Mechaniczny anioł. Cykl Diabelskie maszyny. Tom 1 - Cassandra Clare - ebook

Mechaniczny anioł. Cykl Diabelskie maszyny. Tom 1 ebook

Cassandra Clare

4,5

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Magia jest niebezpieczna, ale miłość jeszcze bardziej. Kiedy szesnastoletnia Tessa Gray pokonuje ocean, żeby odnaleźć brata, celem jej podróży jest Anglia za czasów panowania królowej Wiktorii. W londyńskim Podziemnym Świecie, w którym po ulicach przemykają wampiry, czarownicy i inne nadnaturalne istoty, czeka na nią coś strasznego.

Tylko Nocni Łowcy, wojownicy ratujący świat przed demonami, utrzymują porządek w tym chaosie. Porwana przez Mroczne Siostry, członkinie tajnej organizacji zwanej Klubem Pandemonium, Tessa wkrótce dowiaduje się, że sama jest Podziemną z rzadkim darem zmieniania się w inną osobę.

Co więcej, Mistrz - tajemnicza postać kierująca Klubem - nie zatrzyma się przed niczym, żeby wykorzystać jej moc. Pozbawiona przyjaciół, ścigana Tessa znajduje schronienie w londyńskim Instytucie Nocnych Łowców, którzy przyrzekają, że znajdą jej brata, jeśli ona wykorzysta swój dar, żeby im pomóc. Wkrótce Tessę zaczynają fascynować dwaj przyjaciele: James, którego krucha uroda skrywa groźny sekret, i niebieskooki Will, zniechęcający do siebie wszystkich swym sarkastycznym humorem i zmiennymi nastrojami… wszystkich oprócz Tessy. W miarę jak w trakcie swoich poszukiwań, zostają wciągnięci w intrygę, grożącą zagładą Nocnych Łowców, Tessa uświadamia sobie, że będzie musiała wybierać między ratowaniem brata a pomaganiem nowym przyjaciołom, którzy próbują ratować świat… i że miłość potrafi być najbardziej niebezpieczną magią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 492

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (302 oceny)
185
81
32
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Solind

Nie oderwiesz się od lektury

Diabelskie maszyny nie są moim ulubionym cyklem, ale dobrze wpasowują się w cale uniwersum.
00
STerlicka

Dobrze spędzony czas

Książka dobrze napisana, łatwo się ją czyta. Ciekawy motyw steampankowy połączony epoką wiktoriańską i Londynem XIX wieku. Jednakże mam do niej mieszane uczucia, nie porwała mnie znacząco. Przeczytałam ją ale bez większego polotu. Główni bohaterowie chociaż dość dobrze wykreowani nie przekonali mnie. Coś było nie tak ale nie jestem wstanie określić dokładnie co. Może to irracjonalne zachowania bohaterów, może ich wiek. Nie wiem. Zapewne sięgnę po kolejne części ale za jakiś czas, jeszcze nie teraz.
00
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

nie spodziewałam się że to będzie tak fantastyczna przygoda, świetna książka
00
Chiluj

Nie oderwiesz się od lektury

Wow ! Will -wow wow wow !!! Czytałam Dary Aniołów ,ale Mechaniczny anioł to coś innego ,bardziej głębokiego i poruszającego człowieka. Nie mogę się doczekać kolejnej części.
00
Rrokki

Nie oderwiesz się od lektury

dobrze się czyta
00

Popularność




Pieśń Tamizy

Pieśń Tamizy

Nuta soli

wpada i rzeka się pod­nosi,

wez­braną falą w kolo­rze her­baty

na spo­tka­nie zie­leni pły­nie.

Nad jej brze­gami tryby i koła

mon­stru­al­nych maszyn

dźwię­czą i wirują, duch

wnika w ich śruby,

szep­cząc tajem­nice.

Każdy złoty try­bik ma zęby,

każde wiel­kie koło poru­sza

parę rąk, które zgar­niają

wodę z rzeki,

poże­rają ją, prze­twa­rzają w parę,

zmu­szają wielką maszynę do pracy

siłą jej roz­padu.

Łagod­nie wzbiera fala,

nisz­cząc mecha­nizm.

Sól, rdza i szlam

spo­wal­niają prze­kład­nie.

Na brze­gach

żela­zne zbior­niki

ude­rzają w cumy

z głu­chym łosko­tem

gigan­tycz­nego dzwonu,

bębna i działa,

które krzy­czą języ­kiem grzmotu,

a rzeka toczy się w dole.

– Elka Cloke

Pro­log

Pro­log

Lon­dyn, kwie­cień 1878

Demon eks­plo­do­wał fon­tanną posoki i wnętrz­no­ści.

Wil­liam Heron­dale bły­ska­wicz­nie wyszarp­nął szty­let, ale było już za późno. Żrący kwas krwi demona zaczął tra­wić lśniące ostrze. Wil­liam zaklął i odrzu­cił broń; wylą­do­wała w brud­nej kałuży i zaczęła dymić jak zga­szona zapałka. Sam demon oczy­wi­ście znik­nął; wró­cił do pie­kiel­nego świata, z któ­rego przy­był, ale zosta­wił za sobą bała­gan.

– Jem! – krzyk­nął Will, odwra­ca­jąc się. – Gdzie jesteś? Widzia­łeś to? Zabity jed­nym cio­sem! Nie­źle, co?

Nie usły­szał żad­nej odpo­wie­dzi. Z całą pew­no­ścią jesz­cze kilka minut wcze­śniej part­ner od polo­wa­nia stał za nim na mokrej, krę­tej ulicy i strzegł jego ple­ców. Teraz Will był sam w mroku. Z iry­ta­cją zmarsz­czył brwi. Co to za zabawa, skoro nie ma przed kim się popi­sać? Will obej­rzał się za sie­bie. Ulica zwę­żała się i tro­chę dalej zmie­niała w wąskie przej­ście, które pro­wa­dziło do czar­nych, wez­bra­nych wód Tamizy. W oddali maja­czył las masz­tów, niczym bez­listny sad, i ciemne zarysy przy­cu­mo­wa­nych stat­ków. Ale po Jemie nie było nawet śladu. Może wró­cił na lepiej oświe­tloną Nar­row Street? Will wzru­szył ramio­nami i skie­ro­wał się w stronę, z któ­rej przy­szedł.

Nar­row Street prze­ci­nała Lime­ho­use, bie­gnąc mię­dzy nabrze­żem rzeki a stło­czo­nymi rude­rami, które cią­gnęły się na zachód w stronę Whi­te­cha­pel. Zgod­nie z nazwą była wąska, zabu­do­wana maga­zy­nami i krzy­wymi drew­nia­nymi domami. Teraz wyglą­dała na cał­kiem opu­sto­szałą. Nawet pijacy, wra­ca­jący chwiej­nym kro­kiem z Gra­pes do domu, zna­leźli sobie miej­sca na noc­leg. Will lubił Lime­ho­use, a zwłasz­cza uczu­cie, że znaj­duje się na krańcu świata, z któ­rego codzien­nie statki odpły­wają ku nie­wy­obra­żal­nie odle­głym por­tom. Nie szko­dziło rów­nież to, że oko­licę upodo­bali sobie mary­na­rze, w związku z czym roiło się tutaj od szu­lerni, palarni opium i bur­deli. Łatwo było zatra­cić się w takim miej­scu. Willa nie draż­nił nawet zapach: dymu, brudu, ropy, smoły i egzo­tycz­nych przy­praw, wymie­szany z rzeczną wonią Tamizy.

Roz­glą­da­jąc się po pustej ulicy, ręka­wem płasz­cza wytarł z twa­rzy pie­kącą posokę. Na mate­riale zostały zie­lone i czarne plamy. Na wierz­chu dłoni też miał paskudną ranę. Przy­dałby mu się Znak uzdra­wia­jący. Naj­le­piej zro­biony przez Char­lotte, wyspe­cja­li­zo­waną w ryso­wa­niu iratze.

Nagle z mroku wyło­niła się jakaś postać i ruszyła w jego stronę. Po chwili oka­zało się jed­nak, że to nie Jem, tylko Przy­ziemny, poli­cjant w heł­mie w kształ­cie dzwonu, w cięż­kiej pele­ry­nie, z wyra­zem kon­ster­na­cji na twa­rzy. Gapił się na Willa, a raczej przez niego. Choć Will był przy­zwy­cza­jony do takich reak­cji, jak zawsze odniósł dziwne wra­że­nie. Rap­tem ogar­nęła go chęć, żeby wyrwać rewi­ro­wemu pałkę, a potem obser­wo­wać, jak bie­dak roz­gląda się w osłu­pie­niu. Jed­nakże już kilka razy zda­rzyło się, że Jem go zbesz­tał za takie głu­pie zabawy i choć Will nie do końca potra­fił zro­zu­mieć obiek­cje przy­ja­ciela, wolał go nie dener­wo­wać.

Poli­cjant wzru­szył ramio­nami i minął Willa, krę­cąc głową i mam­ro­cząc pod nosem, że powi­nien zre­zy­gno­wać z dżinu, jeśli nie chce mieć oma­mów. Will odsu­nął się, żeby go prze­pu­ścić, i zawo­łał:

– Jame­sie Car­sta­irs! Jem! Gdzie jesteś, ty nie­lo­jalny dra­niu?

Tym razem dobie­gła go cicha odpo­wiedź:

– Tutaj. Idź za magicz­nym świa­tłem.

Will ruszył w stronę głosu, docho­dzą­cego z ciem­nego przej­ścia mię­dzy dwoma maga­zy­nami. W mroku była widoczna słaba poświata, niczym ska­czący błędny ognik.

– Nie sły­sza­łeś mnie wcze­śniej? Shax myślał, że dosta­nie mnie tymi swo­imi cho­ler­nie wiel­kimi szczyp­cami, ale zapę­dzi­łem go w zaułek…

– Tak, sły­sza­łem. – Mło­dzie­niec, który poja­wił się u wylotu uliczki, był w świe­tle lampy bar­dzo blady… bled­szy niż zwy­kle, czyli wyjąt­kowo blady. Nie miał nakry­cia głowy, przez co uwagę natych­miast przy­cią­gały jego włosy o dziw­nym jasno­srebr­nym kolo­rze, jak świeżo bitego szy­linga. Drobna twarz była kan­cia­sta i tylko lekko sko­śne oczy, rów­nież srebrne, zdra­dzały pocho­dze­nie chło­paka.

Na przo­dzie jego bia­łej koszuli wid­niały ciemne plamy, dło­nie były uma­zane na czer­wono.

Will zmar­twiał.

– Krwa­wisz. Co się stało?

Jem nie­dbale mach­nął ręką.

– To nie moja krew. – Ski­nął głową, wska­zu­jąc za sie­bie. – Jej.

Will spoj­rzał w głąb ciem­nego zaułka. W jego dru­gim końcu dostrzegł leżący, sku­lony kształt, zale­d­wie cień pośród mroku, ale kiedy wytę­żył wzrok, dostrzegł zarys bia­łej ręki i kosmyk jasnych wło­sów.

– Mar­twa kobieta? – zapy­tał. – Przy­ziemna?

– Dziew­czyna. Nie wię­cej jak czter­na­ście lat.

Will zaklął gło­śno i siar­czy­ście. Jem cze­kał cier­pli­wie.

– Gdy­by­śmy tra­fili tutaj chwilę wcze­śniej… – powie­dział w końcu Will. – Ten prze­klęty demon…

– To dziwna sprawa – prze­rwał mu Jem, marsz­cząc brwi. – Nie sądzę, żeby to była robota demona. Shaxy są paso­ży­tami. Ten powi­nien raczej zacią­gnąć ofiarę do swo­jego lego­wi­ska, żeby zło­żyć jaja w jej skó­rze, dopóki jesz­cze żyła. Ale ta dziew­czyna… została zabita nożem. Dźgnięto ją wiele razy. I nie sądzę, żeby stało się to w tym miej­scu. W zaułku jest za mało krwi. Myślę, że zaata­ko­wano ją gdzie indziej, a potem ona dowlo­kła się tutaj i umarła od ran.

Will zaci­snął usta.

– Ale Shax…

– Mówię ci, że według mnie nie zro­bił tego Shax. Myślę, że polo­wał na nią z jakie­goś powodu albo z czy­je­goś pole­ce­nia.

– Shaxy mają świetny węch – przy­znał Will. – Sły­sza­łem, że cza­row­nicy wyko­rzy­stują je do tro­pie­nia zagi­nio­nych. A ten zacho­wy­wał się, jakby miał okre­ślony cel. – Spoj­rzał ponad ramie­niem Jema na żało­sną postać leżącą w zaułku. – Nie zna­la­złeś broni?

– Zna­la­złem. – Jem wyjął z kie­szeni przed­miot owi­nięty w białe płótno. – To rodzaj mize­ry­kor­dii albo noża myśliw­skiego. Popatrz, jakie ma cien­kie ostrze.

Will wziął broń do ręki. Ostrze rze­czy­wi­ście było cien­kie, a ręko­jeść zro­biono z wypo­le­ro­wa­nej kości; jedno i dru­gie było popla­mione zaschniętą krwią. Will zmarsz­czył brwi i potarł nożem o szorstki mate­riał rękawa, aż uka­zał się sym­bol wypa­lony na klin­dze: dwa węże poły­ka­jące nawza­jem swoje ogony i two­rzące ide­alny krąg.

– Ouro­bo­ros – stwier­dził Jem, pochy­la­jąc się nad nożem. – Podwójny. Jak myślisz, co to zna­czy?

– Koniec świata – odparł Will, patrząc na szty­let. W kąciku jego ust zatań­czył uśmie­szek. – I począ­tek.

Jem zmarsz­czył brwi.

– Rozu­miem sym­bo­likę, Wilia­mie. Cho­dziło mi o to, co według cie­bie ozna­cza obec­ność tego znaku na nożu.

Wiatr od rzeki zmierz­wił włosy Willa. Chło­pak odgar­nął je z oczu nie­cier­pli­wym gestem i wró­cił do stu­dio­wa­nia szty­letu.

– To sym­bol alche­miczny, a nie cza­row­ni­ków czy Pod­ziem­nych. Zwy­kle ozna­cza ludzi, głu­pich Przy­ziem­nych, któ­rzy myślą, że zabawy z magią to bilet do bogac­twa i sławy.

– Takich, któ­rzy zwy­kle koń­czą jako sto­sik zakrwa­wio­nych szmat wewnątrz pen­ta­gramu – stwier­dził ponu­rym tonem Jem.

– I takich, któ­rzy lubią krę­cić się po oko­li­cach naszego mia­sta odwie­dza­nych przez Pod­ziem­nych. – Wytarł­szy sta­ran­nie chu­s­teczką ostrze, Will scho­wał nóż do kie­szeni kurtki. – Myślisz, że Char­lotte pozwoli mi popro­wa­dzić docho­dze­nie?

– Uwa­żasz, że można ci zaufać w Pod­ziem­nym Świe­cie? Szu­ler­nie, gniazda roz­pu­sty, kobiety lek­kich oby­cza­jów…

Will uśmiech­nął się, niczym Lucy­fer tuż przed upad­kiem z nieba.

– Sądzisz, że jutro to za wcze­śnie, żeby roz­po­cząć poszu­ki­wa­nia?

Jem wes­tchnął.

– Rób, jak chcesz, Will. Zawsze tak postę­pu­jesz.

Southamp­ton, maj

Jak się­gnąć pamię­cią, Tessa zawsze kochała mecha­nicz­nego anioła. Kie­dyś nale­żał do jej matki; nosiła go aż do śmierci. Potem leżał w szka­tułce na biżu­te­rię, aż jej brat Natha­niel wyjął go pew­nego dnia, żeby spraw­dzić, czy na­dal działa.

Anioł był wiel­ko­ści małego palca Tessy: mosiężny posą­żek ze zło­żo­nymi brą­zo­wymi skrzy­dłami nie więk­szymi od skrzy­de­łek świersz­cza. Miał deli­katną meta­lową twarz, zamknięte oczy w kształ­cie pół­księ­ży­ców i ręce skrzy­żo­wane z przodu na mie­czu. Cienki łań­cu­szek umoż­li­wiał nosze­nie go na szyi jak meda­lion.

W środku musiał znaj­do­wać się werk, bo kiedy Tessa przy­sta­wiała go do ucha, sły­szała szmer mecha­ni­zmu podobny do tyka­nia zegarka. Nate aż krzyk­nął ze zdu­mie­nia, że po tylu latach urzą­dze­nie na­dal pra­cuje. Na próżno szu­kał jakie­goś pokrę­tła, śrubki czy innego spo­sobu nakrę­ca­nia anioła. W końcu wzru­szył ramio­nami i oddał anioła sio­strze. Od tam­tej chwili Tessa nie zdej­mo­wała go z szyi. Nawet kiedy spała, anio­łek leżał na jej piersi. Jego rów­no­mierne tik-tak, tik-tak było niczym bicie dru­giego serca.

Teraz, kiedy Main lawi­ro­wał mię­dzy innymi masyw­nymi parow­cami, szu­ka­jąc miej­sca w por­cie, trzy­mała go w pal­cach. Nate uparł się, żeby przy­je­chała do Southamp­ton zamiast do Liver­po­olu, dokąd zawi­jała więk­szość trans­atlan­ty­ków. Twier­dził, że jest to dużo przy­jem­niej­sze mia­sto, więc Tessę tro­chę roz­cza­ro­wał pierw­szy obraz Anglii. Było szaro i ponuro. Deszcz bęb­nił o iglice odle­głego kościoła, czarny dym bucha­jący z komi­nów stat­ków zasnu­wał już i tak oło­wiane niebo. Na nabrzeżu cze­kał tłum ludzi w ciem­nych ubra­niach, z para­so­lami w rękach. Tessa wytę­żyła wzrok, pró­bu­jąc doj­rzeć wśród nich brata, ale mgła i wyziewy oka­zały się zbyt gęste, żeby mogła odróż­nić szcze­góły.

Zadrżała. Wiatr wie­jący od morza był prze­ni­kli­wie chłodny. We wszyst­kich listach Nate pisał, że Lon­dyn jest piękny, że codzien­nie świeci w nim słońce. Tessa pomy­ślała z nadzieją, że w sto­licy pogoda okaże się lep­sza niż tutaj, bo nie miała żad­nych cie­płych ubrań oprócz weł­nia­nego szala, który nale­żał do ciotki Har­riet, i pary ręka­wi­czek. Sprze­dała więk­szość rze­czy, żeby zapła­cić za pogrzeb ciotki, była bowiem prze­ko­nana, że brat kupi jej co trzeba, kiedy zamieszka z nim w Lon­dynie.

Nagle roz­brzmiał okrzyk. Main o czar­nym i lśnią­cym od desz­czu kadłu­bie zarzu­cił kotwicę i teraz mniej­sze jed­nostki sunęły z tru­dem po roz­ko­ły­sa­nej sza­rej wodzie, żeby prze­wieźć bagaże i pasa­że­rów na brzeg. Ludzie pośpiesz­nie scho­dzili ze statku, naj­wy­raź­niej zde­spe­ro­wani, żeby poczuć pod sto­pami stały ląd. Zupeł­nie ina­czej niż wtedy, gdy wypły­wali z Nowego Jorku, pomy­ślała Tessa. Niebo było błę­kitne, grała orkie­stra dęta. Chyba tylko ona nie czuła wtedy rado­snego pod­nie­ce­nia – bo jej nie miał kto poże­gnać.

Kuląc się, Tessa dołą­czyła do wysia­da­ją­cego tłumu. Kro­ple desz­czu kłuły ją w gołą głowę i szyję niczym lodo­wate szpi­leczki, dło­nie w lichych ręka­wicz­kach były lep­kie i wil­gotne. Na nabrzeżu zaczęła gorącz­kowo wypa­try­wać Nate’a. Przez ostat­nie dwa tygo­dnie z nikim nie roz­ma­wiała. Na pokła­dzie Maina była zdana na wła­sne towa­rzy­stwo. Już nie mogła się docze­kać, żeby wresz­cie zamie­nić z kimś słowo.

Nie­stety, po jej bra­cie nie było nawet śladu. Na kei leżały stosy bagaży, naj­róż­niej­sze pudła i skrzy­nie, a nawet góry owo­ców i warzyw mok­ną­cych w desz­czu. Obok wła­śnie odbi­jał od brzegu paro­wiec zmie­rza­jący do Hawru. Prze­mo­czeni mary­na­rze uwi­jali się, pokrzy­ku­jąc do sie­bie po fran­cu­sku. Tessa pró­bo­wała usu­nąć się na bok, ale omal nie roz­dep­tał jej tłum pasa­że­rów, bie­gną­cych pod wiatę dworca kole­jo­wego.

Nate’a na­dal nie było ni­gdzie widać.

– Panna Gray? – usły­szała gar­dłowy głos kogoś, kto mówił z sil­nym akcen­tem.

Przed Tessą poja­wił się męż­czy­zna – był rosły, odziany w obszerny czarny płaszcz, a na gło­wie miał wysoki kape­lusz, któ­rego rondo gro­ma­dziło wodę jak zbior­nik na desz­czówkę. Oczy miał mocno wyłu­pia­ste, nie­mal jak u żaby, jego skóra wyglą­dała jak świeża bli­zna. Tessa z tru­dem zwal­czyła odruch, by się cof­nąć. Ten czło­wiek znał jej nazwi­sko, więc musiał znać rów­nież Nate’a, prawda?

Ski­nęła głową.

– Tak.

– Przy­słał mnie pani brat. Pro­szę pójść ze mną.

– Gdzie jest Nate? – zapy­tała Tessa, ale męż­czy­zna już ruszył przed sie­bie nie­rów­nym kro­kiem, jakby kulał od jakiejś sta­rej rany.

Po chwili waha­nia Tessa zebrała spód­nice i pośpie­szyła za nim.

Męż­czy­zna szedł szybko, lawi­ru­jąc wśród tłumu. Ludzie roz­stę­po­wali się na boki, narze­ka­jąc na jego maniery. Tessa musiała pra­wie biec, żeby za nim nadą­żyć. Rap­tem nie­zna­jomy skrę­cił za stos pudeł i zatrzy­mał się przed dużym, lśnią­cym, czar­nym powo­zem. Na boku wehi­kułu wid­niały czarne litery, ale deszcz i mgła były za gęste, by Tessa mogła je odczy­tać.

Drzwi pojazdu otwo­rzyły się i ze środka wychy­liła głowę kobieta. Wielki kape­lusz z pió­rami zasła­niał jej twarz.

– Panna The­resa Gray?

Tessa ski­nęła głową. Tym­cza­sem męż­czy­zna o wyłu­pia­stych oczach pomógł pasa­żerce wysiąść z powozu. Za nią poja­wiła się druga kobieta. Obie natych­miast otwo­rzyły para­solki i wbiły wzrok w Tessę.

Sta­no­wiły dziwną parę. Jedna – wysoka i chuda, o kości­stej, pocią­głej twa­rzy – miała bez­barwne włosy zebrane w kok, była odziana w suk­nię z jaskra­wo­fio­le­to­wego jedwa­biu. Druga kobieta – niska i pulchna, o małych, głę­boko osa­dzo­nych oczach – miała duże dło­nie w jasno­ró­żo­wych ręka­wicz­kach, wyglą­da­jące jak kolo­rowe łapy.

– The­reso Gray, miło panią wresz­cie poznać – ode­zwała się niż­sza z dwóch kobiet. – Jestem pani Black, a to moja sio­stra pani Dark. Pani brat przy­słał nas, żeby­śmy towa­rzy­szyły pani do Lon­dynu.

Tessa, mokra, zzięb­nięta i skon­ster­no­wana, moc­niej otu­liła się sza­lem.

– Nie rozu­miem. Gdzie jest Nate? Dla­czego sam nie przy­je­chał?

– Inte­resy zatrzy­mały go w Lon­dy­nie. Mort­main nie mógł się bez niego obejść. Ale brat napi­sał do pani list. – Pani Black podała jej zwi­tek papieru, mokry od desz­czu.

Tessa wzięła go do ręki, roz­wi­nęła i prze­czy­tała. W krót­kim liściku Natha­niel prze­pra­szał ją, że nie przy­je­dzie do portu na spo­tka­nie, ale zapew­niał, że ze spo­koj­nym ser­cem powie­rza ją opiece pani Black i pani Dark. „Nazy­wam je Mrocz­nymi Sio­strami, Tes­sie, z oczy­wi­stych powo­dów, a im naj­wy­raź­niej podoba się to okre­śle­nie!”. Wyja­śniał rów­nież, że są to jego gospo­dy­nie i jed­no­cze­śnie zaufane przy­ja­ciółki, na któ­rych może cał­ko­wi­cie pole­gać.

Te słowa ją prze­ko­nały. List z pew­no­ścią napi­sał Nate. Poznała cha­rak­ter jego pisma, a poza tym nikt inny nie nazy­wał jej Tes­sie. Prze­łknęła ślinę, wsu­nęła liścik do rękawa i odwró­ciła się do sióstr.

– Dobrze – powie­działa, zwal­czyw­szy uczu­cie roz­cza­ro­wa­nia. Nie mogła się już docze­kać, żeby zoba­czyć brata. – Wezwiemy tra­ga­rza po mój kufer?

– Nie trzeba, nie trzeba. – Wesoły ton pani Dark prze­czył jej ścią­gnię­tym rysom. – Już wysła­ły­śmy go przo­dem. I tak nie zmie­ściłby się w powo­zie. – Pstryk­nęła pal­cami, a kiedy na ten znak wyłu­pia­sty męż­czy­zna wsko­czył na sie­dze­nie woź­nicy, poło­żyła dłoń na ramie­niu Tessy. – Chodź, dziecko. Scho­wajmy się przed desz­czem.

Kiedy Tessa ruszyła w stronę powozu, popę­dzana kości­stym uści­skiem pani Dark, mgła się pod­nio­sła, odsła­nia­jąc złoty malu­nek na drzwiach pojazdu. Słowa „Klub Pan­de­mo­nium” wiły się mister­nie wokół dwóch węży, które poły­kały nawza­jem swoje ogony, two­rząc krąg. Tessa zmarsz­czyła brwi.

– Co to ozna­cza?

– Nie musi pani zaprzą­tać sobie tym głowy – odparła pani Black, która pierw­sza wsia­dła do powozu i roz­po­starła spód­nice na jed­nym z wygod­nych sie­dzeń. Wnę­trze pojazdu było bogato ude­ko­ro­wane, ławki wyście­łane mięk­kim fio­le­to­wym aksa­mi­tem, w oknach zawie­szono złote zasłony z frędz­lami.

Pani Dark pomo­gła Tes­sie wsiąść, po czym sama wgra­mo­liła się do środka i usia­dła obok niej. Pani Black zamknęła drzwi za sio­strą, odci­na­jąc widok sza­rego nieba. Kiedy się uśmiech­nęła, jej zęby zalśniły w mroku, jakby były z metalu.

– Roz­gość się, The­reso. Długa podróż przed nami.

Tessa poło­żyła dłoń na mecha­nicz­nym aniołku zawie­szo­nym na szyi, czer­piąc otu­chę z jego rów­no­mier­nego tyka­nia, gdy powóz z szarp­nię­ciem ruszył w deszcz.

Sześć tygo­dni póź­niej

Roz­dział pierw­szy. Mroczny Dom

Roz­dział pierw­szy

Mroczny Dom

„Za tym pado­łem gniewu i łez

Maja­czy groźny cień”.

– Wil­liam Ernest Hen­ley, Invic­tus

– Sio­stry chcia­łyby panienkę widzieć w swo­ich kom­na­tach, panno Gray.

Tessa odło­żyła książkę na nocną szafkę i spoj­rzała na Mirandę, która sta­nęła w drzwiach jej małego pokoju… jak codzien­nie o tej porze, z tą samą wia­do­mo­ścią. Za chwilę Tessa poprosi ją, żeby zacze­kała na kory­ta­rzu, a słu­żąca wyj­dzie z pokoju. Dzie­sięć minut póź­niej wróci i powie to samo. Jeśli Tessa nie pój­dzie z nią posłusz­nie po kilku następ­nych pró­bach, Miranda chwyci ją i zwle­cze po scho­dach – kopiącą i wrzesz­czącą – do gorą­cego, cuch­ną­cego pokoju, w któ­rym cze­kają na nią Mroczne Sio­stry.

Działo się tak przez cały pierw­szy tydzień, który Tessa spę­dziła w Mrocz­nym Domu – jak zaczęła go nazy­wać – aż w końcu zro­zu­miała, że krzyki i wierz­ga­nie zda­dzą się na nic i są zwy­kłą stratą ener­gii. Ener­gii, którą lepiej oszczę­dzić na inne rze­czy.

– Chwi­leczkę, Mirando – powie­działa.

Poko­jówka dygnęła nie­zdar­nie, wyszła z sypialni i zamknęła za sobą drzwi.

Tessa wstała, rozej­rzała się po pokoju, który od sze­ściu tygo­dni słu­żył jako jej wię­zie­nie. Był mały, z kwie­ci­stymi tape­tami na ścia­nach, skąpo ume­blo­wany: drew­niany stół nakryty bia­łym koron­ko­wym obru­sem, wąskie mosiężne łóżko, popę­kana umy­walka i por­ce­la­nowy dzba­nek do ablu­cji. Na para­pe­cie, na któ­rym trzy­mała książki, codzien­nie rano żło­biła w drew­nie jedną kre­skę dla zazna­cze­nia mija­ją­cych dni.

Pode­szła do lustra wiszą­cego na ścia­nie. Przy­gła­dziła włosy. Mroczne Sio­stry, które rze­czy­wi­ście chciały, żeby je tak nazy­wać, nie lubiły, kiedy wyglą­dała nie­po­rząd­nie, choć poza tym raczej nie miały zastrze­żeń do jej powierz­chow­no­ści. Na szczę­ście, pomy­ślała Tessa, krzy­wiąc się na widok swo­jego odbi­cia. Blady owal twa­rzy cał­kiem zdo­mi­no­wały puste szare oczy, wymi­ze­ro­wana, ścią­gnięta buzia bez kolo­rów, z wyra­zem rezy­gna­cji i braku nadziei. Miała na sobie nie­gu­stowną czarną, bel­fer­ską suk­nię, którą zaraz po przy­by­ciu tutaj dały jej Sio­stry. Wbrew obiet­ni­com walizka nie dotarła na miej­sce, tak że teraz było to jej jedyne ubra­nie. Pośpiesz­nie odwró­ciła wzrok od lustra.

Nie zawsze ucie­kała przed swoim odbi­ciem. W zgod­nej opi­nii rodziny przy­stojny Nate jako jedyny odzie­dzi­czył słynną urodę matki, ale Tessa była cał­kiem zado­wo­lona ze swo­ich pro­stych kasz­ta­no­wych wło­sów i sza­rych oczu. Jane Eyre też miała kasz­ta­nowe włosy, podob­nie jak wiele innych boha­te­rek powie­ści. Poza tym Tessa uwa­żała, że nie jest źle być wysoką, co prawda wyż­szą od więk­szo­ści chłop­ców w jej wieku, ale ciotka Har­riet zawsze mówiła, że dopóki rosła kobieta dobrze się poru­sza, zawsze wygląda po kró­lew­sku.

Teraz jed­nak Tessa wcale nie wyglą­dała po kró­lew­sku. Była mizerna, roz­czo­chrana i przy­po­mi­nała raczej wystra­szo­nego stra­cha na wró­ble. Zasta­na­wiała się, czy Nate by ją roz­po­znał, gdyby dzi­siaj ją zoba­czył.

Na tę myśl serce skur­czyło się jej w piersi. Nate. Dla niego robiła to wszystko, ale cza­sami tak bar­dzo za nim tęsk­niła, że miała wra­że­nie, że połknęła tłu­czone szkło. Poza nim nie miała na świe­cie nikogo. Nikogo nie obcho­dziło, czy ona żyje, czy umarła. Cza­sami ta straszna świa­do­mość gro­ziła cał­ko­wi­tym obez­wład­nie­niem i pogrą­że­niem się w bez­den­nej ciem­no­ści, z któ­rej nie byłoby powrotu. Czy w ogóle ist­niała, skoro nikt się nią nie inte­re­so­wał?

Z zamy­śle­nia wyrwał ją szczęk zamka. Drzwi się otwo­rzyły, w progu sta­nęła Miranda.

– Czas, żeby panienka ze mną poszła – oznaj­miła. – Pani Black i pani Dark cze­kają.

Tessa spoj­rzała na nią z odrazą. Nie potra­fiła odgad­nąć, ile Miranda ma lat. Dzie­więt­na­ście? Dwa­dzie­ścia pięć? Z jej gład­kiego, okrą­głego obli­cza trudno było odczy­tać wiek. Miała włosy koloru wody w rowie, mocno ścią­gnięte do tyłu, oczy wyłu­pia­ste jak woź­nica Mrocz­nych Sióstr, nada­jące jej twa­rzy wiecz­nie zdzi­wiony wyraz. Tessa przy­pusz­czała, że ci dwoje są spo­krew­nieni.

Gdy scho­dziły na dół – Miranda czła­pała bez wdzięku, nie­rów­nym kro­kiem – Tessa dotknęła łań­cuszka, na któ­rym wisiał mecha­niczny anioł. Stało się to jej nawy­kiem za każ­dym razem, kiedy musiała iść na spo­tka­nie z Mrocz­nymi Sio­strami. Wisio­rek w jakiś spo­sób doda­wał jej otu­chy. Ści­skała go w dłoni na kolej­nych pię­trach. W Mrocz­nym Domu było kilka kon­dy­gna­cji, ale Tessa widziała do tej pory tylko kom­naty pani Black i pani Dark, kory­ta­rze, schody i swój pokoik. W końcu dotarły do ciem­nych piw­nic. Na dole było wil­gotno, ściany nie­przy­jem­nie kle­iły się od pary, ale gospo­dy­niom naj­wy­raź­niej to nie prze­szka­dzało. Ich biuro znaj­do­wało się za sze­ro­kimi podwój­nymi drzwiami. Wąski kory­tarz bie­gnący w prze­ciw­nym kie­runku zni­kał w mroku. Tessa nie miała poję­cia dokąd pro­wa­dzi, ale widząc gęste cie­nie, była zado­wo­lona, że tego nie wie.

Drzwi do biura Sióstr stały otwo­rem. Miranda bez waha­nia wkro­czyła do środka. Tessa powlo­kła się za nią z ocią­ga­niem. Nie­na­wi­dziła tego pokoju naj­bar­dziej ze wszyst­kich miejsc na świe­cie.

Po pierw­sze, zawsze było tutaj gorąco i mokro jak na bagnach, nawet kiedy na zewnątrz pano­wała szara i desz­czowa pogoda. Ściany wręcz ocie­kały wil­go­cią, wyście­łane krze­sła i kanapy pokry­wała war­stwa ple­śni. W dodatku dziw­nie tu pach­niało, jak na brzegu Hud­sonu w gorący dzień: wodą, śmie­ciami i szla­mem.

Sio­stry już na nią cze­kały, jak zawsze usa­do­wione za ogrom­nym biur­kiem sto­ją­cym na pod­wyż­sze­niu. I jak zawsze, były ubrane w jaskrawe kolory: pani Black w suk­nię o żywej łoso­sio­wej bar­wie, pani Dark w pawi błę­kit. Przy jasnych, weso­łych saty­nach ich twa­rze wyglą­dały jak prze­kłute szare balony. Mimo skwaru panu­ją­cego w pokoju obie jak zwy­kle nosiły ręka­wiczki.

– Zostaw nas teraz, Mirando, i zamknij za sobą drzwi – rzu­ciła pani Black, obra­ca­jąc pulch­nym pal­cem ciężki mosiężny glo­bus sto­jący na biurku.

Tessa wiele razy pró­bo­wała mu się przyj­rzeć – zarysy kon­ty­nen­tów wyglą­dały dziw­nie, podob­nie jak obszar w środku Europy – ale sio­stry nie pozwa­lały się jej do niego zbli­żyć.

Miranda speł­niła pole­ce­nie z kamienną twa­rzą, a Tessa pró­bo­wała się nie skrzy­wić, kiedy drzwi się zamknęły, odci­na­jąc nawet tę odro­binę świe­żego powiewu w miej­scu zupeł­nie pozba­wio­nym powie­trza.

Pani Dark prze­krzy­wiła głowę.

– Podejdź tutaj, The­reso. – Była łagod­niej­sza, bar­dziej skłonna do pochlebstw i per­swa­zji niż sio­stra, która wolała klapsy i groźby wypo­wia­dane syczą­cym gło­sem. – I weź to.

Trzy­mała coś w wycią­gnię­tej ręce. Tessa zoba­czyła wstążkę. Znisz­czony pasek różo­wego mate­riału, który mógł słu­żyć do prze­wią­zy­wa­nia wło­sów.

Przy­wy­kła już do tego, że Mroczne Sio­stry dają jej różne rze­czy nale­żące kie­dyś do innych ludzi: spinki do kra­wata, zegarki, biżu­te­rię, dzie­cięce zabawki. Raz dostała sznu­ro­wa­dła, kiedy indziej poje­dyn­czy kol­czyk popla­miony krwią.

– Weź to – powtó­rzyła pani Dark z nutą znie­cier­pli­wie­nia w gło­sie. – I zmień się.

Tessa się­gnęła po wstążkę. Spo­częła na jej dłoni lekka jak skrzy­dło ćmy, Mroczne Sio­stry wpa­try­wały się w nią bez­na­mięt­nym wzro­kiem. Tes­sie przy­po­mniały się powie­ści, w któ­rych boha­te­ro­wie stali przed sądem, drżąc z napię­cia i modląc się w duchu o wer­dykt, że są nie­winni. Ona czę­sto czuła się w tym pokoju tak, jakby sama była sądzona, ale nawet nie wie­działa, o jaką zbrod­nię jest oskar­żona.

Obró­ciła wstążkę w ręce, wspo­mi­na­jąc pierw­szy raz, kiedy to Mroczne Sio­stry wrę­czyły jej cudzy przed­miot: dam­ską ręka­wiczkę zapi­naną na per­łowe guziki. Krzy­czały na nią, żeby się zmie­niła, policz­ko­wały ją i potrzą­sały za ramiona, a ona powta­rzała z rosnącą histe­rią, że nie ma poję­cia, czego od niej żądają.

Nie pła­kała, choć miała na to ochotę. Nie­na­wi­dziła pła­kać, zwłasz­cza przed ludźmi, któ­rym nie ufała. A ze wszyst­kich osób, któ­rym ufała, jedna nie żyła, a druga była uwię­ziona. Powie­działy jej to Mroczne Sio­stry. Oznaj­miły, że mają Nate’a, i że jeśli Tessa nie zrobi tego, co jej każą, brat umrze. Na dowód poka­zały jej pier­ścień, który kie­dyś nale­żał do ich ojca, teraz popla­miony krwią. Nie pozwo­liły jej go dotknąć, ale ona poznała, że to pier­ścień brata.

Potem robiła wszystko, co jej kazały Mroczne Sio­stry. Piła wywary, które jej dawały, a następ­nie godzi­nami wyko­ny­wała męczące ćwi­cze­nia, zmu­sza­jąc się do myśle­nia w taki spo­sób, jak one chciały. Kazały jej sobie wyobra­zić, że jest gliną for­mo­waną na kole garn­car­skim, że jej postać jest amor­ficzna i podatna na zmiany. Mówiły, żeby się­gała w głąb przed­mio­tów, które jej dawały, wyobra­żała je sobie jako żywe istoty i wydo­by­wała z nich duszę.

Trwało to tygo­dniami, a kiedy pierw­szy raz się Zmie­niła, było to tak bole­sne, że zwy­mio­to­wała i zemdlała. Kiedy się ock­nęła, leżała na jed­nej z butwie­ją­cych kanap w pokoju Mrocz­nych Sióstr, z mokrym ręcz­ni­kiem na twa­rzy. Pani Black pochy­lała się nad nią, wyraź­nie roz­pro­mie­niona. Jej oddech był kwa­śny jak ocet.

– Dobrze się dzi­siaj spi­sa­łaś, The­reso – powie­działa. – Bar­dzo dobrze.

Kiedy tam­tego wie­czoru Tessa wró­ciła do swo­jego pokoju, na szafce przy łóżku cze­kały na nią pre­zenty: dwie nowe powie­ści, Wiel­kie nadzieje i – tak! – Małe kobietki. Mroczne Sio­stry naj­wy­raź­niej zro­zu­miały, że czy­ta­nie to jej pasja. Tessa przy­ci­snęła książki do piersi i, naresz­cie sama, pozwo­liła sobie na płacz.

Potem Zmiana przy­cho­dziła jej łatwiej. Tessa nie rozu­miała, co wła­ści­wie się stało, ale zapa­mię­tała serię kro­ków, któ­rych nauczyły ją Mroczne Sio­stry – tak jak śle­piec zapa­mię­tuje liczbę kro­ków od łóżka do drzwi pokoju. Nie wie­działa, czym są te dziwne, ciemne miej­sca, do któ­rych ją wysy­łały, ale znała do nich drogę.

Teraz się­gnęła do tam­tych wspo­mnień, ści­ska­jąc w dłoni podarty skra­wek różo­wego mate­riału. Otwo­rzyła umysł i wpu­ściła do niego ciem­ność, więź, która łączyła ją z tasiemką i zamknię­tym w niej duchem – upior­nym echem wła­ści­cielki wstążki – roz­wi­nęła niczym złotą nić pro­wa­dzącą przez mrok. Pokój, w któ­rym się znaj­do­wała, nie­zno­śne gorąco, hała­śliwy oddech Mrocz­nych Sióstr, wszystko to zni­kało, w miarę jak podą­żała za nicią, w miarę jak świa­tło wokół niej sta­wało się coraz sil­niej­sze, a ona otu­lała się nim jak kocem.

Skóra zaczęła ją mro­wić od tysięcy drob­nych wstrzą­sów. To były naj­gor­sze chwile. Wyda­wało się jej wtedy, że umiera. Teraz była już przy­zwy­cza­jona do tej udręki i zno­siła ją sto­icko, choć drżała od stóp do głów. Mecha­niczny anioł zawie­szony na szyi tykał szyb­ciej, do rytmu jej galo­pu­ją­cego serca. Ukłu­cia się nasi­lały. Tessa gło­śno wcią­gnęła powie­trze… i rap­tow­nie otwo­rzyła oczy. Przy­kre dozna­nia znik­nęły.

Było po wszyst­kim.

Tessa zamru­gała oszo­ło­miona. W pierw­szej chwili po Zmia­nie zawsze mru­gała powie­kami, jakby po kąpieli strzą­sała z nich wodę. Spoj­rzała na sie­bie. Jej nowe ciało oka­zało się smu­kłe, nie­mal kru­che, sukienka wisiała na nim luźno, zbie­rała się na pod­ło­dze wokół stóp. Sple­cione z przodu ręce były blade i chude, z obgry­zio­nymi paznok­ciami i skór­kami. Nie­zna­jome obce dło­nie.

– Jak masz na imię? – zapy­tała pani Black. Stała teraz i patrzyła z góry na Tessę pło­ną­cymi oczami. Spra­wiała wra­że­nie wygłod­nia­łej.

Tessa nie musiała odpo­wia­dać. Dziew­czynka, w któ­rej skó­rze teraz się znaj­do­wała, odpo­wie­działa za nią, jak duchy prze­ma­wia­jące za pośred­nic­twem medium. Ale Tessa nie zno­siła takiego porów­na­nia. Zmiana była dużo bar­dziej intymna, o wiele bar­dziej prze­ra­ża­jąca.

– Emma – odparła cien­kim gło­sem Tessa. – Panna Emma Bay­liss, pro­szę pani.

– Kim jesteś, Emmo Bay­liss?

Z ust Tessy zaczęły się wyle­wać słowa, przy­no­sząc ze sobą silne obrazy. Uro­dzona w Che­ap­side Emma była jed­nym z sze­ściorga dzieci. Jej ojciec nie żył, matka sprze­da­wała wodę mię­tową z wózka na East Endzie. Emma jesz­cze jako małe dziecko nauczyła się szyć, żeby zara­biać na chleb. Noce spę­dzała przy małym stole w kuchni, pra­cu­jąc przy bla­sku świecy. Cza­sami, kiedy łojówka się wypa­liła i nie było pie­nię­dzy na następną, dziew­czynka wycho­dziła na ulicę i sia­dała pod latar­nią gazową, żeby szyć przy jej świe­tle…

– To robi­łaś na ulicy tej nocy, kiedy umar­łaś, Emmo Bay­liss? – zapy­tała pani Dark. Uśmie­chała się, prze­su­wa­jąc języ­kiem po dol­nej war­dze, jakby domy­ślała się odpo­wie­dzi.

Tessa ujrzała wąskie, mroczne ulice spo­wite gęstym opa­rem, srebrną igłę śmi­ga­jącą w sła­bym bla­sku latarni gazo­wej. Kroki stłu­mione przez mgłę. Z mroku wyła­niają się ręce, chwy­tają ją za ramiona, cią­gną, krzy­czącą, w zaułek. Igła wypada z rąk, pod­czas walki wstążka zsuwa się z wło­sów. Ochry­pły głos krzy­czy coś gniew­nie. W ciem­no­ści bły­ska srebrne ostrze noża, prze­cina jej skórę. Poka­zuje się krew, ból jest jak ogień, prze­ra­że­nie nie­po­rów­ny­walne z niczym, co do tej pory znała. Kop­nęła trzy­ma­ją­cego ją męż­czy­znę, udało jej się wytrą­cić mu szty­let z ręki. Zła­pała broń i pobie­gła przed sie­bie. Poty­kała się, słab­nąc z upływu krwi, coraz szyb­szego. Upa­dła w zaułku, usły­szała za sobą gło­śny syk. Zro­zu­miała, że coś po nią idzie, i miała nadzieję, że umrze, zanim to coś do niej dotrze…

Obraz roz­trza­skał się jak szkło. Tessa osu­nęła się z krzy­kiem na kolana, podarta wstążka wypa­dła jej z ręki. Z jej wła­snej dłoni. Emma znik­nęła, Tessa była znowu sama w swoim umy­śle.

Z daleka dobiegł głos pani Black:

– The­reso? Gdzie jest Emma?

– Nie żyje – wyszep­tała Tessa. – Umarła w zaułku, wykrwa­wiła się na śmierć.

– Dobrze. – Pani Dark ode­tchnęła z satys­fak­cją. – Dobra robota, The­reso. Bar­dzo dobra.

Tessa nie odpo­wie­działa. Przód sukni miała popla­miony krwią, ale nie czuła bólu. Wie­działa, że to nie jej krew; coś takiego wyda­rzyło się nie po raz pierw­szy. W gło­wie jej wiro­wało. Zamknęła oczy, naka­zu­jąc sobie nie zemdleć.

– Powin­ny­śmy wcze­śniej ją do tego zmu­sić – stwier­dziła pani Black. – Sprawa tej małej Bay­liss od dawna mnie nie­po­ko­iła.

– Nie byłam pewna, czy jest do tego gotowa – odparła pani Dark. – Pamię­tasz, co się stało z tą Adams.

Tessa od razu się zorien­to­wała, o kim roz­ma­wiają Mroczne Sio­stry. Parę tygo­dni wcze­śniej zmie­niła się w kobietę, która zgi­nęła od strzału w serce. Gdy krew wylała się na jej suk­nię, natych­miast prze­mie­niła się z powro­tem, krzy­cząc w histe­rycz­nym prze­ra­że­niu, dopóki Sio­stry nie poka­zały jej, że nie jest ranna.

– Od tam­tej pory zro­biła wiel­kie postępy, nie uwa­żasz, sio­stro? – zapy­tała pani Black. – Zwa­żyw­szy na to, od czego zaczy­na­ły­śmy. Dziew­czyna nawet nie wie­działa, kim jest.

– Istot­nie, była cał­ko­wi­cie nie­ufor­mo­waną gliną – zgo­dziła się pani Dark. – Naprawdę doko­na­ły­śmy cudu. Nie sądzę, żeby Mistrz miał powody do nie­za­do­wo­le­nia.

Pani Black wes­tchnęła cicho.

– Czy to zna­czy… Myślisz, że już czas?

– Ależ tak, oczy­wi­ście, moja droga sio­stro. Nasza The­resa jest gotowa. Czas, żeby poznała swo­jego pana.

W gło­sie pani Dark pobrzmie­wała cheł­pliwa nuta, tak nie­przy­jemna, że przedarła się przez oszo­ło­mie­nie Tessy. O kim one mówiły? O jakim Mistrzu? Obser­wo­wała spod przy­mknię­tych powiek, jak pani Dark cią­gnie za jedwabny sznu­rek dzwonka, żeby wezwać Mirandę. Wyglą­dało na to, że dzi­siej­sza lek­cja dobie­gła końca.

– Może jutro – powie­działa pani Black. – Albo nawet dzi­siaj wie­czo­rem. Jeśli powiemy Mistrzowi, że jest gotowa, nie wyobra­żam sobie, żeby nie zwle­kał z przy­by­ciem.

Pani Dark zachi­cho­tała, wycho­dząc zza biurka.

– Rozu­miem, że palisz się do tego, by otrzy­mać zapłatę za naszą pracę, Ame­lio. Ale The­resa nie może być tylko gotowa. Musi rów­nież dobrze się pre­zen­to­wać. Zga­dzasz się ze mną, sio­stro?

Pani Black mruk­nęła coś w odpo­wie­dzi, ale w tym momen­cie otwo­rzyły się drzwi i do pokoju weszła Miranda. Miała taki sam jak zwy­kle bez­na­miętny wyraz twa­rzy. Widok zakrwa­wio­nej dziew­czyny, sku­lo­nej na pod­ło­dze, nie zro­bił na niej żad­nego wra­że­nia. Pew­nie widy­wała gor­sze rze­czy w tym pokoju, pomy­ślała Tessa.

– Zapro­wadź The­resę do pokoju, Mirando. – Z głosu pani Black znik­nęło całe pod­nie­ce­nie, wró­ciła dawna szorst­kość. – Weź rze­czy… wiesz, te, które ci poka­za­ły­śmy, i pomóż jej się w nie ubrać.

– Rze­czy… które mi panie poka­zały? – powtó­rzyła tępo Miranda.

Mroczne Sio­stry wymie­niły zde­gu­sto­wane spoj­rze­nia i zbli­żyły się do Mirandy, zasła­nia­jąc ją przed wzro­kiem Tessy. Tessa usły­szała kilka wyszep­ta­nych przez nie słów: „suk­nie”, „gar­de­roba” i „zrób, co potra­fisz, żeby wyglą­dała ład­nie”. I na koniec padło dość okrutne stwier­dze­nie:

– Nie jestem pewna, czy Miranda jest dość bystra, żeby wypeł­nić tego rodzaju nie­ja­sne pole­ce­nia, sio­stro.

„Żeby wyglą­dała ład­nie”. Ale co je obcho­dził jej wygląd, skoro mogły ją zmu­sić, żeby przy­brała dowolną postać? Co zna­czyła jej praw­dziwa powierz­chow­ność? I dla­czego mia­łaby obcho­dzić Mistrza? Jed­nakże z zacho­wa­nia Sióstr wyni­kało, że jej pre­zen­cja będzie dla niego ważna.

Pani Black ruszyła do drzwi, sio­stra jak zawsze podą­żyła za nią. W progu pani Dark się zatrzy­mała i spoj­rzała na Tessę.

– Pamię­taj, The­reso, że ten dzień… ta noc to uko­ro­no­wa­nie wszyst­kich naszych przy­go­to­wań. – Zebrała spód­nice kości­stymi rękami. – Nie zawiedź nas.

Zatrza­snęła za sobą drzwi. Tessa drgnęła, Miranda jak zwy­kle spra­wiała wra­że­nie cał­ko­wi­cie nie­po­ru­szo­nej. Przez cały czas spę­dzony w Mrocz­nym Domu Tessa ani razu nie widziała, żeby cokol­wiek wystra­szyło albo zasko­czyło tę dziew­czynę.

– Chodźmy, panienko – powie­działa słu­żąca. – Musimy iść na górę.

Tessa wolno dźwi­gnęła się z pod­łogi. W gło­wie jej wiro­wało. Życie w Mrocz­nym Domu było okropne, ale – uświa­do­miła sobie teraz – nie­mal się do niego przy­zwy­cza­iła. Wie­działa, czego ocze­ki­wać każ­dego dnia. Wie­działa, że Mroczne Sio­stry do cze­goś ją przy­go­to­wują, ale nie miała poję­cia do czego. Wie­rzyła – może naiw­nie – że jej nie zabiją. Po co mar­no­wać wiele tygo­dni szko­le­nia?

A jed­nak coś ją zanie­po­ko­iło w tonie pani Dark. Nastą­piła jakaś zmiana. Mroczne Sio­stry osią­gnęły to, co chciały. I teraz zamie­rzały ode­brać „zapłatę”. Ale kto miał pła­cić?

– Chodź, panienko – powtó­rzyła Miranda. – Musimy przy­go­to­wać się dla Mistrza.

– Mirando. – Tessa mówiła cicho, jak do ner­wo­wego kota. Poko­jówka jesz­cze ni­gdy nie odpo­wie­działa na żadne jej pyta­nie, ale to nie ozna­czało, że nie warto pró­bo­wać. – Kto to jest Mistrz?

Zapa­dła długa cisza. Miranda gapiła się przed sie­bie. Jej cia­sto­wata twarz pozo­sta­wała bez wyrazu. W końcu, ku zasko­cze­niu Tessy, odparła:

– Mistrz to wielki czło­wiek. To dla panienki zaszczyt, że wycho­dzi za niego za mąż.

– Wycho­dzę za niego za mąż? – Wstrząs był tak silny, że Tessa nagle wyraź­nie zoba­czyła cały pokój: Mirandę, zakrwa­wiony dywan, ciężki mosiężny glo­bus na biurku, usta­wiony w pozy­cji, w któ­rej zosta­wiła go pani Black. – Ja? Ale… Kto to jest?

– To wielki czło­wiek – powtó­rzyła Miranda. – To będzie zaszczyt. – Przy­su­nęła się do Tessy. – A teraz musi panienka ze mną iść.

– Nie. – Tessa zaczęła się cofać, aż bole­śnie ude­rzyła ple­cami o biurko. Rozej­rzała się z roz­pa­czą. Mogła pobiec do drzwi, ale nie zdo­ła­łaby wymi­nąć Mirandy. W pokoju nie było innych wyjść ani okien. Gdyby scho­wała się za biur­kiem, słu­żąca po pro­stu wycią­gnę­łaby ją stam­tąd i zawlo­kła do celi. – Mirando, pro­szę.

– Musi panienka iść teraz ze mną – powtó­rzyła Miranda, zbli­ża­jąc się do niej. Tessa dostrze­gła swoje odbi­cie w jej źre­ni­cach, poczuła słaby, gorzki zapach spa­le­ni­zny, który przy­warł do ubrań i skóry poko­jówki. – Musi…

Tessa chwy­ciła za pod­stawę mosięż­nego glo­busa, unio­sła go i z siłą, o którą sie­bie nie podej­rze­wała, cisnęła nim w głowę Mirandy.

Roz­legł się nie­przy­jemny odgłos, jakby roz­gnie­ciono nogą szkło. Miranda zato­czyła się do tyłu… i szybko odzy­skała rów­no­wagę. Tessa krzyk­nęła i upu­ściła glo­bus, wytrzesz­cza­jąc oczy. Cała lewa strona twa­rzy słu­żą­cej zapa­dła się do środka jak papie­rowa maska. Kość policz­kowa była wgnie­ciona, usta zmiaż­dżone o zęby, ale nie poka­zała się nawet kro­pla krwi.

– Musi panienka iść teraz ze mną – powie­działa Miranda swoim zwy­kłym mono­ton­nym gło­sem.

Tessa roz­dzia­wiła usta.

– Musi panienka iść… ze mmm… musiiiiiiii… musiiiii… iiii. – Głos drżał, rwał się, w końcu prze­szedł w beł­kot.

Miranda ruszyła na nią, chwie­jąc się i dygo­cząc. Tessa zaczęła się cofać od biurka, pod­czas gdy ranna dziew­czyna coraz szyb­ciej szła przez pokój, zata­cza­jąc się jak pijana, aż wresz­cie z wrza­skiem wpa­dła na ścianę… co naj­wy­raź­niej ją zamro­czyło. Runęła na pod­łogę i znie­ru­cho­miała.

Tessa rzu­ciła się do drzwi i wypa­dła z pokoju. Przy­sta­nęła tylko na chwilę, żeby się obej­rzeć. Wyda­wało się jej, że z ciała Mirandy unosi się smużka czar­nego dymu, ale nie miała czasu się przy­glą­dać. Pobie­gła kory­ta­rzem, zosta­wia­jąc za sobą otwarte drzwi.

Ruszyła w górę po scho­dach, omal nie poty­ka­jąc się o spód­nice. W pew­nym momen­cie bole­śnie obiła sobie kolano o sto­pień. Krzyk­nęła, ale nie zwol­niła. Dotarł­szy na pierw­szy podest, popę­dziła dłu­gim krę­tym kory­ta­rzem, który w oddali ginął w cie­niu. Po obu jego stro­nach cią­gnęły się drzwi. Tessa zatrzy­mała się i spró­bo­wała otwo­rzyć jedne z nich, ale oka­zało się, że są zamknięte na klucz. Podob­nie było z kil­kor­giem następ­nych. Ale prze­cież w tym domu musiały gdzieś znaj­do­wać się fron­towe drzwi?

Na końcu kory­ta­rza ujrzała kolejne schody pro­wa­dzące w dół. Gdy po nich zbie­gła, tra­fiła do holu wej­ścio­wego. Kie­dyś musiał wyglą­dać impo­nu­jąco, teraz mar­mu­rowa pod­łoga była popę­kana i zapla­miona, wyso­kie okna po obu stro­nach zasło­nięte kota­rami. Przez koronki wle­wało się do środka tro­chę bla­sku, oświe­tla­ją­cego ogromne podwoje. Serce Tessy pod­sko­czyło. Się­gnęła do gałki, prze­krę­ciła ją i… drzwi sta­nęły otwo­rem.

Za nimi Tessa ujrzała wąską bru­ko­waną uliczkę z rzę­dami sze­re­go­wych domów po obu stro­nach. Zapach mia­sta był jak cios – od tak dawna nie oddy­chała świe­żym powie­trzem. Nad­cho­dził zmrok, niebo zasnute pasmami mgły robiło się gra­na­towe. Z oddali dobie­gały głosy, krzyki bawią­cych się dzieci, stuk koń­skich pod­ków, ale tutaj uliczka była opu­sto­szała, nie licząc męż­czy­zny, który opie­rał się o latar­nię gazową i czy­tał gazetę w jej świe­tle.

Mimo wszystko to był jakiś czło­wiek. Tessa zbie­gła po stop­niach, zbli­żyła się do nie­zna­jo­mego i chwy­ciła go za rękaw.

– Pro­szę pana… mógłby mi pan pomóc…

Męż­czy­zna odwró­cił się i zmie­rzył ją wzro­kiem.

Tessa stłu­miła okrzyk na widok wosko­wa­tej twa­rzy, rów­nie bia­łej jak wtedy, kiedy pierw­szy raz ją zoba­czyła w por­cie Southamp­ton. Wyłu­pia­ste oczy były takie same jak u Mirandy, zęby zalśniły meta­licz­nie, kiedy uśmiech­nął się sze­roko.

Woź­nica Mrocz­nych Sióstr.

Tessa rzu­ciła się do ucieczki. Nie­stety, za późno.

Roz­dział drugi. Pie­kło jest zimne

Roz­dział drugi

Pie­kło jest zimne

„Życie się waha mię­dzy dwoma światy:

Gwiazda wie­czorna, co się na dnia słoni

Rąbek. Jak mało wiemy, czym przed laty

Byli­śmy, czym dziś!”.

– Lord Byron, Don Juan(Prze­ło­żył Edward Porę­bo­wicz)

– Ty głu­pia dziew­czyno! – rzu­ciła z wście­kło­ścią pani Black, zaci­ska­jąc pęta, któ­rymi przy­wią­zała jej ręce do ramy łóżka. – Co zamie­rza­łaś zro­bić? Co sobie myśla­łaś? Dokąd chcia­łaś uciec?

Tessa nie odpo­wie­działa, tylko unio­sła brodę i wbiła wzrok w ścianę. Nie pozwoli, żeby pani Black albo jej okropna sio­stra zoba­czyły, jak bli­ska jest łez i jak bar­dzo bolą ją od sznura kostki i nad­garstki.

– Zupeł­nie nie zdaje sobie sprawy, jaki zaszczyt ją spo­tkał – stwier­dziła pani Dark, która stała przy drzwiach, jakby chciała mieć pew­ność, że Tessa nie uwolni się z wię­zów i nie uciek­nie. – Aż przy­kro na to patrzeć.

– Zro­bi­ły­śmy wszystko, żeby przy­go­to­wać ją dla Mistrza – dodała pani Black i wes­tchnęła ciężko. – Aż szkoda naszej pracy i jej talentu. To mała, pod­stępna głup­ta­ska.

– Istot­nie – zgo­dziła się sio­stra. – Ale prze­cież wie, co sta­nie się z jej bra­tem, jeśli znowu spró­buje nas nie posłu­chać? Tym razem były­śmy skłonne do pobłaż­li­wo­ści, lecz następ­nym… – Zasy­czała przez zęby, a Tes­sie wło­ski zje­żyły się karku. – Natha­niel nie będzie miał tyle szczę­ścia.

Tessa już nie mogła dłu­żej znieść tych gróźb. Wie­działa, że nie powinna się odzy­wać, dawać im satys­fak­cji, ale nie zdo­łała się powstrzy­mać.

– Gdy­by­ście mi powie­działy, kim jest Mistrz i czego ode mnie chce…

– Chce się z tobą oże­nić, ty mała głup­ta­sko. – Pani Black dokoń­czyła wią­za­nie pęt i cof­nęła się, żeby oce­nić swoje dzieło. – Chce dać ci wszystko.

– Ale dla­czego? – wyszep­tała Tessa. – Dla­czego ja?

– Z powodu two­jego talentu – wyja­śniła pani Black. – Z powodu tego, kim jesteś i co potra­fisz. Do czego cię wyszko­li­ły­śmy. Powin­naś być nam wdzięczna.

– Ale mój brat. – Łzy zapie­kły Tessę w oczach. Nie będę pła­kać, nie będę pła­kać. Nie będę pła­kać. – Powie­dzia­ły­ście mi, że jeśli zro­bię wszystko, co każe­cie, wypu­ści­cie go…

– Kiedy wyj­dziesz za Mistrza, on da ci wszystko, czego zapra­gniesz. Na przy­kład, two­jego brata. – W gło­sie pani Black nie było żad­nych emo­cji.

Pani Dark zachi­cho­tała.

– Wiem, o czym ona myśli. Ona myśli, że gdyby mogła dostać wszystko, czego zapra­gnie, kaza­łaby nas zabić.

– Nie trać ener­gii nawet na wyobra­ża­nie sobie takiej moż­li­wo­ści. – Pani Black pogła­skała pod­bró­dek Tessy. – Mamy umowę z Mistrzem. On nie może ani nie chce zro­bić nam krzywdy. Jest nam dużo winien za cie­bie. – Pochy­liła się i ści­szyła głos do szeptu. – Chce cie­bie zdrową i nie­tkniętą. Gdyby nie to, zbi­ły­by­śmy cię do krwi. Jeśli jesz­cze raz ośmie­lisz się nas nie posłu­chać, zlek­ce­ważę jego życze­nia i każe cię wychło­stać, aż zej­dzie ci skóra. Zro­zu­mia­łaś?

Tessa odwró­ciła twarz do ściany.

Pew­nej nocy na Maine, kiedy mijali Nową Fun­lan­dię, Tessa nie mogła zasnąć. Wyszła na pokład, żeby zaczerp­nąć świe­żego powie­trza, i zoba­czyła, że czarne morze jest pełne bia­łych lśnią­cych gór lodo­wych, które, jak powie­dział jej jeden z mary­na­rzy, odła­mały się od pół­noc­nych lodow­ców z powodu ocie­ple­nia. Dry­fo­wały wolno po ciem­nej wodzie niczym wieże zato­pio­nego bia­łego mia­sta. Tessa pomy­ślała wtedy, że wła­śnie tak wygląda praw­dziwa samot­ność.

Teraz wie­działa, że to był zale­d­wie przed­smak samot­no­ści. Kiedy Sio­stry wyszły, stwier­dziła, że już nie ma ochoty pła­kać. Pie­cze­nie w oczach ustą­piło miej­sca poczu­ciu głu­chej roz­pa­czy. Pani Dark miała rację. Gdyby Tessa mogła je obie zabić, zro­bi­łaby to bez waha­nia.

Na próbę pocią­gnęła za sznurki, któ­rymi przy­wią­zano jej ręce i nogi do słu­pów łóżka. Pęta nawet nie drgnęły, tak były cia­sne. Wpi­jały się w ciało i powo­do­wały mro­wie­nie w dło­niach i sto­pach, jakby kłuły ją dzie­siątki szpi­lek. Tessa oce­niała, że za kilka minut cał­kiem zdrę­twieje.

Z jed­nej strony chciała zaprze­stać walki, leżeć nie­ru­chomo i cze­kać, aż przyj­dzie po nią Mistrz. Pew­nie nie­długo, bo niebo już ciem­niało za małym oknem. Może on naprawdę chciał się z nią oże­nić? Może naprawdę chciał dać jej wszystko?

Nagle usły­szała w gło­wie głos ciotki Har­riet: „Zapa­mię­taj, Teeso, że kiedy znaj­dziesz męż­czy­znę, który będzie chciał cię poślu­bić, poznasz, co to za czło­wiek, nie po tym, co mówi, ale po tym, co robi”.

Ciotka Har­riet oczy­wi­ście miała rację. Męż­czy­zna, któ­rego pra­gnę­łaby poślu­bić, nie dopu­ściłby do tego, żeby trak­to­wano ją jak więź­nia i nie­wol­nicę, nie uwię­ziłby jej brata i nie tor­tu­ro­wał jej z powodu jakie­goś talentu. To była paro­dia. Tylko nie­biosa wie­działy, co naprawdę zrobi z nią Mistrz, kiedy już dosta­nie ją w swoje ręce. Pew­nie wkrótce żało­wa­łaby, że prze­żyła.

Boże, jakiż bez­u­ży­teczny był jej talent! Umie­jęt­ność zmie­nia­nia wyglądu? Gdyby miała moc pod­pa­la­nia przed­mio­tów albo łama­nia metalu, spra­wia­nia, żeby z pal­ców wyra­stały jej noże! Czy­nie­nia sie­bie nie­wi­dzialną albo kur­cze­nia się do wiel­ko­ści myszy…

Nagle znie­ru­cho­miała, tak że wyraź­nie usły­szała tyka­nie mecha­nicz­nego anioła na piersi. Prze­cież nie musiała kur­czyć się do wiel­ko­ści myszy. Wystar­czyło zmniej­szyć się na tyle, żeby pęta na nad­garst­kach stały się luźne.

Potra­fiła zmie­nić się w kogoś innego po raz drugi, nie doty­ka­jąc rze­czy nale­żą­cej do tej osoby. Sio­stry kazały jej zapa­mię­tać, jak to się robi. Wresz­cie była zado­wo­lona, że zmu­siły ją do nauki.

Leżąc na twar­dym mate­racu, przy­wo­łała wspo­mnie­nia. Kuch­nia, ulica, śmi­ga­nie igły, blask latarni gazo­wej. Naka­zała sobie Zmianę. Jak masz na imię? Emma. Emma Bay­liss…

Trans­for­ma­cja prze­to­czyła się przez nią jak pociąg, nie­mal pozba­wiła ją tchu. Zaczęły się prze­kształ­cać kości i skóra. Tessa stłu­miła okrzyk, wygięła plecy w łuk…

I stało się. Tessa przez chwilę gapiła się w sufit, mru­ga­jąc, potem zer­k­nęła na boki, na swoje ręce, na pęta­jącą je linę. Zoba­czyła dło­nie Emmy, chude i kru­che. Lina wisiała luźno na drob­nych nad­garst­kach. Tessa trium­fal­nie uwol­niła ręce i usia­dła, masu­jąc czer­wone pręgi na skó­rze.

Kostki na­dal miała zwią­zane. Pochy­liła się i zaczęła maj­stro­wać przy pętach. Oka­zało się, że pani Black potrafi wią­zać węzły jak mary­narz. Zanim lina opa­dła, palce Tessy były zakrwa­wione i obo­lałe. W końcu zerwała się z łóżka.

Cien­kie i deli­katne włosy Emmy wysu­nęły się ze spi­nek. Tessa nie­cier­pli­wym gestem odgar­nęła je do tyłu i uwol­niła się od dziew­czynki. Po chwili poczuła pod pal­cami swoje włosy, gęste, zna­jome w dotyku. Zer­k­nąw­szy w lustro po dru­giej stro­nie pokoju, zoba­czyła, że znowu jest sobą. Mała Emma Bay­liss znik­nęła.

W tym momen­cie usły­szała za ple­cami hałas i odwró­ciła się pośpiesz­nie. Gałka obra­cała się w tę i z powro­tem, jakby osoba sto­jąca po dru­giej stro­nie miała trud­no­ści z otwar­ciem drzwi.

Pani Dark. Wró­ciła, żeby wychło­stać ją do krwi. Wró­ciła, żeby zabrać ją do Mistrza. Tessa prze­bie­gła przez pokój, chwy­ciła por­ce­la­nowy dzba­nek z toa­letki i pod­kra­dła się pod drzwi, mocno ści­ska­jąc naczy­nie w zbie­la­łej ręce.

Gałka obró­ciła się do końca, drzwi się uchy­liły. W mroku Tessa dostrze­gła jedy­nie cień, kiedy ktoś wszedł do pokoju. Sko­czyła do przodu, z całej siły zamach­nęła się dzban­kiem…

Ciemna postać poru­szyła się szybko jak bicz, ale nie dość szybko. Dzba­nek tra­fił w wycią­gniętą rękę, wyle­ciał z dłoni Tessy i roz­bił się na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Stłu­czona por­ce­lana posy­pała się na pod­łogę, intruz wrza­snął.

Głos był męski. Po okrzyku posy­pał się stek prze­kleństw.

Tessa popę­dziła do wyj­ścia… ale drzwi zatrza­snęły się jej przed nosem. Kiedy chwy­ciła za gałkę, ta nawet nie drgnęła. Pokój zalało jasne świa­tło, jakby nagle wstało słońce. Tessa odwró­ciła się, zamru­gała załza­wio­nymi oczami… i osłu­piała.

Przed nią stał chło­piec, nie­wiele star­szy od niej. Mógł mieć jakieś sie­dem­na­ście, osiem­na­ście lat. Był ubrany w postrzę­pioną czarną kurtkę, spodnie i cięż­kie buciory. Nie nosił kami­zelki, jego pierś prze­ci­nały grube skó­rzane pasy. Zatknięta była za nie liczna broń: szty­lety, skła­dane noże, przed­mioty, które wyglą­dały jak krót­kie mie­cze z lodu. W pra­wej ręce trzy­mał coś, co wyglą­dało na kamień. I ten kamień jarzył się, wypeł­nia­jąc pokój świa­tłem, które nie­mal ośle­piło Tessę. Druga ręka – szczu­pła, o dłu­gich pal­cach – krwa­wiła w miej­scu, gdzie Tessa ska­le­czyła ją dzban­kiem.

Ale nie z powodu rany Tessa wytrzesz­czyła oczy. Chło­pak miał naj­pięk­niej­szą twarz, jaką kie­dy­kol­wiek widziała. Krę­cone czarne włosy i oczy jak nie­bie­skie szkło. Wyraź­nie zary­so­wane kości policz­kowe, pełne usta i dłu­gie, gęste rzęsy. Nawet pod­bró­dek był dosko­nały. Chło­pak przy­po­mi­nał fik­cyj­nych boha­te­rów, któ­rych nie­raz sobie wyobra­żała. Tyle że w jej marze­niach ktoś taki ni­gdy nie prze­kli­nał ani nie wygra­żał jej zakrwa­wioną ręką.

Intruz zauwa­żył osłu­piałe spoj­rze­nie Tessy i zamilkł na chwilę.

– Ska­le­czyła mnie pani – powie­dział w końcu. Miał przy­jemny głos. Bry­tyj­ski akcent. Cał­kiem zwy­czajny. Z kry­tycz­nym zain­te­re­so­wa­niem popa­trzył na swoją dłoń. – To może być śmier­telna rana.

Tessa spoj­rzała na niego wiel­kimi oczami.

– Pan jest Mistrzem?

Chło­pak obró­cił rękę. Ście­ka­jąca po niej krew spla­miła pod­łogę.

– No tak, duża utrata krwi. Śmierć może nastą­pić w każ­dej chwili.

– Pan jest Mistrzem?

– Mistrzem? – Chło­pak wyglą­dał na lekko zasko­czo­nego gwał­tow­no­ścią jej tonu. – Opa­no­wa­łem w życiu wiele umie­jęt­no­ści: nawi­go­wa­nie po uli­cach Lon­dynu, mówie­nie po fran­cu­sku bez akcentu, tań­cze­nie kadryla, japoń­ską sztukę ukła­da­nia kwia­tów, oszu­ki­wa­nie w grach, ukry­wa­nie stanu odu­rze­nia, zachwy­ca­nie mło­dych kobiet swo­imi wdzię­kami…

Tessa wytrzesz­czyła oczy. Miała coraz sil­niej­sze wra­że­nie, że zna­la­zła się w dziw­nym śnie.

– Nie­stety, nikt ni­gdy nie zwra­cał się do mnie „mistrzu”. Nie­stety…

– Jest pan teraz odu­rzony? – Tessa zdała pyta­nie z całą powagą, ale w chwili, kiedy wypo­wie­działa te słowa, uświa­do­miła sobie, że musiały zabrzmieć bar­dzo nie­grzecz­nie albo, co gor­sza, kokie­te­ryj­nie. Nie­zna­jomy zresztą zbyt pew­nie stał na nogach jak na pija­nego. Wystar­cza­jąco dużo razy widziała Nate’a w tym sta­nie, żeby poznać róż­nicę. Może ten chło­pak był tylko sza­lony.

– Jaka bez­po­śred­nia! Ale przy­pusz­czam, że wszyst­kie takie jeste­ście, wy, Ame­ry­kanki, prawda? – Chło­pak wyglą­dał na roz­ba­wio­nego. – Tak, zdra­dza panią akcent. Jak pani ma na imię?

Tessa popa­trzyła na niego z nie­do­wie­rza­niem.

– Jak mam na imię?

– Nie zna go pani?

– Pan… wpada do mojego pokoju, stra­szy mnie na śmierć, a teraz pyta, jak mam na imię? A pan jak się nazywa, do licha? I kim w ogóle pan jest?

– Nazy­wam się Heron­dale – odparł wesoło chło­pak. – Wil­liam Heron­dale, ale wszy­scy mówią mi Will. To naprawdę jest pani pokój? Nie­zbyt ładny, co? – Pod­szedł do okna, zatrzy­mał się, spoj­rzał na stosy ksią­żek leżące na noc­nej szafce, a potem na samo łóżko. Wska­zał ręką na sznury. – Czę­sto śpi pani przy­wią­zana do łóżka?

Tessa poczuła, że twarz jej pło­nie. Była zdu­miona, że nawet w tych oko­licz­no­ściach potrafi czuć się zakło­po­tana. Powinna powie­dzieć mu prawdę? Czy to moż­liwe, żeby był Mistrzem? Prze­cież ktoś o takim wyglą­dzie nie musiałby pory­wać dziew­czyn ani ich wią­zać, żeby je zmu­sić do ślubu.

– Pro­szę. – Podał jej świe­cący kamień.

Tessa wzięła go do ręki, spo­dzie­wa­jąc się, że spa­rzy jej palce, ale oka­zał się zimny w dotyku. W chwili, gdy zna­lazł się w jej dłoni, świa­tło przy­ga­sło do migo­tli­wej poświaty. Tessa z kon­ster­na­cją spoj­rzała na nie­pro­szo­nego gościa, ale on pod­szedł do okna i wyj­rzał przez nie, jak gdyby ni­gdy nic.

– Szkoda, że jeste­śmy na trze­cim pię­trze. Ja mógł­bym sko­czyć, ale pani praw­do­po­dob­nie by zgi­nęła. Nie. Musimy zary­zy­ko­wać i wyjść nor­malną drogą.

– Wyjść… Co takiego? – Tessa potrzą­snęła głową w nie­mal per­ma­nent­nym sta­nie oszo­ło­mie­nia. – Nie rozu­miem.

– Jak może pani nie rozu­mieć? – Wska­zał na książki. – Czyta pani powie­ści. Przy­by­łem tutaj, żeby panią ura­to­wać. Nie wyglą­dam jak sir Gala­had? – Dra­ma­tycz­nym gestem uniósł ramiona. – „Moja siła jest siłą dzie­się­ciu, bo moje serce jest czy­ste…”.

Z głębi domu dobie­gło trza­śnię­cie drzwiami.

Will wykrzyk­nął słowo, któ­rego sir Gala­had ni­gdy by nie wypo­wie­dział, i odsko­czył od okna. Skrzy­wił się, popa­trzył na swoją ska­le­czoną rękę.

– Muszę póź­niej się tym zająć. Chodźmy… – Spoj­rzał na nią pyta­jąco.

– Panna Gray – powie­działa Tessa sła­bym gło­sem. – Panna The­resa Gray.

– Panna Gray – powtó­rzył Heron­dale. – W takim razie chodźmy, panno Gray. – Wymi­nął ją i ruszył do drzwi. Się­gnął do gałki, prze­krę­cił ją, szarp­nął…

I nic.

– Nie można otwo­rzyć tych drzwi od środka – poin­for­mo­wała go Tessa.

Will uśmiech­nął się dra­pież­nie.

– Naprawdę?

Się­gnął do pasa i z zatknię­tych za nim przed­mio­tów wybrał coś w rodzaju dłu­giej, smu­kłej witki, sta­ran­nie obra­nej z mniej­szych gałą­zek i wyko­na­nej ze sre­brzy­sto­bia­łego mate­riału. Heron­dale przy­tknął jej koniec do drzwi i zaczął coś na nich ryso­wać. Na to, co robił, nie było innego okre­śle­nia. Z czubka gięt­kiego cylin­dra spi­ralą spły­wały grube czarne linie i z sykiem roz­prze­strze­niały się po drew­nia­nej powierzchni jak kleks z atra­mentu.

– Rysuje pan? – zapy­tała Tessa. – Naprawdę nie rozu­miem, jak to może…

Roz­legł się trzask, jakby pękło szkło. Gałka zaczęła się obra­cać, coraz szyb­ciej, aż w końcu drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie. Z zawia­sów uniósł się dym.

– Gotowe – oznaj­mił Will, cho­wa­jąc z powro­tem dziwny przed­miot. Ski­nął na Tessę. – Chodźmy.

O dziwo, Tessa się zawa­hała. Spoj­rzała przez ramię na pokój, który był jej wię­zie­niem przez pra­wie dwa mie­siące.

– Moje książki…

– Dam pani wię­cej ksią­żek.

Will bez­ce­re­mo­nial­nie wypchnął ją z pokoju i zamknął za sobą drzwi, po czym chwy­cił dziew­czynę za nad­gar­stek i pocią­gnął kory­ta­rzem. Za rogiem były się schody, któ­rymi Tessa wiele razy scho­dziła z Mirandą. Will zaczął po nich zbie­gać, wlo­kąc ją za sobą. Słaby blask świe­cą­cego kamie­nia, który Tessa na­dal trzy­mała w lewej ręce, tań­czył po ścia­nach na prze­mian z cie­niami.

Z góry dobiegł krzyk. Z całą pew­no­ścią wydała go pani Dark.

– Odkryli, że pani znik­nęła – stwier­dził Will.

Gdy dotarli na pierw­sze pół­pię­tro, Tessa zwol­niła, ale Heron­dale szarp­nął ją za sobą. Naj­wy­raź­niej nie miał ochoty się zatrzy­my­wać.

– Nie wyj­dziemy fron­to­wymi drzwiami? – zapy­tała Tessa.

– Nie możemy. Budy­nek jest oto­czony. Od frontu stoi rząd powo­zów. Zdaje się, że nie­ocze­ki­wa­nie przy­by­łem tu w eks­cy­tu­ją­cej chwili. – Ruszył w dół po scho­dach. Tessa podą­żyła za nim. – Wie pani, co zapla­no­wały na ten wie­czór Mroczne Sio­stry?

Tessa pokrę­ciła głową.

– Ale spo­dzie­wała się pani kogoś zwa­nego Mistrzem?

Znaj­do­wali się teraz w piw­nicy. Otyn­ko­wane ściany ustą­piły miej­sca wil­got­nemu kamie­niowi. Bez lampy Mirandy było tu dość ciemno. Gorąco ude­rzyło w nich jak fala.

– Na Anioła, tu jest jak w dzie­wią­tym kręgu pie­kła…

– Dzie­wiąty krąg pie­kła jest zimny – popra­wiła go odru­chowo Tessa.

Will zer­k­nął na nią z ukosa.

– Co?

– Inferno. W pie­kle panuje zimno. Jest skute lodem.

Heron­dale gapił się na nią przez dłuż­szą chwilę. Kąciki jego ust drgały. W końcu wycią­gnął rękę.

– Pro­szę mi oddać magiczne świa­tło. – Widząc jej minę, Will syk­nął ze znie­cier­pli­wie­niem. – Kamień. Niech pani da mi kamień.

W chwili gdy dłoń Heron­dale’a zamknęła się wokół cza­ro­dziej­skiego przed­miotu, ten znowu zapło­nął peł­nym bla­skiem, prze­świe­ca­ją­cym mię­dzy jego pal­cami. Po raz pierw­szy Tessa zoba­czyła na grzbie­cie ręki Willa nary­so­wany czar­nym atra­men­tem wzór w postaci otwar­tego oka.

– Jeśli cho­dzi o tem­pe­ra­turę pie­kła, panno Gray, pozwolę sobie udzie­lić pani pew­nej rady – powie­dział. – Przy­stojny młody czło­wiek, który pró­buje panią ura­to­wać przed strasz­nym losem, ni­gdy się nie myli. Nawet kiedy mówi, że niebo jest fio­le­towe i zro­bione z jeży.

On naprawdę jest sza­lony, pomy­ślała Tessa, ale nie ode­zwała się sło­wem. Była zbyt zanie­po­ko­jona tym, że jej wybawca ruszył w stronę sze­ro­kich podwój­nych drzwi pro­wa­dzą­cych do kom­nat Mrocz­nych Sióstr.

– Nie! – krzyk­nęła, łapiąc go za ramię i cią­gnąc do tyłu. – Nie tędy. Tu nie ma wyj­ścia.

– Znowu mnie pani popra­wia – stwier­dził Will, ale odwró­cił się i poma­sze­ro­wał w drugą stronę, ku ciem­nemu kory­ta­rzowi, któ­rego Tessa zawsze się bała.

Prze­łknęła ślinę i ruszyła za nim.

Kory­tarz zwę­żał się stop­niowo, ściany napie­rały na nich z obu stron. Pano­wał tutaj jesz­cze więk­szy skwar. Włosy Tessy skrę­cały się w loki, kle­iły do skroni i karku. Powie­trze wyda­wało się tak gęste, że trudno było nim oddy­chać. Przez chwilę szli w mil­cze­niu, aż w końcu Tessa nie wytrzy­mała napię­cia. Musiała zadać pyta­nie, choć spo­dzie­wała się prze­czą­cej odpo­wie­dzi.

– Panie Heron­dale, czy przy­słał pana mój brat?

Tro­chę się oba­wiała, że usły­szy jakąś zwa­rio­waną uwagę, ale Will tylko spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem.

– Ni­gdy nie sły­sza­łem o pani bra­cie – odparł krótko.

Tessa poczuła w sercu tępy ból roz­cza­ro­wa­nia, choć wie­działa, że nie mógł przy­słać go Nate. Ina­czej Heron­dale znałby jej imię, prawda?

– O pani rów­nież nie sły­sza­łem jesz­cze dzie­sięć minut temu. Od pra­wie dwóch mie­sięcy idę tro­pem mar­twej dziew­czynki. Została zamor­do­wana, wykrwa­wiła się w zaułku na śmierć. Przed czymś ucie­kała. – W tym miej­scu kory­tarz się roz­wi­dlał. Po chwili waha­nia Will skrę­cił w lewo. – Obok niej leżał szty­let uma­zany jej krwią. Był na nim wyryty sym­bol: dwa węże poły­ka­jące nawza­jem swoje ogony.

Tessa drgnęła. Wykrwa­wiła się na śmierć w zaułku Obok niej leżał szty­let. Z pew­no­ścią cho­dziło o ciało Emmy.

– Taki sam sym­bol wid­nieje na boku powozu Mrocz­nych Sióstr. Tak je nazy­wam, to zna­czy panią Dark i panią Black…

– Nie tylko pani tak je nazywa. Inni Pod­ziemni rów­nież. Prze­ko­na­łem się o tym, bada­jąc sym­bol. Musia­łem poka­zać nóż w dzie­siąt­kach naj­bar­dziej uczęsz­cza­nych miejsc Pod­ziem­nego Świata, szu­ka­jąc kogoś, kto by go roz­po­znał. Zaofe­ro­wa­łem nagrodę za infor­ma­cję. W końcu do moich uszu dotarł przy­do­mek Mroczne Sio­stry.

– Pod­ziemny Świat? – powtó­rzyła Tessa. – To miej­sce w Lon­dy­nie?

– Nie­ważne – uciął Will. – Wła­śnie chwalę się swo­imi umie­jęt­no­ściami detek­ty­wi­stycz­nymi i wolał­bym, żeby mi nie prze­ry­wano. Na czym skoń­czy­łem?

– Szty­let… – Tessa urwała rap­tow­nie, bo w kory­ta­rzu roz­brzmiał głos: wysoki, przy­milny, zna­jomy.

– Panno Gray! – Głos panny Dark uno­sił się mię­dzy ścia­nami jak snu­jący się dym. – Panno Gra­aay! Gdzie jesteś?

Tessa zamarła.

– O, Boże, dogo­niły nas…

Will chwy­cił ją za nad­gar­stek i popę­dził przed sie­bie. Blask magicz­nego kamie­nia two­rzył dzi­kie wzory ze świa­tła i cie­nia na kamien­nych murach, kiedy ucie­kali krę­tym kory­ta­rzem. Pod­łoga opa­dała w dół, kamie­nie pod nogami sta­wały się coraz bar­dziej śli­skie i wil­gotne, powie­trze coraz goręt­sze. Zupeł­nie, jak­by­śmy bie­gli przez samo pie­kło, pomy­ślała Tessa, słu­cha­jąc, jak głosy Mrocz­nych Sióstr odbi­jają się echem od ścian.

– Panno Gra­aaay! Nie pozwo­limy ci uciec, prze­cież wiesz. Nie pozwo­limy ci się ukryć! Znaj­dziemy cię, dzie­cino. Wiesz, że znaj­dziemy.

Will i Tessa poko­nali zakręt i zatrzy­mali się rap­tow­nie. Kory­tarz koń­czył się wyso­kimi meta­lo­wymi drzwiami. Heron­dale puścił rękę Tessy i rzu­cił się na nie z impe­tem. Gdy ustą­piły, wpadł do środka, a Tessa za nim. Natych­miast zamknęła je za nimi. Były tak cięż­kie, że musiała naprzeć na nie ple­cami.

Jedyne oświe­tle­nie w pomiesz­cze­niu sta­no­wił magiczny kamień. Jego blask przy­gasł, ledwo żarzył się mię­dzy pal­cami Willa, ale wydo­by­wał jego postać z ciem­no­ści jak reflek­tor na sce­nie. Heron­dale z tru­dem zasu­nął rygiel pokryty rdzą. Sto­jąc bli­sko, na­dal oparta ple­cami o drzwi, Tessa wyczu­wała napię­cie jego mię­śni.

– Panno Gray? – Pochy­lił się do niej.

Wyraź­nie sły­szała jego galo­pu­jące serce… a może to było jej serce? Dziwna biała poświata rzu­cana przez kamień migo­tała na jego kościach policz­ko­wych, na cien­kiej war­stwie potu na oboj­czy­kach. Tam rów­nież Tessa dostrze­gła znaki, widoczne pod koł­nie­rzem koszuli: czarne i grube, jakby ktoś nama­lo­wał je atra­men­tem na skó­rze.

– Gdzie my jeste­śmy? – wyszep­tała. – Czy tu jest bez­piecz­nie?

Will nie odpo­wie­dział, tylko się cof­nął i uniósł prawą rękę. Kamień zapło­nął moc­niej, oświe­tla­jąc całe pomiesz­cze­nie.

Znaj­do­wali się w czymś w rodzaju celi, tyle że ogrom­nej, całej z kamie­nia. Pod­łoga opa­dała do dużego otworu odpły­wo­wego. Było tam tylko jedno okno, osa­dzone wysoko w ścia­nie, zakra­to­wane, i tylko jedne drzwi, te przez które weszli. Ale Tessa wstrzy­mała oddech z innego powodu.

To miej­sce było rzeź­nią. Przez całe pomiesz­cze­nie bie­gły dłu­gie drew­niane stoły. Leżały na nich ciała… ludz­kie ciała, nagie i blade. Każde miało na piersi nacię­cie w kształ­cie litery Y, głowy zwie­szały się z bla­tów. Włosy kobiet omia­tały posadzkę jak mio­tły. Na środ­ko­wym stole leżały zakrwa­wione noże i czę­ści jakiejś maszy­ne­rii: mie­dziane tryby, mosiężne prze­kład­nie oraz srebrne piły o ostrych zębach.

Tessa przy­ci­snęła dłoń do ust, tłu­miąc okrzyk. Poczuła smak krwi, kiedy przy­gry­zła sobie palec. Will chyba tego nie zauwa­żył. Roz­glą­dał się i mam­ro­tał coś pod nosem.

Nagle roz­legł się huk i meta­lowe drzwi zatrzę­sły się, jakby ude­rzyło w nie coś cięż­kiego. Tessa opu­ściła rękę i krzyk­nęła:

– Panie Heron­dale!

Will odwró­cił się, kiedy drzwi zady­go­tały ponow­nie. Z dru­giej strony dobiegł głos:

– Panno Gray! Pro­szę wyjść natych­miast, nie zro­bimy pani krzywdy!

– Kła­mią – powie­działa szybko Tessa.

– Naprawdę tak pani myśli?

Will scho­wał do kie­szeni magiczny kamień i wsko­czył na środ­kowy stół, pełen zakrwa­wio­nych narzę­dzi. Schy­lił się po ciężki mosiężny tryb, zwa­żył go w dłoni i ze stęk­nię­ciem cisnął nim w zakra­to­wane okno. Szkło się roz­trza­skało, Will zawo­łał:

– Henry! Pomóż, pro­szę! Henry!

– Kto to jest Henry? – zapy­tała Tessa, ale w tym momen­cie drzwi zadrżały po raz trzeci i w metalu poja­wiło się cien­kie pęk­nię­cie. Było widać, że nie wytrzy­mają długo.

Tessa popę­dziła do stołu i nie­mal na oślep chwy­ciła meta­lową piłę o nie­rów­nych zębach, taką, jakich uży­wają rzeź­nicy do cię­cia kości. Ści­ska­jąc broń w ręce, odwró­ciła się, kiedy drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie.

W progu sta­nęły Mroczne Sio­stry. Pani Dark, wysoka i chuda jak szczapa w jaskra­wo­zie­lo­nej lśnią­cej sukni, oraz pani Black, z czer­woną twa­rzą i oczami zmru­żo­nymi do szpa­rek. Ota­czała je jasna aure­ola z nie­bie­skich iskier, niczym małe fajer­werki. Ich spoj­rze­nia prze­śli­znęły się po Willu, który, na­dal sto­jąc na stole, wydo­był zza pasa jedno z lodo­wych ostrzy, i spo­częły na Tes­sie. Usta pani Black – czer­wona szrama na bla­dej twa­rzy – roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu.

– Mała panna Gray. Powin­naś być mądrzej­sza. Mówi­ły­śmy ci, co się sta­nie, jeśli znowu uciek­niesz…

– Więc zrób­cie to! Wychłoszcz­cie mnie do krwi. Zabij­cie! Nic mnie to nie obcho­dzi! – krzyk­nęła Tessa i z zado­wo­le­niem stwier­dziła, że Mroczne Sio­stry są lekko zasko­czone jej wybu­chem. Wcze­śniej była zbyt prze­ra­żona, żeby pod­nieść na nie głos. – Nie pozwolę, żeby­ście oddały mnie Mistrzowi! Raczej umrę!

– Jaki masz rap­tem ostry język, moja droga – rzu­ciła pani Black i wolno zaczęła ścią­gać ręka­wiczkę z pra­wej dłoni.

Tessa po raz pierw­szy zoba­czyła jej nagą rękę. Skóra na niej była szara i gruba jak u sło­nia, paznok­cie przy­po­mi­nały dłu­gie ciemne szpony, ostre jak noże. Pani Black spoj­rzała na pod­opieczną z uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy.

– Może, gdy­by­śmy ucięły ci język, nauczy­ła­byś się prze­strze­gać manier.

Ruszyła w stronę Tessy, ale w tym momen­cie Will zesko­czył ze stołu i zastą­pił jej drogę.

– Malik – powie­dział. Białe lodowe ostrze jego broni roz­bły­sło jak spa­da­jąca gwiazda.

– Zejdź mi z drogi, wojow­niku Nefi­lim – zażą­dała pani Black. – I zabierz swój sera­ficki nóż. To nie jest twoja bitwa.

– Myli się pani. – Will zmru­żył oczy. – Sły­sza­łem o pani różne rze­czy, milady. Szep­cze się, że pły­nie­cie przez Pod­ziemny Świat jak rzeka czar­nej tru­ci­zny. Mówiono mi, że pani i sio­stra szczo­drze pła­ci­cie za ciała mar­twych ludzi i nie pyta­cie, w jaki spo­sób umarli.

– Tyle hałasu o paru Przy­ziem­nych. – Pani Dark zachi­cho­tała i przy­su­nęła się do sio­stry, tak że Will, z jaśnie­jącą bro­nią, zna­lazł się mię­dzy nimi a Tessą. – Nie mamy nic do cie­bie, Nocny Łowco, chyba że sam zaczniesz spór. Naru­szy­łeś nasze tery­to­rium, a czy­niąc to, zła­ma­łeś Przy­mie­rze. Mogły­by­śmy donieść na cie­bie Clave…

– Clave nie pochwala wkra­cza­nia na cudzy teren, ale jesz­cze bar­dziej nie podoba im się uci­na­nie głów i obdzie­ra­nie ludzi ze skóry – odpa­ro­wał Will. – Dziw­nie wtedy wyglą­dają.

– Ludzi? – prych­nęła pani Dark. – Mówimy o Przy­ziem­nych, a oni nie obcho­dzą was bar­dziej niż nas. – Spoj­rzała na Tessę. – Powie­dział ci, kim naprawdę jest? Nie czło­wie­kiem…

– Tak pani twier­dzi – wykrztu­siła drżą­cym gło­sem Tessa.

– A czy ona wyznała panu, kim jest? – spy­tała pani Black. – Wspo­mniała o swoim talen­cie? O tym, co potrafi?

– Gdy­bym miał zga­dy­wać, powie­dział­bym, że ma to coś wspól­nego z Mistrzem – rzekł Will.

Pani Dark zro­biła podejrz­liwą minę.

– Wie pan o Mistrzu? – Łyp­nęła na Tessę. – A, rozu­miem. Tylko to panu zdra­dziła. Mistrz, mój aniele, jest bar­dziej nie­bez­pieczny, niż potra­fisz sobie wyobra­zić. I długo cze­kał na kogoś ze zdol­no­ściami Tessy. Można nawet powie­dzieć, że to dzięki niemu ona się uro­dziła…

Jej dal­sze słowa zagłu­szył potężny huk. Cała wschod­nia ściana pomiesz­cze­nia nagle zapa­dła się do środka. Jak w sta­rej obraz­ko­wej Biblii Tessy, kiedy runęły mury Jery­cha. W jed­nej chwili ściana stała, w następ­nej znik­nęła bez śladu. Zamiast niej ziała czer­nią wielka pro­sto­kątna dziura, wypeł­niona duszą­cym pyłem.

Pani Dark wydała cienki okrzyk i chwy­ciła spód­nice kości­stymi pal­cami. Naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wała się takiej kata­strofy.

Will chwy­cił Tessę za rękę, przy­cią­gnął ją do sie­bie i zasło­nił wła­snym cia­łem, kiedy posy­pały się na nich kamie­nie i tynk. Gdy ją objął, Tessa usły­szała krzyk pani Black.

Wykrę­ciła się w obję­ciach Willa, żeby zoba­czyć, co się dzieje. Pani Dark drżą­cym pal­cem wska­zy­wała czarną dziurę w ścia­nie. Pył zaczy­nał osia­dać, tak że ciemne posta­cie kro­czące w ich stronę przez pobo­jo­wi­sko przy­brały wyraź­niej­sze kształty. Dwie ludz­kie posta­cie dzier­żyły broń świe­cącą nie­bie­sko-bia­łym bla­skiem, taką samą jak Willa. Anio­ło­wie, pomy­ślała Tessa. To świa­tło, takie jasne… kim innym mogliby być?

Pani Black wrza­snęła i rzu­ciła się do ataku, wycią­ga­jąc przed sie­bie ręce. Try­snęły z nich iskry, niczym eks­plo­du­jące fajer­werki. Tessa usły­szała, że ktoś krzy­czy, i to bar­dzo ludz­kim gło­sem. Will puścił ją, odwró­cił się bły­ska­wicz­nie i cisnął pło­ną­cym nożem w panią Black. Broń, obra­ca­jąc się, poszy­bo­wała w powie­trzu i wbiła się w jej pierś. Kobieta zato­czyła się z wyciem do tyłu i runęła na jeden z upior­nych sto­łów, a ten zawa­lił się pod jej cię­ża­rem.

Will uśmiech­nął się sze­roko i nie­zbyt przy­jem­nie, po czym znów się odwró­cił i spoj­rzał na Tessę. Przez chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu… a potem oto­czyli go towa­rzy­sze, dwaj męż­czyźni w dopa­so­wa­nych ciem­nych płasz­czach, z jaśnie­jącą bro­nią w rękach. Poru­szali się tak szybko, że w oczach Tessy wyglą­dali nie­mal jak zama­zane plamy.

Cof­nęła się pod prze­ciw­le­głą ścianę, żeby uciec przed cha­osem, który pano­wał na środku pokoju, gdzie pani Dark, wykrzy­ku­jąc obe­lgi, powstrzy­my­wała prze­ciw­ni­ków iskrami sypią­cymi się z jej rąk niczym ogni­sty deszcz. Pani Black wiła się na pod­ło­dze, a jej ciało ota­czał czarny dym, jakby pło­nęła od środka.

Tessa ruszyła w stronę otwar­tych drzwi… lecz silne ręce chwy­ciły ją od tyłu i zatrzy­mały. Dziew­czyna wrza­snęła i pró­bo­wała się wyrwać, ale jej barki opa­sy­wała żela­zna obręcz. Prze­chy­liła głowę i wbiła zęby w dłoń ści­ska­jącą jej lewe ramię. Ktoś krzyk­nął i puścił ją rap­tow­nie. Tessa odwró­ciła się i zoba­czyła wyso­kiego męż­czy­znę z gęstą czu­pryną potar­ga­nych rudych wło­sów. Nie­zna­jomy patrzył na nią z wyrzu­tem i przy­ci­skał do piersi krwa­wiącą dłoń.

– Will! – zawo­łał. – Will, dziew­czyna mnie ugry­zła!

– Naprawdę, Henry?

Heron­dale, niczym duch, wyło­nił się z cha­osu dymu i pło­mieni z jak zwy­kle roz­ba­wioną miną. Za nim drugi z jego towa­rzy­szy, musku­larny młody męż­czy­zna o kasz­ta­no­wych wło­sach, trzy­mał wyry­wa­jącą się panią Dark. Pani Black leżała nie­ru­chomo na pod­ło­dze. Will uniósł brew.

– Bar­dzo brzydko jest gryźć ludzi – rzekł kar­cą­cym tonem. – Nie­grzecz­nie. Nikt pani tego ni­gdy nie mówił?

– Nie­grzecz­nie jest rów­nież znie­nacka obła­piać damy, któ­rym nie zostało się przed­sta­wio­nym – odpa­ro­wała Tessa. – Nikt panu tego ni­gdy nie mówił?

Henry poma­chał z żało­snym uśmie­chem krwa­wiącą ręką. Miał miłą twarz. Tessa nie­mal poczuła się winna, że go ugry­zła.

– Will! Uwa­żaj! – krzyk­nął męż­czy­zna o kasz­ta­no­wych wło­sach.

Heron­dale odwró­cił się w chwili, w któ­rej coś pofru­nęło w powie­trzu, omal nie tra­fiło Henry’ego w głowę i roz­biło się o ścianę za Tessą. Był to duży mosiężny tryb. Ude­rzył w mur z taką siłą, że utknął w nim jak w mięk­kiej gli­nie. Tessa odwró­ciła się… i zoba­czyła, że pani Black idzie w ich stronę z oczami pło­ną­cymi w bia­łej twa­rzy jak roz­ża­rzone węgle. Wokół ręko­je­ści mie­cza ster­czą­cego z jej piersi tań­czyły języki czar­nego ognia.

– Cho­lera… – Will się­gnął po kolejną broń zatkniętą za pas. – Myśla­łem, że ją zabi­li­śmy…

Pani Black zaata­ko­wała, obna­ża­jąc zęby. Will usko­czył jej z drogi, ale Henry nie był tak szybki. Gdy kobieta go ude­rzyła, aż zato­czył się do tyłu. Natych­miast wcze­piła się w niego jak kleszcz i powa­liła go na zie­mię, war­cząc i wbi­ja­jąc pazury w jego ramiona. Henry wrza­snął. Will uniósł nóż i wykrzyk­nął:

– Uriel!

Ostrze roz­ja­rzyło się w jego dłoni niczym pło­nąca pochod­nia. Tessa przy­warła ple­cami do ściany, kiedy zamach­nął się nożem. Pani Black rzu­ciła się na niego z wycią­gnię­tymi szpo­nami…

Ostrze gładko prze­cięło jej szyję, głowa spa­dła na kamienną posadzkę i poto­czyła się po niej, pod­ska­ku­jąc. Tym­cza­sem Henry, cały uma­zany czarną krwią, zrzu­cił z sie­bie mar­twe ciało, krzy­cząc z odrazą, i pode­rwał się na nogi.

W tym momen­cie powie­trze roz­darł strasz­liwy wrzask.

– Nie­eee!

Wydała go z sie­bie pani Dark. Męż­czy­zna o kasz­ta­no­wych wło­sach puścił ją z nagłym okrzy­kiem, kiedy z jej rąk i oczu strze­lił nie­bie­ski ogień. Wijąc się z bólu, upadł na bok, a pani Dark ruszyła w stronę Willa i Tessy. Jej oczy pło­nęły niczym czarne pochod­nie. Syczała słowa w języku, któ­rego Tessa ni­gdy nie sły­szała. Brzmiały jak trzask pło­mieni. Kobieta unio­sła rękę i cisnęła w Tessę czymś, co wyglą­dało jak nie­bie­ski pio­run. Will z okrzy­kiem sko­czył przed nią z wycią­gniętą bro­nią. Bły­ska­wica odbiła się od klingi i ude­rzyła w jedną z kamien­nych ścian, a ta roz­ja­rzyła się dziw­nym świa­tłem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki