Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Mroczna, gotycka powieść, która wciąga nas w grzeszny światek londyńskich artystów epoki wiktoriańskiej.
Henry Chester szuka modelki doskonałej. Znajduje ją w osobie młodziutkiej Effie i postanawia poślubić. Osiem lat później Effie – kobieta o urodzie dziecka oraz statecznym, zrównoważonym sposobie bycia – wydaje się żoną idealną. Pozory mylą. W jej duszy budzą się tajemne moce.
Uwikłana w romans z bogatym lekkoduchem Effie poznaje nowy, nieznany świat, gdzie rządzą szantaż, intryga oraz zbrodnia...
Jeżeli nie masz, drogi czytelniku, naprawdę silnej woli, otwórz tę książkę dopiero w piątek po pracy. Nie zdołasz się od niej oderwać, dopóki nie przeczytasz ostatniej strony.
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 374
Rok wydania: 2009
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Od autorki
Prolog
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
54
55
56
57
58
59
60
61
63
64
65
Epilog
Podziękowania
Spis rzeczy
Tytuł oryginału SLEEP,. PALE SISTER
Copyright © Joannę Harris 1994 Ali rights reserved
Projekt okładki Piotr Cieśliński
Redaktor prowadzący Renata Smolińska
Redakcja Łucja Grudzińska
Korekta
Grażyna Nawrocka
Łamanie Ewa Wójcik
ISBN 978-83-7648-252-1
Warszawa 2009
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o. 02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7 www.proszynski.pl
Druk i oprawa
ABEDIKS.A.
61-311 Poznań, ul. Ługańska 1
Kevinowi ponownie
Od autorki
Prolog
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
54
55
56
57
58
59
60
61
63
64
65
Epilog
Podziękowania
Spis rzeczy
Trudno coś na nowo ożywić. A obumarłe książki wymagają szczególnej ostrożności, bo na jeden szczerozłoty skarb przypada sto kufrów pełnych tombaku, mamiących niebacznego poszukiwacza. Właśnie dlatego przez minione dziesięć lat traktowałam „Śpij, kochanie, śpij” jak relikt minionego czasu. W upalne lato 1993 roku urodziła się moja córka i została wydana ta powieść. Pierwsza stała się dla mnie całym światem, druga natychmiast straciła jakiekolwiek znaczenie. Nie mogło być inaczej. Z dnia na dzień zmieniłam podejście do życia, stałam się kimś innym. Myśl o wydaniu książki przestała być najważniejsza. Minęło dziesięć lat, nakład został dawno wyczerpany, a ja nawet nie otworzyłam egzemplarza autorskiego. Rzadko w ogóle myślałam o tej powieści.
Tymczasem inni o niej pamiętali. I czytali. A między nimi byli księgarze oraz fani. Ten i ów chciał sprawdzić, jakim to sposobem autorka „Czekolady” przeszła od brytyjskich mroków epoki wiktoriańskiej do francuskiego obżarstwa. Zasypały mnie pytania o możliwość kupienia powieści. Kilkaset egzemplarzy książki, dostępnych jeszcze przez jakiś czas na amazon.com, zniknęło nie wiedzieć kiedy. Wydawnictwo było bombardowane prośbami o dodruk. W końcu postanowiliśmy ulec. Podredagowalam pierwotny tekst. Może powinnam była zrobić więcej, ale szybko się zorientowałam, że całość jest stanowczo zbyt krucha, by dokonywać radykalnych zmian, i ograniczyłam się do korekty błędów. Uświadomiłam też sobie z niejakim zaskoczeniem, że nadal mi się ta opowieść podoba i lubię jej bohaterów. Najwyraźniej książka jednak nie umarła, jedynie głęboko zasnęła. Cieszę się, że zyskała drugą szansę zaistnienia.
Rękopis z majątku Henry’ego Paula Chestera styczeń 1881
Gdy spoglądam na litery układające się w moje imię oraz na dalsze znaki, tonę w czarnej otchłani. Zupełnie jakbym nie był Henrym Chesterem, malarzem, którego dzieła dwukrotnie wystawiano w Royal Academy, lecz wypaczonym tworem chorej wyobraźni. Korkiem zatykającym flaszkę z dżinem, ze złym duchem, uosobieniem subtelnej niechęci, która przenika mnie na wskroś i przenosi do świata zuchwałych przygód, gdzie szukam swojego bladego i struchlałego wizerunku.
Złemu duchowi na imię chloral. Jest mrocznym towarzyszem godzin snu, czułym kompanem w sypialni. Stał się dokuczliwy, lecz jesteśmy razem zbyt długo, żebyśmy mogli się rozstać. Razem piszemy. Tylko czasu mi brak! Już teraz, gdy ostatnie pasma dnia gasną za horyzontem, wydaje mi się, że w ciemnym kącie pokoju szeleszczą skrzydła czarnego anioła. On czeka cierpliwie, lecz anielska cierpliwość także ma swoje granice.
Bóg, najzmyślniejszy kat i oprawca, raczy dać mi jeszcze nieco czasu, bym spisał opowieść, którą zabiorę ze sobą do lodowatej celi pod ziemią... choć z pewnością nie jest tam zimniej niż w tym ciele, w którym zamieszkałem, w tej ziejącej pustką duszy. Och, jakże zazdrosny jest Bóg! I bezlitosny, jak tylko pozbawiona litości może być istota nieśmiertelna. Gdy wzywałem Jego imię, cierpiąc w upokorzeniu, uśmiechał się do mnie i odpowiadał tymi samymi słowami, które skierował do Mojżesza z płonącego krzewu: „Jestem, który jestem”. W Jego chłodnym spojrzeniu nie znajdziesz śladu współczucia. Nie widać w nim szansy uzyskania odkupienia, próżno by szukać groźby kary-jest tylko obojętność. I obietnica zapomnienia. Jakże ja za nim tęsknię! Pragnę wsiąknąć w ziemię, by nawet owo wszystkowidzące spojrzenie mnie nie odnalazło... Chociaż równocześnie dziecko, które się kryje w mojej duszy, płacze ze strachu przed ciemnością, a moje biedne, pomarszczone ciało błaga o jeszcze odrobinę czasu. Jeszcze nie teraz... jeszcze jedna opowieść, jeszcze jedna rozgrywka.
Czarny anioł stawia kosę przy drzwiach i siada ze mną, to już ostatnie rozdanie.
Nie powinienem pisać po zmroku. Nocą słowa niosą fałsz, budzą lęk. Ale też właśnie wtedy mają największą silę. Szehere-zada nocami snuła tysiąc i jedną opowieść, a każda z nich stawała się drzwiami, przez które żona szacha ciągle na nowo umykała śmierci tropiącej ją krok w krok. Mądra niewiasta znała potęgę słów. Gdybym nie zarzucił pogoni za kobietą doskonałą, powinienem się udać na poszukiwanie Szeherezady - istoty smukłej i wiotkiej, o cerze barwy chińskiej herbaty. Oczy ma czarne jak noc, chodzi boso, butna poganka, nieskrępowana moralnością ani poczuciem wstydu. A przy tym jest chytra jak lis; toczy bój ze śmiercią i wygrywa bitwę za bitwą, wciąż na nowo znajdując siły, by jej okrutny mąż co noc spotkał nową Szeherezadę, nieznajomą, która znika, gdy wstaje słońce. Co rano władca budzi się i widzi ją w świetle dnia bladą i cichą. Poprzysięga sobie, że nie da się więcej omotać, lecz gdy tylko zapada zmierzch, kobieta znowu rozsnuwa pajęczą sieć opowieści, a małżonek myśli: Jeszcze tylko jedna noc...
Dziś ja jestem Szeherezadą.
PUSTELNIK
Nie patrz na mnie w ten sposób, to nie do zniesienia! Myślisz o tym, jak bardzo się zmieniłem. Widzisz na obrazie młodego mężczyznę o gładkim czole, ciemnych lokach i śmiałym spojrzeniu. Zastanawiasz się, jakim cudem to ja. Śmiały rys szczęki, wysokie kości policzkowe. Długie, lekko szpiczaste palce u dłoni zdają się sugerować domieszkę egzotycznej krwi, choć rodowód angielski nie ulega wątpliwości. Tak wyglądałem, gdy miałem lat trzydzieści dziewięć. Przyjrzyj mi się uważnie i zapamiętaj. To mógłbyś być ty.
Mój ojciec pełnił funkcję pastora pod Oxfordem, matka była córką bogatego właściciela ziemskiego z Oxfordshire. Dzieciństwo upłynęło mi bez wstrząsów, w bezpiecznej, sielskiej atmosferze. Pamiętam niedzielne wyprawy do kościoła, śpiewanie w chórze, tęczowe światło spływające z witraży na białe komże chórzystów jak deszcz barwnych płatków.
Czarny anioł porusza się nieznacznie, w jego oczach dostrzegam bezlitosną wiedzę, jaką znam ze wzroku Boga. Nie czas na nostalgię, Henry Paulu Chesterze. On ma dostać prawdę, nie wymysły. Chcesz zwodzić Boga?
Nie do wiary, że nadal kusi mnie oszustwo! Mnie, człowieka, który żył w fałszu przez lat czterdzieści z okładem. Prawda jest gorzka. Nie chcę jej przy tym ostatnim spotkaniu.
A przecież jestem, który jestem. Po raz pierwszy ośmielam się odnieść do siebie boskie słowa. I nie jest to przesłodzony fikcyjny wizerunek. Oto Henry Chester. Możesz mnie surowo osądzać, jeśli chcesz. Jestem, który jestem.
Oczywiście nie było idyllicznego dzieciństwa. Najmłodszych lat nie pamiętam wcale, wspomnienia sięgają mniej więcej ósmego, może siódmego roku życia, są nieczyste, zbrukane. Już wtedy wiedziałem, że gdzieś we mnie wzrasta podły gad. Nie przypominam sobie czasu, gdy nie byłem świadomy swojej winy, gdy nie wiedziałem o grzechu. Nie mogła go ukryć żadna komża, choćby śnieżnobiała. Napełniał mnie nikczemnymi myślami, kazał się śmiać w kościele, okłamywać ojca i krzyżować palce za plecami, żeby nie ponosić za łgarstwa odpowiedzialności.
W moim domu rodzinnym w każdym pomieszczeniu wisiała makata, dzieło matki. Na wszystkich znajdowały się cytaty z Biblii. Jeszcze teraz mam je przed oczyma, zwłaszcza tę z mojego pokoju, ostrą plamę na białej ścianie naprzeciwko łóżka. „Jestem, który jestem”. Przez kolejne lata dzieciństwa, w chwilach spokoju i kontemplacji samotnych występków, dzień w dzień patrzyłem na tę makatę. A czasem we śnie wypłakiwałem sobie oczy przez straszną obojętność Boga. I zawsze otrzymywałem ten sam przekaz, wyryty już na wieki w mojej pamięci zawiłym deseniem. „Jestem, który jestem”.
Ojciec był człowiekiem bogobojnym, a dla mnie bardziej przerażającym niż sam Bóg. Oczy miał smoliście czarne, głęboko osadzone i potrafił przejrzeć mnie na wylot, zaglądnąć w każdy zakątek mojej grzesznej duszy. Osądzał był tak samo nielitościwie i obojętnie jak Stwórca, nieskażony ludzką wrażliwością. Wszystkie ciepłe uczucia przelał na kolekcję mechanicznych zabawek. Był poniekąd antykwariuszem, cały jeden pokój zajmowały jego bogate zbiory obejmujące
całą gamę najróżniejszych przedmiotów, od najprostszych drewnianych figur działających na zasadzie przeciwwagi, po bajecznie precyzyjne chińskie organy z setką podskakujących karłów.
Mnie, rzecz jasna, nie wolno było niczego dotknąć, przedmioty miały zbyt wielką wartość, żeby je oddać w ręce dziecka. A mimo to doskonale pamiętam tańczącą Kolombinę. Była to lalka nieomal wielkości trzyletniego dziecka, zrobiona ze szlachetnej porcelany. Któregoś razu, w rzadkim momencie familiarności, ojciec zdradził mi, że została stworzona przez ślepego francuskiego rzemieślnika w dekadenckich latach jeszcze przed rewolucją. Muskając dłonią lalczyny policzek bez skazy, opowiedział mi jej historię. Kolombina z początku należała do rozpuszczonego królewskiego bastarda. W czasie rewolucji, gdy z karków spadały głowy i niewinnych, i bezbożników, została samotna, porzucona między gnijącymi brokatami. Stamtąd ją zabrała jakaś żebraczka, uratowała rzemieślnicze cudeńko przed prymitywnymi sankiulotami. Dziecko tej nieszczęsnej umarło z głodu, więc Kolombinę tuliła do snu i jej śpiewała kołysanki. W końcu samotną, przymierającą głodem wariatkę zabrali do azylu. Tam zmarła.
Kolombina przetrwała. W roku moich narodzin trafiła do paryskiego antykwariatu. Mój ojciec, który akurat wracał z Lourdes, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, choć zaniedbana i niewłaściwie traktowana oczy miała zapadnięte w głąb głowy, a jedwabną suknię przeżartą zgnilizną. Nakręcił ją kluczem umieszczonym w dolnej części pleców zabawki. Zaczęła się poruszać - z początku sztywno, potem coraz płynniej, z nadludzką precyzją unosząc ramiona, kłaniając się w pas, zginając kolana, ukazując pulchne krągłości porcelanowych łydek pod zwiewną spódnicą. Natychmiast ją kupił. Po długich miesiącach starannej renowacji odzyskała urodę i w końcu zasiadła w całym przepychu białych i błękitnych atłasów jako część kolekcji mojego ojca, między indyjską pozytywką a perskim klaunem.
Mnie nigdy nie pozwolono jej nakręcić. Czasami, gdy leżałem rozbudzony w środku nocy, dobiegały mnie zza zamkniętych drzwi ledwo słyszalne nuty, ciche, intymne, prawie zmysłowe... Oczyma wyobraźni widziałem ojca w koszuli nocnej, z tańczącą Kolombiną w rękach. Obraz absurdalnie fascynujący. Nie potrafiłem uwolnić się od domysłów: Jak ją trzymał? Czy miał czelność wsuwać dłonie pod spienioną koronkę halek...?
Matkę widywałem rzadko. Zwykle była niedysponowana i wiele czasu spędzała w swoim pokoju, do którego ja wstęp miałem wzbroniony. Pozostawała dla mnie czarowną zagadką o ciemnych włosach i fiołkowych oczach. Gdy któregoś dnia zerknąłem ukradkiem do tajemniczego wnętrza buduaru, ujrzałem zwierciadło, klejnoty, apaszki oraz urokliwe suknie, rozłożone na łóżku. Wszystko spowijała woń jaśminu, aromat mojej matki, spływający na mnie, gdy pochylała się, by mnie pocałować na dobranoc, zapach jej prześcieradeł i ręczników, które przytulałem do twarzy, gdy służąca suszyła je na sznurkach.
Wiedziałem od niani, że moja matka była pięknością. Wyszła za mąż wbrew woli rodziców, a co za tym idzie, nie utrzymywała kontaktu z rodziną. Może właśnie dlatego dostrzegałem w jej wzroku nutkę pogardy, może to była przyczyna, dla której najwyraźniej nie chciała mnie przytulać, a nawet dotykać. Wyidealizowałem ją. Zdawała się górować nade mną nieskończenie, była tak delikatna i czysta, że przytłoczony własną niedoskonałością nie potrafiłem wyrazić swego uwielbienia. Nigdy matki nie obwiniałem za czyny, których przez nią dokonałem. Długie lata przeklinałem własne robaczywe serce - podobnie jak Adam obwiniał węża za grzech Ewy.
Miałem dwanaście lat. Jeszcze śpiewałem w chórze, lecz mój głos już osiągnął tę nieomal nadludzką czystość tonu, która wieści koniec dzieciństwa. Byt sierpień, kończyło się piękne lato, czas marzeń i zmysłowych woni. Bawiłem się z przyjaciółmi w ogrodzie. Było mi gorąco i chcialo mi się pić. Włosy miałem sztywne od brudu, jak u dzikusa, spodnie na kolanach powalane trawą. Wślizgnąłem się do domu po cichu - chciałem zmienić ubranie, zanim niania mnie zobaczy.
Budynek ział pustką, tylko w kuchni pracowała służąca. Ojciec w kościele przygotowywał się do wieczornej mszy, matka spacerowała nad rzeką. Biegiem pokonałem schody prowadzące na piętro. Pędząc do siebie, spostrzegłem, że drzwi pokoju matki są uchylone. Pamiętam, stałem, przyglądając się porcelanowej gałce, białej, malowanej w niebieskie kwiaty. Z chłodnego półmroku wypływał zapach jaśminu. Nieomal wbrew sobie podszedłem bliżej i zerknąłem zza framugi. Nikogo. Obejrzałem się przez ramię i zdusiwszy poczucie winy, pchnąłem drzwi. Wytłumaczyłem sobie, bez odrobiny fałszu, że skoro nie były zamknięte, trudno mnie obarczyć winą za łamanie zakazu. Po raz pierwszy w życiu znalazłem się sam w sypialni matki.
Jakiś czas wystarczyło mi patrzenie na rzędy flaszeczek i błyskotek przy lustrze toaletki, potem ośmieliłem się dotknąć jedwabnej apaszki, następnie koronki negliżu, gazy jakiejś halki. Zafascynowały mnie kobiece drobiazgi, tajemnicze buteleczki, fiolki i słoiczki, grzebienie i szczotki, na których tu i ówdzie pozostał włos. Wydawało mi się, że pokój nieomal stał się moją matką, przesiąknięty jej istotą. Gdybym zdołał wchłonąć esencję tego wnętrza, wiedziałbym, jak jej powiedzieć o swojej miłości, jakich użyć słów, by mnie zrozumiała.
Sięgając do odbicia w lustrze, strąciłem którąś buteleczkę. W powietrze buchnął zapach jaśminu i kapryfolium. Niezdarnie próbowałem szybko naprawić szkodę i rozsypałem puder na blacie toaletki, ale zapach perfum tak dziwnie podziałał mi na nerwy, że zamiast poczuć strach, tylko zaśmiałem się pod nosem. Matka ze spaceru wróci nieprędko, ojciec z kościoła także. Co komu zaszkodzi, że się rozejrzę? Ogarnęło mnie podniecenie, poczucie władzy. Przypatrywałem się rzeczom matki pod jej nieobecność. Bursztynowy naszyjnik połyskiwał w półmroku, przyzywał mnie i nie zdołałem mu się oprzeć. Wziąłem go w rękę, wiedziony impulsem włożyłem na szyję. Na wpół przezroczysta, leciutka jak mgiełka apaszka musnęła mi ramię. Podniosłem ją do warg.
Po raz pierwszy w życiu zaczęło we mnie narastać przedziwne, fascynujące uczucie, cale ciało opanowało mrowienie, skupiające się coraz silniej w miejscu ogromnego napięcia, które obudziło w moim umyśle na wpół rozpoznane obrazy zmysłowości. Chciałem siebie przekonać, że przyczyną mojego niezwyczajnego zachowania jest ten pokój. Apaszka wyraźnie chciała owinąć się czule wokół mojej szyi, bransolety same wsunęły mi się na rękę. Ściągnąłem koszulę, spojrzałem na siebie w lustrze i niewiele myśląc, zdjąłem spodnie. Na łóżku leżał negliż z prześwitującego jedwabiu, obszyty pianą koronki. Otuliłem się delikatną tkaniną, gładziłem ją i pieściłem, wyobrażając sobie, że muskam gładką skórę mojej matki, mając przed oczyma jej obraz...
Ogarnęła mnie słabość, byłem zdezorientowany, magia rozlanych perfum objęła mnie niewidzialnymi ramionami sukubów... słyszałem trzepotanie ich skrzydeł. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że jestem diabelskim nasieniem. Jakiś nieludzki zmysł kazał mi robić swoje. Choć wiedziałem, że postępuję źle, że popełniam śmiertelny grzech, nie czułem się winny. Poczucie nieśmiertelności obdarzyło mnie bezkarnością. Moje dłonie opanowane szatańską mądrością zwijały apaszkę, wiązały na niej supły, z całej siły ściskały negliż.
Podrygiwałem w szaleńczym tańcu ekstatycznej radości, aż nagle zamarłem, zmrożony wzniosłym paraliżem, zgiąłem się wpół, ścięty mocą rozkoszy, jakiej nie umiałbym sobie wyobrazić. Na krótką chwilę wystrzeliłem ponad chmury, wyżej niż sam Bóg... a potem spadłem niczym Lucyfer. Znów byłem chłopcem. Leżałem na dywanie, na zgniecionym, podartym jedwabnym negliżu, ozdobiony błyskotkami - groteskowymi na moich kościstych rękach.
Nastał moment obojętności wypływającej z odurzenia. A potem niczym ołowiany ciężar spadła na mnie świadomość popełnionych czynów. Krzyknąłem histerycznie, rozdygotany wciągnąłem na siebie ubranie. Kolana się pode mną uginały. Zniszczoną zwiewną bieliznę zwinąłem w kłębek, wepchnąłem pod koszulę. Chwyciłem buty i wybiegłem, popędziłem do swojego pokoju. Tam ukryłem negliż w kominie, za obluzowanym kamieniem, zdecydowany wydać tkaninę na pastwę płomieni, gdy tylko niańka rozpali ogień.
Nieco spokojniejszy obmyłem twarz chłodną wodą, przebrałem się i położyłem na kilka minut, próbując opanować drżenie. Ogarnęła mnie dziwna ulga. Oto nie zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Strach i poczucie winy przeszły metamorfozę. Szybowałem na skrzydłach radości, bo nawet jeśli zostanę ukarany za wtargnięcie do buduaru matki, o najgorszym nikt nigdy się nie dowie. Pozostanie to moim sekretem, będę go ukrywał w sercu jak uśpionego węża. Rósł on we mnie, rósł ze mną, wzrastał w siłę przez cale życie, także i teraz potężnieje.
Oczywiście moje wybryki nie pozostały niezauważone. Wydal mnie rozsypany puder i rozlane perfumy, a także zniknięcie jedwabnej bielizny. W tej kwestii przyznałem się ojcu. Powiedziałem, że do pokoju matki zawiodła mnie ciekawość, w swojej niezdarności nastąpiłem na koronkę i ją oddarłem, więc by uniknąć odpowiedzialności, wrzuciłem negliż do stawu. Uwierzył mi, nawet pochwalił szczerość i uczciwość, czym do łez rozśmieszył tkwiącego we mnie diabła. Za bezmyślne postępki dostałem lanie, które wcale nie przygasiło we mnie ulgi ani podekscytowania. Ojciec nagle przestał być wszechpotężny. Zwiądł i skarlał. Oszukałem go, okłamałem, przechytrzyłem, a on niczego się nie domyślił. Możliwe, że matka coś odgadła, bo raz czy drugi pochwyciłem jej trudne do wytłumaczenia spojrzenie, ale nigdy nie poruszyła ze mną tematu tamtego incydentu i wkrótce wszyscy o nim zapomnieli.
W końcu jednak nie spaliłem negliżu, ukrytego w kominie. Czasami, gdy byłem sam, wyjmowałem go ze schowka i gładziłem jedwab. Po latach dotyk i dym zmieniły szlachetną tkaninę w kruchy pobrązowiały pergamin, który wreszcie się rozpadł, przemienił w garstkę jesiennych liści.
* * *
Matka zmarła, gdy miałem czternaście lat, dwa lata po urodzeniu mojego brata Williama. Pamiętam, jak jej cudny pokój został przekształcony w izbę chorych, potem odnajduję w pamięci ciężkie wieńce na każdym meblu. Była blada i krucha, lecz piękna do samego końca.
Ojciec towarzyszył jej stale, twarz miał nieprzeniknioną. Któregoś dnia, mijając drzwi, usłyszałem zza nich rozpaczliwy szloch. Usta same ułożyły mi się w drwiący uśmiech. Byłem dumny, że nic nie czułem.
Pochowana została na przykościelnym cmentarzu, tuż obok wejścia do świątyni, by ojciec widział grób, witając parafian. Często przemyśliwałem nad tym, jak to się stało, że srogi, bogobojny mężczyzna poślubił tak delikatną i wrażliwą istotę. Przypuszczenie, iż mogła nim kierować namiętność, budziło we mnie dziwaczny niepokój, więc odsuwałem od siebie podobne myśli.
Ojca straciłem, mając dwadzieścia pięć lat. Akurat odbywałem Grand Tour, toteż dowiedziałem się o wszystkim po fakcie. Ponoć zimą zapadł na przeziębienie. Nie podjął odpowiednich środków, kazał palić w kominkach jedynie w najsroższe mrozy, odmówił leżenia w łóżku, aż któregoś dnia w kościele zemdlał. Wtedy wdała się gorączka. Zmarł, nie odzyskawszy przytomności. Został mi po nim całkiem spory majątek i niejasne poczucie, że teraz, po śmierci, będzie bacznie obserwował każdy mój ruch.
Przeprowadziłem się do Londynu. Odkryłem w sobie niejaki talent malarski, chciałem zostać artystą. W stolicy szybko trafiłem do British Museum oraz Royal Academy, natychmiast zakochałem się w sztuce. Postanowiłem wyrobić sobie nazwisko. Wynająłem studio w Kennington i pięć lat poświęciłem na stworzenie odpowiedniej liczby prac, umożliwiającej otwarcie własnej wystawy. Najczęściej malowałem portrety alegoryczne, pełnymi garściami czerpiąc z Szekspira i mitologii klasycznej. Używałem głównie farb olejnych, najodpowiedniejszych przy drobiazgowej pracy, która najbardziej mi odpowiadała. Jeden z gości, którzy zaglądali niekiedy, by obejrzeć moje płótna, powiedział, że są prawdziwie prerafaelickie, czym sprawił mi ogromną przyjemność. Od tamtego czasu dokładałem starań, by podkreślać tę zbieżność, nawet poprzez tematy wybierane z poezji Rossettiego, chociaż czułem, iż twórca ten, jako mężczyzna, jest bardzo daleki od ideału.
Największym kłopotem okazało się znajdowanie odpowiednich modelek; w Londynie miałem niewielu przyjaciół, a po żenujących doświadczeniach w pobliżu Haymarket straciłem śmiałość, by kobietom tego autoramentu oferować pracę. Nie interesowało mnie malowanie mężczyzn, bo w formie kobiecej znajdowałem więcej poezji. Zwłaszcza w pewnym, konkretnym typie urody. Dałem ogłoszenie w „Timesie”, jednak spośród dwudziestu z okładem kandydatek zaledwie jedna, może dwie okazały się niebrzydkie, a żadnej nie sposób było nazwać kobietą przyzwoitą. Tak czy inaczej, póki nie otwierały prostackich ust, starałem się nie uskarżać. Dopiero później, wracając pamięcią do swoich najwcześniejszych dzieł, z trudem dawałem wiarę własnym wspomnieniom, że „Julia” o eterycznej twarzy miała panieńskie dziecko, a niewinny „Kopciuszek” nie rozstawał się z butelką ginu. Dowiedziałem się w tamtym czasie o kobietach więcej, niżbym chciał. Słuchając ich niemoralnych słów, poznając brudne myśli, nienawidziłem swych modelek, mimo że podziwiałem piękno twarzy.
Niektóre próbowały na mnie żałosnych sztuczek uwodzenia, ale wówczas jeszcze panowałem nad gadziną zagnieżdżoną w sercu; co niedzielę chodziłem do kościoła, malowałem za dnia, a wieczorami bywałem w przyzwoitych klubach. Zawierałem znajomości, lecz nie czułem potrzeby towarzystwa. Najważniejsza była sztuka. Wyobrażałem sobie nawet, że kobiety nie wywierają na mnie wpływu, że pokonałem żądze występnego ciała. Takie przekonanie to koło tortur, na którym Bóg łamie grzeszników. Ale, ale, czas goni, więc przesuńmy się w opowieści o następne trzy lata, do chwili gdy jako trzydziestotrzyletni mężczyzna pewnego pogodnego jesiennego dnia napotkałem swoją nemezis.
Od jakiegoś czasu malowałem dzieci. Zwykle nietrudno znaleźć śliczne dziecko, którego matka zechce poświęcić sztuce kilka godzin dziennie. Płaciłem szylinga za godzinę, dla niektórych rodzicielek było to więcej, niż same zarabiały. Tamtego dnia, jak to często bywało, spacerowałem po parku. W pewnej chwili zobaczyłem te dwie. Kobieta ubrana była w czarny strój całkowicie pozbawiony smaku, a dziewczynka, może dziesięcioletnia, miała tak niezwykłe rysy twarzy, że stanąłem jak wmurowany, nie mogąc oderwać od niej wzroku.
Kruchą postać okrywała brzydka czarna peleryna, najpewniej otrzymana od kogoś, kto z niej wyrósł, ale jednocześnie dziewczynka poruszała się z gracją niezwykłą w jej wieku. Włosy miała w kolorze szalenie trudnym do określenia, w odcieniu bardziej białym niż złotym, toteż chwilami sprawiała wrażenie drobnej staruszki, jak podrzutek w gronie dziatwy o rumianych policzkach. Twarzyczkę miała pociągłą, tak jasną, że niemal całkowicie pozbawioną koloru - wyzierały z niej tylko wielkie ciemne oczy, bo nawet usta, choć pełne, wręcz pełniejsze niż u większości dzieci, były blade. Wszystko razem nadawało jej osobliwie tragiczny wyraz.
Natychmiast pojąłem, że musi zostać moją modelką. W jej twarzy kryla się obietnica bezkresnej ekspresji, a każdy ruch był arcydziełem wyrazu. Patrząc na nią, wiedziałem, że będzie moim wybawieniem. Jej niewinność poruszała mnie w równym stopniu co eteryczna uroda. Biegnąc za kobietą z dzieckiem, miałem łzy w oczach, a serce tak wezbrane uczuciami, że nie mogłem wydobyć z siebie słowa.
Dziewczynka miała na imię Effie, kobieta bez gustu okazała się jej ciotką. Mieszkały razem z matką małej, modyst-ką, nad sklepikiem na Cranbourn Alley. Rodzina należała do szacownych: pani Shelbeck, zubożała wdowa, była, jak się późnej przekonałem, irytującą kobietą o piskliwym głosie, kompletnie pozbawioną zdumiewających cech widocznych u córki. Moja propozycja szylinga za godzinę została przyjęta bez wahań i rezerwy, z jakimi spotkałbym się w rodzinie o szlachetniejszym pochodzeniu. Podejrzewam, że gdybym zaoferował połowę tej sumy, spotkałbym się z równie entuzjastyczną reakcją. Z drugiej strony byłem skłonny proponować nawet podwójną stawkę.
Jeszcze w tym samym tygodniu Effie przyszła do studia, oczywiście w towarzystwie ciotki. Cały ranek robiłem jej szkice: z profilu, trois-quattre, en face, z uniesioną brodą, z głową przechyloną na bok... Każdy miał więcej uroku od poprzedniego. Dziewczynka okazała się modelką doskonałą. Nie wierciła się jak inne, nie paplała, nawet się nie uśmiechała. Wydawała się onieśmielona wnętrzem i mną, przyglądała mi się potajemnie, z pełnym szacunku zdumieniem. Została do mnie przyprowadzona drugi raz i trzeci, a potem przychodziła już sama.
Pierwszy obraz, do którego mi pozowała, zatytułowałem „Sen mojej siostry”, jak wiersz Rossettiego. Malowałem go dwa miesiące. Płótno było niewielkie, ale schlebiałem sobie, że udało mi się pochwycić czar Effie. Namalowałem ją w dziecinnym łóżeczku, na białej ścianie krzyż, a na nocnym stoliku wazon z ostrokrzewem - symbol świąt Bożego Narodzenia. Brat siedzi na podłodze przy łóżku, głowę złożył na pościeli, a matka dziewczynki, cała w czerni, stoi u stóp łóżka, twarz ma ukrytą w dłoniach. Wzrok patrzącego skupia się na Effie, pozostałe figury są pozbawione twarzy i ciemno ubrane, a ona jest cała w bieli, obleczona w marszczoną koszulkę nocną, którą nabyłem specjalnie do tej sceny. Jej włosy spływają na poduszkę, rozkładają się wokół drobnej postaci. Ręce ma odsłonięte, jedna leży bezwładnie wzdłuż boku, dłoń drugiej jest po dziecinnemu podłożona pod policzek. Światło wpadające przez okno zmienia ją w obietnicę odkupienia, eksponuje czystość istoty niewinnej, zmarłej w młodości. Był to temat bliski memu sercu, w ciągu następnych siedmiu lat powracałem do niego wiele razy. Z coraz większą niechęcią wypuszczałem modelkę wieczorami do domu, bo rosła tak szybko, że liczyła się każda godzina pozowania.
Effie mówiła niewiele. Była istotą spokojną, nieskalaną zarozumiałością i próżnością, powszechną wśród dziewcząt w jej wieku. Chciwie pochłaniała lektury, zwłaszcza poezję - Tennysona, Keatsa, Byrona, Szekspira - dzieła niezbyt odpowiednie dla dziecka, lecz jej matka najwyraźniej nie
przywiązywała do tego faktu szczególnej wagi. Któregoś dnia pozwoliłem sobie wyjaśnić Effie, że poezja, bezspornie godna polecenia choćby młodemu człowiekowi, nie należy do lektur odpowiednich dla wrażliwej panienki. Wiersze często poruszają tematy trudne, a przy tym zbyt mocno operują emocjami. Podsunąłem jej kilka doskonałych książek i z przyjemnością stwierdziłem, iż wszystkie sumiennie przeczytała. Wydawała się wcieleniem wszelkich kobiecych cnót, a jednocześnie była całkowicie pozbawiona przewrotności właściwej słabej pici.
Nie planowałem zostać kawalerem, jednak moja nieufność wobec kobiet, zrodzona z profesjonalnych kontaktów z nimi, kazała mi zwątpić, czy kiedykolwiek znajdę tę „jedną na tysiąc”, o której mówił święty Paweł, cnotliwą i posłuszną. A teraz, im dłużej znałem Effie, tym bardziej urzekała mnie jej uroda i zachowanie. W końcu zdałem sobie sprawę, że ideał istnieje.
Effie nie miała jednej skazy, była czysta jak łza. Gdybym tylko zyskał możliwość wspierania jej zalet, gdybym mógł ojcowskim okiem śledzić jej dojrzewanie i wykształcenie, z pewnością wyrosłaby na osobę wyjątkową, niespotykaną, niedoścignioną. Chroniłbym ją przed światem, zadbał o edukację, by mogła mi dorównać. Ukształtowałbym ją, a w końcu, gdy dzieło zostanie ukończone... Skoro tylko idea ta uformowała się w moim umyśle, pamięć podsunęła wspomnienie chłopca w buduarze pełnym zabronionych cudów, powietrze wypełniła ulotna, nostalgiczna woń jaśminu. Po raz pierwszy obraz ten nie wywołał we mnie uczucia winy. Nieskazitelna czystość Effie zapewni mi odkupienie, to pewne. Próżno by szukać w tej dziewczynie czegokolwiek, co by ją wiązało ze światem materialnym, jakichkolwiek cech zmysłowych. Chłodna, obojętna, była uosobieniem niewinności. Za jej sprawą uzyskam zbawienie.
Zatrudniłem dla niej prywatnych nauczycieli, chcialem, by z innymi dziećmi spotykała się jak najrzadziej. Kupowałem jej ubrania i książki. Nająłem szacowną gospodynię dla matki i ciotki, żeby Effie nie traciła czasu na pomaganie w pracach domowych. Zaprzyjaźniłem się z jej nudną matką, by zyskać pretekst do częstszych odwiedzin na Cranbourn Alley, i dbałem, żeby im nie brakło pieniędzy.
Malowałem wtedy nieomal wyłącznie Effie, zrezygnowałem z wszystkich innych modelek, chyba że były potrzebne jako postacie drugoplanowe. Skupiłem się wyłącznie na Effie. Effie dwunastoletnia, już nieco wyższa, w ładnej białej sukience z niebieską szarfą... Sam zachęciłem matkę dziewczynki do kupna tego stroju. Effie trzynastoletnia, potem czternastoletnia, dziewczyna o smukłej figurze tancerki. Piętnastolatka z pociemniałymi oczyma i ustami, z twarzą o doroślejszych rysach. Szesnastolatka z jasnymi włosami splecionymi w schludną koronę, ustami o najdelikatniejszym luku, pięknymi oczyma w kolorze deszczu, z ciężkimi powiekami i skórą wokół nich tak delikatną, że aż błękitną.
Rysowałem i malowałem Effie pewnie ze sto razy. Była Świętą Dziewicą, Kopciuszkiem, była młodą zakonnicą w „Kwiecie passiflory”, Beatrycze w raju Dantego, Julią na grobie okrytą liliami, spowitą bluszczem Ofelią i małą żebraczką z wierszyka dla dzieci. Ostatni portret z tamtego czasu przedstawia ją w roli Śpiącej Królewny, podobnie jak na płótnie „Sen mojej siostry”, całą w bieli, niczym pannę młodą lub zakonnicę, leżącą na tym samym dziecinnym łóżeczku. Włosy znacznie dłuższe niż wówczas, gdy miała dziesięć lat, bo naciskałem, by ich nie obcinała, spływają falą na podłogę, gdzie zalega stuletni kurz. Przez wąskie okna wpadają ukośne promienie słońca i zaglądają niesforne pędy bluszczu. Opleciony zielonymi łodygami szkielet w zbroi zagradza drogę wszelkiemu złu, które by chciało zakłócić sen niewinnej piękności. Effie ma twarz zwróconą w stronę światła, uśmiecha się przez sen, nieświadoma swej krzywdy.
Nie mogłem zwlekać dłużej. Udało mi się otoczyć ją szklanym kloszem, dzięki któremu czekała na mnie przez długie lata; teraz nadszedł czas, by ten klosz stłuc. Nadal była bardzo młoda, tak, to prawda, ale gdybym miał przeciągać sprawę jeszcze choćby rok, ryzykowałbym, że utracę ją na zawsze.
Matka nie wydawała się zdziwiona. Co więcej, żarliwość, z jakim przyjęła moją propozycję, kazała mi się domyślać, że już wcześniej rozważała tę możliwość. Cóż, w końcu byłem człowiekiem majętnym, a skoro miałem poślubić Effie, należało oczekiwać, iż będę wspomagał jej krewnych. Przy tym dobiegałem czterdziestki, podczas gdy ona miała lat zaledwie siedemnaście, a po śmierci męża jego rodowa fortuna przypada żonie... Natomiast sprzeciwiła się ciotka, stara panna, osoba wiecznie skwaszona, której jedyną zaletą było całkowite poświęcenie dla siostrzenicy. Twierdziła, że Effie jest jeszcze za młoda na ten krok, zbyt wrażliwa, nie rozumiała, na czym polegają obowiązki małżeńskie... Nie wziąłem pod uwagę jej obiekcji, ponieważ liczyła się dla mnie wyłącznie Effie. Była moja. Wzrastała przy mnie - jak bluszcz, który oplata pień dębu.
Poślubiła mnie odziana w cudowną, wyszywaną suknię, w której pozowała do „Śpiącej Królewny”.
GWIAZDA
„Oto, czego uczę: postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie. Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa. Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść...”.
Czarny karawan słów brnął z mozołem. Byłam zadowolona, że przed mszą przyjęłam laudanum. Migrena prawie zniknęła, została po niej tylko czarna chłodna dziura, do której uciekty wszystkie myśli, odległe jak gwiazdy.
„...wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy...”.
Wycofana we własny spokój, uśmiechnęłam się do siebie.
Rytm okrutnych biblijnych wersów mimo wszystko niósł ze sobą posmak poezji, nieodpartyjak pogańska przyśpiewka, jedna z tych, które chętnie nuciłam, zanim wyszłam za pana Chestera.
Im wyżej skaczemy,
tym wyżej rosną.
Dokoła, dokoła, dokolusia!
Wspomnienie piosenki powlokło moje serce żalem i tęsknotą za tym odległym czasem, na zawsze utraconym, gdy mama nie chorowała, tatko żył i wszyscy razem czytaliśmy wiersze, siedząc w bibliotece naszego rodzinnego domu. Jeszcze przed przeprowadzką na Cranbourn Alley, gdy wyjście do kościoła było okazją do świętowania, śpiewania i szczęścia.
Ogarnęły mnie mdłości. Mocno zacisnęłam dłonie, zagryzłam wargę, by przezwyciężyć słabość. William uśmiechnął się do mnie smutno. Siedział tuż obok, ale nie podniosłam głowy. Pan Chester nie byłby zadowolony, gdybym się uśmiechała w kościele. Postać świętego Sebastiana przeszytego strzałami, widoczną nad głową pastora, oblał słoneczny blask.
Im wyżej skaczemy...
Święty Sebastian miał twarz chłodną i obojętną, całkiem jak Henry.
Nagle poczułam, że spadam. Zamachałam rękoma, usta otworzyłam szeroko w milczącym krzyku przerażenia... ale spadałam w górę! W stronę wysokiego sklepienia kościelnej nawy. Już widziałam złocenia i rollwerki, i chłodny wzrok świętego Sebastiana... Upadek wytracił impet. Oszołomiona spojrzałam w dół na głowy wiernych, strach ustąpił miejsca zdumieniu i euforii. Jakim cudem się tu znalazłam? Czy umarłam i opuściłam ciało? A może śniłam? Na próbę podskoczyłam i zatańczyłam w powietrzu. Roześmiałam się głośno. Zawirowałam wokół głowy pastora, łysej jak kolano. Nikt mnie nie widział. Nikt nie słyszał.
Sprawdzając nowe możliwości, przemknęłam nad ciemnymi głowami zgromadzonych. Widziałam i słyszałam znacznie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, każdy szczegół docierał do mnie z niesłychaną precyzją. Widziałam nawet słowa pastora płynące do nieba niczym dym z fabrycznego komina. A także posępny mrok w dole, tu i ówdzie przetykany jasnym promieniem dziecięcej nieuwagi. Przyjrzawszy się bliżej, stwierdziłam, że nie-
wyjaśnionym sposobem potrafię zaglądnąć w ludzkie dusze, dostrzec esencję człowieczą, jakby mój wzrok był światłem słonecznym przechodzącym przez witraże. Pewna stara kobieta, o ostrym języku i skwaszonęj twarzy, pod okrywą ciała biła w oczy promiennym blaskiem. Któreś dziecko iskrzyło się szczerą radością, gdy tymczasem ciemnowłosa młoda kobieta przerażała smolistą czernią śmierci. To, co w niej ujrzałam, ścięło mi serce lodem, więc jak najszybciej poszybowałam w górę.
Spod sklepienia przyjrzałam się własnemu porzuconemu ciału. Blada twarzyczka ledwo widoczna spod ciemnego czepca, kredowobiałe usta, powieki zamknięte, fioletowawe jak sińce. Patrzyłam na siebie z litością. Cóż to za mizerna istota...! Lepiej się przyjrzeć panu Chesterowi, on ma twarz srogą, lecz przystojną... albo Williamowi, mojemu szwagrowi o włosach opadających na twarz.
- Marta! - zabrzmiał jakiś głos.
Rozejrzałam się ciekawie, lecz nikt nie zareagował.
- Marto! - Tym razem ton był rozkazujący, a mimo to pastor nie przerwał odprawiania mszy. Ach, więc tylko ja słyszałam wołanie. W dole nadal widziałam jedynie pochylone głowy i złożone ręce.
Dopiero na samym końcu nawy dostrzegłam kobietę z uniesioną twarzą, z głową lekko przechyloną, jakby się czemuś uważnie przyglądała. Ledwo zerknęłam na gęste miedziane loki pod frywolnym złotym kapeluszem, gdy usłyszałam swoje imię.
- Effie!
To William odwrócił się do mojego ciała pozbawionego życia i chcąc mnie ocucić z omdlenia, zaczął rozwiązywać wstążki mojego czepka. Przyglądałam się z niejakim rozbawieniem, gdy niezdarnie szperał mi w torebce, szukając soli trzeźwiących. Kochany William! Taki niezręczny, a jednocześnie zawsze z sercem na dłoni. Tak różny od brata.
Henry wstał, wzbudzając falę zainteresowania wśród wiernych siedzących w najbliższych ławkach. Usta miał zaciśnięte. Nie powiedział ani słowa, tylko postawił mnie na nogi i poprowadził nawą. William poszedł za nami. Ten i ów się na nas obejrzał, inni skwitowali scenę pobłażliwym uśmiechem i ponownie skupili się na mszy. W końcu przecież w stanie pani Chester omdlenie jest sprawą naturalną.
Im wyżej skaczemy...
Miałam zawroty głowy. Spojrzawszy w oczy biednego, przeszytego strzałami świętego Sebastiana, doznałam dziwacznego uczucia oszołomienia, żołądek podszedł pod gardło, jakbym spadała. Dokoła, dokoła, dokolusia!
Dotarło do mnie, co się dzieje, podjęłam walkę z nieuniknionym, niestety na próżno.
Nie chcę wracać! - zaprotestowałam w myślach. Nie chcę...!
Gdy spadałam, wróciło niewyraźne wspomnienie spojrzenia kobiety w złotym kapeluszu. Widziałam, jej wargi się poruszyły. Jej usta wymówiły obce dla mnie imię. Marta.
Zapadła ciemność.
Nade mną widniała twarz Henry’ego. Rozluźniał mi sznurówki gorsetu. Zawieszona między snem a świadomością, miałam czas podziwiać gładko ogolone policzki męża, jego proste brwi oraz oczy o czujnym spojrzeniu. Włosy, ciemniejsze niż u brata, obcięte miał bardzo krótko. William trzymał się nieco z tyłu, trochę niepewny. Gdy zobaczył, że otwieram oczy, podskoczył do mnie z solami trzeźwiącymi.
- Effie! Jak się czujesz?
Henry rzucił mu spojrzenie wyrażające zimną furię.
- Czego tu stoisz jak ostatni głupiec? - warknął. - Rusz się, wezwij powóz!
William zerknął na mnie po raz ostatni i poszedł wykonać polecenie.
- Stanowczo za bardzo się o ciebie troszczy - rzuci! Henry. - Ludzie widzą... - Urwał. - Możesz wstać?
Kiwnęłam głową.
- Dziecko ci się daje we znaki?
- Nie, chyba nie.
Nawet mi w głowie nie postało, by mu opowiadać, co przeżyłam w kościele. Z doświadczenia wiedziałam, jak bardzo go złoszczą moje „wydumane dziwactwa”.
Gdy wchodziłam do powozu, zasłabłam ponownie, mało brakowało, a byłabym upadła. Henry mnie podtrzymał, objął i z łatwością posadził. Zerknęłam na niego ukradkiem. Twarz miał stężałą, malował się na niej strach. I odraza. W tej jednej chwili podświadomie zdałam sobie sprawę, że mąż się mnie boi, czułam głębię jego zmieszania. Wrażenie zniknęło równie szybko, jak się pojawiło, nie zdążyłam się nad nim zastanowić, ponownie zemdlałam.
Straciła dziecko, jakże by inaczej. Upojona laudanum spala, gdy położna je zaszywała w prześcieradło. Nie zażądałem, by mi pokazano syna. Zanim wyszedłem do studia, poczekałem na wieści, że moja żona dojdzie do siebie. Mieszkaliśmy w dzielnicy Highgate, pracownię specjalnie wynająłem daleko od domu. Zyskiwałem dzięki temu poczucie odosobnienia, niezbędne przy malowaniu, a poza tym światło było tam chłodne i czyste, klasztorne, więc moje obrazy rozwieszone na gołych białych ścianach lśniły niczym zamknięte w gablotach motyle. Tutaj byłem najwyższym kapłanem, Effie moim dziełem, jej słodka twarz spoglądała na mnie z każdego płótna, ze stonowanych pasteli, z grubych teczek brązowego pergaminu. Effie, istota wierna mojej duszy, nietknięta przekleństwem żądzy naszych ciał. Tej nocy, nie po raz pierwszy, spałem w studiu, na łóżeczku, które uwieczniłem w „Śnie mojej siostry” i „Śpiącej Królewnie”. Dopiero tam, w świeżej, chłodnej pościeli odnalazłem ukojenie.
Wróciłem do domu następnego dnia o dziesiątej. Od służby dowiedziałem się, że lekarz wyszedł nad ranem. Nasza gosposia, Tabby Gaunt, strzegła Effie prawie całą noc, podając jej laudanum i ciepłą wodę. Gdy wszedłem do pokoju chorej, podniosła na mnie wzrok znad
obrębianej koszuli. Wyglądała na zmęczoną, oczy miała zaczerwienione, ale uśmiech promienny jak u dziecka. Zerwała się na równe nogi, poprawiła czepiec na potarganych siwych włosach.
- Pani śpi, proszę pana - szepnęła. - Lekarz powiedział, że jest słaba, ale dzięki Bogu nie ma gorączki. Ma przez kilka dni poleżeć w łóżku.
Kiwnąłem głową.
- Dziękuję, Tabby. Możesz przynieść pani Chester gorącą czekoladę.
Odwróciłem się w stronę łoża, na którym spoczywała Effie. Jej jasne włosy rozsypały się po kołdrze i poduszkach. Dłoń włożyła pod policzek, jak dziecko. Trudno mi było uwierzyć, że skończyła osiemnaście lat i właśnie urodziła pierwsze dziecko. Wbrew sobie zadrżałem na tę myśl. Samo wspomnienie jej nabrzmiałego w ciąży ciała, nawet ukrytego pod odzieżą, było nieczyste, budziło niepokój. Wołałem widzieć ją taką jak teraz: w łóżku, ze szczupłym ramieniem na oczach, ledwo dostrzegalną wypukłością piersi... to słowo przeszkadzało mi nawet w myślach, więc odrzuciłem je gniewnie. Prawie nie było jej widać w fałdach nocnej koszuli.
Zalała mnie fala czułości. Niewinnym gestem pogładziłem włosy śpiącej żony.
- Effie?
Spomiędzy jej warg dobył się niegłośny dźwięk. Owionął mnie wzruszający zapach talku, gorączki i czekolady, kwintesencja dzieciństwa. Otworzyła oczy, skupiła na mnie wzrok i poderwała się gwałtownie. Na twarzy miała wypisane poczucie winy, niczym uczennica przyłapana na myśleniu o niebieskich migdałach.
-Ja... Pan Chester!
- Spokojnie, spokojnie, moja droga. Ciągle jesteś słaba. Tabby zaraz ci przyniesie gorącą czekoladę.
- Tak mi przykro... - Oczy Effie wypełniły się łzami.
- Zemdlałam w kościele...
- Nie szkodzi, nic nie szkodzi. Uspokój się, moja droga. Usiądę obok, przytulę cię... Tak lepiej? - Podparłem ją poduszką i objąłem. Wreszcie się uśmiechnęła.
- Dziękuję, to takie miłe - szepnęła, wciąż jeszcze rozespana. - Całkiem jak dawniej... Przed ślubem.
Zesztywniałem.
Z jej nieskładnych myśli wyłoniło się zrozumienie.
- Dziecko! - krzyknęła. - Co z dzieckiem?! Odsunąłem się. Nie potrafiłem o nim myśleć.
- Henry, powiedz mi, co z dzieckiem?! Błagam, powiedz! Henry!
- Nie nazywaj mnie tak! - Wstałem gwałtownie. Z niemałym trudem się opanowałem. - Effie, zrozum... dziecko było chore - rzeklem, przymuszając się do łagodnego tonu.
- Nie miało szans przeżyć. Było za małe.
W sypialni rozległo się przenikliwe wycie. Chwyciłem Effie za ręce. Uspokajałem ją, a jednocześnie karciłem.
- Jesteś za młoda na rodzenie dzieci. Niepotrzebnie się to stało, to był błąd...
- Nie, nie, nie!
- Przestań krzyczeć.
- Nie... nie...
- Dosyć! - Chwyciłem ją za ramiona, potrząsnąłem.
Instynktownie zasłoniła twarz rękoma. Oczy miała szalone, na policzkach plamy od płaczu. Jej łzy wydały mi się na wskroś erotyczne. Odwróciłem się z rumieńcem gniewu na twarzy.
- Tak będzie lepiej - stwierdziłem. - Możemy zacząć wszystko od początku. Nie płacz. Jesteś za delikatna, żeby rodzić dzieci. Za młoda. - Sięgnąłem po buteleczkę laudanum, starannie odmierzyłem do szklanki z wodą sześć kropel. - Masz, potknij. Pomoże ci się uspokoić.
Cierpliwie podtrzymywałem szklankę, gdy piła, uczepiona mojego ramienia, przełykając razem z wodą obficie płynące łzy. Powoli. Wreszcie uspokoiła się, ucichła i przygasła.
- Teraz się zachowujesz jak należy - pochwaliłem szczerze. - Lepiej się czujesz?
Apatycznie pokiwała głową, ukryła twarz na moim ramieniu. Gdy zapadała w sen, przez chwilę owionął mnie aromat jaśminu... prawdziwy czy wyimaginowany? Nie potrafię ocenić, wrażenie trwało zbyt krótko.
DZIEWIĄTKA MIECZY
Przez kilka tygodni chorowałam. Fatalna pogoda opóźniała moją rekonwalescencję, przeziębiłam się i przez to zostałam w łóżku dłużej, niż powinnam ze względu na samo poronienie. Pamiętam pojawiające się wokół mnie twarze, zastygły na nich grymas współczucia, ale serce miałam ścięte lodem i chociaż pragnęłam dziękować za troskę ludziom, którzy mnie odwiedzali, nie umiałam tego robić szczerze. Tabby, która była ze mną od moich dziecinnych lat, jeszcze na Cranbourn Alley, opiekowała się mną z oddaniem, poiła chudymi rosołkami i wciąż się o mnie martwiła. Moja pokojówka, Em, rozczesywała mi włosy, przebierała mnie w śliczne koszule nocne z koronką i paplała o swojej rodzinie, zwłaszcza o siostrach mieszkających w odległym Yorkshire. Edwin, ogrodnik, przynosił od czasu do czasu pęk wczesnych krokusów albo żonkili, kiełkujących na jego ukochanych rabatach, burkliwie zapewniając, że „kwiaty obudzą kolory na buzi młodej pani”. Mimo otaczającej mnie serdeczności nie mogłam wyjść z letargu. Zwykle siedziałam przy kominku, otulona grubym szalem, czasami coś wyszywałam, ale najczęściej tylko patrzyłam w ogień.
William, który zapewne by mnie podniósł na duchu, wrócił do Oxfordu, gdzie czekało na niego towarzystwo rówieśników. Był rozdarty między chęcią uczestniczenia w życiu studenckim a niepokojem, że mnie zostawia w tak fatalnym stanie.
Henry zmieni! się w uosobienie troski. Przez nieomal miesiąc nie wolno mi było przyjmować gości, bo jego zdaniem miato mnie to uchronić od zmartwień. W tym czasie ani razu nie wyszedł do studia, pracował w domu. Powstały wtedy dziesiątki moich szkiców, tyle że ja, kiedyś oczarowana jego dziełami, teraz miałam je za nic. Swego czasu lubiłam, gdy mnie rysował. Zawsze podkreślał moje oczy i czystość rysów. Teraz jego sztuka nie robiła na mnie żadnego wrażenia, dziwiłam się nawet, że go uważałam za człowieka obdarzonego talentem.
Obrazy przyprawiały mnie o mdłości. Porozwieszane były wszędzie, w każdym pokoju, a co najgorsze, także w sypialni. „Mała żebraczka”, namalowana, gdy miałam zaledwie trzynaście lat, prześladowała mnie jak mój własny duch. Londyńskie slumsy, oddane w najdrobniejszych szczegółach od rynsztoków po czarny dym wzbijający się z kominów w mętne niebo. Wychudzony kot obwąchuje zdechłego ptaka. Obok siedzi umierające dziecko, bose, odziane jedynie w nędzną koszulinę. Długie włosy dziewczynki spływają aż na bruk, promień światła wyławia z półmroku jej uniesioną twarz. Jest na tym obrazie również strofa z wiersza o tym samym tytule co obraz.
O, niewinności, ziemską troską nieskalana!
O, nietknięta miłości cielesnym skażeniem, Oddajesz swą promienność, a ja na kolanach Patrzę na nią odzianą jeno w uniesienie.
Ty jesteś najpiękniejszym z wszystkich ludzkich istnień, Przed tobą się kłaniają niebios gospodarze.
Ty jedna z Wszechmogącym śluby bierzesz czyste Na tronie posadzona w ekstazie. Z Nim w parze.
Niegdyś przepełniało mnie uwielbienie dla pana Chestera, dla jego łatwości tworzenia poezji. Nie było we mnie nawet krztyny krytycyzmu, płakałam nad przykrymi słowami pana Ruskina przy okazji pierwszej wystawy Henry’ego. Ciągle jeszcze pamiętam, choć coraz słabiej, ten czas, gdy wielbiłam tego człowieka jak Boga, gdy każde jego słowo napisane dla mnie miało wartość szczerozłotego skarbu. Byłam mu niewymownie wdzięczna za wynajęcie nauczycieli, a gdy pewnego dnia usłyszałam jego rozmowę z mamą, w bibliotece, zorientowałam się, że planują nasz ślub... moje serce wywinęło kozła z radości. Ciotka May nie była zachwycona, że mam poślubić człowieka znacznie ode mnie starszego, ale matkę zaślepiła myśl o możliwościach, jakie małżeństwo z panem Chesterem otwierało przed jej córką. A ja? Ja byłam bezkrytycznie zapatrzona w pana Chestera. Skończywszy siedemnaście lat, wyszłam za niego za mąż.
Poślubiłam go!
Nagle zakipiałam gniewem i nienawiścią. Z furią dziobnęłam tkaninę igłą. Ścieg namiotowy - raz. Krzyżyk - dwa. Praca była mniej więcej w połowie, wzór pomysłu Henry’ego, soczyste, jaskrawe kolory. Śpiąca Królewna leżąca na łóżku, opleciona pędami róż. Już na tym etapie twarz uśpionej dziewczyny przypominała moją.
Krzyżyk - raz, ścieg namiotowy - dwa. Po chwili tylko kłułam nitki splotu, nawet nie starając się haftować. Narastał we mnie gniew, wrzał, kazał rwać delikatny wzór, szarpać złoty kordonek. Całkiem bezwiednie zapłakałam głośno, choć bez łez. Wyrwał mi się z gardła ochrypły prymitywny dźwięk - kiedy indziej by mnie przeraził.
- Panienko! - Wstrząśnięta Tabby zapomniała, że jestem mężatką.
Wytrącona z transu drgnęłam i podniosłam na nią wzrok. Okrągłą, dobroduszną twarz służącej wykrzywiała troska.
- Ojej, co też panienka narobiła... I cale ręce, i taki piękny wzór... Och, proszę pani!
Spojrzałam na robótkę i ze zdumieniem spostrzegłam na swoich dłoniach krwawe znaki. Szkarłatny ślad napiętnował tkaninę, zamazując pół twarzy bajkowej postaci. Pozwoliłam gosposi zabrać zniszczony haft, spróbowałam się uśmiechnąć.
- Ależ ze mnie niezdara - powiedziałam cicho.
Tabby ze łzami w oczach zamierzała pytać, lecz nie dałam jej dojść do słowa.
- Nie, Tabby, czuję się zupełnie dobrze. Pójdę umyć ręce.
- Ależ z pewnością zechce pani przyjąć kropelkę laudanum! Pan doktor powiedział...
- Tabby, czy mogłabyś zebrać szycie? Dzisiaj nie będzie mi już potrzebne.
- Tak, proszę pani - odparła służąca głosem bez wyrazu, ale stała bez ruchu, patrząc, jak sztywno wychodzę z pokoju, zakrwawioną ręką macając drzwi w poszukiwaniu gałki. Jak lunatyk morderca.
* * *
Chorowałam prawie dwa miesiące, zanim lekarz wreszcie pozwolił mi przyjmować gości. Zresztą kogóż to ja widywałam... Raz przyszła matka, by porozmawiać o swoich toaletach i zapewnić mnie, że nadal mam mnóstwo czasu na powiększenie rodziny. Dwukrotnie zajrzała ciotka May - spokojnie mówiła o rzeczach najzwyklejszych z łagodnością całkiem do niej niepodobną. Kochana ciocia! Gdyby wiedziała, jak bardzo chciałam z nią porozmawiać od serca...! Niestety, byłam świadoma, że w chwili, gdy przez moje usta wyjdzie pierwsze słowo na najważniejsze tematy, runie tama i powiem wszystko, nawet to, do czego sama przed sobą nie
potrafiłam się przyznać. Wobec tego milczałam, udając, że jestem szczęśliwa i że zimny, chorobliwie schludny budynek jest moim domem. Ciotka nie dała się zwieść, ale też, dla mojego dobra, robiła co w ludzkiej mocy, by ukryć niechęć do Henry’ego: sztywno wyprostowana w krześle kierowała pod jego adresem zwięzłe, krótkie zdania.
Henry darzył ją taką samą niechęcią, jak ona jego, więc przy drugich odwiedzinach pozwolił sobie na przykry komentarz, że po jej wizytach zawsze jestem wyczerpana. Ciotka nie pozostała mu dłużna i tak rozpoczęła się szermierka słowna. Henry podsunął jej myśl, by powstrzymała się od wizyt, póki nie opanuje bardziej stonowanego stylu konwersacji, żeby nie narażać jego żony na przykre doświadczenia. Ciotka dała się sprowokować i wyszła otoczona gęstą chmurą wzajemnych oskarżeń.
Patrzyłam za nią przez okno. Oddalała się ode mnie, drobna szara figurka pod zimnym niebem. Henry postawił na swoim. Miał mnie już tylko dla siebie. Na zawsze.
Tamten marzec, chociaż dość chłodny, często rozjaśniał się słońcem, więc szybko zapachniało wiosną. Z salonu miałam piękny widok na ogród ze stawem i starannie rozplanowane rabaty. Któregoś ranka pozowałam Henry’emu we frontowym oknie. Byłam jeszcze mizerna, ale słoneczne ciepło rozgrzało mi policzki i rozświetliło włosy.
Chętnie bym wyszła do ogrodu, na powietrze, chciałam poczuć na skórze chłód i wilgoć trawy na stopach. Pragnęłam czuć zapach ziemi, położyć się na niej i turlać w zieleni jak beztroski kociak...
- Effie, przestań się wiercić! - przywołał mnie do rzeczywistości Henry. - Profil trois-quattre i postaraj się nie upuścić cymbałów. Dałem za nie wcale niemałą sumę. - Zamilkł na moment. - Teraz lepiej. Pamiętaj, bardzo mi zależy, by obraz był gotowy na wystawę, nie ma wiele czasu.
Skorygowałam pozycję, poprawiłam instrument na kolanach. Najnowszy pomysł Henry’ego nosił tytuł „Dama z cymbałami”. Praca nad dziełem trwała już czwarty tydzień. Portret miał mnie przedstawiać w roli zagadkowej panny z wiersza Coleridge’a. Henry zaplanował „młodą dziewczynę, całą w bieli, siedzącą na prostej ławie, z jedną nogą podwiniętą pod siebie, uroczo skupioną na muzyce. Za nią rozciąga się krajobraz leśny, w dali wznosi się tajemnicza góra”.
Znałam ten wiersz na pamięć, więc ośmieliłam się zaoponować i podpowiedzieć, że „dzieweczka młoda z Abisynii” powinna być raczej postacią egzotyczną i malowniczą, a nie istotą bezbarwną i nudną, w odpowiedzi na co pan Chester nie pozostawił najmniejszych wątpliwości co do swojej opinii na temat mojego gustu malarskiego, literackiego oraz w każdej innej dziedzinie. Za wystarczający dowód prawdziwości swoich słów uznał moje nieudolne próby malowania i pisania wierszy. A przecież pamiętam takie chwile, jeszcze zanim Henry zabronił mi marnować czas na próby w dziedzinach, w których natura poskąpiła mi talentu, że zaglądałam w płótna jak w gniewne wiry gwiazd, czułam radość... radość i coś jeszcze... jakby narodziny namiętności.
Namiętność...
Pierwszej nocy naszego małżeństwa pan Chester przyszedł do mnie z poczuciem winy w oczach i nauczył mnie wszystkiego, co powinnam wiedzieć o namiętności. Niewinny żar wygasi we mnie natychmiast. Na widok mojego ciała mąż padł na kolana, ale nie z radości, tylko przytłoczony wyrzutami sumienia. I tak akt miłosny zmienił się w akt skruchy dla nas obojga, zimne, smutne połączenie dwóch lokomotyw. Gdy poczęłam dziecko, nawet to się skończyło.
Nigdy tego nie zrozumiałam. Matka mówiła, że nie ma nic złego w akcie połączenia kobiety i mężczyzny, którzy wzajemnie darzą się miłością; to boska zachęta do rozmnażania
gatunku ludzkiego. Jesteśmy istotami uczuciowymi i czystymi, póki złe myśli nie odbiorą nam niewinności. Nie pragnienie wiedzy było grzechem pierworodnym, ale wstyd przed nagością. Właśnie on wygnał Adama i Ewę z rajskiego ogrodu i ten sam wstyd teraz bronił nam do niego wejść.
Z pewnością matka by nie pojęła lodowatej pogardy na twarzy Henry’ego, gdy mąż wyswobodził się z moich objęć.
- Kobieto, czy ty nie masz wstydu? - zapytał.
Wstyd... Nie znałam go, póki nie poznałam Henry’ego.
Mimo wszystko płonął we mnie ogień. Nie zdusiła go śmierć dziecka ani lodowaty chłód małżeństwa. Czasami poprzez zimne welony tłumiące moje życie przedzierało się coś więcej, coś nieomal przerażającego. Gdy teraz patrzyłam na twarz Henry’ego, skupionego na szkicowaniu, rodził się we mnie bunt. Chciałam rzucić cymbałami o ziemię, zerwać się na równe nogi, tańczyć nago w wiosennym słońcu. Ogarnęło mnie podniecenie, zanim pojęłam, co się dzieje, już stałam i krzyczałam - głośno, rozpaczliwie... Tyle że Henry mnie nie słyszał. W nabożnym skupieniu pracował nad obrazem. Zerknął na jakiś przedmiot za moimi plecami i wrócił do szkicowania. Obróciłam się gwałtownie - i zobaczyłam siebie. Siedziałam bez ruchu, z cymbałami na kolanach.
Zalała mnie ulga, opanowało cudowne uniesienie. Choć nikomu nie wspomniałam o epizodzie w kościele, myślami często do niego wracałam. Narosło we mnie przekonanie, że był to skutek działania laudanum i nie należy się go spodziewać powtórnie. Tym razem jednak minął cały dzień, odkąd ostatnio przyjęłam lekarstwo, nie byłam chora, nie miałam mdłości ani zawrotów głowy, jak poprzednim razem. Niepewnie przyjrzałam się nowej sobie. Moje „ciało” okazało się białą, nagą kopią tego, które opuściłam. Emanowało nieśmiałym srebrzystym połyskiem. Czułam meszek dywanu pod stopami i muśnięcia powietrza na skórze. Rozpierała mnie energia, dygotałam z podniecenia, wszystkie zmysły miałam wyostrzone - uwolnione z oków ciała zyskały nową wrażliwość.
Ostrożnie zbliżyłam się do ciała fizycznego, ciekawa, czy kiedy go dotknę, będę musiała tam wrócić. Nie. Ręka przeszła przez ubranie i przeze mnie samą, nie napotykając oporu. Na krótki czas miałam wrażenie zawieszenia między dwoma różnymi stanami: cielesna powłoka skojarzyła mi się z porzuconą koszulą nocną, która jeszcze niedawno spowijała moją prawdziwą, żywą tożsamość. Weszłam w ciało. Świat apatycznie wrócił na swoje miejsce, ułożył się wokół mnie jak zwykle. Wyskoczyłam z ciała ponownie, uszczęśliwiona myślą, że mogę to zrobić, kiedy tylko zechcę. Szybko zyskiwałam pewność siebie. Przemknęłam lekko przez salon. Natchniona całkiem nową ochotą do psot, wykręciłam kilka piruetów na czubku głowy Henry’ego, a on nic nie zauważył, ciągle skupiony na szkicowaniu! Zeskoczyłam na ziemię, podbiegłam do okna. Wyjrzałam przez nie, z jednej strony gotowa przejść przez szkło, z drugiej - niepewna, jak daleko wolno mi się oddalić od ciała. Zerknęłam przez ramię - wszystko w porządku. Precz z ostrożnością! Razem z nią odrzuciłam resztkę ziemskiego brzemienia. Przekroczyłam szybę i znalazłam się w ogrodzie.
Tak śni o locie gąsienica w kokonie albo poczwarka w jedwabnej kołysce.
Co ze mną będzie? W jakie kruche, mordercze stworzenie się przepoczwarzę?
Czy będę fruwała?
Czy będę żądliła?
Kłamie. Nigdy w życiu nie zrobiłem jej nic złego, nigdy. Kochałem ją miłością, do jakiej nie miała prawa żadna kobieta, ubóstwiałem ją, oddałem jej własną duszę. Dałem jej wszystko, czego chciata: ślub w białej sukni, mój wspaniały dom, moją sztukę i poezję. W dniu, gdy oddała mi swoją rękę, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
A ona to wszystko zniszczyła, jak Ewa w raju. Tkwiło w niej nasienie zła, choć wychowałem ją tak starannie. Powinienem był wiedzieć.
Co ci powiedziała? Ze ją odepchnąłem? Że byłem oziębły? Pamiętam, pamiętam doskonale, jak czekała na mnie w sypialni, gdy skończyły się ślubne uroczystości. Cała w bieli, z rozpuszczonymi włosami spływającymi jasną falą aż na podłogę. W pierwszej chwili sądziłem, że śpi. Podkradłem się do łóżka, nie chcąc jej zbudzić. Ponad wszystko chciałem leżeć obok niej, rozkoszować się jaśminową wonią jej włosów. W tamtej chwili byłem człowiekiem błogosławionym, próżno by szukać we mnie żądzy, pragnąłem jedynie snu tuż obok tej najsłodszej niewinności. Kładąc głowę na poduszce, miałem łzy w oczach.
Przez chwilę trwał święty spokój, po czym otworzyła oczy. Zobaczyłem w nich własne odbicie jak w krysztale, malutkie dwa portreciki w błyszczących źrenicach. Chłodnymi bladymi rękoma objęła mnie za szyję. Zareagowałem odruchowo, wbrew sobie. Nigdy dotąd nawet jej nie pocałowałem, a tutaj nagle utonąłem w niej cały, gdy nasze usta się odnalazły, zostałem wchłonięty przez burzę włosów, w dłoniach miałem delikatne piersi...
Dziwne, że wtedy nie umarłem. Żaden mężczyzna nie jest stworzony, by przetrwać taki napór błogości. Przez cienką koszulę nocną czułem bicie jej serca, moje ciało reagowało, nie pytając mnie o zgodę. Nagle znalazłem się znowu w domu rodzinnym, w sypialni matki, tego dnia, gdy woń jaśminu wypełniła mi nozdrza, znowu poczułem gorące, grzeszne pożądanie, które mnie wtedy opanowało, które ciągle ma nade mną władzę. Nie mogłem się ruszyć. Nie potrafiłem sobie zaufać nawet na tyle, by się choć odwrócić. Może krzyknąłem coś rozpaczliwie, przekląłem siebie z nienawiścią. Effie przywarła do mnie jak Furia, a gdy próbowałem ją z siebie strząsnąć, przyszpilila mnie do materaca, uwięziła w uścisku długich nóg, przycisnęła wargi ustami.
Smakowała solą. Utonąłem w niej, miałem jej włosy w ustach, w oczach i wszędzie wokół, niczym pajęczynę jakiejś przerażającej bogini pajęczycy. Wysunęła się z koszuli nocnej jak wąż zrzucający skórę i dosiadła mnie na kształt strasznego centaura, głowę odrzuciła do tylu, wyzuta z wszelkiej przyzwoitości i skromności. Jakiś czas nie potrafiłem jej się oprzeć, została we mnie jedynie żądza.
Gdy odzyskałem zdolność myślenia, nadal byłem przygwożdżony do materaca.
Gdzie moja mała żebraczka - pomyślałem struchlały ze strachu. Gdzie Śpiąca Królewna, gdzie bladolica zakonnica?
