Smutny ambasador - Ananda Devi - ebook + książka

Smutny ambasador ebook

Devi Ananda

0,0

Opis

Pierwszy zbiór krótkiej prozy Anandy Devi opublikowany po polsku. W jedenastu nowelach autorka pokazuje wydarzenia i sytuacje zrodzone z kontaktów na styku dwóch cywilizacji – Wschodu i Zachodu. W centrum tych wydarzeń stawia swoich bohaterów uchwyconych w ich słabości, śmieszności, wahaniach, zagubionych, tęskniących za czymś, świadomych jakiegoś braku, przytłoczonych stratą. W tym pilnym obserwowaniu współczesnego świata pisarka nie unika bynajmniej lekkiego tonu i subtelnych aluzji, które rozluźniają napięcie budowane obrazem, zapachem, kolorem czy emocją. Realistyczny obraz świata przedstawionego w tym zbiorze nowel ma wiele rys i pęknięć, przez które prześwituje świat magiczny, mityczny, nierealny lub choćby taki, którego tożsamość trudno jest jednoznacznie ustalić.

„Smutnego ambasadora” można czytać zarówno w sposób linearny, uznający tym samym nieprzypadkowy porządek poszczególnych tekstów, jak i w sposób dowolny, bez przywiązywania szczególnej wagi do kolejności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 227

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Wydanie publikacji dofinansowane przez Uniwersytet Śląski w Katowicach.

Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d’aide à la publication Boy-Żeleński, a bénéficié du soutien de l’Institut français de Pologne.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Instytutu Francuskiego w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego Boy-Żeleński.

Seria: „Frankofonia Literaria” pod redakcją Krzysztofa Jarosza

Tom II: Ananda Devi Smutny ambasador

Tytuł oryginału: L’ambassadeur triste

Przekład, opracowanie tekstu i komentarz: Krzysztof Jarosz

Recenzent tomu: dr hab. Judyta Zbierska-Mościcka, prof. UW

© Éditions Gallimard, Paris 2015

© for this edition by Wydawnictwo w Podwórku

© for the Polish translation and commentary by Krzysztof Jarosz, 2020

Wydanie pierwsze, Gdańsk–Katowice 2020

ISBN 978-83-64134-41-8

Opracowanie książki i przygotowanie do druku: zespół Wydawnictwa w Podwórku w składzie Dorota Szmit, Stanisław Danecki

WYDAWCA

Wydawnictwo w Podwórku sp.j.

ul. Waryńskiego 44a/16

80-242 Gdańsk

[email protected]

internet: wpodworku.pl

WSPÓŁWYDAWCA

Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego

ul. Bankowa 12b

40-007 Katowice

[email protected]

internet: wydawnictwo.us.edu.pl

SMUTNY AMBASADOR

Płakał nocą, bez przerwy. Nic dziwnego: był smutny.

Płakał również za dnia, ale po kryjomu, zamknięty w toaletach albo kiedy pracownicy przysypiali w trakcie przerwy między południem a czternastą. Z czasem jego gruczoły łzowe produkowały coraz więcej łez i często płakał, oglądając w telewizji reality show, w którym występujący zapominali, że są ludźmi.

Marzył o fiordach i o zastygłej lawie. O niebie barwy popiołów, gdzie światło jak skalpelem przecinało czasem chmury, a w rodzącym się nagle dniu oczy przestawały cokolwiek widzieć. Powietrze było tak białe, że ściskało wam serce. Jednak przyjmował każdy dzień z radością, wiedząc o wszystkim, co cennego miało w sobie to skąpe słońce, dni tak krótkie, że należało je przeżywać intensywnie niczym wojownik; każdy dzień był więc podarunkiem i walką.

Marzył o swoim utraconym kraju.

Cóż jednak on, ambasador o oczach olśnionych zimnem, mógł wiedzieć o prawdziwych walkach? Tutaj, w tym innym świecie, widział ludzki kurz, a nie samych ludzi. Widział barwę ziemi, a nie historię, którą ona opowiadała. Kurz i ziemia, które wchodziły mu przez nozdrza, a wychodziły porami ciała, przenosząc z każdym oddechem swoją subtelną truciznę. Nabrał przekonania, że wchłaniał ją z chemicznych wyziewów diesla i z siarki, które ze szkodliwym powietrzem rozprzestrzeniało się po jego czystym ciele.

Płakał od pierwszych dni. Płakał każdej nocy, w ramionach swojej żony, również przygnębionej, ale bardziej pragmatycznej, którą pocieszała myśl, że mają personel do sprzątania, gotowania, wożenia ich, a nawet do podcinania trawnika nożyczkami. Szeptała mu, że być ambasadorem w New Delhi to etap w karierze, że była to trampolina do stanowiska w Nowym Jorku, Berlinie lub Londynie. Za dwa lata – mówiła mu – najwyżej za trzy, będziemy w Metropolitan Opera na Pierścieniu Nibelunga; wystarczy być cierpliwym. Obiecywał, że będzie. Po trzech miesiącach to ona spakowała walizki i porzuciła ich definitywnie, jego i Indie.

Tak więc od dziesięciu już lat umierał i płakał, albo na odwrót. Każda łza pozbawiała go kilku milisekund życia. Przynajmniej – myślał sobie – nie będzie skazany żyć przez wieczność na tej ziemi potępieńców. Czuł się opuszczony przez wszystkich, a zwłaszcza przez swój kraj fiordów i lawy, przez swój kraj równie gładko ogolony, jak ten był owłosiony, przez swój kraj, w którym człowiek nie śmierdzi potem i zjełczałym olejem, lecz pachnie szronem i popiołem.

Dumna, a przecież niespokojna postawa tego samotnego mężczyzny pobudziła moją ciekawość, gdy go ujrzałam w czasie festiwalu literackiego w Indiach. Być może rozpoznałam w nim wrażenie rozziewu, które owładnęło mną od dnia przyjazdu i przyprawiało mnie o zawroty głowy jak uporczywy szum uszny. Nadmiar i brak. Cudowność i krzywda. Szlachetność i nikczemność. Gdziekolwiek spojrzeć, ścierały się sprzeczności. Nie było nic pośredniego.

Pierwszego wieczoru festiwalu w ogrodach dawnego pałacu, przekształconego w luksusowy hotel, wydano jedno z tych ekstrawaganckich przyjęć, w których specjalizują się Hindusi. Wszystko ociekało pieniędzmi i władzą, wszystko było tam przepychem i obfitością, ostentacją, pośród której pisarze byli, wyznajmy to, stworzeniami raczej bezbarwnymi, przemykającymi się pomiędzy tymi motylami o stadnej agresywności, którą wytwarzają wyższe sfery społeczeństwa indyjskiego. Atrakcyjność takiej obfitości była bardzo krótkotrwała i feta szybko przybrała obrót trochę nieprzyjemny. Z dwóch stron alei prowadzącej do markizy służący w turbanach trzymali w wyciągniętych rękach ciężkie miedziane świeczniki, wyprostowani jak żołnierze kolonialnej armii angielskiej. „Czy muszą tak stać przez cały wieczór?”, spytałam. Nie było odpowiedzi. Otuliłam płaszczem ramiona. Zimno mi było od tego kraju, jego obyczajów i jego perwersji.

Kolacja okazała się na miarę wydarzenia. Za ustawionymi w szeregu piecami tandoor uwijały się dziesiątki wędrownych kobiet o twarzach pooranych zmarszczkami, czerwonych od żaru, z oczyma koloru mgły. W zsynchronizowanym tańcu ich sękate dłonie manipulowały chlebami indyjskimi przy samym ogniu, polewały je stopionym masłem i kładły na podsuwanych im talerzach. Dania serwowano z najwyższą sztuką, podniebienia gości pieściły smaki o wykwintnej finezji, zwłaszcza desery przyprawione słupkami szafranu, miodem i siekanymi pistacjami.

Kiedy przyjęcie dobiegało końca, ktoś wskazał mi sylwetkę długą i dziwnie ukradkową, która kolejny raz przemykała wzdłuż stołów bufetu, podczas gdy wszyscy skończyli już jeść. Ów ktoś powiedział mi: „To ambasador …. Przychodzi na wszystkie spotkania, festiwale, posiłki”. Wydał mi się zarazem godny i wymykający się. Osoba dodała: „Sądzę, że biedaczek nie ma nic innego do roboty”. Istotnie, nie mogłam sobie wyobrazić powodów, dla których ten nordycki kraj miałby utrzymywać ambasadę w Indiach.

Nie był pisarzem, nie miał też do odegrania jakiejś roli w otaczających nas kuluarach władzy. Po prostu tam był, wielki, białowłosy, blady. Smutny. Nieskończenie.

Nie pamiętał już, kto uważał, że ekonomiczne zbawienie jego kraju zależało od kontraktów handlowych zawartych z azjatyckimi gigantami. Miałoby to sens, gdyby można było coś wyeksportować, ale cała jego gospodarka opierała się na jednym z najmniej przejrzystych systemów bankowych. Na dodatek, w ostatnich latach, jak w tragicznej operze, jego historię naznaczały wstrząsy równoległe do wybuchów tamtejszych wulkanów. Wysłano go więc do Indii przy dźwięku fanfar, przy wtórze wyborczych obietnic gospodarczego rozwoju. Tymczasem, kiedy już tu przyjechał, przesunięto go na boczny tor, maskując to głośnymi deklaracjami o przyjaźni.

Kolizja między powolnością indyjskiej biurokracji a skutecznością administracji jego kraju była nieunikniona. Listy pełne zagmatwanych formułek, nieprzynoszące nigdy prawdziwej odpowiedzi na jego propozycje, utworzyły na biurku ambasadora pokaźny stos, nasiąkając z czasem wonną pleśnią i pokrywając się konstelacją pajęczyn; z drugiej strony zaś monity jego ministerstwa stawały się coraz groźniejsze i były nie mniej liczne. Mnożyły się również nieporozumienia, zabijając w zarodku projekty. Jednak pomimo jego wniosków, które przybrały w końcu formę błagań, nie pozwalano mu wrócić do kraju czy przenieść się na inną placówkę. Wiedział, że była to konsekwencja jego porażki.

Nikt wszakże nie zdawał sobie sprawy z szybkości, z jaką mizerniał. Zauważył to już w pierwszym tygodniu – kilka gramów mniej – kiedy stanął na wadze łazienkowej. Przypisał to stresowi podróży, a zwłaszcza samego przyjazdu, gdy oficjele przystrojeni w imponujące wąsy i źle skrojone garnitury powitali go bez uśmiechu, bezwstydnie besztając podwładnych. On, chodząca kurtuazja, na własnym ciele odczuł upokorzenie, z jakim traktowano tu „podrzędnych”. A podrzędnych żyło w tym kraju co niemiara, ponieważ wszystko tu zostało zhierarchizowane. Pocieszeniem dla każdego było to, że zawsze znajdował się ktoś niżej od niego, toteż gdy ambasador wykonywał uprzedzająco grzeczny gest wobec któregoś z tych ostatnich, ów gest wywoływał wyczuwalne zakłopotanie. W sumie narobił sobie więcej wrogów niż przyjaciół, okazując szacunek tym, którzy nawet we własnych oczach na niego nie zasługiwali.

Był tym wstrząśnięty do głębi swojego jestestwa. Wszystko, w co wierzył, zostało unicestwione. Czy zachowywał się, jak mężczyźnie przystało, gdy przepuszczał przodem kobietę? Czy kiedy ściskał dłoń służącemu, naruszał godność tego, którego chciał uhonorować? Nie miał pojęcia.

Dlatego płakał.

Czy pojmujecie znaczenie smutku? Myślę tu o takiej jego bezlitosnej odmianie, która jest pozbawiona sensu, gdy staje się on powolnym pływem, systematycznie podmywającym samą podstawę waszego bytu. Jesteście ambasadorem w jednym z największych krajów świata. Traktują was jak króla. Macie tyle personelu, że nie wiadomo, co z nim począć. Nie musicie podnosić małego palca, żeby wykonać najmniejszą pracę. A jednak.

Komu możecie powiedzieć, że jesteście nieszczęśliwi? Waszej żonie, oczywiście. Tymczasem ona, aż za dobrze rozumiejąc znaczenie tego smutku, pakuje walizki, ponieważ ma taką możliwość, zanim to miejsce pożre ją na surowo.

Komu innemu?

Dziesięciu milionom ludzi, którzy was otaczają? No, proszę, wybierzcie któregoś na chybił trafił. Spojrzy na was, w waszym eleganckim garniturze, luksusowym samochodzie z szoferem, na wasz dom zbyt duży, aby był wygodny, i jego spojrzenie powie wam wszystko: tylko bogaty dupek może mieć czelność uskarżać się na swoją samotność.

A więc znosi wszystko.

I chudnie. Imponująco postawny mężczyzna, który wylądował w New Delhi, z biegiem miesięcy i lat staje się mężczyzną chudym, cienkim niczym patyk, szyję ma jak uliczny kurczak, a przeguby za wąskie dla dłoni eksplodujących starczymi plamami. Garnitury, które przywiózł, szyte ręcznie na Savile Row (bo miał ciągotki do dandyzmu), stawały się coraz luźniejsze. Aż pewnego dnia, gdy ubierał się w swojej ogromnej garderobie, osłupiały zobaczył, że spodnie ześlizgują mu się wzdłuż bioder i opadają na stopy, odsłaniając sterczące kości miedniczne i obwisłą skórę, tak białą, że aż szarą. Zabrakło mu dziurek w paskach. Nawet jego buty zrobiły się za duże, co mówi samo za siebie! Chowając wstyd do kieszeni, musi więc wymienić całą garderobę u najlepszego krawca, jakiego może znaleźć w mieście. Kiedy kilka miesięcy później, schudłszy jeszcze bardziej, wraca do tego krawca, żeby zamówić kolejne garnitury, ten zapisuje jego wymiary malutkim ogryzkiem ołówka, którego końcówkę zwilża językiem, porównuje pobrane wymiary z poprzednimi, zanotowanymi w tym samym szkolnym zeszycie, i wydyma wargi.

– Too too thin – mówi krawiec. – You reducing too much1. Jest pan chory? – dodaje ze zmarszczonymi brwiami.

Ambasador potrząsa głową. Uśmiechając się nieznacznie, klepie się po brzuchu.

– Źle znoszę tutejsze jedzenie – mówi.

Krawiec radzi mu iść do lekarza ajurwedyjskiego, który dokonuje cudów. Ambasador słucha go roztargniony. Wie, że żadna medycyna nie leczy smutku – w każdym razie tego smutku, twardego i zimnego jak kamień nagrobny.

Pierwszego dnia festiwalu spostrzegam go kilkakrotnie w alejach, zawsze samego, wyższego o głowę od licznej publiczności, bardziej bladego niż kilka bladych twarzy, które spotyka się to tu, to tam, jest blady jak zima, którą ciągnie za sobą w swoim kilwaterze, zasnutą parą nudy. Publiczność miota się od konferencji do lektury przy okrągłym stole jak spragniona słów horda, co pociesza obecnych pisarzy po dawnych spotkaniach literackich, gdzie za całe audytorium mieli tylko puste krzesła. Tutaj uczestników są tysiące. Tutaj panuje ścisk, tłok, stoi się lub rezerwuje krzesła, jakby publiczność postanowiła, jeśli się to okaże konieczne, spędzić tu cały dzień i noc, aby nie uronić nic ze złotych samorodków wysypujących się z literackich ust. Ambasador ustawia się na skraju mas. Wysłuchuje fragmentu lektury, urywka debaty. Czasem uśmiecha się nieznacznie, ale nigdy wtedy, gdy pisarz opowiada dowcip. Może to jakieś zdanie, kilka słów, czy jakiś rytm ukradkowym dotknięciem wywołały w nim znajomy obraz? Potem idzie jeść w sali pisarzy, stojąc w kolejce, żeby zeskanować swój identyfikator, długo kontemplując bogaty wybór potraw w bufecie, jakby chodziło o najważniejszą decyzję dnia. Je sam. Nie patrzy na nikogo. Je i pije jak dobrze wychowane dziecko, z papierową serwetką na kolanach. Wyciera sobie wargi rogiem serwetki. Ponieważ jadł chapati palcami, polewa sobie dłonie odrobiną wody. Serce mi się kraje, gdy widzę jego bardzo niebieskie oczy zamglone pustką.

Odkąd jest na placówce, tylko dwa razy załatwiał sprawy urzędowe, nie licząc podań o wizę wysyłanych przez turystów, bo tymi zajmowała się jego sekretarka na stronie internetowej ambasady. (Raz przyjął dziwnego człowieka, który szukał pracy w jego kraju, lecz ponieważ był pewien, że petent nie zaadaptuje się do warunków klimatycznych, przekierował go zręcznie do ambasady amerykańskiej, zapewniając, że może znaleźć zatrudnienie na Alasce. Nigdy więcej nie zobaczył tego człowieka).

Jeden z ważniejszych przypadków, którymi musiał się zająć, dotyczył dwojga turystów aresztowanych po powrocie z Katmandu z plecakami wypełnionymi marihuaną. Nie zostaliby zatrzymani, gdyby nie ukradziono im jednego z tych plecaków, kiedy wysiadali z pociągu w Delhi. Mieli zamiar dojść do granicy i przekroczyć ją pieszo. Zaczęli krzyczeć i jakiś policjant okazał się na tyle przytomny, by rzucić się na złodzieja i powalić go na ziemię. Nadbiegli inni policjanci i okładali nieszczęśnika aż do momentu, gdy plecak pękł, a spod rozdartej podszewki wysypały się hermetycznie zamknięte plastikowe woreczki. Policjanci zebrali te woreczki, ważące łącznie kilka kilogramów, i odkryli, że zawierają wyjątkowo czystą marihuanę. Para turystów próbowała zbiec, porzucając plecak, lecz policjanci, wyczuwając, że dzieje się coś podejrzanego, rzucili się za nimi w pogoń. Zwyczajowego pobicia uniknęli tylko z powodu swojej białej skóry.

Ambasador, uprzedzony przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, udał się do więzienia, w którym osadzono turystów. Zatrzymani, którzy nie mieli więcej niż osiemnaście lat, byli już cieniami samych siebie. Siedzieli w śmierdzących i brudnych celach, rojących się od karaluchów, otoczeni kryminalistami o twarzach każących zapomnieć o nadziei i rozumie; wyobrażali już sobie, że będą gnić w tych warunkach latami i umrą poddani powolnej torturze zapomnienia. Padli na kolana w kałużach moczu, błagając ambasadora, aby mogli wrócić do ojczyzny. „Przyznajemy się – mówili – i przystaniemy na wyrok, jaki wyda na nas wymiar sprawiedliwości naszego kraju, ale na litość boską proszę sprawić, żebyśmy odbyli karę w naszym więzieniu!”.

Popatrzył z odrazą na miejsce, w którym się znajdowali, ale nie odczuł żadnej litości. Sami sobie byli winni: przyjechali do tego kraju i złamali obowiązujące w nim prawo. Niemniej, odrobinę podekscytowany myślą, że ma wreszcie do wykonania jakieś zadanie, powiedział im, żeby się uzbroili w cierpliwość i z wolna pośpieszył załatwić sprawę.

W czasie gdy trwały jego zabiegi, każdego ranka budził się z pewną żwawością. Nareszcie miał jakiś cel. Poczuł się ważny. Starannie się ogolił i uczesał, odnajdując gesty dandysa, które złożył już był na dnie kufra swojego smutku, i ocenił, że wygląda lepiej niż zwykle, skórę ma bardziej różową i mniej bladą, błękit oczu żywszy. Kiedy się ubierał, zauważył zdumiony, że musiał wciągnąć brzuch, żeby zapiąć pasek, a przecież brzucha nie miał już od dawna! Koszulę zapiął z pewnym wysiłkiem. Marynarka uwierała go trochę w ramionach.

Dzień spędził, telefonując do członków swojego rządu, dyskutując z Ministrem Spraw Zagranicznych, radząc się najwybitniejszych prawników. Szczytem był niespodziewany telefon od Premiera! Odebrał go, stojąc wyprostowany, dając odpowiedzi jasne i dobrze ułożone. Rozmówca pogratulował mu skuteczności i powierzył mu zadanie, aby wszelkimi sposobami sprowadzić do kraju parę turystów przy minimalnym skandalu medialnym. Gdy ambasador wyszeptał, że indyjskie władze mogą się okazać niechętne idei ekstradycji z powodu braku umowy pomiędzy oboma krajami, Premier odpowiedział mu w sposób, który wprawił go w osłupienie: „Drogi przyjacielu, pokładam w panu całkowite zaufanie. Tylko pan może tego dokonać!”.

Ambasador był tak oczarowany, że strzelił mu guzik od koszuli.

W rzeczywistości indyjskie władze bynajmniej nie były przeciwne idei ekstradycji. Wiedziały, jak bardzo media uwielbiają historie o przemytnikach narkotyków uwięzionych w straszliwych warunkach. Co więcej, życzyły sobie pozbyć się jak najszybciej tego niepożądanego problemu. Było oczywiste, że para bladych blondyniątek nie przeżyje tu dłużej niż pół roku. Odnajdzie się ich z gardłami poderżniętymi przez współwięźniów albo powieszonych na własnych prześcieradłach. I wtedy władze znajdą się w nie najciekawszej sytuacji z powodu nieprzestrzegania praw człowieka. W końcu Indie to nie Chiny. Największa demokracja świata musiała się poddawać ocenie wolnych mediów, chociaż bywa, że tęskniła za czasami dyktatury.

Oficjele indyjskiego MSZ dali więc do zrozumienia ambasadorowi, że są gotowi negocjować ekstradycję dwóch obywateli jego kraju. Był zdziwiony i najpierw się ucieszył, potem jednak zirytował, że sprawa może zostać tak szybko załatwiona. Jego odzyskana tusza przekonała go, że jeśli chce przeżyć, powinien czuć się użyteczny, a cóż bardziej użytecznego jak uratowanie dwojga młodych ludzi od kary dożywotniego więzienia, a może nawet od śmierci przez powieszenie? Zastosował więc reguły zręcznego spowalniania procedury, których nauczył się od tych samych indyjskich urzędników. Utrzymywał, że listy zaginęły, nie reagował na apele wysyłane przez ministerstwo, swojemu rządowi opowiadał, że indyjskie władze działają ślamazarnie. Mnożył oświadczenia prasowe, raz sugerując, że sprawa znajdzie pozytywny finał, a znów innym razem, że zmierza w niekorzystną stronę. Indyjscy oficjele nic z tego nie rozumieli. Myśleli, że wszystko jest już od dawna załatwione.

Dni przerodziły się w tygodnie. Młodzi ludzie chudli, a tymczasem ambasador grubiał w najlepsze. Rano, ubierając się, pogwizdywał, z niebywałą przyjemnością odnajdując ubrania, które nosił, kiedy przyjechał na placówkę. Nigdy ich krój nie wydał mu się bardziej stosowny, sposób, w jaki opadała jedwabna marynarka – bardziej elegancki. Dobierał poszetkę do krawata i pogrążał się w kontemplacji odcieni, które tak dobrze harmonizowały z resztą jego ubioru, że odczuwał z tego powodu ledwie wstrzymywane emocje.

Pewnego dnia dziewczynę odnaleziono zbroczoną własną krwią. Podcięła sobie żyły na nadgarstkach kawałkiem metalu wyrwanym ze stelaża pryczy. Ambasador został pilnie wezwany do szpitala. Widząc ją rozedrganą między życiem a śmiercią niczym rannego motyla, tak zabiedzoną w pogniecionej szarej pościeli, zrozumiał, że nie może dłużej ciągnąć tej maskarady. Nadał bieg informacjom, które ugrzęzły w limbach zapomnienia, i przed końcem tygodnia osadzonych wyekspediowano do ojczyzny, gdzie czekała na nich prasa ze swoim nienasyconym apetytem na to, co patologiczne, i gdzie jak rajski zakątek kontemplowali odtąd swoje czyściutkie cele z telewizją i odtwarzaczem DVD.

Wrócił do siebie, usiłując rozbudzić w sobie poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Udało mu się to do następnego wieczoru. Nazajutrz zaczął na nowo mizernieć.

Drugi przypadek dotyczył mężczyzny, który doznał ataku serca, gdy przemierzał pustynię na grzbiecie wielbłąda. Był to bogaty biznesmen poszukujący niecodziennych doświadczeń w najmniej gościnnych zakątkach Ziemi. Starannie przygotował tę podróż w towarzystwie lokalnych nomadów. Wszystko zostało co do milimetra zaprogramowane w tabelach Excela i na komunikatorach najnowszej generacji. Tak bardzo ufał sobie i swojej skuteczności, że w ogóle nie przyszło mu do głowy, iż może w czasie tej podróży umrzeć. Jego zdaniem śmierć przytrafiała się tylko z braku organizacji. Niemniej jednak jemu jak raz się zdarzyła.

Towarzyszący mu nomadzi zobaczyli, jak spada z wielbłąda, akurat wtedy gdy kazał im jechać szybciej. Pomyśleli, że to jakiś kaprys bogacza, ale kiedy się nie ruszał, wpadli w panikę. Trzeba powiedzieć, że czuli się coraz bardziej oblężeni, gdyż terytorium, na którym wypasali swoje wędrowne stada, kurczyło się zewsząd pod naporem agresywnych ludów osiadłych. Ich owce nie były równie cenione jak dawniej, bo zastąpiły je mrożone tusze sprowadzane z Nowej Zelandii. Także ich rzemiosło zdetronizowały importowane z Chin przedmioty do złudzenia przypominające wyroby lokalne. Żyli dzięki turystom zafascynowanym ich odmiennością, jasnymi oczami, skórą wygarbowaną wiatrem i słońcem oraz dzięki hotelom, które zapraszały ich, aby śpiewali, tańczyli, gotowali tradycyjne potrawy i dawali się oglądać jak tresowane niedźwiedzie. Ich spojrzenie miało barwę horyzontu, gdyż podróż mieli zapisaną w genach.

Kiedy turysta dojrzał w oddali to, co wziął za fortecę Dżajsalmer (mylił się jednak, bo to była fatamorgana), podniecił się, zaczął gwałtownie gestykulować, żeby zachęcić nomadów do szybszej jazdy, czy wręcz, żeby ścigali się z nim, poczerwieniał nagle jak zanurzony w gorącej wodzie homar i spadł z wielbłąda. Przestał oddychać, jeszcze zanim rozpłaszczył się na ziemi swoim tłustym cielskiem. Nomadzi potrząsali nim, lali mu wodę do ust i skrapiali nią twarz, ale musieli uznać oczywisty fakt, że ich turysta był po prostu nieżywy. Wzięli nogi za pas, wiedząc, że naraziliby się na niezliczone szykany ze strony policji, gdyby zgłosili śmierć tego człowieka. Pomyśleli sobie, że słońce, piasek, wiatr i sępy szybko usuną z powierzchni ziemi te kłopotliwe zwłoki, a oni tymczasem od dawna już rozpłyną się w piaskach pustyni.

Jego żona, zaniepokojona brakiem wiadomości od niego i nie mogąc połączyć się z nim przez telefon komórkowy, skontaktowała się z ambasadą. Ambasador, wybudzony z białego otępienia, w które wtrącił go wyjazd narkomanów, otrząsnął się, zaczął gorączkowo działać i po wykonaniu detektywistycznej pracy odnalazł wreszcie ślad biznesmena.

Zaproponowano mu przewodnika, który znał pustynię równie dobrze jak zamieszkujące ją wędrowne ludy. Musiał mu zapłacić znaczną kwotę, ale miał carte blanche od swojego rządu. Zaginiony mężczyzna był dostatecznie ważny, aby nie zważać na wydatki. Wyruszył więc w głąb pustyni w rozklekotanym jeepie, wystarczająco przerażony myślą, że mogliby się zagubić i nigdy już nie wrócić. Kiedy jednak usiadł w jeepie i zapiął pas, zobaczył mały brzuszek, który nabrzmiewał poniżej klatki piersiowej. To był brzuch satysfakcji.

Ten drugi przypadek zdarzył się na trochę przed festiwalem, na którym go spotkałam. Wtedy był jednak z powrotem chudy i blady. Zauważyłam, że kilka razy dokładał sobie na talerz kolejne porcje w oddanych do naszej dyspozycji, obfitujących we wszystko bufetach, lecz jadł bez apetytu i, jak się wydaje, potrawy nie bardzo mu smakowały.

Pewnego dnia, zanim festiwal się skończył, znalazłam się z nim na obiedzie przy jednym stole. Z wykwintną grzecznością przerwał swój posiłek i wstał, aby mnie powitać. Uśmiechnęłam się do niego, jak umiałam najuprzejmiej, i przedstawiłam się. Wydał mi się roztargniony i jakby toczony ukrytym lękiem. Nastąpił moment kłopotliwej ciszy.

Później jednak, być może dlatego, że wyczytał w moim spojrzeniu niewyrażoną sympatię, upił łyk indyjskiego wina, które podawano nam bez ograniczeń do posiłków, i zaczął opowiadać historię, którą wam przytoczyłam. Kiedy doszedł do chwili, gdy wsiadał do jeepa, zatrzymał się.

– I jak to się skończyło? – zapytałam. – Udało się panu odnaleźć ciało?

Przytaknął ruchem głowy.

– Myślałem, że umrę, tak bardzo żar pustyni był nie do zniesienia. Piłem bez przerwy wodę, ale niedługo po naszym wyjeździe – proszę mi wybaczyć ten mało apetyczny szczegół w czasie obiadu – zapadłem na piorunującą biegunkę. Mój przewodnik musiał się zatrzymywać co dziesięć minut, żebym mógł ulżyć jelitom. Zwijałem się z bólu. Chciał, żebyśmy zawrócili, ale wiedziałem, że muszę wypełnić tę misję. Byłem przekonany, że jeśli tego dokonam, mój rząd pozwoli mi wrócić do kraju. Jeślibym nie zdołał jej wypełnić, umarłbym w ciągu kilku kolejnych dni. To nie ulegało żadnej wątpliwości.

Oczy zasnuła mu mgła, a ich błękit zbladł, aż stał się prawie biały, jak gdyby był odbiciem pustki, w którą ambasador nie przestawał się wpatrywać. Zobaczyłam, że jego skóra była zwiotczała, bukłak pozbawiony ciała.

– Jednak po dwóch dniach spędzonych na tej pustyni o przerażających barwach, gdzie złoto skały mieszało się z krwawymi osadami, w świście wiatrowych miechów, które milkły równie brutalnie, jak się odzywały, zrozumiałem prawdę, której dotąd nie dostrzegałem: ten kraj odczuwał do mnie awersję… nie, starał się mnie zelżyć, darzył mnie zapiekłą nienawiścią, jakbym był wirusem, którego chce się pozbyć.

Po dwóch dniach i dwóch nocach dotarli do miejsca, w którym zbierali się nomadzi, do skrzyżowania kilku szlaków. Nikogo tam nie było, lecz dało się dostrzec ślady ich przejścia. Było też, przede wszystkim, to, co pozostało po zwłokach człowieka zmarłego niedaleko, po tym jak słońce, wiatry i sępy wykonały swoją pracę: masa mięsa porozrywanego i ugotowanego, nadjedzonego przez wszystko, co w tym miejscu bezlitosne. A ambasador, kontemplując te nieludzkie szczątki, powziął pewność, że ujrzał siebie samego, takiego jakim był, wydanego na żarłoczność i stającego się łupem drapieżności tego kraju.

Mocą zadziwiającego transferu, jednej z tych halucynacji, które opanowują was, gdy gorączkujecie albo zbyt długo pozostawaliście na słońcu w środku pustyni, ambasador, jak mi powiedział, nabrał wewnętrznego przekonania, że odnalazł własne szczątki. Nie powiedział tego przewodnikowi, lecz niebieska, potargana przez szpony koszula, podziurawiony kapelusz i krzyż zaczepiony o skałę, te ślady życia, zmagań i odmowy, jedne bardziej daremne od innych, był przekonany: to on.

Po tym, jak policjanci i lekarz sądowy pobrali co trzeba, zebrali szczątki zwłok i zapakowali resztki w hermetyczne woreczki, które po zakończeniu śledztwa zostaną wysłane do kraju pochodzenia, ambasador wrócił do siebie. Usiadł na tarasie, wypił kilka szklaneczek whisky pośród gadatliwej wściekłości wieczornych ptaków. Nie widział ani pokojówki zabierającej jego lepkie ubrania, żeby je wyprać, ani służącego, który miał napełniać kryształową szklankę ambasadora, kiedy była pusta.

Nienamacalny i szary, pozwalał teraz czasowi przepływać przez swoją bezczynność i bezużyteczność, co noc sprawdzając wagę. Z najwyższą dokładnością wyliczył, że ma przed sobą dwieście jedenaście dni, aż wreszcie zaniknie i definitywnie dołączy do swoich resztek rozpuszczonych w piasku.

Nie odwołano go do kraju. Podjął bieg swojego życia, usiłując zapełnić je rzeczami błahymi, jak festiwale literackie, które wypełniały mu godziny, lecz nie duszę czy brzuch.

1 Ang.: „Zbyt szczupły… Za bardzo pan chudnie”.