Starorzecza - Antoni Kroh - ebook + książka

Starorzecza ebook

Antoni Kroh

3,0

Opis

Porywająco napisany tom wspomnień znakomitego etnografa, historyka kultury, pisarza, tłumacza literatury słowackiej i czeskiej, jest swego rodzaju portretem pokolenia Polaków żyjących w Polsce powojennej lecz tradycją rodzinną i cywilizacyjną osadzonych w czasach przed II wojną światową. Dzieje krewnych, wśród których było wielu polityków, wojskowych, właścicieli ziemskich oraz licznych przyjaciół i znajomych obrazują losy odchodzącej w przeszłość klasy ziemian i starania ich dzieci i wnuków by ułożyć sobie życie w nowych realiach politycznych Polski powojennej. Bogactwo opisów, dystans do siebie samego jako bohatera przytaczanych zdarzeń, odnajdowanie humorystycznych stron życia w ciężkich czasach, serdeczna sympatia dla niepozbawionych wad i dziwactw opisywanych postaci sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 727

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opra­co­wa­nie ‌gra­ficz­ne: ‌An­drzej Ba­rec­ki

Ko­rek­ta: ‌Do­bro­sła­wa Pan­kow­ska

Co­py­ri­ght ‌© ‌by Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa ‌2010

Co­py­ri­ght ‌© by ‌An­to­ni ‌Kroh, ‌War­sza­wa ‌2010

Au­to­rzy zdjęć ‌i ilu­stra­cji ‌Sta­ni­sław Gli­wa ‌(rys.) s.115 ‌

Ry­szard Hal­ba ‌s.301, ‌Ma­ria Te­re­sa Masz­czak s. ‌144 ‌(dwa zdję­cia),

Ja­ro­sław Mierz­wa ‌s. 11, 30, ‌93, 95, ‌143 (dół), ‌347, 352, 450, ‌493 (lewe), 564, ‌568, ‌

Zo­fia Na­sie­row­ska s. 417, ‌Krzysz­tof Oł­tak s. ‌86, 87, ‌90,

An­to­ni ‌Za­lew­ski s. 241, ‌571, 572, ‌573, 574 (góra i dół), ‌575.

Po­zo­sta­łe zdję­cia po­cho­dzą ‌z ar­chi­wum au­to­ra.

Wy­daw­nic­two do­ło­ży­ło wszel­kich ‌sta­rań, ‌by skon­tak­to­wać ‌się ‌z twór­ca­mi za­miesz­czo­nych w książ­ce zdjęć. ‌W kil­ku ‌przy­pad­kach oka­za­ło ‌się ‌to nie­moż­li­we, dla­te­go twór­ców, ‌z któ­ry­mi nie zo­sta­ły pod­pi­sa­ne ‌umo­wy, pro­si­my ‌o pil­ny kon­takt z se­kre­ta­ria­tem wy­daw­nic­twa.

ISBN ‌978-83-244-0274-8

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. Smol­na ‌11, ‌00-375 War­sza­wa

tel. /faks ‌(22) 827-94-15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Skład ‌wersji ‌elektronicznej:

Virtualo Sp. ‌z o.o.

Frasz­ki ‌to wszyt­ko, co­kol­wiek ‌my­śle­my, ‌

Frasz­ki ‌to wszyt­ko, co­kol­wiek ‌czy­nie­my;

Nie masz na ‌świe­cie ‌żad­nej pew­nej rze­czy, ‌

Próż­no tu czło­wiek ‌ma co mieć na ‌pie­czy

Za­cność, uro­da, moc, ‌pie­nią­dze, ‌sła­wa,

Wszyst­ko to ‌mi­nie jako po­lna tra­wa;

Na­śmiaw­szy się nam i na­szym po­rząd­kom,

We­mkną nas w mie­szek, jako czy­nią łąt­kom1.

(J. Ko­cha­now­ski, O ży­wo­cie ludz­kim)

Krok defiladowy na gruntach podmokłych

PA­NIE TRU­MAN, SPUŚĆ TA BA­NIA ♦ SON ET LU­MI­ÈRE W GRU­ZACH ♦ PANI DY­REK­TOR­KA ♦ PRZED­WO­JEN­NI ♦ TKNĘ­ŁO CIĘ? ♦ ME­BLE PAŃ­STWA AN­DER­SÓW ♦ PIO­SEN­KI DZIE­CIŃ­STWA ♦ MI­ŁOŚĆ DO PO­NIE­MIEC­KIEJ KURT­KI ♦ CZO­ŁEM, LI­SIE, TWO­JE ZDRO­WIE! ♦ IMIE­NI­NY PO­WĄ­ZEK ♦ O RANY, ALE JAJA! ♦ KOST­KI KUL­TU JED­NOST­KI ♦ ZA­RA­STA­NIE KI­CZEM ♦ ROZ­WÓD, ŚLUB I KWA­RAN­TAN­NA W CHLE­WI­KU ♦ W ZŁĄ GO­DZI­NĘ

Bę­dzie woj­na. Sko­ro była dru­ga, wy­buch­nie i trze­cia. O trze­ciej woj­nie świa­to­wej krą­ży­ły cie­płe wier­szy­ki, dow­ci­py. „Jed­na bom­ba ato­mo­wa i wró­ci­my znów do Lwo­wa. Po­tem dru­ga bom­ba sil­na i wró­ci­my znów do Wil­na. Pa­nie Tru­man, spuść ta ba­nia, bo już nie do wy­trzy­ma­nia”. Roz­mo­wa go­ścia z kel­ne­rem: – Pro­szę scha­bo­wy i piwo. – Bę­dzie do­pie­ro po trze­ciej. – Prze­cież jest dwa­dzie­ścia po trze­ciej. – Tak, ale po trze­ciej woj­nie świa­to­wej. – Do­ro­śli wy­bu­cha­li dziw­nym śmie­chem.

Nie­daw­no ujaw­nio­no, że trze­cią woj­nę świa­to­wą szy­ko­wa­no cał­kiem se­rio. Pol­ska cen­tral­na mia­ła być ce­lem zma­so­wa­ne­go na­lo­tu ato­mo­we­go, Wi­sła li­nią obro­ny, dla­te­go jej nie re­gu­lo­wa­no i nie prze­rzu­ca­no nad nią mo­stów. Po­zo­sta­ła ostat­nią wiel­ką dzi­ką rze­ką Eu­ro­py, z wy­jąt­ko­wy­mi roz­le­wi­ska­mi, przy­ko­sa­mi, sta­ro­rze­cza­mi i wy­sep­ka­mi, któ­re wy­ła­nia­ją się i zni­ka­ją. Z po­dob­nych przy­czyn stra­te­gicz­no-po­li­tycz­nych za­cho­wa­ły się rów­nież sta­ro­rze­cza Bugu oraz rze­ki Mo­ra­vy, od­dzie­la­ją­cej Cze­cho­sło­wa­cję od Au­strii.

Bę­dzie woj­na. Ktoś przy­no­sił do domu wia­do­mość z naj­pew­niej­sze­go źró­dła, że tym ra­zem już chy­ba na pew­no. Do­ro­śli nie­spe­cjal­nie się przej­mo­wa­li, byli otrza­ska­ni – ale na wszel­ki wy­pa­dek uru­cha­mia­li sto­sow­ną pro­ce­du­rę. Na­le­ża­ło zro­bić za­pa­sy. Ku­po­wa­no twar­de pszen­ne su­cha­ry z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dziur­ka­mi, świe­ce, za­pał­ki, cu­kier, sól, mąkę, ka­szę, my­dło, środ­ki opa­trun­ko­we, naf­tę (wy­cią­ga­no z piw­ni­cy lam­py naf­to­we i czysz­czo­no), de­na­tu­rat i co tam jesz­cze. Dla bab­ci i dla mnie za­pas le­ków prze­ciw­ast­ma­tycz­nych. Po ty­go­dniu, dzie­się­ciu dniach emo­cje mi­ja­ły.

Oczy­wi­ście trwa­ją­ca wów­czas w naj­lep­sze wal­ka o po­kój nie mia­ła z tym ab­so­lut­nie nic wspól­ne­go. Trze­cia woj­na świa­to­wa była praw­do­po­dob­na, bra­na pod uwa­gę, wal­ka o po­kój cał­ko­wi­cie pu­sta, je­śli nie li­czyć dow­ci­pów. Opo­wia­da­no, jak na wieś przy­je­chał agi­ta­tor i grzmiał: To­wa­rzy­sze! My zro­bi­my taką wal­kę o po­kój, że ka­mień na ka­mie­niu nie zo­sta­nie! Pew­ną wiej­ską knaj­pę, czy­li go­spo­dę lu­do­wą, przy­ozdo­bio­no fry­zem z go­łąb­ków po­ko­ju. Miej­sco­wi mó­wi­li, że to bia­łe mysz­ki, któ­rym wy­ro­sły skrzy­deł­ka. A trzy­dzie­ści lat póź­niej usły­sza­łem: Co to jest wro­na? Go­łą­bek po­ko­ju AD 1981! Mło­dy czło­wiek, któ­ry mi to opo­wie­dział, za­du­mał się na chwi­lę i spy­tał: – A co to był wła­ści­wie ten go­łą­bek po­ko­ju?

W nie­któ­rych do­mach su­szo­no chleb i pa­ko­wa­no w spe­cjal­ne płó­cien­ne wo­recz­ki. U nas nie, ale na przy­kład bab­cia Joli i Ry­sia czy­ni­ła to z wiel­ką wpra­wą. – Na jak dłu­go star­czy i czy was ura­tu­je? – spy­ta­łem. – Po­mo­że prze­bie­do­wać ogól­ne bez­ho­ło­wie, któ­re pew­nie po­trwa ja­kiś czas, bo jak­że in­a­czej. A w ogó­le nie wol­no się pod­da­wać. Nig­dy, prze­nig­dy, w żad­nej sy­tu­acji. Dwie mysz­ki wpa­dły do garn­ka ze śmie­ta­ną. Jed­na uzna­ła swo­ją sy­tu­ację za bez­na­dziej­ną, nie wal­czy­ła o ży­cie, od razu uto­nę­ła. Dru­ga tak upar­cie prze­bie­ra­ła łap­ka­mi, aż ubi­ła grud­kę ma­sła. We­szła na nią, od­bi­ła się i wy­sko­czy­ła na swo­bo­dę. Za­pa­mię­taj to so­bie. A bę­dzie, co bę­dzie.

My, męż­czyź­ni, od­zna­cza­my się że­la­zną lo­gi­ką oraz wy­cią­ga­my prak­tycz­ne wnio­ski. Za­py­ta­łem mamę, czy war­to słać łóż­ko, myć się i od­ra­biać lek­cje, sko­ro i tak bę­dzie woj­na. Po­trak­to­wa­ła se­rio moją wąt­pli­wość i wy­ja­śni­ła naj­po­waż­niej, że na­le­ży brać pod uwa­gę wszyst­kie ewen­tu­al­no­ści. Rów­nież taką, że woj­ny nie bę­dzie. Bar­dzo do­brze się skła­da, gdy ro­zum­ny mło­dy czło­wiek ma spo­sob­ność wy­mia­ny po­glą­dów z kimś my­ślą­cym po­dob­nie, tyl­ko jesz­cze ro­zum­niej­szym i sza­nu­ją­cym part­ne­ra.

Dziew­czyn­ki miesz­ka­ją­ce na Pra­dze no­si­ły wę­giel ze skła­du opa­ło­we­go po dru­giej stro­nie uli­cy. Któ­re­goś razu mat­ka ku­pi­ła dwa nowe wia­dra. Gdy szły z tymi wia­dra­mi, na­tknę­ły się na są­sia­da. Za­gad­nął życz­li­wie, czy idą po cu­kier (było to w cza­sie woj­ny ko­re­ań­skiej), a gdy za­prze­czy­ły, uśmiech­nął się: mnie nie zwie­dzie­cie.

Wo­jen­ne wy­ku­py­wa­nie to­wa­rów po­zo­sta­wi­ło ślad w li­te­ra­tu­rze. Zo­fia By­strzyc­ka w sa­ty­rycz­nym utwo­rze Pa­mięt­nik prze­wi­du­ją­cej (1952)2 na­kre­śli­ła ro­dzin­ny dra­mat: ja­kaś idiot­ka ule­gła pod­szep­tom są­siad­ki i ku­pi­ła wór ka­szy, z wiel­kim za­an­ga­żo­wa­niem kar­mi­ła nią swo­ich naj­bliż­szych, aż mąż za­czął wie­czo­ra­mi mie­wać pil­ne obo­wiąz­ki służ­bo­we i w koń­cu się wy­pro­wa­dził, dzie­ci też po­ucie­ka­ły; pani domu, choć prze­wi­du­ją­ca i peł­na naj­lep­szej woli, ja­koś nie po­ko­ja­rzy­ła tych fak­tów i ku­pi­ła dru­gi wór ka­szy. Kon­stan­ty Il­de­fons Gał­czyń­ski w jed­nym ze swych ostat­nich utwo­rów tak­że przed­sta­wił hu­mo­ry­stycz­ny ob­raz apo­ka­lip­sy:

– Tra­ta­ta tata,

tra­ta­ta tata!

Pa­nie, pa­no­wie,

już ko­niec świa­ta.

Na dźwięk pu­zo­nu,

czy­li tej sur­my,

za­raz na skle­py

rzu­cą się hur­my

Zgnie­ce­ni w tłu­mie

wo­ła­ją: – Mamo!

Aw skle­pach zni­ka

pieprz i cy­na­mon;

ko­lej­ki sto­ją

jak stąd do Zgie­rza;

baby uuu! wyją,

pisk się roz­sze­rza;

baby sku­pu­ją

koł­dry, szpa­ra­gi,

pi­nez­ki, na­wet

wy­pcha­ne pta­ki (…).

A Lis się cie­szy

że taki za­męt,

łap­kę pod­no­si:

– Okay i Amen.

(K.I. Gał­czyń­ski, Chry­zo­sto­ma Bul­wie­cia po­dróż do Ciem­no­gro­du)

Ania, An­toś i Zo­sia Kroh na tle cho­in­ki ob­wie­szo­nej go­łąb­ka­mi po­ko­ju. Za­ba­wa no­wo­rocz­na, 1952.

W dzie­ciń­stwie kil­ka razy prze­ży­wa­łem wo­jen­ne stra­chy do­ro­słych. Zla­ły mi się w jed­no. Nie wiem, skąd się bra­ły, nie umiem ich po­wią­zać z ja­kimś szcze­gól­nym wy­da­rze­niem. My­ślę, że nie­kie­dy uru­cha­mia­ły się sa­mo­ist­nie. Strach i nie­pew­ność tkwi­ły pod skó­rą, ro­sły, aż w pew­nym mo­men­cie prze­kra­cza­ły punkt kry­tycz­ny. Po­dob­nie cza­sem ni z tego, ni z owe­go za­pa­la się sia­no w sto­do­le. A gdy na­ród od­re­ago­wał, psy­cho­za ci­chła jak szcze­ka­nie psa i wszyst­ko po­zor­nie się uspo­ka­ja­ło. Do na­stęp­ne­go razu.

My­śmy też prze­ży­wa­li wo­jen­ne emo­cje. Za­ba­wa w woj­nę wy­glą­da­ła tak: na as­fal­cie uli­cy Swa­rzew­skiej ka­wał­kiem ce­gły ry­so­wa­ło się koło. W mia­rę ko­li­ste, żeby nie było kłót­ni. To był świat. Dzie­li­ło się je na tyle czę­ści, ilu gra­ją­cych. To były pań­stwa. Każ­dy wy­krzy­ki­wał: Pol­ska! Fran­cja! Ame­ry­ka! Szwe­cja! – i już wszyst­ko ja­sne. Kto wy­lo­so­wał pierw­szy, wo­łał: wy­wo­łu­ję woj­nę, woj­nę, woj­nę. Ame­ry­ce! Ci­skał pa­tyk, wszy­scy rzu­ca­li się w po­goń, a kto do­biegł pierw­szy, za­bie­rał agre­so­ro­wi ka­wa­łek te­ry­to­rium. Na­tu­ral­ną rze­czy ko­le­ją naj­star­szy i naj­sil­niej­szy gracz był Pol­ską. Nie­raz więc się zda­rza­ło, że Pol­ska zaj­mo­wa­ła więk­szy ob­szar niż Ro­sja i Ame­ry­ka ra­zem wzię­te.

Na po­lach bie­lań­skich stał po­rzu­co­ny czołg. Wy­mon­to­wa­li­śmy z nie­go ło­ży­ska. Hu­laj­no­gi tam­tych lat kle­ci­ło się z trzech ło­żysk (dwa z tyłu, jed­no z przo­du), dwóch de­sek oraz sta­rej po­de­szwy od te­ni­sów­ki, peł­nią­cej rolę prze­gu­bu mię­dzy de­ską po­zio­mą, na któ­rej się sta­ło, i pio­no­wą, peł­nią­cą funk­cję kie­row­ni­cy, z przy­bi­tym na koń­cu uchwy­tem. Mia­ły tę do­dat­ko­wą za­le­tę, że strasz­li­wie szur­go­ta­ły po as­fal­cie. Wy­star­czy­ło kil­ka mi­nut jaz­dy tam i z po­wro­tem, aby ja­kiś ner­wo­wy pan wy­sta­wiał gło­wę przez luf­cik i wrzesz­czał na całą uli­cę, że wszy­scy po­cho­dzi­my z nie­pra­we­go łoża i że­by­śmy na­tych­miast wy­nie­śli się gdzie in­dziej, bo jak nie, to nam po­wy­ry­wa. Cu­dow­ne uczu­cie.

Zna­la­złem w gru­zach, to były moje za­baw­ki.

Ale naj­faj­niej czu­li­śmy się w gru­zach. (Dziś czę­ściej mówi się „ru­iny”). Ka­mie­ni­ce, prze­kro­jo­ne bom­ba­mi od da­chów po par­te­ry, od­sło­ni­ły frag­men­ty przed­pow­sta­nio­wych miesz­kań. Ce­gły wy­sta­ją­ce z roz­łu­pa­nych ścian two­rzy­ły schod­ki, a je­śli się nie­wie­le wa­ży­ło, mia­ło drob­ne dzie­cię­ce sto­py, du­szę zdo­byw­cy i ani krzty ro­zu­mu, moż­na było się wdra­pać choć­by i na trze­cie pię­tro. To na­praw­dę nie było trud­ne. W po­miesz­cze­niu, któ­re on­giś było kuch­nią, może ła­zien­ką, ale te­raz przy­bra­ło kształt log­gii z roz­le­głą pa­no­ra­mą, sta­ła na trój­no­gu bla­sza­na ba­lia do pra­nia bie­li­zny. Chło­pa­ki na­zno­si­li do niej amu­ni­cji, wszę­dzie peł­no jej się wa­la­ło, za­le­li kil­ko­ma ka­ni­stra­mi ben­zy­ny skądś pod­pro­wa­dzo­nej, wsa­dzi­li ko­niec sznu­ra od bie­li­zny, a dru­gi ko­niec, ten na dole, pod­pa­li­li. Wie­czo­ro­wą porą, dla więk­sze­go wra­że­nia. I rze­czy­wi­ście, było na co po­pa­trzeć i cze­go po­słu­chać, a po­tem wspo­mi­nać przez wie­le dni. Kul­ki gwiz­da­ły, stru­gi pło­ną­cej ben­zy­ny try­ska­ją­ce z wy­so­ko­ści two­rzy­ły efek­tow­ne esy-flo­re­sy. Na­za­jutrz mi­li­cjant cho­dził od domu do domu, po raz pierw­szy w ży­ciu by­łem prze­słu­chi­wa­ny. Ni­ko­go nie wy­da­łem, bo nie mia­łem o ni­czym po­ję­cia. Je­śli nie li­czyć mgli­stych, choć bar­dzo praw­do­po­dob­nych po­dej­rzeń. Spraw­ców nie wy­kry­to, bo był­bym wie­dział. Chło­pa­ki ze Swa­rzew­skiej to była eli­tar­na, za­mknię­ta or­ga­ni­za­cja, a gdy w ta­kim her­me­tycz­nym śro­do­wi­sku za­wią­że się kon­spi­ra­cję w kon­spi­ra­cji, sys­tem po­dwój­ne­go za­bez­pie­cze­nia, ry­zy­ko wpad­ki jest mi­ni­mal­ne. Po­ko­le­nie mamy i po­ko­le­nie dziad­ka wy­prak­ty­ko­wa­ło tę sta­rą praw­dę.

Samo wi­do­wi­sko ba­ta­li­stycz­ne, son et lu­mi­ère na­sze­go po­ko­le­nia, nie­ste­ty mnie omi­nę­ło, znam je tyl­ko z opo­wie­ści na­ocz­nych świad­ków, a zwłasz­cza zma­so­wa­nych wy­zwisk pod ad­re­sem mło­dzie­ży, w szko­le i na uli­cy Jak­by star­si byli mą­drzej­si.

W roku pięć­dzie­sią­tym szó­stym mia­łem trzy­na­ście lat, nie ba­wi­łem się już w cho­wa­ne­go, ale za­pa­mię­ta­łem wy­li­czan­kę:

Le­nin zjadł lina,

wy­srał Sta­li­na.

Sta­lin zjadł dru­ta,

wy­srał Bie­ru­ta.

Bie­rut zjadł scha­ba,

wy­srał Ocha­ba.

Ochab zjadł buł­kę,

wy­srał Go­muł­kę.

Pał­ka, za­pał­ka, dwa kije,

kto się nie scho­wa, ten kry­je. Szu­ka­aaam!

Je­sie­nią w Bu­da­pesz­cie lała się krew, w War­sza­wie wrza­ło, czoł­gi ra­dziec­kie szły od Le­gio­no­wa na Że­rań, ro­bot­ni­cy szy­ko­wa­li się do obro­ny, woj­na wi­sia­ła na wło­sku. So­wie­ci za­wró­ci­li na pół­noc; nie­trud­no było wy­wnio­sko­wać, że przej­dą Wi­słę w Mo­dli­nie, a ju­tro, naj­da­lej po­ju­trze wy­chy­ną z Pusz­czy Kam­pi­no­skiej i bę­dzie­my ich mie­li u nas na Bie­la­nach. Pani Zo­fia Ring­ma­no­wa, dy­rek­tor­ka, drob­na siwa sta­rusz­ka, roz­trzę­sio­na, zwo­ła­ła całą szko­łę na apel i bła­ga­ła, za­kli­na­ła ła­mią­cym się gło­sem, żeby nie dać się w nic wplą­tać, w ni­czym nie uczest­ni­czyć. Nie pro­wo­ko­wać, nie krzy­czeć, nie ro­bić ob­raź­li­wych ge­stów, nie rzu­cać ka­mie­nia­mi. Naj­le­piej sie­dzieć w domu. Ten mło­dy, bied­ny Wa­nia w czoł­gu ni­cze­mu nie wi­nien, też się boi, wie o na­szych pol­skich spra­wach tyle, co mu po­wie­dzie­li, może nie zdzier­żyć, a wte­dy doj­dzie do rze­czy nie­od­wra­cal­nych.

Ktoś mruk­nął, może na­wet to by­łem ja, że pani dy­rek­tor­ka coś za bar­dzo stra­chli­wa, nie wy­pa­da się tak Ru­skich bać. Wy­cho­waw­czy­ni do­sły­sza­ła i za­raz po ape­lu, gdy wró­ci­li­śmy do kla­sy, wy­gło­si­ła mowę. O tym, że pani prze­ło­żo­na (uży­wa­ła tej for­my, bo też była przed­wo­jen­na) w cza­sie woj­ny pro­wa­dzi­ła taj­ne na­ucza­nie, po stro­nie aryj­skiej i w get­cie. W ra­zie wpad­ki śmierć na miej­scu, jak­by kto py­tał. W get­cie wy­kła­da­ła przed­mio­ty ści­słe, uczest­ni­czy­ła w eg­za­mi­nach ma­tu­ral­nych w kon­spi­ra­cyj­nym li­ceum. Prze­my­ca­ła ży­dow­skie dzie­ci na aryj­ską stro­nę, ro­bi­ła ty­siąc in­nych rze­czy. Wtych naj­trud­niej­szych la­tach zna­na była z zim­nej krwi i sza­leń­czej od­wa­gi. Te­raz rze­czy­wi­ście się boi, ale nie o sie­bie, tyl­ko o was. Wie, co to woj­na, bo prze­ży­ła trzy. Żad­nej z nich za pie­cem nie prze­sie­dzia­ła.

W la­tach sta­li­now­skich też za­cho­wa­ła twarz. Wspo­mi­nał ją Ja­cek Ku­roń:

„(…) od razu na pierw­szej lek­cji re­li­gii wsta­łem i za­czą­łem po­le­mi­zo­wać z księ­dzem. (…) Za­py­ta­łem, czy mogę wyjść, bo je­stem nie­wie­rzą­cy, on na to, że oczy­wi­ście. Wy­szło ze mną jesz­cze dwóch ko­le­gów, po­szli­śmy grac w siat­ków­kę. Wkrót­ce w na­szej kla­sie zro­bi­ło się pięt­na­stu ate­istów, do­bre dwie dru­ży­ny. (…) Ksiądz po­skar­żył się dy­rek­tor­ce, a była to Zo­fia Ring­ma­no­wa, sta­rusz­ka, jesz­cze ze szko­ły Sem­po­łow­skiej, wy­bit­na dzia­łacz­ka straj­ku szkol­ne­go w 1905-7, wspa­nia­ła baba. Kie­dy na­stęp­ny raz wy­bie­gli­śmy tłu­mem z re­li­gii, po­wie­dzia­ła:

– Pa­no­wie wol­no­my­ślą­cy, żad­nej siat­ków­ki, uczy­my się fi­zy­ki.

I za­czę­ła od­py­ty­wać, sta­wia­jąc każ­de­mu po trzy dwój­ki. (…) gdy­by kto­kol­wiek z nas do­niósł na Ring­ma­no­wą, że ob­ci­na z fi­zy­ki mło­dzież, któ­ra wy­cho­dzi z re­li­gii, to na­tych­miast prze­sta­ła­by być dy­rek­tor­ką. (…) nig­dy, ani przez chwi­lę nie pró­bo­wa­ła przed­sta­wić się jako zwo­len­nicz­ka no­we­go ładu. Sta­wia­ła dwój­ki, ale przy ca­łej swo­jej su­ro­wo­ści była bar­dzo spra­wie­dli­wa. Zło­śli­wa i jed­no­cze­śnie nie­sły­cha­nie życz­li­wa. Była dla nas sta­rą re­ak­cjo­nist­ką, ale wie­dzie­li­śmy, że nie ka­rie­ro­wi­czem. Dy­rek­tor­ką była od za­wsze, ba­li­śmy się jej, ale i lu­bi­li­śmy ją”3.

A więc dzię­ki temu, że Ku­roń i jego ko­le­dzy nie pod­po­rząd­ko­wa­li się ide­olo­gii, któ­rą wte­dy wy­zna­wa­li i pra­gnę­li wpro­wa­dzić w ży­cie, parę lat póź­niej zdą­ży­łem jesz­cze po­cho­dzić do li­ceum pod dy­rek­cją pani Ring­ma­no­wej. Pod­czas Wy­ści­gu Po­ko­ju, gdy na Sta­dio­nie Dzie­się­cio­le­cia ko­larz ra­dziec­ki w chu­li­gań­ski spo­sób ode­brał pew­ne zwy­cię­stwo Po­la­ko­wi, sta­dion gwiz­dał, tak­że pod­czas de­ko­ra­cji i od­gry­wa­nia hym­nu ZSRR. Cała War­sza­wa o tym mó­wi­ła. Pani dy­rek­tor­ka też, na ape­lu.

– Mamy są­sia­dów ta­kich czy in­nych, ale tym bar­dziej po­win­ni­śmy się god­nie za­cho­wy­wać. Nic nas od tego nie zwal­nia, bo prze­cież je­ste­śmy Po­la­ka­mi. Gdy­by na wi­dok tego łaj­dac­twa pu­blicz­ność wsta­ła i w mil­cze­niu skie­ro­wa­ła się do wyj­ścia, mia­ło­by to bez po­rów­na­nia sil­niej­szą wy­mo­wę. A tak, było, jak było: je­den ło­buz na bież­ni i sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy ło­bu­zów na try­bu­nach. Szko­da, prze­pa­dła świet­na oka­zja. Cały świat by o tym mó­wił, do­pie­ro mie­li­by się z pysz­na.

W mo­ich cza­sach li­ce­al­nych, to zna­czy w dru­giej po­ło­wie lat pięć­dzie­sią­tych, jesz­cze pra­co­wa­li przed­wo­jen­ni pro­fe­so­ro­wie. Trud­no de­fi­nio­wal­ne, ale wy­ra­zi­ste zja­wi­sko. Mię­dzy nimi a ge­ne­ra­cją na­stęp­ców zia­ła prze­paść, rów tek­to­nicz­ny. (Jak wszyst­kie uogól­nie­nia, rów­nież i to od­no­si się do zbio­ro­wo­ści, nie jed­no­stek). Róż­ni­ca była za­sad­ni­cza – pe­da­go­dzy sta­rej daty bu­dzi­li re­spekt bez pod­no­sze­nia gło­su, wy­zwisk czy oka­zy­wa­nia uczniom lek­ce­wa­że­nia. Oni byli kul­tu­ral­ni. God­ni sza­cun­ku, jak to się mó­wi­ło. Nie tyl­ko nie­śli oświa­ty ka­ga­niec, ale na­wet, aż trud­no dzi­siaj w to uwie­rzyć, ak­cep­to­wa­li na­sze ist­nie­nie, a nie­kie­dy oka­zy­wa­li nam sym­pa­tię. Cze­go nie dało się po­wie­dzieć o ich młod­szych ko­le­gach. Pa­no­wa­ło wte­dy po­wszech­ne prze­ko­na­nie, że pra­co­wać do szko­ły idą ci, któ­rym gdzie in­dziej się nie po­wio­dło. Sami o tym mó­wi­li. Uczniom. Tak jest, pa­mię­tam. Ubo­le­wa­li, że są mar­nie opła­ca­ni i dla­te­go my, ucznio­wie, ich nie sza­nu­je­my. Istot­nie, sza­no­wa­li­śmy ich nie­szcze­gól­nie, lecz może nie z tego po­wo­du. A w ogó­le by­li­śmy obrzy­dli­wi. Taki na przy­kład Kroh: tę­pak, głąb, osioł, leń, tu­man i jak pani T., po­lo­nist­ka, na nie­go pa­trzy, to zbie­ra jej się na wy­mio­ty. Rzecz dzia­ła się w sza­cow­nych mu­rach re­no­mo­wa­ne­go war­szaw­skie­go li­ceum, czwar­te­go i ostat­nie­go w mo­jej ka­rie­rze. Pani pro­fe­sor­ko, z wza­jem­no­ścią. Od mo­jej ma­tu­ry mi­nę­ło pra­wie pięć­dzie­siąt lat, prze­ży­łem nie­jed­no, ale ta­kie­go trak­to­wa­nia, jak w li­ceum, póź­niej nie za­zna­łem. Trud­no się od tego uwol­nić.

W na­szej ów­cze­snej mo­wie sło­wo „przed­wo­jen­ny” ozna­cza­ło „so­lid­ny, w do­brym ga­tun­ku, go­dzien za­ufa­nia”. Przed­wo­jen­ny gar­ni­tur, przed­wo­jen­ny szewc. „Da­dzą mi na­ga­nę za nie­obec­ność na ze­bra­niu czy nie da­dzą, mi to wisi jak kilo kitu u su­fi­tu na przed­wo­jen­nej agraf­ce” – za­no­to­wa­ła mama spon­ta­nicz­ną wy­po­wiedź ko­le­żan­ki w biu­rze, lata 50. „Ma­sło przed­wo­jen­ne” (skle­pik w Ło­dzi na Piotr­kow­skiej, lata 40. Oso­ba, któ­ra to za­pi­sa­ła, była zdu­mio­na, że tylu lu­dzi na wi­dok tej wy­wiesz­ki uśmie­cha się ze zro­zu­mie­niem). „Od kie­dy tyl­ko za­czą­łem swe świa­do­me ży­cie, zda­rzy­ło się tu i ów­dzie sły­szeć okre­śle­nie «przed­wo­jen­ny pan». Ma­wia­no tak z po­dzi­wem o lu­dziach, któ­rzy wy­ro­śli z mię­dzy­wo­jen­nej Pol­ski i po­tra­fi­li w ży­ciu za­cho­wać for­my i za­sa­dy, któ­re im wte­dy za­szcze­pio­no.

«Przed­wo­jen­ny pan» to był w każ­dym calu dżen­tel­men, nie­prze­kra­cza­ją­cy pew­nych gra­nic w trud­nych sy­tu­acjach, trzy­ma­ją­cy w ry­zach sło­wa i emo­cje”. („Ku­li­sy” 11993). „On je­den może to wie­dzieć, ma prze­cież przed­wo­jen­ną ma­tu­rę!” (za­sły­sza­ne, Wro­cław 1968). „Ja­koś się trzy­mam, prze­cież cho­dzę na so­lid­nych, przed­wo­jen­nych czę­ściach” (wy­zna­nie sta­rusz­ka, za­sły­sza­ne, Łódź 1972). „Od­szedł rze­mieśl­nik sta­rej daty, skro­jo­ny z do­bre­go, przed­wo­jen­ne­go ma­te­ria­łu. Życz­li­wy dla klien­tów, nie­dzi­siej­szy, bo sie­dzą­cy w warsz­ta­cie dłu­go po ofi­cjal­nych go­dzi­nach otwar­cia, do­trzy­mu­ją­cy sło­wa i ter­mi­nów”. („Dzien­nik Pol­ski” IX 1997)4.

Gdy po­ło­ży­li mnie w szpi­ta­lu, pan z są­sied­nie­go łóż­ka, star­szy czło­wiek, był wła­śnie po skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji. Or­dy­na­tor pod­czas co­dzien­ne­go ob­cho­du oglą­dał go i po­wta­rzał:

– Zra­sta się, świet­nie się zra­sta! Żad­nych po­wi­kłań! Zuch z pana! Przed­wo­jen­na, so­lid­na ro­bo­ta, od razu wi­dać!

Nie­któ­rzy star­si wy­zna­wa­li po­gląd, że do­świad­cze­nia wo­jen­ne wy­nio­sły ich na szczy­ty eks­pe­rien­cji. Są tacy mą­drzy i do­świad­cze­ni ży­cio­wo, że już bar­dziej się nie da. Wie­le razy sły­sza­łem: ech, ci mło­dzi, ni­cze­go nie za­zna­li, cóż oni ro­zu­mie­ją, co tam oni wie­dzą. Po czym wes­tchnie­nie i cha­rak­te­ry­stycz­ny ruch ręką. Pró­bo­wa­łem opo­no­wać, że sko­ro uro­dzi­łem się w roku czter­dzie­stym dru­gim i żyję, to i ja prze­ży­łem woj­nę. A co ty prze­ży­łeś, dzie­ciu­chu, co ty pa­mię­tasz. Da­łem więc spo­kój i przy­ją­łem po­rząd­ku­ją­ce za­ło­że­nie, że każ­dy do­ro­sły to wa­riat, tyl­ko na­si­le­nie i ob­ja­wy fik­sum-dyr­dum by­wa­ją roz­ma­ite.

A było co po­dzi­wiać. Druh harc­mistrz M. sta­le miał przy so­bie dwa chle­ba­ki. W jed­nym ap­tecz­kę, w dru­gim że­la­zną ra­cję żyw­no­ścio­wą. Prze­chwa­lał się, że dwa razy dał się za­sko­czyć, ale trze­ci raz już go nie po­dej­dą. Pani pro­fe­sor dok­tor K. za żad­ne skar­by nie zo­sta­wi­ła płasz­cza w szat­ni, na­wet w re­stau­ra­cji czy w te­atrze; re­ago­wa­ła zło­ścią, gdy ktoś zwra­cał jej uwa­gę. Bo prze­cież gdy­by przy­szło co do cze­go, mo­gła­by go stra­cić; płaszcz z przed­wo­jen­nej biel­skiej weł­ny, dziś nie do zdo­by­cia. Inna pani K., on­giś kró­lo­wa ele­gan­cji, muza po­etów, by­wal­czy­ni Zie­miań­skiej i Ad­rii, pa­ra­do­wa­ła po War­sza­wie w nie­praw­do­po­dob­nych ła­chach. Tłu­ma­czy­ła, w cza­sie woj­ny ubra­nie szyb­ciej się nisz­czy, więc roz­są­dek pod­po­wia­da, by spra­wun­ki odło­żyć na spo­koj­niej­sze cza­sy Mruk­ną­łem, że prze­cież… i na­tych­miast tego po­ża­ło­wa­łem. Pan Ch. rów­nież był cięż­ko cho­ry na wo­jen­ną ab­ne­ga­cję. Brał pra­ce zle­co­ne, ślę­czał nad nimi po no­cach, ty­rał jak wół, od­da­wał w ter­mi­nie, ale już nie star­cza­ło mu ener­gii, by je­chać na dru­gi ko­niec War­sza­wy po wy­pła­tę (nie było wte­dy pry­wat­nych kont ban­ko­wych ani prze­le­wa­nia ho­no­ra­riów). Bo pro­szę pań­stwa cza­sy są ta­kie, że nie ma co za­przą­tać so­bie gło­wy pie­niędz­mi, prze­cież i tak w jed­nej chwi­li wszyst­ko dia­bli we­zmą. Wo­lał się za­dłu­żać i nie zwra­cać, to we­dług nie­go było bliż­sze pra­wom na­tu­ry Wkrót­ce prze­sta­no mu po­ży­czać, co przej­mo­wa­ło go bo­le­snym zdzi­wie­niem. Osten­ta­cyj­nie ma­ru­dził, że zno­wu nie ma in­ne­go wyj­ścia, jak fa­ty­go­wać się do kasy po pie­nią­dze, ja­każ to stra­ta cza­su. Pani W. miesz­ka­ła po woj­nie w ma­łym par­te­ro­wym dom­ku; czę­sto wsta­wa­ła w nocy i po ciem­ku, za­cho­wu­jąc się jak naj­ci­szej, tkwi­ła za fi­ran­ką, bo wciąż jej się wy­da­wa­ło, że ktoś cho­dzi pod okna­mi. Jej kil­ku­let­nia wnucz­ka też swo­je prze­szła, spa­ła czuj­nym płyt­kim snem dzi­kie­go zwie­rząt­ka – i kie­dy bab­cia sta­wa­ła przy oknie, nie­ru­cho­mo le­ża­ła w ciem­no­ściach z otwar­ty­mi ocza­mi, prze­ra­żo­na, że to po nią ktoś idzie. Pani M. pod ko­niec ży­cia jesz­cze raz mu­sia­ła się prze­pro­wa­dzać. Jej cór­ka, opróż­nia­jąc piw­ni­cę, tra­fi­ła na sta­re drew­nia­ne sa­necz­ki. Chcia­ła je po­da­ro­wać dzie­ciom z są­siedz­twa. – Nie, zo­staw! – Dla­cze­go? – Jak to dla­cze­go? Ana co wsa­dzi­my rze­czy, gdy nas będą wy­sie­dlać i wrza­sną: собирайтесь с вещами!5. Pan G., jo­wial­ny star­szy pan, miał za­do­wo­lo­ną minę i za­wsze ja­kiś żart na po­do­rę­dziu, do­pó­ki nie usły­szał w pu­blicz­nym miej­scu ję­zy­ka nie­miec­kie­go. Wte­dy za­czy­nał tu­pać, wy­ma­chi­wać la­ską i wrzesz­czeć, a znał spo­ro nie­miec­kich prze­kleństw. Plot­ko­wa­no o nim, że omi­ja Świę­to­krzy­ską, żeby nie pa­trzeć na wi­try­nę Ośrod­ka Kul­tu­ry i In­for­ma­cji Nie­miec­kiej Re­pu­bli­ki De­mo­kra­tycz­nej. Pan S., człek sym­pa­tycz­ny, in­te­li­gent­ny, dys­tyn­go­wa­ny, kie­row­nik dzia­łu w du­żej in­sty­tu­cji, prze­szedł przez Oświę­cim. Osza­co­wał, nie wiem, jak do tego do­szedł, koszt utrzy­ma­nia sta­ty­stycz­ne­go ka­ce­tow­ca, prze­li­czył to na zło­te pol­skie koń­ca lat pięć­dzie­sią­tych, po­mno­żył przez pięć i wy­nik uznał za współ­czyn­nik ab­so­lut­ne­go kom­for­tu. Wy­po­mi­nał pod­wład­nym, że nie dość, że się pła­wią w do­stat­ku, to jesz­cze za­chcie­wa im się ja­kichś pod­wy­żek, to prze­cież nie­mo­ral­ne. Gdy od­cho­dził na eme­ry­tu­rę, ura­do­wa­ny per­so­nel zło­żył się na po­że­gnal­ną wy­staw­ną bib­kę. Pani G. po woj­nie uło­ży­ła so­bie ży­cie, ale prze­szłość nie da­wa­ła się wy­ma­zać; gdy jej syn do­ra­stał i za­czął oglą­dać się za dziew­czy­na­mi, wy­gło­si­ła mu po­ga­dan­kę uświa­da­mia­ją­cą, że ko­bie­ta czę­sto pod­kre­śla uro­dę fry­zu­rą albo stro­jem. Dla­te­go wy­bran­kę ser­ca trze­ba wy­obra­zić so­bie w pa­sia­ku, z ogo­lo­ną gło­wą; do­pie­ro wte­dy moż­na oce­nić, czy jest ład­na, bo nie­któ­rym taki obo­zo­wy wy­gląd do­da­wał uro­dy, inne szpe­cił. Pan J., w mia­rę jak za­pa­dał w sta­rość, co­raz czę­ściej opo­wia­dał o swo­jej od­wa­dze; gry­wał Cho­pi­na w pry­wat­nych miesz­ka­niach, co gro­zi­ło naj­su­row­szy­mi kon­se­kwen­cja­mi. Tak się zło­ży­ło, że zwie­rzał się z tego pani, któ­ra słu­ży­ła w wy­wia­dzie AK i spo­ro prze­szła; ona tak­że się sta­rza­ła, wspo­mnie­nia nie­ustra­szo­ne­go pia­ni­sty były dla niej co­raz trud­niej­sze do znie­sie­nia. Nie­po­trzeb­nie się iry­to­wa­ła; mo­gła prze­cież wziąć pod uwa­gę, że pan J. wir­tu­ozem był nie­szcze­gól­nym; owe kon­cer­ty po­zo­sta­ły naj­szczę­śliw­szy­mi chwi­la­mi jego ży­cia, w nor­mal­nych cza­sach nie ze­brał­by tylu wzru­szo­nych słu­cha­czy.

Pani A. wa­ka­cje pięć­dzie­sią­te­go pią­te­go roku spę­dza­ła w Bu­ko­wi­nie, spa­ce­ro­wa­li­śmy, ba­wi­ła ją moja gó­ral­ska gwa­ra, po­da­ro­wa­ła mi książ­kę Bia­ła foka. Co wie­czór przy ko­la­cji na we­ran­dzie opo­wia­da­ła ba­bu­ni o Ra­vens­brück, ale o sa­mym obo­zie nie­wie­le; prze­waż­nie mó­wi­ła, jak po woj­nie Szwedz­ki Czer­wo­ny Krzyż za­pro­sił byłe więź­niar­ki na re­kon­wa­le­scen­cję. Trud­no jej było znieść ten na­tych­mia­sto­wy prze­skok z hi­tle­row­skiej ka­tor­gi w sen­ne szwedz­kie mia­stecz­ko, mię­dzy go­spo­dy­nie do­mo­we, peł­ne naj­lep­szej woli, tro­skli­we, ser­decz­ne, wy­ro­zu­mia­łe. Po ja­kimś cza­sie de­li­kat­nie po­pro­si­ły, żeby im wy­gło­sie se­rię po­ga­da­nek o wa­run­kach ży­cia w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Słu­cha­ły, ki­wa­ły gło­wa­mi, bar­dzo chcia­ły zro­zu­mieć, mia­ły co­raz smut­niej­sze oczy, aż w koń­cu któ­raś za­py­ta­ła o za­war­tość obo­zo­wej bi­blio­te­ki i czy przy łóż­kach były noc­ne lamp­ki. Opo­wieść o bi­blio­te­ce i noc­nych lamp­kach sły­sza­łem kil­ka razy. Pani A. po po­wro­cie do Pol­ski skoń­czy­ła stu­dia, pod­ję­ła pra­cę, wy­szła za mąż, uro­dzi­ła dwo­je dzie­ci. Ale o tym nie mó­wi­ła. Tyl­ko o tych za­słu­cha­nych ko­bie­tach. Za każ­dym ra­zem koń­czy­ła kon­klu­zją, że bez­den­na głu­po­ta owych Szwe­dek była cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­ła. One były nor­mal­ne, my nie. Bo prze­cież tam­tych prze­żyć nie da się ogar­nąć zwy­czaj­nym ro­zu­mem.

Pani D., z po­cho­dze­nia wil­niucz­ce, na wro­cław­skiej uli­cy na­gle za­stą­pił dro­gę męż­czy­zna w so­wiec­kim mun­du­rze i o coś za­py­tał po ro­syj­sku. Nie wie­dzia­ła, jak i kie­dy zna­la­zła się w bra­mie. Tkwi­ła tam do zmro­ku, bo mia­ła peł­no w majt­kach i krę­po­wa­ła się wyjść.

Zo­sia, uro­dzo­na w czter­dzie­stym szó­stym, pi­sze, że jako kil­ku­let­nie dziec­ko była prze­ko­na­na, że nig­dy w ży­ciu nie bę­dzie mieć przy­ja­ciół, no bo kto bę­dzie chciał się z nią za­przy­jaź­nić – prze­cież uro­dzi­ła się po woj­nie, więc jest gor­sza. „Oczy­wi­ście dość szyb­ko wy­ro­słam z tego i nie zo­sta­wi­ło to u mnie żad­nych ura­zów, a te­raz się tyl­ko uśmie­cham, gdy so­bie o tym po­my­ślę”.

Raz po raz ktoś ze star­szych opo­wia­dał, że w od­po­wied­nim mo­men­cie coś go tknę­ło i tyl­ko dzię­ki temu żyje. Po­tem na ogół ktoś inny do­da­wał, że jego też tknę­ło i rów­nież żyje wy­łącz­nie z tego nie­po­ję­te­go po­wo­du. „Sze­dłem No­wym Świa­tem, coś mnie tknę­ło, skrę­ci­łem w Wa­rec­ką, a wie­czo­rem do­wie­dzia­łem się, że gdy­bym tego nie uczy­nił, wla­zł­bym pro­sto na ła­pan­kę w Ale­jach”. Albo: „By­łam łącz­nicz­ką, no­si­łam bi­bu­łę, broń, już mi to na­wet tro­chę spo­wsze­dnia­ło, nie za­sta­na­wia­łam się, że mogą mnie zwi­nąć, ale tam­te­go dnia coś mnie tknę­ło, wy­szłam na mia­sto czy­sta jak łza, no i ze trzy razy żan­dar­mi za­glą­da­li mi do tor­by”. Na­stę­po­wa­ła po­in­ta ad­re­so­wa­na do mło­dych: pa­mię­taj­cie dzie­ci, że je­śli coś was tknie, na­le­ży po­słu­chać prze­czu­cia, nie igno­ro­wać, nie wzru­szać ra­mio­na­mi.

Lu­dzie, któ­rych coś tknę­ło i chęt­nie o tym opo­wia­da­li, byli zja­wi­skiem na tyle czę­stym, że my, war­szaw­skie dzie­ci pierw­szych lat po­wo­jen­nych, prze­ję­li­śmy ten wy­raz, na­da­jąc mu nowy sens. – Tknę­ło cię? – zna­czy­ło w na­szej mo­wie to, co dzi­siaj: od­bi­ło ci? Przez wie­le lat by­łem prze­ko­na­ny, że wszyst­kie owe tknię­cia to za­bo­bon, nic nig­dy ni­ko­go nie tknę­ło, a je­śli w od­po­wied­niej chwi­li skrę­ci­my w Wa­rec­ką albo na przy­kład nie wsią­dzie­my do auta i dzię­ki temu unik­nie­my ka­ta­stro­fy, jest to czy­sty przy­pa­dek; rów­nie do­brze mo­gli­śmy dać się zła­pać, w ogól­nym roz­ra­chun­ku wy­cho­dzi na jed­no, prze­cież za­wsze tak jest, że ktoś skrę­ca w Wa­rec­ką, a ktoś inny za­su­wa pro­sto ku swe­mu prze­zna­cze­niu. Otóż razu pew­ne­go mnie tak­że tknę­ło. Na­gle, na po­le­ce­nie Anio­ła Stró­ża, zmar­łych przod­ków albo nie wiem czy­je, jak­by mi ktoś na­ci­snął pstry­czek w mó­zgu, po­stą­pi­łem nie­ra­cjo­nal­nie, bez sen­su, co nie­ba­wem oka­za­ło się wyj­ściem naj­lep­szym z moż­li­wych. Gdy­by mnie było nie tknę­ło, wpadł­bym w pa­skud­ną sy­tu­ację. Nie wiem, czy i jak uda­ło­by mi się z niej wy­plą­tać. Strach wspo­mi­nać.

Tknę­ło cię? Za­pew­ne już w sta­ro­żyt­nej Gre­cji mło­dzież mia­ła swój ję­zyk śro­do­wi­sko­wy, iry­tu­ją­cy do­ro­słych, zwia­stu­ją­cy nie­chyb­ny upa­dek kul­tu­ry. U nas na Bie­la­nach w la­tach pięć­dzie­sią­tych mod­ne było po­zdro­wie­nie: czo­łem, sta­ry tru­pie. Zna­czy­ło: wi­taj przy­ja­cie­lu, miło mi cię wi­dzieć. Nie wiem, czy modę na sta­re­go tru­pa moż­na za­li­czyć do wo­jen­nych re­mi­ni­scen­cji. Chy­ba tak. Żyła dłu­żej niż inne, po­nie­waż bar­dziej dzia­ła­ła do­ro­słym na ner­wy. Wie­lo­krot­nie mi wy­ty­ka­no, że nie wiem, co mó­wię, sko­ro praw­dzi­we­go tru­pa na oczy nie wi­dzia­łem. Dziw­na pre­ten­sja. Wi­dzia­łem, nie wi­dzia­łem, co z tego? Na­zy­wa­nie lu­dzi fa­ce­ta­mi ucho­dzi­ło, rów­na bab­ka mo­gła być, for­się­ga za­miast pie­nię­dzy była do przy­ję­cia, na­to­miast sta­re tru­py wy­wo­ły­wa­ły ner­wo­we re­ak­cje. Bab­ciu, zo­sta­wiam na wierz­chu ze­szyt od geo­gra­fii, za go­dzi­nę przyj­dzie trup, obie­ca­łem mu po­ży­czyć. Po­wie­dziaw­szy to, na­le­ża­ło na­tych­miast rzu­cić się do drzwi, aby nie sły­szeć, co bab­cia ma w tej spra­wie do po­wie­dze­nia. Otóż gwa­ra mło­dzie­żo­wa od­gry­wa znacz­ną rolę w utrzy­ma­niu cią­gło­ści kul­tu­ry. Tam, gdzie Po­la­cy są w mniej­szo­ści, na przy­kład w Lon­dy­nie czy we Lwo­wie, głów­ną przy­czy­ną wy­na­ro­do­wie­nia jest brak miej­sco­wej pol­skiej gwa­ry mło­dzie­żo­wej. Dzie­ci prze­cho­dzą na ro­syj­ski, na an­giel­ski, bo ję­zyk Sien­kie­wi­cza czy Orzesz­ko­wej nie od­da­je ich świa­ta.

Woj­na mie­sza­ła lu­dziom w gło­wach na ty­sią­ce spo­so­bów. Pani ge­ne­ra­ło­wa An­der­so­wa wspo­mi­na­ła z uśmie­chem, że jesz­cze dłu­go po woj­nie mąż nie zga­dzał się na kup­no po­rząd­nych me­bli do ich lon­dyń­skie­go miesz­ka­nia, po co, prze­cież nie­ba­wem bę­dzie­my znów się prze­pro­wa­dzać, tym ra­zem na do­bre, do War­sza­wy… Nie do­wie­my się nig­dy, ile w tym było kal­ku­la­cji po­li­tycz­nej, a ile bez­wied­ne­go prze­dłu­ża­nia naj­in­ten­syw­niej­szych lat w ży­ciu ge­ne­ra­ła, gdy oby­wał się pra­wie bez me­bli. Pan pro­fe­sor S. po­wie­dział kie­dyś mi­mo­cho­dem na wy­kła­dzie, wpra­wia­jąc mnie w zdu­mie­nie, że oku­pa­cję w War­sza­wie wspo­mi­na z roz­rzew­nie­niem, to naj­lep­sze lata jego ży­cia. – Nie w tym rzecz, że by­łem wte­dy mło­dy, choć oczy­wi­ście i to nie jest bez zna­cze­nia. Ale mam na my­śli co in­ne­go. At­mos­fe­rę. Tram­waj, uli­ca, sklep – czu­ło się so­li­dar­ność, życz­li­wość. Było ja­sne, kto nasz, a kto wróg, któ­rę­dy bie­gnie li­nia po­dzia­łu. Zwy­cię­ży­my, choć nie wia­do­mo kie­dy, ale to w koń­cu nie ta­kie waż­ne. Czło­wiek cie­szył się i był dum­ny, że Pan Bóg stwo­rzył go Po­la­kiem. Nie ma­cie pań­stwo po­ję­cia – nie­zna­jo­mi na uli­cy uśmie­cha­li się do sie­bie.

Po­wstań­ców war­szaw­skich, któ­rych dane mi było po­znać, dzie­li­łem na dwie ka­te­go­rie: tych, któ­rzy po woj­nie żyli zwy­czaj­nie, oraz tych, któ­rzy rów­nież żyli zwy­czaj­nie, ale czas im się za­trzy­mał, nic oprócz po­wsta­nia się dla nich na­praw­dę nie li­czy­ło. Mó­wio­no, że raz na za­wsze sta­nął im ze­ga­rek. W cią­gu owych sześć­dzie­się­ciu trzech dni zu­ży­li cały za­pas ży­cio­wej ener­gii, nie zo­sta­ło nic na póź­niej, no i tak pa­dło, że po­wsta­nie to była ich je­dy­na war­tość, po­tem już je­cha­li na ja­ło­wym bie­gu. Na ogół bliż­sze i dal­sze oto­cze­nie mia­ło ich ser­decz­nie do­syć. W knaj­pie Flis na Ho­żej, gdzie ser­wo­wa­no tyl­ko jed­ną po­tra­wę, fla­ki, było za­wsze peł­no, głów­nie męż­czyzn. Przed bu­fe­tem dłu­ga ko­lej­ka, ja­dło się na sto­ją­co, trud­no było o miej­sce. Cia­sno. I chy­ba z po­wo­du owej cia­sno­ty i prze­wa­gi męż­czyzn krę­cił się tam dziw­ny osob­nik, ciut szma­tła­wy, strasz­nie na­mol­ny. Niby przy­cho­dził na fla­ki, ale ra­czej po to, by mieć słu­cha­czy swo­ich po­wstań­czych wspo­mnień. My­śla­łem, że fan­ta­zju­je. Kie­dyś tro­chę na od­czep­ne­go spy­ta­łem go o pseu­do­nim i przy­na­leż­ność. Spraw­dzi­łem i do­wie­dzia­łem się, że to bo­ha­ter, le­gen­da Sta­rów­ki, a wszyst­ko, co mó­wił, było praw­dą.

– Ser­wus – uśmie­cha się Ta­dek – jak się masz? – Mar­nie – od­po­wia­dam – nie mam for­sy, głód mi gro­zi. Tad­ko­wi twarz się zmie­nia. – Ty dur­ny, nie ga­daj, jak nie ro­zu­misz, co ga­dasz. Głód­mu gro­zi! Ty wiesz, co to głód? Idę we Lwo­wie uli­cą, za So­wie­tów to było, mia­łem wte­dy z pięt­na­ście, może szes­na­ście lat, i gość mnie za­cze­pia, że­bym po­mógł me­ble stasz­czyć z po­miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze. Ta do­brze. Fest dy­go­wa­łem ze dwie go­dzi­ny. Za­fa­so­wa­łem za to pół­li­tro­wą flasz­kę ole­ju, ta­kie­go do sma­że­nia. Za­su­wam dum­ny jak jaki ry­cerz spod Grun­wal­du, cie­szę się, że dam ma­mie, zo­ba­czy, jaki ze mnie męż­czy­zna, gło­wa ro­dzi­ny, alem nie zdzier­żył, od­kor­ko­wa­łem flasz­kę, przy­tkną­łem do ust. Tyl­ko kap­kę, tyl­ko ły­czek. Joj, ja­kie do­bre. Pa­trzę, a ona próż­na. Wstyd mi się strasz­nie zro­bi­ło, ma­mie się nie przy­zna­łem, ten olej prze­śla­do­wał mnie wie­le lat. Głód. Ty fra­je­rze. Głód to bę­dzie wte­dy, gdy idąc do domu z bo­chen­kiem chle­ba, bę­dziesz go cho­wał, żeby ktoś na uli­cy nie zo­ba­czył i cię nie stuk­nął, żeby go chap­nąć, pa­ca­nie je­den.

Do bab­ci przy­szła na po­ga­dusz­ki są­siad­ka, pani C., bez­et­ka. Roz­ma­wia­ły po fran­cu­sku i nie­miec­ku, żeby An­toś nie zro­zu­miał i gdzieś cze­goś nie wy­pa­plał, cho­ciaż ta­kie sło­wa, jak Sta­lin, Bie­rut, Ro­kos­sow­ski, So­wie­ci, ko­mu­ni­ści brzmia­ły dla dziec­ka zro­zu­mia­le, a resz­tę moż­na było so­bie bez tru­du do­śpie­wać. Ale gdy pani C. za­czę­ła wspo­mi­nać wrze­sień trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go, od­ru­cho­wo prze­szła na pol­ski. Wi­docz­nie uzna­ła, że tego w in­nym ję­zy­ku opo­wie­dzieć się nie da. Miesz­ka­ła w War­sza­wie, nie­da­le­ko żeń­skie­go klasz­to­ru, gdzie na­tu­ral­ną rze­czy ko­le­ją zor­ga­ni­zo­wa­no szpi­tal po­lo­wy. Pani C. po­szła do prze­ory­szy za­ofia­ro­wać po­moc – była do­świad­czo­ną sa­ni­ta­riusz­ką jesz­cze z dwu­dzie­ste­go roku. – Do­sko­na­le – ucie­szy­ła się ksie­ni – a w któ­rej sali chce pani pra­co­wać, ofi­cer­skiej czy żoł­nier­skiej? – Tam, gdzie będę po­trzeb­na, gdzie mat­ka prze­ło­żo­na roz­ka­że – od­po­wie­dzia­ła pani C. z lek­kim zdzi­wie­niem. – Do­praw­dy? – zdu­mia­ła się mnisz­ka – to świet­nie. Pro­szę wy­ba­czyć to py­ta­nie. Ele­ganc­kie damy, któ­rych tu peł­no, chcą się trosz­czyć tyl­ko o ofi­ce­rów. Sku­tek taki, że ofi­ce­ro­wie mają po kil­ka opie­ku­nek, a żoł­nie­rzom nie ma kto zmie­niać opa­trun­ków.

Bab­cia opo­wie­dzia­ła tę hi­sto­rię ma­mie, mama panu K. Roz­pro­mie­nił się. – Wiesz, we wrze­śniu by­łem ran­ny w nogę, le­ża­łem w Cheł­mie, to była sala szkol­na. Przy­szła pa­nien­ka ze dwo­ru, spy­ta­ła, któ­ry z pa­nów jest naj­wyż­szy ran­gą, wrę­czy­ła mu ele­ganc­ki pa­ku­ne­czek, w środ­ku rur­ki z kre­mem. Za­py­tał, czy ma ta­kie rur­ki dla wszyst­kich. – No, nie, tyl­ko dla pana cho­rą­że­go. – Ci­snął po­da­run­kiem, krem spły­wał po ścia­nie, ran­ni żoł­nie­rze wy­buch­nę­li śmie­chem, pa­nien­ka zro­bi­ła ob­ra­żo­ną minę i po­szła. Mama i pan K. za­sta­na­wia­li się, czy to przy­pad­kiem nie była cio­cia Ja­dzia. Uzgod­ni­li, że trud­no po­wie­dzieć.

Dru­gą woj­nę świa­to­wą oglą­da­łem jak cie­nie w pie­cza­rze, cu­dze wspo­mnie­nia, re­mi­ni­scen­cje, po­wi­do­ki. Ale bar­dzo in­ten­syw­nie. Pierw­szą woj­nę i woj­nę dwu­dzie­ste­go roku cie­plej, mi­lej, bo w opo­wia­da­niach i pio­sen­kach. Peł­ni­ły rolę ko­ły­sa­nek, do­bra­no­cek, po­ja­wia­ły się na prze­mian z Kacz­ką Dzi­wacz­ką i Sło­niem Trą­bal­skim. Baj­kę o Ja­siu i Mał­go­si za­trzy­ma­ła do­mo­wa cen­zu­ra, sko­ro cza­row­ni­ca za­mie­rza­ła dzie­ci upiec i zjeść. Wier­szyk Dziad i baba o tym, że śmierć we­szła ko­mi­nem do chat­ki, w któ­rej za­ba­ry­ka­do­wa­ła się para sta­rusz­ków, rów­nież był nie­od­po­wied­ni, zwłasz­cza ze wzglę­du na eks­pre­syj­ne ilu­stra­cje. Pie­śni le­gio­no­we nada­wa­ły się jak ulał.

A je­że­li zgi­nę od sza­bli,

nie za­bio­rą du­szy mej dia­bli.

Nie za­bio­rą du­szy do pie­kła,

bo by im po dro­dze ucie­kła.

Od­ili­di­li­di, od­ili­di­ra­di,

nie taka to strasz­na jest ze śmier­cią gra.

Od­ili­di­li­di, od­ili­di­ra­di,

nie taka to strasz­na ze śmier­cią gra.

A je­że­li zgi­nę w po­łu­dnie,

za­gra mi mu­zy­ka prze­cud­nie.

Za­gra mi mu­zy­ka tak mile,

że sta­nę po­słu­chać na chwi­lę.

Od­ili­di­li­di, od­ili­di­ra­di…

A je­że­li zgi­nę od kuli,

nie mów­cie nic tyl­ko ma­tu­li.

Po­wiedz­cie jej pro­szę, że żyję,

i kawę co­dzien­nie se piję.

Od­ili­di­li­di, od­ili­di­ra­di…

La­tem trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go Pol­skie Ra­dio nada­wa­ło to co kil­ka go­dzin, żeby lu­dziom do­dać otu­chy, oswo­ić zbli­ża­ją­cą się woj­nę. Ro­dzi­ce wła­śnie ku­pi­li od­bior­nik. Mi­nę­ło parę mie­się­cy; ra­dio trze­ba było owi­nąć ko­cem i o sza­rej go­dzi­nie wy­nieść w pole roz­cią­gnię­te mię­dzy Sa­dy­bą a Wi­la­no­wem, za­tłuc młot­kiem i przy­sy­pać pia­skiem. Zde­cy­do­wa­li, że nie będą na­ra­żać ży­cia swo­je­go i ma­łej Anu­si, a od­nie­sie­nie cen­ne­go od­bior­ni­ka Niem­com nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę.

Bio­rąc w rękę daw­ny żoł­nier­ski śpiew­nik, uśmie­cham się co chwi­lę: sami sta­rzy zna­jo­mi, wią­zan­ka ko­ły­sa­nek mo­je­go dzie­ciń­stwa.

Ksiądz mi za­ka­zo­wał, że­bym nie ca­ło­wał w roz­dzia­łek, a ja so­bie mu­szę ura­do­wać du­szę w po­nie­dzia­łek.

Ak­to­rek we wto­rek, pod bro­dę we śro­dę, czwar­tek nie pa­mię­tam, dziew­czą­tek choć w pią­tek, Do­ro­tę w so­bo­tę, w ko­ście­le w nie­dzie­lę, w Po­pie­lec bom strze­lec. Je­dzie, je­dzie na Kasz­tan­ce siwy strzel­ca strój. Uła­ni, uła­ni, ma­lo­wa­ne dzie­ci. Sie­dział so­bie świę­ty Pie­ter, o rety.

Hej pa­nien­ki po­słu­chaj­cie, raz dwa trzy,

i ga­zet­ki po­czy­taj­cie, raz dwa trzy.

Są tam we­so­łe no­win­ki, we­so­łe no­win­ki,

bę­dzie po­bór na dziew­czyn­ki, raz dwa trzy.

Z naj­pięk­niej­szych war­sza­wia­nek, raz dwa trzy,

utwo­rzy­my pułk uła­nek, raz dwa trzy,

a któ­ra nie ma ocho­ty, nie ma ocho­ty,

to ją damy do pie­cho­ty, raz dwa trzy.

Sta­re, brzyd­kie i gar­ba­te, raz dwa trzy,

po­sa­dzi­my na ar­ma­tę, raz dwa trzy,

kraw­co­we będą w re­zer­wie, będą w re­zer­wie,

gdy się ko­muś gu­zik ze­rwie, raz dwa trzy.

Wy­ga­da­na po­rucz­ni­kiem, raz dwa trzy,

wy­kształ­co­na puł­kow­ni­kiem, raz dwa trzy,

gdy bę­dzie chłop­ców ko­cha­ła, chłop­ców ko­cha­ła,

doj­dzie stop­nia ge­ne­ra­ła, raz dwa trzy.

Gdy się o tym ksiądz do­wie­dział, raz dwa trzy,

na ple­ba­nii nie wy­sie­dział, raz dwa trzy.

My­ślał w nocy i nad ra­nem, w nocy i nad ra­nem,

jak­by zo­stać ka­pe­la­nem w woj­sku tym.

Tę pio­sen­kę lu­bi­łem szcze­gól­nie, śpie­wa­łem z uczu­ciem i wy­ra­zi­stą, dzie­cię­cą mi­mi­ką, do­ro­śli kla­ska­li, bab­cia się gor­szy­ła, było wspa­nia­le.

Kie­dyś dzia­dek nu­cił so­bie przy go­le­niu, a wi­dząc, że krę­cę się po kuch­ni, za­sto­so­wał, pew­nie z nie­chę­cią, au­to­cen­zu­rę:

Pan po­rucz­nik nic nie wi­nien, hm, hm, hm, hm, bo po­wi­nien.

Ale pan­na, pan­na win­na, hm, hm, hm, hm, nie po­win­na.

Za­cho­dzi­łem w gło­wę, co po­wi­nien pan po­rucz­nik, a cze­go pan­na nie po­win­na, lecz nie uda­ło mi się nic wy­de­du­ko­wać.

Gdy ko­gut piał swe ku­ku­ry­ku, pies szcze­kał mu na vis-à-vis,

wte­dy na­gle w bo­jo­wym swym szy­ku pułk uła­nów za­wi­tał do wsi.

A mat­ka mó­wi­ła do cór­ki, o nie ciesz się có­ruś, o nie,

pój­dzie­my dziś spać do ko­mór­ki, bo uła­ni to be­stie są złe

(na me­lo­dię car­skie­go mar­sza je­grów fiń­skich, zresz­tą).

Mia­ła mat­ka trzech sy­nów, dwóch mą­drych sie­dzi w domu,

a trze­ci, że był głu­pi, po­szedł do le­gio­nów.

(Szyb­ko się zra­ził pa­nu­ją­cą tam głu­po­tą, więc zre­zy­gno­wał).

I wra­ca syn do mat­ki, idzie se po­przez pole,

na pier­si mu się błysz­czą trzy zło­te men­do­le6.

A je­den men­dol za to, że Mo­ska­li omi­jał,

a dru­gi men­dol za to, że wszy tęgo bi­jał.

A trze­ci, naj­waż­niej­szy, na wstąż­ce za­wie­szo­ny,

ku­pił se go w Kra­ko­wie za czte­ry ko­ro­ny

Do­brze, do­brze ma­tu­lu u cie­bie tu w cha­łu­pie,

a ja te trzy men­do­le po­wie­szę na czo­le.

Cza­sem so­bie pod­śpie­wu­ję i od razu mi lżej. Nie tyl­ko pio­sen­ki na­da­ją­ce się na rocz­ni­co­wą aka­de­mię, ale i te z węż­sze­go krę­gu wta­jem­ni­cze­nia.

Na cmen­ta­rzu wi­cher świ­sta,

kury już prze­sta­ły piać,

tyl­ko je­den le­gio­ni­sta

ścią­gnął por­t­ki, za­czął srać.

Wtem otwie­ra się mo­gi­ła

i wy­cho­dzi ko­ścio­trup,

cze­muś, cze­muś le­gio­ni­sto,

cze­muś na­srał na mój grób?

Mam cię w du­pie, ko­ścio­tru­pie…

Da­lej nie umiem.

Zo­sia, młod­sza ode mnie o czte­ry lata, pi­sze z An­glii, że też ma wiel­ki sen­ty­ment do le­gio­no­wych pio­se­nek, ale gdy­by mia­ła wy­bie­rać, to Roz­kwi­ta­ły pęki bia­łych róż. „Śpie­wam so­bie od cza­su do cza­su, ale tyl­ko wte­dy, gdy je­stem sama, bo strasz­nie fał­szu­ję i nie wiem, czy mi się po ta­kim śpie­wa­niu robi le­piej, czy go­rzej”.

Wie­le jest ksią­żek o dzia­ła­niach wo­jen­nych, mniej o woj­nie jako for­mie kul­tu­ry i spo­so­bie my­śle­nia, szcze­gól­nym ro­dza­ju wię­zi spo­łecz­nych, go­spo­dar­czych, ro­dzin­nych, o tę­sk­no­cie za woj­ną, po­trze­bie woj­ny i w ogó­le woj­nie tkwią­cej w lu­dziach, o wo­jen­nych ide­ałach, oby­cza­jach, ero­ty­ce, ety­kie­cie, pa­to­sie i ki­czu wo­jen­nym, woj­nie bę­dą­cej nie­po­wta­rzal­ną oka­zją do za­ła­twia­nia spraw oso­bi­stych.

Może ja­kiś mło­dy wil­czek, któ­ry wła­śnie skoń­czył stu­dia i roz­glą­da się po­żą­dli­wie, na czym by tu so­bie zęby po­ła­mać, wgry­zie się w te­mat woj­ny jako or­ga­nicz­nej czę­ści na­szej cy­wi­li­za­cji? Wy­snu­je od­kryw­cze, czy­li ba­nal­ne wnio­ski, ro­da­cy zmie­sza­ją go z bło­tem, za­sły­nie. Być może w któ­rymś mo­men­cie bę­dzie mu­siał wrzu­cić do jed­ne­go wor­ka po­twor­no­ści woj­ny i folk­lor Stu­dium Woj­sko­we­go Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go. – Oby­wa­te­lu ma­jo­rze, fama gło­si, że pi­sze pan pra­cę dok­tor­ską. – Tak, a na jaki te­mat? – Krok de­fi­la­do­wy na grun­tach pod­mo­kłych. – Po­wiedz­cie Fa­mie, że jest idio­tą.

* * *

Oj­ciec po woj­nie pra­co­wał na Ma­zu­rach, mon­to­wał i de­mon­to­wał sta­lo­we kon­struk­cje. Za któ­rymś ra­zem przy­je­chał do War­sza­wy w skó­rza­nej po­nie­miec­kiej kurt­ce z wiel­ką ilo­ścią kie­sze­ni, świet­nej do pra­cy w te­re­nie. Zo­sta­wił ją w domu, bo był li­piec, upa­ły, a wkrót­ce miał po­wró­cić. Dzie­sięć lat po jego śmier­ci od­kry­łem tę kurt­kę w sza­fie i za­ko­cha­łem się od pierw­sze­go wej­rze­nia. Do­kład­nie cze­goś ta­kie­go było mi po­trze­ba, abym uwie­rzył, że wy­glą­dam jak chło­piec z lasu na­za­jutrz po de­mo­bi­li­za­cji. Kurt­ka zno­szo­na, tu i tam prze­tar­cia, pla­my. Od ściół­ki, gli­ny w zie­mian­ce, może od krwi. Do­bit­nie da­wa­ła do zro­zu­mie­nia, że moje ży­cie to­czy się gdzie in­dziej, a w szko­le zna­la­złem się ab­so­lut­nym przy­pad­kiem, za­raz stąd pój­dę i nig­dy nie wró­cę. By­łem wte­dy za­fa­scy­no­wa­ny opo­wie­ścia­mi o Le­opol­dzie Li­sie-Kuli, któ­ry jako szes­na­sto­la­tek zo­stał za­stęp­cą ko­men­dan­ta okrę­gu Związ­ku Strze­lec­kie­go w Rze­szo­wie, dwa lata póź­niej pod­po­rucz­ni­kiem Pierw­szej Bry­ga­dy Le­gio­nów Pol­skich, okrył się chwa­łą pod Łow­czów­kiem i Krzy­wo­pło­ta­mi, a w tak zwa­nych wol­nych chwi­lach kuł do ma­tu­ry, bo do Le­gio­nów uciekł ze szkol­nej ławy. Zimą 1915 roku do­stał kil­ku­dnio­wy urlop i wprost z fron­tu, w po­lo­wym mun­du­rze, sta­nął przed gro­nem pe­da­go­gicz­nym sza­cow­ne­go ce­sar­sko-kró­lew­skie­go gim­na­zjum w Wa­do­wi­cach. Gro­no zda­ło eg­za­min, bo­wiem uchwa­li­ło jed­no­gło­śnie, że abi­tu­rient wy­star­cza­ją­co do­wiódł swej doj­rza­ło­ści, i wrę­czy­ło mu świa­dec­two ma­tu­ral­ne (ce­lu­ją­cy, ce­lu­ją­cy, ce­lu­ją­cy…) bez do­dat­ko­wych in­da­ga­cji. Nie­sły­cha­na hi­sto­ria. I jesz­cze dru­ga. Gdy w 1932 roku w Rze­szo­wie od­sła­nia­no po­mnik Lisa-Kuli, zje­cha­li się jego daw­ni to­wa­rzy­sze bro­ni. Po­pi­li so­bie, rzecz zro­zu­mia­ła. Któ­ryś prze­rwał pom­pa­tycz­ne prze­mó­wie­nie, śpie­wa­jąc Li­so­wi sznaps­ba­ry­to­nem le­gio­no­wą pio­sen­kę, może nie­zbyt sto­sow­ną („Już mu­ra­rze grób mu­ru­ją, ta­ra­ra, niech mnie w dupę po­ca­łu­ją. Ksiądz ka­pe­lan trzy­ma mowę, ta­ra­ra, a ja jemu sram na gło­wę. Liga Ko­biet wije wień­ce, ta­ra­ra.”), inny gło­śno się zwie­rzał, cóż to za uczu­cie być z po­mni­kiem na ty, gnieź­dzić się z nim w zie­mian­ce i bie­gać do la­try­ny pod ogniem Mo­ska­li; jesz­cze inny po­zdro­wił rzeź­bę unie­sio­nym kie­lisz­kiem i okrzy­kiem: Czo­łem Li­sie, two­je zdro­wie! Nikt nie wa­żył się ich upo­mnieć, puł­kow­ni­ków i ge­ne­ra­łów.

Nie wiem, czy stryj Ta­de­usz Lech­nic­ki uczest­ni­czył w tym świę­cie, ale bar­dzo praw­do­po­dob­ne, bo w cza­sie wiel­kiej woj­ny był bez­po­śred­nim pod­ko­mend­nym po­mni­ka i prze­żył z nim nie­jed­no, no i lu­bił ta­kie oka­zje. Był nie­prze­ści­gnio­nym wo­dzi­re­jem, świet­nie tań­czył ma­zu­ra, a gdy tań­czo­no we dwo­rze, wy­pro­wa­dzał ko­ro­wód oknem i wpro­wa­dzał drzwia­mi. Ileż było przy tym pi­sku, ile ra­do­ści! Pa­nie śpie­wa­ły: „Est-ce-que tu con­na­is co­lo­ne­la po­stać? Ah, com­me je vo­udra­is jego żoną zo­stać!”7. Na­wet kro­ni­ka fil­mo­wa Pol­skiej Agen­cji Te­le­gra­ficz­nej, jed­na z ostat­nich przed woj­ną, uwiecz­ni­ła tra­dy­cyj­ną po­goń za li­sem, w kil­ka­dzie­siąt koni, pod jego ko­men­dą.

Ta­de­usz Lech­nic­ki, ar­ty­le­rzy­sta, oko­ło 1915.

Za cza­sów wła­dzy lu­do­wej po­sąg Lisa Kuli znikł, po­zo­stał tyl­ko skwe­rek i po­wie­trze, zaś parę kro­ków da­lej wznie­sio­no mo­nu­ment, z ra­cji swej nie­ba­nal­nej rzeź­biar­skiej for­my na­tych­miast ochrzczo­ny Cipą Krucz­ko­wej (żona rze­szow­skie­go pierw­sze­go se­kre­ta­rza), czy­li Po­mnik Czy­nu Re­wo­lu­cyj­ne­go, no­wo­cze­sny w for­mie i słusz­ny w tre­ści; je­den z wie­lu, któ­re jak Pol­ska dłu­ga i sze­ro­ka sta­wia­no w PRL.

Ale cóż – ciem­ny lud, miast się do­war­to­ścio­wać, szy­dził bez­li­to­śnie z mo­nu­men­tów swej chwa­ły, na­da­jąc im mia­na, na ten przy­kład: Szu­bie­ni­ca (Olsz­tyn), Ma­czu­ga (Sie­dl­ce), po­mnik Ji­mie­go Hen­dri­xa (Dą­bro­wa Gór­ni­cza), Bol­ka i Lol­ka (Chełm), Nie­zna­nych Spraw­ców (War­sza­wa), Hy­drau­li­ków (So­sno­wiec) i wie­le in­nych8; re­gio­nal­ne okre­śle­nia po­mni­ków żoł­nie­rzy ra­dziec­kich uprzej­mie po­mi­jam. Gdy Pol­ska Rzecz­po­spo­li­ta Lu­do­wa prze­mi­nę­ła, ge­ne­ra­ła Świer­czew­skie­go zdo­bią­ce­go plac w Ko­sza­li­nie prze­ro­bio­no na An­der­sa, zaś rze­szow­skie­go Lisa zre­kon­stru­owa­no i po­now­nie od­sło­nię­to. Tym ra­zem nikt nie zmą­cił wznio­słej at­mos­fe­ry, ża­den z to­wa­rzy­szy bo­ha­te­ra już nie żył.

Kurt­ka nada­wa­ła się ide­al­nie na pa­ra­dy har­cer­skie. Tra­dy­cja no­sze­nia czę­ści nie­miec­kich mun­du­rów wy­wo­dzi­ła się jesz­cze z po­wsta­nia. W pierw­szych dniach sierp­nia padł woj­sko­wy ma­ga­zyn na Woli; zdo­bycz­ne blu­zy, czap­ki, buty, heł­my mia­ły wiel­kie po­wo­dze­nie, a hi­tle­row­ska pan­ter­ka sta­ła się sym­bo­licz­nym po­wstań­czym mun­du­rem. W pięć­dzie­sią­tym szó­stym, po re­ak­ty­wo­wa­niu Związ­ku Har­cer­stwa Pol­skie­go, oka­za­ło się, że jesz­cze tro­chę tych pan­te­rek w War­sza­wie po­zo­sta­ło. Na­tu­ral­nym pra­wem suk­ce­sji prze­ję­ła je mło­dzież, wy­róż­nia­ły się na pierw­szym zlo­cie cho­rą­gwia­nym, bu­dząc po­dziw i za­zdrość. W pięć­dzie­sią­tym siód­mym ktoś wy­my­ślił, żeby gru­pa har­ce­rzy prze­bra­nych za po­wstań­ców na po­cho­dzie pierw­szo­ma­jo­wym przed try­bu­ną ode­gra­ła scen­kę: strze­la­ni­na, pad­nij, ty­ra­lie­ra, rzu­ty gra­na­tem (oczy­wi­ście bez gra­na­tów), jezd­nia po­chla­pa­na czer­wo­ną pla­ka­tów­ką, zbie­ra­nie na no­sze ran­nych i po­le­głych. Po paru dniach w „Ży­ciu War­sza­wy” uka­zał się tekst pod ty­tu­łem Za­ba­wa w trup­ki. W na­szym huf­cu za­wrza­ło. Mó­wio­no, że ar­ty­kuł jest plu­ga­wy, ale nie bę­dzie­my re­ago­wać, bo „Ży­cie” na pew­no nie za­mie­ści. Może sam po­mysł in­sce­ni­za­cji nie był zbyt mą­dry i tro­chę za prze­pro­sze­niem ki­czo­wa­ty, więc nic się nie sta­ło, że go ośmie­szo­no. Ale dla wszyst­kich prze­cież było ja­sne, że sed­no spra­wy tkwi gdzie in­dziej. To­czy­ła się ostra wal­ka o ide­owe ob­li­cze har­cer­stwa. Czy­li o nas. Cho­dzi­ło o to, by jak naj­szyb­ciej po­zbyć się sta­rych in­struk­to­rów, a nam, mło­dym, obrzy­dzić akow­ską tra­dy­cję. Każ­dy pre­tekst był do­bry.

Po­wsta­niec wy­rzu­cił, mama pod­nio­sła i scho­wa­ła.

Czar­na Ósem­ka na bi­wa­ku.

Kil­ka lat w tam­tej at­mos­fe­rze wy­po­sa­ży­ło mnie na resz­tę ży­cia. Co praw­da krę­cę dzi­siaj gło­wą ze zdu­mie­nia, wspo­mi­na­jąc, jak w koń­cu lat pięć­dzie­sią­tych my, na­sto­lat­ki, śpie­wa­li­śmy przy ogni­sku, że każ­dy chło­pa­czek chce być ran­ny i nie bę­dzie­my strze­lać do księ­ży­ca, bo szko­da kul mar­no­wać. Ja te pio­sen­ki lu­bię do dzi­siaj, do­brze mi z nimi było. To dzię­ki har­cer­stwu uda­ło mi się prze­brnąć pa­skud­ne przed­ma­tu­ral­ne lata. Rzecz ja­sna, że sko­ro cho­dzi­łem do szko­ły w Śród­mie­ściu, do har­cer­stwa na­le­ża­łem na Mo­ko­to­wie. Przy na­szym li­ceum co praw­da dzia­ła­ła hi­sto­rycz­na czar­na ósem­ka, oj­ciec przed woj­ną do niej na­le­żał, za­cho­wa­ły się fo­to­gra­fie – ale tam, za chiń­skie­go boga…

No i do­ży­łem mody na tak zwa­ną tu­ry­sty­kę tem­po­ral­ną – fe­sty­ny ar­che­olo­gicz­ne, tur­nie­je ry­cer­skie, in­sce­ni­za­cje walk po­wstań­czych. Na jed­nej, że tak po­wiem, płasz­czyź­nie emo­cjo­nal­nej. W rocz­ni­cę sta­nu wo­jen­ne­go cho­dzi­li po War­sza­wie ro­ze­śmia­ni chłop­cy, prze­bra­ni za zo­mow­ców. Ze niby przy­bli­ża im to hi­sto­rię, te­raz już wie­dzą, jak to na­praw­dę było.

* * *

Za­le­d­wie kil­ka razy w ży­ciu czu­łem się do­brze w więk­szej ludz­kiej gro­ma­dzie. Pierw­szy raz w paź­dzier­ni­ku pięć­dzie­sią­te­go szó­ste­go roku, w hali na Ko­szy­kach, gdy sta­ną­łem przed sto­iskiem wa­rzyw­ni­czym. Prze­kup­ki nie było, tyl­ko w pry­zmie mar­chwi tkwił ka­wa­łek tek­tu­ry z na­pi­sem PRO­SZĘ NIE RU­SZAĆ, JE­STEM NA WIE­CU. Lu­dzie prze­cho­dzi­li, uśmie­cha­li się. Bar­dzo ża­ło­wa­łem, że nie mam apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go.

Nie spo­sób też za­po­mnieć at­mos­fe­ry pierw­szej pa­pie­skiej piel­grzym­ki w czerw­cu sie­dem­dzie­sią­te­go dzie­wią­te­go.

Ale nig­dy nie by­łem tak szczę­śli­wy w tłu­mie, jak pod ko­niec lat pięć­dzie­sią­tych i na po­cząt­ku sześć­dzie­sią­tych, w ko­lej­ne rocz­ni­ce wy­bu­chu po­wsta­nia, na Cmen­ta­rzu Woj­sko­wym na Po­wąz­kach. Lu­dzie uśmie­cha­li się, pa­da­li so­bie w ra­mio­na. Wy­mie­nia­li in­for­ma­cje: kto gdzie po­cho­wa­ny, kto ile sie­dział, kie­dy wy­szedł, kto za­gi­nął bez wie­ści, zwiał za gra­ni­cę, kogo zła­ma­li, kto się ze­świ­nił. Wie­lu przy­szło od­szu­kać swo­je mło­dzień­cze sym­pa­tie. Mo­dli­li się nad gro­ba­mi, tro­chę do Pana Boga, tro­chę do po­le­głych. Kwia­ty, zni­cze. Czu­ło się, że żywi i zmar­li two­rzą brat­ni krąg (har­ce­rze wie­dzą, co to zna­czy). Roz­ma­wia­no na głos, bez obaw, uży­wa­no pseu­do­ni­mów. Star­sze pa­nie i star­si pa­no­wie o wy­ra­zi­stych twa­rzach, kto wie, o czym mowa, ten wie, a kto nie wie, nic na to nie po­ra­dzę, w za­wa­diac­ko prze­krzy­wio­nych be­re­tach, prze­pa­sa­li swo­je co­dzien­ne okryj­bi­dy woj­sko­wy­mi rze­mie­nia­mi, a na rę­ka­wach mie­li bia­ło-czer­wo­ne opa­ski, nie­któ­re ory­gi­nal­ne, inne świe­żo uszy­te, z ko­twi­cą, li­te­ra­mi W.P i na­pi­sa­mi: Ki­liń­ski, Basz­ta, Pa­ra­sol, Wi­gry, Ży­wi­ciel. (Nie­daw­no na pla­cu In­wa­li­dów zo­ba­czy­łem re­stau­ra­cję „Ży­wi­ciel”. Zro­bi­ło mi się bar­dzo przy­kro). Przed­wo­jen­ni in­struk­to­rzy har­cer­scy, lu­dzie z ra­cji swych cha­rak­te­rów i ży­cio­ry­sów nie­bo­ga­ci, kom­bi­no­wa­li mun­du­ry jak mo­gli, nie­któ­rzy wło­ży­li za­chod­nie bat­tle­dres­sy z pół­ko­li­stą na­szyw­ką PO­LAND (ta­kie na­szyw­ki moż­na było ku­pić na No­wym Świe­cie, za­sta­na­wia­łem się, czy na­szyć so­bie na blu­zie, ale po na­my­śle zre­zy­gno­wa­łem), in­struk­tor­ską su­kien­ną li­lij­ką, krzy­żem z pod­kład­ką w tym sa­mym ko­lo­rze, hu­cul­ską kraj­ką i sznu­rem, któ­re­go ko­lor nie­ko­niecz­nie mó­wił o ak­tu­al­nie peł­nio­nej funk­cji. Bo cho­ciaż wszy­scy czu­li się w peł­ni har­ce­rza­mi, to nie wszy­scy byli do koń­ca prze­ko­na­ni, że Zwią­zek Har­cer­stwa Pol­skie­go na­praw­dę od­żył, więc trak­tu­jąc rzecz for­mal­nie, człon­ka­mi ZHP nie byli i pra­wa do mun­du­ru nie mie­li. Coś jak sta­ry Ma­ciasz­czyk z Chlap­ko­wic, któ­ry w rocz­ni­cę wy­zwo­le­nia zja­wił się w Urzę­dzie Gmi­ny z re­kla­ma­cją, że wszy­scy się cie­szą, a on ja­koś nie może, bo nie czu­je się tak cał­kiem  w y z w o l ó n y. (Opo­wia­dał o tym w ra­diu soł­tys Kier­dzio­łek, czy­li Je­rzy Ofier­ski, cała Pol­ska po­wta­rza­ła).

Ktoś star­szy od­zy­wa się pół­gło­sem: zo­bacz, ta pani to Na­ta­lia. „O Na­ta­lio, o Na­ta­lio, bez pa­mię­ci cię uwiel­bia nasz ba­ta­lion”. A tam, spójrz bar­dziej w lewo, druh Je­rzy Dar­giel. „Kie­dy dro­gą szła pie­cho­ta, to z uśmie­chem swym Do­ro­ta.” A tu, bli­żej, druh Mar­kow­ski, au­tor me­lo­dii do Mar­szu Mo­ko­to­wa. Sio­stra Ta­de­usza Za­wadz­kie­go, Zoś­ki z Ka­mie­ni na sza­niec, Koza. Ten w ele­ganc­kim mun­du­rze to Je­rzy Fiu­tow­ski, nasz ko­men­dant cho­rą­gwi. Stra­cił rękę w po­wsta­niu. (Kie­dyś na ko­ry­ta­rzu Głów­nej Kwa­te­ry usły­sza­łem roz­mo­wę dwóch in­struk­to­rek. – Nie przej­muj­cie się, to­wa­rzysz­ko. Nie bę­dzie nam ten ako­wiec bez ręki mó­wił, co mamy ro­bie). Tam­ten to Ka­zi­mierz Le­ski, Bradl, obok nie­go żona, wi­dzisz? Współ­twór­ca akow­skie­go wy­wia­du, jeź­dził do Fran­cji w mun­du­rze hi­tle­row­skie­go ge­ne­ra­ła, Nie­miasz­ki ob­wo­zi­ły go po nad­mor­skich for­tach Nor­man­dii, udzie­la­ły wszel­kich in­for­ma­cji. Co się nie uda­ło Niem­com, uda­ło się ube­kom, sie­dział w po­twor­nych wa­run­kach, tor­tu­ro­wa­li go, ale ube­kom się też nie uda­ło, bo gdy tyl­ko go wy­pu­ści­li, otwo­rzył prze­wód dok­tor­ski. Wi­dzisz tam­tą kru­chą sta­rusz­kę w płasz­czu na­rzu­co­nym na ra­mio­na? To mama Jan­ka Byt­na­ra, Ru­de­go. Nie, nie ta. Ta, to mama Ant­ka Roz­py­la­cza. Druh Alek­san­der Ka­miń­ski. A tam, a tam, o, o. Mo­głem się prze­ko­nać na wła­sne oczy, że ci lu­dzie z czwar­te­go wy­mia­ru są naj­zwy­czaj­niej­si w świe­cie, mi­jam ta­kich co­dzien­nie w skle­pie czy w tram­wa­ju. Pa­trza­łem, chło­ną­łem i tak już zo­sta­ło. Moje pry­wat­ne Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go. Nie­po­trzeb­ne mi au­dio, wi­deo, sztucz­ny właz do sztucz­ne­go ka­na­łu ani inne efek­ty spe­cjal­ne, zaś na agre­syw­ne po­sy­py­wa­nie tam­tych spraw cu­krem pu­drem z oka­zji ko­lej­nych rocz­nic albo i bez oka­zji czy wy­ko­rzy­sty­wa­nie ich w do­raź­nej grze po­li­tycz­nej usi­łu­ję nie re­ago­wać, choć cza­sem trud­no.

Oto peł­nię war­tę ho­no­ro­wą w har­cer­skiej ro­ga­tyw­ce, po­nie­miec­kiej kurt­ce, woj­sko­wy pas, fin­ka, bia­ło-czer­wo­na opa­ska. Za mną rzę­dy be­to­no­wych krzy­ży. Jed­ni mó­wią, że to po­le­gli w pierw­szej woj­nie świa­to­wej, inni, że w roku dwu­dzie­stym. Trud­no po­wie­dzieć, na krzy­żach nie ma ta­bli­czek z na­zwi­ska­mi i da­ta­mi śmier­ci. Po­dob­no po­zry­wa­li je zet­em­pow­cy, więc chy­ba cho­dzi o tych dru­gich, bo co by zet­em­pow­com szko­dzi­ła pierw­sza woj­na? Po re­ak­ty­wo­wa­niu ZHP po­zy­tyw­nie zwe­ry­fi­ko­wa­no wie­lu dzia­ła­czy Or­ga­ni­za­cji Har­cer­skiej Pol­ski Lu­do­wej z lat sta­li­now­skich. Nie jest więc wy­klu­czo­ne – my­ślę – że ci sami, któ­rzy kil­ka lat temu zry­wa­li ta­blicz­ki albo na­wet wy­my­śli­li całą ak­cję i nią kie­ro­wa­li, dzi­siaj roz­pro­wa­dza­ją war­ty. W głę­bi, za ła­nem krzy­ży, kwa­te­ra po­wstań­ców stycz­nio­wych, nie­co da­lej w bok drew­nia­na wiej­ska ka­plicz­ka spro­wa­dzo­na przed woj­ną z Wi­leńsz­czy­zny; naj­pierw by­łem prze­ko­na­ny że pod­ha­lań­ska, ale pani z tam­tych stron spro­sto­wa­ła po­mył­kę. Na­prze­ciw ma­syw­ny gro­bo­wiec Ju­lia­na Mar­chlew­skie­go. La­tem 1920 roku kwa­te­ro­wał na pro­bo­stwie w Wy­szko­wie, ra­zem z Dzier­żyń­skim i pa­ro­ma in­ny­mi cze­kał aż Ar­mia Ra­dziec­ka zdo­bę­dzie War­sza­wę, by pro­kla­mo­wać Pol­ską Re­pu­bli­kę Rad i po­pro­sić o przy­łą­cze­nie do So­wie­tów. Ale gów­no im z tego wy­szło, mu­sie­li ucie­kać, po­rzu­ca­jąc na­wet cu­kier; parę dni póź­niej sło­dził nim her­ba­tę Ste­fan Że­rom­ski, au­tor lek­tur szkol­nych i za­ka­za­ne­go utwo­ru, w któ­rym to wy­ra­zi­ście opi­sał. Czy­ta­łem, zna­lazł się ktoś, kto mi pod­su­nął. Pro­chy Mar­chlew­skie­go prze­nie­sio­no do War­sza­wy po woj­nie. W mo­jej czy­tan­ce szkol­nej był o tym wiersz, nie pa­mię­tam au­to­ra, mogę je­dy­nie za­cy­to­wać pierw­sze li­nij­ki:

Nie na dar­mo, nie na dar­mo była wal­ka i pra­ca…

Ge­ne­rał Lu­cjan Że­li­gow­ski, któ­ry wy­grał bi­twę pod Ra­dzy­mi­nem, ni­we­cząc pla­ny Mar­chlew­skie­go, Dzier­żyń­skie­go i to­wa­rzy­szy, leży parę kro­ków stąd, w Alei Za­słu­żo­nych.

Da­lej sar­ko­fag Bo­le­sła­wa Bie­ru­ta, za nim rząd kwa­ter. Pod­czas oku­pa­cji cały cmen­tarz był Nur für Deut­sche; wy­spa gro­bów nie­miec­kich znaj­do­wa­ła się na za­chód od bra­my głów­nej. Po­la­cy mie­li wstęp na cmen­tarz tyl­ko za prze­pust­ka­mi (wy­da­wa­no je naj­bliż­szym krew­nym po­cho­wa­nych) i je­dy­nie w okre­ślo­nych go­dzi­nach, bocz­ną furt­ką, gdy aku­rat nie było hi­tle­row­skie­go po­grze­bu. Po woj­nie gro­by nie­miec­kie zli­kwi­do­wa­no, a przez pięć lat oku­pa­cji spo­ro ich się uskła­da­ło; szcząt­ki wy­wie­zio­no nie wia­do­mo do­kąd, co po­dob­no obu­rzy­ło dzia­ła­cza mło­dzie­żo­we­go z NRD, człon­ka ofi­cjal­nej de­le­ga­cji par­tyj­no-rzą­do­wej, kie­dy ko­rzy­sta­jąc z po­by­tu w War­sza­wie, chciał od­wie­dzić grób ta­tu­sia.

Za mo­ich cza­sów kwa­te­ry „Zoś­ki”, „Pa­ra­so­la”, „Mio­tły” i są­sied­nie mia­ły pro­ste żoł­nier­skie brzo­zo­we krzy­że, pięk­ne i nie­trwa­łe. Cza­sem ktoś wie­szał na nich chu­s­ty, przy­cze­piał tar­cze szkol­ne i her­by miast z har­cer­skich mun­dur­ków. Do­lin­ka Ka­tyń­ska, zwa­na też Doł­kiem Ka­tyń­skim, to był zwy­kły traw­nik, tro­chę niec­ko­wa­ty, gę­sto ob­sta­wio­ny zni­cza­mi. Mo­rze zni­czy, je­den ogrom­ny skład­ko­wy pło­mień. Gro­ma­dzi­li się tam lu­dzie, za­pa­la­li ko­lej­ne zni­cze i mil­cze­li, albo chó­rem od­ma­wia­li mo­dli­twy. Skąd wie­dzia­łem, że ten nie­ist­nie­ją­cy po­mnik upa­mięt­nia ofia­ry zbrod­ni ka­tyń­skiej, nie skle­cę. Od kie­dy tak na­zy­wa­no to miej­sce, nie wiem. Dla mnie od za­wsze, bo w roku pięć­dzie­sią­tym siód­mym na pew­no. Dra­ma­tycz­ne dzie­je sta­wia­nia i usu­wa­nia krzy­ża w tym miej­scu znam sła­bo, nie miesz­ka­łem już wte­dy w War­sza­wie.

Inny po­mnik, któ­ry w mo­ich har­cer­skich cza­sach był, choć go nie było, wszy­scy o nim wie­dzie­li, choć był ści­śle taj­ny, skła­da­no tu kwia­ty i mo­dlo­no się, choć peł­nił funk­cję śmiet­ni­ka – to kwa­te­ra Ł, zwa­na Łącz­ką, w po­łu­dnio­wo-wschod­nim rogu cmen­ta­rza. Jed­no z wie­lu miejsc w War­sza­wie, gdzie za­ko­py­wa­no (bo prze­cież nie grze­ba­no, nie cho­wa­no) zwło­ki lu­dzi za­mę­czo­nych na Mo­ko­to­wie, w In­for­ma­cji Woj­sko­wej, na 11 Li­sto­pa­da, w piw­ni­cach kontr­wy­wia­du na Krzy­wic­kie­go, na Cy­ry­la i Me­to­de­go. „Na miej­scu tym, nie przy­pad­kiem urzą­dzo­no kom­po­stow­nię, po­tem zwy­czaj­ny śmiet­nik, a wresz­cie w 1964 roku (…) za­go­spo­da­ro­wa­no prze­strzen­nie, wy­ty­czo­no nowe kwa­te­ry, alej­ki i w ten spo­sób wię­zien­na Łącz­ka znacz­nie już okro­jo­na sta­ła się czę­ścią dzi­siej­szej kwa­te­ry Ł”9. Na pla­nie cmen­ta­rza, wy­da­nym w 1971 roku pod pa­tro­na­tem Rady Ochro­ny Po­mni­ków Wal­ki i Mę­czeń­stwa, Łącz­kę ozna­czo­no jako kwa­te­rę wol­ną. Wmu­ro­wa­nie aktu erek­cyj­ne­go po­mni­ka na­stą­pi­ło je­sie­nią 1990 roku, uczy­nił to pre­mier Ta­de­usz Ma­zo­wiec­ki. Chwa­ła ów­cze­snej wła­dzy, że w ta­kiej la­wi­nie pro­ble­mów, jaka się wte­dy na nią zwa­li­ła, za jed­ną z pil­nych kwe­stii uzna­ła od­kła­ma­nie naj­waż­niej­szych fak­tów hi­sto­rycz­nych i po­kłon tym, któ­rym nie było dane do­cze­kać.

Co nie zna­czy, że uczy­nio­no wszyst­ko, co było do zro­bie­nia. Na Cmen­ta­rzu Woj­sko­wym wciąż brak po­mni­ka ofiar prze­wro­tu ma­jo­we­go w 1926 roku. Jak wia­do­mo, wów­czas jed­ni sta­nę­li za Mar­szał­kiem, inni za Pre­zy­den­tem, a byli tacy, któ­rzy ucie­kli przed wy­bo­rem w sa­mo­bój­stwo. Po­le­gło wów­czas 330-380 żoł­nie­rzy i cy­wi­lów, ran­nych 582, a może na­wet oko­ło ty­sią­ca, opra­co­wa­nia róż­nie po­da­ją. Po­mnik po­wi­nien być je­den, dla uczcze­nia wszyst­kich ofiar, tra­gi­zmu ich wy­bo­ru i wier­no­ści aż do koń­ca. Nie wznie­sio­no go wkrót­ce po prze­wro­cie. Pew­nie cze­ka­no, aż na­stro­je opad­ną. Moż­na to zro­zu­mieć, choć z tru­dem.

Gwał­tow­na dys­ku­sja wo­kół skut­ków prze­wro­tu ma­jo­we­go roz­go­rza­ła po dzie­się­ciu la­tach; de­to­na­to­rem był wiersz Kon­stan­te­go Il­de­fon­sa Gał­czyń­skie­go:

(…) Chce pan na­pra­wić błę­dy sys­te­mu?

(skum­brie w to­ma­cie skum­brie w to­ma­cie)

Był tu już taki dzie­sięć lat temu.

(skum­brie w to­ma­cie pstrąg)

Tak­że szla­chet­ny Strze­lał. Nie wy­szło.

(skum­brie w to­ma­cie skum­brie w to­ma­cie)

Krew się po­la­ła, a po­tem wy­schło.

(skum­brie w to­ma­cie pstrąg)

(…) Skum­brie w to­ma­cie, skum­brie w to­ma­cie!

(skum­brie w to­ma­cie skum­brie w to­ma­cie)

Chcie­li­ście Pol­ski, no to ją ma­cie!

(skum­brie w to­ma­cie pstrąg)

(K.I. Gał­czyń­ski, Skum­brie w to­ma­cie)

Wkrót­ce wy­bu­chła woj­na, po­tem na­sta­ła PRL. Ale prze­cie już od lat dwu­dzie­stu mamy Rzecz­po­spo­li­tą Pol­ską. Sta­nę­ły po­mni­ki, za­wi­sły ta­bli­ce pa­miąt­ko­we i ta­blicz­ki z no­wy­mi albo przy­wró­co­ny­mi na­zwa­mi ulic, uka­za­ły się książ­ki upa­mięt­nia­ją­ce Le­gio­ny, Or­lę­ta Lwow­skie, woj­nę dwu­dzie­ste­go roku, wy­wóz­ki, Ka­tyń, rze­zie na Wo­ły­niu, po­wo­jen­ne kon­spi­ra­cje, zbrod­nie sta­li­now­skie. Wznie­sio­no po­mni­ki mę­żom sta­nu z lat dwu­dzie­stych, nie­któ­rzy na­wet mó­wią o po­mni­ko­ma­nii, choć to chy­ba na­tu­ral­na re­ak­cja na wol­ność po tak dłu­gim po­ście. Nie ma je­dy­nie po­mni­ka ofiar prze­wro­tu ma­jo­we­go. O ile mi wia­do­mo, nikt się nie upo­mniał. Moż­na do­mnie­my­wać, dla­cze­go: od­da­jąc cześć tam­tym lu­dziom, trze­ba by uznać, że przy­na­leż­ność do jed­nych lub dru­gich nie czy­ni jesz­cze z czło­wie­ka pa­trio­ty (albo sprze­daw­czy­ka). No, a ini­cja­to­rzy ta­kie­go mo­nu­men­tu ni­cze­go w sen­sie po­li­tycz­nym nie zy­ska­ją, na­to­miast mogą obe­rwać. Z róż­nych stron, naj­mniej spo­dzie­wa­nych.

Śro­do­wi­sko by­łych żoł­nie­rzy Pol­skich Sił Zbroj­nych na Za­cho­dzie przez wie­le lat czy­ni­ło sta­ra­nia o wy­zna­cze­nie kwa­te­ry i po­sta­wie­nie ko­lum­ba­rium dla swych po­le­głych i zmar­łych to­wa­rzy­szy bro­ni. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych uzy­ska­no zgo­dę Za­rzą­du Mia­sta Sto­łecz­ne­go War­sza­wy, ale sprze­ci­wił się, tak jest, Głów­ny Za­rząd Po­li­tycz­ny Woj­ska Pol­skie­go, po­wo­łu­jąc się na ni mniej, ni wię­cej tyl­ko roz­po­rzą­dze­nie Pre­zy­den­ta RP z 1933 roku (w myśl owe­go roz­po­rzą­dze­nia na pol­skim cmen­ta­rzu wo­jen­nym mogą le­żeć wy­łącz­nie żoł­nie­rze po­le­gli na pol­skiej zie­mi). Są py­ta­nia? Zresz­tą w 1964 roku cmen­ta­rzo­wi zmie­nio­no na­zwę i ad­mi­ni­stra­to­ra (od­tąd aż do lat dzie­więć­dzie­sią­tych ofi­cjal­nie był nie woj­sko­wy, lecz ko­mu­nal­ny, oczy­wi­ście war­sza­wia­cy da­lej mó­wi­li po swo­je­mu), więc GZP teo­re­tycz­nie nie po­wi­nien mieć tu nic do po­wie­dze­nia.

Do­pie­ro w 1987 roku uzy­ska­no miej­sce i zgo­dę na urzą­dze­nie kwa­te­ry, a na­wet współ­pra­cę; woj­sko od­de­le­go­wa­ło do po­mo­cy jed­nost­kę bu­dow­la­ną. 19 mar­ca 1992 roku uro­czy­ście wmu­ro­wa­no pierw­sze urny w ko­lum­ba­rium10. I to mógł­by być ko­niec owej ha­nieb­nej hi­sto­rii. Choć nie jest. Jako że pań­stwo nie kwa­pi­ło się do par­ty­cy­po­wa­nia w kosz­tach, trze­ba było po­wo­łać fun­da­cję, by za­ape­lo­wa­ła do żoł­nie­rzy PSZ i ich ro­dzin na ca­łym świe­cie o na­by­wa­nie sym­bo­licz­nych ce­gie­łek i wy­ku­py­wa­nie miejsc w ko­lum­ba­rium. Ko­cha­ni ro­da­cy, je­śli chce­cie pie­lę­gno­wać tra­dy­cję i spo­czy­wać w oj­czy­stej zie­mi, to pie­lę­gnuj­cie, spo­czy­waj­cie, ale za swo­je.

Cmen­tarz Woj­sko­wy na Po­wąz­kach, „Dzia­dy” dzie­więt­na­ste­go i dwu­dzie­ste­go wie­ku. Moja naj­waż­niej­sza ścią­ga z hi­sto­rii naj­now­szej, ta­bli­ce po­glą­do­we, mój wzo­rzec me­tra. Gdy po po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym le­wo­brzeż­ną War­sza­wę ota­cza­no for­ta­mi, żeby nie mo­gła po­now­nie się zbun­to­wać, na Po­wąz­kach sta­nął gar­ni­zo­no­wy szpi­tal, obok przy­szpi­tal­ny cmen­tarz, jak­że in­a­czej. Ta­kie były po­cząt­ki jed­nej z naj­święt­szych pol­skich ne­kro­po­lii. Jesz­cze w la­tach pięć­dzie­sią­tych pod za­chod­nim mu­rem wi­dzia­łem ro­syj­skie żoł­nier­skie mo­gi­ły z dzie­więt­na­ste­go wie­ku, za­ro­śnię­te krza­ka­mi, za­pusz­czo­ne. Na za­chód od cmen­ta­rza cią­gnie się dziel­ni­ca Be­mo­wo, reszt­ki for­tów i za­ła­mu­ją­ca się w kil­ku miej­scach uli­ca Wro­cław­ska, przy niej blo­ki pra­cow­ni­ków Woj­sko­wej Aka­de­mii Tech­nicz­nej. W 2009 roku część Wro­cław­skiej chcia­no prze­mia­no­wać na uli­cę Żoł­nie­rzy Wy­klę­tych, czy­li par­ty­zan­tów, któ­rzy po 1945 roku wal­czy­li da­lej. „Ale py­ta­ny przez «Ga­ze­tę Sto­łecz­ną» ofi­cer re­zer­wy ma inne wy­tłu­ma­cze­nie: «Dziś żoł­nie­rze wy­klę­ci to ci, któ­rzy koń­czy­li ra­dziec­kie uczel­nie»”11.

Imie­ni­ny Po­wą­zek

sta­rych i no­wych, woj­sko­wych,

nie­trud­ny obo­wią­zek

świe­czek ste­ary­no­wych.

Leżą zim­ne ka­mie­nie,

sta­je­my co ka­wa­łek.

Świe­czek peł­ne kie­sze­nie,

dwa pu­deł­ka za­pa­łek…

(W. Dą­brow­ski, Por­tret tru­mien­ny)

No i do­ży­łem.

Oto slo­gan re­kla­mo­wy zna­nej księ­gar­ni w War­sza­wie: „Kup do­wol­ną książ­kę o po­wsta­niu, a do­sta­niesz bez­płat­nie opa­skę po­wstań­ca”12.

Są py­ta­nia?

„Wo­kół po­mni­ka Glo­ria Vic­tis po­wsta­je 1 sierp­nia spe­cjal­ny sek­tor dla VIP-ów od­dzie­lo­ny od resz­ty cmen­ta­rza ochron­ny­mi ba­rier­ka­mi. (…) Set­ki po­wstań­ców mu­szą stać z da­le­ka. Naj­bar­dziej po­szko­do­wa­ni są żoł­nie­rze słyn­ne­go ba­ta­lio­nu AK «Pa­ra­sol», któ­re­go kwa­te­ra są­sia­du­je z po­mni­kiem. – O godz. 17 nie mo­że­my być przy gro­bach bli­skich. Przy­cho­dzi­my więc o 15, po­tem je­ste­śmy grzecz­nie wy­pra­sza­ni. Daw­niej ta­kie rze­czy się nie zda­rza­ły – mówi Ma­ria Sty­puł­kow­ska-Cho­jec­ka, Kama z «Pa­ra­so­la». Z ko­lei żoł­nie­rze ba­ta­lio­nów AK «Mio­tła» i «Wi­gry» nie mogą zbli­żyć się do gro­bów ko­le­gów, bo alej­kę mię­dzy kwa­te­ra­mi za­sta­wia­ją plat­for­my te­le­wi­zyj­ne. (…) Nic jed­nak tak nie obu­rza po­wstań­ców jak roz­gry­wa­ją­ce się na cmen­ta­rzu awan­tu­ry. Po­li­ty­cy cią­gną za sobą swo­ich zwo­len­ni­ków i prze­ciw­ni­ków. W ubie­głym roku uro­czy­stość przy Glo­ria Vic­tis zmie­ni­ła się w wiec”13.

Za­cy­to­wa­łem frag­ment ar­ty­ku­łu, żeby nie mu­sieć opi­sy­wać tego łaj­dac­twa wła­sny­mi sło­wa­mi.

* * *

Po­nie­miec­ką kurt­kę no­si­łem przez całe li­ceum, stu­dia i jesz­cze tro­chę, aż prze­pro­wa­dzi­łem się do Za­ko­pa­ne­go, a tam­tej­sze śro­do­wi­sko w na­tu­ral­ny spo­sób wy­mu­si­ło na mnie inny ro­dzaj ubra­nio­we­go szpa­ner­stwa.

Sze­dłem Kru­pów­ka­mi, kie­dy za­cze­pił mnie star­szy pan w sta­ro­mod­nych pum­pach i za­ga­dał z pol­ska po nie­miec­ku, czy wiem, że to kurt­ka ofi­cer­ska, chęt­nie by ją od­ku­pił. Ni z tego, ni z owe­go do­sta­łem mał­pie­go ro­zu­mu i od­po­wie­dzia­łem, że nie sprze­dam, bo to pa­miąt­ka ro­dzin­na, oj­ciec był par­ty­zan­tem, za­bił wła­ści­cie­la, a zresz­tą do­brze mi się w niej cho­dzi. Wkrót­ce po­tem przyj­rza­łem się kurt­ce świe­żym okiem i od­kry­łem rzecz ba­nal­ną, że już od daw­na nie na­da­je się do no­sze­nia. Za­pew­ne ku­pi­ła­by ją fil­mo­wa re­kwi­zy­tor­nia, parę gro­szy z pew­no­ścią by się przy­da­ło, ale nie mia­łem po­ję­cia, jak to za­ła­twić. Mło­dzień­cza skłon­ność do żar­to­wa­nia też sta­wa­ła się co­raz bar­dziej ana­chro­nicz­na.

Kurt­ka w okre­sie schył­ko­wym.

* * *

W grud­niu 1990 roku cio­cia Te­re­nia przy­le­cia­ła z Lon­dy­nu jako czło­nek de­le­ga­cji wio­zą­cej in­sy­gnia wła­dzy pań­stwo­wej, by na Zam­ku Kró­lew­skim prze­ka­zać je uro­czy­ście pre­zy­den­to­wi Le­cho­wi Wa­łę­sie. Już at­mos­fe­ra w sa­mo­lo­cie wpra­wi­ła ją w do­bry hu­mor, któ­ry przez całe ży­cie po­ma­gał jej prze­trwać, ale też przy­spa­rzał kło­po­tów. Gdy inni człon­ko­wie de­le­ga­cji za­czę­li na­kła­dać bia­ło-czer­wo­ne opa­ski, przy­pi­nać mi­nia­tur­ki or­de­rów i dys­ku­to­wać, w ja­kiej ko­lej­no­ści mają wkra­czać do wyj­ścia dla VIP-ów, cio­cia ni­cze­go so­bie nie przy­pię­ła, po­szła do wyj­ścia dla zwy­kłych pa­sa­że­rów, więc ko­mi­tet po­wi­tal­ny na lot­ni­sku wrę­cza­ją­cy czci­god­nym we­te­ra­nom bu­kie­ty i wsa­dza­ją­cy ich do aut, o mało jej nie po­mi­nął i mu­sia­ła­by sma­ro­wać z Okę­cia na wła­sną rękę, a po­tem szu­kać ho­te­lu. Nie wiem zresz­tą, może to było nie za pierw­szym, lecz za dru­gim jej przy­lo­tem, w rocz­ni­cę po­wsta­nia, gdy ją od­zna­cza­li. – Bar­dzo pięk­na uro­czy­stość, je­stem wzru­szo­na, ale przy­kro mi, bo zu­peł­nie nie wi­dzę tu mło­dzie­ży, za to wie­lu urzęd­ni­ków, choć owszem, nie po­wiem, ele­ganc­cy – wy­zna­ła do ka­me­ry te­le­wi­zyj­nej. O żalu z po­wo­du bra­ku mło­dzie­ży po­szło, ele­gan­cję urzęd­ni­ków wy­cię­to.

By­łem z nią wte­dy je­den je­dy­ny raz na cmen­ta­rzu woj­sko­wym. Roz­glą­da­ła się z nie­do­wie­rza­niem, że jed­nak po tylu la­tach tu do­tar­ła. – O rany, ale jaja! – za­wo­ła­ła, naj­wy­raź­niej chcąc ukryć wzru­sze­nie. Przez jej dom w Lon­dy­nie prze­wi­nę­ła się masa lu­dzi z kra­ju, cio­cia po­ma­ga­ła im jak mo­gła, wspie­ra­ła pod­ziem­ną „So­li­dar­ność”, a przy oka­zji, by nie tra­cić kon­tak­tu z Oj­czy­zną, przy­swa­ja­ła mło­dzie­żo­wy slang, to był jej swe­go ro­dza­ju sno­bizm, choć w od­nie­sie­niu do cio­ci nie jest to naj­od­po­wied­niej­sze sło­wo. Wło­ży­ła po­wstań­czy be­ret z orzeł­kiem i gwiazd­ka­mi, sta­nę­ła w szy­ku, uśmiech­nę­ła się i po­ma­sze­ro­wa­ła obok sar­ko­fa­gów Bie­ru­ta i Mar­chlew­skie­go pod po­mnik Glo­ria Vic­tis. Sta­ną­łem z in­ny­mi na chod­ni­ku, w miej­scu, gdzie przed laty peł­ni­łem war­tę. Ufor­mo­wał się spo­ry po­chód, szły de­le­ga­cje. W jed­nej z nich Ta­de­usz Fi­szbach. – Co tu ro­bisz par­tyj­nia­ku, wy­no­cha stąd, tu nam ta­kich nie po­trze­ba, tu jest Pol­ska! – krzyk­nę­ła któ­raś z mo­ich są­sia­dek. Kla­ska­ły albo chrzą­ka­ły, w za­leż­no­ści od tego, kto wła­śnie prze­cho­dził. Ro­dzi­ła się nowa ob­rzę­do­wość mo­jej ne­kro­po­lii, jesz­cze nie­daw­no nie do po­my­śle­nia.

„Na po­wąz­kow­skim po­mni­ku, przy któ­rym od­by­wa­ją się ob­cho­dy rocz­ni­cy wy­bu­chu Po­wsta­nia War­szaw­skie­go, wid­nie­je na­pis «Glo­ria vic­tis», czy­li chwa­ła zwy­cię­żo­nym. W tym roku moż­na było od­nieść wra­że­nie, iż zwy­cię­że­ni wca­le nie są naj­waż­niej­si – włącz­nie z kom­ba­tan­ta­mi, któ­rych tra­dy­cyj­nie od­su­nię­to od po­stu­men­tu, gdy zja­wi­ła się tam de­le­ga­cja rzą­do­wa. Nie był to je­dy­ny za­smu­ca­ją­cy ob­ra­zek. Roz­po­czy­na­ją się uro­czy­sto­ści na tzw. Łącz­ce, w miej­scu, gdzie po­ta­jem­nie grze­ba­no ofia­ry re­pre­sji z lat 40. i 50. Prze­ma­wia mi­ni­ster Bar­to­szew­ski, któ­re­go oso­ba nie wszyst­kim zgro­ma­dzo­nym wo­kół się po­do­ba, sko­ro sły­chać pół­gło­sem wy­po­wia­da­ne opi­nie: «Nie­miec­ki zdraj­ca!». Kie­dy mi­ni­ster od­da­je hołd pa­trio­tom, roz­le­ga­ją się okrzy­ki nie­za­do­wo­le­nia, już te­raz gło­śniej­sze: «Kto ich po­mor­do­wał? Ube­cy Ży­dzi!». Uro­czy­stość koń­czy się w ci­szy, jak­by w ogól­nym za­wsty­dze­niu. Przy­glą­dam się jesz­cze z da­le­ka, jak dwie star­sze agre­syw­ne ko­bie­ty do­pa­dły so­li­dar­no­ścio­wą po­słan­kę Ewę To­ma­szew­ską i chcą ją roz­szar­pać. Jak­by za mało było po­li­ty­ki na cmen­ta­rzu, przy bra­mach usa­do­wi­li się emi­sa­riu­sze jed­ne­go z kan­dy­da­tów na se­na­to­ra z Blo­ku 2001, na­ma­wia­ją­cy prze­chod­niów do skła­da­nia pod­pi­sów.

Chwa­ła to wiel­kie sło­wo. Wy­star­czył­by przy­najm­niej sza­cu­nek dla zmar­łych bo­ha­te­rów”14.

Zja­wi­sko na­ra­sta, in­for­ma­cje po­dob­nej tre­ści po­ja­wia­ją się w pra­sie rok­rocz­nie. W 2008 roku jed­na z ga­zet po­szła jesz­cze da­lej i za­pro­po­no­wa­ła, żeby szcząt­ki Bie­ru­ta i Mar­chlew­skie­go prze­nieść z Alei Za­słu­żo­nych na mniej re­pre­zen­ta­cyj­ne miej­sca, choć­by w ob­rę­bie tego sa­me­go cmen­ta­rza. Ha. Przed laty, gdy mu­mię Sta­li­na wy­nie­sio­no z mau­zo­leum i po­cho­wa­no pod mu­rem krem­low­skim, re­ak­cją lu­dzi, tak za­pa­mię­ta­łem, było tro­chę zło­śli­wej sa­tys­fak­cji, tro­chę śmi­chów-chi­chów, ale przede wszyst­kim nie­smak, krę­ce­nie gło­wa­mi: jak­że tak moż­na. Jak­że to. Po­wta­rza­no, że ktoś wi­dział na­pis na sar­ko­fa­gu Bie­ru­ta: BO­LEK, SZY­KUJ SIĘ DO PRZE­PRO­WADZ­KI! Nie wiem, czy taki na­pis rze­czy­wi­ście był, bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że to po pro­stu je­den z wie­lu sar­ka­stycz­nych war­szaw­skich dow­ci­pów, ale na wła­sne oczy wi­dzia­łem w ubi­ka­cji Bi­blio­te­ki Uni­wer­sy­tec­kiej: PRZE­NIE­ŚLI KOST­KI KUL­TU JED­NOST­KI. Lu­dzi spra­wa nad­spo­dzie­wa­nie obe­szła, spo­ro się na ten te­mat mó­wi­ło, nie tyle ze wzglę­du na Sta­li­na, ile… no. Zbi­gniew Her­bert w wier­szu o po­tę­dze sma­ku ja­sno to wy­ło­żył. Krą­żył ka­wał, że na ży­cze­nie to­wa­rzy­szy ra­dziec­kich PZPR zmie­ni­ła sta­tut; do­tych­czas naj­wyż­szą karą było wy­rzu­ce­nie z par­tii, od dziś wy­rzu­ce­nie z gro­bu.

Może by tak pójść da­lej i zlu­stro­wać całą Ale­ję Za­słu­żo­nych, od ge­ne­ra­ła Ka­ro­la Świer­czew­skie­go do dy­ry­gen­ta Wa­le­ria­na Bier­dia­je­wa, od An­drze­ja Stru­ga do Wła­dy­sła­wa Go­muł­ki? Ten go­dzien, tam­ten nie­go­dzien. Co ro­bić z od­rzu­co­ny­mi – po­roz­sta­wiać po ką­tach, wy­ty­czyć Ale­ję By­łych Za­słu­żo­nych, w ogó­le zli­kwi­do­wać? (Ale­ja By­łych Za­słu­żo­nych to nie mój głu­pi dow­cip; wi­dzia­łem taki na­pis na cmen­ta­rzu w Le­gni­cy).

A gdy już uda się to prze­pro­wa­dzić w War­sza­wie, po­zo­sta­ną inne mia­sta. Przed kil­ko­ma laty oglą­da­łem cmen­tarz mau­zo­leum. Cen­tral­nie po­mnik ze sto­sow­nym na­pi­sem, po le­wej i pra­wej obe­li­ski upa­mięt­nia­ją­ce ofia­ry woj­ny, a po­śród nich, tuż koło po­mni­ka, w tra­wie, omsza­ła pły­ta. Me­ta­lo­we li­te­ry ode­rwa­no, lecz po­zo­stał ślad, sła­bo czy­tel­ny: BO­HA­TE­ROM W WAL­CE O SO­CJA­LIZM. Ktoś po­chla­pał ten ka­mień czer­wo­nym la­kie­rem.

Oczy­wi­ście, że nie wal­czy­li o so­cja­lizm, naj­praw­do­po­dob­niej nie zna­li tego sło­wa w pe­ere­low­skim zna­cze­niu, w pierw­szych la­tach po woj­nie mó­wi­ło się de­mo­kra­cja. Dziś so­cja­lizm ko­ja­rzy się po­wszech­nie z ko­mu­ni­zmem, na­wet ze sta­li­ni­zmem. Daw­ny, on­giś oczy­wi­sty, jed­no­znacz­ny sens zo­stał wy­ma­za­ny ze świa­do­mo­ści, je­śli nie li­czyć paru hob­by­stów.

Uka­za­ła się wła­śnie książ­ka Ada­ma Uziem­bły Nie­pod­le­głość so­cja­li­sty15, pró­ba przy­wró­ce­nia fun­da­men­tal­nej wie­dzy o tra­dy­cji pol­skie­go ru­chu so­cja­li­stycz­ne­go, któ­ry przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą wniósł ideę nie­pod­le­gło­ścio­wą. Ten ruch po­szedł w nie­pa­mięć. Za­rów­no PRL-owska pro­pa­gan­da, jak póź­niej­sze śro­do­wi­ska pra­wi­co­we nie były za­in­te­re­so­wa­ne, by tę pa­mięć przy­wró­cić. Nie ma się co łu­dzić, że jed­na książ­ka za­ła­twi pro­blem, ale nie­chże przy­najm­niej ktoś się zdzi­wi, że so­cja­li­ści to nie ko­mu­ni­ści, a już z pew­no­ścią nie utrwa­la­cze. War­to by wzno­wić mo­nu­men­tal­ne dzie­ło Li­dii i Ada­ma Cioł­ko­szów Za­rys dzie­jów so­cja­li­zmu pol­skie­go, wy­da­wa­ne w Lon­dy­nie w la­tach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych, dziś prak­tycz­nie nie­do­stęp­ne. A to prze­cież wiel­ki szmat dzie­jów kul­tu­ry pol­skiej.

O ileż wię­cej tu wol­no­ści

niż dziad za Ba­to­re­go miał –

wol­no na wi­wat pa­lić z dział

i wol­no ko­ść­mi gry­wać w ko­ści,

gdy je nie­sie­my z le­śnej jamy

w god­niej­szy czy mniej god­ny grób,

gdy cię, hi­sto­rio, po­pra­wia­my

me­to­dą wie­lo­krot­nych prób.

(W. Dą­brow­ski, Por­tret tru­mien­ny)

Pol­skie ne­kro­po­lie dwu­dzie­ste­go wie­ku mogą za­in­spi­ro­wać pro­du­cen­tów gier kom­pu­te­ro­wych. Gra edu­ka­cyj­na: Mały lu­stra­tor. Z za­łą­czo­nej li­sty sław­nych Po­la­ków ułóż Ale­ję Za­słu­żo­nych AD 1938, 1948, 1956, 1968, 1989 i ak­tu­al­ną. Wer­sja dla za­awan­so­wa­nych: za­słu­że­ni z nada­nia pił­sud­czy­ków, en­de­ków, cha­de­ków, lu­do­wców, so­cja­li­stów, ko­mu­ni­stów. Po­sta­cie do prze­łknię­cia i nie do prze­łknię­cia dla prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych ozna­czyć kół­kiem lub krzy­ży­kiem. Za­twier­dzo­ne przez Mi­ni­ster­stwo Edu­ka­cji Na­ro­do­wej do użyt­ku szkol­ne­go jako ma­te­riał po­moc­ni­czy z hi­sto­rii naj­now­szej. Ja tu so­bie iro­ni­zu­ję, a to prze­cież nie­bez­piecz­ne; nie ma kon­cep­tu na tyle głu­pie­go, by nie zna­lazł zwo­len­ni­ków, już Jan Ko­cha­now­ski o tym pi­sał.

Po­dob­nie jak ru­iny za­ra­sta­ją tra­wą i chwa­sta­mi, spo­mię­dzy któ­rych strze­la­ją brzóz­ki, po­dob­nie jak w Be­ski­dzie Ni­skim w do­li­ny, z któ­rych wy­sie­dlo­no Łem­ków, scho­dzi z wier­chów las – naj­pierw ja­łow­ce, za nimi drze­wa i cała resz­ta – tak wo­jen­ne po­go­rze­li­ska i po­wstań­cze sym­bo­le za­ra­sta­ją ki­czem. Kicz to roz­pacz­li­we pra­gnie­nie szczę­ścia, wła­ści­we każ­de­mu czło­wie­ko­wi, wy­pra­wa do Ar­ka­dii na skró­ty, na prze­łaj, bez wzglę­du na re­alia, te­raz za­raz, wbrew wszyst­kie­mu. Kicz ob­ła­ska­wi na­wet woj­nę i po­wsta­nie, je­śli dać mu wię­cej cza­su. A sko­ro doj­rze­je i speł­ni swo­ją rolę, wnu­ki wy­szy­dzą go i bez­tro­sko od­rzu­cą, za­stę­pu­jąc nie­pa­mię­cią. Zwy­kła ko­lej rze­czy. Tak było po każ­dym ka­ta­kli­zmie.

Gdy się żyje kopę lat z okła­dem, moż­na spoj­rzeć wstecz i wy­raź­nie do­strzec eta­py owe­go pro­ce­su. Naj­pierw był hu­mor, bar­dziej lub mniej wy­szu­ka­ny, lu­dzie mu­sie­li od­re­ago­wać. – Chlaj li­ter! – po­zdra­wia­li się pi­ja­cy pierw­szych lat po­wo­jen­nych, a my, chło­pa­ki, po­wta­rza­li­śmy wier­szyk:

A w Ber­li­nie, w ma­ga­zy­nie,

sie­dzi Hi­tler na sprę­ży­nie.

A sprę­ży­na się wy­gię­ła

i Hi­tle­ra w nos pal­nę­ła.

Tuż po woj­nie cho­dzi­li jesz­cze po Bie­la­nach ko­lęd­ni­cy z gwiaz­dą i tu­ro­niem. Ów­cze­sny król He­rod miał to, co za­wsze: czer­wo­ny płaszcz, ko­ro­nę, ber­ło, ale żeby roz­we­se­lić pu­blicz­ność i zgar­nąć tro­chę wię­cej gro­sza, ma­lo­wał so­bie wę­glem cha­rak­te­ry­stycz­ny wą­sik, a swą od­wiecz­ną kwe­stię skan­do­wał, w zą­bek cze­sa­ny, cha­rak­te­ry­stycz­ną in­to­na­cją, z ręką unie­sio­ną w fa­szy­stow­skim po­zdro­wie­niu.

Oto je­stem świa­ta król.

Ty­siąc rzek i ty­siąc pól

Pod moim pa­no­wa­niem.

A gdy idę, lud pada,

Sto po­kło­nów mi skła­da.

Od świ­tu aż do zmro­ku

Idę we krwi po­to­ku.

Ja, pan świa­ta ca­łe­go,

Brzę­kiem mie­cza mo­je­go

Pod­bi­łem całe na­ro­dy.

Na tro­nie sia­dam

I wam za­po­wia­dam,

By­ście tu przy mnie byli

I roz­ka­zy moje peł­ni­li.

Pu­blicz­ność pę­ka­ła ze śmie­chu i biła bra­wo. Była za­sko­czo­na, choć prze­cież zna­ła tekst. Ci­chła, kie­dy He­rod roz­ka­zał wy­mor­do­wać wszyst­kie nie­mow­lę­ta w pań­stwie, zaś en­tu­zjazm się­gał szczy­tu w sce­nie fi­na­ło­wej, gdy dia­beł, kłu­jąc He­ro­da wi­dła­mi w ty­łek, wo­łał:

Ej, Hi­tle­rze, za twe zbyt­ki

idź do pie­kła, boś ty brzyd­ki!

Mi­li­cja wkrót­ce za­ka­za­ła ko­lę­do­wa­nia w ra­mach wal­ki z ban­dy­ty­zmem, bo­wiem nie­któ­rzy prze­bie­rań­cy ter­ro­ry­zo­wa­li lo­ka­to­rów, kra­dli z miesz­kań co się dało i spo­koj­nie wy­cho­dzi­li, gło­śno śpie­wa­jąc ko­lę­dy i krę­cąc gwiaz­dą, ura­do­wa­ni, że nikt nie roz­po­zna w nich ra­bu­siów.

Po Bie­la­nach cho­dzi­ła też ka­pe­la po­dwór­ko­wa. Bie­ga­łem za nią jak inne dzie­ci, chło­ną­łem jej nie­do­ści­gnio­ną ma­estrię, kształ­to­wa­ła moje po­czu­cie pięk­na. Za­padł we mnie ury­wek po­wstań­czej pio­sen­ki, ści­ska­ją­cej gar­dło wzru­sze­niem:

Pod czołg idzie z bu­tel­ką dziew­czy­na,

Szko­py walą w nią.

Jaka pięk­na jest moja dziew­czy­na,

więc uwiel­biam ją.

A ustecz­ka ma słod­sze od wina,

kie­dy spra­gnio­ne drżą,

jaka miła jest moja dziew­czy­na,

więc uwiel­biam ją.

Nig­dy już jej póź­niej nie spo­tka­łem. Może roz­pły­nę­ła się, jak tyle in­nych, może gdzieś żyje. Je­śli ją kie­dyś usły­szę, zro­bi mi się smut­no. Ulicz­na ka­pe­la za­ra­bia­ją­ca na kie­li­szek chle­ba i ka­pe­la prze­bra­nych apa­szy w te­le­wi­zyj­nym stu­diu za­trud­nio­na na umo­wę o dzie­ło tak róż­nią się od sie­bie, jak prze­ję­ty dzie­się­cio­let­ni An­toś róż­ni się od sta­re­go ko­nia, któ­ry wła­śnie zbie­ra się w so­bie, żeby to dzie­ło naj­wyż­szych ar­ty­stycz­nych lo­tów, pły­ną­ce z sa­mej głę­bi ser­ca, wy­ci­ska­ją­ce naj­praw­dziw­sze łzy, na­zwać szmi­rą.

Mu­sia­ło mi­nąć dwa­dzie­ścia lat i wy­ro­snąć nowe po­ko­le­nie, żeby kicz wo­jen­ny wszedł w kul­tu­rę ma­so­wą jak nóż w ma­sło. Ka­pi­tan Kloss (1965) i Czte­rej pan­cer­ni z psem Sza­ri­kiem (1966) za­wo­jo­wa­li ser­ca Po­la­ków, zwłasz­cza dzie­ci i mło­dzie­ży. Mi­ja­ją ustro­je i ge­ne­ra­cje, a uwiel­bie­nie trwa i za­pew­ne dłu­go jesz­cze po­trwa. Że­rom­ski się ze­sta­rzał, Wań­ko­wicz po­ra­sta mchem, prze­ce­nio­na Trę­do­wa­ta żółk­nie na wy­sta­wie, a Staw­ka więk­sza niż ży­cie i Czte­rej pan­cer­ni i pies biją ko­lej­ne re­kor­dy oglą­dal­no­ści.

Obu se­ria­lom za­rzu­ca­no nie­zgod­ność z praw­dą hi­sto­rycz­ną, a to prze­cież błąd lo­gicz­ny, po­mie­sza­nie po­jęć. To nie są fil­my hi­sto­rycz­ne, lecz przy­go­do­we w wo­jen­nej sce­no­gra­fii. Choć­by jed­na za­sad­ni­cza spra­wa – na praw­dzi­wej woj­nie co dnia giną żoł­nie­rze, może to spo­tkać każ­de­go w każ­dej chwi­li, lecz nie Klos­sa ani pan­cer­nych, sko­ro mają wy­stą­pić w na­stęp­nym od­cin­ku. Są bez­piecz­ni, choć tak nie­praw­do­po­dob­nie się na­ra­ża­ją. Ale wszyst­ko bę­dzie do­brze, bo ta­kie są pra­wa ga­tun­ku. Wy­obraź­my so­bie, jaka wy­bu­chła­by awan­tu­ra, gdy­by sce­na­rzy­sta uśmier­cił Gu­stli­ka albo gdy­by przy­cze­pił Sza­ri­ko­wi do ob­ro­ży ma­te­riał wy­bu­cho­wy i ka­zał pod­czoł­gać się pod nie­miec­ki czołg, by wy­sa­dzić go w po­wie­trze. Wy­klu­czo­ne. A prze­cież Ar­mia Ra­dziec­ka tre­so­wa­ła po to psy, na­wet wy­da­no o tym ksią­żecz­kę dla dzie­ci z ob­raz­ka­mi. Wy­po­ży­czy­łem w szkol­nej bi­blio­te­ce i prze­czy­ta­łem. Żeby wam za to, sza­now­ni wy­daw­cy, smród nogi po­wy­krę­cał. Nie­znisz­czal­ność głów­nych bo­ha­te­rów, oczy­wi­sta dla każ­de­go wi­dza, była wa­run­kiem po­wo­dze­nia Staw­ki więk­szej niż ży­cie i Czte­rech pan­cer­nych.

Gdy­by ktoś na­krę­cił, jak trzej musz­kie­te­ro­wie i d’Ar­ta­gnan przy­by­li do Pol­ski, by wspo­móc so­li­dar­no­ściow­ców w po­tycz­kach z zo­mow­ca­mi, i z okrzy­kiem Vive la So­li­da­ri­té! zmu­sza­ją do rej­te­ra­dy ba­ta­lion chłop­ców go­lę­dzi­now­skich, zdo­by­wa­jąc ar­mat­kę wod­ną i ko­lum­nę ra­dio­wo­zów, był­by to film hi­sto­rycz­ny w ta­kim sa­mym stop­niu co Kloss albo Pan­cer­ni i rów­nież mógł­by się bar­dzo po­do­bać.

Za mo­ich stu­denc­kich lat le­ciał w ki­nach wo­jen­ny film ame­ry­kań­ski, któ­re­go ak­cja dzia­ła się mię­dzy in­ny­mi w War­sza­wie. Ge­sta­po­wiec aresz­tu­je łącz­nicz­kę, ka­tu­je, dziew­czy­na osu­wa się na zie­mię, Nie­miec wi­dzi, że ją z roz­pę­du za­bił, jest prze­ra­żo­ny. Bie­rze bo­ha­ter­kę na ręce, pró­bu­je ra­to­wać, dziew­czy­nie opa­da gło­wa, oczy męt­nie­ją, spod be­re­tu wy­pły­wa ka­ska­da lśnią­cych zło­tych wło­sów, nie­wąt­pli­wie przed chwi­lą umy­tych naj­lep­szym szam­po­nem z od­żyw­ką. Ga­sną­ca kon­spi­ra­tor­ka uśmie­cha się, szep­ce, że nic nie po­wie, nie po­wie, nie po­wie, nie po. Sztyw­nie­je, ge­sta­pow­ca drę­czą wy­rzu­ty su­mie­nia, w tle so­lów­ka na skrzyp­cach. Oku­pa­cyj­na War­sza­wa po hol­ly­wódz­ku. Jesz­cze pięt­na­ście lat wcze­śniej by­ło­by wiel­kie zgor­sze­nie, o ile rzecz w ogó­le do­pusz­czo­no by do roz­po­wszech­nia­nia, co wy­da­je mi się nie­praw­do­po­dob­ne. W po­ło­wie lat sześć­dzie­sią­tych pu­blicz­ność wyła ze śmie­chu. Naj­bar­dziej, gdy zo­ba­czy­ła na ekra­nie zbli­że­nie zdu­mio­nej, a po chwi­li prze­ra­żo­nej i zroz­pa­czo­nej twa­rzy zbrod­nia­rza-wraż­liw­ca w szwab­skim mun­du­rze. Cie­ka­we, czy pan re­ży­ser o tym się do­wie­dział.

Dzi­siaj lu­dzie przy­pusz­czal­nie zie­wa­li­by z nu­dów, je­śli w ogó­le wy­bra­li­by się na taki film.