miało się zmienić. Matka Clary i jej długoletni przyjaciel Luke pobierali się za kilka tygodni i zaprosili obie dziewczyny na ślub. Ta perspektywa przerażała Simona bardziej niż myśl, że po ulicach Nowego Jorku ściga go wściekły tłum łowców wampirów.

– Dlaczego tutaj, a nie w „Taki”? – spytała Isabelle, wyrywając go z rozmyślań. – Tam podają krew.

Simon się skrzywił. Izzy nie grzeszyła subtelnością. Na szczęście, nikt ich nie słyszał, nawet kelnerka, która właśnie się zjawiła i z trzaskiem postawiła filiżankę kawy na stoliku przed Simonem, zmierzyła wzrokiem Isabelle i odeszła, nie przyjmując od niej zamówienia.

– Podoba mi się tutaj – odparł Simon. – Clary i ja przychodziliśmy do „Veselki”, kiedy ona miała zajęcia w Tisch. Mają świetny barszcz i bliny, coś w rodzaju słodkich serowych placków. A poza tym są otwarci przez całą noc.

Isabelle spojrzała ponad jego ramieniem.

– Co to jest?

Simon podążył za jej wzrokiem.

– Hrabia Blinula.

– Hrabia Blinula?

Simon wzruszył ramionami.

– To dekoracja na Halloween. Hrabia Blinula jest dla dzieciaków. Jak hrabia Chocula albo Liczyhrabia z „Ulicy Sezamkowej”. – Uśmiechnął się szeroko, widząc jej puste spojrzenie. – No wiesz, ten, który uczy dzieci liczyć.

Isabelle pokręciła głową.

– Jest w telewizji program, w którym wampir uczy dzieci liczyć?

– Zrozumiałabyś, gdybyś zobaczyła – wymamrotał Simon.

– Ten pomysł ma mitologiczne podstawy – stwierdziła Isabelle, przybierając mentorski ton Nocnego Łowcy. – Niektóre legendy mówią, że wampiry mają obsesję na punkcie liczenia i że jeśli rozrzuci się przed nimi ziarna ryżu, przestaną robić to, co robią, i zaczną je liczyć. Oczywiście nie ma w tym krzty prawdy, podobnie jak w tych historiach z czosnkiem. Wampiry nie powinny uczyć dzieci. Wampiry są przerażające.

– Dziękuję – powiedział Simon. – To był żart, Isabelle. Ten Liczyhrabia lubi liczyć, rozumiesz. „Co hrabia dzisiaj zjadł, dzieci? Jedno ciasteczko czekoladowe, dwa ciasteczka czekoladowe, trzy ciasteczka czekoladowe...”.

Kiedy drzwi restauracji się otworzyły i do środka wszedł kolejny gość, zrobił się przeciąg. Isabelle zadrżała i sięgnęła po czarny jedwabny szal.

– To jest mało realistyczne.

– A co byś wolała? „Co hrabia dzisiaj zjadł, dzieci? Jednego bezradnego wieśniaka, dwóch bezradnych wieśniaków, trzech bezradnych wieśniaków...”.

– Cii. – Isabelle otuliła szyję szalem, nachyliła się i położyła dłoń na nadgarstku Simona. Jej ciemne oczy nagle ożyły, tak jak wtedy, gdy polowała na demony albo myślała o polowaniu na demony. – Spójrz tam.

Simon podążył za jej wzrokiem. Przy szklanej gablocie pełnej wypieków – grubo lukrowanych ciastek, rogalików i babeczek z kremowym nadzieniem – stali dwaj mężczyźni, ale żaden z nich nie wyglądał na zainteresowanego słodyczami. Obaj byli niscy i tak wychudzeni, że kości policzkowe sterczały w ich bezkrwistych twarzach jak noże. Obaj mieli cienkie mysie włosy i jasnoszare oczy, a na sobie długie do podłogi płaszcze w kolorze łupku.

– Jak myślisz, kim oni są? – zapytała Isabelle.

Simon zerknął na nich, mrużąc oczy. Obaj odwzajemnili jego spojrzenie. Ich oczy pozbawione rzęs wyglądały jak dziury.

– Przypominają złe ogrodowe krasnale.

– To ludzcy niewolnicy – syknęła Isabelle. – Należą do wampira.

– Należą...?

Izzy prychnęła ze zniecierpliwieniem.

– Na Anioła, ty nic o nich nie wiesz, prawda? A w ogóle masz pojęcie, jak powstają wampiry?

– No cóż, kiedy mama wampirzyca i tatuś wampir bardzo się kochają...

Isabelle skarciła go wzrokiem.

– Wampiry nie potrzebują seksu, żeby się rozmnażać, ale założę się, że tak naprawdę nie wiesz, jak to działa.

– Wiem – obruszył się Simon. – Jestem wampirem, bo wypiłem trochę krwi Raphaela, zanim umarłem. Picie krwi plus śmierć równa się wampir.

– Niezupełnie – powiedziała Isabelle. – Jesteś wampirem, bo wypiłeś trochę krwi Raphaela, potem zostałeś ugryziony przez inne wampiry, a jeszcze potem umarłeś. W którymś momencie tego procesu musiałeś zostać ugryziony.

– Dlaczego?

– Ślina wampirów ma... pewne właściwości. Właściwości transformacyjne.

– Fuj! – mruknął Simon.

– Nie mów tak. Ty też masz magiczną ślinę. Wampiry trzymają przy sobie ludzkich niewolników i żywią się nimi, kiedy brakuje im krwi. To dla nich chodzące automaty z przekąskami. – Izzy mówiła z niesmakiem. – Można by sądzić, że ci ludzie będą słabi z powodu utraty krwi, ale ślina wampirów ma właściwości lecznicze. Zwiększa u nich liczbę czerwonych krwinek, wzmacnia ich i czyni zdrowszymi, dzięki czemu żyją dłużej. Dlatego wampir żywiący się krwią człowieka nie łamie Prawa, bo tak naprawdę nie robi mu krzywdy. Oczywiście, kiedy wampir uzna, że potrzebuje czegoś więcej niż przekąski, zaczyna karmić niewolnika niewielkimi ilościami swojej krwi, żeby przywiązać go do siebie. Niewolnicy kochają swoich panów, uwielbiają im służyć. Chcą zawsze być blisko nich. Ty też wróciłeś do hotelu Dumort, bo przyciągał cię tam wampir, którego krwi spróbowałeś.

– Raphael – rzucił Simon ponurym głosem. – Nie powiem, żebym ostatnio czuł palącą potrzebę jego bliskości.

– Bo ta potrzeba mija, kiedy sam stajesz się w pełni wampirem. Czują ją tylko niewolnicy, którzy wielbią swoich panów i nie są w stanie ich nie posłuchać. Nie rozumiesz? Kiedy wróciłeś do Dumort, klan Raphaela osuszył cię z krwi, a ty umarłeś i stałeś się wampirem. Gdyby zamiast tego dali ci trochę krwi wampira, stałbyś się niewolnikiem.

– To wszystko jest bardzo interesujące – stwierdził Simon – ale nie wyjaśnia, dlaczego tamci się na nas gapią.

Isabelle obejrzała się na nowych gości.

– Gapią się na ciebie – zauważyła. – Może ich pan umarł i szukają innego właściciela. Mógłbyś mieć swoich pupilów. – Uśmiechnęła się szeroko.

– Albo przyszli tutaj na ziemniaki z cebulą – podsunął Simon.

– Ludzcy niewolnicy nie jedzą. Żyją dzięki mieszance krwi wampira i zwierzęcej. Nie są nieśmiertelni, ale starzeją się bardzo powoli.

– To smutne. – Simon zmierzył mężczyzn wzrokiem. – Nie wyglądają najlepiej.

Isabelle usiadła prosto.

– I idą do nas. Chyba zaraz się dowiemy, czego chcą.

Ludzcy niewolnicy poruszali się jak na kółkach. Wydawało się, że nie stawiają kroków, tylko bezgłośnie suną naprzód. Przejście przez salę zajęło im sekundy. Kiedy zbliżyli się do stolika, Isabelle wyjęła z buta sztylet ostry jak szpilka i położyła go na stole. Zrobiony z ciężkiego, ciemnego srebra, z krzyżami wypalonymi po obu stronach rękojeści, lśnił w blasku świetlówek.

Większość broni przeciwko wampirom jest ozdobiona krzyżami, jakby z góry zakładano, że wszystkie wampiry są chrześcijanami, pomyślał Simon. Czyżby wyznawanie innej religii mogło choć raz okazać się korzystne?

– Wystarczy – rzuciła Isabelle, kiedy dwaj niewolnicy dotarli do stolika. Rękę trzymała obok sztyletu. – Mówcie, o co wam chodzi.

– Nocna Łowczyni – przemówił syczącym szeptem osobnik stojący po lewej stronie. – Nie wiedzieliśmy o twojej obecności.

Isabelle uniosła brew.

– I co z tego?

Drugi niewolnik wskazał na Simona długim, szarym palcem o pożółkłym i ostrym paznokciu.

– Mamy sprawę do Chodzącego za Dnia.

– Nie mam pojęcia, kim jesteście – odezwał się Simon. – Nigdy was nie widziałem.

– Ja jestem pan Walker – przedstawił się pierwszy mężczyzna. – Obok mnie stoi pan Archer. Służymy najpotężniejszemu wampirowi Nowego Jorku. Głowie największego klanu na Manhattanie.

– Raphaelowi Santiago – domyśliła się Isabelle. – W takim razie musicie wiedzieć, że Simon nie należy do żadnego klanu. Sam sobie jest panem.

Pan Walker się uśmiechnął.

– Mój pan ma nadzieję zmienić tę sytuację.

Simon popatrzył na Isabelle. Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Czy Raphael nie przykazał ci, że masz trzymać się z dala od jego klanu? – spytała.

– Może zmienił zdanie – powiedział Simon. – Wiesz, jaki on jest. Kapryśny. Nieprzewidywalny.

– Nie wiem. Nie widziałam go od tamtego czasu, kiedy zagroziłam, że zabiję go świecznikiem. Ale całkiem dobrze to przyjął. Nawet nie drgnął.

– Fantastycznie – rzucił Simon. Dwaj niewolnicy wpatrywali się w niego jasnymi oczami o białawo-szarym odcieniu brudnego śniegu. – Najwyraźniej Raphael czegoś ode mnie chce. Możecie mi powiedzieć, o co chodzi.

– Nie jesteśmy zaznajomieni z planami naszego pana – oświadczył pan Archer wyniosłym tonem.

– A więc nie ma mowy – skwitował Simon. – Nigdzie nie pójdę.

– Jeśli z nami nie pójdziesz, jesteśmy upoważnieni do tego, żeby doprowadzić cię siłą.

Wydawało się, że sztylet sam wskoczył w dłoń Isabelle. Nie wykonała żadnego widocznego ruchu, a mimo to trzymała go w ręce. Obróciła nim lekko.

– Nie robiłabym tego na waszym miejscu.

Pan Archer obnażył zęby.

– Odkąd to dzieci Anioła są stróżami Podziemnych? Sądziłem, że jesteście ponad takie rzeczy, Isabelle Lightwood.

– Nie jestem jego stróżem, tylko dziewczyną – oznajmiła Isabelle. – Co daje mi prawo kopnąć was w tyłek, jeśli będziecie go niepokoić. Tak to działa.

Dziewczyną? Simon spojrzał na nią z osłupieniem, ale ona patrzyła na dwóch niewolników. Jej ciemne oczy płonęły. Z jednej strony, nigdy wcześniej nie przedstawiła się oficjalnie jako jego dziewczyna, a z drugiej, jakie dziwne stało się jego życie, skoro najbardziej tego wieczoru zaskoczyły go jej słowa, a nie fakt, że właśnie został wezwany na spotkanie z najpotężniejszym wampirem Nowego Jorku.

– Mój pan ma propozycję dla Chodzącego za Dnia – powiedział pan Walker tonem, który zapewne uważał za pojednawczy.

– On ma na imię Simon – warknęła Isabelle. – Simon Lewis.

– Propozycję dla pana Lewisa. Mogę zapewnić, że pan Lewis uzna ją za bardzo korzystną, jeśli raczy nam towarzyszyć i wysłuchać mojego pana. Przysięgam na honor mojego pana, że nie stanie ci się żadna krzywda, Chodzący za Dnia, a jeśli postanowisz odrzucić propozycję mojego pana, twój wybór.

„Mój pan, mój pan”. Pan Walker wymawiał te słowa z mieszaniną adoracji i nabożnego lęku. Simon lekko zadrżał. Jakie to straszne być do kogoś tak przywiązanym i nie mieć własnej woli.

Isabelle pokręciła głową i bezgłośnie powiedziała „nie” do Simona. Prawdopodobnie miała rację. Była doskonałym Nocnym Łowcą. Polowała na demony i łamiących Prawo Podziemnych – wampiry renegatów, czarowników praktykujących czarną magię, zdziczałe wilkołaki, które kogoś zjadły – odkąd skończyła dwanaście lat i zapewne była lepsza w tym, co robiła, niż inni Nocni Łowcy w jej wieku, z wyjątkiem jej brata Jace’ego. A Sebastian był jeszcze lepszy od nich obojga. Ale on już nie żył.

– Dobrze, pójdę – zadecydował Simon.

Oczy Isabelle zrobiły się okrągłe.

– Simon!

Obaj niewolnicy zatarli ręce jak łotry z komiksu. Nie sam gest był niepokojący, ale to, że wykonali go jednocześnie i w taki sam sposób, jakby byli marionetkami, których sznurki zostały pociągnięte w tym samym momencie.

– Doskonale – ucieszył się pan Archer.

Isabelle z brzękiem cisnęła nóż na stół i pochyliła się. Jej lśniące ciemne włosy zamiotły blat.

– Simon, nie bądź głupi – wyszeptała pośpiesznie. – Nie ma powodu, żebyś z nimi szedł. Raphael to dupek.

– Raphael to główny wampir – przypomniał jej Simon. – Jego krew zrobiła ze mnie wampira. Jest moim... nie wiem, jak to nazywają.

– Stwórcą, ojcem, rodzicielem... jest milion określeń na to, co zrobił – z roztargnieniem odparła Isabelle. – I może jego krew uczyniła cię wampirem, ale również Chodzącym za Dnia. – Spojrzała mu w oczy ponad stołem. „Jace uczynił cię Chodzącym za Dnia”. Nie powiedziała tego na głos; tylko ich garstka znała całą prawdę, kim jest Jace i kim z tego powodu stał się Simon. – Nie musisz robić tego, co on każe.

– Oczywiście, że nie muszę – odparł Simon ściszonym głosem. – Ale jeśli odmówię, myślisz, że Raphael się z tym pogodzi? Nie. Przyjdzie po mnie. – Zerknął na niewolników. Mieli takie miny, jakby się z nim zgadzali, a może tylko tak mu się zdawało. – Znajdą mnie wszędzie. Kiedy będę poza domem, w szkole, u Clary...

– I co? Clary sobie nie poradzi? – Isabelle uniosła ręce z rezygnacją. – Dobrze. Przynajmniej, pozwól, że pójdę z tobą.

– Wykluczone – wtrącił się pan Archer. – To nie jest sprawa Nocnych Łowców, tylko Nocnych Dzieci.

– Ja nie...

– Prawo pozwala nam załatwiać nasze sprawy bez obcych ingerencji – oświadczył sztywno pan Walker. – Wśród swoich.

Simon zmierzył ich wzrokiem.

– Dajcie nam chwilę, proszę. Chcę porozmawiać z Isabelle.

Zapadła cisza. Wokół nich toczyło się dalej restauracyjne życie. Po ostatnim seansie w pobliskim kinie zaczął się wieczorny ruch. Kelnerki biegały z parującymi talerzami, na zapleczu kucharze przekazywali sobie zamówienia, pary śmiały się i rozmawiały przy sąsiednich stolikach. Nikt na nich nie patrzył ani nie zauważył, że dzieje się coś dziwnego. Simon był przyzwyczajony do czarów, ale w obecności Isabelle czasami nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest uwięziony za niewidzialną szklaną ścianą, odcięty od reszty ludzkości i jej codziennych spraw.

– Dobrze – zgodził się pan Walker, robiąc krok do tyłu. – Ale mój pan nie lubi czekać.

Obaj mężczyźni wycofali się pod drzwi. Najwyraźniej nie przeszkadzały im zimne podmuchy powietrza, kiedy ktoś wchodził do restauracji albo z niej wychodził. Stali nieruchomo jak posągi. Simon odwrócił się do Isabelle.

– Wszystko będzie dobrze, nic mi nie zrobią – zapewnił. – Raphael wie o... – Niezręcznym gestem wskazał na swoje czoło. – O tym.

Isabelle sięgnęła przez stół i odgarnęła mu włosy. Jej dotyk był nie tyle czuły, ile kliniczny. Zmarszczyła brwi. Simon czasami sam patrzył na Znak, w lustrze, i dobrze wiedział, jak on wygląda. Jakby ktoś wziął cienki pędzelek i narysował prosty wzór tuż nad oczami. Jego kształt czasami się zmieniał jak układ chmur pędzonych wiatrem, ale zawsze był wyraźny, czarny i trochę groźny, niczym ostrzeżenie skreślone w obcym języku.

– To naprawdę... działa? – zapytała szeptem Isabelle.

– Raphael tak uważa – odparł Simon. – A ja nie mam powodu sądzić, że nie działa. – Chwycił ją za nadgarstek i odsunął jej rękę od swojej twarzy. – Wszystko będzie dobrze, Isabelle.

Dziewczyna westchnęła.

– Moje wyszkolenie i doświadczenie mówią mi, że to nie jest dobry pomysł.

Simon ścisnął jej palce.

– Daj spokój. Sama jesteś ciekawa, czego chce Raphael, nie?

Isabelle poklepała go po dłoni i odchyliła się na oparcie krzesła.

– Opowiesz mi wszystko, kiedy wrócisz. Do mnie zadzwoń najpierw.

– Dobrze. – Simon wstał, zapiął kurtkę. – Wyświadczysz mi przysługę? A właściwie dwie przysługi.

Isabelle spojrzała na niego z ostrożnym rozbawieniem.

– Jakie?

– Clary mówiła, że będzie dzisiaj cały wieczór trenować w Instytucie. Gdybyś się na nią natknęła, nie mów jej, dokąd poszedłem. Będzie się martwić bez powodu.

Isabelle przewróciła oczami.

– Dobrze, dobrze. A druga przysługa?

Simon nachylił się i pocałował ją w policzek.

– Spróbuj barszczu, zanim wyjdziesz. Jest fantastyczny.

***

Pan Walker i pan Archer nie byli zbyt rozmownymi towarzyszami. W milczeniu szli ulicami Lower East Side, sunąc swoim dziwnym chodem kilka kroków przed Simonem. Zrobiło się późno, ale chodniki były pełne ludzi, którzy śpieszyli do domów, wracając z późnej zmiany albo z kolacji na mieście, z opuszczonymi głowami, z kołnierzami podniesionymi dla ochrony przed silnym, zimnym wiatrem. Na St. Mark’s Place były rozstawione stoliki do gry w karty. Leżały na nich najróżniejsze towary, od tanich skarpet po ołówkowe szkice Nowego Jorku i dymiące kadzidełka. Liście chrzęściły pod butami jak suche kości. Powietrze pachniało spalinami wymieszanymi z drzewem sandałowym, a spod tych wszystkich woni przebijał zapach ludzkich istot: skóry i krwi.

Simonowi ścisnął się żołądek. Przechowywał w swoim pokoju zapas buteleczek z krwią – w głębi szafy ukrył przed matką małą lodówkę – żeby nigdy nie być głodnym. Krew zwierzęca była obrzydliwa. Myślał, że się do niej przyzwyczai, a nawet zacznie jej pragnąć, lecz, choć zabijała głód, nigdy nie polubił jej tak, jak kiedyś czekoladę, wegetariańskie burritos czy lody kawowe. Pozostawała zwykłą strawą.

Jednakże głód był o wiele gorszy. Głodny, Simon wyczuwał zapachy, których wcale nie miał ochoty wąchać: sól na skórze, słodką woń krwi bijącą z porów obcych ludzi. Od tych aromatów robił się jeszcze bardziej głodny, wynaturzony i zły. Przygarbił się, wcisnął pięści w kieszenie kurtki i próbował oddychać przez usta.

Skręcili w prawo w Trzecią Aleję i zatrzymali się przed restauracją, nad którą widniała tablica: „Kawiarnia Klasztorna. Ogród czynny przez cały rok”.

– Co tutaj robimy? – zapytał Simon, łypiąc na szyld.

– To miejsce spotkania, które wybrał nasz pan – odparł pan Walker uprzejmym tonem.

– Hm. – Simon był zaskoczony. – No wiecie, sądziłem, że bardziej w stylu Raphaela jest spotkanie na szczycie niepoświęconej katedry albo w krypcie pełnej starych kości. Nie wygląda mi na bywalca modnych lokali.

Obaj niewolnicy wbili w niego wzrok.

– Jakiś problem, Chodzący za Dnia? – zapytał w końcu pan Archer.

Simon poczuł się jak skarcony uczniak.

– Nie. Żaden problem.

Wnętrze restauracji było ciemne, wzdłuż jednej ściany biegł marmurowy kontuar. Nie podszedł do nich nikt z personelu, kiedy szli przez salę do drzwi znajdujących się w głębi pomieszczenia.

Wiele nowojorskich restauracji ma ogródki, ale niewiele jest otwartych o tej porze roku. Ten mieścił się na dziedzińcu między kilkoma budynkami. Ściany ozdobiono muralami typu trompe l’oeil, przedstawiającymi włoskie ogrody pełne kwiatów. Drzewa o złotych i rdzawych jesiennych liściach były obwieszone girlandami białych lampek, promienniki porozmieszczane między stołami rozsiewały czerwonawą poświatę. Pośrodku dziedzińca ciurkała melodyjnie mała fontanna.

Tylko jeden stolik, pod ścianą, był zajęty. Nie przez Raphaela. Siedziała przy nim smukła kobieta w kapeluszu z szerokim rondem. Kiedy uniosła rękę i pomachała mu, zdziwiony Simon odwrócił się do swoich towarzyszy, ale Walker i Archer już sunęli przez dziedziniec. Zatrzymali się kilka kroków od nieznajomej. Zdeprymowany Simon podążył za nimi.

Walker ukłonił się głęboko i powiedział:

– Pani.

Kobieta się uśmiechnęła.

– Walker. Archer. Dobrze się spisaliście. Dziękuję, że przyprowadziliście Simona.

– Chwileczkę! – Simon przeniósł wzrok z kobiety na dwóch niewolników i z powrotem. – Pani nie jest Raphaelem.

– O mój Boże, nie! – Gdy kobieta zdjęła kapelusz, na jej ramiona opadła masa srebrzystoblond włosów, lśniących w blasku bożonarodzeniowych lampek. W gładkiej, białej, owalnej i bardzo pięknej twarzy dominowały ogromne jasnozielone oczy. Nieznajoma miała na sobie czarną jedwabną bluzkę, ołówkową spódnicę, czarny szal owinięty wokół szyi i długie czarne rękawiczki. Trudno było określić jej wiek... albo przynajmniej, ile miałaby lat, gdyby nie zmieniła się w wampira. – Jestem Camille Belcourt. Miło mi cię poznać.

Wyciągnęła dłoń.

– Powiedziano mi, że mam się tutaj spotkać z Raphaelem Santiago – oświadczył Simon, nie ujmując jej ręki. – Pracuje pani dla niego?

Camille Belcourt zaśmiała się niczym szemrząca fontanna.

– Oczywiście, że nie! Choć kiedyś on pracował dla mnie.

I wtedy Simon sobie przypomniał. „Myślałem, że przywódcą wampirów jest ktoś inny”, powiedział kiedyś do Raphaela, w Idrisie, zdawało się, że wieki temu.

„Camille jeszcze do nas nie wróciła”, odparł Raphael. „Ja dowodzę w jej zastępstwie”.

– Jest pani szefem klanu wampirów z Manhattanu – stwierdził Simon i zwrócił się do niewolników: – Oszukaliście mnie. Mówiliście, że mam się spotkać z Raphaelem.

– Mówiłem o spotkaniu z naszym panem – przypomniał Walker. Jego oczy były przepastne i puste, tak puste, że Simon przez chwilę zastanawiał się, czy naprawdę zamierzali wprowadzić go w błąd, czy po prostu byli zaprogramowani jak roboty i niezdolni do odstępstw od scenariusza. – Oto on.

– Istotnie. – Camille obdarzyła swoich niewolników promiennym uśmiechem. – Proszę, zostawcie nas teraz, Walker i Archer. Muszę porozmawiać z Simonem na osobności. – Mówiła w taki sposób, że ich nazwiska i słowa „na osobności” zabrzmiały jak pieszczota.

Niewolnicy ukłonili się i wycofali. Kiedy pan Archer się odwracał, Simon dostrzegł ślad na jego szyi, ciemny siniak, który wyglądał jak farba, z dwoma ciemniejszymi punktami w środku. Te punkciki były dziurkami o zaschniętych. poszarpanych brzegach. Simona aż przeszedł dreszcz.

– Usiądź, proszę – powiedziała Camille, poklepując krzesło obok siebie. – Chciałbyś się napić wina?

Simon przycupnął niezgrabnie na brzegu twardego metalowego krzesła.

– Ja właściwie nie piję.

– Oczywiście – rzuciła Camille ze współczuciem. – Przecież jesteś jeszcze pisklakiem, prawda? Ale nie martw się za bardzo. Z czasem tak się wyszkolisz, że będziesz mógł pić wino i inne napoje. Najstarsi z nas potrafią nawet jeść ludzkie potrawy prawie bez skutków ubocznych.

Prawie bez skutków ubocznych? Simonowi wcale się to nie spodobało.

– Dużo czasu zajmie ta rozmowa? – spytał, zerkając na swoją komórkę. Zobaczył, że jest już wpół do jedenastej. – Muszę wracać do domu.

Camille wypiła łyk wina.

– Naprawdę? A dlaczego?

„Bo mama na mnie czeka”. Jednakże nie było powodu, żeby ta kobieta o tym wiedziała.

– Przerwała mi pani randkę – odparł. – Ciekawe, co było aż tak ważnego.

– Nadal mieszkasz z matką, prawda? – powiedział Camille, odstawiając kieliszek. – To dość dziwne, nie sądzisz, że potężny wampir taki jak ty nie chce opuścić domu, żeby dołączyć do klanu?

– Więc zepsuła mi pani randkę, żeby mnie wyśmiewać za to, że nadal mieszkam z mamą? Nie mogła pani tego zrobić w inny wieczór? Czyli w większość wieczorów, jeśli to panią ciekawi.

– Nie drwię z ciebie, Simonie. – Wampirzyca przesunęła językiem po dolnej wardze, jakby smakowała wino, które właśnie wypiła. – Chcę wiedzieć, dlaczego nie wstąpiłeś do klanu Raphaela.

„Czyli do pani klanu, tak?”.

– Odniosłem wrażenie, że nie chciał mnie w swoim klanie – wyjaśnił Simon. – Wyraźnie dał do zrozumienia, że zostawi mnie w spokoju, jeśli ja zostawię w spokoju jego. Więc zrobiłem to.

– Tak? – Jej zielone oczy rozbłysły.

– Nigdy nie chciałem być wampirem – ciągnął Simon, zastanawiając się, dlaczego to wszystko mówi nieznajomej kobiecie. – Pragnąłem normalnego życia. Kiedy odkryłem, że jestem Chodzącym za Dnia, pomyślałem, że mogę je mieć. Albo przynajmniej coś do niego zbliżonego. Mogę chodzić do szkoły, mieszkać w domu, widywać mamę i siostrę...

– Dopóki przy nich nie jesz – wtrąciła Camille. – Dopóki ukrywasz swoje pragnienie krwi. Nigdy nie żywiłeś się ludzką krwią, prawda? Tylko zwierzęcą z woreczków. Starą. Nadpsutą. – Zmarszczyła nos.

Simon pomyślał o Jasie i pośpiesznie odepchnął od siebie tę myśl. Jace właściwie nie był człowiekiem.

– Nie.

– Kiedyś zaczniesz i już nigdy tego nie zapomnisz. – Camille się pochyliła. Jasne włosy musnęły jej dłoń. – Nie możesz wiecznie ukrywać swojego prawdziwego ja.

– A jaki nastolatek nie okłamuje rodziców? – retorycznie zapytał Simon. – Tak czy inaczej, nie rozumiem, dlaczego to panią obchodzi. I nadal nie mam pojęcia, po co tutaj przyszedłem.

Camille pochyliła się jeszcze bardziej. Czarna jedwabna bluzka rozchyliła się na dekolcie. Gdyby Simon nadal był człowiekiem, zarumieniłby się mocno.

– Pozwolisz mi go obejrzeć?

Simonowi omal oczy nie wyszły z orbit.

– Co?

Wampirzyca się uśmiechnęła.

– Znak, głuptasie. Znak Wędrowca.

Simon otworzył usta, ale szybko je zamknął. Skąd ona wie? Niewiele osób wiedziało o Znaku, który Clary zrobiła mu w Idrisie. Raphael ostrzegł, że to sprawa wymagająca całkowitej dyskrecji, i Simon tak właśnie ją traktował.

Zielone oczy Camille były nieruchome. I z jakiegoś powodu Simon zapragnął spełnić jej życzenie. Może chodziło o sposób, w jaki na niego patrzyła, albo o melodię jej głosu. W każdym razie uniósł rękę i odgarnął włosy, obnażając czoło.

Oczy wampirzycy się rozszerzyły, usta rozchyliły. Jej palce powędrowały do szyi, jakby chciała sprawdzić nieistniejący puls.

– Och, szczęściarz z ciebie, Simonie. Wielki szczęściarz.

– To przekleństwo, a nie błogosławieństwo. Przecież pani dobrze to wie, prawda?

Oczy Camille rozbłysły.

– „Wtedy rzekł Kain do Pana: Zbyt wielka jest wina moja, by można mi ją odpuścić”. A ty potrafisz ją znieść, Simonie?

Simon odchylił się na oparcie krzesła. Włosy opadły mu z powrotem na czoło.

– Potrafię.

– Ale nie chcesz. – Camille przesunęła palcem po brzegu kieliszka, nie odrywając od niego oczu. – A gdybym zaproponowała ci sposób, jak zmienić w korzyść to, co uważasz za przekleństwo?

W końcu wyjawiasz powód, dla którego mnie tu sprowadziłaś, co zawsze jest jakimś początkiem.

– Słucham.

– Rozpoznałeś moje imię, kiedy się przedstawiłam – rzekła Camille. – Raphael wspomniał o mnie, prawda? – Mówiła z lekkim akcentem, którego Simon nie potrafił rozpoznać.

– Powiedział, że jest pani głową klanu, którym on kieruje pod pani nieobecność. Zastępuje panią, jak wiceprezydent, czy coś w tym rodzaju.

– Aha. – Camille przygryzła wargę. – To niezupełnie prawda, ale chciałabym złożyć ci propozycję, Simonie. Najpierw jednak muszę mieć twoje słowo w pewnej sprawie.

– Jakiej?

– Że wszystko, co się tutaj wydarzy dziś w nocy, pozostanie tajemnicą. Nikt nie może się dowiedzieć o naszym spotkaniu. Ani twoja mała rudowłosa przyjaciółka Clary, ani żadna z twoich dziewczyn. Żadne z Lightwoodów. Nikt.

Simon rozparł się na krześle.

– A jeśli nie zechcę tego obiecać?

– W takim razie możesz już iść. Tyle że wtedy nigdy się nie dowiesz, co chciałam ci powiedzieć. I tej straty będziesz później żałować.

– Zaciekawiła mnie pani – wyznał Simon. – Nie wiem jednak, czy aż tak bardzo.

W oczach wampirzycy pojawił się błysk zaskoczenia, rozbawienia i może nawet... odrobiny szacunku.

– To, co mam ci do powiedzenia, żadnego z nich nie dotyczy. Nie wpłynie na ich bezpieczeństwo ani samopoczucie. Tajemnica ma chronić mnie.

Simon łypnął na nią podejrzliwie. Mówiła serio? Wampiry nie były jak faerie, które nie potrafiły kłamać. Musiał jednak przyznać, że jest ciekaw.

– W porządku. Dotrzymam tajemnicy, o ile nie uznam, że w ten sposób narażam moich przyjaciół na niebezpieczeństwo. Wtedy wszystkie umowy staną się nieważne.

Uśmiech Camille był lodowaty. Najwyraźniej nie podobał się jej jego brak zaufania.

– Dobrze – powiedziała. – Chyba nie mam wyboru, bo bardzo potrzebuję twojej pomocy. – Pochyliła się nad stolikiem, smukłą dłonią obracając nóżkę kieliszka. – Do niedawna z powodzeniem kierowałam manhattańskim klanem. Mieliśmy piękne kwatery w starym przedwojennym budynku na Upper East Side, a nie tę szczurzą norę, w której teraz Santiago trzyma moich ludzi. Santiago... Raphael, jak go nazywasz, był moim zastępcą. Moim najbardziej lojalnym towarzyszem... przynajmniej tak sądziłam. Pewnej nocy odkryłam, że on dla rozrywki porywa ludzi, przywozi ich do tamtego starego hotelu w hiszpańskim Harlemie i pije ich krew. Szczątki wyrzuca do śmietnika stojącego na zewnątrz. Podejmuje głupie ryzyko, łamie Prawo Przymierza. – Camille wypiła łyk wina. – Kiedy do niego poszłam, by rzucić mu oskarżenie w twarz, zorientowałam się, że powiedział reszcie klanu, że to ja jestem morderczynią i przestępczynią. To była pułapka. Zamierzał mnie zabić, żeby przejąć władzę. Uciekłam. Razem z Walkerem i Archerem dla bezpieczeństwa.

– Więc przez cały czas Raphael oszukiwał, że kieruje klanem tylko do pani powrotu?

Camille się skrzywiła.

– Santiago to wierutny kłamca. Chce, żebym wróciła, a wtedy mnie zabije i przejmie władzę nad klanem.

Simon nie bardzo wiedział, co wampirzyca chce od niego usłyszeć. Nie był przyzwyczajony do tego, żeby dorosłe kobiety patrzyły na niego wielkimi oczami pełnymi łez albo opowiadały mu historię swojego życia.

– Przykro mi – wydukał w końcu.

Camille wzruszyła ramionami tak ekspresyjnie, że Simon zaczął się zastanawiać, czy jej akcent nie jest przypadkiem francuski.

– Przez cały ten czas, kiedy mnie nie było, ukrywałam się w Londynie, szukałam sojuszników, wyczekiwałam. Potem dowiedziałam się o tobie. – Uniosła rękę. – Nie mogę ci zdradzić, w jaki sposób. Przyrzekłam dochować tajemnicy. Ale gdy tylko o tobie usłyszałam, uświadomiłam sobie, że to na ciebie czekałam.

– Na mnie? Naprawdę?

Camille dotknęła jego dłoni.

– Raphael się ciebie boi, Simonie, i słusznie. Jesteś wampirem, lecz nie można cię skrzywdzić ani zabić. On nie może tknąć cię palcem, nie ściągając na siebie gniewu Bożego.

W ciszy, która zapadła po jej słowach, Simon usłyszał cichy elektryczny szum świątecznych lampek wiszących nad ich głowami, plusk wody w kamiennej fontannie stojącej pośrodku dziedzińca, gwar miasta. Kiedy się wreszcie odezwał, jego głos był prawie jak szept.

– Pani to wymówiła.

– Co takiego, Simonie?

– Gniew... – Jak zawsze słowo utknęło mu w gardle, zapiekło w ustach.

– Tak. Bóg. – Wampirzyca zabrała rękę z jego dłoni, ale jej oczy pozostały ciepłe.

– Nasz gatunek ma wiele sekretów, tyle mogę ci powiedzieć. Udowodnić ci, że nie jesteś przeklęty.

– Proszę pani...

– Camille. Mów mi Camille.

– Nadal nie rozumiem, czego od mnie chcesz, Camille.

– Nie rozumiesz? – Gdy potrząsnęła głową, jasne włosy rozsypały się wokół jej twarzy. – Chcę, żebyś się do mnie przyłączył, Simonie. Stań u mojego boku przeciwko Santiago. Razem wejdziemy do tego zaszczurzonego hotelu. Gdy jego zwolennicy zobaczą, że jesteś ze mną, zostawią go i przyjdą do mnie. Wierzę, że są wobec mnie lojalni, mimo strachu przed nim. Kiedy ujrzą nas razem, przestaną się bać i przejdą na naszą stronę. Człowiek nie może walczyć z tym, co boskie.

– No, nie wiem – zaoponował Simon. – W Biblii Jakub walczył z aniołem i wygrał.

Camille uniosła brwi i zmierzyła go wzrokiem.

Simon wzruszył ramionami.

– „I nazwał Jakub to miejsce Peniel, mówiąc: Oglądałem Boga twarzą w twarz”. Widzisz, nie tylko ty znasz Pismo.

Spojrzenie wampirzycy złagodniało, na jej twarzy pojawił się uśmiech.

– Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, Chodzący za Dnia, ale dopóki nosisz ten Znak, jesteś karzącą ręką niebios. Nikt nie może przeciwko tobie wystąpić. A z pewnością żaden wampir.

– Boisz się mnie? – zapytał Simon i od razu tego pożałował.

Zielone oczy Camille pociemniały jak chmury burzowe.

– Ja boję się ciebie? – Po chwili opanowała się i rozpogodziła. – Oczywiście, że nie. Jesteś inteligentnym człowiekiem. Z pewnością docenisz wartość mojej propozycji i przyłączysz się do mnie.

– A jaka jest właściwie twoja propozycja? To znaczy, rozumiem tę część, że razem występujemy przeciwko Raphaelowi, ale co potem? Ja nie nienawidzę Raphaela ani nie chcę się go pozbyć. Zostawił mnie w spokoju, a o to właśnie mi chodziło.

Camille złożyła dłonie przed sobą. Na lewym środkowym palcu nosiła srebrny pierścionek, wsunięty na rękawiczkę.

– Myślisz, że Raphael wyświadcza ci przysługę, zostawiając cię w spokoju, jak się wyraziłeś. Teraz uważasz, że nie potrzebujesz nikogo ze swojego rodzaju. Wystarczają ci przyjaciele, których masz: ludzie i Nocni Łowcy. Ukrywasz buteleczki z krwią w swoim pokoju i okłamujesz matkę.

– Skąd...

Camille zignorowała go i mówiła dalej:

– Ale co będzie za dziesięć lat, kiedy będziesz miał dwadzieścia sześć? Za dwadzieścia lat? Trzydzieści? Myślisz, że ludzie nie zauważą, że oni zmieniają się i starzeją, a ty nie?

Simon nie odpowiedział. Nie chciał przyznać, że nie wybiegał myślami tak daleko naprzód. Że nie chciał myśleć o tak odległej przyszłości.

– Przejścia z Raphaelem nauczyły cię, że inne wampiry są dla ciebie trucizną. Ale nie musi tak być. Wieczność to zbyt dużo czasu, żeby spędzić go samotnie, bez podobnych tobie, takich, którzy rozumieją. Przyjaźnisz się z Nocnymi Łowcami, ale nigdy nie staniesz się jednym z nich. Zawsze będziesz inny. Do nas możesz przynależeć. – Gdy Camille się pochyliła, białe światło odbiło się od jej pierścienia i zakłuło go w oczy. – Mamy tysiące lat wiedzy, którą możemy się z tobą podzielić, Simonie. Mógłbyś się nauczyć, jak dochować sekretu, jak jeść i pić, jak wymawiać imię Boga. Raphael perfidnie ukrył przed tobą tę wiedzę, a nawet pozwolił ci wierzyć, że ona nie istnieje. Istnieje. I ja mogę ci pomóc.

– Jeśli ja najpierw pomogę tobie – dokończył Simon.

Wampirzyca się uśmiechnęła. Jej zęby były białe i ostre.

– Nawzajem sobie pomożemy.

Simon odchylił się do tyłu. Metalowe krzesło było twarde i niewygodne. Nagle poczuł się zmęczony. Spojrzał na swoje dłonie. Zobaczył, że jego żyły pociemniały i wiją się na kostkach jak pająki. Potrzebował krwi. Rozmowy z Clary. Czasu na myślenie.

– Widzę, że tobą wstrząsnęłam – zauważyła Camille. – Wiem. Za dużo tego na jeden raz. Byłabym szczęśliwa, mogąc dać ci tyle czasu, ile potrzebujesz na zastanowienie, ale nie mamy go zbyt wiele, Simonie. W tym mieście grozi mi niebezpieczeństwo ze strony Raphaela i jego kohort.

– Kohort? – Simon uśmiechnął się mimo woli.

Camille wyglądała na zdezorientowaną.

– Tak?

– Chodzi o te... kohorty. To tak, jakby powiedzieć „złoczyńcy” albo „sługusy”. – Widząc jej puste spojrzenie, Simon westchnął. – Przepraszam. Pewnie nie obejrzałaś tylu złych filmów, co ja.

Między brwiami Camille pojawiła się cienka zmarszczka.

– Uprzedzano mnie, że jesteś trochę dziwny. Może chodzi o to, że nie znam wielu wampirów z twojego pokolenia. Ale czuję, że dobrze mi zrobi bliskość kogoś tak... młodego.

– Świeża krew – dodał Simon.

Tym razem wampirzyca się uśmiechnęła.

– Więc jesteś gotowy przyjąć moją propozycję? Zacząć współpracę?

Simon spojrzał w niebo. Sznury białych lampek przyćmiewały gwiazdy.

– Posłuchaj, doceniam twoją propozycję. Naprawdę. – Cholera. Musiał istnieć jakiś sposób, żeby jego słowa nie zabrzmiały tak, jakby odrzucał zaproszenie na bal maturalny. „Naprawdę jestem zaszczycony, że mnie zaprosiłaś, ale...”. Camille, podobnie jak Raphael, mówiła językiem oficjalnym, sztywnym, trochę staroświeckim, jak postać z baśni. Może powinien spróbować tego samego... – Potrzebuję trochę czasu na powzięcie decyzji. Z pewnością to rozumiesz.

Camille uśmiechnęła się nieznacznie, pokazując tylko koniuszki kłów.

– Pięć dni – powiedziała. – Nie dłużej. – Wyciągnęła do niego dłoń w rękawiczce. Coś w niej zalśniło. Mała szklana fiolka wielkości próbki perfum, wypełniona brązowawym proszkiem. – Ziemia z grobu – wyjaśniła Camille. – Zmiażdż ją, a wtedy ja będę wiedziała, że mnie wzywasz. Jeśli nie wezwiesz mnie w ciągu pięciu dni, przyślę Walkera po odpowiedź.

Simon wziął fiolkę i schował ją do kieszeni.

– A jeśli odpowiedź będzie odmowna?

– Wtedy będę rozczarowana, ale rozstaniemy się w przyjaźni. – Camille odsunęła kieliszek. – Do widzenia, Simonie.

Kiedy wstał, krzesło zazgrzytało głośno. Czuł, że powinien coś jeszcze dodać, ale nie miał pojęcia co. Wyglądało na to, że został odprawiony. Doszedł do wniosku, że woli wyjść na jednego z tych dziwnych, nowoczesnych wampirów o złych manierach niż ryzykować, że Camille z powrotem wciągnie go w rozmowę. Oddalił się bez słowa. Idąc przez restaurację, minął Walkera i Archera, którzy stali przy dużym drewnianym barze, przygarbieni pod ciężarem długich szarych płaszczy. Czując na sobie ich spojrzenia, pomachał im palcami – ni to w przyjaznym pożegnaniu, ni to w geście mówiącym „spadajcie”. Archer obnażył zęby – płaskie ludzkie zęby – i przemaszerował obok niego w stronę ogrodu. Walker deptał mu po piętach. Simon zobaczył, że obaj siadają na krzesłach naprzeciwko Camille. Wampirzyca nie podniosła na nich wzroku, ale białe lampki oświetlające ogród nagle zgasły, nie pojedynczo, tylko wszystkie naraz, jakby ktoś wyłączył gwiazdy. Zanim kelnerzy się zorientowali i blade światło ponownie zalało ogródek, Camille i jej ludzcy niewolnicy zniknęli.

***

Simon otworzył frontowe drzwi swojego domu, jednego z długiego szeregu identycznych budynków o ceglanych fasadach ciągnących się wzdłuż brooklyńskiej ulicy, i pchnął je lekko, nasłuchując uważnie.

Wcześniej powiedział matce, że idzie poćwiczyć z Erikiem i chłopcami z zespołu, żeby przygotować się do sobotniego występu. Kiedyś ona po prostu by mu uwierzyła. Elaine Lewis nigdy nie była strażnikiem dwójki swoich dzieci, nie upierała się, żeby syn i córka wcześnie wracali do domu po szkolnych imprezach. Simon zwykle przesiadywał do późna u Clary, otwierał sobie drzwi własnym kluczem i padał na łóżko o drugiej nad ranem, a matka pozostawiała jego zwyczaje bez komentarzy i zrzędzenia.

Teraz sytuacja się zmieniła. Prawie dwa tygodnie spędził w Idrisie, rodzinnym kraju Nocnych Łowców, zniknąwszy z domu bez uprzedzenia. Na szczęście, czarownik Magnus Bane pojawił się u jego matki i rzucił na nią czar, tak że teraz w ogóle nie pamiętała o nieobecności syna. Albo przynajmniej nie miała świadomych wspomnień. Mimo to, jej zachowanie się zmieniło. Stała się podejrzliwa i czujna, wciąż go obserwowała i nalegała, żeby wracał do domu o określonych porach. Kiedy ostatnim razem wrócił z randki z Maią, zastał matkę w przedpokoju. Siedziała na krześle naprzeciwko drzwi, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i wyrazem ledwo hamowanego gniewu na twarzy.

Tamtej nocy usłyszał jej oddech, zanim ją zobaczył. Teraz do jego uszu dotarł z salonu tylko cichy dźwięk telewizora. Czekając na niego, matka zapewne oglądała jeden z tych tasiemcowych seriali szpitalnych, które uwielbiała. Simon zamknął drzwi i oparł się o nie, zbierając siły do kłamstwa.

Wystarczająco trudne było unikanie jedzenia. Na szczęście, matka wcześnie wychodziła do pracy i wracała późno, a Rebecca, która rzadko przyjeżdżała do domu z college’u w New Jersey, żeby zrobić pranie, nie miała okazji do tego, by zauważyć coś dziwnego. Kiedy rano wstawał, na stole w kuchni czekały na niego przygotowane przez matkę śniadanie i obiad. W drodze do szkoły wyrzucał je do śmieci. Gorzej było z kolacją. W te wieczory, które Elaine spędzała w domu, musiał rozgrzebywać jedzenie na talerzu, udawać, że nie jest głodny albo że chce zabrać jedzenie do swojego pokoju i przy okazji się pouczyć. Parę razy musiał się zmusić do jedzenia, żeby ją uszczęśliwić, a potem przez kilka godzin pocił się w łazience i wymiotował, aż pozbył się posiłku.

Nienawidził jej okłamywać. Zawsze trochę współczuł Clary z powodu jej napiętych relacji z Jocelyn – najbardziej nadopiekuńczą matką na świecie. Teraz sytuacja się odwróciła. Od śmierci Valentine’a Jocelyn stała się prawie normalnym rodzicem. Natomiast, kiedy Simon był w domu, czuł na sobie ciężar spojrzenia matki, niczym oskarżenie.

Rzucił torbę przy drzwiach, wyprostował plecy i ruszył do salonu, żeby wypić piwo, którego nawarzył. Telewizor ryczał, właśnie nadawano wiadomości. Prezenter mówił, że w zaułku za śródmiejskim szpitalem znaleziono porzucone dziecko. Simon był zaskoczony; matka nienawidziła dzienników telewizyjnych. Uważała je z przygnębiające. Zerknął na kanapę i przestał się dziwić. Elaine spała, jej okulary leżały na stoliku, na podłodze stała do połowy opróżniona szklanka. Simon z daleka wyczuł zapach whisky. Poczuł ukłucie w sercu. Jego mama rzadko piła.

Poszedł do jej sypialni i wrócił z szydełkową narzutą. Elaine nadal oddychała wolno i równomiernie. Była kobietą drobną jak ptak, z aureolą czarnych kręconych włosów przetykanych siwizną, której nie chciała farbować. Pracowała w nienastawionej na zysk organizacji ekologicznej, na większości jej ubrań widniały zwierzęce motywy. Teraz miała na sobie suknię w delfiny i fale oraz broszkę, która była kiedyś żywą rybą, obecnie zatopioną w żywicy. Jej polakierowane oko łypnęło oskarżycielsko na Simona, kiedy pochylił się, żeby zarzucić matce narzutę na ramiona.

Poruszyła się niespokojnie i odwróciła głowę.

– Simon – wyszeptała. – Simon, gdzie jesteś?

Wstrząśnięty Simon wyprostował się, puszczając narzutę. Może powinien ją obudzić, uspokoić, że wszystko jest w porządku. Ale wtedy zaczęłyby się pytania, na które nie miał ochoty odpowiadać. I jeszcze ten zraniony wyraz twarzy, którego nie potrafił znieść. Odwrócił się i poszedł do sypialni.

Rzucił się na pościel i odruchowo sięgnął po telefon stojący na nocnej szafce, żeby zadzwonić do Clary. Zawahał się jednak, słuchając ciągłego sygnału. Nie mógł jej powiedzieć o Camille. Obiecał wampirzycy, że zachowa jej propozycję w sekrecie. Nie był Camille nic winien, ale, jeśli czegoś się nauczył w ciągu ostatnich kilku miesięcy, to tego, że niedotrzymywanie obietnic złożonych nadnaturalnym istotom jest złym pomysłem. Mimo to, chciał usłyszeć głos Clary, jak zawsze po ciężkim dniu. Ostatnio głównie skarżył się jej na swoje życie miłosne, co nieodmiennie ją bawiło. Przewrócił się na łóżku, naciągnął poduszkę na głowę i wybrał numer Clary.

2

Upadek

– Dobrze się dzisiaj bawiłeś z Isabelle? – Ze słuchawką przyciśniętą do ucha Clary ostrożnie przesuwała się z jednej długiej belki na drugą. Dźwigary znajdowały się na wysokości dwudziestu stóp nad podłogą sali treningowej, urządzonej na strychu Instytutu. Chodzenie po belkach stropowych miało nauczyć ją zachowania równowagi. Clary ich nienawidziła. Cierpiała na lęk wysokości, więc cały trening był dla niej przykrym doświadczeniem mimo elastycznej liny zawiązanej w pasie, która miała ją uchronić przed upadkiem. – Jeszcze nie powiedziałeś jej o Mai?

Simon wymamrotał coś niezrozumiałego, co Clary wzięła za zaprzeczenie. W tle słyszała muzykę. Oczami wyobraźni zobaczyła, jak jej przyjaciel leży na łóżku z telefonem w ręce, a obok cicho gra stereo. Miał zmęczony głos, śmiertelnie znużony, a to oznaczało, że lekki ton nie oddaje jego prawdziwego nastroju. Na początku rozmowy kilka razy zapytała go, czy dobrze się czuje, ale zbywał jej troskę burkliwymi odpowiedziami.

Prychnęła.

– Igrasz z ogniem, Simonie. Mam nadzieję, że o tym wiesz.

– Nie wiem. Naprawdę uważasz, że to taka wielka sprawa? – Simon mówił płaczliwym tonem. – Ani razu nie rozmawiałem z Isabelle – ani z Maią – o wyłączności.

– Pozwól, że coś ci zdradzę na temat dziewczyn. – Clary usiadła na belce i zwiesiła nogi. Przez otwarte okna w kształcie półksiężyców wpadał chłodny, nocny wiatr, chłodząc jej spoconą skórę. Zawsze sądziła, że Nocni Łowcy trenują w swoich mocnych, skórzanych strojach, ale okazało się, że wkładają je tylko na późniejsze ćwiczenia z bronią. W trakcie szkolenia, które ona teraz przechodziła – służącego zwiększeniu giętkości, szybkości i wyczucia równowagi – miała na sobie lekką koszulkę bez rękawów i spodnie ściągane w pasie tasiemką. – Nawet jeśli nie rozmawiałeś z nimi o wyłączności, one i tak się wściekną, kiedy odkryją, że umawiasz się z inną i nic o tym nie wspomniałeś. Taka jest zasada chodzenia ze sobą.

– A skąd miałem znać tę zasadę?

– Wszyscy ją znają.

– Myślałem, że będziesz po mojej stronie.

– Jestem po twojej stronie!

– Więc dlaczego nie okazujesz mi więcej zrozumienia?

Clary przeniosła słuchawkę do drugiego ucha i spojrzała w dół. Gdzie się podziewał Jace? Poszedł po drugą linę, obiecując, że wróci za pięć minut. Gdyby przyłapał ją tutaj, jak rozmawia przez telefon, pewnie by ją zabił. Rzadko nadzorował jej trening. Zwykle robiła to Maryse, Kadir albo inni członkowie nowojorskiego Konklawe do czasu znalezienia nowego nauczyciela po śmierci Hodge’a, ale kiedy Jace ich zastępował, traktował swoje obowiązki bardzo poważnie.

– Bo twoje problemy nie są prawdziwymi problemami – powiedziała. – Umawiasz się z dwiema pięknymi dziewczynami jednocześnie. Zastanów się. Przecież to problemy... gwiazdy rocka.

– Problemy gwiazdy rocka to pierwszy krok do zostania prawdziwą gwiazdą rocka.

– Nikt ci nie kazał nazywać swojego zespołu Sprośna Pleśń, przyjacielu.

– Teraz jesteśmy Millenijnymi Szarpiami – oznajmił Simon.

– Posłuchaj, po prostu przemyśl to wszystko jeszcze przed ślubem mamy i Luke’a. Jeśli twoje dziewczyny się tam spotkają i dowiedzą, że umawiasz się z nimi obiema, zabiją cię na miejscu. – Wstała z belki. – Zepsujesz w ten sposób ślub mojej mamy, a wtedy ona też cię zabije. Tak więc zostaniesz zabity dwukrotnie. A ściśle mówiąc, trzykrotnie...

– Nie zaprosiłem żadnej na ślub! – W głosie Simona zabrzmiała panika.

– Tak, ale one będą się tego spodziewać. Właśnie dlatego dziewczyny mają chłopaków. Żeby ktoś zabierał je na nudne uroczystości. – Clary przesunęła się na brzeg belki i spojrzała w mrok rozjaśniony czarodziejskim światłem. Zobaczyła narysowany kredą na podłodze krąg treningowy. Wyglądał jak środek tarczy. – Teraz muszę skoczyć z sufitu i pewnie zginę straszną śmiercią. Porozmawiamy jutro.

– Mam o drugiej próbę zespołu, pamiętasz? Tam się spotkamy.

– Do zobaczenia. – Rozłączyła się i wsunęła telefon za stanik. Lekkie ubranie treningowe nie miało żadnych kieszeni, więc co innego dziewczyna mogła zrobić?

– Zamierzasz sterczeć tam całą noc?

Jace wkroczył w środek tarczy i spojrzał na nią. Miał na sobie strój bojowy, a nie treningowy jak Clary. Jego jasne włosy pięknie odbijały się od czerni. Z końcem lata odrobinę ściemniały i nabrały barwy starego złota, co, pomyślała Clary, jeszcze bardziej do niego pasowało. Poczuła się absurdalnie szczęśliwa, że teraz, kiedy zna go dostatecznie długo, potrafi dostrzec drobne zmiany w jego wyglądzie.

– Myślałam, że tu wejdziesz! – zawołała. – Zmiana planów?

– To długa historia. – Jace uśmiechnął się szeroko. – No więc? Chcesz poćwiczyć skoki?

Clary westchnęła. Ćwiczenie skoków oznaczało, że musi rzucić się z belki w otchłań i, asekurowana przez elastyczną linę, uczyć się obrotów, kopnięć i uników, odpychając się od ścian i nie martwiąc o twarde podłogi i siniaki. Widziała, jak Jace to robi. Wyglądał wtedy jak fruwający anioł. Sunął w powietrzu, okręcał się i wirował z baletową gracją. Ona natomiast tuż nad podłogą kuliła się jak robak, mimo pewności, że w nią nie uderzy.

Zaczęła się zastanawiać, czy nie ma znaczenia fakt, że urodziła się jako Nocny Łowca, ale nie szkoliła się w sztuce walki od dziecka i może było dla niej za późno, żeby się stać dobrym lub przynajmniej w miarę sprawnym wojownikiem. Albo wrodzone dary zostały nierówno między nich podzielone, tak że Jace dostał cały fizyczny wdzięk, a ona... cóż, niewiele.

– No dalej, Clary – ponaglił ją Jace. – Skacz.

Zamknęła oczy i skoczyła. Przez chwilę czuła się jak zawieszona w powietrzu, wolna od wszystkiego. Potem grawitacja przejęła nad nią władzę i Clary runęła ku podłodze. Odruchowo przyciągnęła do siebie ręce i nogi, mocniej zacisnęła powieki. Lina się napięła i Clary z powrotem pofrunęła w górę. A potem znowu zaczęła spadać. Kiedy zwolniła, otworzyła oczy i stwierdziła, że wisi na końcu liny jakieś pięć stóp nad Jace’em, którym uśmiechał się szeroko.

– Ładnie – powiedział. – Jak spadający płatek śniegu.

– Krzyczałam? – zapytała Clary. – No wiesz, w drodze na dół.

Jace kiwnął głową.

– Na szczęście, nikogo nie ma w domu, bo inaczej uznaliby, że cię morduję.

– Bardzo śmieszne. Nawet byś mnie nie dosięgnął. – Zakręciła nogą i leniwie zawirowała w powietrzu.

Oczy Jace’ego rozbłysły.

– Chcesz się założyć?

Clary znała ten wyraz twarzy.

– Nie – powiedziała szybko. – Cokolwiek zamierzasz zrobić...

Ale on już to zrobił. Kiedy poruszał się szybko, jego pojedyncze ruchy były prawie niewidoczne. Sięgnął ręką za pas, a potem coś błysnęło w powietrzu. Rozległ się świst i odgłos darcia. Lina została przecięta, a Clary, zbyt zaskoczona, żeby krzyknąć, spadła... prosto w ramiona Jace’ego. Impet sprawił, że oboje runęli na podłogę wyłożoną miękkimi matami. Clary wylądowała na Jace’em, a on wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Teraz o wiele lepiej – stwierdził. – Wcale nie krzyczałaś.

– Nie zdążyłam.

Zabrakło jej tchu, nie tylko z powodu upadku. Gdy czuła jego bliskość, ręce jej drżały, a serce biło szybciej. Kiedyś sądziła, że może jej fizyczna reakcja na Jace’ego – ich wzajemna reakcja na siebie – z czasem osłabnie, ale tak się nie stało. Jeśli już, było coraz gorzej, im więcej czasu z nim spędzała... albo lepiej, zależnie od punktu widzenia.

Patrząc w jego ciemnozłote oczy, zastanawiała się, czy ich kolor nie stał się intensywniejszy od spotkania z Razjelem na brzegu jeziora Lyn w Idrisie. Nie mogła nikogo o to zapytać. Wszyscy wiedzieli, że to Valentine wezwał Anioła i że Anioł uzdrowił Jace’ego od ran zadanych przez ojca, ale nikt oprócz ich dwojga nie wiedział, że Valentine nie tylko ranił adoptowanego syna. Dźgnął Jace’ego nożem w serce podczas rytuału wezwania, a potem trzymał go w ramionach, kiedy chłopiec umierał. Na życzenie Clary Razjel wskrzesił Jace’ego. Potworność tamtych wydarzeń nadal ją szokowała. Między sobą uzgodnili, że nigdy nikomu nie powiedzą, że Jace umarł. To miała być ich tajemnica.

Jace odgarnął jej włosy z twarzy.

– Żartuję – pocieszył ją. – Nie jesteś taka kiepska. Nauczysz się wszystkiego. Powinnaś widzieć pierwsze skoki Aleca. Zdaje się, że raz nawet kopnął się w głowę.

– Jasne – mruknęła Clary. – Miał wtedy pewnie jedenaście lat. – Zmierzyła Jace’ego wzrokiem. – Przypuszczam, że ty od początku byłeś w tym wyjątkowy.

– Urodziłem się wyjątkowy. – Jace pogładził jej policzek opuszkami palców, bardzo lekko, ale ona i tak zadrżała. Nic nie mówiła. Żartował, ale w pewnym sensie miał rację. Urodził się, żeby być tym, kim był. – Jak długo możesz dzisiaj zostać?

Uśmiechnęła się.

– Skończyliśmy trening?

– Myślę, że skończyliśmy tę część, która była absolutnie konieczna, ale jest jeszcze parę rzeczy, które chciałbym poćwiczyć...

Pociągnął ją w dół, ale w tym momencie drzwi się otworzyły i do sali wkroczyła Isabelle. Obcasy jej wysokich butów stukały o wypolerowaną drewnianą podłogę.

Zobaczywszy Clary i Jace’ego rozciągniętych na podłodze, uniosła brwi.

– Widzę, że się migdalicie. Sądziłam, że mieliście trenować.

– Nikt cię nie nauczył, że nie wchodzi się bez pukania, Iz. – Jace nie wstał, tylko odwrócił głowę w bok i popatrzył na Isabelle z mieszaniną irytacji i czułości.

Clary natomiast zerwała się z podłogi i wygładziła pogniecione ubranie.

– To sala treningowa, czyli przestrzeń publiczna – zauważyła Isabelle, ściągając rękawiczkę z jaskrawoczerwonego aksamitu. – Dostałam je w Trash and Vaudeville. Na wyprzedaży. Podobają się wam? Chcielibyście mieć takie same? – Pomachała do nich.

– Sam nie wiem – odparł Jace. – Myślę, że gryzłyby się z moim strojem.

Isabelle spiorunowała go wzrokiem.

– Słyszeliście o martwym Nocnym Łowcy, którego znaleziono na Brooklynie? – zapytała. – Ciało było w takim stanie, że jeszcze nie wiadomo, kto to jest. Pewnie właśnie tam pojechała mama.

– Tak – potwierdził Jace, siadając. – Zebranie Clave. Wpadłem na nią, jak wychodziła.

– Nic mi nie powiedziałeś – obruszyła się Clary. – Dlatego tak długo ci zeszło z tą liną?

Jace kiwnął głową.

– Przepraszam. Nie chciałem cię wystraszyć.

– On ma na myśli to, że nie chciał zepsuć romantycznego nastroju – skomentowała Isabelle. Przygryzła wargę. – Mam tylko nadzieję, że to nikt z naszych znajomych.

– Nie sądzę. Ciało porzucono w opuszczonej fabryce. Leżało tam kilka dni. Gdyby to był ktoś, kogo znamy, zauważylibyśmy, że go nie ma. – Jace odgarnął włosy za uszy. Patrzył na Isabelle z lekkim zniecierpliwieniem, jakby był zirytowany, że poruszyła ten temat.

Szkoda, że nic mi nie powiedział, pomyślała Clary, nawet gdyby miał tym zepsuć nastrój. To, co robili Nocni Łowcy, narażało ich na ciągły kontakt ze śmiercią. Lightwoodowie nadal opłakiwali najmłodszego syna Maksa, który zginął tylko dlatego, że znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Dziwne, że Jace bez szemrania zaakceptował jej decyzję o porzuceniu ogólniaka i rozpoczęciu szkolenia. Unikał jednak rozmowy o niebezpieczeństwach związanych z życiem Nocnego Łowcy.

– Idę się ubrać – oznajmiła i ruszyła do drzwi prowadzących do małej przebieralni znajdującej się obok sali treningowej.

Szatnia była bardzo prosto urządzona: jasne drewniane ściany, lustro, prysznic i wieszaki na ubrania. Na ławie przy drzwiach leżały równo ułożone ręczniki. Clary szybko się wykąpała i przebrała w zwykłe ubranie: rajstopy, wysokie buty, dżinsową koszulę i nowy różowy sweter. Spojrzawszy na siebie w lustrze, zauważyła, że na rajstopach ma dziurę, a wilgotne kręcone rude włosy tworzą na jej głowie kołtun. Nigdy nie wyglądała tak idealnie jak Isabelle, ale Jace’owi najwyraźniej to nie przeszkadzało.

Gdy wróciła do sali treningowej, Isabelle i Jace już porzucili temat zabitego Nocnego Łowcy i omawiali nowy: randki Isabelle z Simonem, dla Jace’ego najwyraźniej jeszcze bardziej przerażający.

– Nie mogę uwierzyć, że zabrał cię do prawdziwej restauracji. – Jace sprzątał maty i sprzęt, a Isabelle opierała się o ścianę i bawiła nowymi rękawiczkami. – Sądziłem, że w jego wyobrażeniu powinien zmusić cię na randce, żebyś patrzyła, jak on gra w „World of Warcraft” ze swoimi porąbanymi przyjaciółmi.

– Ja jestem jednym z jego porąbanych przyjaciół – odezwała się Clary. – Dziękuję.

Jace uśmiechnął się do niej szeroko.

– To właściwie nie była restauracja, tylko tania knajpka – sprostowała Isabelle. – Z różową zupą, której kazał mi koniecznie spróbować. A w ogóle był bardzo słodki.

Clary od razu poczuła wyrzuty sumienia, że nie powiedziała jej – ani Jace’owi – o Mai.

– Mówił mi, że mieliście ubaw.

Isabelle pomknęła ku niej wzrokiem. Miała dziwną minę, jakby coś ukrywała, ale ten wyraz twarzy szybko zniknął, tak że Clary nie była pewna, czy jej się nie przywidziało.

– Rozmawiałaś z nim?

– Tak. Zadzwonił do mnie kilka minut temu. Tylko po to, żeby się zameldować. – Clary wzruszyła ramionami.

– Rozumiem – powiedziała Isabelle nagle chłodnym tonem. – Cóż, jak już wspomniałam, był bardzo słodki. Nawet trochę za słodki. To może być nużące. – Wcisnęła rękawiczki do kieszeni. – W każdym razie to nic poważnego. Zwykłe randkowanie.

Sumienie Clary ucichło.

– Czy wy kiedyś rozmawialiście, no wiesz, o wyłączności? – spytała.

Isabelle wyglądała na szczerze przerażoną.

– Oczywiście, że nie. – Ziewnęła i przeciągnęła się jak kot. – No dobrze, pora do łóżka. Zobaczymy się później, gruchające gołąbki.

Wyszła, zostawiając za sobą chmurę jaśminowych perfum.

Jace spojrzał na Clary i zaczął rozpinać strój ochronny nałożony na ubranie.

– Chyba musisz już iść do domu?

Clary z niechęcią skinęła głową. Przekonanie matki, żeby pozwoliła jej rozpocząć trening Nocnego Łowcy, było długą i nieprzyjemną kłótnią. Jocelyn z uporem przypominała, że przez całe życie starała się chronić ją przed kulturą Nocnych Łowców, którą uważała za niebezpieczną, nie tylko pełną przemocy, ale również izolacjonistyczną i okrutną. Jeszcze rok wcześniej, przypomniała córce, jej decyzja, żeby szkolić się na Nocnego Łowcę, oznaczałaby, że już nigdy więcej nie mogłaby rozmawiać z matką. Clary odpowiedziała, że Clave zawiesiło tę zasadę, a nowa Rada pracowała nad zmianą Prawa, co oznaczało, że Clave się zmieniło, odkąd Jocelyn była dziewczynką, a poza tym Clary powinna wiedzieć, jak się bronić.

– Mam nadzieję, że to nie z powodu Jace’ego – powiedziała w końcu Jocelyn. – Wiem, jak to jest być w kimś zakochanym. Chce się przebywać blisko tej osoby, robić to, co ona, ale...

– Nie jestem tobą – odparowała Clary, starając się pohamować gniew. – Nocni Łowcy nie są Kręgiem, a Jace to nie Valentine.

– Nic nie mówiłam o Valentinie.

– Ale o nim myślałaś – stwierdziła Clary. – Może i wychował Jace’ego, ale Jace nie jest taki jak on.

– Mam nadzieję, że nie – wyszeptała Jocelyn. – Ze względu na nas wszystkich.

W końcu ustąpiła, ale pod pewnymi warunkami.

Clary mieszkała nie w Instytucie, tylko z matką u Luke’a. Jocelyn otrzymywała cotygodniowe raporty od Maryse, by mieć pewność, że córka się uczy, a nie tylko gapi przez cały dzień na Jace’ego, czy o co tam się martwiła. Clary nie wolno było spędzać nocy w Instytucie.

– Żadnego zostawania na noc w miejscu, gdzie mieszka twój chłopak – oznajmiła twardo Jocelyn. – Nie obchodzi mnie, że to Instytut. Nie, i już.

Chłopak. To słowo nadal robiło na niej wstrząsające wrażenie. Tak długo wydawało się niemożliwe, że Jace kiedykolwiek zostanie jej chłopakiem, że będą dla siebie kimś innym niż brat i siostra. Ta świadomość była trudna do zniesienia. Już lepiej nigdy więcej się nie widywać, doszli do wniosku, albo najlepiej umrzeć. A potem stał się cud. Minęło już sześć tygodni, ale Clary wciąż nie miała dość tego określenia.

– Muszę iść do domu – powiedziała z żalem. – Już prawie jedenasta, a mama się denerwuje, jeśli wracam po dziesiątej.

– W porządku. – Jace rzucił górną część stroju na ławkę. Pod spodem miał T-shirt. Przez cienką bawełnę Clary widziała Znaki, niczym cienkie atramentowe zacieki na wilgotnym papierze. – Odprowadzę cię.

W Instytucie panowała cisza. Akurat nie mieszkali w nim żadni Nocni Łowcy z innych miast. Robert, ojciec Isabelle i Aleca, pomagał w Idrisie ustanowić nową Radę, Hodge i Max odeszli na zawsze, Alec podróżował z Magnusem. Clary miała wrażenie, że pozostali mieszkańcy są gośćmi w prawie pustym hotelu. Chciałaby, żeby inni członkowie Konklawe pojawiali się częściej, ale przypuszczała, że na razie dają Lightowoodom spokój ze względu na żałobę. Czas na wspominanie Maksa i czas na zapomnienie.

– Miałeś ostatnio wieści od Aleca i Magnusa? – zapytała. – Dobrze się bawią?

– Na to wygląda. – Jace wyjął z kieszeni telefon i podał go Clary. – Alec wciąż przysyła mi irytujące fotki. Mnóstwo podpisów w stylu: „Szkoda, że was tu nie ma, albo i nie”.

– Trudno mu się dziwić. To mają być romantyczne wakacje.

Przeglądając zdjęcia w komórce Jace’ego, Clary chichotała. Zakochani pod wieżą Eiffela: Alec jak zwykle w dżinsach, Magnus w pasiastej marynarskiej bluzie, skórzanych spodniach i śmiesznym berecie. W Ogrodach Boboli Alec nadal miał na sobie dżinsy, a Magnus obszerną wenecką pelerynę i kapelusz gondoliera. Wyglądał jak Duch w Operze. Przed muzeum Prado był ubrany w lśniącą kurtkę matadora i buty na platformie; w tle Alec spokojnie karmił gołębie.

– Oddaj mi to, zanim dojdziesz do foteli z Indii – powiedział Jace, zabierając jej komórkę. – Magnus jest w sari. Niektórych rzeczy nigdy się nie zapomina.

Clary się roześmiała. Gdy dotarli do windy, Jace wcisnął guzik. Po chwili jej drzwi otworzyły się z przeciągłym zgrzytem i oboje weszli do środka. Kiedy winda ruszyła w dół – Clary sądziła, że nigdy nie przyzwyczai się do gwałtownego szarpnięcia w chwili startu – Jace zbliżył się do niej w półmroku i przyciągnął ją do siebie. Położył jej dłonie na swojej piersi, tak że poczuła jego twarde mięśnie pod T-shirtem i bicie serca pod nimi.

– Szkoda, że nie mogę zostać – wyszeptała.

– Nie żałuj. – W jego głosie było napięcie, które ją zaskoczyło. – Jocelyn nie chce, żebyś się stała taka jak ja. I wcale się jej nie dziwię.

– Jace, dobrze się czujesz? – spytała, zdumiona nutą goryczy w jego tonie.

Zamiast odpowiedzieć, pocałował ją, mocno tuląc do siebie. Przycisnął ją do chłodnego lustra w metalowej ramie, otoczył ramieniem w talii, wsunął dłonie pod sweter. Zawsze lubiła sposób, w jaki ją obejmował. Ostrożnie, ale nie aż tak delikatnie, by czuła, że on ma większą kontrolę nad sytuacją niż ona. Żadne z nich nie panowało nad tym, co do siebie nawzajem czują, i Clary się to podobało. Lubiła, kiedy jego serce tak dudniło, że czuła je na skórze, lubiła, kiedy szeptał z ustami na jej ustach.

Winda zatrzymała się ze zgrzytaniem, krata się rozsunęła. Clary zobaczyła pustą nawę katedry, migotliwy blask świeczników stojących wzdłuż środkowego przejścia. Przywarła do Jace’ego, zadowolona, że w windzie panuje półmrok, dzięki czemu nie widzi w lustrze swojej rozpalonej twarzy.

– Mogłabym jeszcze chwilę zostać – wyszeptała.

Jace nie odpowiedział. Wyczuła w nim napięcie i sama też zaczęła się denerwować. To było coś więcej niż pożądanie. Całe jego ciało drżało, kiedy wtulił twarz w zagłębienie jej szyi.

– Jace – szepnęła Clary.

Puścił ją nagle i cofnął się o krok. Jego policzki płonęły, oczy się jarzyły.

– Nie – rzekł zdecydowanym tonem. – Nie chcę dawać twojej matce kolejnego powodu, żeby mnie nie lubiła. Ona już uważa, że jestem wcieleniem swojego ojca...

Umilkł, nim Clary zdążyła zaprotestować: „Valentine nie był twoim ojcem”. Jace starał się używać nazwiska Morgenstern, nigdy nie mówił „mój ojciec”... jeśli w ogóle go wspominał. Zwykle unikał tego tematu, a Clary nigdy nie powiedziała mu o skrywanych obawach jej matki, że jest taki jak Valentine. Wiedziała, że sama sugestia bardzo by go zraniła. Jedyne, co mogła robić, to trzymać tych dwoje z dala od siebie.

Zanim się odezwała, Jace otworzył szarpnięciem drzwi windy.