Smocza Pieczęć. Zasłona Zapomnienia. Tom 1 - Joanna Karyś - ebook
NOWOŚĆ

Smocza Pieczęć. Zasłona Zapomnienia. Tom 1 ebook

Karyś Joanna

0,0

Opis

Świat znany z trylogii „Smocze kryształy” nie kończy się na tym, co zostało już odkryte.
Od zawsze istniały granice, których nie dało się przekroczyć – aż do teraz. Księżniczka Calypso postanawia wykorzystać tę szansę i wyrusza na zachód w poszukiwaniu odpowiedzi: co wydarzyło się trzysta lat temu i dlaczego nikt inny nie może opuścić kontynentu?
Na jej drodze pojawiają się nieoczekiwani sojusznicy, którzy wprowadzają ją w nieznany świat. Z każdym kolejnym krokiem Calypso zaczyna rozumieć, że nic nie jest dziełem przypadku, a granice Verros istnieją z konkretnego powodu. Ich przekroczenie wiąże się jednak z konsekwencjami, na które nikt nie był gotowy.
Tymczasem król Lorcan musi zmierzyć się z rzeczywistością, w której władza oznacza coś więcej niż tylko koronę. Odpowiedzialność za królestwo, decyzje wpływające na los innych oraz ciężar przeszłości jego matki nie pozwalają mu na chwilę słabości. Wśród smoków i hybryd próbuje odnaleźć siebie jako władcę, jednak zdrada i poczucie osamotnienia sprawiają, że coraz trudniej mu zaufać komukolwiek – nawet sobie.
 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 350

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Smocza Pieczęć. Zasłona Zapomnienia

Smocza Pieczęć. Zasłona Zapomnienia. Tom 1

Copyright © Joanna Karyś

Copyright © Wydawnictwo Excalibur

Wydanie I, Wrocław 2026

ISBN 978-83-981060-2-3

Redakcja: Patrycja Szura

Korekta: Katarzyna Myszkorowska

Skład i łamanie: Piotr Mańturzyk

Opracowanie graficzne okładki: Joanna Karyś, Piotr Mańturzyk

Ilustracja na okładce i na wyklejce (tył): Martyna Szpil-Augusiewicz KajuArt

Ilustracja na wyklejce (przód): Isabella Karpińska

Szkice w tekście: Isabella Karpińska

Wektory: Anna Piotrowicz

Statek i ster: Creazilla

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla wrażliwych czytelników.

All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

www.joannakarys.pl

fb.com/joannakarys.autorka

instagram.com/joannakarys.autorka

www.wydawnictwoexcalibur.pl

fb.com/wydawnictwoexcalibur

instagram.com/wydawnictwoexcalibur

Rozdział 1 – CALYPSO

Kiedy woda przestała się jej słuchać, była pewna, że umrze.

Nie wydarzyło się to od razu. Początkowo szło jej całkiem dobrze. Nie musiała się mocno wysilać, aby odpowiednio nakierowywać prądy morskie i popychać swoją łódkę w odpowiednią stronę, wszak nie był to statek. Jej łódź była smukła, wręcz przypominała strzałę wbitą w falę, mierzyła niecałe siedem metrów długości i nieco ponad dwa metry szerokości. W chwilach, kiedy słońce dawało o sobie znać, najbardziej doceniała małą kabinę, gdzie mogła się schronić i udać na spoczynek. Gdy wiał odpowiedni wiatr, podciągała żagiel, który dwa razy musiała zszywać – pierwszy raz nie wyszedł jej za dobrze – i udawała się na drzemkę.

Z wytycznych ojca i jego założeń, których do końca nie był pewien, ponieważ pewnego dnia go zamroczyło i stracił rachubę czasu, mogła wstępnie założyć, że sama wyprawa potrwa od trzynastu do osiemnastu dni, biorąc pod uwagę jej zdolności panowania nad wodą. Valtor najpewniej dotarł na Verros po dwudziestu trzech dniach, choć mógł zboczyć z kursu. Domyślała się, że morze mu nie sprzyjało.

Jak się okazało: jej również nie.

Pierwsze dni były wyjątkowo udane: żywioł reagował na jej wolę, wystarczyło nadać mu odpowiedni kierunek. Nocami lubiła spoglądać na migające pod powierzchnią rozbłyski światła; w jednej z książek Nerysa wyczytała kiedyś, że w ten sposób objawiały się oceaniczne duchy. W niektórych pismach twierdzono, że to dusze poległych marynarzy, które wspierały podróżnika w czasie trwania jego wyprawy, aby ten nie skończył tak jak one. W innych podaniach było odwrotnie: to właśnie one przyczyniały się do jego śmierci. Nim się obejrzała, minęło kilka dni. Tajemnicze światła nie wyrządziły jej krzywdy, a wręcz czuła się dzięki nim mniej samotna.

Jednak ósmego dnia wszystko się zmieniło.

W jednej chwili odbierała całe otoczenie, doskonale zdawała sobie sprawę z wody, która ją otaczała, wiedziała, jak omijać najgroźniej wyglądające chmury i gdzie będzie najwięcej deszczu, a w drugiej… to wszystko po prostu… zniknęło, jakby nigdy tam tego nie było. Poczuła się jak dawniej: jak człowiek, który jeszcze nie został teyidregiem wody.

Na moment zabrakło jej oddechu. Ta cisza, ten spokój dookoła…

– Udało mi się – wyszeptała, gdy dotarło do niej, że opuściła wody Verros.

Zaskoczyło ją, że nastąpiło to w tym właśnie momencie, bo otoczenie na to nie wskazywało. Woda nie wzburzyła się, nie pojawiła się burza, a ona nie przekroczyła niczego namacalnego. Po prostu poczuła pustkę… i niepokój.

Spojrzała za siebie, jakby chciała rzucić jeszcze okiem na życie, które za sobą zostawiła. Została odcięta od wszystkiego, co znała. Szafir… Nie odbierała już jego emocji. Nie potrafiła też w żaden sposób wyczuć obecności wody.

A choć wcześniej doświadczyła czegoś podobnego, gdy jej ciało miało kontakt z obsydianem, teraz było to zupełnie inne doświadczenie. Wtedy czuła się tak, jakby ktoś wyrwał Szafira prosto z jej duszy. W obecnej chwili jej kompan został odcięty, ale w inny sposób – bardziej wyciszony, niż wyszarpany. Utrata więzi zarówno ze smokiem, jak i z wodą nie bolały tak bardzo, jak poprzednim razem, ponieważ wiedziała, że to był jej wybór. Sama zadecydowała o tym, że na jakiś czas rezygnuje ze swoich zdolności. Wszak pozostawiła miejsce, w którym żyją smoki i istnieją bogowie. Jak jej moc mogłaby dalej istnieć?

Zostało jej morze. Nie było nic przed nią ani nic za nią. Teraz nie mogła się wycofać. Wierzyła, że gdy powróci na Verros, odzyska Szafira.

Przestały ją też odwiedzać dusze marynarzy. Najwidoczniej byli związani z Verros, a gdy ona przekroczyła niewidzialną granicę, one również zostały po drugiej stronie.

Przez pięć dni cieszyła się dobrym wiatrem, ale później nastała trzydniowa cisza… i susza. Sięgnęła za wiosło i powoli poruszała się do przodu. Ten wysiłek jednak sporo ją kosztował. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz musiała wiosłować, ale nie pozostało jej nic innego. Wiedziała, że bóg Tryggve nie wysłucha jej modlitwy, że jej nie usłyszy.

Racje żywnościowe oszczędzała od samego początku, więc jeszcze nie obawiała się o to, że ich zabraknie – poza tym parę razy udało jej się złowić kilka ryb, które upiekło gorące słońce. Jednak brak wody pitnej sprawił, że usta jej wyschły, a siły zaczęły ją opuszczać. Część deszczówki trzymała w wiaderku, ale po kilkudniowej posusze nic jej nie zostało.

Czuła się tak, jakby morze ją sprawdzało, czy wytrzyma wszelkie niedogodności. Parę razy pojawiły się majaki: widziała Szafira. Wtedy wytężała mięśnie i kierowała w jego stronę swoją łódź. Kiedy tylko do niego dopływała, ten rozwiewał się, jakby był zrodzony z mgły. Za każdym razem jej serce krwawiło tak samo.

Czy na pewno dobrze zrobiłam?

Dni zlewały się w jedno, choć skrupulatnie starała się je liczyć, ryjąc kreski w drewnie.

Gdy poczuła na skórze delikatny powiew wiatru, odetchnęła z ulgą, a z jej prawego oka potoczyła się łza szczęścia. Nawet najmniejsza pomoc była na wagę złota. A gdy w końcu jednego dnia spadł deszcz, odchyliła głowę do tyłu i łapała krople, pamiętała jednak, aby oszczędnie racjonować deszczówkę, która napadała do wiaderka. Napełniła nią bukłak, a resztę zostawiła na później.

Dwudziestego pierwszego dnia wyprawy nastąpiło to, czego najbardziej się obawiała, odkąd straciła moc panowania nad wodą.

Zbliżał się sztorm.

Wpatrywała się w kompas, kiedy doleciał do niej ten charakterystyczny zapach zapowiadający burzę. Poderwała głowę i od razu dostrzegła ciemne, wręcz czarne chmury, które zbliżały się do niej w zastraszającym tempie.

– Już po mnie – wyrwało się jej. Zdała sobie sprawę, że odwykła od mówienia, bo jej głos zabrzmiał obco, był zachrypnięty. A może chodziło o zaciśnięte gardło, którego w tej chwili nie potrafiła rozluźnić?

Wiatr przybierał na sile z sekundy na sekundę, szarpał jej kasztanowe włosy na wszystkie strony. Gdy tym razem pojawiły się pierwsze krople deszczu, nie odczuła radości – te wywołały w niej strach.

Miała wrażenie, jakby samo morze gniewało się, że odważyła się wypłynąć na te wody.

Pieniące fale zaczęły uderzać o kadłub łódki.

– Na Tryggve… – szepnęła i spojrzała w niebo.

Ciężka kropla spadła jej do oka, odruchowo przetarła je dłonią. Gdy odsunęła rękę, ujrzała pierwszą błyskawicę. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka.

– Jak ja mam to przeżyć?

Zaaferowana sztormem, dopiero po chwili zorientowała się, że już całkiem niedaleko… Tak, to był ląd!

Nie miała czasu mu się przyjrzeć, bo groźne fale zaczęły unosić łódkę w górę i dół, ale w jej sercu pojawiła się iskierka nadziei. Mimo że sytuacja wyglądała źle, nie zamierzała się poddawać. Nie teraz, nie kiedy znalazła się już tak blisko.

– Trzymaj kciuki, Sorenie – powiedziała do samej siebie, wspominając mężczyznę. – Uda mi się – zapewniła, mocniej chwytając się burty. – Uda mi się – powtórzyła, aby przekonać nie tylko siebie, ale i bogów.

Obróciła głowę w prawo, ponieważ kątem oka dojrzała coś, co nie pasowało do obecnej scenerii. Gdy skoncentrowała na tym wzrok, zyskała już pewność, że koło jej łódki zaczęła zbierać się mlecznobiała mgła. Nie była to piana, ponieważ owe zjawisko unosiło się nad wodą. Calypso nie wiedziała, czy powinna wierzyć w to, co zobaczyła – może to tylko jej kolejne majaki? Jeśli tak, to miała nadzieję, że nie wyobraziła sobie lądu…

W przestrachu wróciła wzrokiem do upatrzonej lokalizacji i na szczęście ląd jak był, tak dalej tam stał, więc odetchnęła z ulgą. Łódka ponownie uniosła się na dużej fali, a księżniczka jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na drewnie, aby się utrzymać. Nie miała planu, jak przetrwać sztorm. Działała instynktownie. Uznała, że jej szanse na przeżycie wzrastają z każdą chwilą, w której pozostaje w łódce – im dłużej w niej będzie, tym większe prawdopodobieństwo, że jakoś uda jej się dotrzeć do brzegu.

Gdy opadała wraz z łodzią, miała wrażenie, jakby żołądek podszedł jej do gardła – to uczucie trwało raptem chwilę, ale mimowolnie wywołało w niej strach. Nie mogła jednak stracić szansy i kiedy uznała, że może się puścić, chwyciła za kompas i schowała go do sakiewki. Do kieszonki włożyła list od ojca, który w ostatnich dniach przeczytała tak wiele razy. Sprawdziła także, czy jej sztylet jest dobrze przymocowany pod materiałem nad kostką. Włosy stale wchodziły jej do oczu. Starała się je odgarniać, ale wiatr bardzo szybko znów się nimi bawił. A choć myślała, że to niemożliwe, odniosła wrażenie, że z chwili na chwilę wiało coraz mocniej.

Kiedy już ponownie miała się czegoś chwycić, spojrzała w prawą stronę. Dostrzegła to, co wyłoniło się z mlecznobiałej mgły. Nieświadomie zamarła na ułamek sekundy, co jednak poskutkowało tym, że nie zdążyła złapać się burty, kiedy kolejny raz jej łódka została wybita w górę. Z gardła Calypso wydobył się krótki krzyk, gdy wyrzuciło ją w powietrze. Zanim zaczęła opadać, poczuła się tak, jakby na chwilę po prostu tam zawisła. Bogowie jednak nie wrzucili jej do wody – udało jej się upaść na deski łódki. Stękając, tym razem natychmiast chwyciła się burty. Podciągnęła się, aby znowu spojrzeć na wyjątkową mgłę.

Wciąż tam była. Przemieszczała się razem z łodzią już nie jako niezidentyfikowany twór. Co więcej, wyglądała, jakby ten sztorm nie robił na niej wrażenia, jakby nawet jej nie dotykał.

– Czym jesteś?! – krzyknęła Calypso, ale zjawa o zwierzęcej postaci nie zareagowała. Równie dobrze mogła jej nie usłyszeć, ponieważ wszechobecny wiatr i szum fal ją zagłuszał.

Niebo zostało rozerwane przez dwie błyskawice jedna po drugiej, lecz biała foka wciąż niewzruszenie wpatrywała się w księżniczkę.

Calypso udało się przetrwać jeszcze dwie fale, ale przy trzeciej jej łódka została rozbita na pół, a ona wpadła do ciemnego morza. W porę udało jej się nabrać powietrza, ale siła, z którą wylądowała w zimnej wodzie, sprawiła, że mimowolnie nieco go wypuściła.

Pustka. Tak brzmiała jej pierwsza myśl, gdy znalazła się w objęciach żywiołu. Przedziwnie było nie czuć jej struktury, prądów i zwierząt żyjących niedaleko. Jak cicho i pusto było dookoła niej, ale przede wszystkim smutno… i samotnie.

Nie mogła tracić ani chwili, dlatego odsunęła od siebie mieszane uczucia i skupiła się na przeżyciu. Od razu postarała się wypłynąć. Okazało się to łatwiejsze, niż zakładała, ale wydostanie się spod tafli było tylko pierwszym etapem. Teraz musiała jeszcze się na niej utrzymać.

Z jej gardła wyrwał się krótki krzyk, gdy część jej dawnej łódki sunęła prosto w jej stronę. Zanurzyła głowę i tylko dlatego uchroniła się przed uderzeniem.

Kiedy wynurzyła się kolejny raz, postarała się rozeznać w otoczeniu. Ląd naprawdę nie znajdował się daleko, ale w jej obecnej sytuacji nie zakładała, że zdołałaby tam dopłynąć. Zaczęła się rozglądać za nieco większym kawałkiem swojej łodzi, ale wtedy nadeszła kolejna fala, która zabrała ją ze sobą. Mokre ubrania przylepiły się do skóry, ale i tak była sobie wdzięczna za to, że włożyła swoje specjalne odzienie, które lepiej radziło sobie w wodzie i przede wszystkim nie ograniczało jej ruchów.

Gdzieś błysnęła kolejna błyskawica, a księżniczka usłyszała również przebijający się przez szum morza dźwięk grzmotu. Burza trwała w najlepsze, a ona była w coraz gorszej sytuacji. Adrenalina wciąż dawała o sobie znać, ale Calypso miała świadomość, że niedługo siły zaczną ją opuszczać.

Gdy fala schodziła w dół i się spłycała, księżniczka starała się wykorzystywać sytuację i płynąć razem z prądem. Wtedy jednak, gdy pochwaliła samą siebie w myślach, obróciła głowę i… zdążyła tylko dostrzec kolejny fragment łodzi – fragment, który miał posłużyć jej za tratwę – zanim oberwała nim w głowę.

Zamroczyło ją i momentalnie pochłonęła ją ciemna otchłań.

Rozdział 2 – CALYPSO

Gdy się ocknęła, zaczęła intensywnie wypluwać z siebie wodę. Płuca paliły ją żywym ogniem. Z gardłem też nie było lepiej. Kiedy uznała, że pozbyła się większości płynów, opadła na piasek.

Zaraz…

Poderwała się do pozycji siedzącej.

– Jestem na lądzie? – wychrypiała, spoglądając na dłonie częściowo pokryte mokrym piaskiem. – Ale jak? – Dotknęła głowy i skrzywiła się, czując ból w miejscu, w którym oberwała kawałkiem drewna. – Przecież ja…

Uniosła wzrok i spotkała się ze ślepiami białej foki. Wciąż była uformowana z mlecznobiałej mgły, ale Calypso czuła, że stworzenie przygląda się jej z zainteresowaniem.

– Ty mi pomogłaś, prawda? – zapytała, wciąż nieco chrypiąc. – Dziękuję.

Foka obróciła łebkiem w lewo, a potem w prawo, po czym jej kształt zaczął się rozwiewać.

– Zaczekaj! – krzyknęła Calypso, ale nic to nie dało. Minęło kilka sekund, a po stworzeniu nie pozostał nawet najmniejszy ślad. A jednak księżniczka miała pewność, że to właśnie dzięki białej foce jeszcze żyje.

Kolejny punkt do mojej listy… Muszę dowiedzieć się, czym ona była. Duchem? Zjawą? Potworem? Tylko jeśli była potworem, to dlaczego mi pomogła?

Powędrowała wzrokiem dalej, aż ujrzała rozszalałe morze. Burza wciąż trwała, choć oddalała się z każdą chwilą. Specyficzny zapach – jednocześnie orzeźwiający i lekki – unosił się w powietrzu, a ona mogła obserwować rozświetlone przez błyskawice ciemnoszare chmury.

Zmusiła się do wstania. Nie było to najłatwiejsze, bo jej obolałe ciało pragnęło, aby położyła się i odpoczęła, ale Calypso miała świadomość, że to nie skończyłoby się dla niej dobrze: mogła wychłodzić organizm, a nawet się utopić, jeśli przybędzie wody. Nie mówiąc o zagrożeniach, jakie mogły tutaj na nią czyhać.

Zaczęła dygotać z zimna. Gdyby dalej posługiwała się swoimi zdolnościami, zmusiłaby każdą kroplę do oderwania się od jej odzienia i cieszyłaby się teraz suchym materiałem. Tymczasem musiała radzić sobie w inny sposób.

– Ognisko… – mruknęła i spojrzała na drzewa.

Najpierw dostrzegła palmę, ale później ujrzała wiele innych drzew podobnych do tych, które widywała w Mehyr. Oznaczało to, że przynajmniej częścią owoców nie będzie musiała się martwić przed spożyciem. Gorzej zapowiadało się rozpalenie ogniska. Nie znała tego terenu, nie wiedziała, kto go zamieszkiwał – ludzie, bestie? Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że istnieje szansa, iż nie będzie mogła się porozumieć z obcym narodem… Chociaż nie, jej ojciec jakoś porozumiał się z matką, więc…

Och, jakie to wszystko jest zagmatwane!

Skoro oba kontynenty znały swój język, to cała historia z wodami Verros niewypuszczającymi tych, którzy znaleźli się po tamtej stronie, robiła się coraz bardziej podejrzana. Tak, byli to osadnicy z zachodu, ale jakie istniało prawdopodobieństwo, że ich wspólna mowa po tylu latach pozostanie taka sama? Każdy kraj miał własny język, choć obowiązywało też porozumiewanie się wspólnym – to właśnie dlatego wyższe sfery i królowie nigdy nie mieli problemu z komunikacją.

– Powiedzmy – mruknęła Calypso do swoich myśli. – Och, tak bardzo chciałabym porozmawiać z kimś innym niż samą sobą. Zaczynam wariować…

Darowała sobie ognisko, ostatecznie nie chcąc się narażać. Powoli wychodziło słońce, które przyjemnie ogrzewało jej ramiona. Postanowiła, że najpierw obejdzie chociaż kawałek terenu.

Przeszła przez małą plażę, minęła palmę – tę, którą zobaczyła jako pierwszą – i powoli udała się w zarośla. Odgarniając znacznych rozmiarów liście, przedzierała się w głąb nowego rejonu.

– Dziwne… pachnie zupełnie jak Phorcys…

Jej wzrok natrafił na drzewo, które znała ze swojej rodzinnej ziemi.

Mango. Ślina wręcz napłynęła jej do ust na wspomnienie smaku tego owocu.

Wciąż zachowując czujność i rozglądając się dookoła, Calypso zbliżyła się do drzewa. U jego podnóża dostrzegła nadgryzione oraz rozgniecione resztki owoców, co w jej mniemaniu świadczyło o zwierzynie, jaka zamieszkiwała te tereny. Dzięki temu wywnioskowała, że tutejsze mango również nie jest trujące, a następnie kucnęła i zaczęła poszukiwać całego dla siebie, ale nadaremno.

Kiedy zaś spojrzała w górę, ujrzała piękny owoc. Rósł jednak za wysoko jak dla niej. Rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby jej zrzucić mango. Znalazła gałązkę, ale ta okazała się za krótka. Nie dała się ponieść frustracji, która zaczęła ją ogarniać. Wzięła głęboki oddech, po czym poszukała czegoś dłuższego. Ze świadomością, że teraz powinno jej się udać, wróciła do drzewa. Na szczęście dla niej nie należało do tak wysokich, jakie miała okazje widzieć.

Kiedy ponownie miała spojrzeć na upatrzony owoc, coś przeleciało przed jej oczami i wydało charakterystyczny dźwięk „łup”. Spojrzała na ziemię, a tam zauważyła toczące się mango.

– Co jest…

Gdy wróciła wzrokiem na gałąź, dostrzegła złocisto-brązowe futerko i dwa ciemne paciorki wpatrujące się w nią.

– Och! – rzuciła, cofając się o krok.

Nigdy wcześniej nie spotkała takiego stworzenia.

Zwierzę wydało z siebie krótki pisk, po czym pobiegło po gałęzi aż do pnia i zeskoczyło na ziemię. Zanim Calypso zdążyła zareagować, zwierzak już trzymał łapki na mango. Po raz kolejny wydał z siebie ni to syk, ni to parsknięcie, a ułamek sekundy później zaczął pałaszować zdobycz swoimi małymi ząbkami.

Calypso dla pewności zrobiła jeszcze trzy kroki do tyłu i bezwiednie westchnęła. W dłoni wciąż trzymała gałązkę – teraz licząc na to, że w razie potrzeby odgoni nią zwierzę. Kiedy to uniosło pyszczek, z którego ciekł sok, Calypso wyraźnie zaburczało w brzuchu. Stworzenie, mieląc pyszczkiem, nastroszyło uszy, po czym zerwało się do biegu i zniknęło w zaroślach.

– To już wiem, dlaczego tyle owoców leży na ziemi…

Wzięła jednak przykład z nowo poznanego zwierzęcia i spróbowała wspiąć się na drzewo. Jakiś czas tego nie robiła, bo zwykle wysługiwała się swoimi zdolnościami – potrafiła stworzyć taki strumień, który ułatwiał jej ściąganie owoców. Poczuła dziwne ukłucie w sercu na myśl o tym, jak wiele zależało od jej mocy. Kim była teraz?

Wdrapała się na najbliższą gałąź i sięgnęła po nieco bardziej ukryty owoc. Gdy ten znalazł się w jej dłoni, na chwilę zapomniała o swoich zmartwieniach. Westchnęła cicho i przytuliła mango do klatki piersiowej. Ostrożnie zeszła z drzewa, po czym sięgnęła po sztylet, aby odciąć skórkę. Ta jednak wręcz sama odchodziła, bo Calypso trafiła na wyjątkowo dojrzały owoc, więc zrezygnowała z pomocy narzędzia i zabrała się za jej zrywanie. Z satysfakcją zatopiła zęby w miękkim miąższu.

Bez wątpienia było to najlepsze mango, jakie jadła w życiu. I takie, którym najbardziej się ubrudziła. Było pełne słodkiego soku, który teraz skapywał z jej brody. Sprawiło jej jednak taką radość, że jakoś szczególnie się tym nie przejęła.

Gdy skończyła jeść, postanowiła zaopatrzyć się w prowiant na drogę. Nie wiedziała, kiedy powtórzy się jej taka okazja. Jeszcze raz wdrapała się na drzewo i zerwała trzy kolejne owoce, ale tym razem nieco mniej dojrzałe. Przewiązała chustę przez ramię, aby w ten sposób zrobić specjalne miejsce w formie koszyka, i tam ukryła mango.

– Czas wracać na słońce.

Następną część drogi starała się pokonywać w miarę osłonecznionymi miejscami, aby jej ubrania mogły wyschnąć przed nastaniem nocy, ale też trzymała się blisko drzew lub krzewów, aby w razie potrzeby móc się bezpiecznie schować. Znalazła także strumień, w którym mogła obmyć się z lepiących pozostałości po mango.

Nie była pewna, jak wiele drogi pokonała, ale wszędzie widziała dokładnie to samo: drzewa, krzewy i okoliczne zwierzęta. Rozpoznała dziki oraz papugi, a nawet wydawało jej się, że słyszała małpę, ale tej nie udało jej się zlokalizować. Omijała tereny, w których mogła wejść w interakcję z jakimikolwiek stworzeniami, co wiązało się czasami z dodatkowym obejściem terenu. Zaczęło ją jednak martwić to, że być może znalazła się na jakiejś malutkiej wyspie, podobnej do tych, które otaczały Phorcys. Nie natrafiła na żadną osadę, a nawet na żadne oznaki tego, żeby to miejsce zamieszkiwali ludzie.

Zbliżała się noc, dlatego księżniczka intensywnie zaczęła poszukiwać kryjówki, w której mogłaby się na ten czas skryć. Myślała o zwierzętach, stąd raczej wykluczała ziemię – konfrontacja z dzikiem mogłaby się źle skończyć, biorąc pod uwagę, że byłaby pogrążona we śnie. Dlatego zdecydowała się na drzewo. Niezbyt wysokie, ale za to o bardzo szerokich gałęziach. Wejście na nie pochłonęło więcej czasu oraz kosztowało złamanie dwóch paznokci, lecz dotarcie i ponowne skosztowanie jednego z owoców, które jej pozostały – tym razem miała na uwadze, aby zrobić to powoli, odcinała sztyletem kawałek po kawałku, by nie pokryć się słodkim sokiem – wynagrodziło tę trudność. Ponieważ jedno mango zjadła w czasie drogi, zostało jej ostatnie, które teraz ułożyła na sobie, a chustę – z trudem, ale na wszelki wypadek – obwiązała dookoła gałęzi, aby się unieruchomić. Zaczęła wsłuchiwać się w odgłosy leśnych stworzeń, ale zanim się obejrzała, zasnęła.

Obudziło ją łaskotanie na twarzy. Przetarła ręką buzię, otworzyła oczy i krótko krzyknęła. Podziękowała sobie w duchu, że jednak przywiązała się do drzewa, bo w innym wypadku istniało wysokie prawdopodobieństwo, że właśnie by spadła.

Zwierzak o złoto-brązowym futerku wąchał ją po twarzy i tym właśnie obudził, a kiedy się ruszyła, uciekł za jej nogi. Wciąż niuchał nosem.

Calypso spojrzała w dół – odruchowo zacisnęła w dłoni ostatnie mango.

– To ty zabrałeś to, które sobie upatrzyłam, prawda? – zapytała zwierzątko, na co to wyprostowało się nieco i dalej jej się przyglądało. Przypominało jej lisa, miało podobny rodzaj futra i zbliżoną długość pyszczka, ale było inaczej zbudowane.

Sięgnęła po sztylet i odkroiła kawałek owocu.

– Nie dostaniesz całego, bo swojego nawet nie dojadłeś – odparła, po czym głową wskazała fragment mango trzymany w dłoni. – Dam ci to, ale masz mnie nie atakować – poleciła, choć wiedziała, że zwierzę jej nie rozumie. Łudziła się jednak, że wyczuje jej intencję.

Odwiązała chustę i podkurczyła nogi, po czym tam, gdzie chwilę wcześniej znajdowały się jej łydki, położyła odcięty kawałek owocu. Zwierzę przysunęło pyszczek.

– Śmiało – dodała z uśmiechem Calypso. – To dla ciebie.

Stworzenie jakby jednak zrozumiało, bo zbliżyło się kilka kroków i zaczęło konsumować smakołyk. Księżniczka również zaczęła spożywać swoją porcję, jednocześnie obserwując zwierzę i delikatnie rozglądając się dookoła. Był wczesny ranek, słońce jeszcze nie wzeszło wysoko, ale Calypso nie mogła pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek. Musiała trafić do jakiejś osady.

Zwierzę przysunęło się bliżej i wciąż niuchało nosem. Calypso pokręciła głową do samej siebie, po czym ostatni kawałek oddała stworzeniu, a sama obgryzła podłużną pestkę.

– Nie wiesz przypadkiem, gdzie są jacyś inni ludzie, co? – mruknęła. – Przydałaby mi się pomoc.

Jej złoto-brązowy towarzysz oblizał pyszczek, przeszedł obok niej i zeskoczył z drzewa.

– Tak właśnie myślałam… – odparła, ale zaraz zmarszczyła brwi. – Ty na mnie czekasz? – zapytała, nie wierząc własnym oczom. Stworzenie przysiadło przy drzewie i naprawdę wyglądało tak, jakby chciało, aby Calypso również zeszła na ziemię.

Nie mając nic do stracenia, oczyściła twarz i dłonie końcówką chusty, po czym chwyciła materiał i obwiązała go wokół pasa, a potem zsunęła się po pniu na dół.

– Idę, idę! – zawołała za stworzeniem, które ruszyło naprzód, ale wciąż oglądało się za siebie.

Udali się w stronę, w którą wczoraj i ona się kierowała. Szybko okazało się, że niewiele jej zabrakło, aby spotkać jakichś ludzi. Zaskoczyło ją, że ubiegłej nocy ich nie słyszała, bo tak bardzo teraz hałasowali, ale widocznie była już tak zmęczona, że niektóre bodźce do niej nie docierały.

Zwierzę zatrzymało się w krzakach, więc i ona tam przycupnęła. Odsunęła szeroki liść i jej oczom ukazał się statek, ale…

– Na bogów… trafiłam na wyspę piratów – szepnęła.

Rozdział 3 – LORCAN

Promienie słoneczne wpadały przez wielkie okna prosto na tron znajdujący się w sali. Kamienie szlachetne umieszczone w ramie mieniły się, podobnie jak jego metalowe elementy. Drewniany fragment oparcia pomalowany na czerwono zdawał się płynny, podobnie jak magma, która krążyła w ciele króla Lorcana.

Zajął swoje miejsce i przejechał dłońmi po czarnych, nagrzanych przez słońce miękkich podłokietnikach. Rozkoszował się ciepłem w tym zimnym miejscu.

– Wiecie, co jest najlepsze w byciu połączonym z magmowym smokiem w lodowym królestwie?

Zgromadzeni przed tronem ludzie zaczęli się rozglądać, poszukując kogokolwiek, kto mógłby znać odpowiedź na pytanie króla. Po sali poniósł się szmer zdenerwowanych i zdezorientowanych poddanych, jednak nikt mu nie odpowiedział.

– Ja też nie, dlatego liczyłem na wasze odpowiedzi – rzucił i zaraz spostrzegł, że osoby stojące najbliżej wykazywały się największym zdenerwowaniem. Westchnął teatralnie. – Dobrze, co się stało? – dopytał, a gdy niektórzy tylko się cofnęli, przewrócił oczami. – Na bogów…

Wtedy mężczyzna w białym płaszczu i ciemnych spodniach wysunął się do przodu, choć niepewnie oglądał się za siebie. Lorcan spostrzegł, jak kilku towarzyszy mieszczanina starało się zachęcić go do rozmowy z nim.

Zaintrygowało go to zachowanie. Wszak nie traktował swoich poddanych tak jak Elatha. Nie ścinał im głów, nie przebijał sztyletem, nie zsyłał na północ Tardesy, aby tam zamarzli. Nawet więzienie świeciło pustkami… no poza kilkoma celami, ale tam ostali się głównie współpracownicy jego matki. Nie przypominał sobie, żeby kogoś zwolnił, a na pewno parę osób zatrudnił. Ba! Nawet nikogo nie potraktował magmą, a niektórzy naprawdę wystawiali jego cierpliwość na próbę. No dobra, prawie nikogo… Sytuacja była jednak wyjątkowa. Aczkolwiek jedzenia nikomu nie brakowało, a przynajmniej on o tym nie słyszał, więc doprawdy nie umiał znaleźć powodu, dla którego mogliby się bać jego reakcji…

– Królu Lorcanie… – zaczął niepewnie mężczyzna. Odchrząknął. – Dotarły do nas wieści… – Rozejrzał się, ale jego kompani wciąż jedynie zachęcali go do kontynuowania. – Podobno… Podobno smok jaśnie króla… zjadł w tym tygodniu lorda Voldirusa i lorda Celinera…

A, to o to im chodziło.

To faktycznie mógł być powód ich zachowania.

Lorcan oparł rękę na brodzie i posłał mężczyźnie zaintrygowane spojrzenie.

– Doprawdy? – rzucił, po czym rozejrzał się po zgromadzonych.

Boją się mnie.

– Niestety… – Mężczyzna trząsł się coraz bardziej, a pot z jego twarzy wręcz kapał na posadzkę. – Niestety to już piąty taki przypadek…

Czy boją się mnie, bo mój magmowy smok pożera ludzi, czy dlatego, że jestem synem Elathy?

Nie zamierzał pastwić się nad tym człowiekiem. Ten mu przecież nic nie zrobił.

– Pomówię z nim – obiecał. – Jeśli to prawda, postaram się go poprosić o zmianę zachowania.

Mężczyzna padł na kolana przed Lorcanem.

– Błagam, panie, królu mój, nie zabijaj mnie za przyniesienie tych wieści… – Zaczął płakać. – Mam żonę… trzech synów i dwie córki…

– Trzech synów i dwie córki? – zdziwił się Lorcan. – Nie jesteś w moim wieku?

– Mam dwadzieścia dwa lata, panie… – Wciąż chlipał. – Całe życie przede mną! Ale padło na mnie, złą zapałkę wylosowałem…

– Trzech synów i dwie córki… – mruknął władca. – Kiedy ty zdążyłeś ich tyle napłodzić?

Mieszczanin pociągnął nosem.

– Dwoje dzieci mam z kochankami…

Lorcan pokiwał głową.

– To by sporo wyjaśniało. Wracając do tematu… – Oparł się wygodnie, nieco zmieniając pozycję. – Czy jeszcze jakieś smoki wykazują się… odmiennymi preferencjami żywieniowymi?

Przecież nie powiem, że nie wykazują się subordynacją, nie zamierzam ich obrażać.

Mężczyzna, wciąż klęcząc na ziemi, pociągnął nosem, otarł twarz rękawem i pokiwał głową.

– Trzy hybrydy i parę okolicznych wietrznych smoków, Wasza Wysokość – potwierdził już spokojniej. – Głównie napadają na podróżnych, ale tutejsze hybrydy zjadły sześciu strażników…

– Rozumiem. – Lorcan westchnął głośno. – Zobaczę, co da się z tym zrobić. Możesz odejść.

Mężczyzna w pierwszej chwili znów wybuchł płaczem, ale po chwili dotarło do niego, co rozkazał władca.

– Panie? – zapytał niepewnie.

– Nie testuj mojej cierpliwości. No już, uciekaj. – Delikatnie machnął ręką, dając w ten sposób znak, aby zniknął mu z oczu.

Pierwszy raz widział kogoś, kto tak szybko się podnosi i znika z sali tronowej.

Kto by pomyślał, że kiedy jest się królem, trzeba zadawać się z dużymi dziećmi…

– Ktoś jeszcze ma do mnie jakąś sprawę? – zapytał, rozglądając się.

W pomieszczeniu było z dwadzieścia, może trzydzieści osób. Gdy poddani zorientowali się, że Lorcan wcale nie zamierzał zrobić im krzywdy, połowa z nich podniosła ręce, aby przedstawić mu swoje problemy, spory do rozwiązania lub podzielić się z nim innymi, mało ważnymi informacjami.

Po czterech godzinach wyszedł z sali przez jedną z tylnych bram i skierował się do wyjścia. Postanowił udać się do tej części terenu przynależącego do pałacu, gdzie znajdowały się dobudowane boksy dla smoków. Większość rozmów, które miały miejsce w sali tronowej, już zdążyła wylecieć mu z pamięci, na szczęście jeden z kronikarzy zapisywał wszystkie ważniejsze sprawy, więc w razie potrzeby Lorcan mógł go przywołać i dowiedzieć się od niego, na co się zgodził albo na co się nie zgodził w czasie takiego spotkania.

– Te audiencje są takie… wynudzające – mruknął, otwierając drzwi.

Niespodziewanie wróciły do niego słowa Arysy: „Zmieniłeś się. Masz szansę stać się dobrym władcą”. Uśmiechnął się gorzko do swoich myśli.

Może i się zmieniłem, ale poddani w Tardesie pamiętają strach i teraz przypisują go mnie. Zresztą, ostatnio sam o to zadbałem, choć dawniej nie miałem tego w planach.

Wybudowane przed paroma miesiącami schronienie dla smoków tętniło życiem. Część boksów była naświetlana, inna wręcz przeciwnie. Niektóre porastała gęsta roślinność, z kolei w innych przeważał kamień lub lód. Parę smoków potrzebowało także wody do leżenia, a stworzenie małego bajorka, które nie zamarznie w Tardesie, nie było takie proste, nawet z pomocą Calypso, która do perfekcji doprowadziła swoje umiejętności panowania nad wodą – nie wspominając o jej nowych zdolnościach, które wciąż rozwijała i które pozostawały dla nich zagadką. Ostatecznie okazało się, że co jakiś czas i tak musieli ściągać lód z tych małych oczek wodnych, najlepiej je rozmrażając – z tego powodu nawet jemu parę razy zdarzyło się zaangażować.

Choć dwie trzecie gromady stworzonej przez Elathę można było umieścić w istniejących już pomieszczeniach, tak z czasem Lorcan zdecydował się na przeniesienie wszystkich stworzeń właśnie tutaj, aby nie rozdzielać grupy. Nie zapamiętywał ich imion, bo gdy tego potrzebował, czytał je z kartek umieszczonych przed boksami – na każdej znajdowało się imię napisane odręcznie przez jego siostrę.

Znowu się skrzywił, przywołując w myślach jej twarz, ale po chwili otrząsnął się ze wspomnień i udał w stronę pierwszego smoka, którego chciał odwiedzić. Co prawda nie był hybrydą, ale przeniesienie nieco dalej od pałacu przyjął z wielką ulgą i wdzięcznością.

Limpido leżał brzuchem do góry i pozwalał skakać po sobie większości swoich dzieci. Był niezwykle opiekuńczy w stosunku do nich, praktycznie nikomu nie pozwalał się zbliżać, ale z jakiegoś powodu to właśnie Lorcanowi zaufał, dlatego ten teraz wszedł do środka. Król wiedział, że Limpido to zarejestrował, bo wyraźnie się spiął, ale zaraz się rozluźnił. Pewnie poczuł jego zapach.

– I jak tam dzisiaj mają się nasze maluchy? – zapytał mężczyzna wesoło, biorąc jednego do ręki. Lodowe, kanciaste ciało śnieżnobiałego smoka nieco wbijało się w jego dłonie, ale nie zwracał na to uwagi.

W odpowiedzi mały biały smok zatopił zęby w rękawie jego jasnego płaszcza i zaczął szarpać, ale nie robił tego agresywnie, wyraźnie chciał się bawić. Lorcan pozwolił mu na to, jednocześnie dalej przechadzając się po boksie. Limpido dostał ogromną przestrzeń, ale tutaj tak naprawdę nie musieli się za wiele trudzić, jedynie zapewnili mu dach nad głową, wszak śnieg był dla niego jak najbardziej wskazany, a jego mieli pod dostatkiem.

Obecnie z jajek wykluło się szesnaście małych smoków, ale części nie śpieszyło się na ten świat – a przynajmniej nic na to nie wskazywało. Limpido uważnie doglądał pozostałych jaj. To właśnie w tym boksie doszło do skonsumowania jednego ze strażników – stało się to wtedy, gdy ten próbował ukraść jajo. Były smok królowej Elathy nie miał w tej kwestii litości, a Lorcan mu się nie dziwił. Poza tym kategorycznie zabronił takich aktów, więc strażnik sam sobie zgotował ten los. Królowi nie było go szkoda.

Jednak stale rozmyślał nad tym, jak przekonać Limpido do rozłąki z dziećmi, gdy nadejdzie ich pora na osobne boksy. Zauważył, że wzrost tych smoków postępował bardzo, ale to bardzo powoli, więc tak naprawdę było to zmartwienie przyszłego Lorcana, nie tego obecnego. Zastanawiał się, czy wtedy Limpido odleci, czy jednak będzie czekał, aż pozostałe dzieci się wyklują.

Odstawił smoczątko, ale to zaraz wspięło się po jego nogawce i na powrót wskoczyło mu w ramiona z taką siłą, że aż cofnął się o krok, aby złapać równowagę. Lorcan mimowolnie się zaśmiał. Przywołał służącego, aby ten rzucił mu kawałek wędzonej owcy, która to była przysmakiem maluchów. Nie przemyślał tego jednak, bo gdy tylko znalazł się w jego posiadaniu, momentalnie obsiadło go jeszcze pięć innych smoków, a po chwili leżał w śniegu, przygnieciony przez całą szesnastkę. W górze pozostała tylko jego ręka, którą dał znać służącemu, aby ten wysypał resztę przysmaków, najlepiej gdzieś niedaleko wejścia. Poskutkowało i król po chwili mógł już swobodnie oddychać.

– Nie wiem, jak ty dajesz sobie z nimi radę – rzucił żartobliwie, na co Limpido przewrócił się na brzuch i zapatrzył na swoje dzieci. Wyglądał na szczęśliwego.

Pochłonięte bitwą o wędzone kawałki mięsa smoki nie zauważyły, jak opuszczał pomieszczenie.

Igno miał kilka swoich boksów. Jeden z nich znajdował się niedaleko komnaty Lorcana, aby smok mógł przylecieć w każdej chwili. Choć władca próbował przenieść się do królewskiej części pałacu, nie wytrzymał nawet dnia w komnacie Elathy. Wszędzie ją widział, wszędzie czuł jej zapach, który z jakiegoś powodu kojarzył mu się z krwią. Dlatego też pozostał w swojej komnacie, a to oznaczało, że nie mógł liczyć na towarzystwo Igno. Choć korytarze w pałacu były na tyle szerokie, że Pyrok Arysy oraz smok Margot potrafiły się tamtędy przemieszczać, podobnie jak reszta hybryd, która żyła w podziemiach, tak już Igno był nieco większy i nieszczególnie dobrze czuł się w tak ciasnej przestrzeni. Pewnego razu zburzył nawet połowę ściany, kiedy nie mógł się przecisnąć. Od tamtej pory doszli do wniosku, że Igno będzie miał swoje miejsce na zewnątrz. W razie potrzeby mógł także wlecieć do sali tronowej przez okno, stanowiące również wejście dla ogromnego Limpido. Było to najwyższe pomieszczenie w tej części pałacu, które służyło do właśnie takich okazji. Parę razy Lorcan skorzystał z tej opcji. Za każdym razem wywoływał takie samo poruszenie – wciąż zapominał, że magmowy smok wzbudzał wśród poddanych żyjących w stolicy Tardesy ogromne emocje.

Kiedy przemierzał korytarze, wyczuł, że Igno kręcił się koło smoczycy, która miała w sobie zarówno kryształ ognistego smoka, jak i kamiennego. Lorcan nie miał pojęcia, czy smoki mogły łączyć się między różnymi odłamami, a tym bardziej nie orientował się w kwestii hybryd, ale jak widać Igno próbował się o tym przekonać. Skakał obok niej i prężył się, a nawet co jakiś czas podpalał jakiś kamień, aby sprawdzić jej reakcję. Lorcan szybko wychwycił, że to była jedna z tych nieśmiałych istot. Zaloty magmowego smoka ją krępowały.

– Musimy coś omówić – wtrącił, zanim Igno podpalił ścianę, chcąc zwrócić na siebie uwagę smoczycy. – Potem tu wrócisz.

Igno parsknął, przez co z jego nosa wydobyła się para, ale musiał wyczuć, że sprawa była pilna, bo ostatecznie rzucił jeszcze raz okiem na obiekt swoich westchnień, po czym podążył za królem.

Dotarli do boksu Igno, a wtedy ten zabrał się za pałaszowanie pozostawionej dla niego baraniny. On jako jedyny tak naprawdę nie miał drzwi do swojej przestrzeni, ponieważ jako smok powiązany z królem nie mógł być w żaden sposób zamknięty i musiał się swobodnie poruszać po całym terenie przynależącym do pałacu. Z kolei hybrydy miały pewnego rodzaju przegrody, jednak żadnych łańcuchów czy więzów. Początkowo – gdy udało im się odzyskać wolność – broniły się nawet przed tego typu barierami, ale to jeszcze Calypso i Szafir wyjaśnili im, że tak naprawdę chodziło o ich dobro.

Smoki opuszczały swoje boksy o poszczególnych godzinach, pod nadzorem wyznaczonych do tego typu zadań służących, a także strażników. Jeżeli grupa była większa, wtedy zazwyczaj wybierano kogoś połączonego ze smokiem wietrznym lub stalowym – tych teyidregów było w Tardesie najwięcej i dobrze sprawdzali się na tym terenie – choć nie chodziło tu o bezpieczeństwo ludzi, którzy mogliby natrafić na takie gromady, a o hybrydy i ich ochronę.

Lorcan poczekał, aż Igno skończy jeść.

– Wiem, że rozprawiłeś się z tamtymi zdrajcami zgodnie z planem. A pamiętasz jeszcze o tych dwóch, którzy próbowali zabić smoki w zeszłym tygodniu? Jeden był chyba na M, a drugi na O…

Smok potwierdził skinieniem pyska.

– Dobrze, że chociaż ty wiesz, jak oni wyglądają, ale zjedz ich dopiero za miesiąc – rzucił Lorcan.

Igno potrząsnął głową. Wyglądał na rozzłoszczonego.

– Tak, wiem, że mówiłem, że masz wolną rękę… łapę, ale jesteśmy teraz władcami całego królestwa, musimy wykazać się nieco większą… rozwagą. – Ostatnie słowo ledwo przeszło mu przez gardło. – Co mówisz? – Lorcan skupił się na emocjach, które smok przesłał mu przez łączącą ich więź. – Jak to „teraz” zjeść? Za miesiąc! Jak to nie wiesz, ile to jest miesiąc?! Dobra… niech będzie pięć tygodni. Stoi? Za długo? To jednak wiesz, ile to miesiąc?

Igno nie wyglądał na zadowolonego, ostatecznie nawet odwrócił się do niego tyłem, ale król nie za bardzo się tym przejął i ciągnął dalej:

– Myślisz, że już się zorientowali, że zjadłeś pięciu lordów, którzy wystąpili przeciwko mnie? To nie jest tak, że nie akceptuję zdania innych osób… – Urwał i pokręcił głową do swoich myśli. – Może trochę nie akceptuję zdania innych osób, nie mogę zaprzeczyć, ale tutaj naprawdę nie chodzi o to.

Igno obrócił głowę tak, aby na niego spojrzeć, i znowu się odwrócił. Dopiero teraz Lorcan uznał, że rozmowa była zakończona. Wiedział, że smok potrzebuje przynajmniej z godziny, aby przestać się na niego gniewać, więc się oddalił. Myślami jednak wrócił do sytuacji, która zaprzątała jego myśli.

W tym momencie był to jedyny sposób, aby wyeliminować nie tyle ludzi, którzy chcieli go obalić, co tych, którzy pragnęli śmierci wszystkich hybryd. Nie podjąłby się tak radykalnego kroku, gdyby nie jedna z sytuacji, która miała miejsce dwa miesiące temu.

Tamtej nocy nie mógł zasnąć, więc wybrał się na przechadzkę po pałacu. Był w kuchni, zjadł bułkę z jakąś wędliną, popił piwem, po czym uznał, że odwiedzi Igno, który znajdował się w najbliższej z zagród, dodatkowo ocieplanej. Ten jednak spał w najlepsze i tylko przewrócił się na drugi bok, dlatego Lorcan wybrał się do boksów hybryd.

Nie wiedział, jak najemnicy przekradli się na teren pałacu i do tej części, która znajdowała się najdalej od zabudowań mieszkalnych. Dopiero potem odkrył, że pewien strażnik został odpowiednio przekupiony, lecz… zbyt długo nie nacieszył się swoim złotem. Co zyskaliby ci, którzy się włamali? Lorcan zakładał, że chodziło głównie o pieniądze, a nawet jeśli nie otrzymaliby swojego wynagrodzenia, to mogliby sprzedać kości i skóry smoków Kolekcjonerom.

Wyczuł krew, gdy zbliżył się do drzwi. Dopiero wtedy zauważył, że dookoła było ciemniej, niż powinno, bo zazwyczaj kazał zostawiać tutaj zapalone pochodnie. Światło jednak nie stanowiło problemu, jako że jego magma paliła się żywym kolorem. Uniósł dłoń i przywołał swoją moc, po czym wkroczył do środka. Tam znalazł pierwszego martwego strażnika, a za rogiem jeszcze jednego.

Dotarł na miejsce w chwili, gdy ulubiony smok Delaney został ugodzony włócznią w nogę, lecz zamiast zaryczeć z bólu, zalał atakującego go mężczyznę strumieniem gorącego metalu, który sprawił, że człowiek wręcz się stopił, aby na koniec zamienić się w niezidentyfikowany, błyszczący srebrem kształt. Później dotarło do Lorcana, dlaczego ta czarno-niebieska bestia w ogóle nie zareagowała na swoje obrażenia – wycierpiała znacznie więcej przez Elathę.

A że cała ta sytuacja miała miejsce niedaleko boksu Limpido, wystarczyło, że ten wysunął głowę i po prostu złapał drugiego z mężczyzn, po czym najzwyczajniej w świecie go pożarł. Krew i wnętrzności poleciały na wszystkie strony, nie omijając Lorcana, ale król i losem tego człowieka się nie przejął.

Podszedł do rannego smoka i jednym ruchem wyciągnął włócznię, choć przez myśl mu przeszło, że może niekoniecznie był to dobry pomysł, zwłaszcza że hybrydy tylko w niewielkim stopniu mogły być uleczone przez tutejszych uzdrowicieli – były odporne na magię wodnych teyidregów, tak samo jak Arysa i Pyrok. Okazało się jednak, że z rany smoka nie pociekło za dużo krwi, ponieważ bestia sama zadbała o jej zalepienie za pomocą metalowej powłoki. Mimo wszystko Lorcan później zadbał o to, aby medyk nałożył w tamto miejsce odpowiednią leczniczą mieszankę. Co ciekawe, imię tego smoka, a w zasadzie smoczycy, zapamiętał: Delaney nazwała ją Torra.

Gdy odrzucił włócznię, dotarło do niego, że stali na korytarzu. Wiedział już wcześniej od służących: czarno-niebieski smok często wymykał się ze swojej przestrzeni i patrolował teren, a inne smoki go szanowały. Lecz dopiero w tamtej chwili Lorcan zrozumiał, dlaczego reszta traktowała go jak przywódcę. Zrobił kilka kroków w bok i wysunął dłoń, aby oświetlić sobie dalszą część, a wtedy dostrzegł, że Torra wcale nie walczyła po to, aby ochronić siebie.

Czym prędzej zbliżył się i ukucnął. Przyglądał się trzem pokiereszowanym smokom, które wcześniej mieszkały w jednej przegrodzie. Miały po części zieloną łuskę po leśnym smoku, a po części szare pióra od wietrznej bestii. Były to najładniejsze i najbardziej płochliwe z hybryd. Mężczyźni musieli je jakoś przepędzić, być może nawet nie chcieli ich zabić, a wykraść, ale nie miało to teraz znaczenia. Lorcan spostrzegł, że ten najmniejszy został szczelnie zasłonięty przez pozostałe dwa osobniki. Miał co do tego złe przeczucia, ale powoli wysunął w ich stronę tę dłoń, która nie była zmieniona w magmę. Gdy stworzenia rozpoznały jego zapach, odsunęły się od rannego towarzysza, a wtedy król zacisnął szczękę. Poczuł w klatce piersiowej uczucie, które było mu obce – był to taki rodzaj bólu, który pojawił się nagle i osiadł w jego wnętrzu, nie chciał go opuścić, choć on mimowolnie starał się od niego odciąć. Popatrzył na smoka z lewej strony, a potem z prawej, po czym pokręcił przecząco głową, wiedząc, że dla malca nie było już ratunku. Ból Lorcana przemienił się we wściekłość. Krew w jego żyłach zaczęła się gotować, gdy w odpowiedzi oba smoki zawyły rozpaczliwie, a środkowy cicho zapiszczał. Poczuł, jak bardzo niesprawiedliwe było życie i jak bardzo się na to nie zgadza.

Król pozwolił sobie na jeszcze kilka kroków, aby móc dostać się do stworzenia. Pozostałe nie uciekły, choć się bały, wciąż jednak czuwały przy swoim bracie. Jemu również Lorcan dał powąchać swoją dłoń, po czym delikatnie zaczął gładzić jego długą i smukłą szyję. Po kilku uderzeniach serca stworzenie odeszło, pogrążając pozostałe smoki w głębokim smutku, a Lorcana pozostawiając w zawieszeniu, którego nie chciał czuć.

Dopiero wtedy władca dowiedział się o trzecim najemniku. Skrywał się w opuszczonym boksie. Król dostrzegł jedynie cień, gdy ten zakradł się i zamachnął, aby wbić ostrze w jego plecy. Zanim zdążył się odwrócić i odpowiednio zareagować, czarno-niebieski smok powalił mężczyznę, a sztylet potoczył się gdzieś na bok.

– Ty im to zrobiłeś? – zapytał sucho Lorcan, stając nad nim.

Musiał przyznać, że najemnik był odważny, bo zamiast odpowiedzieć, splunął, choć nie trafił nigdzie konkretnie. Lorcanowi przeszło przez myśl, że warto byłoby utrzymać mężczyznę przy życiu i wydusić z niego, kto go wynajął – żaden szlachcic nie ubrudziłby sobie rąk, więc nie zakładał, że patrzył właśnie na jednego z nich – ale przypomniał sobie cierpienie smoków, które musiały pożegnać swojego towarzysza… Wiedział, że to właśnie hybrydy były celem, a on sam jedynie dodatkiem – najemnik chciał skorzystać z nadarzającej się okazji i pozbyć się niechcianego władcy, być może w ten sposób zgarniając więcej pieniędzy. I doszedł do wniosku, że gdyby chodziło o niego, to by go to nawet nie obeszło – wszak własna matka chciała go zabić, więc taki zamach nie zrobiłby na nim wrażenia. Ale te niewinne stworzenia, one tyle wycierpiały…

Bardzo chciał pozbyć się tego uczucia, które wciąż obciążało jego wnętrze.

– Uznaję to za odpowiedź twierdzącą – odparł, po czym wyciągnął rękę i posłał skoncentrowaną strużkę magmy prosto na niego.