Za tamtą górą. Wspomnienia łemkowskie - Antoni Kroh - ebook
Opis

Opowieść o Łemkach, od wieków żyjących w Beskidzie Sądeckim i Niskim, w latach 1945–1946 przesiedlonych w trybie „dobrowolno-przymusowym” na Ukrainę, zaś w 1947 roku, podczas akcji „Wisła”, deportowanych i rozproszonych na Ziemiach Zachodnich. Czytamy o tych, którym z niemałym trudem udało się wrócić, choć już nie na swoje, o odnajdywaniu się w nieprzyjaznych realiach PRL, pierwszych koncertach zespołu „Łemkowyna”, łemkowskich zlotach – Watrach, przywiązaniu do tradycji, kultury, języka. Autor pisze o sprawach nieprostych – lustro łemkowskie odbija także polskie problemy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 332

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opracowanie ‌graficzne: ‌Janusz Barecki

Opracowanie ‌indeksu: Tadeusz ‌Nowakowski

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Na obwolucie ‌wykorzystano ‌zdjęcie autorstwa ‌Antoniego Kroha: kapliczka ‌łemkowska

Zdjęcia w książce ‌(odwołania ‌do numerów ‌stron dotyczą ‌wydania ‌papierowego książki):

Antoni ‌Kroh: s. 7, ‌13, ‌21, 32, ‌38, 58, 64, 65, ‌76, ‌79, 80, 83, ‌86, 90, 92, 96, ‌100, 106, 115, ‌127, ‌144, ‌145, ‌174, ‌175, 177, 181, ‌196, 198, 211, 212, ‌215, 218, ‌250, 252, 253, 256, ‌268, 273, 279, 285, ‌289

Bartosz Kroh: s. 166

Maja ‌Kroh: ‌s. ‌41

Paweł ‌Kroh: s. 10, ‌47, 49, 52, 57, ‌59, 62, ‌67, 87, 97, 98, ‌116, 119, 123, ‌124, 126, 168, 269, ‌272, 278–287

Muzeum Kultury Łemkowskiej ‌w Zyndranowej: ‌s. 99, ‌152

Roman Reinfuss: s. ‌16

Andrzej Wielocha: s. 48, ‌186, 187

Zbigniew Wolanin: s. ‌147, 155–157, 161, 162

i ‌nieznani

ISBN 978-83-244-0470-4

Copyright © by Wydawnictwo ‌Iskry, ‌Warszawa 2016

Copyright ‌© ‌by Antoni Kroh

Wydawnictwo ‌Iskry

al. Wyzwolenia ‌18

00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja ‌publikacji ‌do wersji elektronicznej

SPIS ‌RZECZY

Lata siedemdziesiąte

Zwiedzanie rodzinnej wsi

Punkt ‌wyjścia

Wystawa „ŁEMKOWIE ‌ЛЕМКЫ”

Pół wieku z ‌kolonizacją ‌wołoską

Wiatr od Tatr, ‌czyli kany ta ‌honorność

Niedoszły ‌bestseller

Do ‌Zyndranowej

W ogrodzie

Nasze Watry

Diogenes ‌w ‌rusińskiej ‌beczce

„Besida” i jej redaktor

Studenci ‌i inne bratnie ‌dusze

Co potem

Indeks ‌osób

Indeks nazw ‌geograficznych

Przypisy

Lata siedemdziesiąte

W grudniu roku siedemdziesiątego ‌ubiegłego wieku, w tragicznych okolicznościach, ‌władzę w Polsce ‌przejęła ekipa Edwarda Gierka. ‌Nowy ‌pierwszy sekretarz zadeklarował:

„Żelazną regułą naszej polityki gospodarczej i naszej polityki w ogóle musi być zawsze liczenie się z rzeczywistością, szeroka konsultacja z klasą robotniczą i inteligencją, respektowanie zasad kolegialności i demokracji w życiu partii i w działaniu władz naczelnych. Ostatnie wydarzenia przypomniały nam w sposób bolesny tę podstawową prawdę, że partia musi zawsze utrzymywać ścisłą więź z klasą robotniczą i całym narodem, że nie wolno jej utracić wspólnego języka z ludźmi pracy”[1].

Parę dni później w Instytucie kolega rozbawił nas przeróbką piosenki Wojciecha Młynarskiego:

„Dla sympatycznej klasy robotniczej i całego narodu polskiego od niewątpliwie sympatycznego pana Edwarda: picu, picu”.

Gdyśmy się wyśmieli, poprosił, żeby nie puszczać tego w obieg, trzeba nowej ekipie dać kredyt zaufania, może się w kraju coś zmieni na lepsze, przynajmniej odrobinę.

– Ha, nie puszczać w obieg, jak ty to sobie wyobrażasz?

– Wcale sobie nie wyobrażam, ale powinno się myśleć racjonalnie, a zarazem mieć nadzieję. Trudno, jestem inteligentem i nie ma na to rady. W narodzie zakiełkował ostrożny optymizm, nie należy go płoszyć.

Znowu się roześmieliśmy, choć nieco powściągliwiej. Ktoś zauważył, że zaledwie kilka lat temu, przed V Zjazdem, Gomułka obiecywał mniej więcej to samo, co teraz Gierek. A potem na ulicach lała się krew.

Jesienią siedemdziesiątego pierwszego roku ogłoszono zwołanie VI Zjazdu PZPR na początek grudnia. Następne miesiące upłynęły pod znakiem (tak się mówiło) wniosków przedzjazdowych. Było to – chyba nieświadome – nawiązanie do tradycji chłopskich suplik, częstych w dawnej Rzeczypospolitej. Na ogół bezskutecznych, lecz niezwykle istotnych dla ich autorów, a dzisiaj stanowiących cenne źródło historyczne, choć zachowało się ich niewiele. Wielokrotnie apelowano do obywateli, by w tych przedzjazdowych wnioskach pisali szczerze, co ich boli, co im leży na sercu, jakie widzą drogi poprawy w wielkich i małych sprawach. Trzeba uszczerzyć (tak też się mówiło) atmosferę. Zaś nowe kierownictwo dołoży starań, by wszelkie słuszne pretensje jak najszybciej rozpatrzyć, a niedobrą atmosferę rozładować.

Załatwiono wiele spraw drobnych, lokalnych, a zarazem nośnych propagandowo. Wniosek: było co było, ale teraz naprawiliśmy błędy i możemy podążać naszą słuszną drogą.

Suplika łemkowska miała bez porównania większy kaliber i była dla władzy wielce niepożądana.

W listopadzie Zarządy Powiatowe Ukraińskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego w Gorlicach i Sanoku oraz koła w Bielance, Bartnem, Gorlicach, Hańczowej i Zdyni (Gorlickie), Grabiu ( Jasielskie), Polanach, Zyndranowej (Krośnieńskie), Komańczy, Mokrem (Sanockie), w sumie około dwudziestu podpisów, w tym kombatantów i wieloletnich członków partii, wystosowały pismo do komisji wnioskowej VI Zjazdu. Domagano się w nim prawa do powrotów wysiedlonym, zwrotu własności, zwłaszcza lasów, zadośćuczynienia krzywd.

Jednym z sygnatariuszy był Teodor Gocz, który wspominał po latach:

„W 1971 roku, po wysłaniu do I Sekretarza Partii Edwarda Gierka pisma w sprawie wysiedlenia Łemków z ojczystej ziemi, naprawienia krzywd i umożliwienia powrotów, autorów listu zaczęto prześladować. Ten list ja także podpisałem. Wezwano mnie do Wojewódzkiego Wydziału Spraw Wewnętrznych w Rzeszowie. Kierownik Wydziału Henryk Ż. zarzucił mi, że w liście obraziliśmy Wojsko Polskie, ponieważ napisaliśmy, że wojsko w czasie Akcji «Wisła» dopuszczało się kradzieży. Groził mi sądem. Powiedziałem mu, że byłem żołnierzem, nosiłem polski mundur i składałem przysięgę narodowi i państwu polskiemu. Nie obraziliśmy Wojska Polskiego, tylko napisaliśmy prawdę o tych żołnierzach, którzy naruszali dyscyplinę wojskową i łamali prawa człowieka. Żyją jeszcze ludzie, którzy mogą to potwierdzić. Mnie również bito, aresztowano i sądzono, dlatego podpisałem ten list z czystym sumieniem. Kierownik udawał, że nic nie rozumie, i nie chciał mnie słuchać. Powiedział, że mogą mnie jeszcze raz sądzić i wysiedlić (...). Wtedy zdjąłem buty, wyciągnąłem pasek ze spodni i powiedziałem, że prokurator może mnie brać do aresztu. Mój rozmówca-oskarżyciel złagodniał, kazał mi iść do domu”[2].

Tadeusz Szczepanek

Jarosław Trochanowski, skrzypek i dyrygent, twórca zespołu Łemkowyna, także podpisał, więc zerwano z nim umowę o pracę i usunięto z Towarzystwa, które go zatrudniało. Zanim po kwarantannie mógł wrócić do Bielanki i odtworzyć zespół, przez jakiś czas pracował w hucie w Głogowie. Rozwiązano Zarząd Powiatowy UTSK w Gorlicach, a podległe mu koła podporządkowano bezpośrednio Zarządowi Wojewódzkiemu w Rzeszowie. Partyjnych wyrzucono z partii. Były też inne szykany.

Wiosną siedemdziesiątego drugiego sprowadziłem się do Nowego Sącza. Tadeusz Szczepanek, ówczesny kierownik muzeum, który mnie ściągnął, lubił dużo mówić, a ja słuchałem.

Chciałem wiedzieć jak najwięcej o regionie. Zapytałem go, co powinienem najpilniej przeczytać. Doradził na początek tom reportaży Jak na Zawiszy Janusza Roszki[3] oraz Pieniny i ziemia sądecka Jana Wiktora[4].

Przez Wiktora trzeba było się przedzierać, lekturę mocno uprzykrzał chorobliwy przerost ambicji artystycznych autora, zdania w rodzaju: „Tak, tak, Dunajec, ten uroczy, wciąż nieokiełznany młodzieniec, kiedy oszaleje, karty serc ludzkich, karty kronik i grudy ziemi górskiej zapisuje straszliwą opowieścią”. No, niech mu tam, „talent go męcy i ni mo uproś”, jak mawiał pewien ludowy znawca sztuki. Ale co gorsze, w opisie wsi rusińskich koło Szczawnicy nawsadzał wykrętnych frazesów. „Po wojnie ludność częściowo przeniosła się na wschód, a częściowo na Ziemie Zachodnie”. Ot tak, przeniosła się, jak ja z Warszawy? „Dawni mieszkańcy opuścili te ziemie, zabrali z sobą wszystkie obrzędy, zwyczaje, pieśni i przenieśli w inne, urodzajniejsze strony”. Znaczy – podjęli decyzję o gromadnych przenosinach, bo gleba im nie odpowiadała, chcieli podnieść wydajność z hektara? Czy tak, Mistrzu?

Opis czterech wsi rusińskich w Małych Pieninach przed Akcją „Wisła” sugeruje oczywistą nieprawdę, że wśród Łemków zacofanie, pijaństwo i pieniactwo występowało nagminnie, silniej niż w sąsiednich wsiach polskich. „Chata tutejsza patrzyła na świat małymi, nigdy nieotwieranymi okienkami. Jakże rzadko można było spotkać łóżko zaścielone pierzyną i spiętrzone poduszkami. O wiele częściej barłóg zarzucony brudnym kożuchem, legowisko dla całej rodziny na piecu, gdzie w zimie cały dzień dzieciska przebywały. (...) Jeszcze można było spotkać kurne chaty, «bo to zdrowe, choroby się nie lęgną, robactwo się boi dymu i dlatego dawniej ludzie dłużej żyli»”. Nie wiadomo, czy autor chodził przed wojną po Gorcach albo Beskidzie Wyspowym i oglądał wnętrza chałup, ale wydaje się pewne, że czytał głośną książkę Jalu Kurka Grypa szaleje w Naprawie, opisującą ówczesne wiejskie realia okolic Jordanowa i Rabki. Zaś co do kurnych chat, w latach siedemdziesiątych widziałem ich jeszcze kilka we wsiach tradycyjnie polskich – pod Myślenicami, Nowym Sączem. Nie sądzę, by miało sens przypisywanie ich do tej czy innej narodowości. Raczej do ogólnej bidy galicyjskiej.

Nie przemówiła do mnie proza Wiktora, ale przecież zirytowałem się, że w Pieninach i ziemi sądeckiej, jak obiecuje tytuł, autor całkowicie pominął Łemkowszczyznę nadpopradzką. Ani słowa o Leluchowie, Miliku, Żegiestowie, Wierchomli. Może to zresztą i lepiej.

Janusz Roszko, dziennikarz i publicysta związany z Sądecczyzną, objawia ten sam moralny daltonizm.

„A koło drewnianej cerkiewki pochylone i popróchniałe krzyże są śladem po tych ludziach, co Łemkami nazywani żyli tutaj na wierchach wierchomlańskich i przeszumieli [?! – A.K.] z wojennym wiatrem. Granice na wysokich polanach, które niegdyś były polami uprawnymi, układane w pryzmy z łamanego kamienia, dają świadectwo ich pracowitości. Opuszczone siedziby na kamienistych zboczach, którym wydzierali owies i jęczmień, mówią o ludzkiej nędzy, o pracowitym biedowaniu. W opowieści o garnku pełnym złotych austriackich pieniędzy, tkwiącym w murach domu, rozkurzonym przez powojennych osadników – tkwi echo prawdy o zbójnickich wyprawach wierchomlańskich ku słowackim miastom. W starych pismach prawda zawarta, że z królami polskimi chodzili wierchomlańscy na dalekie wojny i nadania otrzymywali, dzięki czemu za Łemków się już nie uważali”.[5].

W których „starych pismach” konkretnie i kiedy przestali uważać się za Łemków? Skąd autor zaczerpnął powyższą informację? A jeśli tak było, to dlaczego nie pozostawiono ich na ojcowiźnie, lecz wygnano razem z innymi?

Cmentarz w Dolinach k. Szymbarku

W opowieści Janusza Roszki ksiądz obrządku wschodniego wygląda, jakby wyszedł z sowieckiego pisma satyrycznego „Krokodyl”:

„Niegoleni od tygodni bandyci wyciągali szyje z zabrudzonych kołnierzyków koszul i słuchali. Łabowski pop[6] wodził łagodnym spojrzeniem po jaskrawo malowanym stropie cerkwi i mówił: «Bóg wam, dziatki, pomoże». (...) Pop z Łabowej to swój człowiek, współpracował z Niemcami. W ogóle potrafił do sumienia przemówić. Ale gdy tylko bandy UPA wycofują się w góry, sypia w cerkwi za ołtarzem. Boi się nowej władzy. Gdy bandy UPA wycofują się, nie dają mu zmrużyć oka grzechy z okupacji i obecne. Wali się kudłatą pięścią w pierś i powtarza cichutko, aby nikt nie usłyszał:

«Hospody, pomyłuj, Hospody, pomyłuj». Gdy bandy przychodzą w dolinę, szybko otrząsa się z melancholii i na policzki występują mu czerwone placki rumieńców”.

A więc Roszko „pragnął podkreślić”, że upowcy tygodniami się nie golili i mieli brudne kołnierzyki. Temu akurat nie byłbym się dziwił, skoro od miesięcy żyli w leśnych ziemiankach i przemierzali dziesiątki kilometrów dziennie.

Widać tu wpływ stylistyki Łun w Bieszczadach Jana Gerharda – książki, która od lat sześćdziesiątych aż do końca PRL miała wiele wydań, ogółem pół miliona egzemplarzy, była lekturą szkolną. Tam również upowcy się nie golą i jeden w drugiego mają czarne zęby.

Po kilku latach wpadła mi w ręce książka Marii Ostromiry Łemkowszczyzna w ogniu[7], napisana w odpowiedzi Gerhardowi. I rzeczywiście: kto u Gerharda ma odrażający, zarośnięty pysk bandyty, wilcze ślepia, braki w uzębieniu i duszę zwyrodnialca, ten u Ostromiry jest herosem o szlachetnym obliczu, alabastrowym uśmiechu, włosach blond oraz czystych chłopięcych oczach niczym Lemoniadowy Joe. U Gerharda bandycki napad – u Ostromiry sprawiedliwy gniew. A jeśli Polak, to ostatni plugawiec. Przez wiele lat wydawało mi się oczywiste, że Łemkowszczyzna leży w Beskidzie Niskim i Sądeckim, na zachód od rzeki Osławy; lecz Łemkiwszczyna z powieści Marii Ostromiry to Bieszczady i Pogórze Przemyskie, tereny na prawym brzegu Sanu od Sanoka po Przemyśl. Może pojednanie polsko-ukraińskie zacząć od uzgodnienia podstawowych pojęć geograficznych oraz stwierdzenia, że niechlujny wygląd i złe lub dobre cechy charakteru nie są przypisane do tej czy innej narodowości. Zgódźmy się w tych kwestiach, a potem zastanówmy się, co dalej. Może jakoś pójdzie.

W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych obowiązkową lekturą miłośników Karpat były wiersze Jerzego Harasymowicza. Trafiały do serc, recytowano je na ogniskach turystycznych i harcerskich, także na weselach łemkowskich. Dorabiano do nich melodie.

Beskid Niski z tych utworów to kraj elegijny: rozsypujące się cerkwie, szarzejące od deszczu przydrożne figury, zarośnięte cmentarze, butwiejące ikony. I przyroda – witalna, kolorowa, bujna. Tym bardziej kolorowa i bujna, im posępniejsze ślady po dawnych mieszkańcach. Dokąd i dlaczego odeszli, czemu nie wracają, co się z nimi teraz dzieje – nie wiadomo. Łemkowszczyzna Harasymowicza jest nostalgiczna jak przemijanie, pustka, starość, śmierć, samotność. Szkoda, że się starzejemy i umieramy, miłość nie zawsze jest wzajemna, ale cóż... Pozostaje zaduma. W bezpiecznie zakreślonych ramach. Byli więc Łemkowie, ale odeszli do historii niczym antyk, gotyk, renesans, szkolne miłości. Można przystanąć, pomedytować. Przesłonić estetyzującą mgiełką rzeczywiste ludzkie losy.

Cenzura była czujna, więc samo użycie słowa „Łemkowie” i opisy zdewastowanych cerkwi były w tamtych czasach niewątpliwą zasługą Harasymowicza. Głównie za to kochano jego utwory. Ale dobry poeta mógł znacznie więcej – dysponował przecież bogatymi środkami wyrazu i miał wiernych czytelników wprawnie czytających między wierszami, jak to było wówczas na porządku dziennym.

Programowa malowniczość. Cmentarz jest malowniczy, gdy zarasta, cerkiew malownicza, kiedy przez dziury w dachu widać obłoki. Święci na ikonach bezrobotni, zmarznięci i głodni, bo Łemkowie przeminęli – jak przeminęli starożytni Grecy, pozostawiwszy zimne posągi i kolumny sterczące w niebo.

Ówczesne przewodniki turystyczne (moje elementarze, uczyłem się z nich podstaw wiedzy o regionie) nie mówiły o wsiach łemkowskich, lecz połemkowskich. Kiedy i dlaczego łemkowskie stało się połemkowskim? Informacje były półgębkowate albo w ogóle żadne. Dziwnie było czytać o rzekach, lasach bukowo-jodłowych, niedźwiedziach, salamandrach plamistych, źródłach mineralnych, buntach chłopskich przeciw powinnościom pańszczyźnianym, pierwszej wojnie światowej, drugiej wojnie światowej, zaś ani słowem o „dobrowolno-przymusowym” wysiedleniu na Ukrainę w 1945 roku i Akcji „Wisła” w 1947, wydarzeniach znacznie okrutniejszych i donioślejszych w skutkach dla Łemków niż obie wojny razem wzięte. Z omówień kultury ludowej można było dowiedzieć się tego lub owego o białych zapaskach, zielonych lajbikach, koralikowych krywulkach, chałupach wąskofrontowych i obyczajach weselnych, mniej zaś o tym, dlaczego całe wsie poznikały, a zostały jedynie podmurówki, pokrzywy, zdziczałe sady, cmentarze, zarastające miedze, drogi donikąd i kamienne figury.

Kapliczka łemkowska, Jaworzynka nad Wierchomlą

Prace naukowe były sumienne na swój sposób. Tytuł jednej z nich: Łemkowie, zagadnienia migracji i asymilacji (1974). Czy wypędzenie to migracja? W pewnym sensie. Czy asymilacja znaczy w tym wypadku wynarodowienie? Z publikacji wynika, że jest ono nieuchronne. Czyżby?

Etnografowie, pisząc o sprawach dawno minionych, posługiwali się czasem teraźniejszym, co im zresztą do dzisiaj pozostało. Nazywają to pompatycznie praesens ethnographicum. Układają swoje rekonstrukcje z okruchów, które udało im się zdobyć w terenie, mniej lub bardziej przypadkowo. Na ogół przyjmują wszystko z radością i zrozumiałą satysfakcją, bez zastrzeżeń, a przecie chłopi też potrafią łgać, choćby bezwiednie, żeby nie wyjść przed miastowymi na prostaków. Etnograf, również ten sumienny, niewiele pozbiera, zwłaszcza na spustoszonej Łemkowszczyźnie; musi więc obficie uzupełniać (aktorzy mówią „haftować”) z lektur i głowy własnej. Rzecz ludzka. Trafnie odgaduje, nietrafnie, któż to dzisiaj sprawdzi? „Mieszkańcy noszą stroje... zagrody są rozplanowane... Łemkowszczyznę dzielimy na zachodnią, środkową i wschodnią”. Jacy my? Wedle jakich kryteriów? A przede wszystkim – po co?

Goście zwiedzający skansen mają odnieść wrażenie, jakby przyszli w odwiedziny do gospodarzy z przełomu XIX/XX wieku, a ci „właśnie na chwilę wyszli, niebawem wrócą”. Taka jest idea przewodnia, wielokrotnie deklarowana. Otóż z góry wiadomo, że jest to cel nieosiągalny; przy niewielkiej wprawie można rozpoznać na pierwszy rzut oka, czy oglądamy zdjęcie zrobione w parku etnograficznym, czy w zamieszkałej izbie. Tutaj natychmiast rzuca się w oczy inteligenckie à la rustique, pieczołowicie zaaranżowany autentyzm. Wchodzimy skupieni, przejęci. Ale niestety – głos wewnętrzny, nazwany przez Sokratesa daimonionem, szepce, że przecież to nie chłopska chyża, tylko opracowanie naukowe, poparte żmudnymi badaniami terenowymi, a zarazem dzieło plastyczne, scenografia. Wszystko przemyślane w najdrobniejszych szczegółach, poukładane z przedmiotów codziennego użytku, cudem uratowanych przed zagładą i przemianowanych na skarby kultury. Zestawione ze smakiem, z pietyzmem. (Po śmierci cioci Jadzi jej rzeczy osobiste wydatnie zasiliły sektor cygański skansenu). Nie zagroda do zamieszkania, lecz wystawa, która musi jednocześnie spełniać podstawowe wymogi stawiane ekspozycji muzealnej. Łemkini sprzed stulecia by tak nie potrafiła – nie studiowała etnografii, nie zwiedzała innych skansenów, podpatrując różne grepsy i myki, nie pisała „założeń merytorycznych” ani szczegółowego scenariusza wnętrza, które „reprezentuje typ...”.

A komentarze ludzi zwiedzających skansen to ich nieświadome autoportrety, składające się na obraz stosunku społeczeństwa do tradycji chłopskiej, jednej z najważniejszych w naszej kulturze. Młodzież wiejska urąga, czasem się dziwi, bo to dla niej odkrywcze. Starsi chłopi albo są poruszeni, albo uśmiechają się z niesmakiem – jakże pokazywać takie dziady, po co? Za to miastowi już od progu wpadają w zachwyt. Czas się cofnął dla ich przyjemności, mogą wrócić do raju dzieciństwa. No, komu raj, temu raj. Zresztą reakcje są o wiele bardziej zróżnicowane.

Petro – Łemko całym sercem, poeta, prozaik, śpiewak, redaktor, nauczyciel, organizator życia kulturalnego, powiedział mi kiedyś, że nie cierpi etnografii. Zdziwiłem się. Jak to? On, współtwórca zespołu folklorystycznego, występujący w stroju, śpiewający łemkowskie pieśni, nieustannie odwołujący się do kultury tradycyjnej?

Zrozumienie tej niechęci przyszło później, choć to przecież proste. Petro, zresztą nie on jeden, bronił się przed traktowaniem Łemkowszczyzny jak regionu etnograficznego, zrównania jej z Podhalem czy Kurpiami. Bronił się również przed uznaniem go za poetę ludowego. Za dwujęzyczny tom wierszy Jak sokół wodę z kamienia (Iskry, 1989) dostał prestiżową nagrodę im. Stanisława Piętaka. „Wy się zachwycacie tym pięknie wydanym tomikiem. Ja się nie zachwycam, mnie denerwuje jego strona graficzna, bo sugeruje ludowość (...). Ja nie uważam się za twórcę ludowego, choć czerpię z kultury ludowej Łemków, która nigdy nie była kulturą miejską, ale nie można tego plątać z ludowością. Podobałaby mi się zwykła, normalna książka bez takich maluneczków, cerkiewek, takich piti-piti. Gdy ktoś weźmie ten tomik do ręki, od razu pomyśli: to jakieś góralskie śpiewki napisane pewno przez kogoś z rodu Ciaptaków Gąsieniców”[8].

Z tego samego powodu patrzano z niechęcią na winietę „Łemkiwskiej Storinki”, kolumny poświęconej sprawom łemkowskim w ukraińskim piśmie „Nasze Słowo”, wychodzącym w Warszawie. W tytuł wkomponowano sielski rysuneczek: pastuszek gra na fujarce, owieczki się pasą, pagórki, drzewka. Totalna sielanka, kochany ludowy prymityw, utrwalający stereotyp Łemka-chłopka.

Uważałem za oczywiste, że profesor Roman Reinfuss (1910–1998), jeden z najwybitniejszych etnografów polskich XX wieku, autor publikacji, których nie może pominąć nikt zainteresowany Łemkowszczyzną, cieszy się wśród Łemków estymą i sympatią, a jego prace, pisane na podstawie materiałów zbieranych w latach trzydziestych, a także, po przerwie, w sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, traktowane są niczym skarb przez młode pokolenie, ciekawe kultury przodków. Myliłem się.

Najduch, pasterz z Rychwałdu, fot. Roman Reinfuss 1929

Miałem szczęście pracować pod jego kierunkiem. Podziwiałem rozległą wiedzę Profesora, zaangażowanie, ogromną pracowitość, cierpliwość, bezinteresowny trud. Nie chcę przez to powiedzieć, że zawsze się z nim zgadzałem, zwłaszcza w kwestiach współczesnej sztuki ludowej i jej animowania.

Imponował mi nie tylko swoim dorobkiem; także autoironią i poczuciem humoru. Przyjemnie było słuchać, gdy snuł sentymentalne opowieści. Niektóre zanotował.

„Szedłem śródleśną drogą biegnącą grzbietem Magury [Małastowskiej, 1931] gdy na polance po lewej stronie drogi zwróciła moją uwagę spora sterta liści, obok której znajdowało się coś, jakby buda dla psa, tylko trochę dłuższa. Zacząłem schodzić w kierunku dziwnej budowli, wówczas zaszczekał pies ukryty w cieniu, a z budy na czworakach wygramolił się siwy, wąsaty mężczyzna. Był to mój pierwszy przyjaciel Łemko, nazywał się Najduch. Od wiosny do jesieni pasł na tej polance kilka krów i owiec, teraz spoczywających w szałasie plecionym z gałęzi, podczas gdy stary pasterz odbywał południową drzemkę w ciasnej «kołybie». Do wsi, skąd przynoszono mu codzienny posiłek, wracał dopiero późną jesienią. Zainteresowało mnie życie starego samotnika, siadłem z nim na trawie, poczęstowałem papierosem, później zjedliśmy wspólnie moją wycieczkową «wałówkę», a stary opowiadał i opowiadał. (...) Odwiedzałem go jeszcze parę razy na polanie i w domu w Rychwałdzie (obecnie Owczary). On opowiadał, a ja notowałem i fotografowałem. W ten sposób powstał mój pierwszy drukowany artykuł na temat Łemkowszczyzny”[9].

Zdjęcie Najducha z Rychwałdu było wielokrotnie reprodukowane w publikacjach i wyświetlane na prelekcjach. Bosy, zarośnięty, obtargany. Ale zarazem niezwykle fotogeniczny, wyrazisty. Zaś od lat sześćdziesiątych przede wszystkim egzotyczny. Aborygen.

Otóż ta fotografia, zresztą znakomita, zaczęła niepostrzeżenie pełnić rolę symbolu dawnej Łemkowszczyzny. Źle się stało, bo takie uproszczenie narzuca patrzącemu oczywistą nieprawdę. Oto – nie po raz pierwszy w historii – dzieło sztuki zaczęło żyć swoim życiem, niezależnie od intencji twórcy. Zaś stereotypy, jak wiadomo, mają wielką siłę rażenia. Profesor opowiadał, że rozmowy z tym człowiekiem go odmieniły, rozbudziły zainteresowanie etnografią, ukierunkowały. Miał wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat, odbębniał praktykę w gorlickiej kancelarii prawnej, srodze się tam nudził.

Fotografia pasterza z Rychwałdu i opowieść o jego charyzmatycznym wpływie na młodego aplikanta mocno żenowała Łemków. A więc tacy mieli być ich przodkowie? Profesor, wolno przypuszczać, nie zdawał sobie z tego sprawy. Zapewne myślał, że skoro on daje się porywać wzruszeniom, to inni też. Tym bardziej że wzbudzał ożywienie i akceptujący śmiech większości słuchaczy.

Podobny oddźwięk miała, wielokrotnie powtarzana, opowieść o proboszczu z Hańczowej, do którego młody Reinfuss wybrał się na początku lat trzydziestych, by dowiedzieć się czegoś o płanetnikach.

„W czasie obiadu, na który zostałem zaproszony, podano rosół, w którym były trzy rodzaje much. Takie, które utopiły się w czasie gotowania i rozlazły się na części składowe, takie, które utopiły się później i nieruchomo, ale w całości, unosiły się na powierzchni, i takie, które wpadły do talerza w drodze z kuchni lub już na stole, były żywe, ruchliwe i dzielnie wiosłowały wszystkimi sześcioma nogami. (...) Spojrzałem ukradkiem, co robi ksiądz, a on najspokojniej wyławiał muchy łyżką i lokował jedną przy drugiej na obrzeżu talerza”[10].

Dawny chłopski prymityw, chłopska bieda wymuszona przez los to rzecz drażliwa i nie ma co jej rozpamiętywać. Było, minęło, co komu do tego. Każda aluzja, choćby obojętna, była odbierana jako naśmiewanie się z biedy, czyli wyjątkowo obrzydliwy postępek. Wielokrotnie spotykałem się z tym na Podhalu. Zaś stanowisko odmienne (ciężko pracowaliśmy i proszę, udało się – dzięki naszej przemyślności, pracowitości i woli przetrwania, naszym talentom) spotkałem głównie u „Hamarykanów” oraz u funkcjonariuszy partyjnych, zwłaszcza wysokiego szczebla, zwiedzających skansen. Ci ostatni oczywiście byli przeświadczeni – ba, pewni, że awans materialny wsi to ich zasługa. „Należałoby tu przyprowadzać rozmaitych malkontentów, żeby zobaczyli, jaką przeszliśmy drogę”.

Jednym z moich pierwszych łemkowskich doświadczeń było zorganizowanie pod koniec lat siedemdziesiątych wieczoru w domu kultury. Zaproponowałem temat kierowniczce, ucieszyła się. Uzgodniłem termin. Na mieście zawisły afisze „Poznajemy kulturę łemkowską, profesor Roman Reinfuss wspomina”. Zebrało się około dwustu osób: starzy Łemkowie, większość przyjechała z Krynicy i spod Gorlic, oraz krajoznawcy, przewodnicy, którzy w Sączu stanowią liczne i prężne środowisko. Profesor ciekawie, ze swadą, mówił o pochodzeniu Łemków. W połowie jego wystąpienia zgasło światło. Wszedł woźny, przeprosił, że awaria, dziś niemożliwa do usunięcia.

– Nie szkodzi – odrzekł Profesor – możemy siedzieć po ciemku.

Ktoś otworzył drzwi na korytarz, zalany światłem. Awaria zdarzyła się tylko w naszej sali. No cóż, bywa.

Potem pytania. Wstał siwy mężczyzna i spytał o Białochrobatów. Profesor odrzekł, że niepodobna zlokalizować ich siedzib, dane źródłowe są mocno niejednoznaczne. Nie ma dowodów, że mieszkali w Karpatach i na północ od Karpat. To są jedynie bardzo niepewne przypuszczenia. On sam mocno wątpi w istnienie Białochrobatów w dzisiejszej Polsce południowej. Na to dyskutant, że przecież Łemkowie od nich pochodzą, każdy Łemko jest tego dowodem. Pochodzą od Białochrobatów, a więc są tu dłużej niż Polacy. Profesor przedstawiał racje naukowe, stary Łemko kładł na szalę swoją tradycję. Trwała niedługa wymiana zdań, po czym zdegustowany Łemko machnął ręką i usiadł.

– Wiesz, Antek – powiedział mój szef parę dni później – jesteś proszony, żebyś dał sobie spokój z tymi Łemkami.

Nie przejąłem się, poszedłem do domu kultury z kolejną propozycją. Pani potraktowała mnie uprzejmie, ale zdecydowanie chłodniej. Przykro mi, ale nie mamy sali, wszystkie terminy zajęte na kilka miesięcy z góry.

Młody Roman Reinfuss czuł się – nie wiem, na ile świadomie – spadkobiercą etnografii romantycznej, szukającej między ludem „starożytności słowiańskich”. Interesowały go, jak wielokrotnie pisał i mówił – archaiczne formy życia, zakonserwowane niczym mucha w bursztynie. Niektóre dane mu było obserwować dosłownie w ostatniej chwili. Można sobie wyobrazić jego wzruszenie, gdy przed samą wojną w górach powiatu stryjskiego na wschodniej Bojkowszczyźnie zobaczył świeżą czerteż.

– Wycina się las, po rąbanisku rozrzuca się równomiernie gałęzie i korę i spala wraz z pniakami i poszyciem, a w popiół, jeszcze ciepły, wsiewa się żyto, owies albo krzycę. Ongiś tak czyniono w całych Karpatach Polskich, o czym świadczą nazwy Palenica, Opalone, Zgorzelisko, Czertezik, Czertyżne. A ja to jeszcze widziałem – opowiadał.

Wpływy cywilizacyjne nazywał „miejską tandetą”, uważał, że są zabójcze, niwelujące, w swoich badaniach starał się ich nie dostrzegać. Kiedyś przypomniał sobie swoją, młodego człowieka, rozmowę z wiejskim staruszkiem, a ten dziadek pamiętał, co mówił jego dziadek, który także lubił wspominać swego dziadka, to on, słuchacz, przenosił się w początki dziewiętnastego stulecia. Profesor był ode mnie starszy o ponad trzydzieści lat, znał z autopsji karpacką Atlantydę, którą ja jedynie mogłem sobie próbować wyobrażać na podstawie okruchów, więc naturalną rzeczy koleją traktowałem go podobnie jak relikt dawnej epoki.

Dzisiaj niekiedy się powtarza, że lata trzydzieste to był złoty wiek Łemkowszczyzny. Na zdjęciach Romana Reinfussa, Stanisława Leszczyckiego i innych ówczesnych penetratorów zupełnie tego nie widać. Z opowieści Reinfussa również to nie wynika. Z sentymentem wspominał, jak włóczył się po wsiach, budząc sensację i podejrzenia. Jego wyprawy były pełne trudów i niebezpieczeństw, obrzydliwego jedzenia, noclegów w szałasach i stodołach, w zapchlonych i śmierdzących izbach.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku zadedykowało profesorowi Reinfussowi międzynarodową konferencję „Łemkowie w historii i kulturze Karpat” (1990). We wstępie do tomu pokonferencyjnego czytamy:

„W ciągu swego niezwykle aktywnego życia poświęcił wiele czasu studiowaniu historii i kultury Łemków. Sam jest zdania, że dzięki zetknięciu się z Łemkami w wieku 23 lat został miłośnikiem i badaczem ich kultury. Należy obiektywnie stwierdzić, że stał się największym znawcą Łemków i Łemkowszczyzny, co udokumentował 50 pracami z tego zakresu, w tym najnowszą książką, z którą przybył na konferencję, pt. Śladami Łemków (wyd. PTTK „Kraj” 1990). Gdybym miał zrecenzować tę pracę, rzekłbym, że w książce tej Roman Reinfuss więcej powiedział o Łemkach, niż oni sami o sobie wiedzą”[11].

W latach sześćdziesiątych prowadził na Łemkowszczyźnie studenckie obozy etnograficzne. Współtworzył sektor łemkowski skansenów w Sanoku i Nowym Sączu. Wiele publikował o Łemkach, najwięcej spośród etnografów polskich. On po prostu kochał te strony, kilkanaście lat z rzędu spędzał z rodziną letnie wakacje w Wysowej.

Otóż wszyscy Łemkowie, z którymi rozmawiałem, mówili o Profesorze cierpko, sarkastycznie, pomawiając o rozmaite niecne intencje. Przedwojenne badania terenowe, wielokrotnie manifestowana sympatia do Łemków i publikowanie kolejnych cennych prac o Łemkowszczyźnie w niczym mu nie pomogły.

Parokrotnie słyszałem gorzką uwagę: tytuł rozprawy Łemkowie jako grupa etnograficzna zdradza, że autor sprowadza Łemkowszczyznę do poziomu regionu, coś w rodzaju Kurpiów albo Księżaków. Analizował desenie na czuhaniach, a nie dostrzegał ówczesnych zmagań i dramatycznych wyborów, za nic mając rozdarcie narodowe i religijne ludności, pogłębiające się w latach trzydziestych. Na domiar złego, praca napisana tuż przed wojną, ukazała się dopiero w 1948 roku, po dobrowolno-przymusowych wysiedleniach na wschód i Akcji „Wisła”. Czyli stan, który nie istniał, przedstawiała tak, jakby istniał.

Chrystus z Białej Wody, jedyny z dawnej wsi

Próbowałem oponować. Autor wybiera pewien wycinek rzeczywistości, inne pomija, jego prawo. Praca Łemkowie jako grupa etnograficzna dokumentuje świat, który odszedł bezpowrotnie, a więc jest niezwykle cenna. Zaś Roman Reinfuss nie miał najmniejszego wpływu na wojenne i powojenne dzieje. I nie można zapominać o istnieniu cenzury, w kwestii Łemków wyjątkowo skrupulatnej.

– Dobrze ci mówić – usłyszałem w odpowiedzi, tonem przygany.

Kolejna pretensja, wynikająca z odmiennych punktów widzenia – że Reinfuss dla czterech wsi łemkowskich koło Szczawnicy wymyślił nazwę „Ruś Szlachtowska”, aby wmówić, że nie mieszkali tam Łemkowie, lecz jakiś odrębny lud. Czyli usiłował okroić historyczne terytorium i podzielić społeczność.

Dla mnie ta nazwa była oczywista, zastana, stykałem się z nią wiele razy, nie przyszedł mi do głowy jakikolwiek podtekst. Używałem jej, instalując w 1983 roku wystawę „Łemkowie”. Robiłem podpisy po polsku, Petro po łemkowsku. Gdzie ja pisałem Ruś Szlachtowska, on dopisywał Pайон Явірок (Rejon Jaworek). W pewnym momencie zdenerwował się i zrobił mi krótki, ale treściwy wykład. Dziękuję, Petre. Nazwa „Ruś Szlachtowska”, podobnie jak owa „grupa etnograficzna” też dotyczyła przeszłości – gdy Reinfuss opublikował artykuł i zaproponował nazwę, region nie istniał.

Ruś Szlachtowska, integralna część Łemkowszczyzny, nie jest, jak to się niekiedy pisze, etniczną wyspą, lecz półwyspem; w bezpośrednim sąsiedztwie, po drugiej stronie niewysokiego grzbietu, lecz już na Słowacji, leżą rusińskie wsie, których kultura ludowa była niemal identyczna jak na Rusi Szlachtowskiej.

Biała Woda oraz położone tuż za granicą Jarabina i Kamienka były wsiami „druciarskimi”. Mężczyźni opuszczali swoje gazdówki wczesną wiosną, wracali późną jesienią. W poszukiwaniu zarobku wędrowali setki kilometrów. Drutowali naczynia gliniane i kamionkowe, wyplatali z drutu pułapki na myszy, a gdy rozpowszechniły się garnki metalowe, nauczyli się ich lutowania.

Któregoś dnia Tadeusz podsunął mi wspomniane pismo Łemków do komisji wnioskowej VI Zjazdu PZPR.

– Przeczytaj do jutra rana, muszę oddać. I nie mów nikomu.

W Warszawie, w latach licealnych i studenckich, byłem oswojony z literaturą emigracyjną – nielegalną, ale krążącą niemal jawnie, choć od czasu do czasu ktoś szedł za nią siedzieć. Lecz to było zgoła czymś innym. Miałem przed sobą tekst wyrażający oficjalne stanowisko grupy skrzywdzonych obywateli PRL, odpowiedź na apel najwyższych władz partyjnych, w intencji autorów punkt wyjścia publicznej debaty – zepchnięty do podziemia i przekazywany z rąk do rąk jak bibuła. Mam uważnie przeczytać i zapamiętać, bo może mi się przydać, skoro mam pracować na Sądecczyźnie. Ale zdradzać się z tą wiedzą nie wolno.

Osobliwe.

Z dokumentu jasno wynikało, że Łemkowie nadal żyją w Beskidzie Niskim i Sądeckim – a więc owo „przeszumieli” to mydlenie oczu. Niektórzy wrócili z wygnania, niewielu udało się cudem uniknąć wywózki.

– Tyle jeździłem po terenie, rozmawiałem z ludźmi, ale żadnego Łemka nie spotkałem, dlaczego?

Tadeusz się roześmiał.

– Człowieku, na pewno niejednego spotkałeś, ale z obcym rozmawiali po polsku, jakże inaczej. Wniosek podpisali najodważniejsi, najbardziej zdeterminowani. Większość siedzi cicho, przycupnęła. Za dużo przeszli, teraz chcą odrobiny spokoju. Po co mieliby się obnosić ze swoim pochodzeniem. Pożyjesz, zrozumiesz.

No, i ów dokument zmuszał do prywatnego rachunku sumienia. Po jego lekturze było jasne, że magister etnografii, specjalizujący się w kulturze ludowej Karpat, na dokładkę przewodnik beskidzki, nie ma pojęcia o Łemkowszczyźnie. Fakt, że ani na uniwersytecie, ani na kursie przewodnickim nie miałem choćby godziny wykładu o tym sporym i ważnym regionie, nie miał nic do rzeczy.

Tadeusz, widząc moje zainteresowanie, raz po raz podsuwał mi do czytania rozmaite kurioza. Oto jakiś oficer rezerwy, weteran walk o utrwalenie władzy ludowej, leczył się w Krynicy, a przy okazji zwiedził sądeckie muzeum. Był oburzony, widząc obrazki Nikifora, ikony, carskie wrota i ruskie mszały. Wystosował obszerny list do Komitetu Powiatowego PZPR, żądając usunięcia tychże, oraz rzecz jasna kierownika i przewodniczki, która powiedziała grupie kilka zdań o Łemkach, że zostali wysiedleni. „I uśmiechnęła się jednoznacznie”. Muzeum, placówka państwowa, ma obowiązek dokumentować i utrwalać polskość tych ziem, nie zaś propagować ukraiński nacjonalizm. Z komitetu zadzwonili do Tadeusza, żeby się ustosunkował. Siedzieliśmy nad odpowiedzią z pół dnia, pięknie wyszło. Widziałem też pismo do muzeum z posterunku Milicji Obywatelskiej w Krynicy z urzędowym zapytaniem, czy niejaki Nikifor to rzeczywiście wielki artysta, jak niektórzy twierdzą, bo MO ma zamiar przemieścić go do domu pomocy społecznej, żeby nie szpecił uzdrowiska swym wyglądem i nie nagabywał kuracjuszy. Dostali odpowiedź, że ruszenie Nikifora będzie błędem politycznym, bo może wywołać działania godzące w autorytet władzy ludowej. Lepiej go cierpliwie znosić. Jego usunięcie może być komentowane z wrogich pozycji, nie tylko w kraju.

Problemy tego rodzaju ciągnęły się aż do końca PRL. Inny oficer rezerwy, także z daleka, jesienią 1988 roku wystosował pismo do Wojewódzkiej Rady Narodowej, cytuję dosłownie:

„W Muzeum Nowego Sącza nie ma nic z Polskości żadnej historii jedna Łemkowszczyzna i malowidła Nikifora. Przewodniczka zna historię Łemków i ubolewa nad przesiedleniem Nikifora na Ziemie Zachodnie ale nic nie mówi o przodkach i teraźniejszości. Tam nie ma mowy o regionie, wybitnych Polakach i złożach mineralnych. To nie Muzeum Ziemi Sądeckiej, a cerkiew Łemków. Na pewno i oni wnieśli wiele do tego regionu ale nie wszystkie. A więc domniemam, że Wojewoda Nowosądecki nie nadzoruje powierzonego mu województwa i nie rozlicza odpowiedzialnych. (...) Niech przewodnicy mówią więcej o polskości”.

Nie chwaląc się, ja także byłem bohaterem kilku urzędowych pisemek o sporej wartości poznawczej, a nawet artystycznej. Pewien wiejski twórca podzielił się z towarzyszami z powiatu poważnym podejrzeniem, że nie uzgodniłem w komitecie listy laureatów konkursu rzeźby ludowej, więc jestem elementem nieodpowiedzialnym, a moje poczynania przynoszą złe skutki polityczne, bo na przykład on nie dostał nagrody, choć młodość upłynęła mu na służbie w szeregach Urzędu Bezpieczeństwa, a teraz sąsiedzi się z niego naśmiewają, złośliwie pytając, co z tego dzisiaj ma.

Zwiedzanie rodzinnej wsi

W roku 1981 zwołano do Nowego Sącza zjazd regionalnych towarzystw kultury z całej Polski. Pracowałem wtedy w miejscowym tygodniku. Z okazji otwarcia miałem przygotować obszerniejszy powitalny wstępniak o tym, że województwo nowosądeckie też jest kulturalne. Wyliczanie po kolei wszystkich zespołów, festiwali, bibliotek, muzeów i orkiestr dętych, a tego ode mnie oczekiwano, nie wydawało mi się sensowne. Natomiast przyszło mi do głowy, żeby zwrócić uwagę na coś, o czym się wówczas raczej nie pisało (dzisiaj to sztampa) – że na kulturę Sądecczyzny i sąsiednich regionów składali się Polacy, Niemcy, Węgrzy, Rusini, Żydzi, Słowacy, Cyganie, Szwedzi (wzbogacili nas najazdem), a nawet peruwiańska księżniczka. Dawali, brali, najczęściej ot tak, bezwiednie – i powstał region o wyrazistym, a zarazem wielce zróżnicowanym obliczu. Wymieniłem poszczególne nacje, ilustrując przykładami. O Łemkach napisałem (cytuję z pamięci): „Są, czy ich nie ma? Jasne, że są. Kto chciałby wyprawić im ostatnią panichidę, musi jeszcze poczekać”. Potem kilka oględnych zdań, do przełknięcia przez naczelnego i cenzurę, że są dyskryminowani, żyją w poczuciu niezawinionej krzywdy. „Kto widział folklor łemkowski w telewizji?”. ( Ja widziałem. W telewizji czechosłowackiej). Wydało mi się to ckliwe i powierzchowne, chciałem skreślić. No, ale nie mogłem pominąć Łemków, skoro wskazałem innych. Do głowy mi nie przyszło, że to takie odkrywcze i światoburcze, czekają mnie wyrazy sympatii ze strony nieznanych ludzi, a nawet przeczytam nieco kąśliwy komentarz w „Naszym Słowie”.

Po paru dniach dostałem list. Nadawcą był Wasyl Sowa, mój późniejszy nauczyciel i – chyba mogę tak napisać – przyjaciel. Zaczął od podziękowań.

„Nadmieniam iż nie tylko ja, ale wielu innych nigdy nie myślało, że po tylu latach znajdą się ludzie o jakimś wyjątkowym sercu i o tych rozbitkach, jacy są Łemkowie, potrafią o nich jeszcze pisać (...). Chcę porównać Pana do wyjątku z Ewangelii gdzie się mówi że jechał Pan i widząc ranionego zabrał na oślicę zawinął do gospody zapłacił żeby go doglądał właściciel gospody. I Pan dla ranionego całkiem obcy. (...) moje osobiste i wielu innych podziękowanie. (...) Nadmieniam, iż tak mnie sumienie dyktowało do Pana napisać, przyznam się szczerze że zrobił się mi Pan czegoś bardzo bliski, bo tylko do takich się pisuje”.

Zaczęliśmy wymieniać listy.

„Przepraszam że zwrócę się do Pana ale tak mi sumienie dyktuje ażeby zaprosić Pana o ile można do Krynicy na 12 września na godzinę 19-tą Stary Dom Zdrojowy na łemkowski występ Łemkowyna o ile można bardzo proszę. Nadmieniam iż będę czekał na Pana przed Starym Domem Zdrojowym już od godziny 18.30 trzymając zwinięty rulonik papieru w ręce przez to że się nie znamy. Serdecznie pana pozdrawiam Sowa”.

Zespół też mi przysłał zaproszenie. Tyle dowodów uznania za jedno zdanie o ostatniej panichidzie, na którą trzeba będzie jeszcze długo poczekać.

Mężczyzna przy wejściu sprawdzał bilety. Przedstawiłem się, powiedział „Witamy, proszę” i uśmiechnął się serdecznie. Tak poznałem Władka Grabana – poetę, fotografika, tłumacza, redaktora, pomysłodawcę spotkań, sympozjów i festiwali, wyrazistą postać młodej Łemkowszczyzny.

To był szczególny wieczór.

Poznałem wtedy także Piotra Trochanowskiego, czyli Petra Muriankę, i jego brata Sławka z żoną Stenią. Byli serdeczni, zaprosili do Bielanki, cierpliwie odpowiadali na pytania.

W przerwie koncertu zagadnął mnie znajomy pana Sowy, pan Wenhrynowycz. Bardzo poruszony.

– Czy pan pojmuje? To pierwszy koncert łemkowski od Akcji „Wisła”. Nie spodziewałem się, że tego dożyję. Lubi pan łemkowskie piosenki?

– Nie miałem ani kiedy, ani gdzie się nauczyć.

– To ja pana nauczę, zapraszam na kieliszeczek i śpiewanie.

– Mogę wziąć magnetofon?

– Ależ proszę!

Wybraliśmy się do niego z panem Sową. Pan Wenhrynowycz miał świetny głos i bogaty repertuar. Zdjął ze ściany gitarę, z kredensu wyjął kryształową karafkę sporych rozmiarów. Śpiewał ze dwie godziny – po łemkowsku, rosyjsku, ukraińsku, po polsku, w jidysz. Robił krótkie przerwy, by odsapnąć i nalać po kieliszku dereniówki. Doskonałej.

– Czy pan jako Polak czuje się winny Akcji „Wisła”? – zapytał niespodziewanie.

– Nie.

– Nie jest panu przynajmniej wstyd?

– Nie. Miałem wtedy niecałe pięć lat. Daję panu słowo honoru, że ani Stalin, ani Bierut nie radzili się mnie, czy wysiedlać Łemków.

– Ale to zrobili Polacy.

– Bo im Stalin kazał. Każdy kraj sowieckiego bloku przez to przeszedł. A w czterdziestym siódmym roku Polska nie była niepodległa.

–A co pan czuje jako Polak?

– Głęboki żal, że tak się stało. Że skrzywdzono tylu ludzi. Niesamowicie źle się stało. Polska na tym też ogromnie straciła. Nie wiem, co więcej panu powiedzieć.

– Bo ja bym chciał, żeby pan zrozumiał, co ja czuję.

– Ja też bardzo chciałbym zrozumieć.

–A nie ma pan pretensji, że tak wypytuję? Jest pan moim gościem, jakby nie było.

– Nie, skądże. Cieszę się, że jest pan szczery. To dla mnie ważne. Dziękuję.

– Znaczy chce pan, żebym był szczery?

– Bardzo proszę. Będę panu bardzo wdzięczny.

– Więc niech pan słucha. Jeszcze kieliszeczek?

– Chętnie.

– To ja panu opowiem. Nie o Stalinie, nie o Bierucie, nie o generałach czy sekretarzach, tylko o zwykłych ludziach. Chłopach, babach, nauczycielach, księżach. Łemkowie spędzeni pod cerkwią stoją pod karabinami, żołnierze chodzą po przysiółkach i wygarniają pozostałych. Jeszcze kasza w garnkach nie ostygła, a już kochani sąsiedzi z polskich wsi, z bliższa i z dalsza, lecą rabować, jeden przez drugiego, mało nóg nie połamią. Ktoś targa pierzynę, ktoś ciągnie wóz. Rozmawiam z kobietą, mówi, że nam serdecznie współczuje, a ja widzę na niej łemkowski sweter, wiem czyj. Rzymokatolicy to katolicy, grekokatolicy też katolicy. Wie pan, co wyrabiali rzymokatolicy w naszych katolickich cerkwiach?

Mówi pan, że jak była Akcja „Wisła”, miał pan niecałe pięć lat, tak? Czyli jest pan dorosły od dwudziestu lat. I co? Nie obchodzi ciebie, polskiego inteligenta, co się działo w twoim kraju i do dzisiaj się dzieje? I tak sobie spokojnie żyjesz?

Pan Wenhrynowycz stał nade mną i mówił nieco za głośno. Pan Sowa, najtrzeźwiejszy z nas trzech, bo wychylił tylko jeden kieliszek dla towarzystwa, powiedział:

– To my już sobie pójdziemy. Wstał i zaczął się żegnać. Ja za nim.

– Bardzo, bardzo panu dziękuję. Zaprosi mnie pan jeszcze kiedy? Na dalszy ciąg.

–A pewnie, pewnie. Do widzenia szanownemu panu. To mój numer telefonu. Miło się z panem rozmawiało. Choďte zdrawy.

– Buďte zdrawy. Daj Boże zdorowľa.

– Daj Boże i wam.

Może źle zapamiętałem, bo jedni Łemkowie mówią „zdrawy”, inni „zdorowy”.

Któregoś dnia pan Sowa poprosił, żebym mu pokazał zagrodę z Wierchomli. Słyszał o niej, ale nigdy w niej nie był. (Wówczas zagroda z Wierchomli i dwa spichlerze to były jedyne łemkowskie zabytki w skansenie, nie jak dziś).

– Proszę bardzo. Umówmy się na któreś popołudnie, gdy już nie będzie zwiedzających.

– Przyjedziemy w kilku, dobrze? Mam uczynnego sąsiada, Łemka, przywiezie nas nyską i odwiezie do Krynicy.

Ciekaw byłem, jak mój przyjaciel oceni ekspozycję. Przecież on w takiej chyży wyrastał.

Wszedł, rozpromienił się.

–O Boże! O Boże! Wie pan, tego się naprawdę nie spodziewałem. Pięknie, bardzo pięknie. To musiał być trud, zrobić coś takiego. Szacunek, wielki szacunek. Jak pan te rzeczy pozbierał?

– Nie ja, koleżanka.

– Panie Kroh, cały dzień byłem zmęczony i w jednej chwili wszystko ze mnie opadło, jakby mi dziesięć lat ubyło. Ożyłem – uśmiechał się pan Sowa. – Ja tu będę przychodził, kiedy mi będzie jeszcze trudniej niż zwykle, gdy mi będzie ciasno na świecie. Dobrze?

–A co by pan tu zmienił? Czy tak wyglądały chyże w Nowej Wsi za pana młodych lat?

– Och, nie, u nas było skromniej. U nikogo nie było tylu przedmiotów naraz. Ale tutaj przecie muzeum, chcecie pokazać jak najwięcej. Widać, żeście się bardzo starali i macie serce. Ale – niech się pan nie pogniewa, panie Kroh – wyście w takiej chyży nigdy nie mieszkali, to dla was problem naukowy, nie miejsce do życia. To od razu widać.

Jego znajomi – było ich ze trzech, może czterech – chodzili, oglądali każdy kąt, podziwiali, rzucali fachowe uwagi. Najwyraźniej byli wzruszeni i pełni uznania.

Siedliśmy za stołem.

– Nie mogę panów poczęstować – zażartowałem – nie mam czym.

– Bo my, panie Kroh, chcielibyśmy założyć organizację łemkowską – odezwał się pan Sowa. Może by pan nam poradził, jak się za to zabrać? Co potrzebne, podanie? Do kogo? Co jeszcze?

– Nie wiem, nigdy czegoś takiego nie robiłem. Spróbuję się dowiedzieć.

Następnego dnia wezwał mnie dyrektor.

– Odbiło ci? Robisz jakieś łemkowskie zebrania w skansenie? Nie życzę sobie. Żeby mi to było ostatni raz.

Nafuczał na mnie, zresztą oględnie i bez konsekwencji.

No i tak. Ktoś natychmiast zakablował gdzie trzeba, stamtąd zadzwonili do dyrektora, opieprzyli, więc naturalną rzeczy koleją dostało się i mnie.

Obiecałem, że to się nie powtórzy.

–A w ogóle bądź ostrożniejszy. Obserwują cię, od kiedy tu przyjechałeś. Myślisz, że jesteś przeźroczysty? Masz być etnografem, nikim więcej. Gadaj z nimi o haftach i przyśpiewkach. Nie chcę mieć przez ciebie kłopotów.

Wkrótce byłem na drugim koncercie, w przemysłowej dzielnicy Gorlic, w przyzakładowej świetlicy. Jak poprzednio – żadnych plakatów, żadnych wzmianek w prasie, a sala pełna. Podniosły, uroczysty nastrój. Na koniec orkiestra wstała, mężczyźni jednoczesnym ruchem zdjęli kapelusze, prawe dłonie położyli na sercach. Sławek się cofnął, w tym momencie dyrygent był niepotrzebny. Widownia wstała z miejsc.

На Лемкoвинi в нашым краю

шумлять cмeрeкы і яльицi.

Пoбіднy пісню они грають

oд Ужгорода до Щавницi[12].

Na kolejne spotkanie z panem Sową umówiłem się w Krynicy. Chodziliśmy po deptaku, tam i z powrotem, tam i z powrotem, o mało nie przegapiłem ostatniego autobusu do Sącza. Opowiadał o dziejach najnowszych, o sobie, rodzinie, dzieciństwie, latach okupacji, Armii Radzieckiej, Ukrainie, Rosji, przymusowej kąpieli w Wełtawie pod ogniem nieprzyjaciela, pierwszym i drugim wysiedleniu, dramatycznym powrocie w góry, ale także o najbliższych planach – zaczął budować dom, dla synów, jakże inaczej.

Zwierzył mi się, że zabiega o powrót liturgii greckokatolickiej do Krynicy. Wielokrotnie jeździł w tej sprawie do Tarnowa i Warszawy, pisał petycje. W dawnej cerkwi w Krynicy Wsi, przemienionej na kościół rzymskokatolicki, z jakichś względów nie było to możliwe, ale udostępniono kaplicę na plebanii w Zdroju. Gdy rzecz wreszcie doszła do skutku, pan Sowa zaprosił mnie na pierwszą od 1947 roku mszę katolicką obrządku wschodniego w swojej parafii. Ależ to była uroczystość.