Nie moje miejsce - A.P. Mist - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Nie moje miejsce ebook i audiobook

Mist A.P.

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

514 osoby interesują się tą książką

Opis

Po nieoczekiwanej śmierci ojca, Marco przyjeżdża do Needville, by wesprzeć matkę w trudnych chwilach. Jest przekonany, że to kwestia kilku tygodni, po których wróci do życia budowanego przez dziesięć lat w wielkim mieście.

Kiedy jednak Różane Ranczo odwiedzi pewna bojowa i wrogo nastawiona dziewczyna, mężczyzna postawi sobie za punkt honoru , by ją okiełznać i… zdobyć.

Ponownie poczuje wyjątkową atmosferę panującą w jego rodzinnej wsi i na nowo zasmakuje pracy na farmie, którą niegdyś tak bardzo kochał.

 

Wówczas w jego głowie zrodzą się wątpliwości: przeżyć przygodę z turystką i wrócić do miasta czy osiąść na stałe we wsi i zatrzymać w magicznym Teksasie kolejną paniusię.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 229

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 10 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Tomasz UrbańskiAngelika Kurowska

Oceny
4,7 (11 ocen)
9
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Angelika9315

Nie oderwiesz się od lektury

ekstra 🩷
00
ksiazkowa_nutka

Nie oderwiesz się od lektury

bez łez się nie obyło. piękna
00
Morri1305

Nie oderwiesz się od lektury

Trzeci z teksańczyków :) Uwielbiam tą serię. .. jest akcja, są emocje ❤️ Polecam
00
VivJJD

Nie oderwiesz się od lektury

Super, czekam na kolejną część.
00
Aga_Magdabook

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna 🔥❤️
00



A.P. MIST

Nie moje miejsce

Tak naprawdę nie liczy się miejsce, lecz ludzie, którzy je tworzą

Rozdział 1

Marco

Obejmowałem ciasno ramieniem płaczącą matkę. W gruncie rzeczy nie rozumiałem jej rozpaczy. Z ojcem po prostu żyli. Trwali obok siebie, może nawet się szanowali, lecz nigdy nie dostrzegałem pomiędzy nimi czegoś, co naiwniacy nazywali miłością. Pobrali się z rozsądku albo raczej jego braku, czego efektem byłem ja – wpadka.

Po pogrzebie przyjęliśmy pełne współczucia kondolencje, podczas których z trudem powstrzymywałem się przed przewróceniem oczami. Gdy w końcu wróciliśmy do domu, rozsiadłem się w małej kuchni i czekałem, aż matka zacznie mówić. Czułem, że ma mi coś do przekazania.

Przez ostatnie dziesięć lat, odkąd wyjechałem na studia, przyjeżdżałem do Needville raz w roku, na święta. Dzwoniłem raz w miesiącu, żeby dać im znać, że żyję. Właściwie częściej kontaktowałem się z Aaronem, bo on był mi bliższy niż ojciec.

Kiedy jej milczenie, nerwowe ruchy i impulsywne przestawianie wszystkiego, co miała pod ręką, się przedłużało, nie wytrzymałem.

– Co mu było? – zapytałem ostrzej, niż zamierzałem.

– Dostał zawału, przecież ci mówiłam – wymamrotała.

– A denerwujesz się, bo…?

– Marco! Właśnie pochowaliśmy twojego ojca! Jak mam być spokojna?!

Podniosłem się i położyłem dłoń na jej ramieniu. Nie chciałem być bezdusznym chujem. Zdecydowałem się na dłuższy pobyt tylko po to, żeby ją wesprzeć.

– Wybacz. – Westchnąłem. – Potrzebujesz czegoś? Martwisz się o pieniądze?

– Nie, synku. Liv mówiła, że będę mogła u niej popracować, jeśli…

– Nie musisz pracować – przerwałem jej. – Będę wysyłał ci pieniądze.

– Nie, Marco. – Pokręciła energicznie głową. – Ciężko pracowałeś na swój sukces. Nie będziesz utrzymywał matki. Poradzę sobie. Nico również proponował mi pracę. Aaron wspominał, że Sophie przydałaby się pomoc. Biedna Maria tuż po przejściu na zasłużoną emeryturę zaniemogła i już nie gotuje dla chłopaków – opowiadała to, o czym od dawna wiedziałem. – Ty powinieneś się rozwijać, żeby tu nie utknąć, tak jak ja.

– Nie planuję tu zostać, tylko oferuję ci pomoc – odrzekłem twardo. – Chcesz ją przyjmować od obcych ludzi, zamiast od własnego syna?

– Przecież całe Needville jest rodziną. To nie są obcy – wymamrotała z karcącą miną. – Chodźmy.

– Dokąd?

– Poczęstunek dla przybyłych na pogrzeb odbywa się u Liv.

– Myślałem, że sobie darowaliście ten spęd…

– Nie chcesz spotkać starych przyjaciół? Zobaczysz, jak zmieniła się farma Aarona i Sophie. Po drodze będziemy mijać…

– Szklarnie Wernera – wtrąciłem. – Wiem. Wysyłali mi zdjęcia.

Matka poprawiła mi krawat i pogładziła poły marynarki, patrząc na mnie z dołu. Tym razem w jej oczach dostrzegałem dumę zamiast smutku. Pewnie się nie spodziewała, że niepokorny syn do czegoś dojdzie, a już tym bardziej nie przyszłoby jej do głowy, że postawię na karierę w żaden sposób niezwiązaną z rolnictwem.

Całe Needville było przekonane, że zrezygnuję ze studiów tuż po ich rozpoczęciu. Wciąż powtarzali, że jestem stworzony do pracy na farmie. Sam w to wierzyłem. Dopiero perspektywy, które pojawiły się przede mną, kiedy zaznałem życia w mieście, uświadomiły mi, że mogę być kimś więcej niż wiejskim szczeniakiem.

Widziałem, że matka czuła się nieswojo, gdy wsiadała do luksusowego wozu, zamiast iść na piechotę. Przez wszystkie te lata nie przywykła…

Celowo jechałem powoli, żeby móc się przyjrzeć okolicy. Mieszkaliśmy na skraju Needville, w tej części, która jeszcze nie została pochłonięta przez centrum. Wszystko w dalszym ciągu wyglądało tak, jak przed laty. Jakby czas w tym miejscu się zatrzymał. Minęliśmy ogromne szklarnie postawione przez Nico i dojechaliśmy do Różanego Rancza, które w gruncie rzeczy również się nie zmieniło.

Zaparkowałem przy ogrodzeniu z drewnianych bali i wysiadłem jako pierwszy, żeby otworzyć drzwi przed matką. Spojrzała na mnie przy tym jak na kosmitę.

– Nasiąknąłeś miastem – skomentowała, kiedy zaoferowałem jej ramię.

– Ogładą i dobrymi manierami, mamo – odparłem z pobłażliwością.

– Byłeś takim uroczym chłopcem, a teraz… teraz jesteś dojrzałym mężczyzną. Powinieneś pomyśleć o założeniu rodziny, o stabilizacji – zaczęła swoje stałe wywody, którymi raczyła mnie co roku, kiedy przyjeżdżałem na święta. – Nie możesz żyć wyłącznie pracą.

– Lubię swoją pracę, a jedyny związek, na jaki się zdecydowałem, skończył się bardzo szybko. Nie jestem do tego stworzony.

– Mówisz o Nicole?

– Mhm…

– Byliście jeszcze za młodzi, oboje nastawieni na zabawę.

– Chodźmy, mamo – uciąłem, nie chcąc kontynuować tematu tej porażki.

Zbliżyliśmy się do ludzi stojących przed wejściem do stołówki. Kiedy Liv nas dostrzegła, podeszła chwiejnym krokiem i objęła nas bez słowa. Po chwili dołączył Aaron z rodziną i Nico z Meghan.

– Dobrze cię widzieć, szczeniaku. – Nico poklepał mnie po plecach, kiedy moja matka została pociągnięta przez Liv do środka.

– Ciebie też, staruszku. – Wyszczerzyłem się. Pewne rzeczy się nie zmieniały. Wciąż lubiłem im dogryzać tak, jak robiłem to dziesięć lat wcześniej. – Miastowe – mruknąłem i rozpostarłem ramiona.

Obie bez zawahania mnie przytuliły, a mojej uwadze nie umknęło, że zarówno Bushby, jak i Werner zaciskali pięści. Wciąż byli o nie tak samo zazdrośni.

– Wystarczy – zawarczał Aaron. – Znajdź sobie swoją miastową – dodał już żartem.

– Przecież on też jest mieszczuchem – rzucił Nico.

– Teksańskiej krwi nigdy się nie wyrzeknę – powiedziałem poważnie i omiotłem szybkim spojrzeniem całe towarzystwo. Mój wzrok przykuła drobna sylwetka oddalająca się w kierunku strumienia za domem Bushby’ego. – Kto to? – Kiwnąłem głową. – Myślałem, że zebrała się cała wieś.

– Lilith – odezwała się Sophie. – Mówiłam jej, żeby dołączyła, ale nie chciała przeszkadzać w rodzinnym spotkaniu. – Wzruszyła ramionami.

– Widocznie jest tu zbyt krótko, żeby wiedzieć, że w Needville wszyscy są rodziną – stwierdziłem to, o czym sam na chwilę zapomniałem. – Chodźmy. – Wskazałem drzwi, lecz dostrzegłem głupie spojrzenia Aarona i Nico. – Nawet o tym, kurwa, nie myślcie – wysyczałem, kiedy nasze miastowe paniusie uśmiechnęły się przebiegle.

Rozdział 2

Lilith

Dwa tygodnie wcześniej

Przyjaciółka patrzyła na mnie jak na obłąkaną, kiedy opowiadałam jej o swoich planach na wakacje. Skończyłam studia z wyróżnieniem i zamierzałam przeznaczyć kilka miesięcy na odpoczynek i przygodę.

– Jesteś niepoważna! – pisnęła. – Podróż w pojedynkę po dzikim Teksasie?!

– Wybrałam kilka miejsc, w których chcę się zatrzymać na dłużej. Spójrz. – Podsunęłam jej pod nos folder ze zdjęciami. – Różane Ranczo. W tym miejscu są największe szklarnie z rzadkimi odmianami róż. Zaczęło się od małej oranżerii starszej pani, a później jakiś gość zrobił z tego biznes na światową skalę! – mówiłam z ekscytacją, której ona nie podzielała.

– Serio? – Uniosła brwi, a jej twarz wykrzywił grymas. – Chcesz jechać prawie tysiąc dwieście mil tylko po to, żeby zobaczyć jakieś kolorowe badyle?!

– Róże! – krzyknęła moja mama, która stała przy kuchennym blacie i najwyraźniej podsłuchiwała naszą rozmowę. – Chce jechać do Teksasu, żeby zobaczyć róże! I longhorny, i jeszcze konie wyścigowe!

– Dzięki, mamo! – odkrzyknęłam.

Od tygodni opowiadałam jej o swoich planach i choć bała się, że ten wyjazd będzie niebezpieczny, akceptowała moją decyzję. Sama nie przeżyła niczego ekscytującego, nie licząc oczywiście mojego wychowania, więc nie chciała mnie ograniczać. Zgodziła się ze mną, kiedy mówiłam, że zasłużyłam na to, żeby spędzić ten czas tak, jak ja tego chcę. Po powrocie miałam rozpocząć pracę w jej biurze.

– I chcesz mi powiedzieć, że to nie ma nic wspólnego z Liamem? – wysyczała przyjaciółka.

– A powinno mieć? – zapytałam obojętnie.

– Złamał ci serce!

– O, dzięki, że mi przypomniałaś. Przez ostatnie tygodnie w ogóle o tym nie pamiętałam – sarknęłam.

– Uciekasz przed nim – stwierdziła smutno. – Jedziesz w jakąś dzicz, żeby zapomnieć.

– Jadę, żeby coś przeżyć. Jeśli ty chcesz siedzieć w Chicago i imprezować, to twój wybór. Ja stawiam na przygody.

– W klubie też możesz przeżyć przygodę. I to niejedną. – Uśmiechnęła się szeroko i puściła do mnie oko.

– Nie takie przygody mam na myśli – burknęłam i zrezygnowałam z dalszego przekonywania Victorii o genialności mojego pomysłu.

To nie była spontaniczna decyzja. Pracowałam przez kilka lat, odkładałam wszystko, co zarobiłam, żeby móc wyruszyć w tę podróż. Wprawdzie mama oferowała, że da mi pieniądze, mogła sobie na to pozwolić, ale stanowczo odmówiłam. To dawało mi poczucie, że spełnione marzenie będę zawdzięczać wyłącznie sobie i ciężkiej pracy.

***

Obecnie

Przemiła starsza pani, która przedstawiała się jako Liv, oprowadzała mnie po pachnącym świeżym drewnem i kwiatami domku. Już po przekroczeniu jego progu poczułam niezrozumiały spokój, jakby jakaś magiczna siła otulała mnie i szeptała na ucho, że wszystko będzie dobrze.

– Ta chatka ma magiczną moc. – Kobieta wyrwała mnie z zamyślenia.

– Zrobię się zielona, a na czubku głowy wyrosną mi kwiaty? – Zachichotałam, a ona uśmiechnęła się ciepło.

– W tym miejscu zrastają się złamane serca – odparła nieco enigmatycznie.

– Ja nie mam złamanego serca – zaprzeczyłam stanowczo.

– Wszystkie tak mówicie. – Pokręciła głową, a kiedy chciałam się odezwać, powstrzymała mnie ruchem ręki i ponownie się uśmiechnęła. – Śniadanie jest o ósmej, obiad o pierwszej, kolacja o siódmej. Poza tymi godzinami stołówka jest otwarta i możesz w każdej chwili wejść i wziąć wszystko, na co będziesz miała ochotę. Już nie prowadzimy nauki jazdy konnej, ale chłopcy pracujący w stajniach Aarona zawsze chętnie służą pomocą, gdybyś jednak chciała pojeździć. Za domem Bushbych są łąka i strumień, tam możesz wyjść na spacer. Przez centrum pewnie przejeżdżałaś, więc…

– Dziękuję – wtrąciłam. – Na pewno zwiedzę okolicę. Bardzo chcę zobaczyć pani oranżerię i hodowlę róż u…

– Nico i Meghan – dokończyła za mnie.

– Tak.

– Zrobiłaś rezerwację na tydzień. Nie planujesz zostać dłużej?

– Różane Ranczo jest pierwszym punktem mojej podróży. Później będę zwiedzać dalej.

– Szukasz swojego miejsca na ziemi? Jesteś bardzo młoda.

– Szukam pięknych miejsc, żeby kolekcjonować ciekawe wspomnienia, zanim przytłoczy mnie dorosłość i codzienność. Niedawno skończyłam studia.

– Rozsądnie. – Pokiwała głową.

– Wszyscy mówią wręcz odwrotnie. – Westchnęłam. – Że mój pomysł jest niedorzeczny i niebezpieczny.

– Bo nigdy nie poznali życia w Teksasie. – Mrugnęła do mnie i skierowała się do wyjścia. – Za kilka godzin zjedzie się tu trochę ludzi, ale mam nadzieję, że będziesz czuła się swobodnie. Śmiało mów, jeśli czegoś ci zabraknie.

– Dziękuję. Odświeżę się trochę i pójdę nad strumień, o którym pani mówiła.

– Mów mi po imieniu, złotko. – Machnęła ręką i wyszła.

Po orzeźwiającym prysznicu włożyłam na siebie lekką, pastelową sukienkę. Byłam zmuszona zrezygnować z garderoby w swoim ulubionym kolorze, ponieważ czerń w połączeniu z teksańskim skwarem oznaczałaby chyba samozapłon. Już wystarczająco paliła mnie głowa od słońca wżerającego się w cebulki moich czarnych włosów.

– Przydałby się kowbojski kapelusz – mruknęłam pod nosem, wsuwając na stopy sandałki z rzemykami.

Już po chwili kroczyłam mocno wydeptaną ścieżką w kierunku ogromnego domu, za którym ponoć miały znajdować się łąka i woda. Zamiast jednak pójść nad strumień, zatrzymałam się przy wielkiej zagrodzie, w której biegały piękne konie. Było mi wstyd przed samą sobą, ponieważ nigdy nie znalazłam się tak blisko tych zwierząt. Widywałam je wyłącznie w telewizji albo podczas jakichś pokazów, gdzie nie dało się do nich zbliżyć.

Kiedy jedno z tych majestatycznych stworzeń podbiegło do drewnianego ogrodzenia, odsunęłam się w popłochu.

– Nie bój się – usłyszałam za plecami wysoki głos. Odwróciłam się i ujrzałam przepiękną dziewczynkę, na oko dziesięcioletnią. – To Angel, należy do mojej mamy, jest najłagodniejszym koniem w całym Teksasie. Tata nie kupiłby jej innego.

– To znaczy, że nie zostanę przez niego pożarta? – Zaśmiałam się.

– Może cię ewentualnie oślinić. – Dziewczynka zbliżyła się i wyciągnęła do mnie rękę. – Jestem Noella i mieszkam tam. – Wskazała na dom, który miałam minąć, by dostać się do strumienia.

– Lilith. – Ujęłam szczupłą, opaloną dłoń.

– Przyjechałaś tu na wakacje? – Przyglądała mi się badawczo.

– Mhm.

– Jak moja mama. – Uśmiechnęła się.

– Chyba nie rozumiem. Twoja mama wyjechała na wakacje?

– Nie. Przyjechała na wakacje do cioci Liv i zakochała się w tacie – wyjaśniła.

– Noooooeeeeeellaaaaaaa! – Z oddali usłyszałyśmy dźwięczny, choć dość rozgniewany głos.

– Muszę spadać! – rzuciła, widząc, jak w naszym kierunku idzie przepiękna, ubrana na czarno kobieta. Należało przyznać, że robiła wrażenie.

– Marsz do domu! Przebrać się! I nie ma mowy, żebyś szła w tych butach – krzyczała nieznajoma, wskazując na obłocone kowbojki dziewczyny. – Przepraszam. – Westchnęła, kiedy stanęła przed nami. – Jestem Sophie, a ty pewnie Lilith?

– Zgadza się – potwierdziłam, marszcząc podejrzliwie brwi.

– Przywykniesz, tu wszystkie informacje roznoszą się z prędkością światła – mówiła, jakby czytała mi w myślach. – Noe, jeszcze tu jesteś? – zwróciła się do dziewczynki, a ta przewróciła oczami i uciekła.

– Córka?

– Mhm. Idziemy na pogrzeb i robi wszystko, żeby nie włożyć sukienki – jęknęła.

– Wyrośnie z tego.

– W stołówce Liv będzie poczęstunek, dołączysz? Poznasz trochę Teksańczyków – zaproponowała, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy wszyscy w tym miejscu są tak otwarci.

– Nie, nie. Nie chcę przeszkadzać. Jeśli mogę, to zostanę tu jeszcze trochę – wskazałam na konie – a później pójdę nad strumień.

– Oczywiście. – Uśmiechnęła się. – Ale gdybyś…

– Nie, naprawdę. – Pokręciłam energicznie głową, przez co z mojego kucyka wysunęło się kilka kosmyków. – Trochę samotności dobrze mi zrobi.

Przez chwilę przyglądała mi się w milczeniu, po czym położyła szczupłą dłoń na moim ramieniu.

– To miejsce jest magiczne – powiedziała to samo, co całkiem niedawno usłyszałam od gospodyni rancza. – Myślę, że odnajdziesz tu to, czego szukasz – dodała, po czym się oddaliła.

O co im wszystkim, do cholery, chodzi z tą magią?!

Oparłam łokcie na deskach płotu i obserwowałam biegające beztrosko zwierzęta. Niby żyły w niewoli, ale tak naprawdę były wolne. A co stanowiło wolność dla człowieka? Bogactwo? Zdrowie? A może właśnie ja szukałam tej wolności, o której inni nie odważyli się marzyć? Może podróże stanowiły dla mnie synonim wyzwolenia?

Stałam przez bardzo długi czas jak zahipnotyzowana. Poruszyłam się, dopiero kiedy usłyszałam w oddali gwar rozmów. Zerknęłam w stronę domku, w którym się zatrzymałam, i dostrzegłam sporo ludzi. Wszyscy mieli na sobie żałobne stroje.

Poczułam się nieswojo, dlatego ruszyłam do celu, który obrałam na początku. Nie chciałam rzucać się w oczy, żeby nikt nie był zakłopotany obecnością obcej podczas rodzinnego spotkania.

Rozdział 3

Marco

Ignorowałem zaczepki kolegów, z którymi niegdyś pracowałem na farmie, na temat mojego stroju. Nie planowałem bawić się w dawnego siebie, dlatego nie pakowałem niczego poza tym, co wkładałem na co dzień, w Oklahomie. Dla nich cokolwiek innego niż dżinsy i kraciasta koszula, kiedy wchodziło się do stajni, było nieodpowiednie.

Czekałem na Aarona, ponieważ musiałem z nim porozmawiać. Zachowanie matki mnie niepokoiło, a wiedziałem, że on będzie ze mną stuprocentowo szczery. Rozsiadłem się na drewnianych balach tuż obok pustego padoku i rozglądałem się po okolicy. Matka mówiła, że wiele się zmieniło, lecz ja odnosiłem wrażenie, że czas w tym miejscu się zatrzymał.

Skupiłem wzrok na jednym z domków Liv – tym, który zawsze przydzielała miastowym. Mieścił się najbliżej jej domu, jakby chciała mieć je koniecznie na oku. Wtedy drzwi się otworzyły i ze środka wyszła czarnula. Pewnie ta sama, która kręciła się na farmie, kiedy trwała stypa. Od razu w oczy rzucał się jej strój – biały top i krótkie szorty w tym samym kolorze. Zmrużyłem oczy, żeby lepiej się jej przyjrzeć. Lilith. Demon.

– Co jest, mieszczuchu? – usłyszałem za plecami Aarona.

– Będziesz mi dowalał? – prychnąłem.

– Tylko trochę, szczeniaku. – Zaśmiał się i usiadł obok mnie.

W moje nozdrza natychmiast uderzył specyficzny zapach koni.

– Zdajesz sobie sprawę, że mam trzydzieści lat, a nie osiemnaście?

– Zawsze będziesz gówniarzem, nawet gdy zostaniesz sędzią.

– Okej. – Założyłem ramiona na piersi i skrzyżowałem nogi w kostkach. – Poczekam, aż ci się znudzi, a później przejdę do rzeczy – burknąłem.

– Żartuję, stary! Naprawdę spoważniałeś w tym mieście. Postawisz mi zarzuty, panie mecenasie? – Poklepał mnie po plecach. – Już cię słucham. – Widząc moją minę, podniósł ręce w poddańczym geście.

– Co jest nie tak? Moja matka dziwnie się zachowuje, mówi, że musi iść do pracy, wspomina o sprzedaży domu…

– Twój stary narobił sobie długów – powiedział bez zbędnych wstępów. – Przestał przychodzić do pracy, zaczął pić… Zresztą przyjąłem go po twoim wyjeździe tylko dlatego, że mnie o to poprosiłeś. – Rozłożył bezradnie ręce.

– Pewnie się zapił, a nie dostał zawału – mruknąłem. – Ile? – zapytałem, wnioskując, że to u niego miał dług.

Jednocześnie wodziłem wzrokiem za turystką. Miała w sobie coś, co nie pozwalało oderwać od niej oczu.

– Nic. – Szturchnął mnie łokciem. – Tym razem możesz być pierwszy. Co prawda Jacob ostrzy sobie na nią zęby, ale…

– Jacob? Przecież on ma… – Próbowałem szybko policzyć w myślach, ile ma lat.

– Dwadzieścia cztery lata, Marco. Nie zauważyłeś, że minęło tyle czasu, prawda? Teraz on jest szczeniakiem, który próbuje podrywać miastowe.

– Skutecznie? – Zaśmiałem się. – Sophie i Meghan tylko robiły wam na złość, a ja przy okazji dobrze się bawiłem, widząc waszą wściekłość.

– Czuję, że teraz ty będziesz na etapie wkurwiania się, że jakiś gówniarz kręci się wokół…

– Wróćmy do tematu mojego starego – przerwałem mu i w końcu odwróciłem wzrok od brunetki. – Ile? – ponowiłem pytanie.

Nie chciałem bawić się w te gierki, które sprawiały mi frajdę, kiedy pracowałem na farmie. W ogóle nie chciałem zaprzątać sobie głowy bzdurami.

– Daj spokój, młody. Zaproponowałem twojej matce pracę tylko dlatego, że upierała się, żeby wszystko zwrócić. Pozwól jej na to. Co ma ze sobą zrobić, kiedy za kilka tygodni wyjedziesz? Dostanie na głowę, a tak przynajmniej będzie miała zajęcie.

– Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?

– Przyjeżdżasz raz do roku. Naprawdę chciałeś słuchać o tym, że twój stary się stacza?

– Wolałbym nie być robiony w chuja – odwarknąłem. – Oddam ci, a ty wypłacaj jej normalną pensję.

– W porządku, ale… – wyszczerzył się przebiegle – pomożesz mi trochę na farmie.

– Mam to odpracować? – Parsknąłem śmiechem.

– Powiedzmy – mruknął i wstał. – Jadę zawieźć młodą na judo.

– Pozwalasz jej się bić?

– Teksańska krew. Lepiej, żeby wyżyła się na treningu niż na Joelu – rzucił i oddalił się w kierunku domu.

Mimowolnie próbowałem odszukać wzrokiem miastową. Dostrzegłem ją przy zagrodzie dla koni. Wyciągała do jednego dłoń i gładziła go po pysku. Ten niespodziewanie wychylił łeb i położył go na jej ramieniu, jakby się przytulał. Musiała mieć dobrą rękę do tych stworów.

Moje nieposłuszne nogi same poniosły mnie w tamtym kierunku. Należało przyznać, że posiadała zajebistą figurę. Z bliska już nie wydawała się taka wątła, tylko kobieca, zaokrąglona tam, gdzie powinna, kusząca. Miała lekko opaloną skórę i kruczoczarne, długie włosy, które chciałoby się owinąć wokół nadgarstka… Kurwa, stary, nie idź tym tropem!

Zanim zdążyłem zdradzić swoją obecność, odwróciła się gwałtownie. Na mój widok jej twarz wykrzywił grymas niezadowolenia. Oceniłem ją na oko na jakieś dwadzieścia dwa lata. Smarkula. Piękna, ale smarkula.

– Wystraszył mnie pan – zawarczała.

– Jesteś w Teksasie, paniusiu, tu musisz być czujna – odparłem nonszalancko i bezwstydnie zlustrowałem ją od góry do dołu.

Cholera, robiła wrażenie. Dawno nie widziałem takiego zjawiska. Przynajmniej nie przez ostatnie dziesięć lat.

Nie chciałem, by ten widok wprawiał mnie w zachwyt, ale to się po prostu działo. Pełne, pomalowane czerwoną szminką usta dodawały tej istocie pazura, a ciemne, niemal czarne oczy sprawiały, że zapragnąłem, by ich mrok mnie pochłonął. Kurwa, co się ze mną dzieje?!

– Bo można zostać napadniętym przez jakiegoś ważniaka? – Obrzuciła mnie przepełnionym odrazą spojrzeniem.

Jej wzrok był tak intensywny, że sam spojrzałem na siebie krytycznym okiem. Zapomniałem nawet, że miałem na sobie białą koszulę i garniturowe spodnie, po których z pewnością mnie w tej chwili oceniała.

– Nie napadłem cię i nie jestem ważniakiem – odrzekłem, starając się zapanować nad językiem, by nie rzucić jakiejś chamskiej uwagi. Mimowolnie zatrzymałem spojrzenie na jej kształtnych piersiach, odznaczających się pod luźną koszulką.

– Nie sądzę, żeby tubylcy wkładali białe kołnierzyki – prychnęła, co sprawiło, że popatrzyłem na jej twarz. – Nawet na uroczyste otwarcie nowej stajni – dodała z kpiącym uśmiechem.

– Czasem wkładają je na pogrzeby – mruknąłem i zrobiłem krok w jej stronę.

Nie wycofała się. Stała hardo, zadzierając wysoko brodę. Te usta… Kurwa… Pachniała obezwładniająco, jakby skąpała się w jakimś pieprzonym magicznym eliksirze. Tak, z pewnością była demonem.

– Mniejsza z tym. – Wzruszyła ramieniem. – Do widzenia – rzuciła, już nie patrząc mi w oczy, i chciała mnie wyminąć.

Wiedziony jakimś cholernym impulsem złapałem ją za ramię i zatrzymałem. Spojrzała najpierw na moje zaciśnięte na jej skórze palce, a później w oczy. Policzki dziewczyny oblały się rumieńcem, ale nie z zawstydzenia, tylko raczej ze złości.

– Jestem Marco – wychrypiałem, jakby zaschło mi w gardle.

– Zatem do widzenia, Marco. – Wyszarpnęła ramię z mojego uścisku, po czym szybko uciekła.

Natychmiast, nie wiadomo skąd, obok niej zmaterializował się Jacob. Co więcej, przed nim nie uciekała. Wobec tego dlaczego mnie potraktowała jak chodzące zło? Nigdy nie miałem problemu z zagadaniem do laski, nie tutaj. W mieście nie musiałem robić nawet tego, żeby zaliczyć. Czasem wystarczyło spojrzenie, a kobiety wiedziały, o co chodzi…

Ta mała miastowa albo zgrywała niedostępną, albo rzeczywiście taka była. Nie dla mnie. Nie miałem ani czasu, ani ochoty na takie zabawy.

Kłamca. Miałem, kurwa, wrodzony radar na takie jak ona… Miastowa, zadziorna i… piękna.

Powolnym krokiem podszedłem do swojego wozu, zaparkowanego przed domem Bushby’ego. Wsiadłem za kierownicę, ruszyłem z impetem i minąłem gruchającą radośnie parkę. A raczej gruchającego smarkacza i nadętą paniusię z miasta.

Nie wiedziałem, dlaczego czuję się dotknięty tym, że ta panna wzięła mnie za jakiegoś ważniaka. Chyba właśnie jej zachowanie sprawiło, że zamiast pojechać do domu, skierowałem się do centrum. I tak byłbym zmuszony zrobić zakupy, skoro miałem pomóc Aaronowi na farmie.

Próbowałem wmówić sobie, że to rzeczywiście ciuchy do pracy, ale pomimo prawniczych zdolności takiej ściemy nie potrafiłem wcisnąć nawet sobie. Prawda była taka, że zapragnąłem na nowo, choć na ten krótki czas, być gościem z Teksasu, a nie gburem z kancelarii.

Rozdział 4

Lilith

Czułam w każdym skrawku swojego ciała dotyk tych silnych palców. Ten mężczyzna z pewnością nie pochodził z Teksasu. Jego dłonie wydawały się nieskalane ciężką pracą, którą mogłam zaobserwować na farmie. Może był urzędnikiem i przeprowadzał jakąś kontrolę?

Nikt inny w tym miejscu nie chodził ubrany tak elegancko. Nie licząc oczywiście dnia pogrzebu, kiedy wszyscy kowboje wyciągnęli ze swoich szaf garnitury. Pogrzeb, właśnie! Wspominał coś o tym. Może był zarządcą spadku? Cholera, co mnie to obchodzi?!

Od razu poczułam, że należy trzymać się od niego z daleka. Okazał się zbyt… zbyt… Intensywny. Z trudem oparłam się silnej aurze, którą wokół siebie roztaczał. A to była zaledwie krótka konfrontacja… Co by się stało, gdyby był tak blisko mnie znacznie dłużej? Moje zakończenia nerwowe strzelałyby jak fajerwerki czwartego lipca. To była jakaś cholerna magia, która wcale mi się nie podobała. Jasne, że nie…

– Słuchasz mnie, Lilith? – Mój wewnętrzny monolog został przerwany przez głos chłopaka z farmy, którego poznałam pierwszego dnia, gdy wracałam znad strumienia.

– Tak, tak – skłamałam. Nie miałam pojęcia, o czym mówił.

– Czyli się zgadzasz? – Błysnął uroczym uśmiechem.

– Yyy, jasne – wymamrotałam niepewnie, czując, że będę tego żałować.

– Świetnie, przyjdę po ciebie o ósmej! – wykrzyknął z entuzjazmem i pobiegł z powrotem na farmę, z której uciekłam przed elegancikiem.

Przyglądałam się tępo oddalającemu się chłopakowi i zastanawiałam nad tym, na co tak właściwie się zgodziłam. Miałam nadzieję, że nie przeprowadzali tu jakichś szamańskich obrzędów, w których zostałabym złożona w ofierze.

Potrząsnęłam głową, żeby wyrzucić z niej te absurdalne myśli. Niestety skutek był taki, że w to miejsce do mojego nieposłusznego umysłu wtłoczył się obraz mężczyzny w białej koszuli. Tak bardzo niepasującego do tego miejsca. Jego lekko kpiące, niebieskie oczy, usta, które z pewnością stanowiły dzieło samego szatana, ciemne, zmierzwione niedbale włosy – to wszystko składało się na faceta, który powinien mieć wytatuowane na czole ostrzeżenie o niebezpieczeństwie.

Na pewno był ode mnie starszy, ale widziałam w nim coś z niepokornego chłopca. Wydawał się jednocześnie twardym gościem i beztroskim nastolatkiem. Doskonale wiedziałam, dlaczego zareagowałam tak wrogo… Poprzysięgłam sobie już nigdy nie być miłą dla jakiegokolwiek faceta. Jacob z farmy się nie liczył, bo mieliśmy tyle samo lat i zwyczajnie był uroczy. I nie działał na mnie tak, jak w ułamku sekundy zadziałał… Marco.

Z ciężkim westchnieniem rozejrzałam się wokół i napotkałam roześmiane spojrzenie Liv. Stała na drewnianej werandzie swojego domu. Kiwnęła ręką, przywołując mnie do siebie. Kiedy się zbliżyłam, uśmiechnęła się ciepło.

– Rozumiem, że będziesz na ognisku? – zapytała i wskazała mi wiklinowy fotel, wyłożony grubymi poduchami w drobne kwiatki.

– Ognisku?

Rozsiadłam się i powstrzymałam przed jęknięciem z rozkoszy. Ten fotel był tak wygodny, że mogłabym w nim umierać i nie czułabym żalu z powodu kończącego się życia.

– Jacob cię nie zaprosił? – zdziwiła się. – Od samego rana trajkotał, że…

– A, tak! – przerwałam jej. – Zaprosił mnie.

Czyli na to się zgodziłam… W gruncie rzeczy zapowiadało się całkiem nieźle. Nigdy nie byłam na ognisku.

– Świetnie. Napijemy się nalewki? – zaproponowała niespodziewanie.

– Czy ja wiem… Rzadko piję alkohol.

– Och, nic ci nie będzie od kilku małych kieliszeczków. – Zaśmiała się i zniknęła we wnętrzu domu.

***

Nie wiedziałam, jak powinnam ubrać się na ognisko, dlatego postawiłam na swobodę. Włożyłam czarne dżinsy z rozcięciami na udach i kolanach, trampki i białą, dużą bluzę. Trochę szumiało mi w głowie od słodkiej nalewki, którą poczęstowała mnie Liv, ale musiałam przyznać, że była wyśmienita.

Wyjątkowo dobrze rozmawiało mi się z tą kobietą, nawet pomimo różnicy wieku. Opowiedziałam jej o swoich studiach, o tym, jak potraktował mnie Liam, i czego tak naprawdę szukam w podróży. Mówiłam również o rozwodzie rodziców i jak ojciec przestał się mną interesować w chwili, kiedy znalazł sobie drugą żonę.

Rozmowa z nią podziałała na mnie oczyszczająco, jakbym cały gromadzony przez lata żal zostawiła za sobą. Zrobiłam się lżejsza, mniej rozgoryczona. Zdawałam sobie jednocześnie sprawę, że alkohol zapewniał mi tę lekkość, a kiedy wytrzeźwieję, wszystko wróci do poprzedniego stanu.

Siedziałam przy małym biurku ustawionym pod oknem w sypialni i przeglądając się w lusterku, robiłam delikatny makijaż. Kiedy trzeci raz trafiłam szczoteczką od tuszu wprost w oko, zmyłam wszystko i pomalowałam tylko usta. Nigdy nie musiałam jakoś wyjątkowo podkreślać rzęs, ponieważ były naturalnie długie i czarne jak węgiel.

Swoją urodę zawdzięczałam mamie. Kiedy stawałyśmy obok siebie, wiele osób mówiło, że wyglądamy jak bliźniaczki. Czarne włosy, ciemne oczy i do tego dość jasna cera. Jak członkinie rodziny Adamsów… Coś w tym było, ponieważ tak naprawdę uważałam nas obie za silne, może nawet nieco mroczne. Mama kojarzyła mi się z prawdziwą wojowniczką, która niestrudzenie walczyła o to, by niczego nam nie brakowało. Przynajmniej w sferze materialnej. Emocjonalnie – nam obu brakowało szczęścia w miłości…

Spojrzałam jeszcze raz w niewielkie lusterko. Włosy postanowiłam zostawić rozpuszczone. Przeczesałam je palcami i uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Moje policzki były zarumienione od wypitego alkoholu.

Jacob przyszedł punktualnie, szczerząc się, jakby wygrał los na loterii. Doskonale mogłam odczytać jego intencje, dlatego postanowiłam tego wieczora jasno dać mu do zrozumienia, że nie takich przygód szukam podczas swojej podróży. Był naprawdę miłym chłopakiem, więc tym bardziej nie chciałam, żeby narobił sobie złudnej nadziei.

– Kiedyś ogniska i imprezy odbywały się przy stodole Wernera, ale gdy zbudował szklarnie, stodołę przerobił na swoje centrum dowodzenia. A raczej centrum dowodzenia swojej żony – zagadnął, kiedy szliśmy w stronę strumienia, gdzie ponoć miał zapłonąć ogień.

– Teraz raczej nie zrobią z tego wielkiej imprezy, trudno byłoby pociągnąć kable aż nad strumień, żeby mieć muzykę – stwierdziłam.

– Żartujesz?! – wykrzyknął z uśmiechem. – Wystarczy gitara i nasze miejscowe gwiazdy! Zobaczysz, na takiej imprezie jeszcze nie byłaś.

Gdy dotarliśmy na miejsce, z zaskoczeniem zauważyłam, że wokół ogromnej sterty drewna przygotowanego do podpalenia ustawione zostały potężne bale. Obok znajdował się stół zastawiony talerzami z mięsem, kiełbaskami i miski z najróżniejszymi warzywami i sałatkami, a także butelki z alkoholem i innymi napojami. Tuż obok widziałam skrzynię i oparty o nią futerał od gitary.

– Na bogato – powiedziałam pod nosem.

– Mówiłem! – odparł z entuzjazmem. – Chodź, napijemy się piwa.

Pociągnął mnie w kierunku stołu, przy którym zebrała się już garstka ludzi. Dostrzegłam pomiędzy nimi Sophie, jakąś blondynkę o egzotycznej urodzie i dwóch postawnych, przystojnych mężczyzn w kowbojskich kapeluszach.

– O! Dobrze, że jesteście! – przywitała nas Sophie, a druga kobieta obdarowała mnie nieziemskim uśmiechem. – To wy sobie porozmawiajcie o jutrzejszych planach – spojrzała na jednego z mężczyzn, a później na mojego towarzysza – a my porywamy naszą Lilith. – Wzięła mnie pod ramię i wraz z drugą kobietą odciągnęły mnie od stołu.

Usiadłyśmy na jednym z powalonych drzew i nawet nie spostrzegłam, kiedy w mojej dłoni pojawiła się butelka z piwem. Czułam się dość niepewnie, bo nie przywykłam do tego, żeby traktowano mnie z taką otwartością. W gruncie rzeczy najczęściej spotykałam się z powściągliwością. Natomiast w tym miejscu zdawało się, że istniało wyłącznie przyjazne nastawienie. Co więcej, ono najprawdopodobniej nie wynikało z naiwności, lecz z siły i pewności, że nikt nie odważyłby się zadrzeć z ich potęgą; z rodziną, którą tworzyli sobie sami. Teksas był doprawdy wyjątkowym miejscem.

– Jestem Meghan – przedstawiła się latynoska piękność.

– Lilith. – Ujęłam jej wyciągniętą dłoń i uśmiechnęłam się nieśmiało. – Chyba nie powinnam… – Uniosłam butelkę. – Już dziś wypiłam nalewkę z Liv.

– Doskonale! – Zachichotała blondynka. – Jedno piwo do smaku i będziesz się wyśmienicie bawić.

– Właściwie… – Wzruszyłam ramieniem i wzięłam spory łyk. – Jestem na wakacjach, mogę zaszaleć.

– Otóż to. – Puściła do mnie oko, po czym stuknęła szyjką swojej butelki o moją i również się napiła.

– Tamci dwaj to Aaron i Nico. Nasi mężowie. – Sophie wskazała na grupkę, od której przed chwilą mnie odciągnęły. – A my… pochodzimy z Baltimore.

– Naprawdę? – zdziwiłam się. – Jakim cudem trafiłyście w to miejsce?

– Przyjechałyśmy na wakacje – odpowiedziały jednocześnie, uśmiechając się szeroko.

© A.P. Mist

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68677-29-4

Wydanie pierwsze

Redakcja

Anna Łakuta-Rudzka

Korekta

Justyna Szymkiewicz

Danuta Perszewska

Paulina Wójcik

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.