Stormhaven - A.P. Mist - ebook + audiobook

Stormhaven ebook i audiobook

Mist A.P.

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

„Stormhaven” – opowieść o bliznach, które prowadzą do miłości.

W sercu teksańskiej wsi, gdzie życie toczy się rytmem natury i pracy na roli, Neil Prescott żyje samotnie, otoczony ciszą i wspomnieniami. Milczący właściciel Stormhaven Ranch od lat odgradza się od ludzi – i od siebie. Jego życie zmienia się nieoczekiwanie, gdy los stawia na jego drodze Avery Bloom – dziewczynę, która miała tylko dostarczyć obiad. Ona jest światłem, którego on się boi. On – cieniem, w którym ona potrafi dostrzec ciepło.

Avery wkracza w jego świat z siłą, której sam Neil nie potrafi zignorować. Pełna życia, choć niosąca własne straty, zaczyna topić lód wokół jego serca. Ich relacja rodzi się wśród milczenia, spojrzeń i przypadkowych spotkań, aż w końcu oboje zaczynają pragnąć więcej – choć każde z nich boi się tego uczucia.

Wśród koni, kurzu, porannej kawy i szeptów po zmroku, Neil i Avery uczą się, że prawdziwa miłość nie pyta o to, co zostało zniszczone – tylko o to, co można wspólnie zbudować. To historia o drugich szansach, o bliznach, które nie przekreślają piękna, i o tym, że czasem los przysyła kogoś dokładnie wtedy, kiedy przestajemy wierzyć, że jeszcze na to zasługujemy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 414

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 16 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mikołaj JodlińskiAnna Kert

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis Treści

1.Pro­log2.Roz­dział 13.Roz­dział 24.Roz­dział 3Co­py­ri­ght

Prolog

Neil

Dła­wi­ący,gęstydymwdzie­rał się do mo­ich płuc jak tru­ci­zna. Wal­czy­łem o ka­żdy od­dech, ale po­wie­trze zda­wa­ło się ciąć moje gar­dło.

Czu­łem, jak ad­re­na­li­na prze­ta­cza się przez moje żyły, bo­le­śnie na­pi­na­jąc ka­żdy mi­ęsień. Ogień, ni­czym dzi­ki po­twór, sza­lał wo­kół, zio­nąc pło­mie­nia­mi, i wdzie­rał się w ka­żdą szcze­li­nę, za­mie­nia­jąc drew­nia­ne bel­ki i ścia­ny w pło­nący cha­os. Wy­bu­chł z nie­spo­dzie­wa­ną siłą, cała staj­nia była już za­jęta go­rącem, a pa­lący się dach sy­pał się na zie­mię, ogłu­sza­jąc nas swo­im trza­skiem. Zwie­rzęta rża­ły w pa­ni­ce. Mu­sia­łem je wy­pu­ścić. Ka­żde żywe stwo­rze­nie było dla mnie wa­żne i nie mo­głem po­zwo­lić im zgi­nąć w tym pie­kle.

Świat, któ­ry zna­łem, roz­pa­dał się na ka­wa­łki w ogniu i dy­mie, któ­ry gęst­niał z ka­żdą se­kun­dą.

Gdy bie­ga­li­śmy z jed­ne­go bok­su do dru­gie­go, czu­łem, jak żar prze­szy­wa mi skó­rę, a dym pa­ra­li­żu­je moje zmy­sły. Tata krzy­czał, wska­zu­jąc dro­gę, a ja słu­cha­łem jego po­le­ceń, choć ka­żdy krok wy­da­wał się de­spe­rac­ką pró­bą prze­kro­cze­nia gra­ni­cy mi­ędzy ży­ciem a śmier­cią.

– Neil, po­spiesz się! – usły­sza­łem krzyk ojca.

Czas się ko­ńczył, a w staj­ni wci­ąż były ko­nie, któ­re mu­sia­łem ura­to­wać.

Bie­głem przez wy­pe­łnio­ny dy­mem bu­dy­nek, a pa­ni­ka roz­prze­strze­nia­ła się w mo­ich ży­łach. Zwie­rzęta były prze­ra­żo­ne, ja też, ale sta­ra­łem się nie­ść im ra­tu­nek, cho­ciaż wie­dzia­łem, że wszyst­ko dzie­je się zbyt szyb­ko. Wy­da­wa­ło się, że w tym pie­kle czas pły­nął szyb­ciej, a ja by­łem tyl­ko ma­łym punk­tem w nie­ustan­nym ogniu. Ko­lej­ny koń. Jesz­cze je­den.

– Cho­dź, szyb­ko! – krzyk­nąłem do ostat­nie­go, któ­ry szar­pał się w swo­im bok­sie. Zła­pa­łem go za kan­tar i po­ci­ągnąłem. – Szyb­ko, szyb­ko… – po­wta­rza­łem jak man­trę, sta­ra­jąc się uspo­ko­ić zwie­rzę, mimo że i ja ze stra­chu by­łem bli­ski pa­ra­li­żu.

Moje cia­ło było zmęczo­ne, nie czu­łem już nóg, a po­wie­trze, któ­rym od­dy­cha­łem, pa­li­ło mi płu­ca. Z czo­ła spły­wał mi pot, od­dech sta­wał się co­raz ci­ęższy, a w uszach szu­mia­ło.

Gdy w ko­ńcu uda­ło mi się wy­pu­ścić ostat­nie­go ko­nia i wy­bie­gł na ze­wnątrz, po­czu­łem przy­pływ na­dziei. My­śla­łem, że już nic nie może pó­jść źle.

Nie zdąży­łem się na­wet od­wró­cić, kie­dy usły­sza­łem gło­śny trzask. Bel­ka spa­dła na mnie z ogrom­ną siłą, mia­żdżąc moje cia­ło. Po­wie­trze z mo­ich płuc zo­sta­ło bru­tal­nie wy­rwa­ne przez siłę ude­rze­nia. Nie mia­łem siły się ru­szyć. Chcia­łem krzy­czeć, ale dym ob­le­pił moje gar­dło ni­czym gęsta smo­ła.

W tych ostat­nich chwi­lach, kie­dy ciem­no­ść wdzie­ra­ła się w moje oczy, sły­sza­łem tyl­ko roz­my­ty krzyk taty. Jego głos, pe­łen de­ter­mi­na­cji i roz­pa­czy jed­no­cze­śnie, zda­wał się wo­łać o ra­tu­nek, o jesz­cze jed­ną szan­sę.

Nie pa­mi­ęta­łem, jak dłu­go trwa­ła wal­ka z lo­sem, ale za­nim wszyst­ko po­grąży­ło się w ca­łko­wi­tej ciem­no­ści, w mo­jej gło­wie roz­brzmia­ła myśl, że nie zdo­ła­łem ura­to­wać wszyst­kich. Za­bra­kło mi szczęścia, by ura­to­wać… sie­bie.

Ból, któ­ry prze­ni­kał moje cia­ło, nie po­zwa­lał na­wet na otwar­cie oczu. By­łem za­mro­żo­ny w jed­nej po­zy­cji, nie wie­dzia­łem, co się tu­taj wy­da­rzy­ło ani gdzie się znaj­do­wa­łem. Po­wo­li, z ogrom­nym tru­dem roz­chy­li­łem po­wie­ki. Od razu uj­rza­łem drob­ną, drżącą syl­wet­kę. Moją sio­strę. Mia­ła czer­wo­ne od pła­czu oczy – wi­dzia­łem to, choć ob­raz mia­łem za­ma­za­ny. Trzy­ma­ła de­li­kat­nie moją dłoń.

– Neil… Boże, tak się ba­łam… – wy­szep­ta­ła.

Chcia­łem się pod­nie­ść, ale mnie po­wstrzy­ma­ła.

– Nie ru­szaj się, bra­cisz­ku.

– Tata… – wy­du­si­łem z wy­si­łkiem. – Co z nim?

Jej twarz stęża­ła. Po­kręci­ła po­wo­li gło­wą, a po jej po­licz­kach spły­nęły łzy.

– To moja wina – szep­nąłem ze ści­śni­ętym, obo­la­łym gar­dłem.

Ella po­ło­ży­ła dłoń na moim ra­mie­niu, może chcąc do­dać mi otu­chy. Nie dzia­ła­ło.

Za­ci­snąłem po­wie­ki, pró­bu­jąc opa­no­wać łzy, któ­re ci­snęły się do oczu. Mia­łem wra­że­nie, że umie­ram z wy­bu­cha­jące­go w pier­si żalu. Nie chcia­łem, by była tego świad­kiem.

Ból roz­lał się po ca­łym moim cie­le. Nie fi­zycz­ny, lecz ten, któ­ry ro­dził się głębo­ko w ser­cu. Zda­łem so­bie spra­wę, że ży­cie nie będzie już ta­kie samo, że i ja umie­ram.

Tak jak umie­ra na­dzie­ja.

Rozdział 1

Avery

Dzie­si­ęć lat pó­źniej

Opa­rłamłok­cieozim­ną ladę i zer­ka­łam na ku­cha­rza, któ­ry z miną pe­łną sku­pie­nia pod­rzu­cał coś na pa­tel­ni. Aro­mat sma­żo­ne­go mi­ęsa mie­szał się w po­wie­trzu z za­pa­chem świe­żo pie­czo­ne­go chle­ba, a ja, czu­jąc, jak bur­czy mi w brzu­chu, wy­ci­ągnęłam rękę po fryt­kę z por­cji sto­jącej na bla­cie.

– Ave­ry, odłóż to – rzu­cił Phil bez od­wra­ca­nia się. W jego gło­sie nie było ani gra­ma gro­źby.

– Ale to tyl­ko jed­na fryt­ka! – za­pro­te­sto­wa­łam, cho­wa­jąc ją za ple­ca­mi jak zło­dziej przy­ła­pa­ny na go­rącym uczyn­ku.

– Tak, tak, a po­tem „tyl­ko jed­na” za­mie­nia się w po­ło­wę por­cji – mruk­nął, po­trząsa­jąc gło­wą. – Głod­na je­steś, to so­bie za­mów.

– A skąd wiesz, że nie za­mó­wi­łam? Może to moje?

Phil rzu­cił mi krót­kie, scep­tycz­ne spoj­rze­nie, po czym wró­cił do swo­je­go za­jęcia.

– Bo wi­dzia­łem za­mó­wie­nie i nie było tam two­je­go imie­nia.

Par­sk­nęłam śmie­chem, usia­dłam na wy­so­kim sto­łku przy la­dzie i za­częłam ko­ły­sać no­ga­mi w po­wie­trzu. W ba­rze nie było wie­lu klien­tów, ale od­gło­sy ci­chych roz­mów i brzęcze­nie ra­dia nada­wa­ły temu miej­scu nie­po­wta­rzal­ne­go kli­ma­tu. Lu­bi­łam tu być. Na­wet je­śli była to tyl­ko pra­ca, w któ­rej cza­sem de­ner­wo­wa­łam się na sze­fa twier­dzące­go, że za dużo ga­dam.

– Do­bra, do­bra, już nie ma­ru­dź – wes­tchnęłam, uda­jąc ob­ra­żo­ną. – I tak mnie uwiel­biasz.

– Ja­sne, uwiel­biam. – Prze­wró­cił ocza­mi, ale kąci­ki jego ust unio­sły się w uśmie­chu.

Po­kręcił jesz­cze gło­wą i si­ęgnął po tac­kę, na któ­rej ukła­dał za­mó­wie­nie. Pach­nia­ło bo­sko, ale moje za­mó­wie­nie brzmia­ło­by bar­dziej jak „wszyst­ko, co za­wie­ra ser”. Nie ka­żdy miał tak wy­ra­fi­no­wa­ne gu­sta jak ja.

– To idzie na far­mę na ko­ńcu – oznaj­mił, po­da­jąc mi tor­bę z je­dze­niem.

Za­mru­ga­łam.

– Któ­rą?

– Na tę naj­wi­ęk­szą. Storm­ha­ven Ranch – wy­ja­śnił.

Czy­li za­mó­wie­nie zło­żył Neil Pre­scott. Wiel­ki sa­mot­nik, któ­ry uni­kał lu­dzi tak sku­tecz­nie, jak ja uni­ka­łam sprząta­nia po zmia­nie. Kie­dyś wpa­dł tu po kawę, ale za­mie­nił z nami dwa sło­wa. A ra­czej jed­no. Nie, to na­wet nie była wy­mia­na słów. Rzu­cił krót­kie „kawa”, ode­brał ku­bek i znik­nął szyb­ciej, niż zdąży­łam mru­gnąć. Fa­cet za­gad­ka.

– My­ślisz, że mnie ugry­zie? – za­py­ta­łam z uda­wa­ną po­wa­gą.

Cza­sem żar­to­wa­li­śmy so­bie z Pre­scot­ta, że moje ga­dul­stwo by go za­bi­ło, i na­zy­wa­li­śmy złym wil­kiem.

Phil prych­nął.

– Ra­czej za­mknie ci drzwi przed no­sem, kie­dy za­czniesz mó­wić.

– A to by­ło­by smut­ne – wes­tchnęłam te­atral­nie. – No nic, może uda mi się go roz­ch­mu­rzyć.

Phil nie wy­glądał na prze­ko­na­ne­go, ale ja lu­bi­łam wy­zwa­nia.

Chwy­ci­łam tor­bę, po­pra­wi­łam ko­szul­kę i ru­szy­łam ku wy­jściu, a dźwi­ęk dzwon­ka nad drzwia­mi oznaj­mił moje po­że­gna­nie.

Gdy tyl­ko wy­szłam na ze­wnątrz, ude­rzy­ło mnie cie­płe tek­sa­ńskie po­wie­trze. Było pó­źne po­po­łud­nie, sło­ńce le­ni­wie opa­da­ło ku ho­ry­zon­to­wi, ob­le­wa­jąc wszyst­ko wo­kół zło­tą po­świa­tą. Po­wie­trze pach­nia­ło la­tem, cie­płem, któ­re uwiel­bia­łam.

Rzu­ci­łam za­mó­wie­nie na sie­dze­nie pa­sa­że­ra w moim wy­słu­żo­nym pic­ku­pie, wdra­pa­łam się do środ­ka i od­pa­li­łam sil­nik. Sta­ry, ale nie­za­wod­ny wóz za­war­czał jak zwy­kle, bo po­trze­bo­wał kil­ku se­kund na prze­my­śle­nie, czy aby na pew­no chce ru­szyć. Po­kle­pa­łam de­skę roz­dziel­czą.

– No da­lej, mój żucz­ku, dasz radę – mruk­nęłam, uśmie­cha­jąc się do sie­bie.

Dro­ga na far­mę była dłu­ga i pro­wa­dzi­ła przez roz­le­głe pola, któ­re o tej po­rze roku wy­gląda­ły jak mo­rze zło­ta. Po obu stro­nach szu­tro­wej dro­gi ci­ągnęły się drew­nia­ne pło­ty, a za nimi pa­stwi­ska, na któ­rych le­ni­wie pa­sły się kro­wy. Nie­któ­re pod­no­si­ły gło­wy, gdy prze­je­żdża­łam obok, bo za­kłó­ca­łam ich sie­lan­kę.

Z gło­śni­ków le­cia­ła ja­kaś sta­ra pio­sen­ka co­un­try, a ja, jak zwy­kle, za­częłam podśpie­wy­wać pod no­sem. W moim ży­ciu nie było może wiel­kich fa­jer­wer­ków, ale to mi wy­star­cza­ło. Sło­ńce, mu­zy­ka i pro­sto­ta – to było wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wa­łam do szczęścia.

Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach jaz­dy do­ta­rłam na miej­sce. Storm­ha­ven Ranch. Na­wet je­śli ktoś ni­g­dy wcze­śniej tu nie był, od razu wie­dział, że tra­fił na praw­dzi­wą tek­sa­ńską far­mę. Ota­cza­ły ją ogrom­ne te­re­ny, nie­opo­dal sta­ły staj­nie, a za nimi wiel­kie si­lo­sy. Jed­nak naj­wi­ęk­sze wra­że­nie ro­bił na mnie dom z we­ran­dą, któ­ry wy­glądał jak wy­jęty z daw­nych cza­sów, choć po­wstał ca­łkiem nie­daw­no.

Jak przez mgłę pa­mi­ęta­łam, że kie­dy by­łam dziec­kiem, wy­bu­chł tu po­tężny po­żar. Przez lata Pre­scott bu­do­wał to miej­sce, aż w ko­ńcu stał się po­sia­da­czem naj­wi­ęk­szej far­my w oko­li­cy. Przy­naj­mniej tak mó­wi­li w ba­rze.

Za­trzy­ma­łam się tuż przy głów­nym bu­dyn­ku. Zga­si­łam sil­nik, wy­sko­czy­łam z sa­mo­cho­du, po czym chwy­ci­łam tor­bę z je­dze­niem.

Ro­zej­rza­łam się do­oko­ła, ma­jąc na­dzie­ję do­strzec ja­kąś zna­jo­mą twarz. W od­da­li, przy jed­nej z za­gród, do­strze­głam kil­ku mężczyzn za­jętych pra­cą. Wes­tchnęłam i po­pra­wi­łam ko­smyk wło­sów, któ­ry wy­su­nął mi się z ku­cy­ka.

– No do­bra, Ave­ry, czas zmie­rzyć się z wil­kiem – po­wie­dzia­łam sama do sie­bie i ru­szy­łam w stro­nę bu­dyn­ku.

Kie­dy wcho­dzi­łam na we­ran­dę, de­ski za­skrzy­pia­ły mi pod bu­ta­mi. Gdzie­nie­gdzie wi­dać było śla­dy pa­zu­rów, jak­by na tej drew­nia­nej kon­struk­cji wal­czy­ły dzi­kie zwie­rzęta. Za­trzy­ma­łam się przed drzwia­mi i za­pu­ka­łam ener­gicz­nie, li­cząc, że ktoś w środ­ku usły­szy.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła ci­sza, po­tem do­bie­gł mnie przy­tłu­mio­ny dźwi­ęk prze­su­wa­ne­go krze­sła i czy­jeś ci­ężkie kro­ki. Chwi­lę pó­źniej z wnętrza domu pa­dło kil­ka nie­wy­bred­nych prze­kle­ństw, wy­po­wie­dzia­nych głębo­kim, szorst­kim gło­sem.

Drzwi otwo­rzy­ły się gwa­łtow­nie, nie­mal ude­rza­jąc o ścia­nę, a w pro­gu sta­nął mężczy­zna, któ­ry mógł być bo­ha­te­rem we­ster­nu lub okład­ki ma­ga­zy­nu dla ko­biet. Albo jed­no i dru­gie. Cho­le­ra… Za­schło mi w gar­dle.

Gość miał ciem­ne, lek­ko zmierz­wio­ne wło­sy i krót­ki, za­dba­ny za­rost, któ­ry do­da­wał mu su­ro­wo­ści. Był wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny, a pod przy­le­ga­jącą do cia­ła ko­szul­ką ry­so­wa­ły się mi­ęśnie. Jed­nak to jego ciem­ne, nie­mal czar­ne oczy przy­ku­ły moją uwa­gę. I nie dla­te­go, że spo­gląda­ły na mnie z mie­szan­ką iry­ta­cji i nie­uf­no­ści.

Za­nim zdąży­łam się ode­zwać, zmie­rzył mnie wzro­kiem od stóp do głów, a pó­źniej za­trzy­mał go na mo­jej ko­szul­ce. Kącik jego ust unió­sł się w kpi­ącym uśmie­chu.

– Cze­go? – wark­nął, opie­ra­jąc się ra­mie­niem o fra­mu­gę drzwi. Skrzy­żo­wał ręce i ko­lej­ny raz ob­rzu­cił mnie wro­gim spoj­rze­niem.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi, ale uśmiech­nęłam się pod no­sem. A więc tak się ba­wi­my. Zły pan i nie­chcia­ny in­truz na wło­ściach bo­ga­cza.

– Do­star­czam je­dze­nie, pa­nie Pre­scott – wy­ja­śni­łam z uda­wa­ną sło­dy­czą, uno­sząc tor­bę z logo „Bee Bi­stro”.

W rze­czy­wi­sto­ści mia­łam ocho­tę kop­nąć go w kost­kę. W ko­la­no. W kro­cze. Do­bra, tak na­praw­dę mia­łam ocho­tę uciec.

Wy­raz jego twa­rzy nie zdra­dzał żad­nych emo­cji. A już na pew­no nie po­zy­tyw­nych. Po kil­ku se­kun­dach, któ­re zda­wa­ły się ci­ągnąć w nie­sko­ńczo­no­ść, zno­wu otwo­rzył usta, ale tym ra­zem nie brzmiał już tak kpi­ąco.

– Ni­cze­go nie za­ma­wia­łem, więc ra­dzę ci stąd spa­dać, chy­ba że chcesz stać się ko­la­cją dla mo­je­go przy­ja­cie­la.

Mężczy­zna w pro­gu pa­trzył na mnie jak na iry­tu­jące­go ro­ba­ka, a w jego spoj­rze­niu cza­iła się nie­co mrocz­na ener­gia. Może i wy­gląda­łam jak ro­bak, czy tam inny owad, bo mia­łam na so­bie ko­szul­kę w czar­no żó­łte pa­ski i uśmiech­ni­ętą psz­czo­łę na pier­si, ale to nie da­wa­ło mu pra­wa, żeby pa­trzeć na mnie z wy­ższo­ścią. Poza tym psz­czo­ły były prze­cież po­ży­tecz­ne. Ja rów­nież by­łam po­ży­tecz­na – wszak do­star­cza­łam je­dze­nie! A prze­cież wszy­scy lu­bią je­dze­nie. Cho­le­ra… Ale nie wszy­scy lu­bią psz­czo­ły.

– Zmia­taj stąd! – Moje ner­wo­we i zu­pe­łnie bez­sen­sow­ne prze­my­śle­nia prze­rwał już nie po­iry­to­wa­ny, a roz­gnie­wa­ny głos mężczy­zny.

Prze­łk­nęłam gło­śno śli­nę, ale nie da­łam po so­bie po­znać stra­chu.

– Pro­szę ode­brać za­mó­wie­nie i już mnie nie ma – od­po­wie­dzia­łam spo­koj­nie.

Mężczy­zna nie za­re­ago­wał, tyl­ko spoj­rzał na mnie z wy­ra­źną gro­źbą. Za­ci­snął pi­ęść, a prze­ni­kli­wym wzro­kiem szu­kał pew­nie oznak stra­chu, któ­rym mó­głby się po­ży­wić.

Może i nie mia­łam ocho­ty ry­zy­ko­wać, sta­jąc się ko­la­cją jego przy­ja­cie­la, kim­kol­wiek był, ale na pew­no nie za­mie­rza­łam ode­jść bez cho­ćby odro­bi­ny god­no­ści.

Spoj­rza­łam na kart­kę, na któ­rej wy­ra­źnie wid­niał ad­res tego dup­ka, po czym bar­dzo po­wo­li prze­nio­słam na nie­go wzrok.

– Za­mó­wie­nie zo­sta­ło opła­co­ne i zle­co­no przy­wie­zie­nie je­dze­nia tu­taj. Nie ob­cho­dzi mnie, czy ten pysz­ny stek zjesz ty, czy twój przy­ja­ciel lu­do­jad – wy­ce­dzi­łam już moc­no zde­ner­wo­wa­na i po­sta­wi­łam pa­pie­ro­wą tor­bę na de­skach we­ran­dy. – Mo­żesz dać to też świ­niom czy in­nym zwie­rzętom. Ja tyl­ko wy­ko­nu­ję swo­ją pra­cę – wy­gło­si­łam jesz­cze i od­wró­ci­łam się na pi­ęcie. – Do wi­dze­nia, Zły Wil­ku!

Zo­sta­wi­łam go za sobą, ale w gło­wie mia­łam już plan, by udo­wod­nić mu, że nie będę ucie­kać przed ni­kim, kto ma odro­bi­nę wi­ęcej wzro­stu niż ja. Odro­bi­nę dużo. Cho­ler­nie dużo…

Rozdział 2

Neil

Spoj­rza­łemnator­bęz je­dze­niem, któ­rą zo­sta­wi­ła ta dziew­czy­na. Nie zna­łem jej, ale cza­sem wi­dy­wa­łem w mia­stecz­ku, a kil­ka razy też w tej prze­klętej knaj­pie, w któ­rej pra­co­wa­ła. Wie­dzia­łem tyl­ko, że to cór­ka Blo­oma. Jej obec­no­ść na moim gan­ku była ostat­nią rze­czą, ja­kiej dziś po­trze­bo­wa­łem i ja­kiej mó­głbym się spo­dzie­wać.

Przy­su­nąłem pa­pie­ro­wą tor­bę bli­żej, zaj­rza­łem do środ­ka i otwo­rzy­łem pu­de­łko. Fryt­ki, stek, ja­kaś zie­le­ni­na. Nic szcze­gól­ne­go, ale żo­łądek ści­snął mi się w pro­te­ście, do­ma­ga­jąc się je­dze­nia. Zi­gno­ro­wa­łem to.

Chwy­ci­łem pa­ku­nek i bez wi­ęk­sze­go na­my­słu otwo­rzy­łem kosz na śmie­ci. Nie za­ma­wia­łem żad­ne­go cho­ler­nie pach­nące­go, do­mo­we­go żar­cia i nie za­mie­rza­łem tego zmie­niać. Upu­ści­łem pacz­kę do środ­ka i z prze­sad­ną siłą ude­rzy­łem w kla­pę po­jem­ni­ka.

Zmarsz­czy­łem brwi, bo za­miast ulgi po­czu­łem coś zu­pe­łnie in­ne­go – coś iry­tu­jące­go, jak nie­zno­śna mu­cha krążąca nad uchem. Jak… cho­ler­na psz­czo­ła. Głos tej dziew­czy­ny wci­ąż od­bi­jał mi się w czasz­ce. Jej ja­sne, ra­do­sne spoj­rze­nie i ten nie­za­chwia­ny opty­mizm, któ­ry mia­ła wy­pi­sa­ny na ład­nej bu­źce, wgry­zły się w moją gło­wę.

Wes­tchnąłem i po­ta­rłem skro­nie, kie­dy mój te­le­fon za­wi­bro­wał w kie­sze­ni. Spoj­rza­łem na ekran. Przez se­kun­dę roz­wa­ża­łem, czy ode­brać, ale wie­dzia­łem, że je­śli tego nie zro­bię, za chwi­lę do­sta­nę dru­gie, trze­cie i czwar­te po­łącze­nie, aż w ko­ńcu moja sio­stra uzna, że po­win­na zgło­sić moje za­gi­ni­ęcie.

– Tak? – rzu­ci­łem obo­jęt­nie, przy­kła­da­jąc te­le­fon do ucha.

– Cóż za en­tu­zjazm – wes­tchnęła te­atral­nie. – Jak­bym dzwo­ni­ła do urzędu po­dat­ko­we­go, a nie do wła­sne­go bra­ta.

– Może dla­te­go, że dzwo­nisz do mnie pięć razy w ty­go­dniu, a ja na­dal je­stem tą samą oso­bą co wczo­raj.

– Wiem, że ży­jesz, ale mu­sia­łam spraw­dzić – od­pa­rła, a ja par­sk­nąłem pod no­sem.

– Za­wio­dłaś się?

– Je­steś dur­niem. Jak tam ży­cie sa­mot­ni­ka?

Prze­ta­rłem twarz dło­nią i spoj­rza­łem w stro­nę okna, za któ­rym po­wo­li za­pa­dał zmierzch.

– Jak zwy­kle. Pra­ca i świ­ęty spo­kój.

– Brzmi jak eu­fo­ria w naj­czyst­szej po­sta­ci – mruk­nęła iro­nicz­nie. – Wiesz, że są lu­dzie, któ­rzy wy­cho­dzą z do­mów nie tyl­ko po to, żeby spraw­dzić płot na pa­stwi­sku?

– Na­praw­dę? Szo­ku­jące od­kry­cie. Może po­win­naś na­pi­sać o tym ksi­ążkę.

Ella par­sk­nęła śmie­chem. Była jed­ną z nie­licz­nych osób, z któ­ry­mi mo­głem tak roz­ma­wiać. Z ni­kim in­nym nie po­zwa­la­łem so­bie na żar­ty, ale ona była prze­cież moją sio­strą. Mia­łem tyl­ko ją…

– I tak byś jej nie prze­czy­tał.

– Masz ra­cję.

– A może rze­czy­wi­ście byś coś prze­czy­tał, sko­ro i tak sie­dzisz w tym swo­im po­nu­rym za­mczy­sku?

– Storm­ha­ven to nie ża­den po­nu­ry za­mek.

– Oczy­wi­ście. Jest we­so­łe jak dom po­grze­bo­wy.

Uśmiech­nąłem się lek­ko, choć wie­dzia­łem, że mia­ła ra­cję. Moja far­ma nie była miej­scem, któ­re tęt­ni­ło ży­ciem, ale nie po­trze­bo­wa­łem lu­dzi. Wy­star­cza­ło mi to, co mia­łem.

– Wła­ści­wie dzwo­ni­łam, żeby ci przy­po­mnieć, że w przy­szłym ty­go­dniu są tar­gi koni. Może byś się ru­szył i po­je­chał ze mną?

– Nie mam na to ocho­ty.

– Nie masz ocho­ty na nic poza pra­cą. A może… – za­wa­ha­ła się, po czym zmie­ni­ła ton. – Może po­wi­nie­neś tro­chę od­po­cząć, Neil?

– Nie po­trze­bu­ję od­po­czyn­ku.

– Ka­żdy po­trze­bu­je.

– Już? – rzu­ci­łem znie­cier­pli­wio­ny.

– Kie­dy w ko­ńcu przy­znasz, że po­trze­bu­jesz mi­łe­go to­wa­rzy­stwa? – Nie od­pusz­cza­ła.

– Mam naj­mil­sze to­wa­rzy­stwo.

– Ko­nie się nie li­czą.

– Cze­go chcesz? – Zi­gno­ro­wa­łem jej uwa­gę.

– Zwy­czaj­nie chcia­łam się do­wie­dzieć, co u mo­je­go ulu­bio­ne­go bra­ta.

– Je­stem two­im je­dy­nym bra­tem.

– To nie zna­czy, że mu­szę cię lu­bić.

– Sko­ńczy­łaś mnie za­męczać?

– Och, Neil – wes­tchnęła ci­ężko. – Kie­dyś mi za to po­dzi­ęku­jesz.

Zmarsz­czy­łem brwi.

– Za co?

– Nic, nic! Po pro­stu… mam na­dzie­ję, że się ja­koś so­cja­li­zu­jesz.

– Prze­cież z tobą roz­ma­wiam. To już jest wy­star­cza­jąco wy­czer­pu­jące.

Ro­ze­śmia­ła się, a ja ci­cho wy­pu­ści­łem po­wie­trze. Lu­bi­łem jej śmiech, na­wet je­śli zwy­kle za­po­wia­dał kło­po­ty.

– Do­bra, nie będę cię męczyć. Na ra­zie.

– Do­ce­niam.

Roz­łączy­łem się i ode­tchnąłem. Była upar­ta jak dia­bli i cza­sem dzia­ła­ła mi na ner­wy, ale nie po­tra­fi­łbym się na nią na­praw­dę zło­ścić.

Odło­ży­łem te­le­fon na ku­chen­ny blat i si­ęgnąłem po ka­pe­lusz, któ­ry wi­siał na wie­sza­ku. Wie­dzia­łem, że do­pó­ki nie zaj­mę czy­mś rąk, moje my­śli będą krążyć wo­kół tego, co się dzi­siaj wy­da­rzy­ło.

Cór­ka Blo­oma. Cze­go szu­ka­ła? Kto po­sta­no­wił zro­bić żart za­rów­no mnie, jak i jej, za­ma­wia­jąc żar­cie pod mój ad­res?

Wy­sze­dłem na ze­wnątrz i ru­szy­łem w stro­nę staj­ni. Im bli­żej by­łem bu­dyn­ku, tym bar­dziej czu­łem zna­jo­me na­pi­ęcie roz­cho­dzące się po cie­le. Gdy tyl­ko otwo­rzy­łem wro­ta, za­pach sia­na i koni ude­rzył mnie w noz­drza. Ko­nie par­ska­ły ci­cho, stu­ka­ły ko­py­ta­mi o podło­gę, a w pó­łm­ro­ku po­ru­sza­ły się syl­wet­ki zwie­rząt, któ­re zna­łem le­piej niż lu­dzi.

Gdzieś w głębi wci­ąż sły­sza­łem tam­ten trzask. Czu­łem go­rąco i dym. Wi­dzia­łem ojca bie­gnące­go przez pło­mie­nie. To było daw­no, ale za ka­żdym ra­zem, gdy by­łem w staj­ni, moje cia­ło to so­bie przy­po­mi­na­ło.

Pod­sze­dłem do jed­ne­go z bok­sów, w któ­rym stał mój naj­lep­szy ogier – Onyx. Czar­ne jak noc umasz­cze­nie błysz­cza­ło w mdłym świe­tle lamp, a gdy wy­ci­ągnąłem rękę, koń drgnął lek­ko, wy­czu­wa­jąc mój na­strój.

– Spo­koj­nie, sta­ry – mruk­nąłem, prze­su­wa­jąc dło­nią po jego sil­nej szyi.

Par­sk­nął i szturch­nął mnie no­sem w ra­mię.

– Przy­naj­mniej ty się mnie nie cze­piaj.

Zer­k­nąłem w stro­nę bra­my staj­ni, przez któ­rą wpa­da­ło ostat­nie świa­tło dnia. Ciem­no­ść nad­ci­ąga­ła po­wo­li, a wraz z nią na­pi­ęcie i nie­po­kój. Ży­cie na od­lu­dziu mia­ło swo­je za­le­ty, ale cza­sa­mi czu­łem, że coś ob­ser­wu­je mnie z mro­ku.

Na­ci­ągnąłem ka­pe­lusz na gło­wę i opa­rłem się ple­ca­mi o drew­nia­ną ścia­nę bok­su, po czym osu­nąłem się po niej i przy­mknąłem oczy, by ze­brać my­śli.

Onyx po­ru­szył się i opa­dł obok, pew­nie uzna­jąc, że sko­ro ja się nie ru­szam, to on też może od­po­cząć. Spoj­rza­łem na nie­go z uko­sa, ale nie zdąży­łem nic po­wie­dzieć, bo jego ma­syw­na gło­wa spo­częła na mo­ich ko­la­nach.

Par­sk­nąłem pod no­sem, czu­jąc, jak cie­pło ko­ńskie­go od­de­chu owie­wa moją skó­rę.

– Nie masz cza­sem za do­brze? – Prze­su­nąłem dło­nią po jego gład­kiej sie­rści, a on po­ru­szył usza­mi i wes­tchnął ci­ężko, jak­by całe jego ży­cie było jed­nym wiel­kim utra­pie­niem.

Gła­ska­łem go po­wo­li, w sku­pie­niu, pró­bu­jąc od­ci­ąć się od wszyst­kie­go, co dzia­ło się w mo­jej gło­wie. Od iry­tu­jące­go uśmie­chu tej ma­łej psz­czo­ły, któ­ra za­błąka­ła się na moim te­re­nie, i gło­su, któ­ry brzmiał ir­ra­cjo­nal­nie opty­mi­stycz­nie i za­dzior­nie za­ra­zem. Od mo­jej sio­stry, któ­ra upar­cie pró­bo­wa­ła we­pchnąć mnie z po­wro­tem do świa­ta, któ­re­go nie po­trze­bo­wa­łem. Od wspo­mnień, któ­re wra­ca­ły bez ostrze­że­nia jak du­chy prze­szło­ści.

Za­nim jed­nak zdąży­łem ca­łko­wi­cie się uspo­ko­ić, na ze­wnątrz roz­le­gło się gło­śne, prze­ni­kli­we szcze­ka­nie. Zmarsz­czy­łem brwi i pod­nio­słem gło­wę. Koń na­wet nie drgnął, bo praw­do­po­dob­nie zdążył się już przy­zwy­cza­ić do uja­da­nia stwo­ra, któ­ry częściej uprzy­krzał mi ży­cie.

– Dur­ny pies – rzu­ci­łem pod no­sem, kręcąc gło­wą.

Szcze­ka­nie sta­ło się jesz­cze gło­śniej­sze.

Wes­tchnąłem ci­ężko i prze­su­nąłem dło­nią po twa­rzy.

Onyx nie za­mie­rzał wsta­wać, więc z lek­kim wy­si­łkiem wy­su­nąłem się spod nie­go i pod­nio­słem się na nogi. Wy­sze­dłem ze staj­ni, a pies stał przy ogro­dze­niu, szcze­ka­jąc w kie­run­ku mro­ku, któ­ry roz­ci­ągał się na ho­ry­zon­cie.

Pod­sze­dłem bli­żej i opa­rłem się o drew­nia­ny płot.

– Co cię tak po­ru­szy­ło, wa­ria­cie?

Wy­do­był z sie­bie ni­ski, gro­źny po­mruk, a ja od­nio­słem wra­że­nie, że przed czy­mś mnie ostrze­ga. Mój in­stynkt się wy­ostrzył, bo sam od ja­kie­goś cza­su czu­łem nie­przy­jem­ne na­pi­ęcie.

Coś się zbli­ża­ło, ale nie by­łem jesz­cze w sta­nie zro­zu­mieć co.

Rozdział 3

Avery

Szo­ro­wa­łamblatzaba­rem, jed­no­cze­śnie traj­ko­cząc do Ma­thil­dy, żony mo­je­go sze­fa, któ­ra aku­rat ro­bi­ła po­rządek w szaf­kach pod ladą. Była drob­ną ko­bie­tą o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu i cie­płym uśmie­chu, któ­ry za­wsze ko­ja­rzył mi się z do­mem. W mia­stecz­ku ucho­dzi­ła za oso­bę, któ­ra wie wszyst­ko o wszyst­kich, ale w od­ró­żnie­niu od resz­ty lo­kal­nych plot­kar ni­g­dy nie uży­wa­ła tej wie­dzy prze­ciw­ko ni­ko­mu.

– No i wy­obraź so­bie – mó­wi­łam, ener­gicz­nie wy­kręca­jąc ścier­kę – idę tam, z uśmie­chem na twa­rzy, grzecz­nie pu­kam, a on otwie­ra te swo­je wro­ta pie­kieł i pa­trzy na mnie, jak­bym mu za­rżnęła ostat­nie cie­lę.

Ma­thil­da par­sk­nęła śmie­chem i unio­sła brwi.

– Mó­wisz o Pre­scot­cie?

– A o kim in­nym? – Prze­wró­ci­łam ocza­mi. – Wiem, że to od­lu­dek, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że po­trak­tu­je mnie jak in­tru­za, któ­ry wtar­gnął na jego świ­ętą zie­mię. I wiesz, co mi po­wie­dział?

– Nie, ale czu­ję, że za­raz się do­wiem.

Opa­rłam dło­nie o blat i po­chy­li­łam się nad nim. Wes­tchnęłam, za­nim za­częłam mó­wić da­lej, żeby wszyst­ko wy­gląda­ło bar­dziej dra­ma­tycz­nie.

– Że je­śli nie znik­nę, to sta­nę się ko­la­cją jego przy­ja­cie­la. Czym­kol­wiek ten przy­ja­ciel jest, z pew­no­ścią nie pu­szy­stym plu­sza­kiem.

– Czy­li jed­nak ma po­czu­cie hu­mo­ru.

– Nie, on ra­czej ma ja­kiś pro­blem z kon­tak­ta­mi mi­ędzy­ludz­ki­mi. Bo gdy mu grzecz­nie po­wie­dzia­łam, że przy­wio­złam je­dze­nie, to wiesz, co zro­bił? Pa­trzył na mnie jak na ja­kie­goś ro­ba­ka! Jak­bym była upier­dli­wą, brzęczącą psz­czo­łą! Oświad­czył, że ni­cze­go nie za­ma­wiał i mam spa­dać.

Ma­thil­da po­kręci­ła gło­wą, spoj­rza­ła na moją czar­no-żó­łtą ko­szul­kę z logo „Bee Bi­stro” i wy­buch­nęła grom­kim śmie­chem.

– Skar­bie, on so­bie z cie­bie żar­to­wał.

– Tak? Bo jego mina mó­wi­ła ra­czej: „zrób jesz­cze je­den krok, a zgi­niesz”.

– Wiesz, w su­mie nie dzi­wię się, że woli trzy­mać się z da­le­ka od lu­dzi – mruk­nęła, wra­ca­jąc do po­rząd­ko­wa­nia sza­fek.

Wes­tchnęłam ci­ężko i rzu­ci­łam ścier­kę na ladę.

– Za to ja po tym spo­tka­niu na­praw­dę ro­zu­miem, dla­cze­go wszy­scy trak­tu­ją go jak zło ko­niecz­ne.

Ma­thil­da uśmiech­nęła się pó­łgęb­kiem i spoj­rza­ła na mnie znad bla­tu.

– Nie przej­muj się nim, Ave­ry. Może po pro­stu miał zły dzień.

– On wy­gląda, jak­by miał zły dzień od uro­dze­nia – mruk­nęłam.

– Lu­dzie mó­wią ró­żne rze­czy o Pre­scot­cie, ale mało kto na­praw­dę go zna.

– A ty go znasz?

– Nie bar­dziej niż resz­ta mia­stecz­ka – przy­zna­ła. – Wiem tyle, że trzy­ma się na ubo­czu i nie szu­ka to­wa­rzy­stwa.

– No cóż, przy­naj­mniej to się zga­dza.

Za­mie­rza­łam jesz­cze coś do­dać, ale w tym mo­men­cie pod­nio­sła gło­wę i zmru­ży­ła oczy.

– A sko­ro już je­ste­śmy przy oczy­wi­stych rze­czach… Jak tam two­je stu­dia, skar­bie?

Wzi­ęłam głębo­ki wdech i opa­rłam się bio­drem o ladę.

– W po­rząd­ku. Tro­chę ci­ężko po­go­dzić je z pra­cą, ale daję radę.

– A mama?

Jej głos zła­god­niał, a ja unio­słam kącik ust w lek­kim uśmie­chu.

– Ma się do­brze. Ostat­nio za­częła pra­cę w no­wym miej­scu.

Ma­thil­da ski­nęła gło­wą z za­do­wo­le­niem.

– Cie­szę się. Two­ja mama to do­bra ko­bie­ta. A ty je­steś upar­ta jak twój oj­ciec.

Jej sło­wa spra­wi­ły, że na mo­ment za­mil­kłam. Ma­thil­da zna­ła mo­je­go tatę, całe mia­stecz­ko go zna­ło, i mó­wi­ła o nim z ogrom­nym cie­płem i sza­cun­kiem.

– Dzi­ęki – po­wie­dzia­łam ci­cho, po czym pró­bo­wa­łam przy­brać lżej­szy ton i zmie­ni­łam te­mat. A ra­czej po­wró­ci­łam do po­przed­nie­go: – To może dasz mi pod­wy­żkę za od­wa­gę? W ko­ńcu mało kto ma w so­bie tyle de­ter­mi­na­cji, by sta­wić czo­ła Pre­scot­to­wi.

Ma­thil­da za­śmia­ła się i po­kręci­ła gło­wą.

– Nie­źle kom­bi­nu­jesz, ale nie ze mną te nu­me­ry.

Mia­łam za­miar kon­ty­nu­ować swo­ją ty­ra­dę na te­mat po­nu­re­go gbu­ra i wy­to­czyć ja­kieś ci­ężkie ar­gu­men­ty, żeby tę pod­wy­żkę jed­nak do­stać, ale w tym mo­men­cie do knaj­py we­szła ko­bie­ta o pi­ęk­nych oczach i pew­nym kro­ku.

Mia­ła ja­sne wło­sy, cie­pły uśmiech i pro­mie­nio­wa­ła ener­gią, któ­ra wy­pe­łni­ła całe wnętrze „Bee Bi­stro”. Mia­łam wra­że­nie, że ktoś na­gle za­pa­lił do­dat­ko­we lam­py.

– Dzień do­bry – przy­wi­ta­ła się z uśmie­chem, pod­cho­dząc do baru.

Ma­thil­da, jak to Ma­thil­da, od razu ob­da­rzy­ła ją cie­płym spoj­rze­niem.

– Dzień do­bry, ko­cha­nie. W czym mogę po­móc?

– Chcia­ła­bym za­mó­wić coś z do­sta­wą na far­mę na obrze­żach Ash­by – od­pa­rła ko­bie­ta. – Coś pro­ste­go, ale po­żyw­ne­go. Ma­cie może pie­czeń wo­ło­wą z ziem­nia­ka­mi?

– Oczy­wi­ście, że mamy – przy­tak­nęła moja ko­le­żan­ka, si­ęga­jąc po no­tes.

Ja na­to­miast za­sty­głam w bez­ru­chu.

– Chwi­lecz­kę – wtrąci­łam, marsz­cząc czo­ło. – Jaką far­mę na obrze­żach?

Blon­dyn­ka spoj­rza­ła na mnie z lek­kim zdzi­wie­niem.

– Storm­ha­ven Ranch.

Ma­thil­da ode­rwa­ła wzrok od no­te­su, a ze mnie odro­bi­nę ze­szło po­wie­trze.

– Och – wy­du­si­łam. – To… To Pre­scott… A ostat­nim ra­zem coś za­ma­wiał? Zda­wał się…

– Nie – prze­rwa­ła mi. – Ale musi coś jeść. Ten du­reń nie dba w ogó­le o re­gu­lar­ne po­si­łki – od­pa­rła.

Spoj­rza­łam na Ma­thil­dę, jak­bym szu­ka­ła u niej ra­tun­ku, ale ta tyl­ko unio­sła brwi w roz­ba­wie­niu.

– Coś nie tak? – za­py­ta­ła ko­bie­ta, prze­chy­la­jąc gło­wę.

– Po pro­stu… – wes­tchnęłam. – Ja do­star­czam je­dze­nie.

– Wiem – stwier­dzi­ła, jak­bym mia­ła na czo­le wiel­ki znak, in­for­mu­jący, że je­stem do­staw­cą żar­cia.

– Ale ja nie je­stem pew­na, czy będę mile wi­dzia­na, jak znów się tam po­ja­wię.

Ko­bie­ta uśmiech­nęła się lek­ko, a w jej oczach za­ta­ńczy­ły iskier­ki roz­ba­wie­nia.

– Nie przej­muj się nim. On tyl­ko wy­gląda jak se­ryj­ny mor­der­ca.

– A co, je­śli nie tyl­ko wy­gląda?

Jej śmiech był dźwi­ęcz­ny i szcze­ry.

– Spo­koj­nie. Je­śli by cię za­mor­do­wał, to mia­łby ze mną do czy­nie­nia.

Nie wiem, czy to mia­ło mnie po­cie­szyć, ale ko­lej­ny już raz wes­tchnęłam i si­ęgnęłam po no­tes, któ­ry trzy­ma­ła Ma­thil­da.

– No do­bra, pie­czeń wo­ło­wa. Coś jesz­cze?

– Nie, to wy­star­czy. Dzi­ęki.

Po­szłam na za­ple­cze, by prze­ka­zać za­mó­wie­nie do kuch­ni, a w gło­wie już ukła­da­łam so­bie stra­te­gię na ko­lej­ną wi­zy­tę na Storm­ha­ven Ranch. Może tym ra­zem po­win­nam przy­wdziać ka­mi­zel­kę ku­lo­od­por­ną? Albo naj­pierw od­pra­wić ja­kieś eg­zor­cy­zmy?

Wszyst­ko było go­to­we w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Gdy po­szłam do kuch­ni, Ma­thil­da pa­ko­wa­ła pie­czeń wo­ło­wą do tor­by ter­micz­nej. Rzu­ci­ła mi zna­czące spoj­rze­nie, bo na pew­no do­sko­na­le wie­dzia­ła, co mi cho­dzi po gło­wie.

– Dasz radę, Ave­ry – rze­kła z uśmie­chem. – To tyl­ko do­sta­wa.

– Tyl­ko do­sta­wa – po­wtó­rzy­łam, za­kła­da­jąc tor­bę na ra­mię. – Tyl­ko do­sta­wa do miej­sca, gdzie miesz­ka po­nu­ry sa­mot­nik, któ­ry ma aler­gię na lu­dzi.

– Może tym ra­zem będzie mil­szy.

– Albo mnie po­go­ni z wi­dła­mi – mruk­nęłam.

Ma­thil­da ro­ze­śmia­ła się, a blon­dyn­ka, któ­ra zło­ży­ła za­mó­wie­nie, spoj­rza­ła na mnie z roz­ba­wie­niem.

– Obie­cu­ję, że je­śli coś ci zro­bi, to oso­bi­ście mu do­ko­pię – za­pew­ni­ła.

– To bar­dzo po­cie­sza­jące.

Ru­szy­łam w stro­nę wy­jścia. Dla­cze­go sama nie za­wio­zła mu je­dze­nia, sko­ro i tak sie­dzia­ła w ba­rze?

Sło­ńce zwi­sa­ło ni­sko nad ho­ry­zon­tem, rzu­ca­jąc dłu­gie cie­nie na as­falt. Wsia­dłam do sta­rej fur­go­net­ki i od­pa­li­łam sil­nik. Mia­łam na­dzie­ję, że ta ko­bie­ta szyb­ko zre­zy­gnu­je z prób do­kar­mia­nia gbu­ra, bo wy­wnio­sko­wa­łam, że wczo­raj­sze za­mó­wie­nie rów­nież mu­sia­ła zło­żyć ona.

Dro­ga na Storm­ha­ven Ranch strasz­nie się dłu­ży­ła. To na pew­no los po­sta­no­wił dać mi szan­sę, by się oswo­ić z my­ślą, że dziś zo­sta­nę na­bi­ta na pal.

Gdy do­ta­rłam do bra­my, zwol­ni­łam i rzu­ci­łam szyb­kie spoj­rze­nie w stro­nę domu. Nic się nie zmie­ni­ło od mo­jej ostat­niej wi­zy­ty. Wo­kół pa­no­wał spo­kój. Wzi­ęłam głębo­ki od­dech. To tyl­ko do­sta­wa, po­wtó­rzy­łam w my­ślach. Wej­dź, od­daj tor­bę, wyj­dź. Pro­ste.

Scho­dy na we­ran­dę znów za­skrzy­pia­ły pod moim ci­ęża­rem, ale to nie one spra­wi­ły, że ser­ce pod­sko­czy­ło mi do gar­dła. To było war­cze­nie.

Za­sty­głam w bez­ru­chu, a po­tem po­wo­li spoj­rza­łam w lewo. Na skra­ju we­ran­dy, częścio­wo ukry­ty w cie­niu, stał ogrom­ny czar­ny po­twór. Nie od razu go za­uwa­ży­łam, bo wy­glądał jak po­sąg. Tyl­ko jego prze­ra­ża­jące oczy błysz­cza­ły z da­le­ka.

– O nie – szep­nęłam, ści­ska­jąc tor­bę z je­dze­niem. – Tyl­ko nie to.

Pies prze­krzy­wił łeb, a ja już wie­dzia­łam, że za­sta­na­wiał się, czy je­stem wy­star­cza­jąco du­żym za­gro­że­niem, by na mnie sko­czyć. A może bar­dziej, czy na­da­ję się na przy­staw­kę. Da­nia głów­ne­go nie mo­głam sta­no­wić, bo ta be­stia z pew­no­ścią po­chła­nia­ła całe kro­wy i na­dal była głod­na.

– Do­bry pie­sek… – za­częłam ci­cho, ale prze­rwa­łam, gdy zwie­rzę wy­da­ło z sie­bie ni­ski po­mruk.

Prze­łk­nęłam śli­nę i po­wo­li cof­nęłam się o krok. To był mo­ment, w któ­rym po­win­nam po pro­stu uciec, ale mia­łam ra­czej mar­ne szan­se.

Za­nim zdąży­łam pod­jąć de­cy­zję, drzwi otwo­rzy­ły się z hu­kiem. Pod­nio­słam wzrok i zo­ba­czy­łam Pre­scot­ta.

– Zno­wu ty? – Jego głos i tym ra­zem był szorst­ki i po­iry­to­wa­ny.

– Cze­ść – wy­du­si­łam, uno­sząc tor­bę. – Masz do­sta­wę.

Zmarsz­czył brwi i spoj­rzał tak, jak­bym oznaj­mi­ła, że za­mie­rzam się tu wpro­wa­dzić na sta­łe.

– Ni­cze­go nie za­ma­wia­łem – wy­ce­dził.

– No cóż, ktoś za­mó­wił.

Pre­scott wes­tchnął ci­ężko i zer­k­nął na psa, któ­ry na­dal wle­piał we mnie głod­ne spoj­rze­nie.

– Pu­szek, zmia­taj stąd.

Mru­gnęłam. A pó­źniej jesz­cze raz i ko­lej­ny. Prze­sły­sza­łam się. Na pew­no się prze­sły­sza­łam.

– Pu… Pusz… P-Pu­szek? – wy­du­si­łam.

– Wi­dać, że nie czy­tasz ksi­ążek – prych­nął z po­gar­dą.

Pies spoj­rzał na swo­je­go pana, a po­tem kich­nął, od­wró­cił się i od­sze­dł na bok. Wci­ąż jed­nak po­zo­sta­wał na we­ran­dzie, któ­ra mu­sia­ła ota­czać wi­ęk­szą część domu.

Pre­scott prze­nió­sł wzrok z po­wro­tem na mnie.

– Po co zno­wu tu przy­je­cha­łaś?

– Nie wiem, może po to, żeby dać ci pie­czeń, za­nim twój pies zde­cy­du­je, że to ja mam się nią stać?

Unió­sł brew, a po­tem bez sło­wa wzi­ął ode mnie tor­bę. Po­sta­wił ją na podło­dze i od­su­nął nogą z obrzy­dzo­ną miną. Na Boga! Nie scho­wa­łam tam prze­cież pie­czo­nych szczu­rów, tyl­ko wo­ło­wi­nę!

– W po­rząd­ku. A te­raz spa­daj.

Za­ci­snęłam usta, ale nie ru­szy­łam się z miej­sca.

– A ja­kieś „dzi­ęku­ję”?

Pa­trzył na mnie przez chwi­lę, jak­bym mó­wi­ła do nie­go w sta­ro­żyt­nym chi­ńskim, po czym uśmiech­nął się kpi­ąco.

– Nie.

Od­wró­cił się i wsze­dł do domu. Trza­snął przy oka­zji drzwia­mi, a je­dze­nie zo­sta­wił na de­skach we­ran­dy. Pa­trzy­łam na drzwi przez kil­ka se­kund, za­nim prych­nęłam pod no­sem.

– Ty cha­mie.

Ogrom­ny pies, któ­ry cały czas stał na skra­ju we­ran­dy, znów na mnie spoj­rzał, ale tym ra­zem nie jak na ła­ko­my kąsek, lecz ze zro­zu­mie­niem. Na pew­no chciał przy­znać mi ra­cję w kwe­stii cham­stwa go­spo­da­rza.

Od­wró­ci­łam się i ze­szłam po scho­dach, mam­ro­cząc pod no­sem coś o bu­cach i nie­uprzej­mych od­lud­kach. Za­rze­ka­łam się, że wi­ęcej tu nie przy­ja­dę, ale w głębi du­szy wie­dzia­łam, że pew­nie jesz­cze tu wró­cę.

I wte­dy wpa­dłam na po­my­sł – w moim mnie­ma­niu ge­nial­ny.

Co­py­ri­ght © by A.P. MISTCo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Pro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gner Fo­to­gra­fia na okład­ce: Shu­ter­stock.com Po­my­sł na okład­kę: Moje wy­daw­nic­two

ISBN Pa­pier: 978-83-68837-16-2 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-17-9 ISBN Au­dio: 978-83-68837-18-6

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two