Łańcuch ze złota. Cykl Ostatnie godziny. Księga 1 - Cassandra Clare - ebook

Łańcuch ze złota. Cykl Ostatnie godziny. Księga 1 ebook

Cassandra Clare

4,7

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość rani głębiej niż jakiekolwiek ostrze

Cordelia Carstairs jest Nocną Łowczynią, wojowniczką trenującą od dzieciństwa walkę z demonami. Kiedy przyjeżdża do Londynu, ponownie spotyka przyjaciół z dzieciństwa: Jamesa i Lucie Herondale’ów i daje się wciągnąć do ich świata błyszczących sal balowych i nadnaturalnych saloników. Przez cały ten czas musi ukrywać swoją miłość do Jamesa, który przysiągł ożenić się z kimś innym. Jednak nowe życie Cordelii rozpada się w proch, gdy ataki demonów niszczą Londyn. Cordelia i jej przyjaciele zostają uwięzieni w mieście i odkrywają, że mroczna spuścizna obdarzyła ich niezwykłymi mocami, a brutalny wybór ukaże prawdziwą cenę bycia bohaterem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 709

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (231 ocen)
172
46
8
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
wronaczykruk

Nie oderwiesz się od lektury

W ,,Łańcuchu ze złota" powróciłam do moich ulubionych bohaterów z uniwersum, czyli do Tessy, Willa, Jema i pozostałych postaci z ,,Diabelskich maszyn". Tym razem znajdują się oni na drugim, a nawet trzecim planie, a główną rolę przejmują ich dzieci. Na początku mnogość bohaterów jest męcząca (do czynienia z nimi miałam jak dotąd chyba w dwóch opowiadaniach), ale jak na osobę, która dość dobrze orientuje się w skomplikowanym drzewie genealogicznym, poradziłam sobie całkiem nieźle i po paru rozdziałach nie było to tak męczące, jak na początku. Jak na kolejną obszerną historię, Clare radzi sobie całkiem nieźle. Co prawda relacja między Jamesem a Cordelią przypomina mi nieco tomy 4-6 ,,Darów anioła", a wątek ducha ,,Królową mroku i powietrza", to i tak uważam, że większość rozwiązań okazała się świeża i iinteresująa. Po rozczarowującym finale ,,Mrocznych intryg", ,,Ostatnie godziny" przypomniały mi, dlaczego lubię to uniwersum (albo to zasługa Willa), dlatego chętnie sięgnę po kolejny to...
40
Zoematiz97
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

cudowna książka która sprawia że gdy ją kończysz czujesz pustkę w sercu i brakuje Ci tchu bo już nie możesz się doczekać następnego tomu.
20
Reliable1987

Nie oderwiesz się od lektury

Cassanda nigdy mnie nie zawiodła. Każdy tom wciąga tak samo...
10
mater0pocztaonetpl

Z braku laku…

Zamysł ok ale większość książki jest nuudna...nie dobrnęłam do końca
00
Tynka8

Dobrze spędzony czas

REREAD 2024 Nie zmieniam oceny, ale kompletnie nie pamiętałam, że ta seria zaczyna się tak wciągająco! Chyba mój faworyt z całego uniwersum nocnych łowców.
00

Popularność




Część pierw­sza

„Był to pamiętny dla mnie dzień i wywo­łał we mnie wielką zmianę. Nie­jed­nemu się to w życiu przy­da­rza. Gdy­by­śmy mogli wyma­zać taki dzień ze swego życia — jak bar­dzo zmie­niłby się bieg jego! Zatrzy­maj się, czy­tel­niku, na chwilę i pomyśl o dłu­gim łań­cu­chu z żelaza i złota, z cierni i kwia­tów, który by cię ni­gdy nie oplą­tał, gdy­byś nie dał utwo­rzyć się jego pierw­szemu ogniwu w tym pamięt­nym dniu”.

Char­les Dic­kens, Wiel­kie nadzieje (przeł. Antoni Maza­now­ski)

Minione dni. 1897

Minione dni 1897

Lucie Heron­dale miała dzie­sięć lat, gdy pierw­szy raz spo­tkała chłopca w lesie.

Wycho­wy­wała się w Lon­dy­nie i takie miej­sce jak Bro­ce­lind prze­ra­stało jej wyobra­że­nia. Las ota­czał rezy­den­cję Heron­dale’ów ze wszyst­kich stron, czubki drzew pochy­lały się ku sobie jak nie­ufni roz­mówcy szep­czący sobie do uszu. Latem były ciem­no­zie­lone, jesie­nią przy­po­mi­nały wypo­le­ro­wane złoto. Dywan mchów pod sto­pami był nie­sa­mo­wi­cie zie­lony i miękki – ojciec powie­dział jej, że na jego podusz­kach nocą śpią faerie, a z kwia­tów podob­nych do bia­łych gwiazd, które rosły tylko w ukry­tej kra­inie Idrisu, wyra­biano bran­so­letki i pier­ście­nie na ich deli­katne dło­nie.

James, rzecz jasna, powie­dział jej, że faerie nie mają żad­nych podu­szek, śpią pod zie­mią i pory­wają nocą nie­grzeczne małe dziew­czynki. Lucie nadep­nęła mu za to na stopę, dla­tego tata porwał ją na ręce i zaniósł do domu, zanim wynik­nęła z tego poważ­niej­sza walka. James wywo­dził się ze sta­ro­daw­nego i szla­chet­nego rodu Heron­dale’ów, ale to nie zna­czyło, że pocią­gnię­cie młod­szej sio­stry za war­ko­cze, kiedy wyma­gają tego oko­licz­no­ści, jest poni­żej jego god­no­ści.

Pew­nej nocy jasno świe­cący księ­życ obu­dził Lucie. Blask wle­wał się do jej pokoju niczym mleko, malu­jąc się bia­łymi prąż­kami na łóżku i wypo­le­ro­wa­nej drew­nia­nej pod­ło­dze.

Zsu­nęła się z łóżka i wyszła przez okno, lądu­jąc deli­kat­nie na kwiet­nej raba­cie. To była let­nia noc, więc nie mar­zła w koszuli noc­nej.

Skraj lasu, tuż za staj­niami, gdzie trzy­mano ich konie, wyglą­dał, jakby się jarzył. Pomknęła w jego stronę jak mały duch. Gdy sunęła mię­dzy drze­wami, jej stopy w ran­nych pan­to­flach pra­wie nie zosta­wiały śla­dów na mchu.

Począt­kowo zaba­wiała się robie­niem wian­ków z kwia­tów i wie­sza­niem ich na gałę­ziach. Potem uda­wała, że jest Śnieżką ucie­ka­jącą przed myśli­wym. Bie­gła przez plą­ta­ninę drzew, odwra­cała się nagle i nabie­rała gwał­tow­nie powie­trza, przy­kła­da­jąc teatral­nym gestem grzbiet dłoni do czoła. „Nie zabi­jesz mnie” – mówiła – „bo w moich żyłach pły­nie kró­lew­ska krew i pew­nego dnia zostanę dwa razy potęż­niej­szą kró­lową od mojej maco­chy. I każę ściąć jej głowę”.

Póź­niej pomy­ślała, że być może nie zapa­mię­tała zbyt dokład­nie opo­wie­ści o Śnieżce.

Mimo to świet­nie się bawiła i dopiero po czwar­tym albo pią­tym biegu przez las zdała sobie sprawę, że zabłą­dziła. Nie widziała już przez drzewa zna­jo­mego kształtu rezy­den­cji Heron­dale’ów.

Spa­ni­ko­wana zaczęła obra­cać się w miej­scu. Las nie wyda­wał się już magiczny. Zamiast tego drzewa pochy­lały się nad nią jak groźne duchy. Wydało jej się, że sły­szy dźwięk nie­ziem­skich gło­sów w sze­le­ście liści. Napły­nęły chmury i zakryły księ­życ. Zna­la­zła się sama w ciem­no­ści.

Lucie była dzielna, ale miała rap­tem dzie­sięć lat. Zaszlo­chała słabo i ruszyła bie­giem w kie­runku, który uznała za wła­ściwy. Jed­nakże las tylko pociem­niał, a cier­nie sta­wały się coraz bar­dziej splą­tane. Jeden zacze­pił o jej koszulę nocną i ją roz­darł. Lucie potknęła się…

I upa­dła. Miała wra­że­nie, że spada jak Ali­cja do Kra­iny Cza­rów, cho­ciaż trwało to dużo kró­cej. Prze­ko­zioł­ko­wała i ude­rzyła o mocno ubitą zie­mię.

Usia­dła z jękiem. Leżała na dnie okrą­głej wyko­pa­nej w ziemi dziury. Ściany jamy były gład­kie i wzno­siły się na kilka stóp – kra­wędź znaj­do­wała się daleko poza zasię­giem jej rąk.

Pró­bo­wała wbi­jać palce w ota­cza­jące ją ściany z ziemi i wspiąć się, jakby wcho­dziła po drze­wie, ale zie­mia była miękka i kru­szyła się pod jej rękami. Po pią­tym razie, kiedy spa­dła z powro­tem na dno jamy, spo­strze­gła coś bia­łego, co lśniło w pio­no­wej ścia­nie. Miała nadzieję, że to korzeń, który pomoże jej we wspi­naczce, więc rzu­ciła się do niego, wycią­gnęła rękę, żeby go zła­pać…

Zie­mia odpa­dła, odsła­nia­jąc biały przed­miot. Nie­stety to nie był korzeń, ale biała kość. W dodatku to nie była zwie­rzęca kość…

– Nie krzycz, bo je tu ścią­gniesz – roz­legł się głos nad nią.

Lucie odchy­liła głowę i popa­trzyła. Nad jamą pochy­lał się chło­piec. Był star­szy od jej brata Jamesa, miał może szes­na­ście lat. Miał cudną melan­cho­lijną twarz i pro­ste czarne włosy, które ani odro­binę się nie krę­ciły. Ich koniuszki pra­wie doty­kały koł­nie­rzyka koszuli.

– Kogo? – zapy­tała Lucie, opie­ra­jąc pię­ści na bio­drach.

– Faerie – odpo­wie­dział. – To jedna z ich puła­pek. Zwy­kle łapią w nie zwie­rzęta, ale bar­dzo by się ucie­szyły, gdyby zamiast tego zna­la­zły w pułapce dziew­czynkę.

Lucie aż zatkało.

– Chcesz powie­dzieć, że mnie zje­dzą?

Roze­śmiał się.

– Wąt­pię, ale mogła­byś skoń­czyć, usłu­gu­jąc ary­sto­kra­tom faerie przez resztę życia w kra­inie pod wzgó­rzem. Ni­gdy wię­cej nie zoba­czy­ła­byś swo­jej rodziny.

Poru­szył zna­cząco brwiami.

– Nie pró­buj mnie nastra­szyć.

– Zapew­niam cię, że mówię jedy­nie prawdę – odpo­wie­dział. – Nie zni­żył­bym się nawet do pół­prawdy.

– I nie wygłu­piaj się – zbesz­tała go. – Jestem Lucie Heron­dale. Mój ojciec to Will Heron­dale i jest bar­dzo ważną osobą. Jeśli mnie ura­tu­jesz, dosta­niesz nagrodę.

– Heron­dale? Ależ ja mam szczę­ście.

Chło­pak wes­tchnął i przy­su­nął się do brzegu jamy. Wycią­gnął rękę do Lucie. Spo­strze­gła bli­znę na grzbie­cie jego pra­wej dłoni. Paskudną, jakby się popa­trzył.

– Wyska­kuj.

Lucie zła­pała go za nad­gar­stek obiema rękami. Chło­pak wycią­gnął ją z jamy z zaska­ku­jącą siłą. Chwilę potem oboje stali obok dziury. Teraz Lucie lepiej go widziała. Był star­szy, niż myślała, i miał na sobie wie­czo­rowy strój. Księ­życ znowu wyszedł, więc widziała, że chło­pak ma zie­lone oczy w odcie­niu leśnego mchu.

– Dzię­kuję – oznaj­miła sztywno.

Otrze­pała koszulę nocną. Była cała uwa­lana zie­mią.

– Chodźmy – zapro­po­no­wał łagod­nie nie­zna­jomy. – Nie bój się. O czym poroz­ma­wiamy? Lubisz opo­wie­ści?

– Uwiel­biam – odpo­wie­działa Lucie. – Kiedy doro­snę, zostanę znaną pisarką.

– To brzmi cudow­nie – odparł chło­piec. W jego gło­sie poja­wiła się marzy­ciel­ska nuta.

Ruszyli ścieżką wśród drzew. Chło­pak robił wra­że­nie, jakby wie­dział, dokąd iść, jakby dobrze znał las. Pew­nie jest odmień­cem, domy­śliła się Lucie. Tak dużo wie­dział o faerie, cho­ciaż ewi­dent­nie nie był jed­nym z nich. Ostrzegł ją, by nie dała się porwać przez faerie, bo pew­nie wła­śnie to przy­da­rzyło się jemu. Nie zamie­rzała o tym wspo­mi­nać, żeby go nie zawsty­dzać – być odmień­cem, zostać zabra­nym od wła­snej rodziny, to musiało być straszne. Zamiast tego wcią­gnęła go w roz­mowę o księż­nicz­kach z bajek i o tym, która z nich jest naj­lep­sza. Miała wra­że­nie, że w oka­mgnie­niu zna­leźli się z powro­tem w ogro­dzie przy rezy­den­cji Heron­dale’ów.

– Myślę, że z tego miej­sca księż­niczka trafi już sama do zamku – powie­dział chło­piec, kła­nia­jąc się.

– O, tak – odpo­wie­działa Lucie, patrząc na okno swo­jej sypialni. – Myślisz, że się zorien­tują, że wyszłam?

Roze­śmiał się i odwró­cił, żeby odejść. Zawo­łała za nim, kiedy doszedł do bramy.

– Jak masz na imię? Ja się przed­sta­wi­łam. A jak ty się nazy­wasz?

Wahał się chwilę. Pośród nocy skła­dał się z samej czerni i bieli, jak ilu­stra­cja z jed­nej z jej ksią­żek. Ukło­nił się nisko i z wdzię­kiem, w spo­sób, w jaki kie­dyś kła­niali się ryce­rze.

– Nie zabi­jesz mnie, bo w moich żyłach pły­nie kró­lew­ska krew i pew­nego dnia będę dwa razy potęż­niej­szy od kró­lo­wej – powie­dział. – I każę ściąć jej głowę.

Lucie aż sap­nęła z obu­rze­nia. Pod­słu­chi­wał ją, gdy bawiła się w lesie? Jak śmiał sobie z niej żar­to­wać! Unio­sła pięść, zamie­rza­jąc mu pogro­zić, ale on już znik­nął pośród nocy, zosta­wia­jąc za sobą tylko śmiech.

Minie sześć lat, nim Lucie znowu go zoba­czy.

1. Dobry duch

1 Dobry duch

„Tak samo widma naszych wła­snych pra­gnień stają pomię­dzy nami a dobrym duchem naszych myśli i świa­tło jego zaćmie­wają”1.

Char­les Dic­kens, Bar­naba Rudge

James Heron­dale wła­śnie wal­czył z demo­nem, gdy nagle został wcią­gnięty do pie­kła.

To nie był pierw­szy raz i z pew­no­ścią nie będzie ostatni. Chwilę wcze­śniej klę­czał przy kra­wę­dzi spa­dzi­stego dachu w cen­tral­nym Lon­dy­nie, z wąskimi nożami do rzu­ca­nia w obu rękach, i myślał o tym, jak obrzy­dliwe śmieci zbie­rają się w mie­ście. Poza zie­mią, pustymi butel­kami po dżi­nie i zwie­rzę­cymi kośćmi w ryn­nie poni­żej jego lewego kolana nie­wąt­pli­wie utknął mar­twy ptak.

Jakże wytworne jest życie Noc­nych Łow­ców, doprawdy. Cho­ciaż brzmi cał­kiem cie­ka­wie, pomy­ślał James, patrząc w pusty zaułek w dole – w wąską prze­strzeń zawa­loną śmie­ciami i słabo oświe­tloną księ­ży­co­wym świa­tłem. Spe­cjalna rasa wojow­ni­ków, potom­ków anioła, obda­rzo­nych mocami, które pozwa­lały im dzier­żyć broń wyko­naną z ada­masu i nosić czarne Znaki świę­tych runów na ciele, które czy­niły ich sil­niej­szymi, szyb­szymi i bar­dziej śmier­cio­no­śnymi od każ­dego Przy­ziem­nego. Runów, dzięki któ­rym pło­nęli jasno pośród nocy. Nikt ni­gdy nie wspo­mi­nał o tym, że można nie­chcący przy­klęk­nąć na mar­twym ptaku, gdy czeka się na poja­wie­nie się demona.

Krzyk poniósł się echem w zaułku. James znał ten dźwięk – głos Mat­thew Fair­childa. Sko­czył z dachu bez chwili waha­nia. Mat­thew Fair­child był jego para­ba­tai – jego towa­rzy­szem w walce, wią­zało ich bra­ter­stwo krwi. James przy­siągł, że będzie go bro­nił, cho­ciaż to nie miało zna­cze­nia – i bez przy­sięgi oddałby życie za Mat­thew.

Spo­strzegł roz­ma­zaną plamę ruchu w końcu zaułka, w miej­scu skrętu pro­wa­dzą­cego za wąski sze­reg domów. James obró­cił się, kiedy demon wynu­rzył się z rykiem z cieni. Stwór miał prąż­ko­wane, szare ciało, zakrzy­wiony ostry dziób z zębami jak haki i roz­cza­pie­rzone, podobne do zwie­rzę­cych łap stopy z nie­rów­nymi szpo­nami. Deu­mas, pomy­ślał ponuro James. Dosko­nale pamię­tał, że czy­tał o tych demo­nach w jed­nej ze sta­rych ksią­żek, jakie dał mu wuj Jem. Pod jakimś wzglę­dem się wyróż­niały. Były może wyjąt­kowo agre­sywne, a może nie­zwy­kle nie­bez­pieczne? Co za iro­nia losu, gdyby po wielu mie­sią­cach cał­ko­wi­tego braku demo­nicz­nej aktyw­no­ści musiał natknąć się razem z przy­ja­ciółmi aku­rat na jed­nego z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych demo­nów.

A skoro już o przy­ja­cio­łach mowa – gdzie wła­ści­wie podzie­wali się jego przy­ja­ciele?

Deu­mas znowu ryk­nął i rzu­cił się na Jamesa. Ślina sączyła mu się z pyska dłu­gimi, zie­lon­ka­wymi pasmami śluzu.

James wziął zamach gotowy rzu­cić nożem. Demon na chwilę sku­pił na nim wzrok. Śle­pia skrzyły mu się zie­le­nią i czer­nią, były napeł­nione nie­na­wi­ścią, która nagle zamie­niła się w coś innego.

W coś, co przy­po­mi­nało roz­po­zna­nie. Tyle że demony, a przy­naj­mniej te pośled­nie, nie roz­po­zna­wały ludzi. To były agre­sywne zwie­rzęta, któ­rymi kie­ro­wały czy­sta chci­wość i nie­na­wiść. Kiedy zasko­czony James zawa­hał się, zie­mia pod nim się szarp­nęła. Zdą­żył tylko pomy­śleć „O nie, tylko nie teraz”, zanim świat posza­rzał i zapa­dła cisza. Budynki wokół niego zamie­niły się w nie­równe cie­nie, a niebo w czarną jaski­nię prze­szy­waną bia­łymi bły­ska­wi­cami.

Zaci­snął dłoń na nożu, ale nie na ręko­je­ści, tylko na ostrzu. Ból był jak poli­czek wymie­rzony w twarz, który wyrwał go ze stu­poru. Świat powró­cił gwał­tow­nie wraz ze wszyst­kimi kolo­rami i dźwię­kami. James led­wie zdą­żył zauwa­żyć, że deu­mas leci, wycią­ga­jąc ku niemu szpony, kiedy sznury prze­cięły powie­trze, oplo­tły nogi demona i szarp­nęły go do tyłu.

Tho­mas! – pomy­ślał James i rze­czy­wi­ście jego nie­zwy­kle wysoki przy­ja­ciel poja­wił się za deu­ma­sem uzbro­jony w bolę. Za nim stał Chri­sto­pher z łukiem i Mat­thew z sera­fic­kim nożem błysz­czą­cym w dłoni.

Deu­mas ude­rzył o zie­mię z kolej­nym rykiem i w tej samej chwili James rzu­cił nożami. Jeden wbił się w gar­dło demona, a drugi w czoło. Oczy ucie­kły potwo­rowi w głąb czaszki, jego cia­łem wstrzą­snęły spa­zmy i nagle James przy­po­mniał sobie, co czy­tał na temat deu­ma­sów.

– Mat­thew… – zaczął, ale w tej samej chwili demon eks­plo­do­wał, zale­wa­jąc Tho­masa, Chri­sto­phera i Mat­thew posoką i przy­pa­lo­nymi kawał­kami cze­goś, co można opi­sać tylko sło­wem „maź”.

Pasku­dzą, przy­po­mniał sobie ponie­wcza­sie James. Deu­masy sły­nęły z tego, że zosta­wiały po sobie wyjąt­kowy bała­gan. Więk­szość demo­nów zni­kała, umie­ra­jąc. Nie­stety nie deu­masy.

Deu­masy wybu­chały.

– Jak…? Co…? – wyją­kał Chri­sto­pher, któ­remu ewi­dent­nie zabra­kło słów. Śluz ście­kał mu ze szpi­cza­stego nosa i oku­la­rów w zło­tych opraw­kach. – Ale jak…?

– Chcesz zapy­tać, jak to moż­liwe, że wresz­cie wytro­pi­li­śmy ostat­niego demona w Lon­dy­nie i musiał się on oka­zać naj­bar­dziej obrzy­dli­wym spo­śród demo­nów? – James był zdzi­wiony, jak zwy­czaj­nie brzmi jego głos. Już otrzą­snął się z tego, że prze­lot­nie zoba­czył kró­le­stwo cieni. Przy­naj­mniej jego ubra­nie pozo­stało nie­tknięte, demon zapa­sku­dził głów­nie drugi koniec zaułka. – Nie naszą rze­czą pytać dla­czego, Chri­sto­phe­rze.

James miał wra­że­nie, że przy­ja­ciele patrzą na niego z pre­ten­sją. Tho­mas prze­wró­cił oczami. Ocie­rał się chu­s­teczką, która już była przy­pa­lona i uwa­lana w krwi demona, więc to nie­wiele pomo­gło.

Sera­fic­kie ostrze Mat­thew zaczęło trza­skać i przy­ga­sać. Nasą­czone aniel­ską ener­gią sera­fic­kie noże były bro­nią, któ­rej Nocni Łowcy czę­sto naj­bar­dziej ufali, ich naj­lep­szą obroną przed demo­nami, ale zda­rzało się, że gasły w nad­mia­rze demo­nicz­nej krwi.

– To obu­rza­jące – oznaj­mił Mat­thew, odrzu­ca­jąc zga­szone ostrze na bok. – Masz poję­cie, ile wyda­łem na tę kami­zelkę?

– Nikt nie kazał ci wybie­rać się na patrol w stroju sta­ty­sty do „Bądźmy poważni na serio” – odparł James, rzu­ca­jąc mu czy­stą chu­s­teczkę. W tej samej chwili poczuł pie­cze­nie w ręce. Miał krwawe roz­cię­cie na dłoni od ostrza noża. Zamknął pięść, żeby towa­rzy­sze tego nie zauwa­żyli.

– Moim zda­niem nie wygląda jak sta­ty­sta – odparł Tho­mas, który już sku­pił się na ocie­ra­niu Chri­sto­phera.

– Dzię­kuję – powie­dział Mat­thew i skło­nił się do niego lekko.

– Myślę, że jest ubrany jak główny boha­ter – uści­ślił z sze­ro­kim uśmie­chem Tho­mas.

James nie znał nikogo, kto by miał bar­dziej życz­liwą twarz i łagod­niej­sze piwne oczy. Co nie zna­czyło, że kpie­nie z przy­ja­ciół nie spra­wiało Tho­ma­sowi przy­jem­no­ści.

Mat­thew otarł chu­s­teczką od Jamesa przy­bru­dzone złote włosy.

– To pierw­szy raz od roku, kiedy spo­tka­li­śmy pod­czas patrolu praw­dzi­wego demona, dla­tego przy­pusz­cza­łem, że kami­zelka prze­trwa ten wie­czór. Zresztą żaden z was nie wło­żył stroju bojo­wego.

To prawda, że Nocni Łowcy zwy­kle polo­wali w odpo­wied­nich stro­jach bojo­wych – w swego rodzaju ela­stycz­nych zbro­jach z twar­dego, podob­nego do skóry czar­nego mate­riału odpor­nego na krew demo­nów, ostrza i temu podobne, ale wyraźny spa­dek demo­nicz­nej aktyw­no­ści w mie­ście spra­wił, że tro­chę mniej przej­mo­wali się regu­łami.

– Tho­mas, prze­stań mnie wycie­rać – zapro­te­sto­wał Chri­sto­pher, wyma­chu­jąc rękami. – Powin­ni­śmy iść do Tawerny i tam dopro­wa­dzić się do porządku.

Cała grupa mruk­nęła zgod­nie. Kiedy ruszyli w drogę powrotną, idąc w kie­runku głów­nej ulicy, James roz­my­ślał nad tym, że Mat­thew miał rację. Ojciec Jamesa, Will, czę­sto opo­wia­dał mu o patro­lach, na jakie cho­dził ze swoim para­ba­tai, Jemem Car­sta­ir­sem, teraz dla Jamesa po pro­stu wujem Jemem, pod­czas któ­rych musieli wal­czyć z demo­nami prak­tycz­nie każ­dej nocy.

James i pozo­stali mło­dzi Nocni Łowcy na­dal obo­wiąz­kowo patro­lo­wali ulice Lon­dynu, szu­ka­jąc demo­nów, które mogłyby skrzyw­dzić popu­la­cję Przy­ziem­nych, ale w ciągu ostat­nich kilku lat demony poja­wiały się coraz rza­dziej. I bar­dzo dobrze, rzecz jasna, a jed­nak… To było nie­wąt­pli­wie dziwne. Jeśli idzie o resztę świata, demo­niczna aktyw­ność ani tro­chę się nie zmie­niła, więc co wyróż­niało Lon­dyn?

Mimo póź­niej pory na uli­cach było mnó­stwo Przy­ziem­nych. Żaden nawet nie zer­k­nął na uba­bra­nych Noc­nych Łow­ców, gdy szli Fleet Street. Chro­nił ich czar, dzięki któ­remu pozo­sta­wali nie­wi­doczni dla wszyst­kich, któ­rzy nie mieli Widze­nia.

To dziwne uczu­cie być oto­czo­nym przez ludzi, któ­rzy cię nie widzą, pomy­ślał James. Fleet Street była sie­dzibą gazet i sądów w Lon­dy­nie, na każ­dym kroku stały jasno oświe­tlone puby wypeł­nione dru­ka­rzami, adwo­ka­tami i urzęd­ni­kami sądo­wymi, któ­rzy pra­co­wali do późna i pili do świtu. Na pobli­ski Strand wysy­pała się zawar­tość teatrów i sal rewio­wych, hała­śliwe grupki ele­gancko ubra­nych mło­dych ludzi ze śmie­chem goniły za ostat­nimi omni­bu­sami.

Poli­cjanci też byli na patro­lach, a ci miesz­kańcy Lon­dynu, któ­rzy na swoje nie­szczę­ście nie mieli domów, kucali, pomru­ku­jąc, przy piw­nicz­nych odpo­wietrz­ni­kach, z któ­rych buchało cie­płe powie­trze – nawet w sierp­niu noce bywały wil­gotne i chłodne. Kiedy minęli grupkę takich przy­gar­bio­nych postaci, James spo­strzegł bladą skórę i błysz­czące oczy wam­pira.

Odwró­cił wzrok. Nie zaj­mo­wał się Pod­ziem­nymi, dopóki nie łamali Prawa. W dodatku był zmę­czony, mimo ener­gii jaką dawały mu Znaki. Prze­rzu­ce­nie do tego innego świata peł­nego sza­rego świa­tła i czar­nych, postrzę­pio­nych cieni zawsze go wyczer­py­wało. To mu się przy­da­rzało od lat; wie­dział, że miał na to wpływ krwi jego matki, cza­row­nicy.

Cza­row­nicy byli potom­kami ludzi i demo­nów, mogli posłu­gi­wać się magią, ale nie mogli nosić runów ani posłu­gi­wać się ada­ma­sem – czy­stym, kry­sta­licz­nym meta­lem, z jakiego wyko­nuje się stele i sera­fic­kie ostrza. Sta­no­wili jedną z czte­rech gałęzi Pod­ziem­nych obok wam­pi­rów, wil­ko­ła­ków i faerie. Matka Jamesa, Tessa Heron­dale, była wła­śnie kimś takim, tyle że jej matka nie była zwy­kłą kobietą, lecz Nocną Łow­czy­nią. Sama Tessa potra­fiła zmie­niać swój wygląd i przy­bie­rać postać dowol­nej osoby, żywej lub mar­twej. Takiej mocy nie miał żaden inny cza­row­nik. Była nie­zwy­kła jesz­cze pod jed­nym wzglę­dem – cza­row­nicy nie mogą mieć dzieci. Tessa sta­no­wiła wyją­tek. Wszy­scy zasta­na­wiali się, co to zna­czy dla Jamesa i jego sio­stry, Lucie, pierw­szych zna­nych wnu­ków demona i istoty ludz­kiej.

Przez wiele lat wyda­wało się, że to dla nich nie ma żad­nego zna­cze­nia. Zarówno James, jak i Lucie mogli nosić Znaki i wyglą­dało na to, że mają takie same zdol­no­ści jak inni Nocni Łowcy. Oboje widzieli duchy, na przy­kład na stałe zamiesz­ku­jące Insty­tut gada­tliwe widmo – Jes­sa­mine – ale to nie było nic nie­zwy­kłego w rodzi­nie Heron­dale’ów. Wyda­wało się, że oboje mogą oka­zać się cudow­nie nor­malni, a przy­naj­mniej tak nor­malni, jak to moż­liwe w przy­padku Noc­nych Łow­ców. Zapo­mniało o nich nawet Clave – orga­ni­za­cja spra­wu­jąca wła­dzę wśród Noc­nych Łow­ców.

A potem James skoń­czył trzy­na­ście lat i pierw­szy raz udał się do kró­le­stwa cieni. W jed­nej chwili stał na zie­lo­nej tra­wie, a w dru­giej na zwę­glo­nej ziemi. Podob­nie spa­lone niebo roz­cią­gało się nad nim. Poskrę­cane drzewa wyra­stały z ziemi jak nie­równe szpony szar­piące powie­trze. Widział takie miej­sca na drze­wo­ry­tach w sta­rych książ­kach. Wie­dział, na co patrzy – na świat demo­nów. Pie­kło.

Zaraz potem wró­cił gwał­tow­nie na zie­mię, ale jego życie już ni­gdy nie było takie samo. Przez lata żył w oba­wie, że w każ­dej chwili może znowu zostać wyrzu­cony do kró­le­stwa cieni. Zupeł­nie jakby nie­wi­dzialna lina łączyła go ze świa­tem demo­nów i w każ­dej chwili mogła się napiąć, wyry­wa­jąc go ze zna­jo­mego śro­do­wi­ska w miej­sce wypeł­nione ogniem i popio­łem.

Przez ostat­nie kilka lat dzięki pomocy wuja Jema zaczął myśleć, że nad tym panuje. I dzi­siej­szy wie­czór wstrzą­snął nim, cho­ciaż prze­skok trwał tylko kilka sekund. Ulżyło mu, gdy zoba­czył przed sobą Dia­bel­ską Tawernę.

Dia­bel­ska Tawerna roz­go­ściła się przy Fleet Street pod nume­rem dru­gim obok sza­cow­nie pre­zen­tu­ją­cej się dru­karni. W prze­ci­wień­stwie do dru­karni na Dia­bel­ską Tawernę rzu­cono czar ochrony, dzięki czemu Przy­ziemni nie widzieli jej ani nie sły­szeli hała­sów hula­nek wyle­wa­ją­cych się przez okna i otwarte drzwi. Była zbu­do­wana z muru pru­skiego w tudor­skim stylu, ale drewno próch­niało i roz­pa­dało się i całość trzy­mała się razem tylko dzięki zaklę­ciom cza­row­ni­ków. Za barem stał wła­ści­ciel, wil­ko­łak imie­niem Ernie, który nale­wał piwo do kufli, klien­telę sta­no­wiła mie­sza­nina pixie, wam­pi­rów, likan­tro­pów i cza­row­ni­ków.

Nor­mal­nie Noc­nych Łow­ców powi­tano by w takim miej­scu raczej chłodno, ale klienci Dia­bel­skiej Tawerny przy­wy­kli do chłop­ców. Przy­wi­tali Jamesa, Chri­sto­phera, Mat­thew i Tho­masa okrzy­kami i kpi­nami. James został w pubie, żeby wziąć drinki od bar­manki Polly, a reszta poszła na górę do swo­ich poko­jów, zosta­wia­jąc na scho­dach ślady z demo­nicz­nej krwi.

Polly była wil­ko­ła­kiem i zaopie­ko­wała się chłop­cami, kiedy James pierw­szy raz wyna­jął pokoje na pod­da­szu trzy lata temu. Chciał zapew­nić im kry­jówkę, do któ­rej mógłby wyco­fać się z przy­ja­ciółmi bez sto­ją­cych im nad kar­kiem rodzi­ców. To ona pierw­sza zaczęła ich nazy­wać Weso­łymi Zło­dzie­jasz­kami przez sko­ja­rze­nie z Robin Hoodem i jego dru­żyną. James podej­rze­wał, że on jest Robi­nem z Lock­sley, a Mat­thew – Wil­lem Scar­let. Tho­mas bez wąt­pie­nia był Małym Joh­nem.

Polly zachi­cho­tała.

– Pra­wie was nie pozna­łam, kiedy przy­wle­kli­ście się tutaj wysma­ro­wani tym czymś, jak­kol­wiek to nazy­wa­cie.

– To ichor – powie­dział James, bio­rąc od niej butelkę reń­skiego wina. – Posoka demo­nów.

Polly zmarsz­czyła nos, prze­rzu­ca­jąc mu przez ramię kilka mocno prze­cho­dzo­nych ście­re­czek kuchen­nych. Dała mu dodat­kową, którą przy­ło­żył do roz­cię­cia na dłoni. Prze­stało już krwa­wić, ale na­dal bolało.

– Niech to dia­bli.

– Minęły wieki, odkąd widzie­li­śmy demona w Lon­dy­nie – powie­dział James. – Moż­liwe, że zare­ago­wa­li­śmy nieco wol­niej, niż powin­ni­śmy.

– Pew­nie za bar­dzo się boją, żeby się tu poka­zać – odparła życz­li­wie Polly, odwra­ca­jąc się po kie­li­szek dżinu dla sta­łego bywalca Pic­klesa, który był kel­pie.

– Boją się? – powtó­rzył James, nie­ru­cho­mie­jąc. – Czego się boją?

Polly też zamarła.

– Och, niczego – odparła i ode­szła pośpiesz­nie na drugi koniec baru.

James poszedł na górę, marsz­cząc czoło. Pod­ziemni bywali cza­sem tajem­ni­czy.

Gdy już poko­nał dwa ciągi skrzy­pią­cych scho­dów, zna­lazł się przed drew­nia­nymi drzwiami, na któ­rych lata temu wycięto zda­nie: „Ważne jest, jak czło­wiek żyje, nie jak umiera2. S.J.”.

James pchnął drzwi ramie­niem i zastał Mat­thew i Tho­masa już sie­dzą­cych przy okrą­głym sto­liku pośrodku pokoju wyło­żo­nego boaze­rią. Kilka okien o wypa­czo­nych i znisz­czo­nych przez czas szy­bach wycho­dziło na oświe­tloną ulicz­nymi latar­niami Fleet Street; po dru­giej stro­nie znaj­do­wał się budy­nek sądu kró­lew­skiego, led­wie widoczny na tle pochmur­nego noc­nego nieba.

Ten pokój był lubia­nym i zna­jo­mym miej­scem o pod­nisz­czo­nych ścia­nach, ze sfa­ty­go­wa­nymi meblami i małym ogniem pło­ną­cym na kominku. Na kominku stało popier­sie Apolla, któ­remu dawno temu utrą­cono nos. Pod ścia­nami usta­wiono regały z okul­ty­stycz­nymi książ­kami napi­sa­nymi przez przy­ziem­nych magów – biblio­teka Insty­tutu nie pozwa­lała na takie rze­czy, ale James je zbie­rał. Był zafa­scy­no­wany myślą o tych, któ­rzy nie naro­dzili się w świe­cie magii i cieni, a jed­nak tęsk­nili za nim tak mocno, że nauczyli się wywa­żać pro­wa­dzące do niego wrota.

Zarówno Tho­mas, jak i Mat­thew wytarli się już z krwi demona i mieli na sobie pognie­cione, ale czy­ste ubra­nia, a ich włosy – ciemny blond w przy­padku Tho­masa i ciem­no­złote w przy­padku Mat­thew – na­dal były wil­gotne.

– James! – wykrzyk­nął Mat­thew na widok przy­ja­ciela. Oczy miał podej­rza­nie błysz­czące; na stole już stała do połowy opróż­niona butelka brandy. – Czy widzę przed sobą butelkę taniego napitku?

James posta­wił wino na stole w chwili, gdy Chri­sto­pher wynu­rzył się z małej sypialni na dru­gim końcu pod­da­sza. Sypial­nia znaj­do­wała się już tam, zanim wyna­jęli pokoje; na­dal stało tam łóżko, ale żaden ze Zło­dzie­jasz­ków nie korzy­stał z niego poza tym, że cza­sem się tam myli, prze­cho­wy­wali broń i ubra­nia na zmianę.

– James, myśla­łem, że posze­dłeś do domu – powie­dział z uśmie­chem Chri­sto­pher.

– A czemu, do licha, miał­bym iść do domu? – James usiadł obok Mat­thew i rzu­cił ścierki od Polly na stół.

– Nie mam poję­cia, ale mogłeś – odparł Chri­sto­pher, wycią­ga­jąc krze­sło. – Ludzie cią­gle robią dziwne rze­czy. Mie­li­śmy raz kucharkę, która poszła na zakupy i zna­le­ziono ją dwa tygo­dnie póź­niej w Regent’s Park. Została dozor­czy­nią w zoo.

Tho­mas uniósł brwi. James i pozo­stali ni­gdy do końca nie wie­dzieli, czy wie­rzyć w opo­wie­ści Chri­sto­phera. Nie kła­mał, ale kiedy tylko rzecz nie wią­zała się ze zlew­kami i pró­bów­kami, to Chri­sto­pher poświę­cał jej zale­d­wie uła­mek uwagi.

Chri­sto­pher był synem ciotki Jamesa, Cecily i wuja Gabriela. Miał piękne rysy swo­ich rodzi­ców, ciem­no­brą­zowe włosy i oczy w kolo­rze, który można było porów­nać do koloru bzu. „U tego chło­paka tylko się mar­nują!” – czę­sto powta­rzała Cecily i wzdy­chała jak męczen­nica. Chri­sto­pher powi­nien mieć powo­dze­nie u dziew­cząt, ale grube szkła oku­la­rów zasła­niały więk­szość jego twa­rzy i wiecz­nie miał proch strzel­ni­czy za paznok­ciami. Więk­szość Noc­nych Łow­ców trak­to­wała broń Przy­ziem­nych z podejrz­li­wo­ścią albo w ogóle się nią nie inte­re­so­wała – zasto­so­wa­nie runów na metalu lub poci­skach spra­wiało, że proch się nie zaj­mo­wał, a broń bez runów do niczego się nie przy­da­wała w walce z demo­nami. Chri­sto­pher jed­nak miał obse­sję na jej punk­cie – uwa­żał, że można broń zapa­la­jącą przy­sto­so­wać do potrzeb Nefi­lim. James musiał przy­znać, że pomysł umiesz­cze­nia działa na dachu Insty­tutu brzmiał dość kusząco.

– Twoja dłoń – ode­zwał się nagle Mat­thew, pochy­la­jąc się i sku­pia­jąc spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu na Jame­sie. – Co się stało?

– To tylko roz­cię­cie – odpo­wie­dział James.

Rana prze­bie­gała uko­śnie przez dłoń. Kiedy Mat­thew wziął go za rękę, srebrna bran­so­letka na pra­wym nad­garstku Jamesa zadzwo­niła o butelkę wina na stole.

– Powi­nie­neś był mi powie­dzieć – zbesz­tał go Mat­thew, się­ga­jąc do kami­zelki po stelę. – Zajął­bym się tym od razu w zaułku.

– Zapo­mnia­łem.

Tho­mas, który prze­su­wał pal­cem po kra­wę­dzi kie­liszka, ale nie pił, zapy­tał:

– Coś się stało?

Tho­mas był dener­wu­jąco spo­strze­gaw­czy.

– To była tylko kró­ciutka chwila – odparł nie­chęt­nie James.

– Wiele rze­czy roz­grywa się bły­ska­wicz­nie, a mimo to są bar­dzo złe – powie­dział Mat­thew, przy­kła­da­jąc stelę do skóry Jamesa. – Na przy­kład ostrze gilo­tyny spada bar­dzo szybko. Kiedy eks­pe­ry­menty Chri­sto­phera wybu­chają, to też dzieje się to w oka­mgnie­niu.

– To chyba jasne, że nie eks­plo­do­wa­łem ani zosta­łem ścięty na gilo­ty­nie – odparł James. – Po pro­stu… wsze­dłem do kró­le­stwa cieni.

Mat­thew pode­rwał gwał­tow­nie głowę, cho­ciaż na­dal pewną ręka ryso­wał iratze, run lecz­ni­czy, który stop­niowo nabie­rał kształtu na skó­rze. James już czuł, jak ból słab­nie.

– Myśla­łem, że to już się skoń­czyło – powie­dział Mat­thew. – Myśla­łem, że Jem ci pomógł.

– Pomógł mi. Minął rok od ostat­niego razu. – James pokrę­cił głową. – Chyba za bar­dzo się roz­ma­rzy­łem, myśląc, że tak będzie już zawsze.

– Czy to zwy­kle nie zda­rza się, kiedy się dener­wu­jesz? – zapy­tał Tho­mas. – To przez atak demona?

– Nie – odpo­wie­dział szybko James. – Nie, nie sądzę… Nie.

James pra­wie palił się do walki. Lato było fru­stru­jące – pierw­sze od ponad dzie­się­ciu lat, któ­rego nie spę­dził z rodziną w Idri­sie.

Idris znaj­do­wał się w środ­ko­wej Euro­pie. Chro­niony ze wszyst­kich stron cza­rami pozo­stał nie­tknięty, ukryty przed oczami Przy­ziem­nych i przed ich wyna­laz­kami – nie było tam torów kole­jo­wych, fabryk, węglo­wego dymu. James wie­dział, że jego rodzina nie mogła tam wyje­chać w tym roku, ale miał wła­sne powody, by żało­wać, że jest w Lon­dy­nie, a nie Idri­sie. Patrole były jedną z nie­wielu rze­czy, które pozwa­lały mu na chwilę o tym zapo­mnieć.

– Demony nie prze­szka­dzają naszemu przy­ja­cie­lowi – powie­dział Mat­thew, koń­cząc run lecz­ni­czy. Kiedy sie­dział tak bli­sko swo­jego para­ba­tai, James pra­wie czuł jego zna­jomy zapach: miesz­kankę mydła i alko­holu. – Musiało cho­dzić o coś innego.

– W takim razie powi­nie­neś poroz­ma­wiać ze swoim wujem – pora­dził Tho­mas.

James pokrę­cił głową. Nie chciał zawra­cać głowy wujowi Jemowi z powodu cze­goś, co trwało uła­mek chwili.

– To nic takiego. Demon mnie zasko­czył. Zła­pa­łem ostrze przez nie­uwagę. To na pewno dla­tego.

– Zamie­ni­łeś się w cień? – zapy­tał Mat­thew, odkła­da­jąc stelę.

Cza­sem, kiedy James zosta­wał wcią­gnięty do kró­le­stwa cieni, przy­ja­ciele mówili mu, że widzieli, jak roz­mywa się przy kra­wę­dziach. Cza­sem zamie­niał się cał­ko­wi­cie w cień, który miał jego kształt, ale był prze­zro­czy­sty i nie­na­ma­calny.

Kilka razy, naprawdę bar­dzo rzadko, uda­wało mu się zamie­nić w cień i przejść przez litą barierę, ale nie chciał mówić o tych sytu­acjach.

Chri­sto­pher pod­niósł wzrok znad notesu.

– A skoro już mowa o demo­nach…

– O któ­rych by­naj­mniej nie mówi­li­śmy – wtrą­cił Mat­thew.

– …co to był za demon? – zapy­tał Chri­sto­pher, zagry­za­jąc koniec ołówka. Czę­sto zapi­sy­wał szcze­góły walk z demo­nami. Twier­dził, że to pomaga mu w jego bada­niach. – Mam na myśli tego, który wybuchł.

– W prze­ci­wień­stwie do tego, który nie wybuchł? – zapy­tał James.

Tho­mas, który dosko­nale pamię­tał wszel­kie szcze­góły, powie­dział:

– To deu­mas. To dziwne, że się tu zna­lazł. Zwy­kle nie prze­pa­dają za mia­stami.

– Zacho­wa­łem odro­binę jego krwi – powie­dział Chri­sto­pher, wyj­mu­jąc z zaka­mar­ków ubra­nia zakor­ko­waną pro­bówkę z zie­lon­kawą sub­stan­cją. – Uprze­dzam, żeby żaden z was tego nie pił.

– Zapew­niam cię, że nikt z nas nie miał takich pla­nów, kapu­ściana głowo.

Mat­thew zady­go­tał.

– Dość już tego gada­nia o krwi. Wypijmy toast za powrót Tho­masa do domu!

Tho­mas zapro­te­sto­wał. James uniósł kie­li­szek i wzniósł toast z Mat­thew. Chri­sto­pher już miał stuk­nąć pro­bówką w kie­li­szek Jamesa, kiedy Mat­thew, klnąc pod nosem, skon­fi­sko­wał ją i zamiast tego podał Chri­sto­pherowi kie­li­szek.

Tho­mas, mimo obiek­cji, spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego. Więk­szość Noc­nych Łow­ców zali­czała coś podob­nego do Grand Touru po ukoń­cze­niu osiem­na­stego roku życia, kiedy opusz­czali swój insty­tut na rzecz jakie­goś za gra­nicą. Tho­mas dopiero kilka tygo­dni temu wró­cił po dzie­wię­ciu mie­sią­cach spę­dzo­nych w Madry­cie. W podróży cho­dziło o to, żeby poznać nowe oby­czaje i posze­rzyć hory­zonty. Tho­mas nie­wąt­pli­wie sam się przy oka­zji posze­rzył.

Cho­ciaż był naj­star­szy z ich grupy, to zawsze był drob­nej budowy. Kiedy James, Mat­thew i Chri­sto­pher poja­wili się w por­cie, żeby pocze­kać na jego sta­tek z Hisz­pa­nii, prze­pa­try­wali tłum i o mały włos nie pozna­liby przy­ja­ciela w musku­lar­nym mło­dzieńcu, który scho­dził po tra­pie. Teraz Tho­mas był z nich naj­wyż­szy i tak opa­lony, jakby wycho­wy­wał się na far­mie, a nie w Lon­dy­nie. Mógł trzy­mać pół­to­rak w jed­nym ręku, a w Hisz­pa­nii nauczył się posłu­gi­wać nową bro­nią – bolą – sznu­rem z obciąż­ni­kami, któ­rym obraca się nad głową i rzuca. Mat­thew czę­sto mówił, że czuje się, jakby zaprzy­jaź­nił się z życz­li­wym olbrzy­mem.

– Kiedy już skoń­czy­cie, to mam nowiny – powie­dział Tho­mas, odchy­la­jąc się z krze­słem. – Zna­cie tę starą rezy­den­cję w Chi­swick, która nale­żała kie­dyś do mojego dziadka? Nazy­wano ją Domem Ligh­two­odów. Dostała ją moja ciotka Tatiana od Clave parę lat temu, ale ni­gdy z niej nie korzy­stała. Wolała miesz­kać w Idri­sie w jakiejś rezy­den­cji z moją kuzynką, ehm…

– Ger­trude – pod­su­nął mu usłuż­nie Chri­sto­pher.

– Grace – spro­sto­wał James. – Ona nazywa się Grace.

Była też kuzynką Chri­sto­phera, ale James wie­dział, że chłopcy ni­gdy jej nie poznali.

– Tak, Grace – przy­tak­nął Tho­mas. – Ciotka Tatiana zawsze żyła razem z nią w cał­ko­wi­tej izo­la­cji od reszty Idrisu. Nie przyj­mo­wała żad­nych gości, nikogo takiego. Naj­wy­raź­niej jed­nak posta­no­wiła prze­pro­wa­dzić się z powro­tem do Lon­dynu, więc moi rodzice są z tego powodu w roz­terce.

Serce Jamesa zabiło mocno, powoli.

– Grace… – zaczął. Zauwa­żył, że Mat­thew rzu­cił mu szyb­kie spoj­rze­nie z ukosa. – Grace… prze­pro­wa­dza się do Lon­dynu?

– Wygląda na to, że Tatiana zamie­rza wpro­wa­dzić ją do towa­rzy­stwa. – Tho­mas robił wra­że­nie skon­ster­no­wa­nego. – Pew­nie pozna­łeś ją w Idri­sie? Czy twój dom nie sąsia­duje z rezy­den­cją Black­thor­nów?

James odru­chowo poki­wał głową. Czuł cię­żar bran­so­letki na pra­wej ręce, cho­ciaż nosił ją od tylu lat, że zwy­kle nie pamię­tał o jej obec­no­ści.

– Zwy­kle widy­wa­łem ją latem – odpo­wie­dział. – Oczy­wi­ście nie widzia­łem jej tego lata.

Nie tego lata. Nie był w sta­nie prze­ko­nać rodzi­ców, kiedy powie­dzieli, że rodzina Heron­dale’ów spę­dzi lato w Lon­dy­nie. Nie był w sta­nie wyja­wić powodu, dla któ­rego chciał wró­cić do Idrisu. W końcu z ich punktu widze­nia prak­tycz­nie nie znał Grace. Cho­roba, zgroza, jaka go pochwy­ciła na myśl, że nie zoba­czy Grace przez kolejny rok, nie były czymś, co potra­fił wyja­śnić.

To był sekret, jaki ukry­wał od trzy­na­stego roku życia. Oczami wyobraźni widział wysoką bramę rezy­den­cji Black­thor­nów i swoje ręce przed sobą, dzie­cinne ręce bez blizn, ści­na­jące pil­nie cier­ni­ste pną­cza. Widział westy­bul rezy­den­cji, zasłony wydy­ma­jące się w oknach, sły­szał muzykę. Widział Grace w sukni w kolo­rze kości sło­nio­wej.

Mat­thew przy­glą­dał mu się w zamy­śle­niu. Jego zie­lone oczy nie skrzyły się już wesoło. Mat­thew, jedyny spo­śród przy­ja­ciół, wie­dział, że coś łączy Jamesa i Grace Black­thorn.

– W Lon­dy­nie jest aż tłoczno od nowych przy­by­szy – zauwa­żył Mat­thew. – Rodzina Car­sta­ir­sów też nie­długo tu przy­je­dzie, prawda?

James poki­wał głową.

– Lucie nie posiada się z rado­ści, bo zoba­czy Cor­de­lię.

Mat­thew dolał sobie wina.

– Nie dzi­wię się, że mają dość wiej­skiego życia w hrab­stwie Devon… Jak się nazywa ich dom? Ciren­worth? Myślę, że przy­jadą za dzień albo dwa…

Tho­mas roz­lał zawar­tość swo­jego kie­liszka, a razem z nim prze­wró­cił też kie­li­szek Jamesa i pro­bówkę Chri­sto­phera. Tho­mas wciąż jesz­cze nie przy­zwy­czaił się do tego, że zaj­muje znacz­nie wię­cej miej­sca w świe­cie, i cza­sem był bar­dzo nie­zręczny.

– Powie­dzia­łeś, że przy­je­dzie cała rodzina Car­sta­ir­sów?

– Bez Eliasa Car­sta­irsa – odpo­wie­dział Mat­thew. Elias był ojcem Cor­de­lii. – Za to przy­je­dzie Cor­de­lia i… rzecz jasna… – Urwał zna­cząco.

– O, do dia­bła – powie­dział Chri­sto­pher. – Ala­stair Car­sta­irs. – Miał minę, jakby zro­biło mu się nie­do­brze. – Dobrze pamię­tam, prawda? To wyjąt­kowy hul­taj?

– „Hul­taj” to nie­zwy­kle życz­liwe pod­su­mo­wa­nie – odparł James.

Tho­mas wycie­rał roz­lany alko­hol. James patrzył na niego z tro­ską. Tho­mas był w szkole nie­śmia­łym, drob­nym chłop­cem, a Ala­stair był paskud­nym szkol­nym tyra­nem.

– Możemy uni­kać Ala­sta­ira, Tom. Nie ma powodu, byśmy spę­dzali z nim czas, a ja nie wyobra­żam sobie, żeby on rwał się do naszego towa­rzy­stwa.

Tho­mas zakrztu­sił się, ale nie w reak­cji na słowa Jamesa. Zawar­tość pro­bówki Chri­sto­phera zro­biła się nagle fio­le­to­wo­brą­zowa i zaczęła prze­że­rać stół. Wszy­scy sko­czyli i zła­pali ścierki od Polly. Tho­mas oblał blat wodą z dzbanka, oble­wa­jąc też Chri­sto­phera, a Mat­thew zło­żył się wpół ze śmie­chu.

– Doprawdy – powie­dział Chri­sto­pher, odgar­nia­jąc z oczu mokre włosy. – Myślę, że to podzia­łało, Tom. Zneu­tra­li­zo­wa­łeś dzia­ła­nie kwasu.

Tho­mas krę­cił głową.

– Ktoś powi­nien zneu­tra­li­zo­wać cie­bie, ty bara­nia…

Mat­thew popła­kał się ze śmie­chu.

James czuł się zupeł­nie ode­rwany od tego rado­snego zamie­sza­nia. Od wielu lat w set­kach wymie­nia­nych w tajem­nicy listów mię­dzy Lon­dy­nem i Idri­sem on i Grace przy­się­gali sobie, że pew­nego dnia będą razem. Że pew­nego dnia będą doro­śli, a wtedy pobiorą się, nie zwa­ża­jąc na plany rodzi­ców, i zamiesz­kają razem w Lon­dy­nie. To było ich marze­nie.

Dla­czego więc nie powie­działa mu, że przy­jeż­dża?

***

– Och, popatrz! Royal Albert Hall! – wykrzyk­nęła Cor­de­lia, przy­ci­ska­jąc nos do okna powozu.

To był piękny dzień, sło­neczne świa­tło zale­wało Lon­dyn, przez co rząd bia­łych domów w South Ken­sing­ton aż skrzył się jak rząd pion­ków z kości sło­nio­wej w dro­gim zesta­wie do gry w sza­chy.

– Archi­tek­tura Lon­dynu jest naprawdę wspa­niała.

– Co za prze­ni­kliwe spo­strze­że­nie – rzu­cił prze­cią­gle jej star­szy brat Ala­stair, który osten­ta­cyj­nie czy­tał pod­ręcz­nik aryt­me­tyki w kącie powozu, jakby chciał obwie­ścić wszyst­kim, że nie zamie­rza nawet wyglą­dać przez okno. – Na pewno nikt do tej pory nie sko­men­to­wał budyn­ków w Lon­dy­nie.

Cor­de­lia spio­ru­no­wała go wzro­kiem, ale on nie ode­rwał oczu od książki. Nie rozu­miał, że ona tylko pró­buje popra­wić wszyst­kim humor? Jej matka, Sona, opie­rała się wyczer­pana o ścianę powozu, pod oczami miała fio­le­towe sińce, a jej zwy­kle pro­mienna brą­zowa skóra była teraz zie­mi­sta. Cor­de­lia mar­twiła się o nią od tygo­dni, odkąd z Idrisu przy­szły wie­ści doty­czące ich ojca.

– Rzecz w tym, Ala­stair, że teraz będziemy tu miesz­kać, a nie tylko przy­jeż­dżamy z wizytą. Będziemy pozna­wać ludzi, podej­mo­wać gości, nie musimy sie­dzieć w Insty­tu­cie, cho­ciaż bar­dzo chęt­nie zosta­ła­bym bli­sko Lucie…

– I Jamesa – dodał Ala­stair, nie pod­no­sząc wzroku znad książki.

Cor­de­lia zazgrzy­tała zębami.

– Dzieci. – Matka zga­niła ich wzro­kiem.

Ala­stair poczuł się ura­żony – za mie­siąc skoń­czy dzie­więt­na­ście lat i z pew­no­ścią nie był dziec­kiem. Przy­naj­mniej w jego mnie­ma­niu.

– To poważna sprawa – mówiła dalej Sona. – Jak wie­cie, nie przy­je­cha­li­śmy do Lon­dynu dla zabawy. Jeste­śmy tu w imie­niu naszej rodziny.

Cor­de­lia i jej brat popa­trzyli po sobie nieco mniej wrogo. Wie­działa, że on też się mar­twi o matkę, cho­ciaż ni­gdy by się do tego nie przy­znał. Po raz milio­nowy zasta­na­wiała się, jak dużo Ala­stair wie na temat sytu­acji ojca. Wie­działa, że brat wie wię­cej niż ona i że ni­gdy nic jej na ten temat nie powie.

Serce zabiło jej moc­niej, gdy powóz zatrzy­mał się przed nume­rem 102 przy Corn­wall Gar­dens, przy jed­nym z domów w rzę­dzie wspa­nia­łych, bia­łych wik­to­riań­skich budyn­ków z nume­rem wypi­sa­nym surową czer­nią na pierw­szej kolum­nie od pra­wej. Kilka postaci stało na fron­to­wych scho­dach pod por­ty­kiem. Cor­de­lia natych­miast roz­po­znała Lucie Heron­dale, tro­chę wyż­szą, niż kiedy ostatni raz się widziały. Jasno­brą­zowe włosy miała upięte i scho­wane pod kape­lu­szem, a jasno­nie­bie­ski żakiet i spód­nica paso­wały do jej oczu.

Obok niej stały dwie osoby. Jedną była matka Lucie, Tessa Heron­dale, słynna – przy­naj­mniej wśród Noc­nych Łow­ców – żona Willa Heron­dale’a, który kie­ro­wał Lon­dyń­skim Insty­tu­tem. Robiła wra­że­nie tylko odro­binę star­szej od córki. Tessa była nie­śmier­telną cza­row­nicą, potra­fiła zmie­niać wygląd i w ogóle się nie sta­rzała.

A obok Tessy stał James.

Cor­de­lia pamię­tała, jak pew­nego razu, gdy była małą dziew­czynką, wycią­gnęła rękę, żeby pogła­skać łabę­dzia na sta­wie obok jej domu. Ptak ją zaata­ko­wał, ude­rzył w pierś i prze­wró­cił. Przez kilka minut leżała na tra­wie, dusząc się i nie mogąc zaczerp­nąć tchu. Bała się, że już ni­gdy wię­cej nie zła­pie odde­chu.

Pew­nie nie było to naj­bar­dziej roman­tyczne stwier­dze­nie na świe­cie, ale za każ­dym razem gdy widziała Jamesa Heron­dale’a, czuła się, jakby znowu zaata­ko­wał ją łabędź.

Był piękny, tak piękny, że zapo­mi­nała oddy­chać, gdy na niego patrzyła. Miał nie­okieł­znaną czarną czu­prynę, która robiła wra­że­nie mięk­kiej w dotyku, dłu­gie ciemne rzęsy oka­lały mu oczy w kolo­rze bursz­tynu albo miodu. Miał teraz sie­dem­na­ście lat i nie wyglą­dał już jak tyko­waty mło­dzik, ale był smu­kły, śliczny i ide­al­nie poskła­dany jak cudowny przy­kład archi­tek­tury.

– Ups! – Jej stopy ude­rzyły o zie­mię i pra­wie się potknęła.

Jakimś cudem wyka­ra­skała się z powozu i stała teraz na chod­niku, a wła­ści­wie chwiała się na nim, sta­ra­jąc się zła­pać rów­no­wagę na nogach, które jej zdrę­twiały po wielu godzi­nach bez­ru­chu.

James natych­miast sta­nął obok niej i poło­żył rękę na jej ramie­niu.

– Daisy? Nic ci nie jest?

Tak ją prze­zy­wał. Nie zapo­mniał.

– Nie­zdara ze mnie. – Rozej­rzała się z żalem. – Mia­łam nadzieję na bar­dziej wdzięczne przy­by­cie.

– Nie masz się czym przej­mo­wać. – Uśmiech­nął się i serce zabiło jej szyb­ciej. – Chod­niki w South Ken­sing­ton są naprawdę bestial­skie. Sam wię­cej niż raz zosta­łem przez nie zaata­ko­wany.

Odpo­wiedz bły­sko­tli­wie, pona­gliła sie­bie. Powiedz coś dow­cip­nego.

James jed­nak już się odwró­cił, kiwa­jąc głową do Ala­sta­ira. Cor­de­lia wie­działa, że obaj nie lubili się w szkole, ale matka nie miała o tym poję­cia. Sona myślała, że Ala­stair był bar­dzo popu­larny.

– Widzę, że przy­je­cha­łeś – powie­dział James intry­gu­jąco bez­na­mięt­nym tonem. – Wyglą­dasz…

Obrzu­cił jasne, żółto-białe włosy Ala­sta­ira z pew­nym zdu­mie­niem. Cor­de­lia cze­kała, aż skoń­czy zda­nie, i miała ogromną nadzieję, że powie coś w rodzaju „jak burak”, ale nie zro­bił tego.

– …dobrze – dokoń­czył James.

Chłopcy popa­trzyli na sie­bie w mil­cze­niu, a Lucie zbie­gła po scho­dach i objęła Cor­de­lię.

– Tak bar­dzo, bar­dzo się cie­szę, że cię widzę! – zdo­łała wykrztu­sić. Dla Lucie wszystko było „bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo”, nie­ważne: piękne, pod­nie­ca­jące czy potworne. – Droga Cor­de­lio, będziemy się cudow­nie bawić…

– Lucie, Cor­de­lia i jej rodzina przy­je­chali do Lon­dynu, żeby­ście mogły razem tre­no­wać – wtrą­ciła się łagod­nie Tessa. – Czeka was mnó­stwo pracy i obo­wiąz­ków.

Cor­de­lia spu­ściła wzrok na buty. Tessa była uprzejma, powta­rza­jąc ofi­cjalny powód, dla któ­rego Car­sta­ir­so­wie przy­je­chali do Lon­dynu w takim pośpie­chu – ponie­waż Cor­de­lia i Lucie miały zostać para­ba­tai. Prawda jed­nak była inna.

– Na pewno pani pamięta, kiedy sama miała pani szes­na­ście lat, pani Heron­dale – odpo­wie­działa Sona. – Dziew­częta uwiel­biają tańce i sukienki. Na pewno ja taka byłam w ich wieku i podej­rze­wam, że pani także.

Cor­de­lia wie­działa, że ich matka w żad­nym razie taka nie była, ale trzy­mała język za zębami. Tessa unio­sła brwi.

– Pamię­tam, że bra­łam kie­dyś udział w wam­pi­rzej zaba­wie. To było jakieś przy­ję­cie w domu Bene­dicta Ligh­two­oda, nim zacho­ro­wał na demo­niczną ospę i zamie­nił się w robaka, rzecz jasna…

– Mamo! – Lucie była zgor­szona.

– Naprawdę zamie­nił się w robaka – powie­dział James. – A wła­ściwe w strasz­li­wego, ogrom­nego węża. To była abso­lut­nie naj­cie­kaw­sza rzecz na zaję­ciach z histo­rii.

Tessę przed dal­szymi komen­ta­rzami ura­to­wał przy­jazd fur­go­nów z rze­czami Car­sta­ir­sów. Kilku rosłych męż­czyzn zesko­czyło z jed­nego z wozów i zaczęli ścią­gać płótna przy­kry­wa­jące różne pedan­tycz­nie unie­ru­cho­mione sznu­rami meble.

Jeden z męż­czyzn pomógł zejść z pierw­szego fur­gonu Risie, poko­jówce i kucharce Sony. Risa pra­co­wała dla rodziny Jahan­shah, odkąd Sona był nasto­latką i towa­rzy­szyła jej od tej pory. Była Przy­ziemną obda­rzoną Widze­niem i w związku z tym cenną towa­rzyszką dla Noc­nej Łow­czyni. Risa mówiła tylko po per­sku. Cor­de­lia zasta­na­wiała się, czy męż­czyźni na fur­go­nie pró­bo­wali ją zaga­dy­wać. Risa dosko­nale rozu­miała język angiel­ski, ale wolała mil­czeć.

– Podzię­kuj, pro­szę, w moim imie­niu Cecily Ligh­twood, za to, że uży­czyła nam swo­jej służby – mówiła matka Cor­de­lii do Tessy.

– Och, rze­czy­wi­ście! Będą przy­cho­dzić od wtorku do czwartku, żeby zająć się naj­cięż­szymi obo­wiąz­kami, dopóki nie wynaj­miesz wła­snej służby – odpo­wie­działa Tessa.

„Naj­cięż­sze obo­wiązki” to było wszystko, czym Risa – która goto­wała, robiła zakupy i poma­gała ubie­rać się Sonie i Cor­de­lii – nie będzie się zaj­mo­wała, na przy­kład szo­ro­wa­nie pod­łóg albo doglą­da­nie koni. Pomysł, że Car­sta­ir­so­wie wynajmą nie­długo wła­sną służbę, był kolejną uprzejmą fik­cją. Cor­de­lia o tym wie­działa. Kiedy wyjeż­dżali z Devonu, Sona zwol­niła całą służbę z wyjąt­kiem Risy, bo sta­rała się zaosz­czę­dzić jak naj­wię­cej pie­nię­dzy, dopóki Elias Car­sta­irs cze­kał na pro­ces.

Duży kształt na jed­nym z fur­go­nów przy­cią­gnął spoj­rze­nie Cor­de­lii.

– Mamo! – wykrzyk­nęła. – Przy­wio­złaś for­te­pian?

Matka wzru­szyła ramio­nami.

– Lubię muzykę od czasu do czasu. – Mach­nęła wład­czym gestem na tra­ga­rzy. – Cor­de­lio, będzie tu spore zamie­sza­nie i mnó­stwo kurzu. Może przej­dzie­cie się z Lucie po oko­licy? A ty, Ala­stair, zosta­niesz i pomo­żesz mi kie­ro­wać służbą.

Cor­de­lia była zachwy­cona per­spek­tywą spę­dze­nia czasu z Lucie. Ala­stair tym­cza­sem nie wie­dział, czy krzy­wić się, bo musiał zostać z matką, czy się napu­szyć, bo powie­rzono mu obo­wiązki pana domu.

Tessa Heron­dale miała roz­ba­wioną minę.

– James, idź z dziew­czę­tami. Może do Ogro­dów Ken­sing­ton? To nie­da­leko stąd, a dzień jest piękny.

– Ogrody Ken­sing­ton robią wra­że­nie bez­piecz­nych – odparł z powagą James.

Lucie prze­wró­ciła oczami i zła­pała Cor­de­lię za rękę.

– Chodźmy – powie­działa i ścią­gnęła ją po scho­dach na chod­nik.

James, z racji dłu­gich nóg, z łatwo­ścią dotrzy­mał im kroku.

– Nie ma powodu ucie­kać – powie­dział do sio­stry. – Matka nie zawle­cze cię z powro­tem i nie zażąda, żebyś pomo­gła wno­sić for­te­pian do domu.

Cor­de­lia zer­k­nęła na niego z ukosa. Wiatr tar­gał mu włosy. Nawet włosy jej matki nie były tak czarne, w dodatku poły­ski­wały czer­wie­nią i zło­tem. Włosy Jamesa były czarne jak atra­ment.

Uśmiech­nął się do niej, jakby wcale nie przy­ła­pał jej na tym, że się na niego gapi. Z dru­giej strony pew­nie przy­wykł w towa­rzy­stwie Noc­nych Łow­ców, że ludzie się na niego gapią. Nie tylko z powodu urody, ale też z innych przy­czyn.

Lucie uści­snęła jej rękę.

– Tak się cie­szę, że tu jesteś – oznaj­miła. – Nie myśla­łam, że to wresz­cie się sta­nie.

– Dla­czego? – zdzi­wił się James. – Prawo wymaga, żeby­ście razem tre­no­wały, zanim zosta­nie­cie para­ba­tai, a poza tym ojciec uwiel­bia Daisy i ustala reguły…

– Twój ojciec uwiel­bia wszyst­kich Car­sta­ir­sów – odparła Cor­de­lia. – Nie jestem pewna, czy ja sama mam w tym jaką­kol­wiek zasługę. Moż­liwe, że lubi nawet Ala­sta­ira.

– Myślę, że jest prze­ko­nany, że Ala­stair ma ukrytą głę­bię – odparł James.

– Tak samo jak ruchome pia­ski – powie­działa Cor­de­lia.

James się roze­śmiał.

– Dość tego – prze­rwała im Lucie i ude­rzyła Jamesa w ramię dło­nią w ręka­wiczce. – Daisy to moja przy­ja­ciółka, a ty zagar­niasz ją całą dla sie­bie. Idź zająć się czymś innym.

Szli Queen’s Gate w stronę Ken­sing­ton Road, ota­czał ich rumor prze­jeż­dża­ją­cych omni­bu­sów. Cor­de­lia wyobra­ziła sobie, jak James odcho­dzi w tłum, gdzie z pew­no­ścią znaj­dzie cie­kaw­sze zaję­cie, a może zosta­nie porwany przez piękną dzie­dziczkę for­tuny, która zako­cha się w nim od pierw­szego spoj­rze­nia. Takie rze­czy zda­rzały się w Lon­dy­nie.

– Będę szedł za wami dzie­sięć kro­ków, jak­bym niósł tren, ale muszę mieć was w zasięgu wzroku, bo ina­czej matka by mnie zabiła i prze­ga­pił­bym jutrzej­szy bal, a wtedy Mat­thew by mnie zabił i umarł­bym dwa razy – odparł James.

Cor­de­lia uśmiech­nęła się, ale James już zosta­wał w tyle zgod­nie z obiet­nicą, dając im swo­bod­nie poroz­ma­wiać. Cor­de­lia sta­rała się ukryć roz­cza­ro­wa­nie. Teraz w końcu miesz­kała w Lon­dy­nie i będzie widy­wała Jamesa czę­ściej i nie tylko prze­lot­nie; miała nadzieję, że sta­nie się czę­ścią jej codzien­no­ści.

Obej­rzała się na niego. Już wyjął książkę i czy­tał, idąc i pogwiz­du­jąc cicho.

– O jakim balu mówił? – zapy­tała przy­ja­ciółkę.

Do Ogro­dów Ken­sing­ton weszły przez bramę z kutego żelaza i zna­la­zły się w cie­niu listo­wia. Park był pełen niań z wóz­kami i mło­dych par. Dwie małe dziew­czynki plo­tły wianki, chło­piec w mary­nar­skim ubranku ganiał za kół­kiem, pisz­cząc z ucie­chy. Pod­biegł do wyso­kiego męż­czy­zny, który wziął go na ręce i pod­rzu­cił w powie­trze ze śmie­chem. Cor­de­lia zaci­snęła na chwilę powieki, myśląc o ojcu, o tym, jak pod­rzu­cał ją, gdy była bar­dzo mała, a ona śmiała się i śmiała, gdy ją łapał.

– Odbę­dzie się jutro wie­czo­rem – wyja­śniła Lucie, bio­rąc Cor­de­lię pod rękę. – Urzą­dzamy go z oka­zji waszego przy­jazdu do Lon­dynu. Będzie tam cała Enklawa, będą tańce, matka będzie mogła popi­sać się nową salą balową. A ja będę mogła popi­sać się tobą.

Cor­de­lię prze­szedł dreszcz, tro­chę z pod­nie­ce­nia, a tro­chę ze stra­chu. Enklawa to ofi­cjalna nazwa dla Noc­nych Łow­ców miesz­ka­ją­cych w Lon­dy­nie; każde mia­sto miało swoją Enklawę, która pod­le­gała miej­sco­wemu Insty­tu­towi, a także sto­ją­cym wyżej Clave i Kon­su­lowi. Wie­działa, że to nie­mą­dre, ale na samą myśl o takim tłu­mie skóra ją mro­wiła z nie­po­koju. Życie, jakie pro­wa­dziła ze swoją rodziną – w cią­głym ruchu poza chwi­lami spę­dzo­nymi w Ciren­worth w Devo­nie – było wolne od tłu­mów.

A jed­nak musiała to zro­bić. Przy­je­chali do Lon­dynu wła­śnie po to, żeby to zro­bić. Pomy­ślała o matce.

To nie bal, powie­działa sobie. To pierw­sza potyczka w woj­nie.

Zni­żyła głos:

– Czy wszy­scy tam będą wiedz… Czy oni wie­dzą o moim ojcu?

– O, nie. Bar­dzo nie­wiele osób poznało szcze­góły i nie­wiele na ten temat mówią. – Lucie przyj­rzała jej się w zamy­śle­niu. – Czy mogła­byś…? Jeśli powiesz mi, co się stało, to przy­się­gam, że nie powiem o tym nikomu, nawet Jame­sowi.

Cor­de­lię zabo­lało serce, jak zawsze, kiedy myślała o ojcu. Musiała jed­nak powie­dzieć Lucie i będzie musiała powie­dzieć też innym. Nie zdoła pomóc ojcu, jeśli nie zażąda wprost tego, czego chce.

– Jakiś mie­siąc temu mój ojciec wybrał się do Idrisu – powie­działa. – To była bar­dzo tajna misja. Odkryto gniazdo demo­nów kravyād tuż poza gra­nicą Idrisu.

– Naprawdę? To są te wyjąt­kowo paskudne demony, prawda? Ludo­żercy?

Cor­de­lia poki­wała głową.

– Wybiły pra­wie całe stado wil­ko­ła­ków. To wła­śnie wilki prze­ka­zały infor­ma­cję do Ali­cante. Kon­sul zebrała eks­pe­dy­cję Nefi­lim i wezwała mojego ojca ze względu na jego wie­dzę na temat rzad­kich demo­nów. Razem z dwoma Pod­ziem­nymi pomógł zapla­no­wać wyprawę mającą na celu znisz­cze­nie kravyādów.

– To brzmi nie­sły­cha­nie eks­cy­tu­jąco – powie­działa Lucie. – Cudow­nie, że można tak współ­pra­co­wać z Pod­ziem­nymi.

– To się jesz­cze okaże – odparła Cor­de­lia. Obej­rzała się. James szedł spory kawa­łek za nimi i na­dal czy­tał. Nie mógł ich sły­szeć. – Misja się nie powio­dła. Kravyādy znik­nęły, a Nefi­lim zapę­dzili się na tereny, które klan wam­pi­rów uważa za swoje. Doszło do walki. Krwa­wej.

Lucie pobla­dła.

– Na Anioła. Ktoś zgi­nął?

– Kilku Nefi­lim odnio­sło rany – odpo­wie­działa Cor­de­lia. – A klan wam­pi­rów uważa, że my, to zna­czy Nocni Łowcy, sprzy­mie­rzy­li­śmy się z wil­ko­ła­kami, żeby ich zaata­ko­wać. Zro­bił się potworny bała­gan i może to dopro­wa­dzić do zerwa­nia Poro­zu­mień.

Lucie była prze­ra­żona. Cor­de­lia wcale jej się nie dzi­wiła. Poro­zu­mie­nia to trak­tat poko­jowy zawarty mię­dzy Noc­nymi Łow­cami a Poziem­nymi, który poma­gał zacho­wać porzą­dek. Gdyby doszło do ich zerwa­nia, mogłoby to dopro­wa­dzić do wybu­chu krwa­wego cha­osu.

– Clave roz­po­częło docho­dze­nie – powie­działa Cor­de­lia. – Wszystko zała­twiono, jak należy. Myśle­li­śmy, że mój ojciec zosta­nie wezwany na świadka, ale zamiast tego aresz­to­wano go. Obwi­niają go za nie­po­wo­dze­nie misji. Ale to nie jego wina. Nie mógł wie­dzieć… – Zamknęła oczy. – Fakt, że tak bar­dzo zawiódł Clave, pra­wie go zabił. Będzie musiał żyć z poczu­ciem winy. Jed­nak nikt z nas nie spo­dzie­wał się, że docho­dze­nie zosta­nie zamknięte, a on zosta­nie aresz­to­wany. – Ręce jej się trzę­sły; splo­tła mocno palce. – Przy­słał mi jeden list, ale potem już nic. Zabro­nili mu. Umiesz­czono go w aresz­cie domo­wym w Ali­cante, dopóki nie odbę­dzie się pro­ces.

– Pro­ces? – powtó­rzyła Lucie. – Tylko dla niego? Ale prze­cież misją kie­ro­wali też inni, zga­dza się?

– Oczy­wi­ście, ale mój ojciec został kozłem ofiar­nym. Całą winę zrzu­cono na niego. Moja matka chciała poje­chać do Idrisu, żeby się z nim zoba­czyć, ale on jej zabro­nił – dodała Cor­de­lia. – Powie­dział, że musimy poje­chać do Lon­dynu, bo jeśli zosta­nie ska­zany, to wstyd, jaki spad­nie na naszą rodzinę, będzie ogromny i musimy szybko się od niego odciąć.

– To byłoby okrop­nie nie­spra­wie­dliwe! – Oczy Lucie zabły­sły. – Wszy­scy wie­dzą, że praca Noc­nych Łow­ców jest nie­bez­pieczna. Na pewno, gdy twój ojciec zosta­nie prze­py­tany, uznają, że zro­bił wszystko, co w jego mocy.

– Być może – odparła cicho Cor­de­lia. – Ale potrze­bują kogoś, żeby go obwi­nić, a on pasuje do tej roli, bo mamy nie­wielu przy­ja­ciół wśród Noc­nych Łow­ców. Cią­gle się prze­pro­wa­dza­li­śmy z powodu cho­roby papy i ni­gdzie nie zagrza­li­śmy miej­sca. Byli­śmy w Paryżu, Bom­baju, Maroku…

– Zawsze uwa­ża­łam, że to naprawdę wspa­niałe życie.

– Pró­bo­wa­li­śmy zna­leźć kli­mat, który naj­le­piej odpo­wia­dałby jego zdro­wiu, lecz teraz moja matka czuje, że ma bar­dzo nie­wielu sprzy­mie­rzeń­ców. Dla­tego jeste­śmy tutaj, w Lon­dy­nie. Ma nadzieję, że szybko znaj­dziemy przy­ja­ciół, więc jeśli naszemu ojcu będzie gro­zić wię­zie­nie, to ktoś sta­nie w naszej obro­nie.

– Zawsze jest wuj Jem. W końcu to twój kuzyn – zauwa­żyła Lucie. – A Cisi Bra­cia cie­szą się ogrom­nym powa­ża­niem Clave.

Wuj Jem to był James Car­sta­irs, znany więk­szo­ści Nefi­lim jako brat Zacha­riasz. Cisi Bra­cia byli leka­rzami i archi­wi­stami Nefi­lim. Niemi, dłu­go­wieczni, potężni, miesz­kali w Cichym Mie­ście, w pod­ziem­nym mau­zo­leum, z któ­rego tysiące wyjść pro­wa­dziło do świata powy­żej.

Zda­niem Cor­de­lii naj­dziw­niej­sze w nich – a także ich żeń­skim odpo­wied­niku, Żela­znych Sio­strach, które wyci­nały broń i stele z ada­masu – było to, że sami wybie­rali sobie ten los. Jem był kie­dyś zwy­kłym Noc­nym Łowcą, para­ba­tai ojca Lucie, Willa. Kiedy został Cichym Bra­tem, potężne runy uci­szyły go i pozna­czyły bli­znami, zamknęły na zawsze jego oczy. Cisi Bra­cia nie sta­rzeli się fizycz­nie, ale też nie mieli dzieci, żon ani domów. Wie­dli okrop­nie samotne życie. Cor­de­lia z pew­no­ścią widziała brata Zacha­ria­sza – Jema – przy róż­nych waż­nych oka­zjach, ale nie czuła, że zna go tak dobrze jak James i Lucie. Jej ojciec ni­gdy nie czuł się swo­bod­nie w towa­rzy­stwie Cichego Brata i przez całe życie robił co w jego mocy, żeby zapo­bie­gać rodzin­nym wizy­tom Jema.

Gdyby tylko Elias myślał ina­czej, Jem mógłby teraz być ich sprzy­mie­rzeń­cem. A w obec­nej sytu­acji Cor­de­lia nie miała nawet poję­cia, jak zagad­nąć brata Zacha­ria­sza.

– Twój ojciec nie zosta­nie ska­zany – pocie­szyła ją Lucie, ści­ska­jąc jej dłoń. – Poroz­ma­wiam z rodzi­cami…

– Nie, Lucie. – Cor­de­lia pokrę­ciła głową. – Wszy­scy wie­dzą, jak bli­sko trzy­mają się nasze rodziny. Nie uznają two­ich rodzi­ców za bez­stron­nych. – Ode­tchnęła. – Zwrócę się do Kon­sul. Bez­po­śred­nio. Może nie zda­wać sobie sprawy, że Clave pró­buje uci­szyć skan­dal z Pod­ziem­nymi, zrzu­ca­jąc całą winę na mojego ojca. Łatwiej wytknąć pal­cem jedną osobę niż przy­znać, że wszy­scy popeł­nili błąd.

Lucie poki­wała głową.

– Ciotka Char­lotte jest życz­liwa, na pewno pomoże.

Ciotka Char­lotte to była Char­lotte Fair­child, pierw­sza kobieta, jaką kie­dy­kol­wiek wybrano na Kon­sula. Była też matką para­ba­tai Jamesa, Mat­thew i starą przy­ja­ciółką rodziny Heron­dale’ów.

Kon­sul miała ogromną wła­dzę i kiedy Cor­de­lia pierw­szy raz usły­szała o uwię­zie­niu ojca, od razu o niej pomy­ślała. Nie­stety Kon­sul nie mogła uwol­nić, kogo zechce, jak wyja­śniła Sona. Pewne frak­cje w Clave, potężne frak­cje, zawsze naci­skały na Kon­sul, żeby zro­biła tę czy inną rzecz, a ona nie mogła ryzy­ko­wać ich gniewu. Gdyby zwró­cili się do Kon­sul, to tylko pogor­szy­łoby sytu­ację ich rodziny.

Oso­bi­ście Cor­de­lia uwa­żała, że jej matka się myli. Czy nie na tym wła­śnie pole­gała wła­dza, że można ryzy­ko­wać, że roz­gniewa się innych ludzi? Jaki sens ma bycie kobietą-kon­su­lem, jeśli na­dal zamar­twiasz się tym, czy wszyst­kich zado­wo­lisz? Jej matka była zbyt ostrożna, zbyt lękliwa. Sona uwa­żała, że jedy­nym wyj­ściem z obec­nej sytu­acji będzie wyda­nie Cor­de­lii za kogoś wpły­wo­wego, za kogoś, kto zdoła ura­to­wać ich rodzinę, jeśli Elias trafi do wię­zie­nia.

Jed­nakże Cor­de­lia nie zamie­rzał wspo­mi­nać o tym Lucie. Nie chciała nikomu o tym mówić. Led­wie sama była w sta­nie o tym myśleć. Nie miała nic prze­ciwko mał­żeń­stwu, ale chciała wyjść za wła­ściwą osobę i zro­bić to z miło­ści. Mał­żeń­stwo nie mogło być czę­ścią umowy, mającą na celu zmniej­sze­nie wstydu rodziny, skoro jej ojciec nie zro­bił nic złego. Cor­de­lia roz­wiąże ten pro­blem za pomocą wła­snego sprytu i odwagi, a nie sprze­da­jąc swoją rękę.

– Wiem, że w tej chwili to wygląda naprawdę potwor­nie… – powie­działa Lucie, a Cor­de­lia miała wra­że­nie, że prze­ga­piła część wypo­wie­dzi przy­ja­ciółki – …ale wie­rzę, że to nie­długo się skoń­czy i twój ojciec znowu będzie bez­pieczny. A na razie jesteś w Lon­dy­nie i możesz ze mną tre­no­wać, i… Och! – Lucie zabrała rękę z uści­sku Cor­de­lii i pogrze­bała w torebce. – Pra­wie zapo­mnia­łam. Mam dla cie­bie kolejny odci­nek Pięk­nej Cor­de­lii do prze­czy­ta­nia.

Cor­de­lia uśmiech­nęła się i spró­bo­wała odsu­nąć na bok myśli o ojcu. Piękna Cor­de­lia to powieść, którą Lucie zaczęła pisać jako dwu­na­sto­latka. Chciała w ten spo­sób pocie­szyć Cor­de­lię pod­czas jej prze­dłu­żo­nego pobytu w Szwaj­ca­rii. Opi­sy­wała przy­gody mło­dej, pora­ża­jąco pięk­nej kobiety imie­niem Cor­de­lia, uwiel­bia­nej przez przy­stoj­nego męż­czy­znę, który nazy­wał się lord Hawke. Nie­stety zostali roz­dzie­leni, kiedy piękna Cor­de­lia została porwana przez pira­tów i od tam­tej pory pró­bo­wała do niego wró­cić, ale jej powrót kom­pli­ko­wały liczne przy­gody, a także tak wielu atrak­cyj­nych męż­czyzn, któ­rzy zawsze zako­chi­wali się w niej i pra­gnęli się z nią żenić, że Cor­de­lia już dawno stra­ciła rachubę.

Nie­odmien­nie przez cztery lata Lucie co mie­siąc prze­sy­łała nowy roz­dział, a Cor­de­lia sado­wiła się z roman­tycz­nymi przy­go­dami swo­jej fik­cyj­nej imien­niczki i zatra­cała się w nich na jakiś czas.

– Cudow­nie – powie­działa, bio­rąc arku­sze papieru. – Nie mogę się docze­kać, żeby się dowie­dzieć, czy Cor­de­lia ucie­kła od tego nik­czem­nego Króla Ban­dy­tów!

– Jak się okaże, Król Ban­dy­tów wcale nie jest taki cał­kiem nik­czemny. Widzisz, jest naj­młod­szym synem diuka, który zawsze był… Wybacz… – Lucie urwała, kiedy Cor­de­lia spio­ru­no­wała ją wzro­kiem. – Zapo­mnia­łam, jak nie cier­pisz, kiedy opo­wiada ci się histo­rię, zanim ją prze­czy­tasz.

– Ow­szem. – Cor­de­lia szturch­nęła przy­ja­ciółkę zwi­nię­tym w rulon ręko­pi­sem. – Ale dzię­kuję, moja droga, prze­czy­tam natych­miast, jak tylko będę miała chwilę dla sie­bie. – Obej­rzała się przez ramię. – Myślisz… To zna­czy okrop­nie chcę poga­wę­dzić z tobą sam na sam, ale czy to nie jest okrop­nie nie­grzeczne kazać two­jemu bratu tak iść za nami?

– Ani odro­binę – zapew­niła ją Lucie. – Popatrz na niego. Książka cał­kiem go pochło­nęła.

Rze­czy­wi­ście. Cho­ciaż James spra­wiał wra­że­nie cał­ko­wi­cie sku­pio­nego na lek­tu­rze, był w sta­nie z god­nym podziwu wdzię­kiem omi­jać prze­chod­niów idą­cych z naprze­ciwka, cza­sem kamień albo gałąź leżące na ziemi, a raz nawet małego chłopca z kół­kiem. Cor­de­lia podej­rze­wała, że gdyby ona spró­bo­wała cze­goś takiego, wpa­dłaby na drzewo.

– Masz takie szczę­ście – powie­działa, na­dal oglą­da­jąc się przez ramię na Jamesa.

– A niby to czemu, u licha? – Lucie wytrzesz­czyła oczy.

O ile James miał bursz­ty­nowe oczy, to Lucie miała jasno­nie­bie­skie, kilka odcieni jaśniej­sze od oczu ojca.

Cor­de­lia odwró­ciła gwał­tow­nie głowę.

– Och, bo…

„Bo możesz codzien­nie spę­dzać czas z Jame­sem?”. Wąt­piła, żeby Lucie uznała to za szcze­gólny dar. Nie odbie­rało się tego w taki spo­sób, kiedy cho­dziło o członka wła­snej rodziny.

– To taki dobry star­szy brat. Gdy­bym popro­siła Ala­sta­ira, żeby szedł dzie­sięć kro­ków za mną w parku, to na pewno szedłby przez cały czas tuż obok mnie, żeby mnie dener­wo­wać.

– Phi! Pew­nie, że uwiel­biam Jamiego, ale ostat­nio jest potworny. Odkąd się zako­chał.

Rów­nie dobrze mogłaby spu­ścić Cor­de­lii na głowę bombę zapa­la­jącą. Wszystko wokół niej się roz­pa­dło.

– Co takiego?!

– Zako­chał się – powtó­rzyła Lucie z miną kogoś, kto z rado­ścią dzieli się plo­tecz­kami. – Oczy­wi­ście nie powie, w kim, ale to Jamie, a on ni­gdy nic nam nie mówi. Jed­nak ojciec go zdia­gno­zo­wał i mówi, że to z całą pew­no­ścią miłość.

– Mówisz o tym tak, jakby zacho­ro­wał na gruź­licę. – Cor­de­lii w gło­wie się krę­ciło z nie­po­koju. James się zako­chał? W kim?

– Bo to tro­chę podobne, nie? Pobladł, stał się humo­rza­sty i cały czas wygląda przez okno jak Keats.

– A Keats wyglą­dał przez okno?

Cza­sem trudno było nadą­żyć za Lucie.

Lucie mówiła dalej, nie zwa­ża­jąc na pyta­nie, czy naj­więk­szy angiel­ski poeta roman­tyczny rze­czy­wi­ście wyglą­dał godzi­nami przez okno, czy też nie.

– Nic nie powie nikomu poza Mat­thew, a Mat­thew mil­czy jak grób w spra­wach Jamesa. Ale tego ranka usły­sza­łam nie­chcący kawa­łek ich roz­mowy…

– Nie­chcący? – Cor­de­lia unio­sła brew.

– Moż­liwe, że cho­wa­łam się pod sto­łem – odpo­wie­działa z god­no­ścią Lucie. – Ale to tylko dla­tego, że zgu­bi­łam kol­czyk i wła­śnie go szu­ka­łam.

Cor­de­lia zdu­siła uśmiech.

– Mów dalej.

– Zde­cy­do­wa­nie jest zako­chany i Mat­thew uważa, że zacho­wuje się nie­mą­drze. Cho­dzi o dziew­czynę, która nie mieszka w Lon­dy­nie, ale nie­długo przy­je­dzie tu na dłu­żej. Mat­thew nie pochwala jego wyboru… – Lucie urwała nagle i zła­pała Cor­de­lię za nad­gar­stek. – Rety!

– Auć! Lucie…

– Cudna młoda dama, która przy­je­dzie do Lon­dynu! Ale ze mnie głu­pia gęś! To jasne, że miał na myśli cie­bie!

– Tak? – powąt­pie­wała Cor­de­lia. Zbli­żały się do Long Water, widziała już słońce skrzące się na powierzchni jeziora.

– Miał na myśli cie­bie – eks­cy­to­wała się Lucie. – Och, jak cudow­nie! Wyobraź sobie, gdy­by­ście się pobrali! Były­by­śmy naprawdę sio­strami!

– Lucie! – Cor­de­lia zni­żyła głos do szeptu. – Nie mamy dowodu, że miał na myśli mnie.

– Musiałby być sza­lony, żeby się w tobie nie zako­chać – odparła Lucie. – Jesteś okrop­nie ładna i tak jak powie­dział Mat­thew, dopiero co przy­je­cha­łaś do Lon­dynu na dłu­żej. O kogo innego może cho­dzić? Enklawa nie jest aż tak duża. To musisz być ty.

– Sama nie wiem…

Lucie wytrzesz­czyła oczy.

– Bo on się tobie nie podoba? Cóż, to natu­ralne, przy­naj­mniej na razie. Znasz go całe życie, więc pew­nie nie robi na tobie nad­zwy­czaj­nego wra­że­nia, ale jestem pewna, że można przy­wyk­nąć do jego twa­rzy. Nie chra­pie i nie opo­wiada ordy­nar­nych dow­ci­pów. Naprawdę nie jest taki naj­gor­szy – dodała roz­trop­nie. – Zasta­nów się, dobrze? Zatańcz z nim jutro z jeden raz. Masz sukienkę, prawda? Musisz mieć piękna sukienkę, żebyś sto­sow­nie go olśniła.

– Mam sukienkę – pośpiesz­nie zapew­niła ją Cor­de­lia, cho­ciaż daleko jej było do cze­goś olśnie­wa­ją­cego.

– Gdy już go olśnisz, to on się oświad­czy – mówiła Lucie. – Wtedy zasta­no­wimy się, czy masz się zgo­dzić, czy nie, a jeśli tak, to czy zarę­czyny mają być dłu­gie. Może lepiej tak, żeby­śmy mogły skoń­czyć tre­ning para­ba­tai.

– Lucie, w gło­wie mi się kręci od tego wszyst­kiego! – zapro­te­sto­wała Cor­de­lia i obej­rzała się z nie­po­ko­jem przez ramię. Czy James usły­szał cokol­wiek z tego, co powie­działy? Nie, nie wyglą­dało na to. Na­dal szedł i czy­tał.

Zdra­dziecka nadzieja wez­brała jej w sercu i przez chwilę wyobra­żała sobie, że jest zarę­czona z Jame­sem i została powi­tana w rodzi­nie Lucie. A Lucie, teraz jej sio­stra zgod­nie z pra­wem, nie­sie pęk kwia­tów na jej ślu­bie. Ich przy­ja­ciele, bo z pew­no­ścią mie­liby przy­ja­ciół, wykrzy­kują: „Och wy dwoje jeste­ście ide­alną parą…”.

Zmarsz­czyła nagle czoło.

– Dla­czego Mat­thew mnie nie pochwala? – zapy­tała i zaraz odchrząk­nęła. – Gdy­bym rze­czy­wi­ście była dziew­czyną, o któ­rej roz­ma­wiali, a jestem pewna, że nie jestem.

Lucie mach­nęła non­sza­lancko ręką.

– Uważa, że tej dziew­czy­nie nie zależy na Jame­sie, choć, jak już usta­li­ły­śmy, możesz z łatwo­ścią się w nim zako­chać, jeśli wło­żysz w to tro­chę pracy. Mat­thew za bar­dzo chroni Jamesa, ale nie musisz się go oba­wiać. Może i nie prze­pada za wie­loma oso­bami, ale dla tych, któ­rych polubi, jest bar­dzo miły.

Cor­de­lia pomy­ślała o Mat­thew, para­ba­tai Jamesa. Pra­wie nie odstę­po­wał Jamesa, odkąd razem uczęsz­czali do szkoły w Idri­sie. Cor­de­lia spo­tkała go parę razy przy róż­nych towa­rzy­skich oka­zjach. Mat­thew miał zło­ci­ste włosy i piękny uśmiech, ale podej­rze­wała, że pod wdzię­kiem słod­kiego kociaka kryje się lew, który ujaw­niłby się, gdyby ktoś skrzyw­dził Jamesa.

Tyle że ona ni­gdy nie skrzyw­dzi­łaby Jamesa. Kochała go. Kochała go całe życie.

A jutro będzie miała szansę mu to powie­dzieć. Była prze­ko­nana, że to doda jej odwagi, żeby zwró­cić się do Kon­sul i popro­sić o wyro­zu­mia­łość dla ojca, zwłasz­cza gdy James będzie stał u jej boku.

Cor­de­lia unio­sła pod­bró­dek. Tak, po jutrzej­szym balu jej życie cał­kiem się zmieni.

Minione dni. Idris, 1899

Minione dni Idris, 1899

Co roku, odkąd James się­gał pamię­cią, jego rodzina i on spę­dzali lato w rezy­den­cji Heron­dale’ów w Idri­sie. To był wiel­gachny gmach ze złoto-żół­tego kamie­nia z ogro­dami opa­da­ją­cymi ku zacza­ro­wa­nej zie­lo­nej prze­strzeni lasu Bro­ce­lind. Wysoki mur oddzie­lał ich od posia­dło­ści Black­thor­nów po sąsiedzku.

James i Lucie całymi dniami bawili się na skraju ciem­nego lasu, pły­wa­jąc i łowiąc ryby w pobli­skiej rzece, jeż­dżąc konno po zie­lo­nych polach. Cza­sem pró­bo­wali zer­k­nąć ponad murem na dom Black­thor­nów, ale był cały poro­śnięty cier­ni­stymi pną­czami. Ostre jak brzy­twy kolce pora­stały też bramę do posia­dło­ści Black­thor­nów, jakby dom dawno temu porzu­cono, ale wie­dzieli, że mieszka tam Tatiana Black­thorn. Widy­wali cza­sem z daleka jej powóz przy­jeż­dża­jący i wyjeż­dża­jący, z oknami i drzwiami dokład­nie zamknię­tymi.

James zapy­tał raz, dla­czego nie utrzy­mują kon­tak­tów z sąsiadką, zwłasz­cza że Tatiana była spo­krew­niona z jego wujami, Gide­onem i Gabrie­lem Ligh­two­odami. Tessa wyja­śniła dyplo­ma­tycz­nie, że rodziny są skłó­cone, odkąd na ojca Tatiany spa­dło prze­kleń­stwo, a oni nie zdo­łali go ura­to­wać. Ojciec i mąż Tatiany zmarli tam­tego dnia, a jej syn Jesse kilka lat póź­niej. Obwi­niała Willa i swo­ich braci za ponie­sioną stratę. „Ludzie zamy­kają się cza­sem w swo­jej gory­czy i pra­gną zna­leźć kogoś, kogo­kol­wiek, żeby obwi­nić go o swoje cier­pie­nie. To wielka szkoda, bo Will i twoi wuj­ko­wie pomo­gliby jej, gdyby mogli” – powie­działa Tessa.

James nie myślał dużo wię­cej o Tatia­nie; nie chciał znać dziw­nej kobiety, która bez­pod­staw­nie nie­na­wi­dziła jego ojca. A potem latem, kiedy James skoń­czył trzy­na­ście lat, do Willa przy­szła wia­do­mość z Lon­dynu, że Edmund i Linette Heron­dale’owie, dziad­ko­wie Jamesa, zmarli z powodu influ­ency.

Gdyby Willa nie pochło­nęła tak jego strata, to może sprawy przy­bra­łyby inny obrót.

A tak wyda­rze­nia poto­czyły się tak, jak się poto­czyły.

Wie­czo­rem, po wia­do­mo­ści o śmierci Linette i Edmunda Will sie­dział na pod­ło­dze w bawialni, a Tessa w wyście­ła­nym fotelu za nim, pod­czas gdy Lucie i James wycią­gali się na dywa­nie przed komin­kiem. Will opie­rał się ple­cami o nogi Tessy i patrzył na ogień, nie widząc go tak naprawdę. Wszy­scy sły­szeli, jak otwie­rają się fron­towe drzwi; Will pod­niósł wzrok, gdy wszedł Jem, ten zaś pod­szedł do Willa i usiadł obok niego w swo­ich sza­tach Cichego Brata. Oparł sobie głowę Willa na ramie­niu, a Will zła­pał w pię­ści przód jego szaty i zapła­kał. Tessa pochy­liła się nad nimi i we trójkę pogrą­żyli się w smutku ludzi doro­słych, w sfe­rze, któ­rej James nie potra­fił jesz­cze prze­nik­nąć. Po raz pierw­szy do Jamesa dotarło, że jego ojciec może z jakie­goś powodu pła­kać.

Lucie i James ucie­kli do kuchni. Tam zastała ich Tatiana Black­thorn – sie­dzieli przy stole z kucharką Brid­get, która dała im pud­ding na kola­cję. Przy­szła popro­sić Jamesa, żeby ściął kol­cza­ste pną­cza.

Wyglą­dała jak szara wrona i zupeł­nie nie paso­wała do ich jasnej kuchni. Nosiła suk­nię ze zno­szo­nej serży z postrzę­pio­nymi man­kie­tami i rąb­kiem oraz prze­krzy­wiony brudny kape­lusz z wypcha­nym pta­kiem o oczach z pacior­ków. Włosy miała siwe, jej skóra była szara, oczy męt­nie zie­lone, jakby żałość i gniew ode­brały jej wszel­kie kolory.

– Chłop­cze, moja brama kli­nuje się z powodu dzi­kich róż – powie­działa, patrząc na Jamesa. – Ktoś musi je ściąć. Zaj­miesz się tym?

Może sprawy poto­czyłby się ina­czej, gdyby James nie rwał się do tego, żeby pomóc ojcu, cho­ciaż nie miał poję­cia, w jaki spo­sób. Może odmó­wiłby. Może zasta­no­wiłby się, dla­czego pani Black­thorn nie poprosi o to osoby, która od lat zaj­mo­wała się przy­ci­na­niem dzi­kich róż, i dla­czego nagle wła­śnie tego wie­czoru potrze­bo­wała pomocy.

Nie zro­bił tego jed­nak. Wstał od stołu i poszedł za Tatianą o zmierz­chu. Słońce już zacho­dziło, drzewa lasu Bro­ce­lind wyglą­dały, jakby pło­nęły, kiedy Tatiana szła przez teren mię­dzy ich domami w stronę swo­jej fron­to­wej bramy. Była zro­biona z czar­nego, poskrę­ca­nego żelaza, a na łuku nad nimi wid­niały słowa „lex malla, lex nulla”.

Złe prawo to żadne prawo.

Pochy­liła się pośród opa­dłych liści i wypro­sto­wała, trzy­ma­jąc ogromny nóż. Ewi­dent­nie kie­dyś był ostry, ale teraz ostrze miało ciem­no­brą­zowy kolor od rdzy, pra­wie czarny. Przez chwilę James wyobra­żał sobie, że Tatiana Black­thorn przy­pro­wa­dziła go tam, żeby go zabić. Wytnie mu serce i zostawi go na ziemi, a krew roz­leje się wokół niego kałużą.

Zamiast tego wepchnęła mu nóż do ręki.

– Pro­szę, chłop­cze. Nie śpiesz się.

Przez chwilę myślał, że się uśmiech­nęła, ale może to była tylko gra świa­tła i cie­nia. Ode­szła pośród sze­le­stu suchej trawy, zosta­wia­jąc go przy bra­mie z zardze­wia­łym nożem w ręce jak naj­bar­dziej pecho­wego kon­ku­renta do ręki Śpią­cej Kró­lewny. Z wes­tchnie­niem James zaczął ciąć kol­cza­ste zaro­śla.

A przy­naj­mniej spró­bo­wał. Tępe ostrze niczego nie cięło, kol­cza­ste gałę­zie gęsto pora­stały pręty bramy. Wię­cej niż raz pokłuł się wred­nymi cier­niami.

Obo­lałe ręce wkrótce miał jak z oło­wiu, a na jego bia­łej koszuli poja­wiły się plamki krwi. To idio­tyczne, powie­dział sobie. Z pew­no­ścią to prze­kra­czało zobo­wią­za­nia wobec sąsiadki. Na pewno rodzice zro­zu­mie­liby, gdyby wyrzu­cił nóż i wró­cił do domu. Na pewno…

Nagle pośród pną­czy poja­wiły się białe jak lilie dło­nie.

– Heron­dale – szep­nął ktoś. – Pomogę ci.

Popa­trzył ze zdu­mie­niem, jak kilka gałęzi spada. Chwilę potem w dziu­rze poja­wiła się blada i drobna dziew­częca twarz.

– Heron­dale – powtó­rzyła. – Potra­fisz mówić?

– Tak. I mam imię. Nazy­wam się James.

Jej twarz znik­nęła. Roz­legł się brzęk i chwilę potem seka­tor, może nie tyle nowy, ile sprawny, wysu­nął się spod bramy. James pochy­lił się po niego.

Pro­sto­wał się, kiedy usły­szał, że ktoś go nawo­łuje po imie­niu. To była jego matka.

– Muszę iść, ale dzię­kuję ci, Grace – powie­dział. – Nazy­wasz się Grace, prawda? Grace Black­thorn?

Usły­szał ciche wes­tchnie­nie i dziew­czyna znowu poja­wiła się w dziu­rze.

– Och, ale wróć, pro­szę – powie­działa Grace. – Jeśli wró­cisz jutro wie­czo­rem, to wymknę się do bramy i poroz­ma­wiamy, kiedy będziesz ciął pną­cza. Minęło tyle czasu, odkąd roz­ma­wia­łam z kim­kol­wiek poza mamą.

Wycią­gnęła rękę mię­dzy prę­tami i zoba­czył czer­wone linie w miej­scach, gdzie poka­le­czyły ją cier­nie. James pod­niósł swoją i ich dło­nie musnęły się prze­lot­nie.

– Obie­cuję – powie­dział zasko­czony wła­snymi sło­wami. – Wrócę.

2. Popioły róż

2 Popioły róż

„Choćby był jak pąk róży Blask urody się chmu­rzy I nawet miłość dłu­żej Nie trwa niż jawy bieg”3.

Alger­non Char­les Swin­burne, Ogród Per­se­fony

– Mat­thew – powie­dział James. – Mat­thew, wiem, że tam jesteś. Wyjdź, bo przy­się­gam na Anioła, że prze­trącę ci kark jak żabie.

James leżał na stole bilar­do­wym w sali gier w Insty­tu­cie i pio­ru­no­wał wzro­kiem prze­strzeń poni­żej.

Bal trwał już co naj­mniej pół godziny i nikt nie był w sta­nie zna­leźć Mat­thew. Tylko James domy­ślił się, gdzie się scho­wał jego para­ba­tai