Mechaniczny książę. Cykl Diabelskie maszyny. Tom 2 - Cassandra Clare - ebook

Mechaniczny książę. Cykl Diabelskie maszyny. Tom 2 ebook

Cassandra Clare

4,6

Opis

W magicznym podziemnym świecie wiktoriańskiego Londynu Tessa znalazła bezpieczne schronienie u Nocnych Łowców. Jednakże bezpieczeństwo okazuje się nietrwałe, kiedy grupa podstępnych członków Clave zaczyna spiskować, żeby odsunąć jej protektorkę Charlotte od kierowania Instytutem.

Gdyby Charlotte straciła stanowisko, Tessa znalazłaby się na ulicy… jako łatwa zdobycz dla Mistrza, który chce wykorzystać jej moc do własnych celów. Z pomocą przystojnego i autodestrukcyjnego Willa oraz zakochanego w niej Jema Tessa odkrywa, że wojna Mistrza z Nocnymi Łowcami wynika z osobistych pobudek. Mistrz obwinia ich o spowodowanie tragedii, która zniszczyła mu życie. Żeby poznać tajemnice przeszłości, cała trójka odbywa podróże do mglistego Yorkshire, do rezydencji, w której kryją się nieopisane okropieństwa; do londyńskich slumsów i zaczarowanej sali balowej, gdzie Tessa odkrywa, że prawda o jej pochodzeniu jest bardziej złowieszcza, niż przypuszczała.

Kiedy troje przyjaciół spotyka mechanicznego demona, który przekazuje Willowi ostrzeżenie, uświadamiają sobie oni, że Mistrz wie o każdym ich kroku… i że ktoś ich zdradził. Tessa zaczyna zdawać sobie sprawę, że jej serce bije coraz mocniej dla Jema, choć nadal dręczy ją tęsknota za Willem, mimo jego mrocznych nastrojów. Coś jednak zmienia się w Willu, kruszeje mur, który wokół siebie zbudował. Czy odnalezienie Mistrza uwolni Willa od sekretów i da Tessie odpowiedzi na pytania, kim jest i dlaczego się urodziła? Kiedy poszukiwania Mistrza i prawdy narażają przyjaciół na niebezpieczeństwo, Tessa odkrywa, że połączenie miłości i kłamstw może zdeprawować nawet najczystsze serce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 529

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (237 ocen)
162
57
16
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lesia80

Nie oderwiesz się od lektury

Super polecam
00
Buli1983

Dobrze spędzony czas

Coraz mniej fantasy, coraz więcej romansidła...
00
Sysolek

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna. Polecam.
00
ilomaz

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca.
00
angi_black

Z braku laku…

Trochę słaba ta kontynuacja. Niektóre sceny wymyślone na potrzeby książki, a w niektórych sutuacjach miałam wrażenie że jakiś wątek jest na siłę tam wciśnięty. Bardzo dłużyło mi się czytanie tej książki.. Tom I pokazał nam inny poziom a ta II część zbyt mocno ją zaniżyła... Ciekawe co przyniesie III tom. Aż się boje myśleć. 🙈
00

Popularność




Pro­log. Zbłą­kane dusze

Pro­log

Zbłą­kane dusze

Gęsta mgła tłu­miła wszyst­kie dźwięki, prze­sła­niała widok. W miej­scach, gdzie się roz­stę­po­wała, Will Heron­dale widział przed sobą ulicę, śli­ską, mokrą i czarną od desz­czu. Sły­szał głosy zmar­łych.

Nie wszy­scy Nocni Łowcy sły­szeli duchy, chyba że one same tego chciały, ale Will nale­żał do tych, któ­rzy to potra­fili. W miarę jak zbli­żał się do sta­rego cmen­ta­rza, nie­równy chór zawo­dzeń, bła­gań, krzy­ków i powar­ki­wań przy­bie­rał na sile. Nie było to spo­kojne miej­sce pochówku, ale Will wie­dział, czego się spo­dzie­wać; nie po raz pierw­szy odwie­dzał Cross Bones Gra­vey­ard przy Lon­don Bridge. Odci­na­jąc się od tych gło­sów, tak mocno się zgar­bił, że koł­nierz zasło­nił mu uszy. Opu­ścił głowę, a drobna mżawka osia­dała na jego czar­nych wło­sach.

Wej­ście na cmen­tarz znaj­do­wało się w poło­wie prze­cznicy: brama z kutego żelaza osa­dzona w wyso­kim kamien­nym murze, ale każdy Przy­ziemny, który tędy prze­cho­dził, widział tylko pustą par­celę zaro­śniętą trawą, nale­żącą zapewne do jakie­goś przed­się­biorcy budow­la­nego. Kiedy Will zbli­żył się do bramy, we mgle zma­te­ria­li­zo­wało się coś, czego żaden Przy­ziemny by nie zoba­czył: duża brą­zowa kołatka w kształ­cie dłoni o kości­stych, szkie­le­to­wych pal­cach. Krzy­wiąc się, Will się­gnął do kołatki i opu­ścił ją raz, dwa, trzy razy. W noc­nej ciszy roz­brzmiały głu­che ude­rze­nia.

Za bramą, z ziemi unio­sła się mgła niczym para, prze­sło­niła kości bie­le­jące na nie­rów­nym grun­cie. Para zaczęła się skra­plać i jaśnieć nie­sa­mo­witą nie­bie­skawą poświatą. Will chwy­cił pręty bramy i zadrżał, kiedy chłód metalu prze­nik­nął przez ręka­wiczki. To nie było zwy­kłe zimno. Wsta­jąc, duchy przy­cią­gały ener­gię z oto­cze­nia, wysy­sały z powie­trza całe cie­pło. Wło­ski zje­żyły się na karku Willa, kiedy nie­bie­ska mgła powoli ufor­mo­wała się w postać sta­rej kobiety w złach­ma­nio­nej sukni i bia­łym far­tu­chu, z pochy­loną głową.

– Cześć, Mol – rzu­cił Will. – Wyglą­dasz dzi­siaj szcze­gól­nie ład­nie, jeśli mogę tak powie­dzieć.

Zjawa unio­sła głowę. Stara Molly była sil­nym duchem, jed­nym z naj­sil­niej­szych, jakie Will kie­dy­kol­wiek spo­tkał. Gdy padł na nią blask księ­życa, który wychy­nął spo­mię­dzy chmur, wcale nie wyglą­dała na prze­zro­czy­stą. Ciało miała solidne, żół­to­szare włosy sple­cione w war­kocz prze­rzu­cony przez ramię, szorst­kie, czer­wone ręce wsparła na bio­drach. Tylko oczy były puste, a w ich głębi migo­tały dwa nie­bie­skie pło­mie­nie.

– Wil­liam ‘Ron­dale – prze­mó­wiła. – Tak szybko wró­ci­łeś?

Zaczęła sunąć w stronę bramy ruchem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla duchów. Jej stopy były bose i brudne, choć nie doty­kały ziemi.

Will oparł się o pręty.

– Stę­sk­ni­łem się za twoją ładną buzią.

Zjawa uśmiech­nęła się sze­roko, jej oczy się roz­ja­rzyły, a pod pół­prze­zro­czy­stą skórą Will dostrzegł zarys czaszki. W górze chmury znowu nasu­nęły się na sie­bie, zasła­nia­jąc księ­życ. Cie­kawe, co takiego zro­biła Stara Molly, że ją tu pogrze­bano, w nie­po­świę­co­nej ziemi, pomy­ślał Will. Więk­szość zawo­dzą­cych gło­sów nale­żała do pro­sty­tu­tek, samo­bój­ców, uro­dzo­nych mar­twych dzieci, wyrzut­ków, któ­rych nie można było pocho­wać na kościel­nym cmen­ta­rzu. Molly chyba ta sytu­acja nie prze­szka­dzała, bo potra­fiła wycią­gnąć z niej korzy­ści.

Zare­cho­tała.

– Czego chcesz, młody Nocny Łowco? Jadu Mal­pasa? Mam pazur demona Moraxa, ład­nie wypo­le­ro­wany, tru­ci­zna w jego czubku jest zupeł­nie nie­wi­doczna…

– Nie – prze­rwał jej Will. – Potrze­buję proszku demona Foraii, drobno zmie­lo­nego.

Molly odwró­ciła głowę w bok i splu­nęła stru­mie­niem nie­bie­skiego ognia.

– A na co on potrzebny takiemu pięk­nemu mło­dzień­cowi jak ty?

Will wes­tchnął w duchu. Pro­te­sty Molly były czę­ścią rytu­ału tar­go­wa­nia. Magnus już kilka razy wysy­łał go do niej po różne rze­czy: czarne cuch­nące świece, które kle­iły się do skóry jak smoła, kości nie­na­ro­dzo­nego dziecka, wore­czek z oczami faerie, po któ­rym zostały mu na koszuli plamy z krwi. W porów­na­niu z tymi spra­wun­kami pro­szek demona Foraii wyda­wał się miłą odmianą.

– Myślisz, że jestem głu­pia – zaskrze­czała Molly. – To pułapka, co? Wy, Nefi­lim, chce­cie mnie przy­ła­pać na han­dlo­wa­niu takim towa­rem, zna­leźć kij na Starą Mol, ot co!

– Prze­cież ty już nie żyjesz. – Will sta­rał się ukryć iry­ta­cję. – Nie wiem, co jesz­cze Clave mogłoby ci zro­bić.

– Ha! – Jej puste oczy zapło­nęły. – Pod­ziemne wię­zie­nia Cichych Braci mogą pomie­ścić i żywych, i mar­twych. Dobrze o tym wiesz, Nocny Łowco.

Will uniósł ręce.

– Żad­nych sztu­czek, sta­ruszko. Pew­nie sły­sza­łaś plotki krą­żące w Pod­ziem­nym Świe­cie. Clave ma inne rze­czy na gło­wie niż tro­pie­nie duchów, które han­dlują prosz­kiem z demo­nów i krwią faerie. – Pochy­lił się. – Dam ci dobrą cenę. – Wycią­gnął z kie­szeni baty­stowy wore­czek i poma­chał nim w powie­trzu. W środku coś zabrzę­czało. – Co ty na to, Mol?

Po mar­twej twa­rzy prze­mknął wyraz chci­wo­ści. Zjawa przy­brała na tyle solidną postać, że wyrwała Wil­lowi sakiewkę. Następ­nie wsa­dziła do niej rękę i wyjęła całą garść zło­tych pier­ścion­ków prze­wią­za­nych wstą­żecz­kami. Stara Mol, jak wiele duchów, szu­kała tali­zmanu, kawałka utra­co­nej prze­szło­ści, który w końcu pozwo­liłby jej umrzeć, kotwicy, która trzy­mała ją uwię­zioną w tym świe­cie. W wypadku Molly była to jej obrączka ślubna. Jak twier­dził Magnus, powszech­nie sądzono, że pier­ścio­nek od dawna leży zagrze­bany w muli­stym dnie Tamizy, ale zjawa nie tra­ciła nadziei, że kie­dyś go znaj­dzie.

Wrzu­ciła pier­ścionki z powro­tem do sakiewki i gdzieś ją przy sobie ukryła, a w zamian wrę­czyła mu saszetkę z prosz­kiem. Gdy Will scho­wał ją do kie­szeni, duch zaczął migo­tać i zni­kać.

– Zacze­kaj, Mol. Nie tylko po to dzi­siaj przy­sze­dłem.

Zjawa zami­go­tała z wysiłku, żeby pozo­stać widzialną. Chci­wość wal­czyła w niej ze znie­cier­pli­wie­niem.

– Dobrze – burk­nęła Molly. – Czego jesz­cze chcesz?

Will się zawa­hał. Tym razem nie cho­dziło o zle­ce­nie od Magnusa, tylko o sprawę oso­bi­stą…

– Napoje miło­sne…

Stara Molly zaśmiała się skrze­kli­wie.

– Napoje miło­sne? Dla Willa ‘Ron­dale’a? Nie mam zwy­czaju odrzu­cać zapłaty, ale prawda jest taka, że męż­czy­zna z twoim wyglą­dem nie potrze­buje żad­nych miło­snych wywa­rów.

– Nie… – zaczął Will z lekką despe­ra­cją w gło­sie. – Wła­ści­wie szu­kam cze­goś o prze­ciw­nym dzia­ła­niu. Cze­goś na odko­cha­nie.

– Wywar nie­na­wi­ści? – Molly była wyraź­nie roz­ba­wiona.

– Raczej obo­jęt­no­ści? Tole­ran­cji?

Molly prych­nęła, zadzi­wia­jąco po ludzku jak na ducha.

– Nie­chęt­nie to mówię, Nefi­lim, ale jeśli chcesz, żeby dziew­czyna cię znie­na­wi­dziła, są łatwiej­sze spo­soby. Nie potrze­bu­jesz mojej pomocy z tym bie­dac­twem.

I wiru­jąc, pomknęła w stronę mgieł snu­ją­cych się mię­dzy gro­bami. Will wes­tchnął, patrząc za nią.

– To nie dla niej – mruk­nął, choć nikt nie mógł go usły­szeć. – Tylko dla mnie. – Oparł głowę o zimną żela­zną bramę.

Roz­dział pierw­szy. Sala Rady

Roz­dział pierw­szy

Sala Rady

„Wysoko w górze skle­pie­nie sali

Na licz­nych kolum­nach solid­nie wsparte,

Gdzie spo­ty­kają się anioły

I wymie­niają dary”.

– Alfred, lord Ten­ny­son, Pałac sztuki

– Naprawdę wygląda tak, jak sobie wyobra­ża­łam – stwier­dziła Tessa, uśmie­cha­jąc się do chłopca, który stał obok niej.

Wła­śnie pomógł jej przejść nad kałużą i dło­nią na­dal doty­kał jej ramie­nia tuż nad zgię­ciem łok­cia.

James Car­sta­irs, ele­gancki, w ciem­nym gar­ni­tu­rze, ze srebr­nymi wło­sami zmierz­wio­nymi przez wiatr, odwza­jem­nił uśmiech. Jego druga ręka spo­czy­wała na lasce z jade­itową główką. I nawet jeśli ktoś z kłę­bią­cego się wokół nich tłumu uznał za dziwne, że tak młody czło­wiek potrze­buje laski, albo dostrzegł coś nie­zwy­kłego w kolo­rze jego wło­sów czy w rysach twa­rzy, nikt otwar­cie mu się nie przy­glą­dał.

– Co za ulga! – powie­dział Jem. – Już zaczy­na­łem się mar­twić, że wszystko w Lon­dy­nie będzie dla cie­bie roz­cza­ro­wa­niem.

Roz­cza­ro­wa­niem. Brat Tessy Nate tyle jej naobie­cy­wał, zanim przy­je­chała do Lon­dynu: nowy począ­tek, cudowne miej­sce do życia, impo­nu­jące budynki i piękne parki. Zamiast tych wspa­nia­ło­ści Tessę cze­kały okropne rze­czy, zdrada i nie­bez­pie­czeń­stwa prze­kra­cza­jące jej wyobraź­nię. Mimo to…

– Nie wszystko było takie straszne. – Uśmiech­nęła się do Jema.

– Cie­szę się, że to sły­szę. – Mówił tonem poważ­nym, nie kpią­cym.

Tessa odwró­ciła od niego wzrok i spoj­rzała na wielką budowlę, która przed nimi się wzno­siła: opac­two west­min­ster­skie z potęż­nymi gotyc­kimi wie­żami pra­wie doty­ka­ją­cymi nieba. W tym momen­cie słońce na chwilę wychy­nęło zza chmur i oblało świą­ty­nię bla­da­wym świa­tłem.

– To naprawdę tutaj? – zapy­tała Tessa, kiedy Jem skie­ro­wał ją w stronę wej­ścia. – Wydaje się takie…

– Przy­ziemne?

– Chcia­łam powie­dzieć zatło­czone.

Opac­two było tego dnia otwarte dla tury­stów. Ich grupy tło­czyły się w ogrom­nych drzwiach, więk­szość z prze­wod­ni­kami Beade­kera w rękach. Kiedy Tessa i Jem wcho­dzili po scho­dach, śpie­sząc za prze­wod­ni­kiem, który ofe­ro­wał opro­wa­dza­nie po świą­tyni, minęła ich gro­madka ame­ry­kań­skich tury­stek – kobiet w śred­nim wieku, w nie­mod­nych stro­jach, mówią­cych z akcen­tem, który na chwilę przy­pra­wił Tessę o nostal­gię. Oboje bez trudu wto­pili się w tłum. Wnę­trze kościoła pach­niało zim­nym kamie­niem i meta­lem. Tessa rozej­rzała się z podzi­wem po ogrom­nej budowli. Przy niej Insty­tut wyglą­dał jak wiej­ski kośció­łek.

– Pro­szę zwró­cić uwagę na trój­po­dział nawy – powie­dział prze­wod­nik i zaczął wyja­śniać, że wzdłuż wschod­nich i zachod­nich skrzy­deł opac­twa cią­gną się mniej­sze kaplice.

W środku pano­wała cisza, choć tego dnia nie odby­wały się żadne msze. Kiedy razem z Jemem dotarli do wschod­niej czę­ści kościoła, Tessa zauwa­żyła, że idzie po kamie­niach, na któ­rych wyryte są daty i nazwi­ska. Sły­szała o tych wszyst­kich sław­nych kró­lach, kró­lo­wych, żoł­nier­zach i poetach pocho­wa­nych w opac­twie west­min­ster­skim, ale nie spo­dzie­wała się, że będzie po nich cho­dzić.

W końcu oboje zatrzy­mali się w poprzecz­nej nawie kościoła. Przez roze­towe okna osa­dzone wysoko w górze sączyło się wod­ni­ste świa­tło dnia.

– Wiem, że śpie­szymy się na zebra­nie Rady, ale chcia­łem, żebyś to zoba­czyła – powie­dział Jem i zato­czył ręką wokół sie­bie. – Zaką­tek poetów.

Tessa oczy­wi­ście czy­tała o tym miej­scu, gdzie byli pocho­wani wielcy angiel­scy twórcy. Zoba­czyła szary kamienny nagro­bek Chau­cera i inne znane nazwi­ska:

– Edmund Spen­ser i… och, Samuel John­son – wyszep­tała. – Cole­ridge, Robert Burns i Szek­spir…

– On wła­ści­wie nie jest tutaj pocho­wany – wyja­śnił szybko Jem. – To tylko pomnik. Podob­nie jak Mil­tona.

– Och, wiem, ale… – Tessa poczuła, że się czer­wieni. – Nie potra­fię tego wyja­śnić. To jak zna­leźć się wśród przy­ja­ciół… wszyst­kie te nazwi­ska. To głu­pie, wiem…

– Wcale nie głu­pie.

Tessa uśmiech­nęła się do Jema.

– Skąd wie­dzia­łeś, co chcia­ła­bym zoba­czyć?

– Jak mógł­bym nie wie­dzieć? – zdzi­wił się Jem. – Kiedy myślę o tobie, zawsze widzę cię z książką w ręce. – Mówiąc to, odwró­cił wzrok, ale Tessa zdą­żyła dostrzec rumie­niec na jego policz­kach.

Na jego bla­dej cerze widać nawet naj­słab­szy kolor, pomy­ślała… i zasko­czyła ją czu­łość tej myśli.

Bar­dzo polu­biła Jema przez ostat­nie dwa tygo­dnie. Will sta­ran­nie jej uni­kał, Char­lotte i Henry zaj­mo­wali się spra­wami Clave i pro­wa­dze­niem Insty­tutu, nawet Jes­sa­mine wyda­wała się bar­dzo zajęta. A Jem zawsze był wolny i bar­dzo poważ­nie potrak­to­wał swoją rolę prze­wod­nika po Lon­dy­nie. Odwie­dzili Hyde Park i Kew Gar­dens, Natio­nal Gal­lery i Bri­tish Museum, Tower of Lon­don i Bramę Zdraj­ców. Wybrali się popa­trzeć na doje­nie krów w St. James’s Park, na sprze­daw­ców owo­ców i warzyw zachwa­la­ją­cych swoje towary w Covent Gar­den. Z nabrzeża obser­wo­wali łodzie sunące po roz­iskrzo­nej Tami­zie, jedli tutej­sze spe­cjały. W miarę jak mijały dni, Tessa powoli zapo­mi­nała o swoim cichym nie­szczę­ściu z powodu Nate’a, Willa i utraty daw­nego życia, budziła się do życia jak kwiat kieł­ku­jący ze zmar­z­nię­tej ziemi. Przy­ła­pała się nawet na tym, że się śmieje. A zawdzię­czała to wszystko Jemowi.

– Jesteś dobrym przy­ja­cie­lem – powie­działa, a kiedy, ku jej zasko­cze­niu, Jem nie zare­ago­wał na te słowa, dodała: – Przy­naj­mniej mam nadzieję, że jeste­śmy dobrymi przy­ja­ciółmi. Ty też tak uwa­żasz, prawda, Jem?

Spoj­rzał na nią, ale zanim zdą­żył odpo­wie­dzieć, z mroku dobiegł gro­bowy głos:

Drżyj, śmier­tel­niku, serca trwogą,

Widząc tu zmianę ciała srogą.

Zważ, ile ich kró­lew­skich mości –

W tej kupie gruzu – drze­mie kości.1

Spo­mię­dzy dwóch pomni­ków wyszła ciemna postać. Tessa wytrzesz­czyła oczy, a Jem rzu­cił roz­ba­wio­nym tonem, w któ­rym pobrzmie­wała nuta rezy­gna­cji:

– Will, jed­nak posta­no­wi­łeś zaszczy­cić nas swoją obec­no­ścią?

– Ni­gdy nie mówi­łem, że nie przyjdę.

Gdy Will wystą­pił do przodu, świa­tło wpa­da­jące przez roze­towe okna oświe­tliło jego twarz. Nawet teraz Tessa nie potra­fiła patrzeć na niego bez ści­ska­nia w piersi i bole­snego łomo­ta­nia serca. Czarne włosy, nie­bie­skie oczy, wydatne kości policz­kowe, gęste ciemne rzęsy, pełne usta – można by nazwać go ład­nym, gdyby nie był taki wysoki i musku­larny. Kie­dyś prze­su­nęła dłońmi po tych ramio­nach. Wie­działa, jakie są w dotyku: żela­zne, powle­czone twar­dymi mię­śniami. Jego dło­nie, kiedy obej­mo­wały tył jej głowy, były smu­kłe i ela­styczne, ale o stward­nia­łych opusz­kach…

Odpę­dziła wspo­mnie­nia. Nic dobrego z nich nie wyni­kało, kiedy znało się prawdę. Will był piękny, ale nie nale­żał do niej; nie nale­żał do nikogo. Coś w nim pękło i przez to pęk­nię­cie wyle­wało się ślepe okru­cień­stwo, potrzeba ranie­nia i odtrą­ca­nia.

– Spóź­niasz się na zebra­nie Rady – stwier­dził Jem dobro­dusz­nie. Był jedy­nym czło­wie­kiem, któ­rego nie doty­kały szel­mow­skie zło­śli­wo­ści przy­ja­ciela.

– Mia­łem coś do zała­twie­nia – odparł Will.

Z bli­ska Tessa widziała, że jest zmę­czony. Jego oczy były zaczer­wie­nione, cie­nie pod nimi pra­wie fio­le­towe. Ubra­nie miał pognie­cione, jakby w nim spał, wło­som przy­da­łoby się strzy­że­nie.

To nie twoja sprawa, upo­mniała się surowo, odwra­ca­jąc wzrok od jego mięk­kich, ciem­nych loków krę­cą­cych się za uszami i na karku. Nie ma zna­cze­nia, jak twoim zda­niem wygląda ani jak spę­dza czas. Wyraź­nie dał ci to do zro­zu­mie­nia.

– Zresztą, wy też nie jeste­ście zbyt punk­tu­alni.

– Chcia­łem poka­zać Tes­sie Zaką­tek poetów – wyja­śnił Jem. – Pomy­śla­łem, że się jej spodoba.

Mówił pro­sto i zwy­czaj­nie, tak że nikt nie mógłby wąt­pić w jego praw­do­mów­ność. Naj­nor­mal­niej w świe­cie chciał spra­wić komuś przy­jem­ność i nawet Wil­lowi chyba nie przy­szła do głowy żadna cięta uwaga, bo tylko wzru­szył ramio­nami i poma­sze­ro­wał szyb­kim kro­kiem w stronę wschod­niego kruż­ganka.

Po kwa­dra­to­wym ogro­dzie oto­czo­nym klasz­tor­nymi murami spa­ce­ro­wali ludzie, szep­cząc cicho, jakby na­dal byli w kościele. Nikt nie zwró­cił uwagi na Tessę i jej towa­rzy­szy, kiedy cała trójka zbli­żyła się do podwój­nych dębo­wych drzwi osa­dzo­nych w murze. Rozej­rzaw­szy się szybko, Will wyjął z kie­szeni stelę i dotknął jej czub­kiem drewna. Drzwi roz­ja­rzyły się na chwilę nie­bie­skim bla­skiem i otwo­rzyły. Will wszedł do środka, Jem i Tessa tuż za nim. Cięż­kie podwoje zamknęły się za Tessą z dono­śnym hukiem, omal nie przy­ci­na­jąc jej spód­nicy. Wyszarp­nęła ją w samą porę i szep­nęła w nie­mal cał­ko­wi­tej ciem­no­ści:

– Jem?

W tym momen­cie zapło­nęło świa­tło. To Will uniósł swój magiczny kamień. Znaj­do­wali się w dużym kamien­nym pomiesz­cze­niu o skle­pio­nym sufi­cie. Pod­łoga była ceglana, w dru­gim końcu sali stał ołtarz.

– Jeste­śmy w Kaplicy Pyxu – powie­dział. – Kie­dyś to był skar­biec. Wzdłuż wszyst­kich ścian stały skrzy­nie ze zło­tem i sre­brem.

– Skar­biec Noc­nych Łow­ców? – Tessa była naprawdę zain­try­go­wana.

– Nie, bry­tyj­ski skar­biec kró­lew­ski, stąd grube mury i drzwi – odparł Jem. – Ale Nocni Łowcy zawsze mieli tu wstęp. – Uśmiech­nął się, widząc jej minę. – Monar­chie przez wieki w tajem­nicy pła­ciły Nefi­lim, żeby chro­nić swoje kró­le­stwa przed demo­nami.

– Nie w Ame­ryce – rzu­ciła z oży­wie­niem Tessa. – My nie mamy monar­chii…

– Ale macie w rzą­dzie komórkę, która utrzy­muje kon­takty z Nefi­lim, bez obawy – uspo­koił ją Will, pod­cho­dząc do ołta­rza. – Kie­dyś zaj­mo­wał się tym depar­ta­ment wojny, a teraz część depar­ta­mentu spra­wie­dli­wo­ści…

Urwał, kiedy ołtarz z jękiem prze­su­nął się w bok. W zie­ją­cej czar­nej dziu­rze, która się za nim odsło­niła, Tessa dostrze­gła słabe bły­ski świa­tła. Will zanur­ko­wał w otwór, oświe­tla­jąc sobie drogę magicz­nym kamie­niem.

Tessa ruszyła za nim i zna­la­zła się w dłu­gim kamien­nym kory­ta­rzu opa­da­ją­cym w dół. Kamień na ścia­nach, pod­ło­gach i sufi­cie wyglą­dał na jed­no­lity – jakby tunel wykuto w skale, choć wszę­dzie był gładki. Co kilka kro­ków paliły się magiczne pochod­nie osa­dzone w uchwy­tach w kształ­cie ludz­kiej dłoni wysta­ją­cej ze ściany.

Ołtarz zasu­nął się za nimi, cała trójka ruszyła tune­lem. W miarę jak szli, kory­tarz opa­dał coraz bar­dziej stromo w dół. Nie­bie­sko­zie­lony blask pochodni oświe­tlał pła­sko­rzeźby na ścia­nach, wszę­dzie ten sam motyw anioła powsta­ją­cego z jeziora w kolum­nie ognia, z mie­czem w jed­nej ręce i kie­li­chem w dru­giej.

W końcu dotarli do dwóch par wiel­kich srebr­nych drzwi. Na obu był wyryty wzór, który Tessa widziała już wcze­śniej: cztery prze­pla­ta­jące się litery Cs.

– Ozna­czają Clave, Radę, Przy­mie­rze i Kon­sula – wyja­śnił Jem, nim zdą­żyła spy­tać.

– Kon­sula? Czy to głowa Clave? Ktoś w rodzaju króla?

– Nie dzie­dzicz­nego jak wasz monar­cha – ode­zwał się Will. – Jest wybie­rany, jak pre­zy­dent albo pre­mier.

– A Rada?

– Wkrótce sama zoba­czysz. – Will pchnął drzwi.

Tessa roz­dzia­wiła usta. I szybko je zamknęła, gdy dostrze­gła roz­ba­wiony wzrok Jema sto­ją­cego u jej boku. Sala, która uka­zała się jej oczom, była naj­więk­szym pomiesz­cze­niem, jakie w życiu widziała. Miała kopu­la­ste skle­pie­nie ozdo­bione kon­ste­la­cjami gwiezd­nymi. Z naj­wyż­szego punktu kopuły zwi­sał ogromny żyran­dol w kształ­cie anioła z pło­ną­cymi pochod­niami w rękach. Reszta pomiesz­cze­nia była urzą­dzona w for­mie amfi­te­atru z dłu­gimi, pół­okrą­głymi ławami. Will, Jem i Tessa stali na szczy­cie scho­dów, roz­dzie­la­ją­cych rzędy sie­dzeń, zapeł­nio­nych w trzech czwar­tych. Na samym dole znaj­do­wało się pod­wyż­sze­nie z kil­koma nie­wy­god­nymi na pierw­szy rzut oka krze­słami o wyso­kich opar­ciach.

Jedno z nich zaj­mo­wała Char­lotte Bran­well, dru­gie, tuż obok niej, wyraź­nie zde­ner­wo­wany Henry. Char­lotte sie­działa spo­koj­nie, z rękami zło­żo­nymi na kola­nach. Tylko ktoś, kto ją dobrze znał, dostrzegłby napię­cie ramion i zaci­śnięte usta.

Przed nimi, za czymś w rodzaju mów­nicy, ale szer­szej i dłuż­szej niż nor­malna, stał wysoki męż­czy­zna o dłu­gich, jasnych wło­sach, gęstej bro­dzie i sze­ro­kich bar­kach. Miał na sobie długą czarną szatę, jak sędzia, z błysz­czą­cymi runami wyha­fto­wa­nymi na ręka­wach. Obok niego, na niskim krze­śle, sie­dział star­szy męż­czy­zna o ciem­nych wło­sach prze­ty­ka­nych siwi­zną i gładko ogo­lo­nej twa­rzy o suro­wych rysach. Jego szata była gra­na­towa, na pal­cach zalśniły pier­ście­nie, kiedy poru­szył ręką. Tessa go roz­po­znała: Inkwi­zy­tor Whi­te­law o lodo­wa­tym gło­sie i lodo­wa­tych oczach, który prze­słu­chi­wał świad­ków w imie­niu Clave.

– Pan Heron­dale – ode­zwał się blon­dyn, patrząc na Willa. Jego usta wykrzy­wił lekki uśmiech. – Jakie to miłe, że pan do nas dołą­czył. I pan Car­sta­irs rów­nież. A wasza towa­rzyszka to zapewne…

– Panna Gray – przed­sta­wiła się Tessa. – Panna The­resa Gray z Nowego Jorku.

Przez salę prze­biegł cichy pomruk, niczym szum cofa­ją­cej się fali. Will napiął mię­śnie, a Jem zaczerp­nął tchu, jakby chciał coś powie­dzieć. „Prze­rwała Kon­su­lowi”, roz­brzmiał czyjś szept albo tak się Tes­sie wyda­wało. Zatem to był Kon­sul Way­land, naj­wyż­szy dostoj­nik Clave. Tessa rozej­rzała się po Sali i dostrze­gła kilka zna­jo­mych osób: Bene­dicta Ligh­two­oda o ostrych rysach, haczy­ko­wa­tym nosie i sztyw­nej posta­wie; jego syna Gabriela Ligh­two­oda o zmierz­wio­nych wło­sach, wpa­tru­ją­cego się przed sie­bie kamien­nym wzro­kiem. Ciem­no­włosą Lilian High­smith. Przy­ja­znego Geo­rge’a Pen­hal­lowa i onie­śmie­la­jącą ciotkę Char­lotte, Cal­lidę o gęstych siwych wło­sach upię­tych na czubku głowy. Oprócz nich zoba­czyła wiele innych twa­rzy, któ­rych nie znała. Miała wra­że­nie, że ogląda książkę z obraz­kami opo­wia­da­jącą o róż­nych ludziach żyją­cych na świe­cie. Byli tam jasno­włosi Nocni Łowcy o wyglą­dzie wikin­gów, śniady męż­czy­zna, który przy­po­mi­nał kalifa z ilu­stro­wa­nych Baśni z tysiąca i jed­nej nocy, i Hin­du­ska w pięk­nym sari wyszy­wa­nym w srebrne runy, sie­dząca obok kobiety, która odwró­ciła głowę i teraz patrzyła pro­sto na nich. Miała na sobie ele­gancką jedwabną suk­nię i była podobna do Jema: te same deli­katne, piękne rysy, iden­tyczne kości policz­kowe i oczy, tyle że ciemne, a nie srebrne, i czarne włosy, w prze­ci­wień­stwie do jego srebr­nych.

– Witamy, panno Tesso Gray z Nowego Jorku – rzekł Kon­sul z nutą roz­ba­wie­nia w gło­sie. – Cie­szymy się, że zaszczy­ciła nas pani dzi­siaj swoją obec­no­ścią. Rozu­miem, że już odpo­wie­działa pani na pyta­nia lon­dyń­skiej Enklawy. Mam nadzieję, że zechce pani odpo­wie­dzieć na jesz­cze kilka.

Tessa odszu­kała wzro­kiem Char­lotte. Powin­nam?

Pani Bran­well ledwo dostrze­gal­nie ski­nęła głową. Pro­szę.

Tessa wypro­sto­wała plecy.

– Jeśli takie jest pań­skie życze­nie, oczy­wi­ście.

– Podejdź zatem do stalle Rady – powie­dział Kon­sul, a Tessa domy­śliła się, że cho­dzi mu o długą, wąską drew­nianą ławkę sto­jącą przed mów­nicą. – Towa­rzy­sze mogą panią odpro­wa­dzić.

Will wymam­ro­tał coś pod nosem, ale Tessa nie zro­zu­miała co. Z Wil­lem po lewej stro­nie i Jemem po pra­wej ruszyła w dół po stop­niach i zbli­żyła się do ławy. Sta­nęła za nią nie­pew­nie. Z bli­ska zoba­czyła, że Kon­sul ma życz­liwe nie­bie­skie oczy, w prze­ci­wień­stwie do Inkwi­zy­tora, któ­rego oczy były ciem­no­szare jak morze w cza­sie desz­czu, a ich spoj­rze­nie ponure.

– Inkwi­zy­to­rze Whi­te­law, popro­szę o Miecz Anioła – zwró­cił się Kon­sul do chmur­nego męż­czy­zny.

Inkwi­zy­tor wstał i spod obszer­nej szaty wydo­był masywną broń. Tessa od razu roz­po­znała ją z Kodeksu. Miecz miał dłu­gie ostrze z mato­wego sre­bra i ręko­jeść w kształ­cie roz­po­star­tych skrzy­deł. Wła­śnie z nim powstał z jeziora Anioł Razjel i dał go pierw­szemu Noc­nemu Łowcy Jona­tha­nowi.

– Mael­lar­tach – wyrwało się Tes­sie.

Kon­sul wziął miecz i popa­trzył na nią z roz­ba­wie­niem.

– Widzę, że pani nie próż­no­wała – stwier­dził. – Kto panią uczył? Wil­liam? James?

– Ona sama. – Will jak zwy­kle prze­cią­gał słowa i mówił lek­kim tonem sto­ją­cym w sprzecz­no­ści z posęp­nym nastro­jem, który pano­wał w sali. – Jest bar­dzo docie­kliwa.

– To kolejny powód, dla któ­rego nie powinno jej tu być. – Tessa nie musiała się odwra­cać, żeby wie­dzieć, kto zabrał głos. Bene­dict Ligh­twood. Prze­ma­wiał ostrym tonem. – To jest Rada Gard. Nie wpusz­czamy na nią Pod­ziem­nych. Nie można użyć Mie­cza Anioła, żeby zmu­sić ją do powie­dze­nia prawdy, bo ona nie jest Noc­nym Łowcą. Co nam tu po niej?

– Cier­pli­wo­ści, Bene­dik­cie. – Kon­sul bez wysiłku uniósł miecz, jakby ten nic nie ważył. Cięż­szy był jego wzrok spo­czy­wa­jący na Tes­sie. Way­land przy­glą­dał się jej, jakby chciał wyczy­tać strach w jej oczach. – Nie zamie­rzamy zro­bić ci krzywdy, mała cza­row­nico. Zabra­niają tego Poro­zu­mie­nia.

– Nie powi­nien pan nazy­wać mnie cza­row­nicą – obru­szyła się Tessa. – Nie mam na sobie znaku.

Dziwne, że musiała znowu to powta­rzać, ale wcze­śniej prze­słu­chi­wali ją inni człon­ko­wie Clave, a nie sam Kon­sul. Był wyso­kim męż­czy­zną o sze­ro­kich ramio­nach, ema­nu­ją­cym siłą i auto­ry­te­tem. Podob­nymi jak te cechy, za które Bene­dict Ligh­twood tak nie lubił Char­lotte Bran­well.

– Kim więc jesteś? – zapy­tał Way­land.

– Ona nie wie. – Ton Inkwi­zy­tora był suchy. – Podob­nie jak Cisi Bra­cia.

– Może usiąść i dać świa­dec­two, ale będzie ono warte połowę świa­dec­twa Noc­nego Łowcy – zade­cy­do­wał Kon­sul i skie­ro­wał wzrok na Bran­wel­lów. – Henry, jesteś na razie zwol­niony z prze­słu­cha­nia. Char­lotte, zostań, pro­szę.

Tessa prze­łknęła urazę i poszła do pierw­szego rzędu sie­dzeń. Tam dołą­czył do niej Henry o wymi­ze­ro­wa­nej twa­rzy i ster­czą­cych dziko rudych wło­sach. Tessa usia­dła obok znu­dzo­nej i ziry­to­wa­nej Jes­sa­mine w sukni z jasno­brą­zo­wej alpaki, a Will i Jem z jej dru­giej strony. Sie­dzi­ska były tak wąskie, że czuła cie­pło ramie­nia Jema tuż przy swoim.

Z początku Rada prze­bie­gała jak inne zebra­nia Clave. Char­lotte popro­szono o rela­cję z nocy, kiedy Enklawa zaata­ko­wała twier­dzę wam­pira de Quin­ceya i zabiła go wraz ze wszyst­kimi zwo­len­ni­kami, pod­czas gdy brat Tessy, Nate, zdra­dził pokła­dane w nim zaufa­nie i wpu­ścił do Insty­tutu Mistrza, Axela Mort­ma­ina, a ten zamor­do­wał dwoje słu­żą­cych i omal nie porwał Tessy. Kiedy z kolei Tessę wezwano do zło­że­nia zeznań, powtó­rzyła to, co już wcze­śniej mówiła: że nie wie, gdzie jest Nate, że o nic go nie podej­rze­wała, że nie miała poję­cia o swoim talen­cie, póki nie poka­zały go jej Mroczne Sio­stry, i zawsze sądziła, że jej rodzice byli ludźmi.

– Richard i Eli­za­beth Gray zostali dokład­nie spraw­dzeni – oświad­czył Inkwi­zy­tor. – Nie ma żad­nych dowo­dów wska­zu­ją­cych na to, że nie byli ludźmi. Jej brat też jest czło­wie­kiem. Może też być prawdą twier­dze­nie Mort­ma­ina, że ojcem dziew­czyny był demon, ale w takim razie rodzi się pyta­nie, dla­czego nie ma znaku cza­row­nicy.

– Bar­dzo to wszystko dziwne, łącz­nie z twoim talen­tem – stwier­dził Kon­sul, patrząc na Tessę. – Nie masz poję­cia, jakie są jego moż­li­wo­ści i ogra­ni­cze­nia? Nie pró­bo­wa­łaś posłu­żyć się jakąś rze­czą nale­żącą do Mort­ma­ina, żeby dotrzeć do jego wspo­mnień albo myśli?

– Pró­bo­wa­łam. Z jego guzi­kiem. Powinno się udać.

– Ale?

Tessa potrzą­snęła głową.

– Nie udało się. Nie zna­la­złam w nim żad­nej iskry, żad­nego… śladu życia. Niczego, co pozwo­li­łoby mi się z nim połą­czyć.

– Wygodne – mruk­nął Bene­dict pod nosem, ale Tessa go usły­szała i spło­nęła rumień­cem.

Gdy Kon­sul poka­zał jej gestem, że może usiąść, Tessa dostrze­gła twarz Bene­dicta Ligh­two­oda. Usta miał gniew­nie zaci­śnięte, a ona nie wie­działa, czym mogła go tak roz­wście­czyć.

– I nikt nie widział Mort­ma­ina od jego… sprzeczki z panną Gray w Sank­tu­arium – cią­gnął Kon­sul, kiedy Tessa usia­dła.

Inkwi­zy­tor prze­rzu­cił jakieś papiery leżące przed nim na mów­nicy.

– Prze­szu­kano jego domy i nie zna­le­ziono w nich żad­nych jego rze­czy. Podobne rezul­taty przy­nio­sły rewi­zje w maga­zy­nach Mort­ma­ina. Do śledz­twa włą­czyli się nawet nasi przy­ja­ciele ze Sco­tland Yardu. Ten czło­wiek znik­nął bez śladu. I to dosłow­nie, jak twier­dzi nasz przy­ja­ciel Wil­liam Heron­dale.

Will uśmiech­nął się pro­mien­nie, jakby usły­szał kom­ple­ment, ale Tessa dostrze­gła pod tym uśmie­chem zło­śli­wość i pomy­ślała o świe­tle odbi­tym od ostrej kra­wę­dzi brzy­twy.

– Pro­po­nuję dać drugą szansę Char­lotte i Henry’emu Bran­wel­lom – powie­dział Kon­sul. – Przez następne trzy mie­siące ich ofi­cjalne dzia­ła­nia podej­mo­wane w imie­niu Clave będą naj­pierw musiały być zatwier­dzone przeze mnie.

– Lor­dzie Kon­sulu! – Z tłumu dobiegł twardy, czy­sty głos. Wszyst­kie głowy odwró­ciły się w jego stronę. Tessa odnio­sła wra­że­nie, że coś takiego jak prze­ry­wa­nie Kon­su­lowi nie­czę­sto się zda­rza. – Chciał­bym zabrać głos.

Way­land uniósł brwi.

– Bene­dict Ligh­twood. Wcze­śniej mia­łeś po temu oka­zję, w cza­sie prze­słu­chań.

– Nie mam żad­nych uwag co do prze­słu­chań – oświad­czył Ligh­twood. W magicz­nym świe­tle jego orli pro­fil ryso­wał się jesz­cze ostrzej. – Nie zga­dzam się z pań­ską decy­zją.

Kon­sul pochy­lił się, wsparty o mów­nicę. Był dużym męż­czy­zną, o gru­bym karku i potęż­nej klatce pier­sio­wej. Swymi wiel­kimi dłońmi mógłby z łatwo­ścią objąć szyję Bene­dicta. Tessa nie mia­łaby nic prze­ciwko temu. Nie prze­pa­dała za Ligh­two­odem.

– Dla­czego?

– Myślę, że zaśle­pia pana dłu­go­trwała przy­jaźń z rodziną Fair­chil­dów, tak że nie dostrzega pan bra­ków Char­lotte jako głowy Insty­tutu – stwier­dził Bene­dict. Przez salę prze­biegł szmer. – Błędy popeł­nione w nocy pią­tego lipca nie tylko przy­nio­sły Clave wstyd i dopro­wa­dziły do utraty Pyxis. Popsu­li­śmy rów­nież nasze sto­sunki z lon­dyń­skimi Pod­ziem­nymi, nie­po­trzeb­nie ata­ku­jąc de Quin­ceya.

– Już wnie­siono skargi do Działu Odszko­do­wań – zagrzmiał Kon­sul. – Zostaną one roz­pa­trzone zgod­nie z Pra­wem. Rekom­pen­saty to nie twoja sprawa, Bene­dik­cie…

– Ale naj­gor­sze jest to… – Ligh­twood pod­niósł głos – …że Char­lotte Bran­well pozwo­liła uciec nie­bez­piecz­nemu prze­stępcy, który zamie­rza znisz­czyć Noc­nych Łow­ców, a my teraz nie mamy poję­cia, gdzie on może być. W dodatku, obo­wiąz­kiem zna­le­zie­nia go nie obar­czono tych, któ­rzy go zgu­bili!

Po tych sło­wach w sali zapa­no­wała wrzawa. Char­lotte była skon­ster­no­wana, Henry zdez­o­rien­to­wany, Will wście­kły. Kon­sul, któ­rego oczy pociem­niały nie­po­ko­jąco, kiedy Bene­dict wspo­mniał o Fair­chil­dach – Tessa domy­śliła się, że to pew­nie rodzina Char­lotte – mil­czał, póki nie ucichł gwar. Wtedy powie­dział:

– Wro­gość wobec przy­wód­czyni two­jej Enklawy nie świad­czy o tobie dobrze, Bene­dik­cie.

– Prze­pra­szam, Kon­sulu. Nie sądzę, żeby utrzy­my­wa­nie Char­lotte Bran­well na czele Insty­tutu leżało w inte­re­sie Clave, bo jak wszy­scy wiemy zaan­ga­żo­wa­nie Henry’ego jest jedy­nie nomi­nalne. Uwa­żam, że żadna kobieta nie nadaje się do pro­wa­dze­nia Insty­tutu. Kobiety nie kie­rują się logiką i roz­wagą, tylko emo­cjami. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że Char­lotte jest dobrą i uczciwą osobą, ale żaden męż­czy­zna nie dałby się zwieść takiemu mar­nemu szpie­gowi jak Natha­niel Gray…

– Ja dałem się oszu­kać. – Will z pło­ną­cym wzro­kiem zerwał się z krze­sła. – Wszy­scy dali­śmy się zwieść. Co to za insy­nu­acje wobec mnie, Jema i Henry’ego, panie Ligh­twood?

– Ty i Jem jeste­ście dziećmi – odparł krótko Bene­dict. – A Henry prak­tycz­nie nie wycho­dzi ze swo­jego labo­ra­to­rium.

Will zaczął prze­cho­dzić przez opar­cie krze­sła, ale Jem z całej siły pocią­gnął go w dół i coś do niego syk­nął. Jes­sa­mine kla­snęła w ręce, jej piwne oczy się roz­pro­mie­niły.

– Naresz­cie robi się cie­ka­wie.

Tessa spoj­rzała na nią z nie­sma­kiem.

– Nie sły­sza­łaś, że on obraża Char­lotte? – rzu­ciła szep­tem, ale Jes­sa­mine tylko mach­nęła ręką.

– Kogo zatem widzisz na czele Insty­tutu? – zapy­tał Kon­sul gło­sem ocie­ka­ją­cym sar­ka­zmem. – Sie­bie?

Bene­dict roz­ło­żył ręce w geście uda­wa­nej skrom­no­ści.

– Skoro pan tak uważa, Kon­sulu.

Zanim skoń­czył mówić, z krze­seł pod­nio­sły się trzy inne osoby. W dwóch z nich Tessa roz­po­znała człon­ków lon­dyń­skiej Enklawy, choć nie znała ich nazwisk. Trze­cią była Lilian High­smith.

Bene­dict się uśmiech­nął. Wszy­scy teraz na niego patrzyli. Sie­dzący obok niego młod­szy syn Gabriel wpa­try­wał się w ojca nie­prze­nik­nio­nymi zie­lo­nymi oczami i smu­kłymi pal­cami ści­skał opar­cie krze­sła, które miał przed sobą.

– Popie­rają mnie trzy osoby – stwier­dził Bene­dict. – Tylu gło­sów wymaga Prawo, żebym mógł ofi­cjal­nie rzu­cić wyzwa­nie Char­lotte Bran­well i doma­gać się sta­no­wi­ska prze­wod­ni­czą­cego lon­dyń­skiej Enklawy.

Char­lotte gwał­tow­nie zaczerp­nęła tchu, ale się nie odwró­ciła. Dalej sie­działa bez ruchu. Jem na­dal trzy­mał Willa za nad­gar­stek, a Jes­sa­mine miała taką minę, jakby oglą­dała eks­cy­tu­jące przed­sta­wie­nie.

– Nie! – powie­dział krótko Kon­sul.

– Nie możesz mi zabro­nić…

– Bene­dik­cie, pro­te­sto­wa­łeś już w chwili, kiedy mia­no­wa­łem Char­lotte. Zawsze chcia­łeś kie­ro­wać Insty­tu­tem. Teraz, kiedy Enklawa bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek musi dzia­łać wspól­nie, pro­wa­dzisz do podzia­łów i rywa­li­za­cji w Radzie.

– Zmiany nie zawsze doko­nują się poko­jowo, ale to nie zna­czy, że są nie­ko­rzystne. Pod­trzy­muję wyzwa­nie. – Bene­dict splótł dło­nie.

Kon­sul zabęb­nił pal­cami o mów­nicę. Sto­jący obok niego Inkwi­zy­tor miał zimny wzrok.

– Pro­po­nu­jesz, Bene­dik­cie, żeby obo­wią­zek szu­ka­nia Mort­ma­ina zło­żyć na barki tych, któ­rzy, jak twier­dzisz, „go zgu­bili”? – upew­nił się Way­land. – Zgo­dzisz się zapewne, że odna­le­zie­nie Mort­ma­ina jest naszym głów­nym celem?

Ligh­twood ski­nął głową.

– Zatem moja pro­po­zy­cja brzmi: niech Char­lotte i Henry pokie­rują poszu­ki­wa­niami Mort­ma­ina. Jeśli po dwóch tygo­dniach go nie znajdą albo przy­naj­mniej nie zdo­będą sil­nych dowo­dów wska­zu­ją­cych na miej­sce jego pobytu, twoje żąda­nie zosta­nie roz­pa­trzone.

Char­lotte zsu­nęła się na brzeg krze­sła.

– Mamy zna­leźć Mort­ma­ina? Sami, tylko Henry i ja, bez pomocy reszty Enklawy?

Wzrok Kon­sula nie był nie­życz­liwy, ale też nie cał­kiem wyba­cza­jący.

– Możesz wezwać innych człon­ków Clave, jeśli będziesz ich potrze­bo­wać w kon­kret­nej sytu­acji. Oczy­wi­ście, Cisi Bra­cia i Żela­zne Sio­stry też są do two­jej dys­po­zy­cji. A jeśli cho­dzi o śledz­two, tak, wy sami macie je popro­wa­dzić.

– Nie podoba mi się to – oświad­czyła nagle Lilian High­smith. – Z poszu­ki­wań sza­leńca robisz grę o wła­dzę…

– Chcesz więc wyco­fać swoje popar­cie dla Bene­dicta? – zapy­tał Kon­sul. – Jego wyzwa­nie straci moc i już nie będzie potrzeby, żeby Bran­wel­lo­wie się wyka­zali.

Lilian otwo­rzyła usta, ale kiedy zoba­czyła spoj­rze­nie Bene­dicta, szybko je zamknęła i pokrę­ciła głową.

– Stra­ci­li­śmy słu­żą­cych – powie­działa Char­lotte z napię­ciem w gło­sie. – Bez nich…

– Oczy­wi­ście dosta­nie­cie nowych – zapew­nił ją Kon­sul. – Cyril, brat waszego nie­ży­ją­cego sługi Tho­masa, już do was jedzie z Brig­thon, a Insty­tut Dubliń­ski oddaje wam swoją drugą kucharkę. Oboje są dobrze wyszko­lo­nymi wojow­ni­kami. Wasi też powinni tacy być, Char­lotte.

– Tho­mas i Aga­tha byli dobrze wyszko­leni – zapro­te­sto­wał Henry.

– Ale macie u sie­bie kilka osób, które nie są – wtrą­cił Bene­dict. – Nie tylko panna Love­lace, ale rów­nież poko­jówka Sophie i ta tutaj Pod­ziemna… – Wska­zał na Tessę. – Cóż, Char­lotte, skoro upar­łaś się ją zatrzy­mać, nie zaszko­dzi­łoby, żeby ona też została nauczona pod­staw samo­obrony.

Tessa ze zdu­mie­niem zer­k­nęła na Jema.

– On mówi o mnie?

Jem z ponurą miną kiw­nął głową.

– Ja nie potra­fię… Obe­tnę sobie stopę!

– Jeśli zamie­rzasz komuś obciąć stopę, to naj­le­piej Bene­dic­towi – rzu­cił cicho Will.

– Pora­dzisz sobie, Tesso, to nic trud­nego… – Resztę słów Jema zagłu­szył dono­śny głos Ligh­two­oda.

– Ponie­waż oboje będzie­cie bar­dzo zajęci szu­ka­niem Mort­ma­ina, pro­po­nuję wam swo­ich synów, Gabriela i Gide­ona, który dzi­siaj wraca z Hisz­pa­nii, jako tre­ne­rów. Obaj są świet­nymi wojow­ni­kami i mogą podzie­lić się swoim doświad­cze­niem.

– Ojcze! – zapro­te­sto­wał Gabriel. Wyglą­dał na prze­ra­żo­nego. Naj­wy­raź­niej ojciec nie omó­wił z nim wcze­śniej tej kwe­stii.

– Sami potra­fimy tre­no­wać swo­ich słu­żą­cych – odburk­nęła Char­lotte.

Kon­sul pokrę­cił głową.

– Bene­dict Ligh­twood ofe­ruje szczo­dry dar. Przyj­mij go.

Char­lotte zro­biła się kar­ma­zy­nowa na twa­rzy. Po dłuż­szej chwili skło­niła głowę na znak zgody. Tes­sie poczuła się oszo­ło­miona. Przej­dzie szko­le­nie? Będzie się uczyć walki wręcz, rzu­ca­nia nożami i macha­nia mie­czem? Rze­czy­wi­ście, jedną z jej ulu­bio­nych boha­te­rek była Capi­tola z Hid­den Hand, która potra­fiła wal­czyć rów­nie dobrze jak męż­czy­zna… i tak się ubie­rała. Ale to nie ozna­czało, że ona chciała być nią.

– Dobrze – powie­dział Kon­sul. – Ogła­szam koniec tego posie­dze­nia Rady i zwo­łuję następne za dwa tygo­dnie w tym samym miej­scu. Jeste­ście wolni.

Oczy­wi­ście, nie wszy­scy od razu się roze­szli. Kiedy obecni zaczęli wsta­wać z sie­dzeń i roz­ma­wiać z sąsia­dami, salę wypeł­nił gwar gło­sów. Char­lotte sie­działa bez ruchu. Henry spra­wiał wra­że­nie, jakby roz­pacz­li­wie chciał coś powie­dzieć, żeby ją pocie­szyć, ale nic nie przy­cho­dziło mu do głowy. Jego ręka zawi­sła nie­pew­nie nad ramie­niem żony. Will pio­ru­no­wał wzro­kiem Gabriela Ligh­two­oda, który patrzył zimno w ich stronę.

Char­lotte wstała powoli. Mąż trzy­mał rękę na jej ple­cach i coś do niej szep­tał. Jes­sa­mine nie­cier­pli­wie krę­ciła nową para­solką z bia­łej koronki; dostała ją od Henry’ego, kiedy jej stara została znisz­czona w cza­sie bitwy z auto­ma­tami Mort­ma­ina. Tessa też zerwała się z krze­sła i cała ich grupka ruszyła środ­kiem sali posie­dzeń. Tessa sły­szała wokół sie­bie strzępy słów: Char­lotte… Bene­dict… ni­gdy nie znajdą Mistrza… dwa tygo­dnie… wyzwa­nie… Kon­sul… Mort­main… Enklawa… upo­ko­rze­nie.

Char­lotte, czer­wona na twa­rzy, szła z wypro­sto­wa­nymi ple­cami i patrzyła pro­sto przed sie­bie, jakby nie sły­szała tych szep­tów. Will spra­wiał wra­że­nie, że zamie­rza rzu­cić się na plot­ka­rzy i wymie­rzyć im surową spra­wie­dli­wość, ale Jem mocno trzy­mał swo­jego para­ba­tai za tył płasz­cza. Bie­dak, musi się zacho­wy­wać jak wła­ści­ciel raso­wego psa, który lubi gryźć gości, pomy­ślała Tessa. I przez cały czas trzy­mać rękę na jego obroży. Jes­sa­mine znowu wyglą­dała na znu­dzoną. Nie­zbyt ją obcho­dziło, co Enklawa sądzi na jej temat.

Nim dotarli do drzwi, pra­wie bie­gli. Char­lotte zwol­niła na chwilę, żeby reszta grupy ją dogo­niła. Więk­szość obec­nych kie­ro­wała się na lewo, skąd przy­szli Tessa, Jem i Will, ale ona skrę­ciła w prawo, prze­szła kilka kro­ków kory­ta­rzem, skrę­ciła za róg i nagle się zatrzy­mała.

– Char­lotte? – W gło­sie Henry’ego brzmiała tro­ska. – Kocha­nie?

Char­lotte nagle z całej siły kop­nęła w kamienną ścianę. Nie wyrzą­dziła jej wiel­kiej szkody, ale sama krzyk­nęła cicho.

– O, rany – mruk­nęła Jes­sa­mine, krę­cąc para­solką.

– Jeśli mogę coś zapro­po­no­wać – ode­zwał się Will. – Jakieś dwa­dzie­ścia kro­ków stąd, w sali Rady, jest Bene­dict. Jeśli posta­no­wisz tam wró­cić, pro­po­nuję, żebyś celo­wała w górę i tro­chę w lewo…

– Char­lotte. – Głę­boki, chro­po­waty głos był łatwo roz­po­zna­walny.

Char­lotte odwró­ciła się gwał­tow­nie, jedną ręką doty­ka­jąc ściany. Jej brą­zowe oczy się roz­sze­rzyły.

Runy wyszyte srebrną nicią na dole szaty i na ręka­wach lśniły, kiedy Kon­sul zbli­żał się do małej grupki ze wzro­kiem utkwio­nym w sze­fo­wej Insty­tutu.

– Wiesz, co twój ojciec zawsze mówił o utra­cie pano­wa­nia nad sobą – powie­dział.

– Tak. I mówił rów­nież, że powi­nien mieć syna. – W gło­sie Char­lotte brzmiała nuta gory­czy. – Gdy­bym była męż­czy­zną, potrak­to­wał­byś mnie tak jak przed chwilą?

Henry poło­żył rękę na ramie­niu żony i coś do niej szep­nął, ale ona strą­ciła jego dłoń, patrząc Kon­su­lowi pro­sto w oczy.

– A jak cię potrak­to­wa­łem? – zapy­tał Way­land.

– Jak­bym była dziec­kiem, małą dziew­czynką, którą trzeba skar­cić.

– Char­lotte, to ja mia­no­wa­łem cie­bie sze­fową Insty­tutu i Enklawy – przy­po­mniał z lek­kim roz­draż­nie­niem Kon­sul. – Nie zro­bi­łem tego, bo lubi­łem Gra­nville’a Fair­childa i wie­dzia­łem o jego pra­gnie­niu, by córka odzie­dzi­czyła po nim sta­no­wi­sko, tylko dla­tego, że uwa­ża­łem, że dobrze sobie pora­dzisz.

– Mia­no­wa­łeś też Henry’ego – odpa­ro­wała Char­lotte. – I nie omiesz­ka­łeś przy tym napo­mknąć, że Enklawa łatwiej zaak­cep­tuje jako swo­ich przy­wód­ców parę mał­żon­ków niż samą kobietę.

– Gra­tu­la­cje, Char­lotte. Nie sądzę, by człon­ko­wie lon­dyń­skiej Enklawy uwa­żali, że to Henry nimi dowo­dzi.

– To prawda – przy­znał Bran­well, patrząc na swoje buty. – Wszy­scy wie­dzą, że jestem raczej bez­u­ży­teczny. Wszystko, co się stało, to moja wina, Kon­sulu…

– Nie – prze­rwał mu Way­land. – To było połą­cze­nie ogól­nego samo­za­do­wo­le­nia Clave, pecha, nie­od­po­wied­niego momentu i paru kiep­skich decy­zji Char­lotte. Tak, uwa­żam, że jesteś za nie odpo­wie­dzialna…

– Więc zga­dzasz się z Bene­dic­tem?! – wykrzyk­nęła Char­lotte.

– Bene­dict Ligh­twood to łaj­dak i hipo­kryta – powie­dział Kon­sul ze znu­że­niem. – Wszy­scy to wie­dzą. Ale jest poli­tycz­nie potężny i lepiej uła­go­dzić go tym przed­sta­wie­niem niż jesz­cze bar­dziej zan­ta­go­ni­zo­wać, igno­ru­jąc.

– Przed­sta­wie­niem? – powtó­rzyła z gory­czą Char­lotte. – Tak to nazy­wasz? Przy­dzie­li­łeś mi zada­nie nie­moż­liwe do wyko­na­nia.

– Dałem ci zada­nie odna­le­zie­nie Mistrza – odparł Way­land. – Czło­wieka, który wła­mał się do Insty­tutu, zabił two­ich słu­żą­cych, zabrał Pyxis i pla­nuje stwo­rzyć armię mecha­nicz­nych potwo­rów, żeby znisz­czyć nas wszyst­kich. Krótko mówiąc, osob­nika, któ­rego trzeba powstrzy­mać. Powstrzy­ma­nie go to twoje zada­nie, Char­lotte, jako przy­wód­czyni Enklawy. Jeśli uwa­żasz, że jest nie­moż­liwe do wyko­na­nia, może powin­naś zadać sobie pyta­nie, dla­czego tak bar­dzo zależy ci na tym sta­no­wi­sku.

Prze­ło­żył Ste­fan Sta­siak. [wróć]

Roz­dział drugi. Dział odszko­do­wań

Roz­dział drugi

Dział odszko­do­wań

„Udziel mi więc twych cier­pień, płaczmy razem na nie!

Ach, nie dziel ich, niech wszystko mnie samej zosta­nie”

– Ale­xan­der Pope, Helo­iza do Abe­larda (Prze­ło­żył Ludwik Kamiń­ski)

Świa­tło roz­ja­śnia­jące wielką biblio­tekę migo­tało słabo jak skwier­cząca świeca, ale Tessa wie­działa, że to tylko jej wyobraź­nia. Magiczne świa­tło, w prze­ci­wień­stwie do ognia czy lamp gazo­wych, ni­gdy nie sła­bło ani nie gasło.

Jej wzrok jed­nak zaczy­nał się męczyć, a sadząc po twa­rzach obec­nych, nie tylko ona czuła się znu­żona. Wszy­scy zebrali się wokół jed­nego z dłu­gich sto­łów. Char­lotte sie­działa w jego szczy­cie, Henry po pra­wej stro­nie Tessy, Will i Jem tro­chę dalej obok sie­bie. Tylko Jes­sa­mine wyco­fała się w drugi koniec stołu, odsu­nęła od reszty. Blat był dosłow­nie zasłany naj­róż­niej­szymi papie­rami: sta­rymi gaze­tami, wolu­mi­nami, płach­tami per­ga­minu pokry­tymi drob­nym paję­czym pismem. Znaj­do­wały się wśród nich gene­alo­gie rodów Mort­ma­inów, histo­rie auto­ma­tów, nie­zli­czone książki o cza­rach wzy­wa­ją­cych i wią­żą­cych, wszel­kie mate­riały o Klu­bie Pan­de­mo­nium, które Cichym Bra­ciom udało się wygrze­bać ze swo­ich archi­wów.

Tessa miała za zada­nie przej­rzeć gazety i wyszu­kać arty­kuły o Mort­ma­inie i jego fir­mie prze­wo­zo­wej. Oczy zacho­dziły jej mgłą, litery się roz­my­wały. Poczuła ulgę, kiedy Jes­sa­mine w końcu ode­pchnęła od sie­bie książkę O magicz­nych machi­nach i prze­rwała ciszę, mówiąc:

– Myślę, że tra­cimy czas.

Char­lotte pod­nio­sła na nią wzrok ze zbo­la­łym wyra­zem twa­rzy.

– Jes­sa­mine, nie ma potrzeby, żebyś tu zosta­wała, jeśli nie chcesz. Zresztą wąt­pię, czy kto­kol­wiek z nas ocze­ki­wał two­jej pomocy w tej spra­wie, a ponie­waż ni­gdy nie gar­nę­łaś się do nauki, zasta­na­wiam się, czy w ogóle wiesz, czego szu­kasz. Potra­fi­ła­byś odróż­nić czar wią­żący od wzy­wa­ją­cego?

Tessa się zdzi­wiła. Char­lotte rzadko bywała wobec nich taka ostra.

– Chcę pomóc – zapew­niła Jes­sie z nadą­saną miną. – Te mecha­niczne stwory Mort­ma­ina omal mnie nie zabiły. Chcę, żeby został zła­pany i uka­rany.

– Wcale nie – wtrą­cił się Will, roz­wi­ja­jąc stary, popę­kany per­ga­min zapi­sany czar­nymi sym­bo­lami. – Chcesz, żeby brat Tessy został zła­pany i uka­rany za uda­wa­nie, że jest w tobie zako­chany.

Jes­sa­mine się zaru­mie­niła.

– Nie. To zna­czy, ja nie… To zna­czy, och! Char­lotte, Will mi doku­cza.

– A słońce wscho­dzi na wscho­dzie – wymam­ro­tał pod nosem Jem.

– Nie chcę, żeby mnie wyrzu­cili z Insty­tutu, jeśli nie znaj­dziemy Mistrza – cią­gnęła Jes­sa­mine. – Czy to tak trudno zro­zu­mieć?

– Nie ty zosta­niesz wyrzu­cona z Insty­tutu, tylko Char­lotte – zauwa­żył Will. – Jestem pewien, że Ligh­two­odo­wie pozwolą ci zostać. A Bene­dict ma dwóch synów w wieku odpo­wied­nim do ożenku. Powin­naś być zachwy­cona.

Jes­sa­mine się skrzy­wiła.

– Nocni Łowcy. Ni­gdy za żad­nego nie wyjdę.

– Prze­cież sama jesteś Nocną Łow­czy­nią.

Zanim dziew­czyna zdą­żyła odpo­wie­dzieć, drzwi się otwo­rzyły i do biblio­teki weszła Sophie. Skło­niła głowę nakrytą bia­łym czep­kiem i powie­działa coś cicho do swo­jej pra­co­daw­czyni.

Char­lotte wstała i oznaj­miła:

– Przy­szedł brat Enoch. Muszę z nim poroz­ma­wiać. Will, Jes­sa­mine, nie pró­buj­cie się poza­bi­jać, kiedy mnie nie będzie. Henry, gdy­byś mógł…

Zawie­siła głos. Jej mąż nie odry­wał wzroku od Księgi wie­dzy o pomy­sło­wych urzą­dze­niach mecha­nicz­nych Al-Jaza­riego. Nie zwra­cał uwagi na nic i na nikogo. Char­lotte bez słowa unio­sła ręce i wyszła z biblio­teki.

Gdy zamknęły się za nią drzwi, Jes­sa­mine posłała Wil­lowi jado­wite spoj­rze­nie.

– Skoro uwa­żasz, że ja nie mam doświad­cze­nia, żeby wam pomóc, to w takim razie, co ona tutaj robi? – Wska­zała na Tessę. – Nie chcę być nie­grzeczna, ale sądzisz, że ona potrafi odróż­nić czar wią­żący od wzy­wa­ją­cego? – Prze­nio­sła wzrok na Tessę. – Potra­fisz? A skoro już o tym mowa, Will, czy ty odróż­nisz czar wią­żący od prze­pisu na suflet?

Will odchy­lił się na opar­cie krze­sła i wyre­cy­to­wał roz­ma­rzo­nym gło­sem:

– „Sza­lony jestem tylko przy wie­trze pół­nocno-zachod­nim; kiedy z połu­dnia wieje, umiem odróż­nić jastrzę­bie od cza­pli”.

– Jes­sa­mine, Tessa była taka łaskawa, że zapro­po­no­wała pomoc, a wiesz, że potrze­bu­jemy teraz każ­dej pary oczu – prze­mó­wił suro­wym tonem Jem. – Will, nie cytuj Ham­leta. Henry… – Odchrząk­nął. – Henry!

Pan Bran­well pod­niósł nie­przy­tomny wzrok i zamru­gał.

– Tak, kocha­nie? – Rozej­rzał się zdez­o­rien­to­wany. – Gdzie Char­lotte?

– Poszła poroz­ma­wiać z Cichymi Braćmi – odparł Jem ze sto­ic­kim spo­ko­jem. – Chyba… zgo­dzę się z Jes­sa­mine.

– A słońce wscho­dzi na wscho­dzie – mruk­nął Will.

– Dla­czego? – obu­rzyła się Tessa. – Nie możemy teraz zre­zy­gno­wać. Rów­nie dobrze mogli­by­śmy od razu oddać Insty­tut temu okrop­nemu Bene­dic­towi Ligh­two­odowi.

– Nie pro­po­nuję, żeby­śmy sie­dzieli bez­czyn­nie. Tylko że my pró­bu­jemy odgad­nąć, co Mort­main zamie­rza zro­bić, usi­łu­jemy prze­wi­dzieć przy­szłość, zamiast sta­rać się zro­zu­mieć prze­szłość.

– Znamy prze­szłość Mort­ma­ina i jego plany. – Will wska­zał ręką na gazety. – Uro­dzony w Devon, był chi­rur­giem na statku, został boga­tym kup­cem, zajął się czarną magią, a teraz zamie­rza rzą­dzić świa­tem dzięki potęż­nej armii mecha­nicz­nych żoł­nie­rzy. Nie jest to nie­ty­powa histo­ria jak na zde­ter­mi­no­wa­nego mło­dego czło­wieka…

– Nie sądzę, żeby kie­dyś wspo­mi­nał o rzą­dze­niu świa­tem – prze­rwała mu Tessa. – Mówił tylko o Impe­rium Bry­tyj­skim.

– Godna podziwu dosłow­ność – sko­men­to­wał Will. – Mia­łem na myśli to, że wiemy, skąd się wziął Mort­main. To raczej nie nasza wina, że nie jest to zbyt inte­re­su­jące… – Zawie­sił głos. – A!

– Co „a!”? – burk­nęła Jes­sa­mine, prze­no­sząc wzrok z Willa na Jema. – Oświad­czam, że spo­sób, w jaki wy dwaj czy­ta­cie nawza­jem w swo­ich myślach, przy­pra­wia mnie o dresz­cze.

– A! – powtó­rzył Will. – Jem wła­śnie myślał, a ja jestem skłonny się z nim zgo­dzić, że histo­ria życia Mort­ma­ina to zwy­kłe bania­luki. Tro­chę kłamstw, tro­chę prawdy, ale naj­praw­do­po­dob­niej nie­wiele nam to wszystko pomoże. Wymy­ślił te bajeczki, żeby gazety miały co wydru­ko­wać. Poza tym nie obcho­dzi mnie, ile stat­ków ma Mort­main; my chcemy wie­dzieć, gdzie nauczył się czar­nej magii i od kogo.

– I dla­czego nie­na­wi­dzi Noc­nych Łow­ców – dorzu­ciła Tessa.

Spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu Willa powę­dro­wało ku niej leni­wie.

– Czy to rze­czy­wi­ście nie­na­wiść? Ja uwa­żam, że raczej zwy­kła chęć domi­na­cji. Gdy Mort­main usu­nie nas z drogi, z mecha­niczną armią zdo­bę­dzie tyle wła­dzy, ile zechce.

Tessa pokrę­ciła głową.

– Nie, cho­dzi o coś wię­cej. Trudno mi to wyja­śnić, ale on… nie­na­wi­dzi Nefi­lim. To dla niego bar­dzo oso­bi­sta sprawa. I ma coś wspól­nego z tam­tym zegar­kiem. Tak jakby pra­gnął rekom­pen­saty za krzywdę, którą mu wyrzą­dzili.

– Odszko­do­wa­nia – powie­dział nagle Jem, odkła­da­jąc ołó­wek.

Will spoj­rzał na niego zain­try­go­wany.

– Czy to jakaś gra? Rzu­camy pierw­sze słowo, jakie przyj­dzie nam do głowy? W takim razie moje brzmi: „genu­pho­fo­bia” i ozna­cza irra­cjo­nalny strach przed kola­nami.

– A jakie jest okre­śle­nie na racjo­nalny strach przez iry­tu­ją­cymi idio­tami? – wypa­liła Jes­sa­mine.

– Dział odszko­do­wań w archi­wach – wyja­śnił Jem, igno­ru­jąc ich oboje. – Kon­sul wspo­mniał o nim wczo­raj i od tam­tej pory ta nazwa sie­dzi mi w gło­wie. Tam jesz­cze nie szu­ka­li­śmy.

– Odszko­do­wa­nia? – zapy­tała Tessa.

– Kiedy jakiś Pod­ziemny albo Przy­ziemny twier­dzi, że Nocny Łowca zła­mał wobec nich Prawo, składa skargę do Działu odszko­do­wań. Odbywa się pro­ces i Pod­ziemny dostaje zadość­uczy­nie­nie, o ile potrafi udo­wod­nić swoją krzywdę.

– Szu­ka­nie tam wydaje mi się tro­chę głu­pie – stwier­dził Will. – Mało praw­do­po­dobne, żeby Mort­main zło­żył kie­dyś ofi­cjalną skargę na Noc­nych Łow­ców. „Bar­dzo obu­rzeni Nocni Łowcy uparli się, że nie umrą, mimo że ja tego bar­dzo chcia­łem. Doma­gam się rekom­pen­saty. Pro­szę prze­słać pocztą czek na nazwi­sko A. Mort­main, 18 Ken­sing­ton Road”.

– Dość kpin – uciął Jem. – Może Mort­main nie zawsze nie­na­wi­dził Noc­nych Łow­ców? Może kie­dyś bez­sku­tecz­nie pró­bo­wać uzy­skać zadość­uczy­nie­nie ofi­cjalną drogą? Co szko­dzi spraw­dzić? W naj­gor­szym razie nic nie znaj­dziemy, czyli będziemy dokład­nie w takiej samej sytu­acji co teraz. – Wstał i odgar­nął do tyłu srebrne włosy. – Idę do Char­lotte, zanim brat Enoch wyj­dzie. Popro­szę ją, żeby kazała Cichym Bra­ciom spraw­dzić archiwa.

Tessa też wstała od stołu. Nie miała ochoty zostać w biblio­tece z Wil­lem i Jes­sa­mine, któ­rzy oboje naj­wy­raź­niej byli w prze­kor­nym nastroju. Henry uciął sobie spo­kojną drzemkę na sto­sie ksią­żek, zresztą, i tak nie mogła liczyć na to, że znaj­dzie u niego ratu­nek. Obec­ność Willa, przy któ­rym zwy­kle czuła się nie­swojo, łatwiej dawała się znieść przy Jemie. Tylko on jakoś potra­fił go utem­pe­ro­wać i uczy­nić nie­mal ludz­kim.

– Pójdę z tobą, Jem – zapro­po­no­wała pośpiesz­nie. – I tak chcia­łam… poroz­ma­wiać o czymś z Char­lotte.

Jem był zasko­czony, ale wyglą­dał na zado­wo­lo­nego. Will prze­niósł spoj­rze­nie z niego na Tessę i odsu­nął krze­sło.

– Już całą wiecz­ność sie­dzimy wśród tych butwie­ją­cych sta­rych ksiąg – stwier­dził. – Moje piękne oczy są zmę­czone, a ręce mam poza­ci­nane papie­rem. Widzi­cie? – Roz­po­starł palce. – Idę na spa­cer.

– Nie możesz nary­so­wać sobie iratze? – rzu­ciła Tessa.

Will spio­ru­no­wał ją wzro­kiem. Jego oczy były piękne.

– Jak zawsze pomocna.

Tessa odwza­jem­niła spoj­rze­nie.

– Być usłużną to moje jedyne pra­gnie­nie.

Jem poło­żył dłoń na jej ramie­niu.

– Tesso, Will. – W jego gło­sie brzmiała tro­ska. – Nie sądzę…

Jed­nakże Will już porwał płaszcz z krze­sła i wyma­sze­ro­wał z biblio­teki. Zatrza­snął za sobą drzwi z taką siłą, że zadrżała futryna.

Jes­sa­mine roz­parła się na krze­śle i zmru­żyła brą­zowe oczy.

– Inte­re­su­jące.

Tes­sie drżały ręce, kiedy odgar­niała kosmyk wło­sów za ucho. Nie cier­piała, kiedy Will miał na nią taki wpływ. Nie zno­siła tego. Wie­działa swoje. Wie­działa, co on o niej myśli. Że jest nic nie­warta. Ale jego spoj­rze­nie przy­pra­wiało ją o drże­nie z nie­na­wi­ści i jed­no­cze­śnie tęsk­noty. Zupeł­nie, jakby w jej krwi pły­nęła tru­ci­zna, a jedy­nym na nią anti­do­tum był Jem. Tylko przy nim czuła się pew­nie.

– Chodź. – Jem lekko ujął ją pod ramię. Dżen­tel­men nie powi­nien publicz­nie doty­kać damy, ale w Insty­tu­cie Nocni Łowcy zacho­wy­wali się wobec sie­bie bar­dziej poufale niż Przy­ziemni w zewnętrz­nym świe­cie. Kiedy na niego spoj­rzała, uśmiech­nął się do niej nie tylko oczami, ale i ser­cem, całym sobą. – Poszu­kamy Char­lotte.

– A co ja mam robić, kiedy was nie będzie? – zapy­tała z roz­draż­nie­niem Jes­sa­mine, kiedy ruszyli do drzwi.

Jem obej­rzał się przez ramię.

– Zawsze możesz obu­dzić Henry’ego. Zdaje się, że znowu je papier przez sen, a wiesz, jak Char­lotte tego nie znosi.

– Niech to licho! – mruk­nęła Jes­sa­mine z wes­tchnie­niem. – Dla­czego zawsze dostaję głu­pie zada­nia?

– Bo nie chcesz poważ­nych – odparł Jem tonem, w któ­rym Tessa, o dziwo, usły­szała nutę iry­ta­cji.

Żadne z nich nie zauwa­żyło lodo­wa­tego spoj­rze­nia, jakim obrzu­ciła ich Jes­sa­mine, kiedy wycho­dzili z biblio­teki.

***

– Pan Bane pana ocze­kuje, sir – oznaj­mił lokaj i usu­nął się na bok, żeby wpu­ścić Willa.

Jego imię brzmiało Archer – a może Wal­ker czy jakoś podob­nie – i był jed­nym z ludz­kich nie­wol­ni­ków Camille. Jak wszy­scy pod­po­rząd­ko­wani woli wam­pira, miał cho­ro­bliwy wygląd, per­ga­mi­nową skórę i cien­kie, suche włosy. Spra­wiał wra­że­nie rów­nie uszczę­śli­wio­nego wido­kiem Noc­nego Łowcy jak gość, który na przy­ję­ciu znaj­duje śli­maka w sała­cie.

Od razu po wej­ściu do domu, Willa ude­rzył zapach. Była to woń czar­nej magii, siarki zmie­sza­nej z odo­rem Tamizy w gorący dzień. Will zmarsz­czył nos. Lokaj spoj­rzał na niego z jesz­cze więk­szą odrazą.

– Pan Bane jest w salo­nie. – Z tonu sługi jasno wyni­kało, że zamie­rza towa­rzy­szyć tam intru­zowi. – Mam wziąć pań­ski płaszcz?

– To nie będzie konieczne.

Nie zdej­mu­jąc płasz­cza, Will podą­żył kory­ta­rzem za zapa­chem magii. Woń sta­wała się coraz inten­syw­niej­sza, w miarę jak zbli­żał się do salonu. Spod zamknię­tych drzwi sączyły się smużki dymu. Will zaczerp­nął duży haust cuch­ną­cego powie­trza i się­gnął do klamki.

Wnę­trze salonu oka­zało się dziw­nie puste. Dopiero po chwili Will zorien­to­wał się, że gospo­darz odsu­nął pod ściany wszyst­kie cięż­kie tekowe meble, nawet for­te­pian. Z sufitu zwi­sał ozdobny żyran­dol, ale pokój oświe­tlały tuziny gru­bych czar­nych świec usta­wio­nych krę­giem na środku pomiesz­cze­nia. Obok kręgu stał Magnus z otwartą księgą w rękach. Sta­ro­modny fular miał polu­zo­wany, czarne włosy ster­czały wokół jego twa­rzy jak nała­do­wane elek­trycz­no­ścią. Kiedy Will wszedł do salonu, cza­row­nik pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się sze­roko.

– W samą porę! – wykrzyk­nął. – Myślę, że tym razem go mamy. Will, poznaj Tam­muza, pomniej­szego demona z ósmego wymiaru. Tam­mu­zie, poznaj Willa, pomniej­szego Noc­nego Łowcę z… Walii, tak?

– Wydłu­bię ci oczy – wysy­czał stwór, który sie­dział wewnątrz pło­ną­cego kręgu. Mie­rzył nie­wiele ponad trzy stopy, miał jasno­nie­bie­ską skórę, troje jarzą­cych się oczu, czar­nych jak węgle, i ośmio­pal­cza­ste dło­nie zakoń­czone dłu­gimi krwi­sto­czer­wo­nymi pazu­rami. – Zedrę ci skórę z twa­rzy.

– Nie bądź nie­grzeczny, Tam­mu­zie – skar­cił go Magnus i choć mówił lek­kim tonem, pło­mie­nie świec nagle sko­czyły w górę, a demon sku­lił się z krzy­kiem. – Will ma do cie­bie kilka pytań. Odpo­wiesz na nie.

Will pokrę­cił głową.

– Sam nie wiem, Magnu­sie – powie­dział. – On nie wygląda mi na tego wła­ści­wego.

– Mówi­łeś, że był nie­bie­ski. Ten jest nie­bie­ski.

– Jest nie­bie­ski – przy­znał Will, pod­cho­dząc do kręgu. – Ale demon, któ­rego szu­kam, był tak naprawdę kobal­towy. Ten jest raczej nie­bie­sko­fio­le­towy.

– Jak mnie nazwa­łeś? – ryk­nął demon z wście­kło­ścią. – Podejdź bli­żej, mały Nocny Łowco, i pozwól mi poży­wić się swoją wątrobą! Wyrwę ją z cie­bie, a ty będziesz krzy­czał.

Will odwró­cił się do Magnusa.

– Głos też ma inny. I nie zga­dza się liczba oczu.

– Jesteś pewien…?

– Abso­lut­nie pewien – potwier­dził Will. – To nie jest coś, co mógł­bym… kie­dy­kol­wiek zapo­mnieć.

Magnus wes­tchnął, odwró­cił się do demona i zaczął czy­tać z księgi:

– Tam­mu­zie, wzy­wam cię mocą dzwonu, księgi i świecy, mocą wiel­kich imion Sam­ma­ela, Abba­dona i Molo­cha, żebyś powie­dział prawdę. Czy przed tym dniem spo­tka­łeś Noc­nego Łowcę Willa Heron­dale’a albo kogoś z jego krwi lub rodu?

– Nie wiem – odburk­nął demon z roz­draż­nie­niem. – Wszy­scy ludzie wyglą­dają dla mnie tak samo.

– Odpo­wiedz mi! – ryk­nął Magnus roz­ka­zu­ją­cym gło­sem.

– No, dobrze. Nie, ni­gdy w życiu go nie widzia­łem. Zapa­mię­tał­bym. Coś mi się zdaje, że dobrze sma­kuje. – Demon wyszcze­rzył zęby ostre jak brzy­twy. – Nie byłem w tym świe­cie od… hm, stu lat, może wię­cej. Ni­gdy nie mogę zapa­mię­tać róż­nicy mię­dzy sto a tysiąc. W każ­dym razie ostat­nio, kiedy tu byłem, wszy­scy miesz­kali w cha­tach z błota i jedli robaki. Wąt­pię więc, żebym go spo­tkał – pal­cem o wielu sta­wach wska­zał na Willa – chyba że Zie­mia­nie żyją o wiele dłu­żej, niż sądzi­łem.

Magnus prze­wró­cił oczami.

– Upar­łeś się, że nie pomo­żesz, co?

Demon wzru­szył ramio­nami w dziw­nie ludz­kim geście.

– Zmu­si­łeś mnie do powie­dze­nia prawdy, więc ją powie­dzia­łem.

– A może cho­ciaż sły­sza­łeś o demo­nie takim, jakiego opi­sa­łem? – ode­zwał się Will z nutą despe­ra­cji w gło­sie. – Ciem­no­nie­bie­ski, z gło­sem jak papier ścierny i dłu­gim, kol­cza­stym ogo­nem.

Demon ze znu­dzoną miną zmie­rzył go wzro­kiem.

– Masz poję­cie, ile rodza­jów demo­nów żyje w Otchłani, Nefi­lim? Setki, setki milio­nów. Przy wiel­kim mie­ście Pan­de­mo­nium wasz Lon­dyn wygląda jak wieś. Są demony wszel­kich kształ­tów, roz­mia­rów i kolo­rów. Nie­które dowol­nie potra­fią zmie­niać wygląd…

– Och, zamknij się wresz­cie, skoro nie potra­fisz pomóc! – huk­nął Magnus i zatrza­snął księgę.

Wszyst­kie świece nagle zga­sły, demon znik­nął z okrzy­kiem zasko­cze­nia, zosta­wia­jąc po sobie tylko smugę cuch­ną­cego dymu.

Cza­row­nik odwró­cił się do Willa.

– Byłem pewien, że tym razem mam rację.

– To nie twoja wina. – Will rzu­cił się na jedną z kanap odsu­nię­tych pod ścianę. Było mu jed­no­cze­śnie gorąco i zimno, nerwy miał napięte i bez wiel­kiego powo­dze­nia pró­bo­wał zdu­sić w sobie roz­cza­ro­wa­nie. Gwał­tow­nym ruchem ścią­gnął ręka­wiczki i wci­snął je do kie­szeni na­dal zapię­tego płasz­cza. – Sta­rasz się. Tam­muz miał rację. Nie poda­łem ci zbyt wielu szcze­gó­łów.

– Zakła­dam, że powie­dzia­łeś mi wszystko, co pamię­tasz – rzekł spo­koj­nie Magnus. – Otwo­rzy­łeś Pyxis i wypu­ści­łeś demona. On cię prze­klął, a ty teraz chcesz, żebym go zna­lazł i zmu­sił, żeby zdjął z cie­bie klą­twę. To wszystko?

– Tak – zapew­nił Will. – Po co miał­bym coś ukry­wać, wie­dząc, o co cię pro­szę? O zna­le­zie­nie igły w stogu… Boże, nawet nie w stogu siana, tylko w całej wieży peł­nej igieł.

– Włóż rękę do wieży igieł, a paskud­nie się pokłu­jesz. Naprawdę jesteś pewien, że tego wła­śnie chcesz?

– Jestem pewien, że alter­na­tywa jest gor­sza – odparł Will, patrząc na sczer­niałe miej­sce na pod­ło­dze, gdzie przed chwilą kucał demon. Był wyczer­pany. Ener­gia Znaku, który nary­so­wał sobie rano przed wyj­ściem na Radę, wyczer­pała się w połu­dnie. Teraz czuł pul­so­wa­nie w skro­niach. – Żyję z tą klą­twą już pięć lat. Myśl, że będę musiał z nią żyć jesz­cze dłu­żej, prze­raża mnie bar­dziej niż myśl o śmierci.

– Jesteś Noc­nym Łowcą; nie boisz się śmierci – stwier­dził Magnus.

– Oczy­wi­ście, że się boję. Może jeste­śmy potom­kami anio­łów, ale o tym, co jest po śmierci, wiemy nie wię­cej niż wy.

Magnus pod­szedł do kanapy i usiadł w jej dru­gim końcu. Jego zie­lo­no­złote oczy jarzyły się w ciem­no­ści jak kocie śle­pia.

– Nie wiesz, czy po śmierci jest tylko nie­byt.

– A wiesz, że go nie ma? – odpa­ro­wał Will. – Jem wie­rzy, że wszy­scy rodzimy się na nowo, że życie to koło. Umie­ramy, wiru­jemy, rodzimy się na nowo, jeśli na to zasłu­gu­jemy, zależ­nie od naszych uczyn­ków na tym świe­cie. – Will spoj­rzał na swoje obgry­zione paznok­cie. – Ja pew­nie odro­dzę się jako śli­mak, któ­rego ktoś posoli.

– Koło Trans­mi­gra­cji – rzekł Magnus i skrzy­wił usta w uśmie­chu. – Pomyśl o tym w ten spo­sób, że musia­łeś zro­bić coś dobrego w swoim poprzed­nim życiu, skoro uro­dzi­łeś się na nowo jako Nefi­lim.

– O, tak – powie­dział Will znu­żo­nym tonem. – Mia­łem wiel­kie szczę­ście. – Odchy­lił głowę na opar­cie kanapy. – Domy­ślam się, że będziesz potrze­bo­wał wię­cej… skład­ni­ków? Stara Mol z Cross Bones chyba już ma dość mojego widoku.

– Mam rów­nież inne kon­takty – zli­to­wał się nad nim Magnus. – Ale naj­pierw muszę zdo­być wię­cej danych. Możesz jesz­cze coś dodać na temat cha­rak­teru tej klą­twy…

– Nie. – Will usiadł pro­sto. – Nie mogę. Już ci mówi­łem, że bar­dzo ryzy­ko­wa­łem, w ogóle mówiąc ci o jej ist­nie­niu. Gdy­bym zdra­dził wię­cej…

– Co wtedy? Niech zgadnę. Nie wiesz, ale jesteś pewien, że byłoby źle.

– Bo zacznę myśleć, że przyj­ście do cie­bie było błę­dem.

– Cho­dzi o Tessę, prawda?

Przez ostat­nie pięć lat Will uczył się nie oka­zy­wać emo­cji: zasko­cze­nia, sym­pa­tii, rado­ści. Był nie­mal pewien, że wyraz jego twa­rzy się nie zmie­nił, ale usły­szał napię­cie w swoim gło­sie, kiedy powtó­rzył:

– O Tessę?

– Minęło już pięć lat – przy­po­mniał mu Magnus. – Jakoś sobie radzi­łeś przez cały ten czas, nikomu nic nie mówiąc. Co więc spro­wa­dziło cię do mnie w środku nocy, w cza­sie burzy? Co się zmie­niło w Insty­tu­cie? Przy­cho­dzi mi do głowy tylko jedno wyja­śnie­nie… cał­kiem ładne, z dużymi sza­rymi oczami…

Will wstał tak gwał­tow­nie, że omal nie prze­wró­cił kanapy.

– Są jesz­cze inne rze­czy – powie­dział, siląc się na spo­kój. – Jem umiera.

Bane zmie­rzył go chłod­nym wzro­kiem.

– Umiera od lat. Żadna klą­twa rzu­cona na cie­bie nie poprawi ani nie pogor­szy jego stanu.

Will uświa­do­mił sobie, że trzęsą mu się ręce. Zaci­snął je w pię­ści.

– Nie rozu­miesz…

– Wiem, że jeste­ście para­ba­tai – rzekł Magnus. – Wiem, że jego śmierć będzie dla cie­bie wielką stratą. Ale nie wiem…

– Wiesz to, co powi­nie­neś wie­dzieć. – Wil­lowi zro­biło się zimno, choć w pokoju było cie­pło, a on na­dal miał na sobie płaszcz. – Mogę zapła­cić wię­cej, jeśli to powstrzyma cię od zada­wa­nia mi pytań.

Magnus pod­cią­gnął nogi na kanapę.

– Nic nie powstrzyma mnie przed zada­wa­niem ci pytań. Ale posta­ram się usza­no­wać twoją powścią­gli­wość.

Will roz­luź­nił dło­nie.

– Więc na­dal będziesz mi poma­gał.

– Na­dal będę ci poma­gał. – Cza­row­nik splótł ręce za głową i odchy­lił się do tyłu, patrząc na gościa spod przy­mru­żo­nych powiek. – Choć pomógł­bym ci bar­dziej, gdy­byś wyznał mi prawdę, zro­bię, co w mojej mocy. Dziwna rzecz, ale mnie inte­re­su­jesz, Willu Heron­dale.

Will wzru­szył ramio­nami.

– To wystar­cza­jący powód. Kiedy zamie­rzasz znowu spró­bo­wać?

Magnus ziew­nął.

– Praw­do­po­dob­nie w week­end. W sobotę przy­ślę ci wia­do­mość… jeśli zro­bię jakieś postępy.

Postęp. Klą­twa. Prawda. Jem. Umie­ra­jący, Tessa, Tessa. Tessa. Tessa. Jej imię roz­brzmie­wało w umy­śle Willa niczym dźwięk dzwonu. Cie­kawe, czy jesz­cze jakieś inne imię na świe­cie ma w sobie taką moc, przed którą nie da się uciec. Dla­czego nie dostała tak okrop­nego imie­nia, jak na przy­kład Mil­dred. Nie potra­fił sobie wyobra­zić, że leży w nocy bez­sen­nie i patrzy w sufit, a nie­wi­dzialne głosy szep­czą: Mil­dred, Mil­dred. Za to Tessa…

– Dzię­kuję – powie­dział. Teraz z kolei zro­biło mu się gorąco. W pokoju było duszno i pach­niało spa­lo­nym woskiem ze świec. – Będę cze­kał na wia­do­mość.

– Dobrze – mruk­nął Bane i zamknął oczy.

Will nie potra­fił stwier­dzić, czy cza­row­nik naprawdę śpi, czy tylko czeka, aż on wyj­dzie. Tak czy ina­czej, był to wyraźny sygnał, że gość powi­nien już sobie iść. I Will wyszedł, nie bez pew­nej ulgi.

***

Sophie wła­śnie szła do pokoju panny Jes­sa­mine, żeby wymieść popiół z kominka i wyczy­ścić kratę, kiedy usły­szała głosy w holu. W poprzed­nim miej­scu pracy nauczono ją, że ma się odwra­cać i patrzeć w ścianę, kiedy mijają ją pra­co­dawcy, a naj­le­piej uda­wać mebel albo inną nie­oży­wioną rzecz.

Była zasko­czona, kiedy się prze­ko­nała, że w Insty­tu­cie jest zupeł­nie ina­czej. Po pierw­sze, jak na taki duży dom zatrud­niano tu nie­wiele służby. Z początku nie zda­wała sobie sprawy, że Nocni Łowcy sami robią wiele rze­czy, które szla­chet­nie uro­dzeni uzna­liby za poni­żej swo­jej god­no­ści: poczy­na­jąc od roz­pa­la­nia ognia, zaku­pów, sprzą­ta­nia nie­któ­rych pomiesz­czeń, takich jak sala tre­nin­gowa czy zbro­jow­nia. Wstrzą­snęła nią poufa­łość, z jaką Aga­tha i Tho­mas odno­sili się do swo­ich pra­co­daw­ców. Po pro­stu nie wie­działa, że ci słu­żący pocho­dzą z rodzin, które od poko­leń służą Noc­nym Łow­com… albo że sami znają magię.

Ona uro­dziła się w bied­nej rodzi­nie i odkąd zaczęła pra­co­wać jako posłu­gaczka, czę­sto nazy­wano ją głu­pią albo policz­ko­wano, bo nie była przy­zwy­cza­jona do uży­wa­nia deli­kat­nych przed­mio­tów, praw­dzi­wego sre­bra czy chiń­skiej por­ce­lany tak cien­kiej, że prze­świe­cała przez nią ciemna her­bata. Z cza­sem nauczyła się wszyst­kiego, a kiedy stało się jasne, że wyro­śnie na bar­dzo ładną dziew­czynę, została awan­so­wana na poko­jówkę. Los takiej słu­żą­cej był bar­dzo nie­pewny. Miała wyglą­dem cie­szyć oko domow­ni­ków, więc w miarę jak robiła się coraz star­sza, od chwili ukoń­cze­nia osiem­na­stu lat jej płaca z każ­dym rokiem się zmniej­szała.

Przyj­ście do pracy w Insty­tu­cie – gdzie nikomu nie prze­szka­dzało, że nowa słu­żąca ma już dwa­dzie­ścia lat, nie wyma­gano od niej, żeby patrzyła na ściany i nie odzy­wała się nie­py­tana – oka­zało się taką ulgą, że oka­le­cze­nie pięk­nej twa­rzy przez poprzed­niego pra­co­dawcę cza­sami wyda­wało się jej nie­zbyt wygó­ro­waną ceną. Na­dal uni­kała patrze­nia na sie­bie w lustrach, ale cier­pie­nie nie było już takie dotkliwe. Jes­sa­mine drwiła z niej z powodu dłu­giej bli­zny znie­kształ­ca­ją­cej poli­czek, ale inni nie zwra­cali na nią uwagi, z wyjąt­kiem Willa, który cza­sami mówił coś nie­przy­jem­nego, ale raczej od nie­chce­nia, jakby wła­śnie tego od niego ocze­ki­wano, choć on sam nie miał serca do tych zgryź­li­wo­ści.

Ale tak było, nim zako­chała się w Jemie.

Teraz roz­po­znała na kory­ta­rzu jego głos; brzmiał w nim śmiech. Lecz kiedy usły­szała, że odpo­wiada mu panna Tessa, poczuła dziwne ści­ska­nie w piersi. Zazdrość. Gar­dziła sobą z tego powodu, ale nie potra­fiła jej stłu­mić. Panna Tessa zawsze dobrze ją trak­to­wała, a w jej dużych sza­rych oczach kryła się taka wraż­li­wość – i głód przy­jaźni – że nie można było jej nie lubić. Jed­nakże spo­sób, w jaki na nią patrzył pan Jem… a ona nawet tego nie dostrze­gała.

Nie. Sophie po pro­stu nie znio­słaby spo­tka­nia z tą dwójką, gdyby Jem patrzył na Tessę tak jak ostat­nio. Chwy­ciła szczotkę i wia­dro, otwo­rzyła naj­bliż­sze drzwi, szybko weszła do środka i zamknęła je za sobą. Była to jedna z wielu nie­uży­wa­nych sypialni Insty­tutu, prze­zna­czona dla gości Noc­nych Łow­ców. Obcho­dziła je wszyst­kie raz na dwa tygo­dnie, chyba że ktoś z nich aku­rat korzy­stał. Ten pokój oka­zał się dość zanie­dbany; dro­binki kurzu tań­czyły w świe­tle pada­ją­cym z okien. Sophie z tru­dem powstrzy­mała chęć kich­nię­cia i przy­ci­snęła oko do szcze­liny w drzwiach.

Miała rację. W jej stronę szli kory­ta­rzem pan Car­sta­irs i panna Gray. Wyda­wali się cał­ko­wi­cie pochło­nięci sobą. Jem niósł tobo­łek, który wyglą­dał na zło­żony strój tre­nin­gowy, a Tessa śmiała się z tego, co powie­dział. Ona patrzyła pod nogi, a on na nią, jak zawsze, kiedy sądził, że nie jest obser­wo­wany. I miał wyraz twa­rzy, który przy­bie­rał wtedy, gdy grał na skrzyp­cach: sku­piony i ocza­ro­wany.

Zabo­lało ją serce. Był piękny. Zawsze tak uwa­żała. Więk­szość ludzi roz­pły­wała się nad Wil­lem, jaki jest przy­stojny, ale według niej, Jem pre­zen­to­wał się tysiąc razy lepiej od niego. Miał ete­ryczny wygląd anio­łów z obra­zów i choć wie­działa, że srebrna barwa jego wło­sów i skóry jest skut­kiem dzia­ła­nia leku, który zaży­wał na swoją cho­robę, ten kolor też się jej podo­bał. Poza tym, Jem był deli­katny, twardy i dobry. Chęt­nie sobie wyobra­żała, że odgar­nia jej włosy z twa­rzy, choć zwy­kle myśl o tym, że dotyka jej męż­czy­zna albo nawet chło­piec, przy­pra­wiała ją o strach i mdło­ści. On miał takie deli­katne, pięk­nie ukształ­to­wane dło­nie…

– Nie mogę uwie­rzyć, że jutro przy­cho­dzą – powie­działa Tessa, kie­ru­jąc wzrok z powro­tem na Jema. – Mam wra­że­nie, że Sophie i ja zosta­ły­śmy rzu­cone na pożar­cie Bene­dic­towi Lig­th­wo­odowi jak kość psu, żeby go uła­go­dzić. Prze­cież jemu wcale nie cho­dzi o to, że nie jeste­śmy prze­szko­lone. On po pro­stu chce, żeby jego syno­wie uprzy­krzali życie Char­lotte.

– To prawda – zgo­dził się Jem. – Ale dla­czego nie sko­rzy­stać ze szko­le­nia, skoro już padła taka pro­po­zy­cja? Wła­śnie dla­tego Char­lotte pró­buje zachę­cić Jes­sa­mine do tre­ningu. Jeśli cho­dzi o cie­bie, Mort­main już nie sta­nowi zagro­że­nia, ale mogą zna­leźć się inni, któ­rych przy­cią­gnie twój talent. Lepiej, żebyś się nauczyła, jak z nimi wal­czyć.

Tessa odru­chowo powę­dro­wała ręką do naszyj­nika z anioł­kiem. Sophie podej­rze­wała, że dziew­czyna nawet sobie nie uświa­da­mia tego nawy­ko­wego gestu.

– Wiem, co powie Jes­sa­mine. Że potrze­buje pomocy tylko w odpę­dza­niu przy­stoj­nych zalot­ni­ków.

– Nie przy­da­łaby się jej raczej pomoc w odpę­dza­niu tych mniej przy­stoj­nych?

– Nie, jeśli są Przy­ziem­nymi. – Tessa uśmiech­nęła się sze­roko. – Ona zawsze wybie­rze brzyd­kiego Przy­ziem­nego zamiast przy­stoj­nego Noc­nego Łowcę.

– Co mnie wyklu­cza z wyścigu – skwi­to­wał Jem z uda­wa­nym żalem.

Tessa roze­śmiała się i powie­działa:

– Szkoda. Ktoś tak ładny jak Jes­sa­mine powi­nien mieć wybór, ale ona jest cał­ko­wi­cie prze­ko­nana, że Nocny Łowca…

– Ty jesteś o wiele ład­niej­sza – stwier­dził Jem.

Tessa spoj­rzała na niego zasko­czona i czer­wona na twa­rzy. Sophie znowu poczuła ukłu­cie zazdro­ści, choć zga­dzała się z Jemem. Jes­sa­mine była ładna w kla­syczny spo­sób, kie­szon­kowa Wenus, któ­rej urodę zwy­kle psuła kwa­śna mina. Nato­miast Tessa ze swo­imi gęstymi, czar­nymi, falu­ją­cymi wło­sami i oczami sza­rymi jak morze miała w sobie cie­pło, które przy­cią­gało coraz bar­dziej, im dłu­żej się ją znało. Na jej twa­rzy były wypi­sane inte­li­gen­cja i poczu­cie humoru, któ­rych bra­ko­wało Jes­sa­mine, a przy­naj­mniej się z nimi nie zdra­dzała.

Jem zatrzy­mał się przed drzwiami Jes­sa­mine i zapu­kał. Kiedy nie usły­szał odpo­wie­dzi, wzru­szył ramio­nami, schy­lił się i poło­żył czarny strój pod drzwiami.

– Ona ni­gdy go nie włoży. – W policz­kach Tessy zro­biły się dołeczki.

Jem się wypro­sto­wał.

– Zgo­dzi­łem się zanieść jej ekwi­pu­nek, a nie ubie­rać ją na siłę.

Ruszył dalej kory­ta­rzem. Tessa go dogo­niła i powie­działa:

– Nie wiem, jak Char­lotte może tak czę­sto roz­ma­wiać z bra­tem Eno­chem. On mnie prze­raża.

– Nie wiem. Wolę myśleć, że u sie­bie Cisi Bra­cia są tacy jak my. Robią sobie dow­cipy, szy­kują grzanki z serem…

– Mam nadzieję, że bawią się w sza­rady – dorzu­ciła Tessa. – I w ten spo­sób wyko­rzy­stują wro­dzone talenty.

Jem wybuch­nął śmie­chem. Potem oboje skrę­cili za róg i znik­nęli. Sophie oparła się o fra­mugę drzwi. Ona nie umia­łaby tak roz­ba­wić Jema; nie sądziła, żeby kto­kol­wiek to potra­fił, może oprócz Willa. Trzeba kogoś dobrze znać, żeby go roz­śmie­szyć. Ona od dawna go kochała, ale wcale nie znała. Jak to moż­liwe?

Wes­tchnęła z rezy­gna­cją i już miała wyjść ze swo­jej kry­jówki, kiedy zoba­czyła, że uchy­lają się drzwi pokoju Jes­sa­mine. Pośpiesz­nie cof­nęła się w ciem­ność. Panna Jes­sa­mine była ubrana w długi aksa­mitny płaszcz podróżny, okry­wa­jący ją od szyi po stopy. Włosy miała zwią­zane cia­sno z tyłu głowy, w ręce nio­sła męski kape­lusz. Sophie zamarła ze zdu­mie­nia. Jes­sa­mine spoj­rzała w dół i dostrze­gła ekwi­pu­nek leżący na pod­ło­dze. Skrzy­wiła się, kop­nęła go szybko do pokoju – przy oka­zji Sophie zauwa­żyła męski but na jej nodze – i bez­sze­lest­nie zamknęła drzwi. Rozej­rzała się czuj­nie, wło­żyła kape­lusz na głowę, wci­snęła brodę w koł­nierz płasz­cza i ruszyła kory­ta­rzem. Sophie odpro­wa­dziła ją zain­try­go­wa­nym spoj­rze­niem.

Roz­dział trzeci. Nie­uspra­wie­dli­wiona śmierć

Roz­dział trzeci

Nie­uspra­wie­dli­wiona śmierć

„Nie­stety! Przy­ja­ciółmi byli w mło­do­ści;

Lecz szep­czące języki potra­fią zatruć prawdę;

Lojal­ność ist­nieje w lep­szym świe­cie;

Życie jest cier­ni­ste, a mło­dość próżna;

Gniew na tych, któ­rych kochamy,

Jest niczym zaćmie­nie umy­słu”.

– Samuel Tay­lor Cole­ridge, Chri­sta­bel

Następ­nego dnia po śnia­da­niu Char­lotte pole­ciła Tes­sie i Sophie, żeby wró­ciły do swo­ich poko­jów, prze­brały się w nowe stroje i spo­tkały z Jemem w sali tre­nin­go­wej. Tam miały zacze­kać na braci Ligh­two­odów. Jes­sa­mine nie zeszła do jadalni, wyma­wia­jąc się bólem głowy, Willa też ni­gdzie nie było. Tessa podej­rze­wała, że się ukrywa, by nie musieć oka­zy­wać uprzej­mo­ści Gabrie­lowi Ligh­two­odowi i jego bratu. Wcale mu się nie dzi­wiła.

Kiedy wró­ciła do swo­jego pokoju, poczuła ner­wowe łasko­ta­nie w brzu­chu; ni­gdy wcze­śniej nie nosiła takiego stroju, a w dodatku, tym razem Sophie nie mogła jej pomóc. Ale oczy­wi­ście zazna­jo­mie­nie się z ekwi­pun­kiem było czę­ścią szko­le­nia, nie mówiąc o samo­dziel­nym wło­że­niu butów na pła­skim obca­sie, luź­nych spodni z gru­bej czar­nej tka­niny, dłu­giej tuniki z pasem, się­ga­ją­cej pra­wie do kolan. W takim wła­śnie ubra­niu wal­czyła wcze­śniej Char­lotte i takie samo Tessa widziała na ilu­stra­cji w Kodek­sie. Uznała je wtedy za dziwne, ale teraz sama miała je nosić. Gdyby ciotka Har­riet mogła ją zoba­czyć, pew­nie by zemdlała.

Spo­tkała się z Sophie u stóp scho­dów pro­wa­dzą­cych do sali tre­nin­go­wej Insty­tutu. Nie powie­działy do sie­bie ani słowa, tylko wymie­niły krze­piące uśmie­chy. Tessa pierw­sza weszła na wąskie drew­niane schody z porę­czami tak sta­rymi, że zaczy­nały już pękać. Dziw­nie było tak iść po stop­niach i nie przej­mo­wać się pod­no­sze­niem spód­nic, żeby ich nie przy­dep­nąć. Choć całe ciało miała zakryte, odno­siła wra­że­nie, że jest pra­wie naga.