Speculo - Tomasz Sobania - ebook
Opis

Daniel jest bardzo ambitnym młodzieńcem – rozwija się i nie pozwala, by czas przelatywał mu między palcami. Jego plany na przyszłość zupełnie nie dotyczą tego, z czym stykają się jego rówieśnicy – nie zamierza wybierać między podjęciem pracy a pójściem na studia. Gdy znajduje księgę niepodobną do tych, które widział do tej pory, może przeżyć przygodę na miarę swoich planów.

Razem z przyjaciółmi dostaje się w zupełnie nowe miejsce, gdzie muszą zmierzyć się z prześladowaniem ze strony Cesarza i dotrzeć do ludzi, którzy sprzeciwiają się jego władzy. Jak wymkną się wojsku i czy uda im się odnaleźć rebeliantów? Czy znajdą w sobie dość odwagi, by stanąć do walki i wypełnić misję, której nikt inny nie może podjąć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z dedykacją, dla wszystkich,

którzy we mnie nie wierzyli –

to Wy byliście moją motywacją

Rozdział pierwszy

Uśmiechnął się do swoich myśli i przyspieszył kroku, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu. W końcu pierwszy dzień wakacji nie zdarza się często, a właśnie wracał z zadowalającym świadectwem, mając przed sobą perspektywę długich dni pełnych wysiłku i niewielu godzin snu. Tak, nadeszły wakacje, ale on nie zamierzał spać i odpoczywać. Wreszcie doczekał się czasu, kiedy nikt, może z wyjątkiem mamy, nie będzie narzucał mu, czym ma się zająć. Nie znosił tego. Tak bardzo chciał być już panem własnego czasu i robić to, co uważał za najbardziej przyszłościowe… Miał dość wysłuchiwania pustych sloganów o tym, jak ważna jest szkoła i że tylko edukacja może zapewnić godną przyszłość. Udowodni, że jest inaczej. To tylko kwestia czasu.

– Daniel, czekaj! – Odwrócił się na dźwięk swojego imienia, westchnął ciężko i uśmiechnął się równocześnie na widok swojego najlepszego przyjaciela Kamila. Był zmęczony i nie miał ochoty na rozmowę, ale obecność przyjaciela zawsze poprawiała mu humor, o ile w ogóle mógł poczuć się lepiej.

– Nareszcie po wszystkim, nie? – rzucił Kamil i oparł ręce na kolanach, zmęczony po krótkim biegu. Nie był w najlepszej kondycji, ale nigdy się tym nie przejmował. – Teraz tylko znaleźć dobrą wymówkę i można zaczynać wakacje. Nie wiem jak ty, ale ja zamierzam w końcu porządnie się wyspać. Chyba nie będę wychodził z łóżka przed południem.

Daniel pokręcił głową, ubolewając nad tak ogromną stratą czasu.

– No co ty – zaprzeczył Kamil i objął go ramieniem, zachęcając do spaceru. – Nie umiem spać dłużej niż do dziewiątej, a zawsze znajdzie się coś przyjemnego do zrobienia, zanim mama zawoła na obiad.

– Yhy… – Daniel pokiwał głową i zapytał z udawaną powagą: – Jedno pytanie: mama cię kocha takim, jakim jesteś, tak?

– No… jasne. A co? Nie powinno tak być?

– Inaczej już dawno kazałaby ci schudnąć.

Kamil spróbował dorwać się do włosów Daniela, ale ten zręcznie się wywinął i wywalił język z szerokim uśmiechem na twarzy.

– Nie martw się. Kiedyś uczeń przerośnie mistrza.

– No tak – przyznał Kamil – ale musisz się jeszcze dużo ode mnie nauczyć.

Tym razem to on uśmiechnął się zwycięsko. Daniel pokręcił głową, a kąciki jego ust uniosły się nieznacznie, kiedy pomyślał, że dobrze mieć inteligentnego przyjaciela.

Przez następne dziesięć minut rozmawiali na temat swoich wakacyjnych planów, a kiedy Kamil kończył opowiadać, jak wspaniale będzie wylegiwać się na plaży i pływać w cieplutkiej wodzie, dotarli w pobliże domu Daniela i rozeszli się z zupełnie różnymi perspektywami na to, co zastaną w środku.

Daniel nie obawiał się. Wiedział, jak ważna jest dla mamy jego edukacja i próbował dzielić z nią satysfakcję z dobrych ocen, ale nigdy nie był do końca zadowolony, jeśli nie miał poczucia, że to, czego właśnie się nauczył, w jakiś sposób może wpłynąć na jego przyszłość. Nic nie mógł na to poradzić i nawet nie próbował zmienić swojego podejścia, choć wiedział, że może się mylić.

Spokojnie przekroczył próg domu i przywitał mamę, miłą, niepozorną panią Richards, która w jednej chwili potrafiła zmienić się w nieugiętą lwicę. Tym razem wolał, żeby mama nie pokazywała charakteru i po prostu pozwoliła mu zająć się sobą.

– Daniel, Daniel… – Pokręciła głową na widok kilku niezadowalających ocen. – Mogłeś się bardziej postarać. Przecież na ostatniej wywiadówce nie było tak źle.

Daniel nie odpowiedział, wiedząc, że to, co mógłby powiedzieć, z pewnością by się jej nie spodobało.

– Ja już nie wiem, co ty robisz ze swoim czasem – westchnęła. – Wystarczyłoby się bardziej przyłożyć. Przecież stać cię na lepsze oceny.

Daniel zacisnął zęby i nie odpowiedział. Wskazał palcem oceny z języków i wuefu, uśmiechnął się i powiedział:

– Wiem, że jesteś ze mnie dumna, mamo.

Spojrzała na niego zdziwiona i nie odważyła się zaprzeczyć. Daniel uśmiechnął się jeszcze szerzej i zapytał, kierując się w stronę kuchni:

– Co mamy na obiad? Nawet nie zdążyłem dokończyć drugiego śniadania…

Zajrzał do garnków, a mama pokręciła głową i nawet nie starała się ukryć uśmiechu. Była z niego dumna, choć rzadko o tym wspominała. Odgoniła go od parujących garnków i wyszła z kuchni, mówiąc, że za chwilę wszystko będzie gotowe. W drzwiach zawahała się i odwróciła.

– Wiesz co, Daniel… masz rację. Jestem z ciebie dumna. Cieszę się, że mam takiego syna. Niezależnie od twoich ocen.

Radość eksplodowała w jego wnętrzu, miał ochotę podskoczyć jak najwyżej, ale powstrzymał się i dał jej upust dopiero w swoim pokoju. Ten dzień zapowiadał się doskonale. Tak długo czekał na nadejście wakacji, że nie mógł znaleźć sposobu, jak wyrazić swoją radość. Wiedział, że dwa miesiące miną szybko, ale nie musiał długo się zastanawiać, jak je spędzi. Wyciśnie z nich tyle, ile tylko będzie się dało, a kiedy odejdą, będzie pewny, że dobrze wykorzystał ten czas. To było dla niego najważniejsze.

Położył się na łóżku i przeleżał chwilę, zastanawiając się, dlaczego do tej pory nie spotkał w szkole kogoś, kto wiele osiągnął. I wcale nie myślał o spotkaniach ze znanymi ludźmi. Po prostu dziwił się, że nauczyciele, którzy poświęcili długie lata na edukację, którzy potrafili nieprzerwanie mówić na określony temat, nigdy nie wyszli poza szkołę i nie zrobili czegoś wyjątkowego. Nie potrafił tego zrozumieć. Nie chciał być do nich podobny. Nie chciał popaść w rutynę, pozwolić, żeby życie przeleciało mu między palcami.

Wyciągnął z szafki gruby zeszyt, otworzył na pierwszej stronie i zaczął powtarzać słówka z angielskiego. Zapisywał je od dłuższego czasu i naprawdę sporo się nauczył. Zauważył, że dopiero kiedy zaczął się przykładać, pojawiły się efekty. Dostrzegł też, jak wiele musi się jeszcze nauczyć, mimo że wcześniej był przekonany, że dobrze opanował język i wcale nie musi się bardziej wysilać.

Na koniec napisał kilka zdań, używając słów, których jeszcze się nie nauczył, żeby w ten sposób łatwiej je przyswoić, i zamknął zeszyt dokładnie w chwili, kiedy mama zawołała go do kuchni.

– Co mamy dzisiaj dobrego?

– Sam zobacz. Smacznego.

Usiadł przy stole i stwierdził z zachwytem:

– Oh, mamo, jesteś kochana.

Mama uśmiechnęła się i zapytała, czy zjadł rano śniadanie. Daniel uśmiechnął się łobuzersko z pełnymi ustami i wydusił z siebie, że tak i że w szkole zjadł pięć kanapek.

Pani Richards wyglądała na zszokowaną, ale z jej twarzy szybko znikł wyraz zaskoczenia, a pojawił się szczery uśmiech.

– Jedz, jedz. Piętnaście lat to niemało.

Daniel szybko skończył jeść, włożył talerz do zlewu i już miał wyjść z kuchni, gdy zatrzymały go słowa mamy:

– A teraz możesz pozmywać naczynia.

Daniel zrobił oburzoną minę.

– Smakowało? – zapytała pani Richards.

Zabrał się do pracy i szybko uporał się ze swoim zadaniem, wiedział, że mama musiała się bardziej natrudzić, przygotowując obiad. Ucieszył się, że może jakoś spożytkować czas przed przyjściem Kamila – umówili się, że wybiorą się na boisko za godzinę, a nie miał ochoty siedzieć przed komputerem.

Kiedy skończył, okazało się, że ma jeszcze chwilę, wiec wrócił do swojego pokoju, zdjął książkę z półki i przeczytał kilkanaście stron. Wiercił się na łóżku i nie potrafił odnaleźć w czytaniu przyjemności. Był dziwnie rozkojarzony, a to do niego zupełnie niepodobne. Uwielbiał chwile, kiedy nachodziły go głębokie przemyślenia, kiedy mógł zastanawiać się nad czymś mniej lub bardziej ważnym, nie myśląc o niczym więcej. Wtedy liczyło się jedynie rozwiązanie i dopóki nie nadeszło, ciężko mu było myśleć o czymkolwiek innym. Kiedy trzeba było się nad czymś skupić, nigdy nie miał z tym problemów.

Odłożył książkę, westchnął głośno i nim zdążył się zastanowić, co z sobą zrobić, usłyszał dobiegający z dołu dźwięk dzwonka. Zbiegł po schodach z głośnym dudnieniem i otworzył drzwi. Powitał Kamila i zaprosił go do środka, szybko włożył buty, pożegnał mamę i wybiegł na zewnątrz. Kamil dołączył do niego i ruszyli truchtem, a ich buty głośno dudniły po bruku.

Daniel już miał przestrzec Kamila przed pewną kobietą, nielubiącą dzieci sąsiadką, ale właśnie wtedy otwarło się okno, wychynęła z niego głowa starszej, pulchnej kobiety, a z jej ust posypało się sporo niemiłych słów. Jednak chłopcy już tego nie słyszeli; rozpędzeni właśnie dotarli na boisko, śmiejąc się do rozpuku.

– Słyszałeś, co powiedziała?

– Wspomniała coś o tym, co by nam zrobiła, gdyby nas złapała.

– Najpierw musiałaby zrzucić parę kilogramów.

Śmiejąc się, weszli na boisko. Daniel stał na bramce, a Kamil starał się wbić mu gola, jednak równie dobrze mógł próbować przebić piłką mur. Daniel bronił jak natchniony, piłka ani razu nie wpadła do siatki.

– Kurczę, jak tak będziesz jutro bronił, to wygraną macie w kieszeni – piał z zachwytu Kamil. Starał się wprawić Daniela w jak najlepszy nastrój; dobrze wiedział, że przyjaciel podczas meczu ma problem z opanowaniem nerwów, a jutro miał rozegrać ważne spotkanie. – Na pewno dasz sobie radę. Wierzę w ciebie.

– No nie wiem. Chyba że znowu będę się denerwował.

– Nawet tak nie myśl. Dasz radę i koniec. Jesteś za dobry, żeby coś mogło pójść nie tak. Normalne, że masz tremę.

Daniel uśmiechnął się do niego z wdzięcznością i zapytał:

– Przyjdziesz popatrzeć? To dla mnie strasznie ważne…

– No jasne.

Daniel podniesiony na duchu nadal popisywał się znakomitymi interwencjami. Od dziecka grał w piłkę i zawsze stawał na bramce, a niedawno spełniło się jedno z jego marzeń i w końcu mógł wziąć udział w prawdziwym meczu, wyjść na boisko i zmierzyć się z przeciwnikiem. Czekał na to naprawdę długo, ale teraz, kiedy ten czas nadszedł, nie był pewien, czy tak bardzo tego pragnie.

Po jakimś czasie zamienili się miejscami i teraz Kamil bronił, ale nie szło mu tak dobrze jak Danielowi. Piłka raz za razem wpadała do siatki, a Kamil szybko zniechęcił się i wyglądał, jakby stracił chęć do gry. Okazja do zejścia z boiska nadarzyła się, kiedy w przeciwległym rogu zamajaczyło kilkanaście postaci, które szybko rozbiegły się po murawie z piłkami przy nogach.

– Wiedziałeś, że mają dzisiaj trening? – zapytał Kamil z udawanym zmartwieniem.

Daniel pokręcił głową.

– Chodź, oni potrzebują dużo miejsca.

Opuścili boisko i wrócili w pobliże domu Daniela. Chłopiec zdjął rękawice bramkarskie, a wtedy z całą mocą uderzyła go świadomość, że następnego dnia wyjdzie na boisko i będzie musiał pokazać, co potrafi. Wierzył, że będzie tak dobrze jak przed chwilą, ale jakiś mały, złośliwy człowieczek nieustannie szeptał, że będzie inaczej. Daniel nie pozwolił mu dojść do głosu i szybko stłumił zdradzieckie podszepty, ale nie potrafił pozbyć się niepewności.

Kiedy pożegnał Kamila i wrócił do domu, zaczął odczuwać prawdziwy stres. W jego głowie znowu toczyła się zażarta walka między rozsądkiem i silną wolą a strachem i wątpliwościami. A co jeśli jutro zawiedzie drużynę? Jeden błąd wystarczy, żeby cały ich wysiłek poszedł na marne; kończył się sezon, a najbliższy mecz mógł być decydujący. Daniel, mimo że zazwyczaj nie martwił się niepotrzebnie, nie mógł zapomnieć o ciążącej na nim odpowiedzialności i spędził wieczór na próbach zajęcia czymś myśli.

Ktoś inny może nie miałby w takiej sytuacji apetytu, ale akurat jeść to Daniel potrafił niezależnie od humoru. Zjadł obfitą kolację i z ciężkim sercem uznał, że dzisiaj nie zrobi już niczego pożytecznego. Uwielbiał dobrze wykorzystywać czas, ale tego dnia i tak nie potrafiłby skupić myśli.

Wziął prysznic, a kiedy wyszedł z łazienki, zobaczył ojca, który dopiero wrócił z pracy. Tata siedział odwrócony do niego plecami i jadł kolację z żoną u boku. Nie odzywali się do siebie, atmosfera była napięta. Daniel nie cierpiał takich momentów, nie miał ochoty na rozmowę z rodzicami. Odwrócił się i zaczął wspinać się po schodach, kiedy usłyszał:

– Daniel, chodź do nas.

Chcąc nie chcąc, odwrócił się i ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy podszedł do rodziców. Czasem lubił z nimi rozmawiać, zwłaszcza z tatą, chociaż rzadko miał ku temu okazję, bo ojciec pracował do późna, ale teraz nie pociągała go perspektywa rutynowych pytań: jak było w szkole? Dostałeś jakąś ocenę? Tak, z czego? Dzisiaj pewnie usłyszy jeszcze zdziwiony głos: to ty już zaczynasz wakacje?

– Cześć, tato. Chce mi się spać. Mogę iść na górę? – Daniel nie łudził się, że jego prośba zostanie wysłuchana.

– Usiądź z nami na chwilę – odparł ojciec, a kiedy Daniel wykonał polecenie, dodał: – Robiliście ostatnio coś ciekawego w szkole? Co z twoim świadectwem?

– Wszystko w porządku.

– Nic więcej?

– No… nie robiliśmy niczego ciekawego. A świadectwo mam dobre, chociaż mama nie jest do końca zadowolona.

– A ty jesteś?

– Raczej tak.

Na chwilę zapadła cisza. Pani Richards spojrzała po ich twarzach, a kiedy zobaczyła, że żaden z nich nie kwapi się do rozmowy, powiedziała:

– Wczoraj mówiłeś, że na lekcji liczyliście oddechy przed wysiłkiem fizycznym i tuż po nim. Tata nic jeszcze o tym nie wie.

– No, liczyliśmy. I miałem tyle samo wdechów.

Ojciec uśmiechnął się z dumą.

– Musisz mieć naprawdę dobrą kondycję. W końcu grasz w drużynie piłkarskiej. Jak wam idzie? Kiedy macie następny mecz?

Daniel uśmiechnął się smutno.

– Jutro.

– Jutro? – zapytał zdziwiony ojciec. Pani Richards spojrzała na niego zawiedziona, a on przygasł nieznacznie, ale szybko wyprostował się i powiedział: – Wiesz co? Przyjdę na ten mecz. O której zaczynacie?

– O dziesiątej rano – odpowiedział Daniel, niedowierzając. – Ale przecież ty wtedy pracujesz…

– W mojej firmie głównie pieniądze pracują. Nie muszę przy nich być.

– To super! Mamo, ty też przyjdziesz? – Daniel nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Tak długo tata nie mógł znaleźć dla niego czasu…

– Na pewno. Będę z tatą o dziesiątej. A teraz idź już do łóżka. Musisz się porządnie wyspać.

Kiedy wspiął się po kilku stopniach, odwrócił się i zobaczył przytulonych rodziców. Czuł, że dzisiaj nic już nie zepsuje mu humoru.

Rozdział drugi

Otworzył oczy i spojrzał na zegarek. Wtulił głowę w poduszkę i próbował przywołać sen, ale wtedy przypomniał sobie, co go dzisiaj czeka, i senność go opuściła. Więc to już dziś. Właśnie dzisiaj czeka go pierwszy poważny sprawdzian umiejętności, który może dać mu więcej niż miesiące treningów. Nie czuł się z tym najlepiej. Zdawał sobie sprawę z ciążącej na nim odpowiedzialności i obawiał się rozpoczęcia meczu. Ten mecz miał się różnić diametralnie od wszystkich, jakie w swoim życiu rozegrał. A co jeśli coś się nie powiedzie? Pamiętał, jak koledzy wspominali, że bramkarz nie może nawalić, bo będzie po meczu.

Westchnął głośno i założył ręce za głowę. Wpatrzył się w sufit i ogarnął go dziwny spokój.

– Czym ty się tak przejmujesz, Daniel? – szepnął do siebie. – Nie powstrzymasz tego, co ma się stać. Posłuchaj Kamila. Daj z siebie wszystko, a na pewno będzie dobrze.

Podniósł się z łóżka, zastanawiając się, czy mówienie do siebie jest oznaką zdrowego rozsądku. Powędrował do łazienki i przed lustrem kontynuował rozmowę. Na koniec uśmiechnął się szeroko do swojego odbicia i zszedł do kuchni.

Następną godzinę spędził w kuchni i w salonie przed telewizorem. Wiercił się na kanapie i w zdenerwowaniu powstrzymywał palce przed powędrowaniem do jedzenia. Miał ochotę spakować się i wyjść z domu w stronę boiska, ale czym by się tam zajął? Znowu musiałby czekać, a jego umysł poddałby się natrętnym myślom.

Kamil. Kamil może mu pomóc. Musi do niego zadzwonić. Przez chwilę powstrzymywał się przed tym w obawie, że przyjaciel jeszcze śpi, ale przecież wiedział, że jeśli poprosi o rozmowę, Kamil wyjdzie z łóżka i spotka się z nim.

– Kamil? Sorki, że dzwonię tak wcześnie. Obudziłem cię? – zapytał niepewnie.

– Nie, jakoś nie mogłem dłużej spać – odrzekł Kamil, a jego głos potwierdzał słowa. – Czemu dzwonisz? Coś się stało?

– Muszę z kimś porozmawiać, chyba nie wytrzymam dłużej w domu.

Kamil milczał tylko przez sekundę.

– Przyjdź do parku. Będę za pięć minut.

Rozłączył się, a Daniel odłożył telefon, szybko włożył buty i zamknął za sobą drzwi, ciesząc się, że jest ktoś, do kogo zawsze może się zwrócić.

Droga do parku zajęła mu tylko kilka minut. Już z daleka dostrzegł Kamila czekającego wśród drzew, przechadzającego się po kamienistej ścieżce z równie kamiennym wyrazem twarzy.

– Dzięki, że przyszedłeś – powiedział Daniel z wdzięcznością.

– Zrobiłbyś dla mnie to samo. – Machnął ręką Kamil. – Chodzi o dzisiejszy mecz, tak?

Daniel skinął głową i gestem zaprosił Kamila do spaceru.

– Kompletnie nie wiem, jak to wszystko będzie wyglądało – wyznał. – Nie wiem, czego się spodziewać, nie wiem, jak tamci zagrają i czy sobie z nimi poradzę. Trenuję długo, ale przecież są tacy, którzy grają dłużej i mają większy talent.

– Coś ci powiem… Talent wcale nie zagwarantuje ci sukcesu. Mnóstwo razy widziałem, jak bronisz, wiem, że ciężko trenujesz i jestem pewien, że nawet najbardziej utalentowany bramkarz nie jest nawet w połowie tak dobry jak ty po przejściu tych wszystkich treningów. Przecież to jest tak samo jak z językami. Daniel, zależy ci na tym, uczysz się codziennie i jeśli nie przestaniesz, na sto procent poznasz tyle słów i nauczysz się gramatyki tak dobrze, że będziesz mówił, jakbyś od lat tam mieszkał, a przecież za granicą byłeś najdłużej tydzień. A tak w ogóle… to ilu języków chcesz się nauczyć? Wspominałeś kiedyś o trzech, nie?

Daniel uśmiechnął się nieznacznie.

– Ośmiu. Nauczę się ośmiu języków.

Kamil otworzył usta ze zdumienia.

– No co ty. Chyba nie zamierzasz tak dużo kuć?

– Nie, nie zamierzam. Ja to po prostu zrobię.

Kamil jeszcze raz pokręcił głową i poklepał Daniela po ramieniu.

– Podoba mi się twoje podejście – powiedział. – Ale tym bardziej nie rozumiem, czemu tak bardzo przejmujesz się meczem.

– Ja chyba też tego nie rozumiem.

 

Kamil wrócił z Danielem do jego domu i spędził chwilę, czekając, aż wszystko pozabiera. Kiedy w torbie znalazły się buty i rękawice bramkarskie, a w domu znowu zaległa cisza, Daniel skinął głową w stronę drzwi i bezgłośnie wyszedł na zewnątrz z Kamilem u boku. Miał nadzieję, że jego rodzice pamiętają o meczu i za chwilę wstaną z łóżek, mimo że, kiedy był w środku, z ich sypialni nie dobiegały żadne dźwięki. Kamil uspokoił go i zapewnił, że nie mogliby zapomnieć, jeśli wczoraj obiecali, i wiedzą, jakie to dla niego ważne. Chwilę później odszedł na trybuny, życząc Danielowi powodzenia.

Daniel skierował się w stronę szatni i niepewnie otworzył drzwi. Bywał tu bardzo często; każdy trening zaczynał się i kończył tutaj, w pomieszczeniu z drzwiami opatrzonymi napisem: „Szatnia Gospodarze”. Jednak tym razem wszystko wyglądało inaczej – nie było porozrzucanych ubrań, nieułożonych butów i ciśniętych w kąt plecaków. Na długim stole w centrum szatni ułożone były stroje każdego z nich, a na widok grubej bluzy z numerem jeden Danielowi mocniej zabiło serce.

Przywitał się z kolegami i usiadł na ławce, zastanawiając się, czy wszyscy dotrą na czas. Kiedy rozgrywali mecze na własnym boisku, pojawiali się w szatni o różnych godzinach i bywało, że wydzwaniali do kolegów, poganiając ich słowami. Teraz Daniel liczył, że w szatni zjawią się wszyscy, którzy będą mogli pomóc mu na boisku.

Wymienił kilka słów z trójką nastolatków, którzy byli w szatni jeszcze przed jego przybyciem, i włożył słuchawki do uszu, żeby choć na chwilę odciąć się od myśli i rozmów na temat meczu. Usłyszał jeszcze, jak jeden z nich, syn trenera, mówi:

– Daniel, wiesz, że nie możesz dzisiaj nawalić? Matt jest chory, więc ty powinieneś bronić cały mecz, mój tata chce wpuścić Michała chociaż na parę minut, a to może się źle skończyć.

Daniel kiwnął głową na znak, że zrozumiał, i skupił się na muzyce. Szybko jednak zaczął się zastanawiać, dlaczego trener ma zamiar dać szansę młodszemu bramkarzowi, Michałowi, w tak ważnym meczu. Może nie miałby nic przeciwko, gdyby mecz nie miał takiej wagi, a Michał nie robił z siebie głupka na treningach i zachowywał się trochę poważniej, gdy ktoś zwracał mu uwagę na błędy.

Po kilku minutach w szatni pojawił się trener, pan Adams, przywitał się z nimi i zapytał, jak się czują. Zawsze miał dobry kontakt ze swoimi piłkarzami, dbał, żeby czuli się jak najlepiej na treningach, chwalił nawet za najmniejsze sukcesy i spokojnie wskazywał błędy, za co chłopcy bardzo go szanowali. Wiedzieli, że nie muszą wymyślać żadnych wymówek, gdy któryś z nich nie pojawi się na treningu; pan Adams należał do wyjątkowo wyrozumiałych ludzi i nie oczekiwał, że przyjdą na trening, kiedy dzieje się coś dla nich ważniejszego.

Kiedy wymienili uścisk dłoni, Daniel uśmiechnął się nieśmiało, a trener klepnął go w ramię i zagadnął:

– Ale by było nudno, gdybyśmy rozgrywali mecze tak często, jak trenujemy, nie sądzisz?

Daniel automatycznie przytaknął, a sens słów trenera dotarł do niego dopiero po chwili. Pan Adams chyba się tego domyślił, bo ścisnął go mocniej za ramię i powiedział kilka krzepiących słów.

Do szatni zdążyło już wejść kilku kolejnych piłkarzy. Przyjętym zwyczajem uścisnęli każdemu dłoń i usiedli na swoich miejscach na ławkach. Trener odczekał chwilę, pozwolił im wszystkim włożyć stroje i zawiązać buty, a kiedy wszystkie twarze zwróciły się w jego stronę, powiedział:

– Nie muszę wam przypominać, jak ważny jest dla nas ten mecz. Nie łudźcie się, że drużyna, która wyjdzie z nami na boisko, nie umie grać w piłkę. – Prześliznął się wzrokiem po twarzach swoich piłkarzy i ucieszył się, widząc, że są skoncentrowani. – Jednak to nie oni, ale my przygotowywaliśmy się do tego meczu pięć razy w tygodniu przez cały poprzedni miesiąc. Nie odbiorą nam tego, co wypracowaliśmy, nie pozwolimy im na to. Pamiętajcie, piłka nożna to gra zespołowa. Nie chcę widzieć indywidualnych akcji. Macie ochotę zadziwiać indywidualnością, to róbcie to na podwórku, a nie na boisku, gdzie najważniejsza jest drużyna. – Chłopcy przytaknęli, niektórzy skrzywili się, wiedząc, że dzisiaj nie mogą pozwolić sobie na ryzykowne zagrania. – Co do składu… jest was czternastu, więc na początku meczu trzy osoby będą siedziały na ławce. Postanowiłem, że od początku na bramce zagra Michał. – Jęk zawodu wyrwał się z kilku gardeł, a Daniel nie mógł być z tego powodu niezadowolony. Cieszył się, że koledzy go doceniają. Ale co z tego? Przecież marzył, żeby być na boisku od pierwszej minuty. – Później, zależnie od wyniku, wejdzie Daniel. Poza nim od początku nie zagrają Aleks i Robert. – Robert był zaskoczony, ale Aleks, syn trenera, wyglądał, jakby był na to przygotowany. – Wytłumaczyłem już Aleksowi, że w drugiej połowie będę potrzebował dwóch dobrych napastników. Robert, niedługo zrozumiesz. To wy możecie zadecydować o wyniku meczu. – Trener wymienił imiona pozostałych chłopców i wskazał, na jakiej pozycji zagra każdy z nich.

– Jeszcze jedno. – Chłopcy zatrzymali się w drodze do wyjścia i spojrzeli na niego zaciekawieni. – Dokopcie im, chłopaki.

W bojowych nastrojach wyszli z szatni i wbiegli na boisko. Daniel już miał pobiec za kolegami, gdy usłyszał głos trenera.

– Daniel, mogę cię na chwilę prosić?

– Tak. O co chodzi?

– Muszę ci coś powiedzieć… Wiesz, jak Michał broni… Pewnie wejdziesz, kiedy będziemy przegrywać. Wtedy wszystko będzie zależało od ciebie.

– Ale czemu on ma grać? Przecież to jest dla nas strasznie ważny mecz. – Daniel zadał pytanie nurtujące jego i pozostałych członków drużyny.

– Wiesz… kiedy byłem w waszym wieku, zawsze chciałem zagrać w meczu, ale często nie dostawałem szansy. Nie chcę, żeby tak samo było z Michałem. Może nie będzie tak źle… – powiedział trener, ale wyglądał, jakby sam w to nie wierzył.

– Rozumiem… – Daniel chciał zadać kolejne pytanie, ale stłumił je w sobie i spojrzał wyczekująco na trenera.

– Idź już. Musisz się porządnie rozgrzać. – Mężczyzna poklepał go po plecach i razem opuścili szatnię.

Wszedł na boisko jako ostatni i zlustrował rozgrzewające się drużyny. Widział swoich kolegów, solidnie przykładających się do ćwiczeń, i drużynę przeciwników po drugiej stronie boiska. Nie wiedział czemu, ale dla niego siłę i umiejętności przeciwników na pierwszy rzut oka określał jedynie wzrost. Im więcej wysokich zawodników, tym lepsza drużyna. Roześmiał się, gdy pomyślał, jakie to nieprawdziwe. Na murawie nerwy trochę go opuściły. Teraz już wiedział, że to jest miejsce dla niego. Tutaj chciał dotrzeć, tutaj chciał wystąpić przed publicznością i dać najwspanialszy pokaz.

Kątem oka dostrzegł Michała, Aleksa i Roberta, którzy zajęli pozycję na lewo od bliższej bramki. Michał leżał na ziemi, a Robert stał nad nim i rzucał piłkę raz w jedną, raz w drugą stronę. Niestety, co jakiś czas musiał ją gonić, bo wyślizgiwała się z rąk Michała, co szybko zaczęło go drażnić.

Daniel podszedł do nich i przez chwilę przyglądał się wysiłkom kolegi. Kiedy Michał kolejny raz nie złapał piłki, Robert nie wytrzymał i warknął ze złością:

– Złap w końcu tę piłkę! Jak tak będziesz bronił, to na pewno przegramy.

Michał podniósł się ze zwieszoną głową i nie odpowiedział. W jego obronie stanął Aleks.

– Da sobie radę, potrafi bronić. Co nie, Michał?

Chłopiec mruknął coś niezrozumiałego, nadal wpatrując się w czubki swoich butów.

– Daniel, możesz go trochę rozruszać? Ja pogadam z Robertem. – Aleks ruchem głowy nakazał Robertowi iść za sobą, przypominając nauczyciela, który zamierza złajać ucznia na osobności.

– Chodź do bramki, postrzelam ci trochę. Rozciągnąłeś się już? – Daniel wiedział, że lepiej będzie, jeśli Michał nie usłyszy, co Aleks perswaduje Robertowi.

Michał stanął w bramce, a Daniel starał się dać mu powody do większej pewności siebie. Po każdym obronionym strzale nagradzał kolegę głośnymi pochwałami, co chyba podziałało, bo bramkarz pewniej stanął na nogach, a na jego twarzy zastygł wyraz skoncentrowania. Poprawił się, ale nadal ograniczało się to tylko do strzałów w środek bramki. Na próbę Daniel posłał lekki strzał w róg bramki. Michał ruszył w stronę piłki, rzucił się na nią, ale przemknęła pod jego ręką i wpadła do siatki, a on runął na pobieloną wapnem linię. Pozbierał się z ziemi z twarzą powalaną wapnem i nawrzeszczał na Daniela, posądzając go o zbyt mocny strzał.

Daniel puścił jego słowa mimo uszu i odwrócił się w stronę Aleksa i Roberta.

– Nic się nie stało. Wstawaj, sędziowie już idą. – Robert widocznie zmienił nastawienie po rozmowie z synem trenera.

Zeszli z boiska i skierowali się w stronę budki z napisem „Gospodarze”. Trener usiadł na ławce, a zawodnicy otoczyli go ciasnym półpierścieniem.

– Nigdy nie byłem dobry w motywujących mowach… ale wiem, że nie przegracie tego meczu. Zbyt długo trenowaliście, zbyt dużo umiecie. Nie przegracie tego meczu – powtórzył.

Pokiwali głowami z zaciętymi wyrazami twarzy, pokryli rękę trenera swoim dłońmi i wydali bojowy okrzyk. Wyznaczeni chłopcy weszli na boisko i ustawili się na swoich miejscach. Daniel usiadł i nerwowo kopał korkami trawę, przypatrując się kolegom. Zerknął w stronę Michała i zobaczył, że chłopiec stoi prawie na linii bramkowej, co było podstawowym błędem i nie wróżyło niczego dobrego. Ciężko mu było myśleć, że wszystko jakoś się ułoży.

Rozległ się pierwszy gwizdek, a przeciwnicy zaczęli spokojnie podawać piłkę między sobą. Koledzy Daniela z zaangażowaniem rzucili się na nich, próbując odebrać piłkę, ale rywale byli dobrze zgrani i szybko wymieniali podania. Bez pośpiechu cofnęli się w stronę własnej bramki, ciągnąc za sobą przeciwników. Koledzy Daniela długą chwilę trudzili się, żeby odzyskać piłkę, aż wreszcie udało się im ją wyłuskać i od razu próbowali zagrać do przodu, do napastnika.

Rozpoczęła się zacięta gra. Mecz był bardzo wyrównany; żadna ze stron nie była w stanie zdobyć przewagi nad przeciwnikiem. Niestety, nie trwało to długo. Po krótkiej chwili goście przejęli piłkę w pobliżu swojej bramki i popędzili do przodu. Kontra zaskoczyła obrońców i jeden z napastników pociągnął za sobą dwóch obrońców, zostawiając miejsce drugiemu, który otrzymał dokładne podanie od pomocnika. Nie mogło być mowy o spalonym, a napastnik nie pierwszy raz miał piłkę przy nodze. Rozpędził się i ruszył jak wicher w stronę bramki. Michał niezdarnie wybiegł mu naprzeciw, a przeciwnik, naciskany przez obrońców, bezmyślnie kopnął z całej siły w środek bramki. Michał chciał odbić piłkę nogą, ale nie trafił, piłka, koziołkując, wpadła do siatki.

1:0 dla drużyny przeciwnej i to kilka minut po pierwszym gwizdku. Jak mogli na to pozwolić!? Zrozpaczony Michał wyciągnął piłkę z siatki, zastanawiając się, ile jeszcze razy przyjdzie mu to zrobić, choć wcale nie obwiniał się o stratę gola. Trener wyglądał, jakby wcale się nie przejął i wykrzykiwał jakieś wskazówki. Daniel prześliznął się wzrokiem po twarzach kolegów i ucieszył się, gdy zobaczył na nich sportową złość i chęć pokonania przeciwnika. Spodobało mu się, że nie wyrzucają sobie nawzajem straty gola, ale motywują się do walki.

– Daniel, rozgrzewaj się – rzucił trener, kiedy gra rozpoczęła się na nowo.

Daniel nie był zaskoczony. Podniósł się z ławki i zaczął biegać wzdłuż linii, wykonując odpowiednie ćwiczenia, żeby, gdy wejdzie na boisko, być przygotowanym na każdą okoliczność. W tym czasie jego koledzy starali się pokazać, jak bardzo zależy im na zwycięstwie; po stracie piłki od razu doskakiwali do przeciwnika i walczyli zażarcie, ale jak na złość brakowało efektów. Nie byli zorganizowani, a przeciwnicy bezlitośnie to wykorzystywali, szybko wymieniając podania i zmuszając ich do bezsensownego biegania. W takim tempie mogli szybko się zmęczyć, a to nie mogłoby im pomóc. Trener krzyczał, żeby wrócili na swoje pozycje, ale niewielu słyszało jego słowa. Emocje na chwilę wzięły nad nimi górę. Zapomnieli, że na boisku oprócz biegania trzeba jeszcze myśleć, i trener nie mógł im tego wybaczyć.

Wtedy rywale przyspieszyli, wymienili kilka dokładnych podań i znaleźli się pod bramką Michała. Natrafili na zaciekły opór, każdy strzał był blokowany przez obrońców, każde podanie ledwo trafiało we właściwe miejsce i wystarczył mały błąd, żeby atak się rozsypał. Rywale stracili impet, wycofali się nieznacznie, ale wystarczyło jedno podanie, żeby zaskoczyć uspokojonych obrońców. Napastnik obrócił się z piłką i gdy tylko znalazł odrobinę miejsca, błyskawicznie oddał strzał. Trzem obrońcom, którzy wyskoczyli, by zablokować piłkę, nie udało się jej zatrzymać, prześliznęła się między nimi i poszybowała w stronę lewego słupka bramki.

Michał ruszył w jej kierunku, odbił się od ziemi i rzucił na nią, ale była już poza jego zasięgiem. Wpadła do bramki, a Daniel zrozumiał, że nadszedł jego czas.

– No, Daniel, nie zawiedź mnie. – Chłopiec poczuł dłoń trenera na swoim ramieniu.

Mężczyzna miał już taki zwyczaj, że kiedy zmieniał zawodnika, zawsze podchodził z nim do linii i trzymając go za ramię, wołał do sędziego, informując, że chce dokonać zmiany. Przywołał do siebie Michała, który nie wyglądał na zaskoczonego jego decyzją. Podbiegł do linii i zszedł z boiska. Był przygnębiony, nie zachowywał się tak jak zawsze i po raz pierwszy Daniel głęboko mu współczuł. Jednak teraz najważniejsze było dobro drużyny. Wziął się w garść, wbiegł na boisko i skierował w stronę bramki, słysząc okrzyki ulgi kolegów.

Gra zaczęła się na nowo. Koledzy Daniela byli bardzo skoncentrowani i nie popełniali tak wiele błędów jak poprzednio. Najczęściej przy piłce był Dominik, który pełnił funkcję rozgrywającego. Niestety nie grał za często skrzydłami, ale jego podania były celne i pozwalały na kontynuowanie akcji. Przez dłuższą chwilę utrzymywali się przy piłce, jednak nie udało im się zbliżyć do bramki przeciwników.

Daniel stanął za linią szesnastu metrów i przypatrywał się poczynaniom kolegów. Mark, który właśnie otrzymał piłkę, wjechał z nią do środka, ściągając za sobą obrońców. Podał do Dominika, a ten kopnął przed nabiegającego z prawej strony Filipa. Piłka przez chwilę pozostawała bez właściciela, ale Filip szybko dopadł do niej, nie napotykając na swojej drodze obrońców, którzy dopiero zorientowali się w sytuacji i ruszyli za nim, rozpaczliwie próbując go dogonić. Z piłką przy nodze skręcił w lewo, w stronę bramki, dobiegł do końcowej linii i kopnął w stronę dalszego słupka. Najwyżsi chłopcy z drużyny, Damian i Aleks, wyskoczyli wysoko, ale nie sięgnęli piłki. Za ich plecami pojawił się Adam i niepilnowany przez obrońców, z całej siły odbił piłkę czołem.

Zamarli, wpatrując się w piłkę uderzającą w poprzeczkę i szybującą wysoko w górę. Ruszyli w jej kierunku i tym razem Damian oddał strzał, ale przeszkadzali mu obrońcy i piłka trafiła wprost w ręce bramkarza. Przeciwnik wykorzystał sytuację i z całej siły wybił piłkę w kierunku napastników. Rozpoczął się szaleńczy bieg. Jeden z przeciwników dotarł do piłki przed ścigającym go obrońcą i lekko wypuścił ją przed siebie. Z piłką przy nodze biegł wolniej i Sebastian zaczął go doganiać. Już deptał mu po piętach, ale nadal był zbyt daleko, a bramka była coraz bliżej.

Serce Daniela gwałtownie przyspieszyło. Nie wiedział, czy ruszyć w stronę przeciwnika i starać się odebrać piłkę, czy zostać w bramce i zdać się na obrońców. Napastnik wyręczył go, strzelając w lewą stronę. Daniel złapał piłkę bez trudu i podał do kolegi ustawionego przy linii bocznej.

Pierwsza interwencja dodała mu pewności siebie. Poczuł, że nie ma się czego obawiać, przecież na pewno da sobie radę. W końcu o tym mówili tata i Kamil. A gdzie oni są? W całym zamieszaniu zapomniał o swoich kibicach. Zerknął w stronę trybun, pozostając czujny na wypadek kontrataku. Jego wzrok biegał od jednego krańca trybuny do drugiego, jednak nie znalazł tych, których szukał. To niemożliwe. Skierował wzrok na grupę zgromadzoną w samym środku trybun, przyjrzał się dokładnie i wreszcie ich znalazł. Podniósł rękę i pomachał w ich stronę. Odpowiedzieli tym samym.

Kątem oka dostrzegł ruch i błyskawicznie odwrócił się w stronę nadbiegających piłkarzy. Ugiął lekko nogi i skoncentrował się na piłce. Na szczęście tym razem nie musiał interweniować, wyręczyli go koledzy, ale oberwało mu się, kiedy drażliwy Rafał nie omieszkał dodać od siebie:

– Daniel, co ty robisz?! Grasz czy śpisz?

Od tej chwili Daniel nie odrywał wzroku od piłki krążącej od nogi do nogi wśród kolegów, bezskutecznie próbujących przedrzeć się za linię obrony przeciwników.

Upłynęło dziesięć minut i nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, nie licząc kilku niecelnych strzałów gospodarzy. Daniel niewiele miał do roboty, z wyjątkiem chwil, gdy bramkarz przeciwników łapał piłkę i posyłał ją w kierunku napastników, rozpoczynając kolejny wyścig.

Koledzy Daniela nie mieli pomysłu, jak stworzyć dogodną sytuację do strzelenia bramki. Bywały momenty, gdy tracili głowę i strzelali z trudnej pozycji, bezmyślnie oddając piłkę. Przeciwników wynik w zupełności satysfakcjonował, a bezradność rywali tylko dodawała im skrzydeł.

Zbliżał się koniec pierwszej połowy, a wynik nadal się nie zmieniał. Znowu w posiadaniu piłki byli koledzy Daniela, a dokładnie Dominik, jeden ze starszych graczy. Przed sobą miał dwóch przeciwników, wpatrujących się w niego i oczekujących najmniejszego ruchu. Rozpędził się, wykonał zwód w lewo, minął pierwszego obrońcę i błyskawicznie skręcił w prawo. Piłka o centymetry minęła wyprostowaną nogę drugiego obrońcy, a Dominik z przyklejoną do nogi futbolówką popędził w stronę bramki. Boczni obrońcy zbiegli się do środka, jednak on był już poza ich zasięgiem. Łatwo poradził sobie z ostatnim obrońcą, minął linię szesnastego metra i znalazł się sam na sam z bramkarzem. Barczysty przeciwnik wyskoczył do niego, zasłaniając bramkę. Dominik wykonał szybki zwód w lewo, minął bramkarza i wbił piłkę do pustej bramki.

Rozległ się ogłuszający wrzask piłkarzy i kibiców. Dominik wpadł między kolegów, a ci ściskali go i poklepywali po plecach bez końca. Z ich twarzy nie znikały uśmiechy, wrzeszczeli do siebie nawzajem, a co najważniejsze wiara w zwycięstwo zapłonęła w nich nowym, o wiele silniejszym płomieniem. Przekonali się, że przeciwnik jest do pokonania, a przecież nie minęła jeszcze pierwsza połowa. Wszystkie złe myśli odpłynęły.

Po wznowieniu gry z zapałem rzucili się do walki. Zapomnieli o zmęczeniu i dawali z siebie wszystko, pokazując, jak bardzo zależy im na zwycięstwie. Walczyli odważnie, aż zabrzmiał gwizdek obwieszczający zakończenie pierwszej połowy meczu i zawodnicy powoli zaczęli schodzić z boiska. Ich stroje, podobnie jak twarze i dłonie, pokryte były błotem, ale uśmiechali się szeroko i schodzili z podniesionymi głowami, wiedząc, że mogą jeszcze zmienić wynik.

W szatni podzielili się wodą i słuchali, co trener miał im do przekazania:

– Posłuchajcie mnie przez chwilę… – Spojrzeli na niego, oczekując zasłużonych pochwał, wiedzieli, że ich zaangażowanie spodobało się trenerowi. Jednak nie usłyszeli gratulacji. Mężczyzna wytknął im błędy, kazał częściej zagrywać piłkę do boków, a na koniec polecił obrońcom, żeby ciągle byli skoncentrowani i nie pozwalali sobie na chwile nieuwagi.

– Cieszę się, że tak bardzo się staracie – przyznał wreszcie trener, a z ich twarzy częściowo zniknął wyraz oburzenia. – Widzę, że dajecie z siebie wszystko, i chcę, żeby tak było aż do ostatniego gwizdka. Przeciwnika można pokonać. Wierzę w was, chłopaki.

Rozległ się zgodny pomruk i trener opuścił szatnię.

Jak zwykle zrobił się szum, kiedy wymieniali uwagi i motywowali się nawzajem. Z zaciętymi wyrazami na twarzach opuścili szatnię i wbiegli na boisko. Drużyna przeciwna już na nich czekała, a w ich spojrzeniach kryło się wyzwanie. Koledzy Daniela odpowiedzieli tym samym. Sędzia wznowił grę.

Widać było, że dają z siebie wszystko i nie odpuszczają, zwłaszcza po stracie piłki. Posłuchali trenera i częściej grali do zawodników ustawionych przy bocznych liniach, a ci wrzucali piłkę w pole karne, gdzie niepodzielnie rządzili Damian i Aleks, który pojawił się na boisku niedługo po rozpoczęciu drugiej połowy. Niestety, szczęście im nie dopisywało i strzały najczęściej lądowały w rękach bramkarza.

Znowu powtórzyła się podobna sytuacja – piłka przywędrowała do nogi Dominika, skąd trafiła pod boczną linię, gdzie zaopiekował się nią Ed. Wypuścił ją trochę za daleko przed siebie, ale dotarł do niej przed obrońcami i zdążył kopnąć wzdłuż bramki. Piłka znowu znalazła się w rękach bramkarza, który bez namysłu popędził w stronę linii znaczącej szesnasty metr, podrzucił lekko piłkę i kopnął z całej siły.

Sebastian i Kamil byli ustawieni na środkowej linii, pomiędzy nimi wędrowali dwaj napastnicy przeciwnej drużyny. Jeden z nich, widząc, że bramkarz szykuje się do wybicia piłki, wybiegł przed obrońców i w momencie podania był na kilkumetrowym spalonym. Dziwnym trafem sędzia tego nie zauważyła. Kamil zaczął protestować, ale Sebastian bez namysłu popędził za przeciwnikiem.

Daniel widział to wszystko ze swojego miejsca. Postanowił stanąć w niewielkiej odległości od bramki i zobaczyć, co się wydarzy, bo Sebastian już deptał tamtemu po piętach. Kątem oka dostrzegł inne zagrożenie; drugi napastnik pędził równolegle do kolegi. Sebastian nie mógł tego widzieć, pochłonięty gonitwą za rywalem. Napastnik przebiegł jeszcze kilkanaście metrów, wypuścił piłkę w prawo i oddał strzał. Daniel błyskawicznie zareagował i odbił piłkę w bok, wprost pod nogi drugiego z napastników. Opadł na ziemię, zerwał się i złapał piłkę po kolejnym strzale.

Przez krótką chwilę nie podnosił się z ziemi, rozkoszując się zapachem trawy i twardą piłką w dłoniach. Z trybun dobiegły go okrzyki uznania, a kiedy wstał i spojrzał po twarzach kolegów i przeciwników, doszukał się w nich szczerego podziwu. Z pewnością długo nie zapomni tej chwili.

Wybił piłkę daleko przed siebie i wcale nie przejął się, że nie poleciała dokładnie tam, gdzie powinna. Czuł lekkość w sercu, jego nogi nie były już miękkie, napięcie ustąpiło, a w głowie pozostała jedynie świadomość, że świetnie wykonał swoje zadanie, a z następnymi poradzi sobie równie dobrze. Podniósł głowę i wpatrywał się w to, co wyprawiali jego koledzy, niesieni zupełnie nową energią.

Każdemu z nich jakby przybyło sił. Chcieli jak najszybciej odpowiedzieć na groźną akcję przeciwnika i jeszcze nim napastnicy wrócili na swoją połowę, wyprowadzili piłkę na drugą połowę i szybko zbliżyli się do bramki przeciwników. Dominik popędził środkiem, a kiedy doskoczyło do niego dwóch przeciwników, zagrał na prawo, do niepilnowanego Denisa. Chłopiec przyjął piłkę ze spokojem, podniósł głowę i wykonał długie krosowe podanie w stronę rozpędzonych napastników. Obrońca skoczył wysoko, ale piłka minęła go i opadła wprost na nogę Aleksa. Wydawało się, że przykleiła mu się do nogi, gdy znikła na chwilę z oczu Denisa, ale szybko wyskoczyła z kłębowiska ciał i poleciała w stronę bramki. Bramkarz odważnie rzucił się w jej kierunku, ale strzał był tak wymierzony, że piłka ani przez moment nie znalazła się w jego zasięgu i wpadła do siatki.

Aleks rozpędził się i rzucił na ziemię, koledzy przygwoździli go swoimi ciałami, a w kłębowisku rąk i nóg z trudem można było dojrzeć jego uśmiechniętą twarz. Wrzeszczeli do siebie i tłukli się po plecach z radości. Dwa do dwóch i kilkanaście minut do końca meczu! Z trudem przyswoili tę informację i wrócili na swoją połowę, gdzie ustawili się na pozycjach, czekając na ponowne wznowienie gry.

Sposób gry przeciwników znowu uległ zmianie; starali się długo przytrzymywać piłkę i powoli przechodzić do ataku, w czym skutecznie przeszkadzali im Aleks i Robert. Obie drużyny dawały z siebie wszystko, ich nogi bezustannie ryły ziemię, ręce pracowały jak nigdy dotąd, ciała wyrywały się w stronę nadludzkiego wysiłku, jednak żadna ze stron nie potrafiła stworzyć przewagi i znaleźć się w dogodnej sytuacji.

Od dłuższej chwili przeciwnicy nie weszli na ich połowę, więc Daniel trochę się porozciągał, żeby mięśnie mu nie zastygły. Wiedział, że musi być przygotowany na interwencję, zwłaszcza w tak ważnym momencie meczu. Jego koledzy kilkakrotnie stworzyli dobre sytuacje, ale nic z nich nie wynikało; bramkarz przeciwników też był w nienajgorszej dyspozycji i pomagali mu obrońcy. Piłka była daleko od niego, ale Daniel nie mógł pozwolić sobie na rozluźnienie, miał świadomość, że przeciwnicy wiedzą, na czym polega piłka nożna i w jednej chwili mogą znaleźć się pod jego bramką.

Po dłuższej chwili szybkiej gry Emil wywalczył piłkę na stronie przeciwnika i popędził w kierunku bramki, nie zważając na to, że jego koledzy są zbyt daleko, żeby przyjść mu z pomocą. Minął trzech rywali, zamarkował strzał i minął kolejnego zawodnika. Wypuścił piłkę trochę za daleko, ale bramkarz był zaskoczony i nim wybiegł mu na spotkanie, Emil już dotarł do piłki. Kiedy jego noga już prawie dotykała piłki, został staranowany przez obrońcę i kopnął ją jedynie czubkiem buta. Futbolówka leniwie potoczyła się w stronę dalszego słupka bramki, a bramkarz niezdarnie wykręcił się, żeby ją złapać. Piłka podskoczyła kilka razy, minęła bramkarza, uderzyła w wewnętrzną część słupka i potoczyła się po linii bramkowej. Jeden z obrońców dopędził ją przed Emilem i wybił daleko w stronę linii bocznej. Damian pierwszy do niej dopadł i wjechał w pole karne, nie napotykając obrońców. Wreszcie dwóch z nich pobiegło w jego stronę, ale wtedy zagrał wzdłuż bramki, wprost pod nogi rozpędzonego Aleksa. Syn trenera huknął z kilku metrów, obrońcy i bramkarz rzucili się w jej kierunku, próbując zablokować strzał swoimi ciałami, ale piłka zatrzymała się dopiero w siatce.

Daniel nie mógł się powstrzymać i razem z innymi pobiegł do Aleksa, żeby zgnieść go w morderczym uścisku. Minęła długa chwila, nim sędzia przywołała ich do porządku i zmusiła do powrotu na swoją połowę. Oprócz Aleksa wyściskali z całych sił Damiana, gratulując wspaniałej asysty. A on jedynie uśmiechnął się skromnie i wymamrotał coś o dobru drużyny.

Przez następne kilkanaście minut gospodarze skutecznie odpierali ataki przeciwnika. Każda akcja, każde błyskotliwe zagranie i ogromny wysiłek nie przynosiły rezultatu, gdy skoncentrowani koledzy Daniela grali inteligentnie i współpracowali, jakby co najmniej od kilku lat kopali razem w piłkę. Mieli ochotę poddać się euforii, jeszcze raz przypomnieć sobie rajd Emila i bramkę Aleksa, ale póki piłka krążyła wśród przeciwników, liczyło się jedynie przerwanie akcji i odparcie ataku.

Kilka minut przed końcem meczu koledzy Daniela zapędzili się daleko pod bramkę przeciwników, zapominając o ostrożności. Błąd, ogromny błąd. Bramkarz złapał piłkę i swoim zwyczajem wybił ją jak najdalej w stronę napastników. Szaleńcza pogoń zaprowadziła obrońców i napastników pod bramkę Daniela. Obrońcy nie odzyskali piłki, ale udało im się wybić ją w bok i jeden z napastników dopadł jej dopiero w pobliżu linii bocznej, prawie w rogu boiska. Wystarczyło przez chwilę go powstrzymać, żeby dać czas pozostałym kolegom na powrót.

Daniel uspokoił się nieco, ale nadal nie spuszczał wzroku z przeciwnika. Zdziwił się, gdy napastnik zaczął dryblować, nie czekając na pomoc kolegów. Rozpędził się, minął Sebastiana i wjechał z piłką do środka, gdzie czekał na niego Filip, blokując drogę do bramki. Napastnik zerknął w stronę bramki, kopnął piłkę, a Filip zatrzymał ją swoim ciałem.

Rozległ się głośny gwizdek i sędzia podbiegła do nich, wskazując na posypane wapnem miejsce w polu karnym. Natychmiast dogonił ją Dominik i zaczął protestować, gwałtownie gestykulując, ale Daniel wiedział, że na nic się to zda; na przykładzie mamy przekonał się, że gdy kobieta się uprze, nie tak łatwo wpłynąć na jej decyzję. Zresztą karny był słusznie podyktowany. Nie było o co się spierać.

Daniel oczyścił umysł i odprężył się. Nie obawiał się tego, co miało nadejść, a wręcz przeciwnie – chciał się z tym zmierzyć. Co jak co, ale w bronieniu karnych był naprawdę dobry.

Sędzia nie chciała nawet słuchać protestów kapitana. Rzuciła kilka słów tonem ucinającym rozmowę, a Dominik wyraźnie oklapł; najwidoczniej nie wierzył w możliwości Daniela. To jeszcze bardziej go zmotywowało.

Do piłki podszedł dryblas o ciemnych włosach i spojrzał wyzywająco na Daniela. Bramkarz obrzucił go spokojnym spojrzeniem, bez cienia strachu w oczach. Zdawał sobie sprawę, że jest młodszy od przeciwnika przynajmniej o dwa lata, ale wcale się tym nie przejął.

Na chwilę zapanowała absolutna cisza, po czym rozległ się głośny gwizdek. Daniel wyłączył umysł. Liczyła się jedynie ta chwila. On i napastnik po drugiej stronie. Nie słyszał niczego, nie było okrzyków kibiców, nie dostrzegał wskazówek kolegów, widział jedynie piłkę i nadbiegającego przeciwnika.

Napastnik rozpędził się i kopnął z całej siły. Daniel rzucił się w prawo, ale piłka poleciała w sam środek bramki. Zareagował instynktownie i sparował ją lewą ręką. Poczuł przenikliwy ból, ale nadal trzeźwo myślał. Zerwał się z trawy i wyskoczył do piłki, którą już dogonił jego przeciwnik. Kolejny strzał, uderzenie w nogę i piłka szybująca wysoko nad bramką.

Daniel powoli podniósł się z ziemi i trzymając się za bolącą rękę, tłumaczył kolegom, że musi iść do trenera. Jednak chłopcy byli zbyt rozentuzjazmowani, żeby usłyszeć jego ciche wołanie. Cały czas ktoś poklepywał go po plecach, brał w objęcia lub ściskał rękę, na szczęście prawą.

Wreszcie ktoś zauważył, że z Danielem jest coś nie tak, i odpędził od niego resztę drużyny. Wtedy usłyszeli ostatni gwizdek i Daniel odetchnął z ulgą. Uświadomił sobie, że wreszcie zdobyli upragnione zwycięstwo i to on najbardziej się do tego przyczynił.


Zdawał sobie sprawę z  tego, że osiągnięcie celu ma swoją cenę, ale wiedział też, że to wcale nie powód, by rezygnować, a  wręcz przeciwnie – droga do celu może nauczyć wiele więcej niż samo jego osiągnięcie.