Królowa Mroku i Powietrza. Cykl Mroczne intrygi. Księga 3 - Cassandra Clare - ebook

26 osób właśnie czyta

Opis

A jeśli ceną prawdziwej miłości jest potępienie?

Niewinna krew została przelana na podwyższeniu w Sali Narad, świętej twierdzy Nocnych Łowców. Po tragicznej śmierci Livii Blackthorn Clave znalazło się na krawędzi wojny domowej. Część rodziny Blackthornów udaje się do Los Angeles, by tam szukać źródła choroby niosącej zagładę czarownikom.

Tymczasem Julian i Emma desperacko usiłują zapomnieć o swojej zakazanej miłości i wyruszają z niebezpieczną misją do krainy Faerie, by odzyskać Czarną Księgę Umarłych. Na Dworach odkryją tajemnicę, która może obalić w gruzy świat Nocnych Łowców i otworzyć mroczną drogę w przyszłość, jakiej nikt sobie nawet nie wyobrażał.

Wyścig z czasem trwa. Emma i Julian muszą ocalić świat Nocnych Łowców, zanim zabójcza moc klątwy parabatai zniszczy ich samych i wszystkich, których kochają.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1211

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:Queen of Air and Darkness. The Dark Artifices – Book Three

Copyright © 2018 by Cassandra Clare

Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Cliff Nielsen

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66409-79-8 Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 22 813 47 43 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Sarze.

Miasto w morzu   Edgar Allan Poe

Patrz! – oto czarny śmierci tron Śród dziwnych – pustych, dzikich stron, Gdzie się Zachodu krwawi skon. Tam wielcy – mali – dobrzy – źli – W spokoju wiecznym każdy śni. Tam gmachów tłum – tam wieżyc zrąb, Które naruszył czasów ząb (Struktury takie nam nie znane) – A w krąg, przez wichry zapomniane, Drętwo, pod nieba tarczą siną, Melancholijne wody płyną.

Nie schodzi żaden błysk z lazurów Na wieczny mrok tych sennych murów, Lecz ułudnego morza fal Milczące światło płynie w dal – W górę rozlewa się po skałach, Katedrach i królewskich salach, I babelowych, zda się, wałach. Po niedostępnych ciemnych parkach, Po marmurowych sklepień arkach, Po gmachach, które we mgle giną I których ściany w krąg obwiną Rzeźbionym fryzem bluszcz i wino.

Drętwo, pod nieba tarczą siną, Melancholijne wody płyną. A blade zamki i ich cienie Zawisły, rzekłbyś, jak widzenie W powietrznej sinych mgieł arenie, Gdy z dumnej wieży tej stolicy Duch Śmierci patrzy bladolicy.

Groby rozwarły się widomie, Ziejąc – na martwych skał poziomie – Lecz ani skarb, co w nich zamknięty, Ni w oczach bogów dyjamenty, Ni trupy strojne w wieniec złoty, Nie budzą głębin tych z martwoty – I żadna struga, żadna mgła Nie marszczy fal umarłych szkła. Nie wróży nic, że będzie wiatr Na jakimś oddalonym morzu; Nie świadczy nic, że był gdzieś wiatr, Na jakimś mniej ohydnym morzu!

Lecz spójrz: w powietrzu jakiś ruch! Toń wód porusza jakiś duch: Wieżyce, zda się płyną w dół, W mgły rozwiewając się na pół... Mdlejące świątyń bladych szczyty Znikają, w próżni mknąc błękity, I zapłonęła toń ogniściej, Godziny dyszą uroczyściej. Gdy w dzikich jękach w bezdeń wód Zapada w mgłach mistyczny gród, Wstając ze swych tysiącznych tronów

Część pierwsza   Nie czują smutku

1   Duch Śmierci patrzy bladolicy

Krew zlała podwyższenie dla Rady, schody, ściany, podłogę i strzaskane szczątki Miecza Anioła. Później Emma będzie to pamiętała jako szkarłatną mgiełkę. Kołatał jej się po głowie jakiś urywek wiersza, coś o tym, że to nie sposób sobie wyobrazić, jak dużo krwi mają w sobie ludzie.

Mówi się, że wstrząs łagodzi najgorsze ciosy, ale nie czuła, żeby cokolwiek ją ochraniało. Wszystko doskonale widziała i słyszała w pełnej strażników Sali Narad. Krzyki. Próbowała wywalczyć sobie drogę do Juliana. Strażnicy wznieśli się przed nią falą. Słyszała kolejne okrzyki:

– Emma Carstairs zniszczyła Miecz Anioła! Zniszczyła Dar Anioła! Aresztować ją!

Nie obchodziło jej, co z nią zrobią; musiała dotrzeć do Juliana. Nadal siedział na ziemi z Livvy w ramionach, powstrzymując wszelkie próby strażników odebrania mu jej martwego ciała.

– Przepuśćcie mnie – powiedziała. – Jestem jego parabatai, przepuśćcie mnie.

– Oddaj mi miecz. – To był Konsul. – Oddaj mi Cortanę, a będziesz mogła pomóc Julianowi.

Emma zdusiła okrzyk. Czuła smak krwi w ustach. Alec znalazł się teraz na podwyższeniu, klęczał koło ciała ojca. W sali panował chaos – wszędzie biegali ludzie. Wśród nich dostrzegła Marka, który wynosił z sali nieprzytomnego Ty’a, przepychając się przez tłum Nefilim. Nigdy w życiu nie widziała go tak ponurego. Towarzyszył mu Kit. Gdzie była Dru? Tam – siedziała sama na ziemi. Nie, była z nią Diana, obejmowała ją i płakała. I była tam też Helen, próbowała przepchnąć się na podwyższenie.

Emma cofnęła się o krok i omal się nie przewróciła. Drewniana podłoga była śliska od krwi. Konsul Jia Penhallow nadal stała przed nią, wyciągając chudą rękę po Cortanę. Cortana. Ten miecz był jak członek jej rodziny, był w jej życiu, odkąd sięgała pamięcią. Nadal pamiętała, jak Julian wręczył go jej po śmierci rodziców, trzymała wtedy miecz niczym małe dziecko, nie zważając na to, że klinga wrzyna się w jej rękę.

Jia prosiła, żeby oddała jej cząstkę siebie.

Tyle że Julian był teraz sam, pochylony w rozpaczy, przesiąknięty krwią. Był bardziej cząstką jej osoby niż Cortana. Oddała miecz; poczuła, że wyszarpnięto jej broń z dłoni i całe jej ciało zesztywniało. Miała wręcz wrażenie, że słyszy, jak Cortana krzyczy, kiedy ją od niej zabrano.

– Idź – powiedziała Jia.

Emma słyszała także inne głosy, w tym krzyki Horace’a Dearborna, który domagał się, żeby ją zatrzymać, bo musi odpowiedzieć za zniszczenie Miecza Anioła i zniknięcie Annabel Blackthorn. Jia warknęła na strażników, każąc im wyprowadzić wszystkich z sali. Nadszedł czas żałoby, nie zemsty. Annabel zostanie odnaleziona. „Wyjdź z własnej woli i zachowaj godność, albo każę cię stąd wyprowadzić! To nie jest właściwa chwila!”. Aline pomogła Dru i Dianie wstać, wyprowadziła je z pomieszczenia...

Emma osunęła się na kolana obok Juliana. Metaliczny zapach krwi unosił się wszędzie. Livvy była pogniecionym kształtem w jego ramionach, jej skóra przybrała barwę odtłuszczonego mleka. Przestał już wołać do niej, żeby wróciła, i kołysał ją jak dziecko, przyciskając podbródek do jej ciemienia.

– Jules – szepnęła Emma, ale jego imię rozlało się goryczą na jej języku.

Tak nazywała go, gdy byli dziećmi, a teraz on był dorosły, teraz był rodzicem, który opłakuje śmierć dziecka. Livvy nie była dla niego tylko siostrą. Przez lata wychowywał ją jak córkę.

– Julianie. – Dotknęła jego zimnego policzka, a potem jeszcze zimniejszego policzka Livvy. – Julianie, ukochany, proszę, pozwól mi sobie pomóc...

Uniósł powoli głowę. Wyglądał, jakby ktoś wylał na niego wiadro krwi. Oblepiła mu pierś, gardło, obryzgała podbródek i policzki.

– Emma. – Mówił ledwie słyszalnym szeptem. – Emmo, narysowałem tak dużo iratze...

Niestety Livvy nie żyła już w chwili, gdy uderzyła o drewniane podwyższenie, zanim jeszcze Julian wziął ją w ramiona. Żaden run, żadne iratze nie mogło pomóc.

– Jules!

Helena wreszcie przepchnęła się przez tłum strażników. Rzuciła się do Emmy i Juliana, nie zważając na krew. Emma patrzyła tępo, jak ostrożnie wyjmuje odłamek Miecza Anioła z ciała Livvy i odkłada na ziemię. Plamiła sobie ręce krwią. Usta miała blade ze smutku, kiedy objęła Juliana i Livvy, szepcząc kojące słowa.

Sala pustoszała wokół nich. Wszedł Magnus. Poruszał się bardzo powoli i był blady. Za nim podążał sznur Cichych Braci. Wszedł na podwyższenie, a wtedy Alec podniósł się i rzucił mu się w ramiona. Obejmowali się bez słowa, podczas gdy czterech Braci przyklęknęło i uniosło ciało Roberta Lightwooda. Złożyli mu ręce na piersi, ostrożnie zamknęli mu oczy. Ciche pomruki „ave atque vale, Robercie Lightwood” rozbrzmiały echem w ślad za nim, kiedy Bracia wynieśli jego ciało z sali.

Konsul podeszła do nich. Towarzyszyli jej strażnicy. Cisi Bracia kręcili się za nimi jak duchy, rozmazane plamy w kolorze pergaminu.

– Musisz ją puścić, Jules – powiedziała Helen najłagodniej, jak potrafiła. – Żeby można było zabrać ją do Cichego Miasta.

Julian spojrzał na Emmę. Oczy miał surowe jak zimowe niebo, ale potrafiła w nich czytać.

– Pozwólcie mu to zrobić – powiedziała. – Chce być ostatnią osobą, która ją będzie niosła.

Helen pogłaskała go po włosach i pocałowała w czoło, zanim się podniosła.

– Jia, proszę.

Konsul skinęła głową. Julian powoli wstał, tuląc Livvy do piersi. Ruszył powoli w stronę schodów prowadzących z podwyższenia, z Helen u boku i Cichymi Braćmi podążającymi za nimi. Kiedy jednak Emma też się podniosła, Jia wyciągnęła rękę, żeby ją zatrzymać.

– Tylko rodzina – powiedziała.

„Ja jestem rodziną! Pozwól mi iść z nimi! Pozwól mi pójść z Livvy!”, krzyczała bezgłośnie Emma, ale twardo zaciskała usta. Nie mogła dodawać własnego smutku do już zaistniałej zgrozy. Zasady Cichego Miasta nie podlegały zmianom. Twarde Prawo, ale Prawo.

Mała procesja szła ku drzwiom. Kohorta odeszła, ale w sali nadal znajdowało się paru strażników i Nocnych Łowców. Pochodowi towarzyszyły słowa: „Witaj i żegnaj, Livio Blackthorn”.

Konsul odwróciła się, Cortana rozbłysła w jej dłoni. Zeszła do Aline, która patrzyła, jak wynoszą Livvy. Emma zaczęła się trząść, dreszcz sięgał aż do szpiku jej kości. Nigdy w życiu nie czuła się równie samotna – Julian odchodził od niej, a pozostali Blackthornowie wydawali się tak odlegli, jak znajdujące się miliony mil od niej dalekie gwiazdy. Zatęskniła za rodzicami z bolesną intensywnością, co było niemalże poniżające, tęskniła za Jemem, chciała znowu mieć w ręce Cortanę i chciała zapomnieć o Livvy – o tym, jak krwawiła, umierała i leżała niczym połamana lalka, podczas gdy okno do Sali Narad wybuchło i złamana korona zabrała Annabel... Czy ktoś poza nią to widział?

– Emmo.

Ktoś ją objął. Znajome, delikatne ręce pomogły jej się podnieść. To Cristina, która musiała czekać na nią mimo całego chaosu, jaki rozpętał się wokół, upierała się, że zostanie, kiedy straże krzyczały na wszystkich, żeby wyszli. Została u jej boku.

– Emmo, chodź ze mną, nie zostawaj tutaj. Zajmę się tobą. Wiem, dokąd możemy teraz iść. Emmo. Corazoncita. Chodź ze mną.

Dała się podnieść Cristinie. Magnus i Alec szli w ich stronę, Alec ze ściągniętą twarzą i zaczerwienionymi oczami. Stała z dłonią w uścisku Cristiny i patrzyła na salę, która wydawała jej się teraz zupełnie innym miejscem niż jeszcze parę godzin temu, kiedy tu weszli. Może dlatego, że wtedy słońce stało jeszcze wysoko, pomyślała, słysząc jak przez mgłę, że Magnus i Alec rozmawiają z Cristiną o tym, żeby zabrać Emmę do domu, który przeznaczono dla Blackthornów. Może to dlatego, że w sali zrobiło się ciemno i cienie malowały się grubą warstwą w kątach.

A może teraz wszystko się zmieniło. Może to dlatego, że już nic nigdy nie będzie takie samo jak kiedyś.

* * *

– Dru? – Helen delikatnie zapukała do zamkniętych drzwi pokoju. – Dru, mogę z tobą porozmawiać?

Przynajmniej była przekonana, że to pokój Dru. Dom nad kanałem sąsiadujący z rezydencją Konsul przy Princewater Street przygotowano dla Blackthornów przed zebraniem, bo wszyscy zakładali, że spędzą w Idrisie kilka dni. Diana już wcześniej pokazała go Helen i Aline. Helen wszędzie dostrzegała rękę Diany i bardzo to doceniała – kwiaty w kuchni, karteczki z imionami na drzwiach pokojów. Pokój z dwoma wąskimi łóżkami przeznaczono dla bliźniąt, w sypialni Tavvy’ego było pełno książek i zabawek, które Diana przyniosła z własnego mieszkania nad sklepem z bronią.

Helen zatrzymała się wtedy przed małym pokojem z tapetą w kwiaty.

– Może ten przygotujemy dla Dru? Jest taki ładny.

Diana powątpiewała.

– Och, Dru nie jest taka. Może gdyby tapeta była w nietoperze albo szkielety.

Helen się skrzywiła.

Aline wzięła ją za rękę.

– Nie martw się – szepnęła. – Znowu ich wszystkich poznasz. – Pocałowała ją w policzek. – To będzie bułka z masłem.

I może faktycznie tak by było, pomyślała Helen, wpatrując się w drzwi, na których karteczka oznajmiała „Drusilla”. Może gdyby wszystko szczęśliwie się ułożyło. Przenikliwy ból zapłonął jej w piersi. Czuła się tak, jak wyobrażała sobie, że może czuć się ryba złapana na haczyk, miotająca się, żeby uciec od wbitego w ciało szpikulca bólu.

Pamiętała ten ból z okresu po śmierci ojca, kiedy tylko myśl o tym, że musi zająć się rodziną i zaopiekować dziećmi, pomogła jej to przejść. Teraz starała się zrobić to samo, ale było jasne, że dzieci – o ile nadal można było je tak nazywać, bo właściwie tylko Tavvy był naprawdę dzieckiem, a on został w domu Inkwizytora i na szczęście ominął go horror wydarzeń w Sali Narad – czują się niezręcznie w jej towarzystwie. Jakby była kimś obcym.

To tylko pogłębiło ból w jej piersi. Żałowała, że nie ma przy niej Aline, która wyszła, żeby spędzić kilka godzin z rodzicami.

– Dru – odezwała się znowu, pukając nieco mocniej. – Wpuść mnie, proszę.

Drzwi otworzyły się z impetem i Helen gwałtownie cofnęła rękę, żeby nie uderzyć niechcący Dru w ramię. Siostra stała przed nią w niedopasowanym czarnym ubraniu, które miała na sobie podczas zebrania, za ciasnym w talii i piersi, i piorunowała ją wzrokiem. Oczy miała tak zaczerwienione, że wyglądało to, jakby rozmazała sobie wokół nich szkarłatny cień do powiek.

– Wiem, że chcesz być sama – powiedziała Helen – ale muszę wiedzieć, że...

– ...u mnie wszystko w porządku? – rzuciła ostro Dru.

Jasno dała do zrozumienia, co ma na myśli: „Jakim cudem cokolwiek może być w porządku?”.

– Że jakoś się trzymasz.

Dru odwróciła na chwilę wzrok. Jej zaciśnięte usta drżały. Helen chciała złapać siostrę i ją przytulić, tak jak to robiła wiele lat temu, kiedy Dru była upartym maluchem.

– Chcę wiedzieć, jak się czuje Ty.

– Śpi – odpowiedziała Helen. – Cisi Bracia dali mu napój uspokajający. Mark przy nim siedzi. Też chcesz z nim posiedzieć?

– Chcę... – Dru się zawahała, a Helen żałowała, że nie może powiedzieć niczego pocieszającego na temat Ty’a.

Straszliwe bała się tego, co się stanie, kiedy Ty się przebudzi. Zemdlał w Sali Narad i Mark zaniósł go do Braci, którzy już byli w Gard. Zbadali go w upiornej ciszy i obwieścili, że pod względem fizycznym nic mu nie jest, ale podadzą chłopcu zioła, które pozwolą mu spać. Czasem umysł wie, kiedy musi się odciąć, żeby później móc się uleczyć. Helen jednakże nie wiedziała, jak przespana noc albo nawet cały rok miałyby przygotować Ty’a na utratę siostry bliźniaczki.

– Chcę Julesa – powiedziała wreszcie Dru. – Jest tutaj?

– Nie. Nadal jest z Livvy. W Cichym Mieście.

Chciałaby móc powiedzieć, że Julian wkrótce wróci – Aline powiedziała, że ceremonia złożenia ciała w Cichym Mieście przed kremacją nie trwa długo – ale nie chciała mówić Dru niczego, co potem mogłoby okazać się nieprawdą.

– A Emma? – Dru mówiła uprzejmie, ale jasno dała do zrozumienia: „Chcę kogoś, kogo znam, nie ciebie”.

– Pójdę jej poszukać – odpowiedziała Helen.

Ledwie zdążyła się odwrócić, kiedy drzwi zamknęły się z cichym, ale zdeterminowanym szczękiem. Zamrugała, żeby pozbyć się łez, i wtedy zobaczyła Marka, który stał w korytarzu kilka kroków od niej. Podszedł do niej tak bezgłośnie, że w ogóle się nie zorientowała. Trzymał zmięty kawałek papieru, który wyglądał jak ognista wiadomość.

– Helen. – Głos miał chropawy. Czy po tylu latach w Polowaniu będzie przeżywał żałobę jak faerie? Sprawiał wrażenie pomiętego, zmęczonego. Pod oczami i przy ustach miał bardzo ludzkie zmarszczki. – Ty nie został sam. Diana i Kit są przy nim, a poza tym śpi. Musiałem z tobą porozmawiać.

– Muszę znaleźć Emmę – powiedziała Helen. – Dru jej potrzebuje.

– Jej pokój jest niedaleko. Spokojnie możemy po nią pójść przed wyjściem – powiedział Mark, wskazując drugi koniec korytarza.

Ściany domu wyłożono boazerią w miodowym odcieniu, lampki z magicznym światłem wydobywały jej ciepło. W innych okolicznościach byłoby to przytulne, ładne miejsce.

– Przed wyjściem? – zdumiała się Helen.

– Dostałem wiadomość z domu Inkwizytora, od Magnusa i Aleca. Muszę pójść po Tavvy’ego i powiedzieć mu, że nasza siostra nie żyje. – Mark wyciągnął do niej rękę z twarzą wykrzywioną bólem. – Helen, proszę, chodź ze mną.

* * *

Kiedy Diana była młoda, odwiedziła muzeum w Londynie, gdzie główną atrakcją była Śpiąca Królewna z wosku. Jej skóra miała blady odcień łoju, a pierś unosiła się i opadała, kiedy „oddychała” za pomocą małego silniczka ukrytego w ciele.

Coś w znieruchomieniu Ty’a i jego bladości przypominało jej tamtą woskową dziewczynę. Leżał na łóżku częściowo przykryty kocami i jedyny ruch wiązał się z jego oddechem. Ręce chłopca leżały bezwładne wzdłuż boków, dłonie miał rozpostarte. Diana niczego tak nie pragnęła, jak zobaczyć, jak jego palce się ruszają, bawią się jedną z zabawek Juliana albo kablem od słuchawek.

– Nic mu nie będzie? – zapytał szeptem Kit.

Pokój zdobiła wesoła żółta tapeta, oba łóżka przykryto patchworkowymi narzutami. Kit mógł usiąść na pustym łóżku przeznaczonym dla Livvy, ale tego nie zrobił. Przykucnął w kącie pokoju plecami do ściany i z nogami przyciągniętymi do piersi. Wpatrywał się w Ty’a.

Diana położyła rękę na czole Ty’a. Było zimne. Całe jej ciało ogarnęło odrętwienie.

– Nic mu nie jest, Kit – odpowiedziała.

Podciągnęła koc, żeby bardziej okryć Ty’a. Poruszył się i zamruczał, zrzucając przykrycie. Okna były otwarte. Pomyśleli, że świeże powietrze dobrze mu zrobi, ale teraz Diana przeszła przez pokój, żeby je zamknąć. Jej matka wiecznie miała obsesję, że najgorsze, co się komuś może przydarzyć, to przeziębienie. Najwyraźniej człowiek nigdy nie zapomina tego, co mówią mu rodzice.

Za oknem widziała zarys miasta na tle wczesnego zmierzchu i wschodzącego księżyca. Pomyślała o postaci jadącej konno przez rozległe niebo. Zastanawiała się, czy Gwyn wie o wydarzeniach tego popołudnia, czy też powinna wysłać mu wiadomość. Tylko co wtedy miałby zrobić lub powiedzieć? Pojawił się już raz u niej, kiedy Livvy, Ty’owi i Kitowi groziło niebezpieczeństwo, ale został wtedy wezwany przez Marka. Nadal nie miała pewności, czy szczerze lubił dzieci, czy też po prostu spłacał dług.

Zamarła z ręką na zasłonie. Prawdę mówiąc, niewiele wiedziała na temat Gwyna. Jako przywódca Dzikiego Polowania był na dobrą sprawę bardziej mitem niż rzeczywistym człowiekiem. Zastanawiała się, jak przeżywają emocje ci, którzy są tak potężni i starzy, żeby stać się częścią mitów i opowieści. Czy naprawdę przejąłby się drobnym życiem śmiertelnika w obliczu tego wszystkiego, co sam przeżył?

A jednak tulił ją i pocieszał w jej dawnej sypialni, kiedy opowiedziała mu o tym, co wyznała wcześniej tylko Catarinie i swoim rodzicom, którzy zresztą już nie żyli. Okazał jej życzliwość, prawda?

Przestań! Odwróciła się z powrotem do pokoju. Nie czas myśleć teraz o Gwynie, nawet jeśli jakaś jej cząstka miała nadzieję, że pojawi się i znowu ją pocieszy. Nie teraz, kiedy Ty może w każdej chwili się obudzić i powrócić do świata pełnego nowego i straszliwego bólu. Nie, kiedy Kit kuca pod ścianą, jakby trafił na bezludną plażę po katastrofie morskiej.

Już miała mu położyć rękę na ramieniu, kiedy podniósł wzrok i na nią spojrzał. Nie było śladu łez na jego policzkach. Przypomniała sobie, że nie płakał też po śmierci ojca, kiedy po raz pierwszy otworzył drzwi do Instytutu i zdał sobie sprawę, że jest Nocnym Łowcą.

– Ty lubi znajome rzeczy – odezwał się. – Nie będzie wiedział, gdzie jest, kiedy się obudzi. Musimy dopilnować, żeby trafiła tu jego torba i wszelkie rzeczy, jakie zabrał z Londynu.

– Torba leży tutaj. – Diana wskazała torbę Ty’a pod łóżkiem, które miało należeć do Livvy.

Kit nie spojrzał na Dianę, ale wstał i podszedł do torby. Rozpiął ją i wyjął książkę – gruby tom w staromodnej oprawie. Bez słowa położył ją na łóżku koło otwartej lewej dłoni Ty’a. Diana dostrzegła tytuł wytłoczony złotymi literami i zdała sobie sprawę, że nawet odrętwiałe serce może boleć.

„Powrót Sherlocka Holmesa”.

* * *

Księżyc zaczął wschodzić i demoniczne wieże w Alicante rozjarzyły się światłem.

Minęły lata, odkąd Mark był w Alicante. Dzikie Polowanie przelatywało nad miastem i pamiętał widok ziem Idrisu w dole, kiedy on i pozostali Myśliwi wznosili okrzyki i wyli, rozbawieni lotem nad ziemią należącą do Nefilim. Jednakże jego serce zawsze szybciej biło na widok ojczyzny Nocnych Łowców – błyszczącej, srebrzystej monety jeziora Lyn, zieleni lasu Brocelind, kamiennych rezydencji na prowincji, błysku Alicante na wzgórzach. A obok jechał zadumany Kieran, patrzący na Marka, który patrzył na Idris.

To moje miejsce, moi ludzie. Mój dom, myślał wtedy.

Z poziomu ziemi wyglądało to inaczej – bardziej prozaicznie. Ulice wypełnione letnim zapachem wody z kanału i jaskrawym światłem magicznym. Do rezydencji Inkwizytora nie było daleko, ale szli wolno. Minęło kilka minut, zanim Helen odezwała się po raz pierwszy:

– Widziałeś się z naszą ciotką w Faerie. Nene. I tylko z nią, prawda?

– Była na Jasnym Dworze. – Skinął głową, ciesząc się, że ktoś przerwał milczenie. – Ile sióstr miała nasza matka?

– Chyba sześć albo siedem. Nene to jedyna z nich, która jest życzliwa.

– Myślałem, że nie wiesz, gdzie jest Nene.

– Nigdy mi nie mówiła, gdzie przebywa, ale kontaktowała się ze mną więcej niż raz, odkąd zostałam zesłana na Wyspę Wrangla. Myślę, że znalazła współczucie dla mnie w swoim sercu.

– Pomogła nam się ukryć i uleczyła Kierana – powiedział Mark. – Rozmawiała ze mną o naszych imionach w języku faerie. – Rozejrzał się. Dotarli do domu Inkwizytora, największego na tym odcinku ulicy, z balkonami wychodzącymi nad kanał. – Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek tu wrócę. Nie do Alicante. Nie jako Nocny Łowca.

Helen uścisnęła jego ramię i podeszli razem do drzwi. Zapukała i otworzył im Simon Lewis. Miał udręczoną minę. Minęły lata, odkąd Mark go widział, i teraz chłopak wyglądał na starszego – miał szersze ramiona, dłuższe włosy i sypał mu się zarost.

Posłał Helen krzywy uśmiech.

– Kiedy ostatnim razem byliśmy tutaj oboje, byłem pijany i wrzeszczałem do okna Isabelle. – Odwrócił się do Marka. – A kiedy ostatnim razem widziałem ciebie, siedziałem w klatce w Faerie.

Mark sobie przypomniał. Simon patrzył na niego przez pręty klatki wykutej przez faerie, a on powiedział wtedy: „Nie jestem faerie. Jestem Mark Blackthorn z Instytutu w Los Angeles. Nieważne, co mówią i co ze mną robią, nadal pamiętam, kim jestem”.

– Tak – powiedział teraz. – Opowiedziałeś mi o moim rodzeństwie, o małżeństwie Helen. Byłem ci ogromnie wdzięczny. – Z przyzwyczajenia skłonił się lekko i zauważył zaskoczenie Helen.

– Żałuję, że nie mogłem ci powiedzieć nic więcej – odrzekł poważniejszym tonem Simon. – I serdecznie wam współczuję. Z powodu Livvy. My też mamy kogo opłakiwać.

Otworzył szerzej drzwi. Mark zobaczył wspaniałe foyer, ogromny żyrandol zwieszający się z sufitu. Na lewo znajdował się salon, gdzie Rafe, Max i Tavvy siedzieli przed pustym kominkiem i bawili się kilkoma zabawkami. Isabelle i Alec siedzieli na kanapie. Isabelle obejmowała brata za szyję i płakała cicho wtulona w jego pierś. Cichy, beznadziejny płacz, który rozbudził echo w jego własnej piersi, poruszył bliźniacze struny żałoby.

– Powiedz, proszę, Isabelle i Alecowi, że ogromnie współczujemy im z powodu utraty ojca – powiedziała Helen. – Nie chcieliśmy przeszkadzać. Przyszliśmy po Octaviana.

W tej samej chwili w progu stanął Magnus. Skinął im głową i podszedł do dzieci, żeby wziąć na ręce Tavvy’ego. Chociaż Tavvy zrobił się strasznie duży i trudno go było nosić na rękach, Mark pomyślał, że pod wieloma względami był dziecinny jak na swój wiek, jakby wcześnie przeżyta żałoba zatrzymała go w dzieciństwie. Kiedy Magnus podszedł do nich, Helen zaczęła podnosić ręce, ale Tavvy wyciągnął ramiona do Marka.

Z pewnym zaskoczeniem Mark wziął na siebie brzemię w postaci młodszego brata. Tavvy wiercił mu się na rękach, zmęczony, ale czujny.

– Co się stało? – spytał. – Wszyscy płaczą.

Magnus przeczesał dłonią włosy. Sprawiał wrażenie wycieńczonego.

– Nic mu nie powiedzieliśmy – wyjaśnił. – Pomyśleliśmy, że to wasze zadanie.

Mark odsunął się kilka kroków od drzwi, a Helen poszła za nim i stanęli w kwadracie światła padającego z wejścia do domu. Postawił Tavvy’ego na chodniku. Tak właśnie faerie przekazywali złe nowiny – twarzą w twarz.

– Livvy odeszła – powiedział.

Tavvy nie rozumiał.

– Dokąd?

– Do Krainy Cieni – odpowiedział Mark. Z trudem znajdował słowa. Śmierć pojmowano w Faerie zupełnie inaczej niż w świecie ludzi.

Tavvy szeroko otworzył niebieskozielone oczy Blackthornów.

– To możemy wyruszyć jej na ratunek. Możemy za nią pojechać, prawda? Tak jak uratowaliśmy ciebie z Faerie? Tak jak ty pojechałeś za Kieranem?

Helen odchrząknęła cicho.

– Ach, Octavianie...

– Ona nie żyje – wyjaśnił bezradnie Mark i zobaczył, że Tavvy wzdryga się na dźwięk tych słów. – Śmiertelnicy żyją krótko i... są krusi w obliczu wieczności.

Oczy Tavvy’ego napełniły się łzami.

– Mark – powiedziała z naciskiem Helen, klękając na ziemi i wyciągając ręce do Tavvy’ego. – Umarła, dzielnie walcząc. Broniła Juliana i Emmy. Nasza siostra... była bardzo odważna.

Łzy popłynęły po twarzy chłopczyka.

– Gdzie jest Julian? Dokąd poszedł?

Helen opuściła ręce.

– Jest z Livvy w Cichym Mieście. Niedługo wróci. Chodźmy teraz do domu nad kanałem...

– Do domu? – rzucił z pogardą Tavvy. – Tu nic nie jest naszym domem.

Mark wyczuł, że Simon stanął obok niego.

– Boże, biedny dzieciak – powiedział. – Marku, posłuchaj...

– Octavianie.

To był głos Magnusa. Czarownik stał nieruchomo w progu i patrzył na małego, zapłakanego chłopca. W jego oczach malowało się wyczerpanie, ale też ogromne współczucie, jakie przychodzi tylko z naprawdę poważnym wiekiem.

Wydawało się, że powie coś więcej, ale Rafe i Max podeszli do niego i bez słowa zeszli po schodach do Tavvy’ego. Rafe był prawie takiego samego wzrostu jak on, chociaż miał dopiero pięć lat. Wyciągnął ręce, żeby przytulić Tavvy’ego, Max też, i ku zdumieniu Marka Tavvy rozluźnił się nieco, pozwolił na uściski, kiwał głową, kiedy Max coś do niego cicho mówił.

Helen podniosła się, a Mark się zastanawiał, czy na jego twarzy maluje się to samo, co na jej twarzy – wyraz bólu i wstydu. Wstydu, że nie mogli lepiej pocieszyć młodszego brata, który prawie ich nie znał.

– W porządku – powiedział Simon. – Staraliście się.

– Ale nam się nie udało – odrzekł Mark.

– Nie da się naprawić smutku. Rabin powiedział mi to, kiedy zmarł mój ojciec. Jedyne, co leczy smutek, to czas i miłość ludzi, którym na tobie zależy, a Tavvy to ma. – Simon uścisnął przelotnie ramię Marka. – Trzymaj się – dodał. – Shelo ted’u od tza’ar, Marku Blackthornie.

– Co to znaczy?

– To błogosławieństwo. Coś jeszcze, czego nauczył mnie rabin. „Obyś nie zaznał więcej smutku”.

Mark pochylił głowę z wdzięcznością. Faerie znały wartość błogosławieństwa udzielanego z dobrego serca. Mimo to czuł ciężar na piersi. Nie potrafił sobie wyobrazić, że wkrótce nadejdzie kres smutków w jego rodzinie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.