49,90 zł
Knoxville w stanie Tennessee, rok 1915. Jay Follet ginie w wypadku samochodowym, zostawiając żonę Mary i dwoje małych dzieci. W jednej chwili świat młodej rodziny się rozpada, a dom ogarnia cisza, z którą trzeba nauczyć się żyć.
James Agee pisze o dniach następujących po śmierci najbliższej osoby — o bólu, który przychodzi powoli, o próbie odnalezienia sensu w wierze, o dziecięcym zdumieniu wobec tajemnic świata dorosłych i kruchych radościach dzieciństwa, które stają się schronieniem. Myśli i uczucia bohaterów splatają się w subtelną, przejmującą opowieść o miłości, stracie i powolnym oswajaniu z tragedią.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 432
James Agee zmarł nagle 16 maja 1955 roku. Niniejsza powieść, nad którą pracował przez wiele lat, została tu przedstawiona dokładnie w takiej niestandardowej formie, w jakiej ją napisał. Nie wprowadzono zmian; usunięto jedynie kilka fragmentów pierwszego szkicu, które autor później przerobił i rozbudował, oraz jeden fragment liczący około siedmiu stron, którego redaktorzy oryginału nie byli w stanie w odpowiedni sposób wkomponować w treść powieści.
Zakończenie Śmierci w rodzinie powstało jakiś czas przed śmiercią Ageego, zatem jedynym wyzwaniem redakcyjnym było umiejscowienie kilku scen rozgrywających się poza ramami czasowymi głównej fabuły. Ostatecznie zdecydowano się wydrukować je kursywą i umieścić po częściach pierwszej i drugiej. Próba odgadnięcia, gdzie autor mógłby je wstawić, wydawała się zbyt ryzykowna. Takie rozwiązanie pozwoliło również uniknąć konieczności tworzenia przez redaktorów jakichkolwiek fragmentów łączących poszczególne partie tekstu. Dodano jedynie krótki ustęp: „Knoxville: lato 1915”, który pełni funkcję swego rodzaju prologu. Nie był on częścią rękopisu pozostawionego przez Ageego, ale redaktorzy z pewnością nalegaliby, by został on uwzględniony w ostatecznej wersji tekstu.
Nie sposób odgadnąć, ile poprawek lub przeróbek autor mógłby jeszcze wprowadzić; był niestrudzonym, niezwykle skrupulatnym pisarzem. Jednak w opinii redaktorów i wydawcy Śmierć w rodzinie pozostaje niemal doskonałym dziełem. Tytuł, podobnie jak cała książka, pochodzi od Jamesa Ageego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Mówimy teraz o letnich wieczorach w Knoxville w stanie Tennessee, w czasie, gdy tam żyłem, tak świetnie ukrywając się przed samym sobą pod postacią dziecka. Dzielnica była nieco mieszana, głównie niższe warstwy klasy średniej, z kilkoma wyjątkami po jednej i drugiej stronie drabiny społecznej. Domy z tym współgrały: były średniej wielkości, drewniane, zbudowane w późnych latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku i na początku dwudziestego, z odrobiną terenu od frontu i po bokach, z przestronnymi podwórkami na tyłach, drzewami i werandami. Były to drzewa o miękkim drewnie – topole, tulipanowce oraz topole amerykańskie. Pojedyncze domy otoczone były płotami, podwórka zwykle przechodziły jedno w drugie i tylko od czasu do czasu zdarzał się niewysoki, mizerny żywopłot. Niewielu dorosłych się przyjaźniło. Ludzie nie byli tu na tyle ubodzy, żeby wytworzyła się między nimi owa szczególna bliskość łącząca biednych ludzi, niemniej wszyscy kłaniali się sobie i odzywali do siebie zdawkowo, bywało nawet, że zamienili dwa słowa na trywialne tematy, i zazwyczaj tylko najbliżsi sąsiedzi dłużej ze sobą rozmawiali, gdy na siebie wpadali – ale nigdy nie wpadali z wizytą. Mężczyźni w większości prowadzili drobne interesy, jeden czy dwóch zajmowało skromne posady, kilku utrzymywało się z pracy własnych rąk, lwią część stanowili jednak urzędnicy w wieku od trzydziestu do czterdziestu pięciu lat.
Ale przecież to o tamtych wieczorach miałem mówić.
Kolacja była o szóstej i dobiegała końca najdalej o wpół do siódmej. Wciąż było jasno, światło dzienne było miękkie i matowe jak wnętrze muszli. Na rogach, w owym świetle, paliły się już lampy; odzywały się cykady, zjawiały się świetliki, kilka żab skakało po wypełnionej rosą trawie, gdy ojcowie i dzieci, o tej właśnie porze, wychodzili z domów na zewnątrz. Dzieci, rozszalałe, wybiegały jako pierwsze, wykrzykując na cały głos imiona, pod którymi je znano, a za nimi, pomału, kroczyli ojcowie z zapiętymi na krzyż szelkami, bez kołnierzyków, więc ich szyje zdawały się długie i zawstydzone. Matki zostawały w kuchni, by zmywać i wycierać naczynia, odłożyć wszystko na swoje miejsce, odmierzyć kakao w proszku na śniadanie. Bez ustanku kroczyły po własnych, niewidzialnych śladach niczym pszczoły przez całe życie pokonujące tę samą drogę. Gdy wychodziły na zewnątrz, zdejmowały fartuchy i, wciąż mając na sobie wilgotne spódnice, siadały cicho w bujanych fotelach na werandzie.
Ale to nie o zabawach, jakim wieczorami oddają się dzieci, chcę teraz opowiedzieć, lecz o atmosferze tamtych chwil, która niewiele ma wspólnego z dziećmi: o ojcach rodzin, każdym na swoim trawniku, w koszulach, rybiobladych w nienaturalnym światle, o twarzach niemal anonimowych, którzy podlewali trawniki. Węże do podlewania podłączone były do kranów wystających z ceglanych fundamentów domów. Dysze węży ustawiane były rozmaicie, zwykle jednak tak, żeby rozpylały długi, obfity strumień mgiełki wodnej: mokra dysza węża spoczywa w dłoni, gdy woda, łaskocząc prawe przedramię i podwinięty mankiet koszuli, tryska i tworzy kształt wysmukłego stożka, swobodnie, ze świstem – a dźwięk ten jest tak łagodny. Początkowo szalony odgłos wody gwałtownie wpadającej do dyszy, następnie wciąż nierówny dźwięk towarzyszący regulacji otworu, przechodzący stopniowo w równy dźwięk, dostrojony – jak podczas gry na skrzypcach – do wielkości i rodzaju strumienia. Takie bogactwo dźwięków dochodzących z jednego węża, tak wiele chorałowych różnic między kilkoma wężami, jakie były w zasięgu ucha. Potem już z każdego węża dobywała się niemal martwa cisza wypływającej wody, a pojedyncze duże krople opadały w zwartym, nieruchomym łuku, ciche jak wstrzymany oddech. Jedynym dźwiękiem był delikatny szelest liści i uderzenie o trawę każdej z kropel. To – i jeszcze intensywny syk mocnego strumienia wody; to – i ta sama intensywność, która nie maleje, lecz cichnie miarowo i staje się delikatniejsza, gdy zakręca się dyszę, aż po najczulszy szept, gdy woda staje się już tylko okazałym kloszem mgiełki. Zazwyczaj jednak wszystkie węże były ustawiane podobnie, z uwagi na kompromis pomiędzy zasięgiem a delikatnością strumienia (z pewnością za owym kompromisem kryły się także zamysł artystyczny i cicha, głęboka radość – zbyt prawdziwa, by rozpoznać samą siebie), co sprawiało, że dźwięki te miały podobny ton, przerywany pełnym parsknięć włączaniem kolejnego węża; ubarwiane przez kogoś, kto dla rozrywki eksperymentował z ustawieniami dyszy; pozostawiające po sobie pustkę, jaką upadek wróbla pozostawia w Bogu, gdy któryś zamierał; ale wszystkie, choć tak do siebie podobne, o innym tonie, i wszystkie rozbrzmiewające unisono. Wszystkie te urocze, jasne strumienie w świetle, ze swą bladością i swymi głosami, stawały się jednością, matki uciszające nienaturalnymi, przedłużonymi syknięciami swoje dzieci, mężczyźni delikatni i milczący, niczym duże dzieci oddające mocz, ustawione w jakby wojskowym szeregu na wprost niewidzialnego muru, każdy jak ślimak schowany w ciszy wykonywanej przez siebie czynności, a wszyscy łagodni, szczęśliwi i spokojni, cieszący się ubogą dobrocią swego życia jak ostatnią wieczerzą, podczas gdy cykady podchwytują dźwięk węży i niosą go dalej w wyższej i ostrzejszej tonacji. Odgłos cykad jest suchy i wydaje się, jakby owady nie wytwarzały go poprzez pocieranie ani wibrację powietrza, lecz dobywały z nieznacznego otworu gębowego tchnieniem, które nigdy nie ustaje. Cykady nigdy nie śpiewają pojedynczo, zawsze ma się wrażenie, że jest ich co najmniej tysiąc. Głos każdego owada ma taką wysokość, że zawiera się w pewnej określonej skali, poza którą żaden z nich nie wychodzi o więcej niż dwa tony. Można mieć jednak wrażenie, że każdą cykadę słychać osobno, a w ich graniu można dosłyszeć długi, niespieszny puls, ledwie naszkicowany łuk długiego, wysokiego mostu. Są wszechobecne – na każdym drzewie – dlatego można odnieść wrażenie, że dźwięk dobiega zarazem zewsząd i znikąd, z rozległej konchy nieba, wywołując dreszcze w całym ciele i drażniąc błony bębenkowe – najbardziej zuchwały z odgłosów nocy. A jednak jest zupełnie powszechny w letnie noce i należy do większego porządku dźwięków, tak jak szum morza i głos krwi jego przedwcześnie dojrzałej wnuczki, które spostrzegamy dopiero wówczas, gdy przyłapiemy samych siebie na wsłuchiwaniu się w nie. W ciemnościach, przy ziemi, tuż za rozchwianymi horyzontami gumowych węży, nieodmiennie niosąc ze sobą zawsze wilgoć rosy na trawie i mocną, czarno-zieloną smugę jej zapachu, rozbrzmiewają miarowe, choć rozproszone głosy świerszczy – każdy z nich to słodki, przenikliwy, srebrzysty dźwięk, tworzący sekwencję trzech tonów, jak gdyby ktoś raz za razem upuszczał trzy ogniwa łańcuszka.
Do tego czasu mężczyźni uciszyli swoje węże – jeden po drugim, wypuszczali z nich wodę i je zwijali. Pozostało już tylko dwóch, po chwili tylko jeden, i widać jedynie jego widmową, majaczącą w mroku koszulę i podciągnięte rękawy, a na łagodnej, powściągliwej twarzy tajemnicę, podobną do tej w uniesionych wyczekująco oczach krów, które wyczuwają czyjąś obecność w nieprzeniknionym mroku jeziora łąki. Teraz i jego już nie ma, i wieczór przechodzi w tę porę, gdy ludzie zasiadają na gankach, bujają się delikatnie w fotelach, prowadzą niespieszne rozmowy i patrzą na stodoły, na ulicę oraz rozpościerające się nad ich posesjami drzewa udekorowane ptakami. Ludzie przemijają, rzeczy przemijają. Koń ciągnie wóz, dudniąca muzyka żelaza uderza asfalt. Głośny samochód. Cichy samochód. Ludzie idący parami niespiesznie, szurający stopami, przenoszący z nogi na nogę ciężar swych letnich ciał, wymieniający zdawkowe uwagi, spowici zapachami wanilii, truskawek, tektury i mleka w proszku. Sprawiają wrażenie kochanków i jeźdźców, podobni do klaunów zatopionych w bezbarwnym bursztynie. Tramwaj wydaje swój żelazny pomruk – zatrzymuje się, dzwoni i rusza ze zgrzytem. Rusza ponownie, a metaliczny dźwięk wzbija się coraz wyżej. Złociste okna i trzcinowe siedziska przepływają i oddalają się, płyną dalej i dalej. Chłodna iskra strzela i krąży nad dachem tramwaju niczym złośliwy duszek, wypuszczony, by podążał jego śladem. Metaliczny jęk nabiera intensywności wraz z szybkością, nadal wysoki – słabnie, urywa się; cichy, przenikliwy dzwonek; ponownie wznosi się, coraz niklej. Cichnie, nabiera mocy, wznosi się i odchodzi w zapomnienie; zapomniany. Oto nastała noc – błękitna kropla rosy.
Oto nastała noc – błękitna kropla rosy, mój ojciec zwinął osuszony wąż.
Nisko nad trawnikami przygasające, oddychające ogniki.
Ukontentowane, srebrzyste, niczym drobiny światła w rosistej trawie, świerszcze wciąż ponawiają swój komentarz.
Z głuchawym plaskaniem kroczy przed siebie zimna ropucha.
Na obrzeżach wilgotnych cieni podwórek po bokach domów oddają się zabawie dzieci wypełnione po brzegi omdlewającą radością strachu, przyglądając się pozostawionemu samemu sobie słupowi telefonicznemu.
Dokoła białych narożnych latarni owady wszelkich rozmiarów krążą w eliptycznych systemach słonecznych. Ogromne, z twardymi pancerzami, nabijają sobie siniaki podczas szturmu; jeden spoczywa na grzbiecie, podczas gdy jego odnóża falują.
Na gankach rodzice, kołyszący się nieustająco. Z nawilgłych sznurków zwieszają się przywiędłe oblicza kwiatów powoju.
Suchy, egzaltowany dźwięk cykad, który wypełnia powietrze, ponownie mnie zachwyca.
*
Na nierównej, mokrej trawie na podwórzu za domem mój ojciec i moja matka rozłożyli koce. Leżymy na nich wszyscy: moi rodzice, mój wujek, moja ciotka i ja. Wcześniej siedzieliśmy, ale w pewnym momencie jedno z nas się położyło i chwilę później wszyscy już leżymy – na brzuchach, na bokach, na plecach, podczas gdy oni nieustannie rozmawiają. Nie mówią wiele, ich rozmowa nie jest głośna – o niczym konkretnym, zupełnie nie, zupełnie o niczym. Gwiazdy są wyraźne i sprawiają wrażenie żywych, każda jak najczulszy uśmiech, wydają się tak nieodległe. W mojej rodzinie wszyscy są więksi ode mnie i cisi, ich głosy są łagodne i pozbawione wyrazu, niczym głosy śpiących ptaków. Jeden z nich, artysta, mieszka razem z nami. Inny para się muzyką, również z nami mieszka. Jeden z nich to moja matka, która jest dla mnie dobra. Jeden z nich to mój ojciec, który jest dla mnie dobry. Zupełnym przypadkiem wszyscy trafili tu, na ten świat. Któż wypowie smutek trwania na tym świecie, spoczywania na trawie, na kocach, w letni wieczór, pośród głosów nocy. Niech Bóg ma w opiece moja rodzinę, mojego wujka, moją ciotkę, moją matkę, mojego dobrego ojca. Och, niech łaskawie wspomni ich imiona w godzinie nieszczęścia i w godzinie śmierci.
Niewiele później wchodzę do domu i kładę się do łóżka.
Sen, uśmiechając się do mnie z czułością, tuli mnie do siebie i przyjmują mnie ci, którzy obdarzają mnie w tym domu przyjaźnią, jako swojego i kochanego; ale nie – o nie, nie teraz, nigdy; nigdy nie powiedzą mi, kim jestem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tamtego wieczoru przy kolacji, jak wiele razy wcześniej, ojciec powiedział:
– A może wybralibyśmy się do kina?
– Och, Jay! – odparła jego matka. – Ten odrażający człowieczek!
– Co z nim jest nie tak? – zapytał jego ojciec nie dlatego, żeby nie wiedział, co ona odpowie, ale po to właśnie, żeby mogła to powiedzieć:
– On jest tak irytujący! – odrzekła jak zawsze. – Taki wulgarny! Z tą swoją okropną laseczką, która zadziera spódnice i całą resztę. I ten jego denerwujący, śmieszny krok!
Ojciec roześmiał się, jak zawsze, i Rufus poczuł, że żart ów nie jest już równie śmieszny, ale, jak zawsze, śmiech go rozchmurzył. Czuł, że ten śmiech zbliżał go do ojca.
Krocząc w świetle miękkim jak macica perłowa, dotarli do miasta, do kina Majestic, odnaleźli swoje miejsca w blasku bijącym z ekranu, zanurzeni w ekscytującym zapachu stęchłego dymu tytoniowego, potu, perfum i brudnych szuflad, podczas gdy pianino wygrywało szybką muzykę i galopujące konie wzbijały za sobą okazały obłok kurzu. Ale wtem zjawił się William S. Hart, z dwoma pobłyskującymi pistoletami, ze swoją długą, końską twarzą i wydatną dolną wargą, a rozległy krajobraz zostawał za jego plecami – cały szeroki świat. Wtem na widok dziewczyny zrobił pełną nieśmiałości minę i jego koń uniósł górną wargę. Wszyscy się roześmiali, a następnie ekran wypełnił widok miasta i chodnik bocznej uliczki, długi rząd palm, i oto pojawił się Charlie. Wszyscy się roześmiali, gdy tylko zobaczyli, jak kuśtyka z palcami stóp zwróconymi na zewnątrz, szeroko rozstawiając kolana, jakby miał obtarte nogi; ojciec Rufusa roześmiał się i Rufus także się zaśmiał. Tym razem Charlie ukradł całą torebkę jajek, a gdy spostrzegł policjanta, schował ją z tyłu w spodniach. Następnie ujrzał urodziwą kobietę i kucnął, wywijając laską w dłoniach i strojąc głupie miny. Kobieta odrzuciła głowę do tyłu i poszła swoją drogą, zadzierając wysoko brodę i składając usta w ciup, podczas gdy on nieustępliwie podążał za nią, wyprawiając laseczką niestworzone akrobacje, które wywoływały powszechny śmiech. I tylko ona jedna wciąż go ignorowała. Zatrzymała się na rogu ulicy w oczekiwaniu na tramwaj, odwrócona do niego tyłem, udając, że nic nie wie o jego obecności za jej plecami. Przez chwilę bez skutku próbował zwrócić na siebie uwagę kobiety, następnie spojrzał w stronę widowni, wzruszył ramionami, i teraz z kolei on udawał, że nie widzi jej. Przez jakiś czas tupał w miejscu nogą z udawaną obojętnością, ale po chwili ponownie się ożywił i z ujmującym uśmiechem uniósł melonik. W odpowiedzi kobieta zesztywniała i znów odrzuciła głowę w tył – i wszyscy wybuchnęli śmiechem. Wtedy Charlie zaczął przechadzać się ukradkiem za jej plecami, w tę i we w tę, raz po raz zerkając na nią i bardzo ostrożnie kucając – i znowu wszyscy wybuchnęli śmiechem. Podrzucił laseczkę i ze zręcznością chwycił ją za drugi, prosty koniec, a zagiętą końcówką zadarł spódnicę kobiety aż po kolana, dokładnie w sposób, który oburzał mamę, i patrzył z ukontentowaniem na jej nogi, na co wszyscy znowu roześmiali się w głos, ale kobieta wciąż udawała, że niczego nie zauważa. Charlie zakręcił laską w dłoni i wtem przysiadł, zgiąwszy laseczkę i podciągnąwszy do góry spodnie, po czym znów zadarł jej spódnicę tak wysoko, że oczom widzów ukazała się bielizna, udrapowana jak firanki; publiczność zawyła z radości, ale kobieta odwróciła się i ze złością pchnęła Charliego z taką siłą, że musiało go to zaboleć, bo przysiadł na chodniku z wyprostowanymi nogami, i ponownie wszyscy wybuchnęli śmiechem. Wtedy kobieta z dumną miną ruszyła przed siebie ulicą, zapomniawszy o tramwaju; „wściekła jak szerszeń!” – zawołał rozbawiony ojciec. Na ekranie znów pojawił się Charlie, siedzący na tyłku na chodniku, a z jego twarzy, pełnej rozgoryczenia i niesmaku, wyczytać można było, że oto przypomniał sobie o jajkach, i w tej samej chwili wszyscy w kinie również sobie o nich przypomnieli. Widząc jego twarz, z uniesioną górną wargą, odsłaniającą zęby, z pełnym goryczy uśmiechem, każdy wiedział, jakie to uczucie, gdy oto siedzi się na rozbitych jajkach, i że musi ono być równie okropne i nie do zniesienia jak wówczas, gdy miało się na sobie biały, zmarniały garnitur, od którego oderwały się nogawki spodni i trzeba było iść do domu w samych podkolanówkach, wystawionym na spojrzenia ludzi. Ojcu Rufusa ze śmiechu o mały włos nie oderwała się głowa, podobnie jak wszystkim innym na widowni, ale Rufusowi było żal Charliego, bo spotkało go coś całkiem podobnego, ostatecznie jednak nie oparł się zaraźliwemu śmiechowi i w końcu sam też się roześmiał. A później było jeszcze weselej, gdy Charlie z niezwykłą ostrożnością wstał z chodnika z jeszcze boleśniejszym wyrazem twarzy, wziął laseczkę pod pachę i końcówkami zgiętych palców, jak gdyby obawiał się, że się pobrudzi, zaczął obmacywać swoje spodnie ze wszystkich stron, odklejając materiał od skóry. Sięgnął do kieszeni i wydobył ze spodni mokrą torebkę z rozbitymi jajkami, otworzył ją i spojrzał do środka; wyjął jedno stłuczone jajko i z obrzydzeniem oddzielił od siebie skorupki, przelewając żółtko z jednej do drugiej, a następnie wzruszył ramionami i wyrzucił jajko. Ponownie spojrzał do torebki i tym razem udało mu się wydobyć nierozbite jajko, oblepione jednak żółtkiem; wytarł je starannie o rękaw, przyjrzał mu się raz jeszcze, zawinął je w brudną chusteczkę do nosa i ostrożnie umieścił w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Chwycił mocno laseczkę, wydobył ją spod pachy i rzucił ostatnie spojrzenie w stronę widowni, wciąż z takim wyrazem twarzy, jakby zbierało mu się na mdłości, ale już nieco bardziej ożywiony, ponownie wzruszył ramionami, odwrócił się i poruszając w miejscu nogami w wielkich butach, próbował wetrzeć w chodnik lepiącą się torbę z pokruszonymi skorupkami, zupełnie jak pies; raz jeszcze zerknął przez ramię na pobojowisko (znów wszyscy wybuchnęli śmiechem) i poszedł dalej, powłócząc nogami i kuśtykając, z każdym krokiem wyginając laseczkę jeszcze bardziej niż wcześniej i jeszcze szerzej rozstawiając kolana, podczas gdy lewą ręką wciąż obmacywał tył spodni, potrząsając jedną stopą, następnie drugą, a raz nawet sięgnął głęboko do kieszeni i zatrzymał się na moment, żeby wstrząsnąć całym ciałem jak mokry pies – i poszedł dalej, podczas gdy ekran zamknął się dokoła niego, otoczywszy go kręgiem ciemności, a pianola zaczęła wygrywać inną melodię i na ekranie ukazały się nieruchome, kolorowe reklamy. Pozostali na swoich miejscach, żeby zobaczyć film z Williamem S. Hartem i zrozumieć, dlaczego zabił człowieka w dziwacznej kamizelce – było dokładnie tak, jak się spodziewali, gdy ujrzeli, już po zabójstwie, przerażoną i zarazem uradowaną twarz dziewczyny: ów człowiek zarówno ją znieważył, jak i oszukał jej ojca, i ojciec Rufusa powiedział: – No tak, to chyba wtedy przyszliśmy – i jeszcze raz obejrzeli, jak zabija tamtego człowieka. Dopiero wtedy wyszli na zewnątrz.
Było już całkiem ciemno, ale wciąż dość wcześnie. Gay Street pełna była zaabsorbowanych czymś twarzy, wiele sklepowych witryn wciąż było rozświetlonych. Gipsowe manekiny w szlachetnych pozach zalecały się sztywno nieskazitelnie nowymi ubraniami. Był tam nawet mały chłopiec w prostych, krótkich spodenkach, z gołymi kolanami i sięgającymi wysoko podkolanówkami, w oczywisty sposób maminsynek; ale na głowie miał czapkę, a nie, jak małe dziecko, kapelusik. Gdy Rufus patrzył na czapkę, czuł w środku narastające mrowienie. Podniósł wzrok na ojca, ale ten niczego nie spostrzegł; jego twarz rozświetlał błogi nastrój, wspomnienie Charliego. Mając w pamięci odmowę, z jaką spotkał się rok wcześniej, choć wtedy była to jego matka, Rufus bał się odezwać słowem. Ojciec by się nie sprzeciwił, ale ona nie chciałaby, żeby tak szybko zaczął nosić czapkę. Gdyby w tej chwili poprosił ojca, odpowiedziałby: nie, wystarczy Charlie Chaplin. Przyglądał się zaabsorbowanym twarzom przeciskającym się przez tłum i ogromnym, krzykliwym literom szyldów: „Sterchi’s”, „George’s”. Umiem je odczytać, pomyślał. Wiem nawet, jak wymawia się „Sturkeys”. Pomyślał jednak, że lepiej nie wymawiać ich głośno; przypomniał sobie, jak ojciec powiedział kiedyś: „Nie przechwalaj się”, a on przez kilka dni w szkole czuł się zmieszany i raczej tępy, tak surowy był ton głosu jego ojca.
Czym było przechwalanie się? Czymś złym.
Skręcili w ciemniejszą uliczkę, gdzie mniej liczne twarze wyglądały bardziej tajemniczo, i weszli w dziwne, rozedrgane światła Market Square. O tej godzinie było tu niemal pusto, ale gdzieniegdzie wzdłuż chodnika przesiąkniętego końskim moczem stał nieruchomy wóz, a przez rozpięty na stelażu z drewna orzechowego biały materiał prześwitywało słabe światło latarni. Jakiś człowiek o ciemnej twarzy opierał się o białą ceglaną ścianę, zajadając się rzepą; spojrzał na nich swoimi smutnymi, bladymi oczami. Gdy ojciec Rufusa podniósł rękę w milczącym pozdrowieniu, a on uniósł swoją, ale nie tak wysoko, Rufus, odwróciwszy się, ujrzał, że człowiek ów wodzi za nimi wzrokiem pełnym żalu, niemal sprawiającym wrażenie niebezpiecznego. Przeszli obok innego wozu, w którym lampa paliła się słabym, pomarańczowawym światłem; wewnątrz leżała cała rodzina, dorośli i dzieci, pogrążeni w ciszy i we śnie. Na końcu jednego z wozów siedziała kobieta, jej twarz zwężała się pod cieniem czepka, ciemne oczy skąpane w jego cieniu jak smugi sadzy. Ojciec odwrócił wzrok i delikatnie dotknął słomianego kapelusza, a Rufus, obejrzawszy się za siebie, spostrzegł, że jej martwe oczy nieustannie patrzą łagodnie przed siebie.
– No tak – stwierdził ojciec – dobrze by mi zrobiła szklaneczka albo dwie.
Przeszli przez drzwi wahadłowe i zderzyli się ze ścianą zapachów i dźwięków. Nie było tu muzyki – jedynie stłoczenie ciał i woń baru przy placu targowym, piwa, whisky i wieśniaków, soli i skóry; żadnego zgiełku, tylko gęsty szmer stłumionych rozmów. Rufus stał, wpatrując się w odblask światła na wilgotnej spluwaczce, i słyszał, jak jego ojciec zamawia whisky; widział też, że ojciec rozgląda się po całym barze, szukając ludzi, których zna. Ale rzadko zapuszczał się tu ktoś aż z Powell River Valley. Rufus szybko zorientował się, że tego wieczoru ojciec nie znalazł nikogo znajomego. Spojrzał w jego stronę i patrzył, jak ten odchyla się do tyłu i jak wlewa w siebie zamaszystym gestem, niczym jakiś lord, całą zawartość szklaneczki, a po chwili usłyszał, jak mówi do człowieka tuż obok: – To mój chłopak – i zalała go fala miłości. Zaraz potem poczuł pod pachami ręce ojca; został uniesiony, wysoko, i usadowiony na barze, gdzie jego wzrok napotkał długi rząd ogromnych, lśniących twarzy, brodatych i zaczerwienionych. Oczy mężczyzn siedzących najbliżej zdradzały zainteresowanie i sympatię, niektórzy się uśmiechali, nieco odleglejsze spojrzenia zdawały się bezosobowe, jakby pytające, ale po chwili i u nich zaczął pojawiać się uśmiech. Trochę nieśmiało, ale czując się pewnie za sprawą tego, że ojciec jest z niego dumny i że wszyscy go tu lubią, Rufus odwzajemnił uśmiech. Wielu mężczyzn zaśmiało się w głos. Zbiło go to z tropu i na chwilę jego uśmiech jakby przygasł. Gdy jednak chłopiec spostrzegł, że wciąż są do niego przyjaźnie nastawieni, i on ponownie się uśmiechnął, na co i oni się roześmiali. I ojciec się do niego uśmiechnął. – To mój chłopak – powtórzył ciepło. – Ma dopiero sześć lat, a już czyta tak dobrze, jak ja nie czytałem, gdy byłem dwa razy starszy od niego.
Rufus poczuł nagle zaskakującą pustkę – w tym głosie, przy barze, jak i we własnym sercu. Co z tego, skoro nie potrafię się bić, pomyślał. Gdy ma się odważnego syna, nie trzeba się przechwalać jego bystrością. Poczuł wstyd, ale jego ojciec najwyraźniej niczego nie zauważył. Równie nagle jak przedtem usadził go na barze, teraz delikatnie go z niego zdjął. – Chyba wypiję jeszcze jedną – stwierdził, tym razem pił już wolniej. Następnie pożegnali się i wyszli.
Ojciec podał mu cukierki Life Savers, uprzejmie, jak mężczyzna mężczyźnie; Rufus wziął jeden z równie szczególną uprzejmością. Cukierki przypieczętowały ich pakt. Tylko jeden raz ojciec uznał za konieczne powiedzieć: – Gdybym był tobą, nie wspominałbym o tym mamie – i od tej pory miał pewność, że może ufać Rufusowi, a Rufus odczuwał wdzięczność za to milczące porozumienie. Długą, niemal opustoszałą ulicą oddalali się coraz bardziej od Market Square, ssąc cukierki. Ojciec Rufusa bez szczególnego przejęcia pomyślał, że Life Savers nie do końca ratują mu życie. Lepiej, żeby dziś wieczorem udawał, że jest skonany i odwrócił się plecami, gdy już położą się w łóżku.
Przytułek dla ślepych i głuchych sprawia wrażenie, jakby sam był ślepy i głuchy, stwierdził cicho ojciec, jak zwykle w takie wieczory, jak gdyby obawiał się zbudzić budynek, który stał zatopiony w głębokiej ciszy wśród smukłych cieni drzew. Okna odznaczały się czarno od bladego muru niczym oczy pielęgniarki. Przed nimi w świetle latarni ciągnęła sią ponura Asylum Avenue. Za metalową kratą lombardu stara szabla odbijała światło padające z ulicy, tuż obok lśniło pudło rezonansowe mandoliny. W witrynie drogerii stała figura Wenus z Milo, której złociste ciało owinięte było wstęgami. Witraże L&N tliły sią niczym znużone motyle. Zatrzymali się na środku wiaduktu, wciągając do płuc tumany kurzu, jakie wznieciła lokomotywa przejeżdżająca pod nimi; popiół i drobiny żwiru drażniły twarz zawieszonego nad wiaduktem Rufusa, który był wdzięczny, że nie odczuwa już strachu w tym zawieszeniu nad torami i ogromnymi lokomotywami. Gdzieś daleko w dole, na placu, zamigotało czerwone światło, które po chwili zmieniło się na zielone. Następnie usłyszeli przenikliwy zgrzyt. Zegar na stacji wskazywał siedem po dziesiątej. Ruszyli przed siebie, ociągając się jeszcze bardziej niż dotąd.
Gdybym umiał się bić, rozmyślał Rufus. Gdybym był odważny, wtedy on nie przechwalałby się tym, że umiem już czytać. Przechwalać się. No tak. „Nie przechwalaj się”. Tak właśnie. Takie jest znaczenie tych słów. Nie przechwalaj się, że jesteś bystry, jeśli brakuje ci odwagi. Nie ma czym się chwalić. Nie przechwalaj się.
Na Forest Avenue młode liście trącały o latarnie. Zbliżali się do rogu ich ulicy.
Był tu pusty plac, po części pokryty nierówną, ubitą ziemią, a po części zarośnięty chwastami, znajdujący się nieco powyżej chodnika. Kilka stóp dalej, bliżej środka placu, rosło średniej wielkości drzewo, a tuż obok, tak blisko drzewa, że za dnia padał na nią jego cień, znajdowała się wapienna skałka, przypominająca ogromny stos brudnej bielizny. Gdy usiadło się na kamieniu, w pewnym miejscu pień drzewa zasłaniał nikłe światło latarni znajdującej się ulicę dalej i miejsce spowijał mrok. Za każdym razem, gdy wracali z miasta do domu późną porą, mniej więcej od połowy wiaduktu zwalniali kroku, a zbliżając się do tego miejsca, zwalniali jeszcze bardziej. Robili to celowo. Na krótką chwilę przystawali na brzegu chodnika, a następnie, nic do siebie nie mówiąc, wchodzili na pusty plac i siadali na kamieniu, patrząc na strome zbocze wzgórza i światła North Knoxville. Gdzieś w dolinie odzywała się suchym kaszlem sunąca ciężko lokomotywa, pobrzękiwały łańcuchy pomiędzy wagonami, a z pustych wagonów dobywało się dudnienie przywodzące na myśl bębny. Drugą stroną ulicy szedł człowiek, nie za wolno, nie za szybko, przystanął i z całą pewnością ich nie spostrzegł; ale Rufus poczuł, i był pewien, że i jego ojciec poczuł to samo, że choć ten człowiek nie stanowił dla nich zagrożenia i miał takie samo prawo jak oni być tutaj i iść tam, dokąd zmierzał, to od momentu, gdy się zjawił, aż do chwili, gdy zniknął im z oczu, ich wędrówka była zakłócona. Gdy zniknął z pola widzenia, odnaleźli w swoim osamotnieniu jeszcze więcej przyjemności i na nowo się w nim rozgościli. Poprzez mrok spoglądali na światła North Knoxville. Mieli świadomość gęstwy liści nad swoimi głowami. Patrzyli na nie i przenikali je wzrokiem. Pomiędzy liśćmi dostrzegali gwiazdy. Zazwyczaj podczas wieczornego wyczekiwania, kilka minut przed powrotem do domu, ojciec Rufusa zapalał papierosa, a gdy kończył palić, czas było się zbierać. Ale tym razem ojciec nie zapalił. Dotąd, zawsze gdy znajdowali się jeszcze o jedną ulicę od rogu ich ulicy, ojciec mówił, że Rufus z pewnością jest zmęczony; od pewnego czasu jednak nie robił tego i Rufus zrozumiał, że ojciec zatrzymywał się nie tylko ze względu na niego, ale również dlatego, że sam potrzebował przystanąć. Rufus wreszcie pojął, że ojcu nie było śpieszno do domu, i co ważniejsze, po prostu lubił chwile, które spędzał sam na sam z synem. Ostatnio, już od miejsca, w którym schodzili z wiaduktu, Rufus ze spokojem czekał, aż dojdą do rogu ulicy. W ciągu tych dziesięciu czy dwudziestu minut, które spędzali na wapiennej skałce, odczuwał szczególny rodzaj satysfakcji, nieprzypominający żadnego znanego mu uczucia. Nie potrafił w słowach ani w myślach stwierdzić, jaka była jego przyczyna, uczucie to obejmowało wszystko, co widział i czego doświadczał. Przede wszystkim była to świadomość, że również jego ojciec odczuwał tu szczególnego rodzaju zadowolenie, nieprzypominające niczego innego, i że to, co obaj odczuwali, było pokrewne i mocno ze sobą powiązane. Rufus rzadko czuł, że on i ojciec są sobie dalecy, a jednak musiało być to prawdą, bo za każdym razem podczas owych spokojnych chwil na skałce spora część jego satysfakcji płynęła ze świadomości, że znów są razem, że w gruncie rzeczy nie są sobie dalecy ani obcy, a w każdym razie nie na tyle, by miało to znaczenie w świetle poczucia tak niewzruszonej i silnej jedności, jaka ich tu ogarniała. Czuł, że choć ojciec kochał ich dom i wszystkich domowników, to jednak miłość do rodziny nie wystarczała, by przezwyciężyć jego osamotnienie, że tylko je wzmagała, albo że, być może, z większym trudem przychodziło mu nie odczuwać tej samotności. Czuł, że gdy tak razem siedzieli, ojciec nie był samotny, a nawet jeśli był, to owa samotność mu tu nie wadziła; że wypełniała go tęsknota, ale na tej skałce, choć tęsknota mogła zdawać się jeszcze większa, mimo wszystko czuł się dobrze. Rufus wiedział, że dobre samopoczucie jego ojca w dużej mierze miało swoje źródło w tych kilku minutach, które spędzali razem poza domem, w absolutnej ciszy, w mroku, wsłuchując się w poruszające się liście i patrząc w gwiazdy, i że jego, Rufusa, obecność również była tu niezbędna. Wiedział, że nawzajem mają świadomość dobrego samopoczucia drugiego oraz powodów za tym stojących, i że obaj wiedzą, do jakiego stopnia zależą od siebie i jak wiele każdy z nich znaczy dla drugiego, w najważniejszy ze wszystkich sposobów, niż ktokolwiek inny lub cokolwiek innego na świecie; i że to, co stanowi esencję ich dobrego samopoczucia, wynika z tej wzajemnej wiedzy, która nie była ani tajna, ani jawna. Bardzo wyraźnie zdawał sobie sprawę z tego wszystkiego, ale oczywiście nie w sposób, który pozwalałby mu ująć to w słowa. Nie znał słów ani pojęć, ani sposobów, by wyrazić to, co miało tu miejsce. Żaden z nich nie potrafiłby tego nazwać – ani mężczyzna, ani chłopiec. Świadomość przenikała ich zmysły, pamięć, uczucia, sam fakt przystanięcia w tym miejscu, ćwierć mili od domu, na skałce, pod obcym w mieście drzewem, z nogami spoczywającymi na nieoswojonej ziemi i twarzami zwróconymi na północ, z oczami spoglądającymi ponad torami Kolei Południowych i ponad North Knoxville, w stronę pofałdowanych wzgórz i doliny Powell River, a ponad nimi rozedrgane latarnie wszechświata wydawały się tak bliskie, tak znajome, że gdy wiatr poruszał liśćmi i ich włosami, zdawał się oddechem, który przynosił im szept gwiazd. Niekiedy w owe wieczory ojciec zaczynał nucić i nucenie to stawało się zaczątkiem piosenki – ale nigdy żadnej nie śpiewał, nawet fragmentu melodii, bo cisza sprawiała więcej przyjemności. Czasami mówił kilka słów, bez większego znaczenia, ale nigdy nie mówił dużo ani nie kończył rozpoczętego zdania – i nie czekał na odpowiedź, bo cisza, ponownie, była przyjemniejsza. Rufus spostrzegł, że ojciec niekiedy gładził dłonią szorstki kamień i mocno przyciskał ją do niego; czasami, zanim wypalił papierosa do połowy, gasił go, rozdzierał bibułkę i wysypywał tytoń. Tym razem jednak był o wiele cichszy niż zwykle. Zwolnili kroku trochę wcześniej niż zazwyczaj, bez jednego słowa, i niespiesznie dotarli do rogu, ale zanim zeszli z chodnika na twardą ziemię, zawahali się, jak gdyby dla samej przyjemności zawahania. Nie zakłócając ciszy, usiedli na skałce. Jak zawsze ojciec Rufusa ściągnął z głowy kapelusz i umieścił go na zgiętym kolanie, i, jak zawsze, Rufus zrobił to samo, ale tym razem ojciec nie skręcił papierosa. Odczekali chwilę, gdy jakiś nieznajomy zbliżył się nieco do nich i zakłócił ich spokój, a następnie zniknął, wszyscy niemal zawsze tak znikali, i dopiero wtedy z poczuciem ulgi oddali się przyjemności swojego osamotnienia. Ale tym razem ojciec Rufusa nic nie nucił ani nie mówił, jedynie siedział z dłońmi pomiędzy kolanami i patrzył w dal na North Knoxville, wsłuchując się w nieustający szczęk pociągów. Gdy na krótką chwilę zapanowała cisza, ojciec podniósł głowę i spojrzał na liście i na odznaczające się między liśćmi gwiazdy, nie uśmiechał się, ale jego wzrok, podobnie jak usta, był spokojniejszy i zdradzał większą powagę niż kiedykolwiek wcześniej. Wpatrując się w tę twarz, Rufus poczuł, jak dłoń ojca opada na jego głowę bez szukania po omacku; silna dłoń spoczęła na jego czole i pogładziła je, odgarnęła na bok włosy i się zatrzymała. Rufus wtulił się w nią mocniej i, w odpowiedzi, dłoń przylgnęła do jego prawego ucha i policzka, ponownie objęła jego głowę i przyciągnęła ją łagodnie i mocno do chropowatego materiału, który spowijał ciało ojca i poprzez który Rufus wyczuwał unoszące się wraz z oddechem żebra. Ręka cofnęła się i Rufus się wyprostował. Ręka spoczęła na jego ramieniu i ujrzał, że oczy ojca nabierają jeszcze większej przejrzystości i powagi, a głębokie zmarszczki na twarzy i wokół ust układają się w wyraz zadowolenia. Spojrzał ku górze, żeby widzieć to samo, w co wpatrywał się ojciec: cicho oddychające liście i gwiazdy pulsujące jak serca. Usłyszał długie, głębokie westchnienie ojca, a potem, niespodziewanie, jego głos: – Tak… – ręka podniosła się z jego ramienia i wstali. Przez resztę drogi do domu nic nie mówili ani nie włożyli na głowy kapeluszy. Już niemal przez sen Rufus ponownie usłyszał łoskot pociągów towarowych, a głęboko w nocy dźwięk cichych kroków i słowa: – Nie… Będę z powrotem, zanim zasną – następnie ciche stąpanie na schodach. Ale zanim dobiegło go skrzypienie schodów i warkot odjeżdżającego Forda, spał już tak głęboko, że wszystko to zdawało mu się częścią snu, a gdy o poranku matka wytłumaczyła mu, dlaczego ojciec nie je z nimi śniadania, zapomniał już o tamtych słowach i dźwiękach do tego stopnia, że wiele lat później, gdy próbował je sobie przypomnieć, nie miał pewności, czy ich sobie nie wymyślił.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Nota do wydania oryginalnego
Knoxville, lato 1915
CZĘŚĆ PIERWSZA
