Śmierć w mroku - Nora Roberts pisząca jako J.D. Robb - ebook

Śmierć w mroku ebook

Nora Roberts pisząca jako J.D. Robb

0,0

Opis

 

Cztery popularne autorki przekraczają granicę czasu i rzeczywistości w całkowicie nowych opowieściach, trzymających w napięciu, intrygujących i pełnych emocji nie z tego świata... Nora Roberts, tu jako J.D. Robb, wysyła bezkompromisową porucznik Eve Dallas do walki z uważającym się za wampira przestępcą... W pasjonującym opowiadaniu Mary Blayney tajemnicza moneta przenosi Amerykankę i przystojnego angielskiego arystokratę w przeszłość... Ruth Ryan Langan zabiera swoją bohaterkę, mieszkankę Nowego Jorku, na wakacje w góry Szkocji, gdzie czeka ją płomienny romans z potężnym panem wspaniałego zamku... A Mary Kay McComas umieszcza współczesną kobietę w alternatywnym świecie, by jej udowodnić, że nie zawsze jest lepiej tam, gdzie nas nie ma.

 

Cykl: In Death / Oblicza śmierci, t. 24.5

 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie

Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie

Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (6)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem (2)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 493

Rok wydania: 2010

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

ŚMIERĆ W MROKU

 

NORA ROBERTS

 

pisząca jako

 

oraz

MARY BLAYNEYRUTH RYAN LANGANMARY KAY McCOMAS

 

ŚMIERĆ W MROKU

 

PrzełożyłaBogumiła Nawrot

 

Prószyński i S-ka

 

Tytuł oryginału

DEAD OF NIGHT

 

Copyright © 2007 by The Berkley Publishing Group.

Eternity in Death” by J.D. Robb copyright © 2007 by Nora Roberts.

„Amy and the Earl’s Amazing Adventure”copyright © 2007 by Mary Blayney.

„Timeless” copyright © 2007 by Ruth Ryan Langan.„On the Fringe” copyright © 2007 by Mary Kay McComas.All rights reserved

Projekt okładki

Elżbieta Chojna

 

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

 

RedakcjaEwa Witan

 

Korekta

Mariola Będkowska

 

Łamanie

Ewa Wójcik

 

ISBN 978-83-7648-314-6

 

Warszawa 2010

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7www.proszynski.pl

 

Druk i oprawa

Drukarnia Naukowo-TechnicznaOddział Polskiej Agencji Prasowej SA03-828 Warszawa, ul. Mińska 65

 

J.D. Robb

 

ŚMIERĆ W MROKU

 

Brzeg słońca znikł; rój wzeszedł gwiazd;W mig pada ćma wieczorna;

Coleridge, przeł. Stanisław Kryński

 

Skąd i czym jesteś, ty plugawy kształcie

John Milton, przeł. Maciej Słomczyński

Prolog

 

Śmierć to koniec balu. Gorsze od śmierci, zdaniem Tiary, było to, co ją poprzedza. Starość. Utrata młodości, urody, figury i popularności to prawdziwy horror. Kto chciałby rżnąć starą, pomarszczoną kobietę? Kogo interesuje, co miała na sobie jakaś stara baba z obwisłymi cyckami w jakimś nowym, modnym klubie albo czego na sobie nie miała na plaży na Lazurowym Wybrzeżu?

Absolutnie nikogo, ot co.

Więc kiedy jej powiedział, że śmierć może oznaczać początek - prawdziwy początek - była zafascynowana. Była podkręcona. Uznała za oczywiste, że ci, których na to stać, mogą sobie kupić nieśmiertelność. Przez całe swoje życie kupowała wszystko, czego tylko chciała, pragnęła, pożądała, a przecież właściwie nie ma różnicy między życiem wiecznym a mieszkaniem w Nowym Jorku czy willą we Francji.

Ale nieśmiertelność, w przeciwieństwie do dwupoziomowego apartamentu czy kolczyków, nigdy się jej nie znudzi.

Miała dwadzieścia trzy lata, była naprawdę w kwiecie wieku. Wszystko w niej było takie jak trzeba, w czym się utwierdziła, patrząc na swoje odbicie w lustrze w garderobie. Uznała, że jej figura jest bez zarzutu, i odrzuciła długie blond włosy wystudiowanym i świetnie opanowanym gestem, z którego była znana.

Teraz dzięki niemu na zawsze pozostanie kobietą idealną.

Zostawiła podwójne drzwi z lustrami otwarte, żeby móc podziwiać samą siebie podczas ubierania się. Zdecydowała się na obcisłą, czerwoną sukienkę z niemal przejrzystej tkaniny, ozdobionej u dołu pawimi okami, które połyskiwały i migotały przy każdym ruchu. W uszach miała długie kolczyki z szafirami i szmaragdami, w tych samych kolorach, jak barwne akcenty rąbka krótkiej, dopasowanej kreacji. Do tego wisiorek z niebieskim brylantem i szerokie bransoletki na obu nadgarstkach.

Wyraziste usta pomalowała czerwoną szminką w odcieniu sukienki. Wydęła je teraz, zadowolona z siebie.

Później, pomyślała, kiedy będzie po wszystkim, przebierze się w coś wygodniejszego, w coś do tańca, do świętowania.

Żałowała jedynie, że musi się obudzić bez świadków, a nie w klubie. Lecz kochanek zapewnił ją, że wszystkie te odrażające historie o grzebaniu, a potem wydostawaniu się z jakiejś obrzydliwej trumny to wymysł autorów książek w złym guście i reżyserów kiepskich filmów. W rzeczywistości odbywało się to znacznie bardziej kulturalnie.

Godzinę po rytuale - który był tak cholernie seksowny - obudzi się w swoim własnym łóżku, by już zawsze pozostać młodą, silną, piękną kobietą.

Narodzi się ponownie 20 kwietnia 2060 roku.

A będzie ją to kosztowało wyłącznie duszę. Jakby jej na niej zależało.

Przeszła z garderoby do sypialni, którą całkiem niedawno kazała urządzić w jej ulubionych ostatnio odcieniach błękitów i zieleni. W swoim łóżeczku z takim samym baldachimem, jak łóżko jego pani, chrapał buldożek francuski.

Chciałaby obudzić Biddy’ego wtedy, kiedy sama zostanie obudzona. Było to jedyne stworzenie na świecie, które prawdziwie kochała, niemal tak mocno, jak siebie samą. Ale dała pieskowi środek nasenny, tak jak jej nakazano. Nie wolno było dopuścić, by jej słodkie maleństwo zakłóciło przebieg rytuału.

Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami wyłączyła alarm, a potem zapaliła trzynaście białych świec, które on kazał jej rozmieścić w pokoju, wybranym przez nią na własne przebudzenie.

Następnie wlała do kryształowego kieliszka miksturę, którą dostała od niego. Wypiła wszystko, do ostatniej kropelki. Prawie już czas, pomyślała, starannie układając się na łóżku. Wślizgnie się cichutko, odszukają. I posiądzie.

Pożądanie sprawiło, że zrobiło jej się gorąco i zaczęła drżeć.

Rozpali ją tak, że nie będzie mogła się powstrzymać od krzyku. Doprowadzi ją do orgazmu. A kiedy będzie krzyczała z rozkoszy, złoży na jej ustach ten ostatni pocałunek.

Tiara dotknęła palcami szyi, niemal czując pieszczotę na swojej skórze.

Umrze, pomyślała, przesuwając dłońmi po piersiach i brzuchu w oczekiwaniu na niego. Czyż to nie szaleństwo? Umrze, a potem się obudzi. I będzie żyła wiecznie.

 

Rozdział 1

 

W pokoju unosił się zapach wosku i śmierci. Świece w masywnych, błyszczących lichtarzach przemieniły się w ogarki z kaskadami zakrzepłego wosku. Ciało spoczywało na ogromnym łożu zarzuconym mnóstwem poduszek, a teraz upstrzonym też plamami krwi, pod jedwabnym baldachimem.

Młoda blondynka ubrana była w jaskrawoczerwoną sukienkę o wymiętej spódnicy. Kryształowozielone oczy miała otwarte.

Przyglądając się zwłokom jasnowłosej Tiary Kent, porucznik Eve Dallas zastanawiała się, czy ta kobieta, konając, spoglądała w oczy zabójcy.

Znała go, niemal na pewno go znała. Nie było śladów włamania, nawet więcej: alarm wyłączyła sama właścicielka apartamentu. Nie widać było śladów wałki. I chociaż Eve nie miała cienia wątpliwości, że okaże się, iż ofiara odbyła stosunek płciowy, nie przypuszczała, by doszło do gwałtu.

Nie stawiała oporu, pomyślała Eve, nachylając się nad zwłokami. Nawet kiedy pozbawiał ją krwi, nie opierała się.

- Dwie rany kłute po lewej stronie szyi - powiedziała Eve do dyktafonu. - Jedyne widoczne obrażenia. - Uniosła jedną rękę Tiary i przyjrzała się uważnie idealnie spiłowanym, starannie umalowanym paznokciom. - Zabezpiecz dłonie denatki - poleciła swojej partnerce. - Może podrapała napastnika.

- Wcale nie tak dużo krwi, jak wydawałoby się, że powinno być. - Detektyw Peabody odchrząknęła. - Nawet jakby za mało tej krwi. Wiesz, co przypominają te rany na szyi? Ślady ugryzienia. Ślady ukąszenia.

Eve spojrzała na swoją współpracownicę.

- Przypuszczasz, że ugryzł ją w szyję ten brzydki piesek, którego służąca tuli teraz w kuchni?
- Nie. - Peabody przechyliła głowę i utkwiła w Eve swoje ciemne oczy, w tej chwili wielkie i błyszczące. - Nie udawaj, Dallas. Dobrze wiesz, co to przypomina.
- Przypomina to trupa. Wygląda tak, jakby ofiara miała randkę i ktoś się zbytnio zagalopował. W jej organizmie znajdziemy zakazane substancje, coś, co ją otępiło albo na tyle pobudziło, że pozwoliła, by zabójca czymś ją dźgnął w szyję albo owszem, zatopił zęby w jej ciele, jeśli miał siekacze spiłowane na ostro albo posłużył się sztucznymi kłami. Potem leżała spokojnie, wykrwawiając się na śmierć.
- Twierdzę jedynie, że wygląda to jak klasyczne ugryzienie wampira.
- Wyślemy list gończy za Drakulą. A na razie postarajmy się ustalić, czy spotykała się z kimś żywym.
- Tak tylko powiedziałam - mruknęła Delia.

Eve raz jeszcze rozejrzała się po sypialni, a potem przeszła do przestronnej garderoby.

Zauważyła w duchu, że ta garderoba jest większa od niektórych mieszkań; były w niej żaluzje, liczne lustra i ekran telewizyjny. Szafa wnękowa przypominała mały dom towarowy ze starannie wydzielonymi działami.

Eve stała przez chwilę, podparłszy się pod boki, i tylko patrzyła. Pomyślała, że Tiara Kent miała dość ubrań na wystrojenie całego Upper West Side i aż nadto butów, by zaopatrzyć wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci z tej części miasta. Nawet Roarke - a Eve wiedziała, że garderoba jej męża może wprawić w osłupienie większość ludzi - odpadłby w przedbiegach.

W końcu pokiwała głową i skupiła się na swojej pracy.

Odpicowała się dla niego, pomyślała. Wyzywająca sukienka, zarębiste szpilki. A gdzie biżuteria? Skoro kobieta tak się stroi na wizytę kochanka, to czy nie włożyłaby jeszcze jakichś świecidełek?

Jeśli to zrobiła, zabójca uznał je za swoją własność.

Przyjrzała się uważnie szufladom i szafkom, znajdującym się pod drążkami na wieszaki i ochronnymi pokrowcami. Stwierdziła, że wszystkie są zamknięte na klucz, zakodowane, co świadczyło o tym, że w środku są kosztowności. Nie widziała żadnych śladów, wskazujących na próbę włamania.

W luksusowym apartamencie pełno było drogich rzeźb, obrazów, kosztownej elektroniki. Po obejrzeniu obu pięter dwupoziomowego mieszkania porucznik Dallas nie zauważyła, by cokolwiek ruszano.

Jeśli był tu złodziej, to bardzo leniwy albo szczególnie wybredny.

Przystanęła na chwilę i zamyśliła się. Wysoka i szczupła porucznik Eve Dallas miała na sobie spodnie i botki, białą koszulę i krótką skórzaną kurtkę. Krótkie, brązowe włosy okalały pociągłą twarz, w której błyszczały ciemnobrązowe oczy. Przenikliwe oczy policjantki.

Nie odwróciła się, kiedy Peabody cicho gwizdnęła, stanąwszy za nią.

- O, rany! Zupełnie jak w jakimś filmie. Miała chyba wszystkie ubrania świata. I buty. Och, co za buty.
- Kilkaset par butów - powiedziała Eve. - A miała tylko dwie nogi. Niektórzy ludzie są naprawdę stuknięci. Weź w obroty szefa ochrony budynku, ustal, czy coś wie lub coś ma na temat gościa, z którym się spotykała czy zabawiała przez kilka ostatnich tygodni. Ja zajmę się służącą.

Zeszła piętro niżej. W mieszkaniu roiło się od policjantów i techników kryminalistyki, panował zgiełk i zamieszanie. Normalka na miejscu zbrodni.

Służącą zastała w pomieszczeniu, które - jak jej powiedziano - pełniło funkcję pokoju śniadaniowego. Kobieta miała oczy czerwone od płaczu. Tuliła małego, okropnie brzydkiego psa. Eve spojrzała podejrzliwie na zwierzaka, a potem dała znak mundurowym, żeby wyszli.

- Pani Cruz?

Słysząc swoje nazwisko, kobieta znów zaczęła łkać. Tym razem Eve i pies wymienili lekko zniecierpliwione spojrzenia.

Eve usiadła naprzeciwko plączącej i powiedziała kategorycznym tonem:

- Proszę przestać.

Widocznie przyzwyczajona do wykonywania poleceń, służąca natychmiast zdusiła szloch.

- Jestem kompletnie wytrącona z równowagi - usprawiedliwiła się. - Panna Tiara. Biedna panna Tiara.
- Tak, bardzo mi przykro. Od dawna pani u niej pracuje?
- Od pięciu lat.
- Wiem, że to niełatwe, ale musi pani odpowiedzieć na kilka pytań. Pomoże mi to ustalić, kto zrobił to pannie Tiarze.
- Rozumiem. - Kobieta przycisnęła rękę do serca. - Proszę pytać.
- Ma pani klucze i zna pani hasła dostępu do mieszkania?
- Tak, naturalnie. Przychodzę codziennie, kiedy panna Tiara jest w mieście, i trzy razy w tygodniu podczas jej nieobecności.
- Kto poza tym ma dostęp do mieszkania?
- Nikt. No, może panna Daffy. Nie jestem pewna.
- Panna Daffy?
- Przyjaciółka panny Tiary, Daffodil Wheats, jej najlepsza przyjaciółka. Chyba że się pokłócą. Wtedy panna Caramel jest jej najlepszą przyjaciółką.
- Kpi sobie pani ze mnie? Co to za imiona?

Kobieta zamrugała podpuchniętymi, czerwonymi powiekami.

- Jakże bym śmiała kpić, proszę pani.
- Pani porucznik - poprawiła ją Eve. - W porządku, czyli panie Daffodil i Caramel były przyjaciółkami panny Kent. A jacyś mężczyźni? Spotykała się z jakimiś mężczyznami?
- Spotykała się z wieloma mężczyznami. Była taka piękna, taka młoda i taka pełna życia, że...
- Chodzi mi o kochanków, pani Cruz - przerwała Eve ten pean, widząc, że do oczu jej rozmówczyni napłynęły świeże łzy. - Interesuje mnie ostatni okres.
- Proszę mi mówić Estella. Lubiła mężczyzn. Jak powiedziałam, była młoda i pełna życia. Nie znam ich wszystkich... Z niektórymi związana była bardzo krótko, z innymi dłużej. Ale zdaje mi się, że przez ostatni tydzień, może dwa spotykała się tylko z jednym.
- To znaczy z kim?
- Nie wiem. Nigdy go nie widziałam. Ale zorientowałam się, że panna Tiara znów jest zakochana... Częściej się śmiała, tańczyła w mieszkaniu i... - Wydawało się, że Estella przez chwilę zmagała się ze swoim poczuciem dyskrecji.
- Wszystko, co mi pani powie, może pomóc w śledztwie - przypomniała jej Eve.
- Tak. No więc... Gdy się kimś opiekujemy, wiemy, kiedy ten ktoś jest... intymnie z kimś związany. Od tygodnia albo i dłużej każdą noc spędzała z mężczyzną.
- Ale nigdy go pani nie widziała.
- Nigdy. Przychodzę codziennie o ósmej rano, wychodzę o szóstej, chyba że jestem potrzebna dłużej. Nigdy go tu nie było podczas mojej obecności.
- Czy panna Tiara miała zwyczaj wyłączać alarm, kiedy była w domu?
- Nie, nigdy tego nie robiła. - Estella zdecydowanie pokręciła głową. - Nigdy nie wolno go było wyłączać. Nie rozumiem, dlaczego to zrobiła. Kiedy przyszłam dziś rano, zobaczyłam, że alarm został wyłączony. Pomyślałam, że doszło do jakiejś awarii i panna Tiara będzie zła. Zadzwoniłam na dół, żeby zgłosić problem, jeszcze zanim poszłam na górę, do sypialni.
- Czyli przyszła pani o ósmej, stwierdziła pani, że alarm jest wyłączony, zgłosiła to pani ochronie, po czym udała się na górę. Czy zawsze po przyjściu kieruje się pani prosto do sypialni panny Tiary?
- Tak, idę po Biddy’ego. - Estella się nachyliła i trąciła nosem mordkę psa. - Żeby go wyprowadzić na poranny spacer, a potem dać mu jeść. Panna Tiara zwykle śpi do jedenastej. - Zmarszczyła brwi. - Ostatnio nawet dłużej, odkąd ma... nowego przyjaciela. Czasami schodziła na dół dopiero po południu i kazała zasłaniać wszystkie okna. Mówiła, że chce, by cały czas była noc. Niepokoiło mnie to, bo stała się bardzo blada i nie miała apetytu. Ale pomyślałam sobie, że to dlatego, iż jest zakochana.

Estella westchnęła głęboko.

- Dziś rano Biddy nie czekał pod drzwiami sypialni, jak to ma w zwyczaju. Wślizgnęłam się więc bardzo cichutko do środka. Szedł w stronę drzwi, ale jakoś dziwnie stąpał.

Eve spojrzała na psa, marszcząc czoło.

- To znaczy?
- Wyglądał, jakby... Pomyślałam sobie: Biddy sprawia wrażenie pijanego. Musiałam siłą powstrzymać się od śmiechu, tak pociesznie wyglądał. Zrobiłam kilka kroków i wciągnęłam powietrze nosem... Najpierw poczułam zapach świec. Więc pomyślałam sobie, że panna Tiara spędziła noc z kochankiem. Ale potem poczułam jeszcze jakiś zapach, dość intensywny. Zdaje mi się, że to był zapach krwi - powiedziała i do oczu znów napłynęły jej łzy. - To musiał być zapach krwi i... panny Tiary. Poczułam jej zapach, a kiedy spojrzałam na łóżko, zobaczyłam ją. Zobaczyłam moje biedne maleństwo.
- Czy czegoś pani dotykała, Estello? Czy dotknęła pani czegokolwiek w sypialni?
- Nie, nie. Tak. Biddy’ego. Złapałam Biddy’ego. Właściwie nie wiem dlaczego, po prostu złapałam małego Biddy’ego i wybiegłam. Nie żyła... Ta krew, jej twarz, jej oczy, wszystko. Musiała nie żyć. Wybiegłam z krzykiem i wezwałam ochronę. Pan Tripps pojawił się bardzo szybko i natychmiast poszedł na górę. Po minucie zszedł, żeby zadzwonić na policję.
- Czy może pani stwierdzić, czy czegoś brakuje?
- Wiem, co trzyma w domu. Nie zauważyłam... - Przygnębiona Estella rozejrzała się po pokoju. - Nie sprawdzałam.
- Poproszę panią, żeby najpierw obejrzała pani biżuterię panny Tiary. Zna pani jej biżuterię?
- Naturalnie. Każdy klejnot. Czyszczę je, ponieważ panna Tiara nie ma zaufania do...
- Dobrze, od tego zaczniemy.

Eve wysłała Estellę do garderoby w towarzystwie dwóch policjantów, którzy mieli wszystko nagrywać, a sama robiła notatki, ustalając kolejność wydarzeń, kiedy odszukała ją Peabody.

- Tripps zeznał, że służąca skontaktowała się z ochroną o ósmej zero dwie i poinformowała, że alarm nie działa. Ponownie zadzwoniła o ósmej zero dziewięć, bliska histerii. Przyszedł, zajrzał na górę, stwierdził, że panna Tiara nie żyje, i wezwał policję. Czas się zgadza.
- Tak, masz rację. Co powiedział na temat awarii alarmu?
- Powiedział - i ma to udokumentowane - że Kent go powiadomiła, iż wyłączy alarm około północy i uruchomi go ponownie, kiedy zechce. Odradził jej to, ale odparła, żeby pilnował własnego nosa. Wyłączała alarm każdego wieczoru przez osiem ostatnich dni, ale o różnych porach. Uruchamiała go ponownie przed świtem.

Eve w zamyśleniu postukała palcami w notebook.

- Czyli że jej przyjaciel nie chciał, by go zarejestrowały kamery. Nakłonił ją, żeby je wyłączała, wjeżdżał na górę prywatną windą i opuszczał mieszkanie w ten sam sposób. Ta kobieta musiała być bezdennie głupia.
- Cóż, nie zyskała popularności dzięki swej inteligencji.

Eve rzuciła Peabody spojrzenie. Jeśli chodzi o plotki i popkulturę, jej partnerka zwykle była na bieżąco.

- A dzięki czemu?
- Włóczeniu się po nocnych klubach, podróżowaniu wahadłowcami, zakupom, skandalom. Przypuszczam, że z tych samych powodów, co wszystkie dzieciaki superbogaczy. Była przedstawicielką czwartego pokolenia... Wydaje mi się, że czwartego... Wiele razy się zaręczała, wiele razy zrywała zaręczyny, zwykle publicznie, z hukiem. Chodziła na premiery, latała wahadłowcami do każdej akurat modnej miejscowości. Wszędzie jej było pełno. Codziennie można było coś o niej przeczytać w jednym z brukowców lub obejrzeć na którymś z kanałów plotkarskich czy poświęconych życiu wyższych sfer.
- Z kim się zadawała ostatnio i dlaczego rozmawiałam ze służącą, by się czegoś dowiedzieć o stylu życia Kent, skoro mam ciebie?
- No cóż, przyjaźni się z Daffy Wheats i Caramel Lipton, niedawno zerwała zaręczyny z Romanem Gramaldim z Zurychu. A zadaje się z młodymi, bogatymi i szukającymi guza.
- No i znalazła guza - zauważyła Eve. Uniosła wzrok, kiedy Estella wpadła do pokoju.
- Brakuje wisiorka, tego z niebieskim brylantem, i bransoletek, i kolczyków z turkusami i szmaragdami. Nigdzie ich nie ma. - Głos miała tak ostry, że można było nim ciąć szkło. - Obrabował moje biedactwo, obrabował i zabił.

Eve podniosła w górę palec, żeby przerwać tę tyradę.

- Czy ma pani zdjęcia zaginionych przedmiotów?
- Ależ naturalnie. Firma ubezpieczeniowa...
- Będą mi potrzebne. Proszę o zdjęcia wszystkich brakujących rzeczy. - Zaczekała, aż Estella pospiesznie wyszła, i uśmiechnęła się ponuro. - To był błąd. Wcześniej czy później pojawi się gdzieś duży, niebieski brylant. Kiedy zbierzemy wszystkie informacje, powiadomimy najbliższych krewnych. A potem chciałabym sobie uciąć pogawędkę z Daffy.

 

Rozdział 2

 

Matka Tiary mieszkała ze swoim czwartym mężem w Rzymie, a ojciec aktualnie spędzał wakacje na Olympusie ze swoją obecną narzeczoną. Poinformowano ich telefonicznie o tym, co się stało.

Eve zostawiła techników, by dokończyli zabezpieczanie miejsca zbrodni, a sama udała się razem z Peabody na rozmowę z Daffodil Wheats.

Jeszcze jeden luksusowy apartament, pomyślała, jeszcze jedna niesamowicie bogata, młoda blondynka. Wyciągnęła odznakę i pokazała ją kolejno portierowi, ochroniarzowi, a na końcu służącej, która mogła być klonem Estelli Cruz. Okazało się, że jest jej siostrą.

Mieszkanie, odrobinę mniejsze od apartamentu Tiary, urządzono z nieco większym smakiem. Zaczekały w salonie, w którym królowały śmiałe, ostre kolory, kiedy Martine Cruz poszła na górę, żeby obudzić swoją panią i poinformować, że chce z nią rozmawiać policja.

- Co się o niej mówi, Peabody?
- Hmmm... Zdaje się, że należy do trzeciego pokolenia bogaczy. Nie aż tak nadziana, jak ofiara, ale nie musi się martwić o to, co włożyć do garnka. Rodzina dorobiła się fortuny chyba na tekstyliach. Tak czy owak, to kolejna balangowiczka i stała bohaterka kanału plotkarskiego.
- Kto by chciał tak żyć? - zapytała Eve.
- One chcą. - Peabody wzruszyła ramionami. - Jak się ma tyle forsy, to można sobie kupić prywatność, jeśli tylko się chce.

Eve przypomniała sobie liczne lustra i lśniące tafle w mieszkaniu Tiary.

- To ludzie, którzy lubią siebie oglądać.

- Tak. Jeśli Daffy i ofiara nie były akurat pokłócone, co im się regularnie zdarzało, wszędzie pokazywały się razem. Razem się bawiły, razem podróżowały, krążyły również plotki, że dzieliły się facetami, a może w tym samym czasie obie zadawały się z tymi samymi. Przyjaźnią się od dziecka. Ojciec ofiary był mężem matki Daffy albo mieszkali razem - nie pamiętam dokładnie. W każdym bądź razie trwało to kilka lat.

- Mały, zepsuty, zamknięty świat.

Eve uniosła wzrok. Daffodil Wheats miała krótkie, jasne włosy, zaspane, niebieskie oczy i nadąsaną minę. Niedbale owinęła się w czarny, jedwabny szlafroczek, sięgający jej do połowy ud, więc białe, duże piersi bawiły się w „a kuku”, kiedy szła po srebrnych kręconych schodach.

- O co chodzi? - zapytała niewyraźnie, a potem opadła na jaskrawoczerwoną kanapę i ziewnęła.
- Daffodil Wheats? - upewniła się Eve.
- Tak, tak. Boże, ledwo świta. Martine! Dawaj tę mochę! Wróciłam do domu o czwartej - wyjaśniła, przeciągając się jak kotka. - Nie zrobiłam nic, co jest zabronione, więc czemu zawdzięczam wizytę policji?
- Zna pani Tiarę Kent?
- Do diabła, co Tee znów nabroiła? - Zgarbiła się, najwyraźniej znudzona. - Proszę posłuchać, wpłacę za nią kaucję, chociaż ostatnio zachowuje się jak jędza. Ale najpierw muszę się napić kawy. Mocha, mocha, mocha! - krzyknęła jak tłum na Arena Bali.
- Z przykrością zawiadamiam panią, że Tiara Kent nie żyje.

Daffy lekko zmrużyła zaspane oczy, a potem teatralnie wzniosła wzrok do góry.

- Och, nie wygłupiajcie się. Powiedzcie Księżniczce Jędzy, że wyciągnięcie z łóżka i ujawnienie tej rewelacji mnie nie rozśmieszyło. Dzięki Bogu! Dziękuję, Martine. Uratowałaś mi życie. - Posłała służącej całusa, biorąc wysoką, białą filiżankę z parującym napojem.
- Posłuchaj, Daffy. - Ton głosu Eve sprawił, że dziewczyna ze zdumienia zamrugała powiekami. - Twoją przyjaciółkę zamordowano ostatniej nocy w jej własnym łóżku. Więc albo doprowadzisz się do porządku i, na litość boską, zakryjesz cycki, albo dokończymy tę rozmowę na komendzie.
- To wcale nie jest zabawne. - Daffy wolno opuściła filiżankę. - Nie wolno sobie robić żartów z tak poważnej sprawy. - Dłoń, w której trzymała filiżankę, zadrżała, kiedy Daffy wyciągnęła drugą rękę do Martine. - Martine, zadzwoń do Estelli. Zadzwoń do niej natychmiast i niech poprosi do telefonu Tiarę.
- Tiara nie może podejść do telefonu - odezwała się Peabody znacznie łagodniejszym tonem. - Panna Kent tej nocy została zabita we własnym mieszkaniu.
- Moja siostra - jęknęła Martine, ściskając dłoń Daffy.
- Pani siostrze nic nie jest - uspokoiła ją Peabody. - Proszę bardzo, może pani do niej zadzwonić.
- Panno Daffy...
- Dzwoń, dzwoń - powiedziała szorstko Daffy. Gdzieś zniknęła młoda, znudzona balangowiczka. Jej miejsce zajęła zaszokowana, młoda kobieta, drżącą ręką ściskająca poły szlafroczka. - Dzwoń, dzwoń. A więc to nie żart, Tee nie płata mi głupiego figla? Nie żyje?

- Tak jest.

- Ale... Nie rozumiem, jak to możliwe. Ma zaledwie dwadzieścia trzy lata. Nie umiera się w wieku dwudziestu trzech lat. Często się kłócimy. Nie będziemy mogły już tego robić, jeśli Tiara nie żyje. Jak... Zabita? Powiedziała pani, że ktoś zabił Tee?

Eve usiadła na błyszczącym, białym stoliku ustawionym naprzeciwko kanapy.

- Ostatnio spotykała się z kimś.
- Co? Tak. Ale... - Daffy rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem. - Co?

Eve wzięła filiżankę mochi ze sztywnych palców Daffy i odstawiła ją na bok.

- Czy zna pani nazwisko mężczyzny, z którym ostatnio spotykała się Tiara?
- Ja... Nazywała go księciem. Często wymyślała przezwiska dla swoich facetów. Ten został Księciem. Czasami nazywała go też Księciem Ciemności. - Daffy przycisnęła dłonie do oczu, a potem złapała się za głowę. - Spotykała się z nim zaledwie od tygodnia, może dwóch. Trudno mi zebrać myśli. - Zaczęła masować sobie skronie, jakby cały czas musiała mieć jakieś zajęcie dla rąk. - Trudno mi zebrać myśli.
- Czy może go pani opisać?
- Nigdy go nie widziałam. Miałam go poznać, ale nie poznałam. Pokłóciłyśmy się - powtórzyła, po jej policzkach popłynęły łzy.
- Proszę mi powiedzieć, co pani o nim wie.
- Czy ją skrzywdził? - Głos jej się załamał, kiedy zadawała to pytanie, łzy zaczęły lecieć ciurkiem. - Czy to on zabił Tee?
- Chciałybyśmy z nim porozmawiać. Proszę nam powiedzieć wszystko, co pani o nim wie.
- Poznała... Poznała go w jakimś klubie w podziemiach. Miałam tam pójść razem z nią, ale coś mnie zatrzymało i zapomniałam. Miałyśmy się tam spotkać.
- Gdzie? - zapytała Eve.
- Hmmm... To kultowy klub, w podziemiach, zdaje się, że niedaleko Times Square. Nie pamiętam, jest ich tak dużo. - Kiedy Peabody podała jej chusteczki, Daffy spojrzała na nią żałośnie i z wdzięcznością. - Dziękuję. Dziękuję pani. Kiedy nie przyszłam, Tee zadzwoniła do mnie koło jedenastej i wtedy się pokłóciłyśmy. O to, że zapomniałam, a jeszcze o faceta, którego akurat poderwałam i z którym postanowiłam spędzić wieczór w South Beach. Już tam byłam, jak do mnie zadzwoniła.

Wzięła głęboki oddech, nachyliła się, żeby sięgnąć po filiżankę mochi, i zaczęła ją wolno popijać.

- No więc przyznaję. - Zrobiła kilka wdechów i wydechów. - To ja zawaliłam sprawę, więc następnego dnia przeprosiłam Tee. Cały czas mówiła o tym facecie, tym swoim Księciu. Ale wyglądała jakoś dziwnie, więc wiedziałam, że znów bierze.

Daffy zacisnęła usta.

- Ja jestem czysta i muszę pozostać czysta. Ojciec nadal ma kontrolę nad moimi finansami. Powiedział, że jeśli znów wpakuję się w kłopoty, to mnie wydziedziczy. I wcale nie żartuje, więc... Cholera, jesteście z policji. Nie zamierzam wam imponować, więc powiem prosto z mostu: i bez ultimatum ojca przestałabym łykać prochy, bo mam ich zwyczajnie dość.
- W przeciwieństwie do Tiary - zauważyła Eve.
- Tee zawsze przesadza. Taka już jest. Zawsze próbuje przesuwać granice, a potem szuka kolejnego wyzwania. - Daffy, osuszając łzy, zdobyła się na blady uśmiech. - Ale wie, że ja muszę pozostać czysta. Ćpała, lecz sześć miesięcy temu w geście solidarności ze mną obiecała, że z tym skończy. Uroczyście sobie to przysięgłyśmy. Dlatego byłam taka wkurzona.
- Co takiego brała? - spytała Eve.
- Nie wiem, ale była na haju. Trochę na siebie nakrzyczałyśmy w związku z tym, właściwie głównie ona powtarzała, że muszę z nią pójść do tego klubu, poznać tego faceta i jego przyjaciół. Twierdziła, że jest niesamowity. Że całą noc się z nim pieprzyła i że jeszcze nigdy nie było jej z nikim tak bosko. Tak mi wierciła dziurę w brzuchu, że w końcu dla świętego spokoju obiecałam, że z nią pójdę.

Daffy pokręciła głową i znów się napiła.

- Później pomyślałam, że nawet jeśli ja nic nie wezmę, ona na pewno to zrobi, a mnie się oberwie. Więc zadzwoniłam i powiedziałam, że nie wybiorę się z nią, ale możemy się spotkać z tym gościem gdzieś indziej. Nic z tego. Albo w jego klubie, albo nigdzie.
- W jego klubie?
- Nie w tym sensie, że jest jego właścicielem. Chociaż może i jest. Nigdy mi tego nie powiedziała, a ja nie pytałam. Ale była zła, że nie chciałam z nią pójść, Carm do przyszłego miesiąca będzie w Nowym Los Angeles, więc nie mogła wyciągnąć jej zamiast mnie.

Eve czekała; Daffy zamilkła, wpatrując się w mochę, której tak rozpaczliwie jeszcze przed chwilą pożądała.

- Czy wie pani, czy ktoś poszedł z nią do tego klubu? Może jakaś inna wasza wspólna przyjaciółka?
- Nie sądzę. Nigdy od nikogo nie słyszałam o tym klubie, tylko od Tee. Tak czy owak, nie rozmawiałyśmy przez kilka dni, a wczoraj przyszła do mnie jeszcze wcześniej, niż wy teraz. Coś tak tuż po wschodzie słońca. Wyglądała koszmarnie. Blada, szkliste oczy. Znów ćpała, a przedtem była przecież czysta przez całe sześć miesięcy. Jeszcze była na haju, mówiła jak pokręcona. Powiedziała, że będzie żyła wiecznie. Śmiała się i żartowała. Ona i jej Książę będą żyli wiecznie. Miała do mnie pretensje, że ją zlekceważyłam. Prosiłam ją, żeby została u mnie, ale nie chciała. Powiedziała, że jeszcze pożałuję, że nie wykorzystałam swojej szansy. Teraz Książę zabierze tylko ją.
- Dokąd ją zabierze? - zapytała Eve.
- Nie wiem. Gadała bez ładu i składu. Powiedziałam pani, że była na haju. Wkurzyłam się na nią, zaczęłyśmy na siebie krzyczeć, potem wypadła jak burza. A teraz nie żyje.
- Wtedy ostatni raz pani ją widziała i z nią rozmawiała?
- Tak. Czy coś jej zrobił? Nie... Nie powiedziała pani, jak Tee umarła. Czy coś jej zrobił?
- Przykro mi, ale nie mogę jeszcze tego ujawnić.
- Była taka nieodporna na ból. - Daffy otarła policzek wierzchem dłoni. - Mam nadzieję, że nie cierpiała. Powinnam była pójść z nią wtedy wieczorem do tego klubu. Gdybym wybrała się tam, a nie do South Beach, może... Czy to moja wina? Powinnam lepiej się nią opiekować. Tak łatwo pakowała się w kłopoty. Czy to moja wina?
- Nie, to nie pani wina.
- Była ode mnie prawie o rok starsza, ale to ja się nią opiekowałam... Głównie. Mogłam ją odciągnąć od skraju przepaści, kiedy za daleko się posunęła. Ale nie zrobiłam tego. Powiedziałam jej tylko, że zachowuje się jak idiotka albo coś w tym guście. Tylko Tee naprawdę była zdolna wierzyć w wampiry.
- W wampiry? - powtórzyła za nią Eve, a Peabody aż wstrzymała oddech.

- Tak. To miało związek z tym księciem, Księciem Ciemności. I życiem wiecznym. Rozumie pani? - Daffy roześmiała się szorstko, ale bardziej przypominało to zduszony szloch. - Uważała, że ten facet to pieprzony wampir, że ją też przemieni w wampirzycę, więc stanie się nieśmiertelna. A ten cały klub był właśnie dla ludzi, którzy chcieli zostać wampirami. Krwawa łaźnia! Przypomniałam sobie. Nazywa się „Krwawa Łaźnia”. Kto, do jasnej cholery, chciałby chodzić do klubu o takiej nazwie? - Znów otarła łzy. - Tylko Tee.

*

- A nie mówiłam? Od razu wiedziałam, że to sprawka wampira. - Zadowolona z siebie Peabody skinęła głową, kiedy wychodziły z budynku.
- A nasza ofiara będzie głęboko rozczarowana, że już na zawsze pozostanie martwa. Odszukaj ten klub. Bardzo bym chciała uciąć sobie krótką pogawędkę z tym Księciem Ciemności.
- Nie, żebym wierzyła w nieumarłych czy coś z tych rzeczy. - Peabody wsunęła się na miejsce dla pasażera. - Ale cóż szkodzi, kiedy już zlokalizujemy tego faceta, przesłuchać go w dzień. W pomieszczeniu z dużą ilością światła słonecznego.
- Jasne. I zamówić trochę czosnku i osikowych kołków, skoro już o tym mowa.
- Naprawdę?
- Nie. - Eve włączyła się do ruchu. - Peabody, sięgnij w głąb siebie i znajdź tam zdrowy rozsądek, choćby bardzo ci się wymykał z rąk. Odszukaj ten klub. A teraz odwiedzimy kogoś, kto wie wszystko o umarłych.

*

Główny lekarz sądowy Morris rzucił Eve swobodny uśmiech znad nagich zwłok Tiary Kent. Miał na sobie elegancki garnitur koloru dobrego wina bordo i krawat cienki jak słomka. Ciemne włosy splótł misternie w warkocz, który następnie zwinął na karku.

Eve często sobie myślała, że klienci Morrisa nie mogą docenić jego wyszukanej elegancji.

- Mam dziś małe opóźnienie - oznajmił. - Zleciłem analizę toksykologiczną, tak jak sobie życzyłaś. Niebawem powinniśmy otrzymać wyniki.

Eve spojrzała na zwłoki. Morris jeszcze ich nie rozciął.

- Co możesz mi powiedzieć na podstawie wstępnych oględzin?
- Pani porucznik, ta kobieta nie żyje.
- Peabody, zapisz to. Mamy martwą kobietę.
- Z idealnie zoperowanymi piersiami - dodał Morris. - I pierwszorzędnie zrobionym brzuchem oraz pośladkami.
- Jezu, miała zaledwie dwadzieścia trzy lata. Kto potrzebuje operacji plastycznych i nowych cycków w wieku dwudziestu trzech lat?

Peabody uniosła rękę, na co Eve rzuciła jej zimne spojrzenie.

- Nie masz dwudziestu trzech lat.
- Zgoda, jestem od niej parę lat starsza, ale jeśli ktoś zaproponowałby darmowe operacje pośladków, to jestem pierwsza w kolejce.
- Pani detektyw, ma pani bardzo zgrabny tyłeczek - zapewnił Morris i Peabody się rozpromieniła.
- Och, dziękuję.
- Może teraz wrócimy do naszych obowiązków służbowych? - zaproponowała Eve. - Na stole leży martwa kobieta.
- Tiara Kent, balangowiczka. Żyć intensywnie, umrzeć młodo. - Morris dotknął monitora, żeby powiększyć obraz ran na szyi. - To jedyne obrażenia zewnętrzne. Przez te dwa nakłucia w arterię szyjną ofiara została pozbawiona krwi. Żadnych widocznych śladów, świadczących o tym, że była skrępowana. Żadnych śladów walki. Najwyraźniej leżała, pozwalając, by wypił z niej całą krew.
- Wypił. - Peabody głośno wciągnęła powietrze nosem. - Widzisz? Ugryzienie wampira.

Morris wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Niemożliwością jest powstrzymać się od takich skojarzeń, prawda? Piękna, młoda blondynka uwiedziona przez Księcia Ciemności lub jednego z jego sług. Uległa jego wdziękowi i pozwoliła, by wypił całą jej krew. Jak na komendę pojawia się mgła i zapada mrok.
- Nie zapomnij o przyprawiającej o gęsią skórkę muzyce - dodała Eve.
- Naturalnie. Ale raczej skłaniam się ku temu, że nafaszerowano ją narkotykami, a te rany kłute zadano jej sztucznymi kłami podczas stosunku płciowego. - Morris uniósł brwi, spoglądając na ciało. - Oczywiście mogę się mylić, a nasza denatka zerwie się wkrótce po zachodzie słońca i przerazi śmiertelnie pracowników nocnej zmiany.
- Pozostańmy przy pierwszej hipotezie - postanowiła Eve. - Jeśli rzeczywiście ją ugryzł, powinniśmy uzyskać DNA. Tak samo, jeśli kochał się z nią bez peleryny. Założę się, że nawet wampiry mają kod genetyczny.
- Wyślę próbki do laboratorium.
- Facetowi udało się ją przekonać, że może jej ofiarować nieśmiertelność. - Eve ostatni raz rzuciła okiem na Tiarę Kent. - Teraz trafi do stalowego pojemnika w chłodni.

 

Rozdział 3

 

- Mam ten klub. - Peabody studiowała dane na swoim laptopie, kiedy jechały na komendę. - Daffy miała rację, to w pobliżu Times Square. Znajduje się pod Broadwayem. Są też godziny otwarcia. Od zachodu do wschodu słońca. - Delia spojrzała na Eve. - Pora grasowania wampirów.

- Właściciel?
- Korporacja „Wieczność”, na tej stronie nie jest wymieniony żaden właściciel ani menedżer.
- Kop dalej - poleciła Eve.
- Właśnie to robię. Jedziemy teraz do tego klubu?
- Jeśli facet jest stałym bywalcem lokalu, pracuje w nim albo jest właścicielem, nie będzie go tam, kiedy klub jest zamknięty. Wybierzemy się do tego miejsca po zapadnięciu zmroku.
- Wiedziałam, że to powiesz. Nie boisz się przynajmniej odrobinę? Ostatecznie ten facet żłopie krew. W najlepszym wypadku.
- Może tak, a może nie.

Eve zatrzymała się na światłach i patrzyła, jak jedni pędzą przed siebie, inni idą noga za nogą, a jeszcze inni przepychają się w tłumie na przejściu dla pieszych. Zobaczyła parę transwestytów w obcisłych kombinezonach obszytych cekinami, ważącego pewnie ze sto sześćdziesiąt kilogramów turystę w workowatych szortach, obwieszonego tyloma kamerami i aparatami fotograficznymi, że musiały ważyć chyba tyle, co on sam, dzieciaka w czerwonej pelerynie i mycce, lawirującego między przechodniami na desce powietrznej, oraz mima.

Nowy Jork serdecznie witał wszelkich dziwaków i oryginałów, jacy istnieli na tym świecie. Samozwańczy wampir doskonale by się tutaj czuł.

- Na pościeli było nie więcej niż pół litra krwi - ciągnęła Eve, kiedy zmieniły się światła. - Obojętne mi, jak spragniony jest jakiś pseudowampir, ale nie uwierzę, by wyżłopał więcej niż cztery litry krwi za jednym posiedzeniem.
- Racja. Racja. W takim razie...
- Zabrał ją ze sobą.
- Zmuszona jestem zawołać: IIUUU!
- W butelce, w torbie. Może ją sprzedaje, może ją gromadzi, może się w niej kąpie. Ale przyszedł przygotowany. - Skręciła do garażu w podziemiach komendy. - Więc rozpracujemy go. Co można zrobić z kilkoma litrami ludzkiej krwi? Sprawdźmy, czy jest na nią zapotrzebowanie na czarnym rynku. Mamy też spis i zdjęcia biżuterii, którą zabrano z mieszkania ofiary. No i klub.

Zaparkowała na swoim miejscu, wysiadła.

- Zobaczymy, co znaleźli technicy, czy w laboratorium udało się uzyskać DNA. Poszukamy podobnych przestępstw, sprawdzimy, czy były już kiedyś takie przypadki.

Kiedy weszły do windy, Eve oparła się o ścianę. W kabinie unosił się zapach kawy i potu. Zapach gliniarzy.

- Ktoś widział ją z tym facetem. Spotykała się z nim w klubie i ktoś widział ich razem. Lubi dreszczyk emocji, daje się wciągnąć. Zaczyna przyjmować go w swoim mieszkaniu na bara-bara. Według mnie mógł ją zabić i okraść, kiedy tylko by zechciał. Ale czekał. I zabrał tylko to, co miała na sobie albo co leżało na wierzchu.
- Jest wybredny i lubuje się w rytuałach. Lubi uwodzić.

Za nimi w kabinie zrobił się ścisk, Eve wysiadła z windy, by skorzystać z ruchomych chodników.

- Idź i spisz to, co już ustaliliśmy. Postaraj się znaleźć nazwisko właściciela lub kierownika klubu. Ja spróbuję się umówić na rozmowę z Mirą, żeby mieć lepsze pojęcie o tym, co nas będzie czekało, kiedy się wybierzemy do „Krwawej Łaźni”.
- Wezmę ze sobą gumową kaczuszkę.

Eve przeszła przez salę wydziału, kierując się do swojego gabinetu. Tak, jak się spodziewała, automatyczna sekretarka była zapchana telefonami od dziennikarzy. Śmierć ulubienicy paparazzich to wyjątkowe wydarzenie, podnoszące wskaźniki oglądalności, pomyślała, i bezlitośnie przesłała wszystkie pozostawione wiadomości do działu współpracy z mediami.

Najpierw spróbowała umówić się z Mirą, ale nadziała się na sekretarkę pani doktor, strażniczkę czuwającą u wrót.

- Dobrze już, dobrze. Jezu! Proszę jej tylko powiedzieć, że zależy mi na pięciu minutach rozmowy, obojętnie kiedy i gdzie. U mnie, u niej, w toalecie. Tylko pięć minut.

Eve się rozłączyła i zamówiła kawę w autokucharzu. Wypisała na tablicy najważniejsze fakty, a potem przyjrzała się chronologii wydarzeń.

Wszedł do środka bez żadnych przeszkód. Właściwie Tiara rozsypała na jego drodze płatki róż. Więcej forsy niż oleju w głowie.

Czy najpierw ją sobie upatrzył, czy też całkiem przypadkiem weszła do tego klubu pewnego wieczoru? Kobieta powszechnie znana, lubiąca zaszaleć. Bardziej sławna dzięki swoim podbojom niż inteligencji.

Żałośnie łatwy cel.

Ale jeśli chodziło jedynie o podryw, dlaczego ją zabijać, do tego uciekając się do akurat takiej metody? Ponieważ podryw miał drugorzędne znaczenie, doszła do wniosku Eve. Głównym celem było zabójstwo.

Spojrzała w kierunku jedynego malutkiego okienka, za którym panował słoneczny, wiosenny dzień, by ocenić, ile czasu zostało do zachodu słońca.

Zastanawiając się nad tym, skrzywiła się i znów wzięła swoje łącze. Przypomniała sobie, że jest nie tylko policjantką, ale również żoną. Obowiązują ją pewne zasady.

Wybrała zastrzeżony numer Roarke’a, zamierzając zostawić wiadomość w poczcie głosowej, że wróci późno, ale odebrał po pierwszym sygnale. Na wyświetlaczu pojawiła się twarz, której widok wywoływał dziwne ciepło w jej brzuchu.

Okalały ją ciemne włosy. Kiedy patrzył na nią tymi swoimi niebieskimi oczami, serce zaczynało jej szybciej bić, chociaż upłynęły już dwa lata od dnia, gdy pierwszy raz spojrzał na nią w taki sposób. Kąciki jego idealnie wykrojonych ust uniosły się lekko, kiedy powiedział: „Pani porucznik” z lekkim, ledwo wyczuwalnym irlandzkim akcentem.

- Co się stało, że nie jesteś zajęty kupowaniem Australii?
- W tej chwili mam przerwę między nabywaniem kolejnych kontynentów. Zdaje się, że następna w kolejce jest Azja. A co u ciebie?
- Wszystko w porządku. Wiem, że na dzisiejszy wieczór coś sobie zaplanowaliśmy...
- Zdaje się, że kolację, a następnie partyjkę pokera na golasa.
- O ile sobie przypominam, miał to być rozbierany poker.
- Bardzo szybko będziesz naga. Ale domyślam się, że partyjka zostanie przełożona. Prowadzisz śledztwo w sprawie śmierci Tiary Kent.
- Już o tym słyszałeś?
- O niegrzecznej dziewczynce-multimilionerce, zamordowanej we własnym, luksusowym apartamencie? - Uniósł brwi. - Wieści szybko się rozchodzą. Jak umarła?
- Od ugryzienia przez wampira.
- Znowu? - powiedział, czym ją rozśmieszył.
- Wierzyła w jakieś brednie o wampirach, no i zginęła od ugryzienia wampira. Muszę pójść do klubu, gdzie prawdopodobnie poznała swojego zabójcę. Otwierają go dopiero po zachodzie słońca, więc wrócę późno.
- Niemal równie ciekawe, jak rozbierany poker. Spotkamy się w komendzie o szóstej. Najdroższa Eve - ciągnął, nie dając jej dojść do głosu - chyba się nie spodziewasz, że nie skorzystam z okazji towarzyszenia mojej żonie do jaskini nieumarłych.

Zastanowiła się chwilkę. Przyda jej się. Jak zawsze. Poza tym jeszcze jedna para oczu i jeszcze jeden zestaw instynktownych odruchów mogą okazać się bardzo użyteczne pod ziemią.

- Tylko się nie spóźnij.
- Wyjdę dużo wcześniej. Czy po drodze mam się zaopatrzyć w czosnek i krzyże?
- Zdaje się, że Peabody już się o to stara. Do zobaczenia - powiedziała i się rozłączyła.

Siedząc za biurkiem, zadzwoniła do laboratorium, by pogonić pracowników, po czym wzięła się do lektury tekstów na temat wampirów. Przerwała, kiedy Peabody wsunęła głowę przez drzwi.

- Wiedziałaś, że są dziesiątki stron poświęconych wampiryzmowi, a na każdej są instrukcje, jak pić krew ofiary?

Peabody przechyliła głowę.

- Dlaczego tak cię to dziwi?
- Sama często powtarzam, że ludzie to pijawki, ale nie traktowałam tego tak dosłownie. I interesują się tym nie tylko znudzone dwudziestokilkulatki.
- Mam nazwiska paru osób, które mogą nas zainteresować, ale przyszłam ci powiedzieć, że właśnie przyjechała matka Tiary Kent. Kazałam jednemu z mundurowych zaprowadzić ją do poczekalni.
- Dobra, pójdę do niej, a ty kop dalej. - Eve wstała zza biurka. - Dziś wieczorem będzie nam towarzyszył Roarke.
- Naprawdę? - Na twarzy Peabody pojawił się wyraz ulgi, zanim zdążyła to ukryć. - Nie zaszkodzi, jak będzie nas więcej, kiedy udamy się pod ziemię.
- On będzie tylko obserwatorem-przypomniała jej Eve. - Czekam na telefon od Miry. Jeśli zadzwoni, powiadom mnie.

Eve poznała Iris Francine w chwili, kiedy weszła do poczekalni pełnej automatów do sprzedaży napojów oraz stolików i krzeseł tak zaprojektowanych, że po pięciu minutach siedzenia na nich drętwiał tyłek.

Córka odziedziczyła po niej blond włosy, zielone oczy i drobnokościstą sylwetkę.

Iris siedziała z mężczyzną, który trzymał ją za rękę. Eve uznała, że to czwarty mąż, Georgio Francine. Według Eve wydawał się młodszy o kilka lat od swojej żony; był śniady i pełen zmysłowego uroku, ona zaś eteryczna i elegancka.

Ale od razu się zorientowała, że tworzą całość. Jak dwie połówki jabłka.

- Pani Francine, jestem porucznik Eve Dallas.

Iris spojrzała na Eve znużonym wzrokiem. Eve dostrzegła w jej oczach smutek, poczucie winy i zwykłe zmęczenie.

- To pani kieruje... Kieruje dochodzeniem w sprawie tego, co spotkało Tiarę.
- Zgadza się. - Eve odsunęła krzesło. - Bardzo mi przykro w związku z pani stratą.
- Dziękuję. Czy będę mogła ją zobaczyć?
- Zadbam o to.
- Czy może mi pani powiedzieć, jak ona... Co jej się stało? - Oddech Iris stał się nierówny i musiała dwa razy wolno nabrać powietrza w płuca, żeby się uspokoić. - Nic mi nie chcą powiedzieć. Taka niewiedza jest jeszcze gorsza od prawdy.
- Dziś w nocy została zamordowana w swoim mieszkaniu. Naszym zdaniem znała zabójcę i sama go wpuściła do środka. Zginęło też kilka sztuk jej biżuterii.
- Czy została zgwałcona?

Eve wiedziała, że rodzice zawsze o to pytają. W przypadku śmierci córki zawsze o to pytają, spoglądając błagalnie, pragnąc usłyszeć odpowiedź przeczącą.

- Odbyła stosunek płciowy, ale sądzimy, że to nie był gwałt.
- Nieszczęśliwy wypadek? - spytała Iris błagalnym tonem, jakby śmierć nie była taka straszna, jeśli jest wynikiem nieszczęśliwego wypadku. - Coś wymknęło się spod kontroli?
- Przykro mi, ale według nas to nie wypadek. Co pani wiadomo o ostatnich poczynaniach córki, o jej znajomych? O mężczyznach w jej życiu?
- Prawie nic. - Iris zamknęła oczy. - Nie kontaktowałyśmy się często. Nie byłam dobrą matką.
- Cara.
- Nie byłam. - Pokręciła głową, kiedy mąż cicho zaprotestował. - Urodziłam ją, jak miałam zaledwie dwadzieścia lat, i nie byłam dobrą matką. - Jej słowa przepełniała gorycz. - Interesowałam się wyłącznie imprezami, przyjemnościami, tym, dokąd pójść wieczorem. Kiedy ojciec Tiary miał romans, to ja też miałam, żeby się odegrać. I tak to trwało, aż znienawidziliśmy się nawzajem i wykorzystywaliśmy ją jak oręż, walcząc ze sobą.

Zwróciła błyszczące oczy ku mężowi, który uniósł ich splecione dłonie do ust i pocałował jej palce.

- Dawne dzieje - powiedział łagodnie. - To dawne dzieje.
- Nigdy mi nie wybaczyła. Dlaczego miałaby mi wybaczyć? Kiedy rozwiodłam się z ojcem Tiary, natychmiast ponownie wyszłam za mąż. Ot, tak. - Iris pstryknęła palcami. - Żeby mu pokazać, że nic dla mnie nie znaczy. Sześć miesięcy później zapłaciłam za swój błąd, ale niczego mnie to nie nauczyło. Gdy w końcu dojrzałam, było za późno. Wolała ojca, który pozwalał jej na wszystko i ze wszystkimi.
- Popełniłaś błąd - tłumaczył jej Georgio - ale próbowałaś go naprawić.
- Niewystarczająco się starałam i za późno. Mamy ośmioletnią córkę - powiedziała Iris do Eve. - Jestem dla niej dobrą matką. Ale Tiarę straciłam dawno temu. Teraz już nigdy jej nie odzyskam. Kiedy rozmawiałyśmy ostatni raz, ponad miesiąc temu, pokłóciłyśmy się. Tego też już nigdy nie naprawię.
- O co się panie pokłóciły?
- Głównie o jej tryb życia. Nie podobało mi się, że tak się marnuje. Ciągle próbowała przesuwać granice. Jej ojciec ponownie się zaręczył z dziewczyną młodszą od Tee. Wpadła w furię, dostała obsesji na punkcie starzenia się i utraty urody. Czy potrafi sobie pani wyobrazić, by dwudziestotrzylatka zamartwiała się czymś takim?
- Nie. - Eve znów przypomniała sobie lustra, stroje, operacje plastyczne Tiary. Niewątpliwie ta młoda kobieta miała bzika na punkcie wszystkiego, co dotyczyło jej osoby. - Czy interesowała się okultyzmem?
- Okultyzmem? Trudno mi powiedzieć. Kilka lat temu płaciła masę pieniędzy różnym mediom. Kiedy była nastolatką, została wyznawczynią kultu wicca, jak wiele dziewcząt, ale oświadczyła, że jest tam zbyt dużo zasad. Zawsze szukała łatwych rozwiązań, magicznego napoju, dzięki któremu wszystko będzie idealne. Czy znajdzie pani jej zabójcę?

- Tak.

Kiedy Eve załatwiała dla państwa Francine środek transportu do kostnicy, zobaczyła, jak wchodzi doktor Mira. Mira skinęła do niej głową i podeszła do automatu sprzedającego napoje.

Eve zauważyła, że Mira znów obcięła włosy, na karku były króciutkie i sprężyste. I ufarbowała je tak, że drobne kosmyki wokół twarzy miały jaśniejszy odcień. Usiadła, elegancka i urodziwa w błękitnym kostiumie, stawiając przed sobą dwie puszki dietetycznej pepsi.

- Iris Francine - powiedziała Mira, kiedy Eve podeszła do niej. - Poznałam ją. Dwadzieścia lat temu jej twarz można było zobaczyć wszędzie. Zawsze uważałam, że jej córka postanowiła prześcignąć matkę w dziedzinie młodzieńczych ekscesów. I zdaje się, że jej się to udało.
- Tak, teraz na pewno przez jakiś czas jej twarz będzie można zobaczyć wszędzie.
- Jestem gotowa się założyć, że w tym przypadku potrwa to nawet dość długo. Wampiryzm. Miałam spotkanie piętro wyżej - wyjaśniła Mira - i postanowiłam odwiedzić cię w twoim gabinecie. Peabody zapoznała mnie z podstawowymi faktami. Śmierć z ręki wampira to rzadki przypadek. Ludzi najbardziej pociąga niebezpieczeństwo, dreszcz emocji, erotyzm. Głównie młodych ludzi. Istnieje taka dolegliwość...
- Syndrom Renfielda. Czytałam o tym. Od osób, które znały ofiarę, dowiedziałam się, że miała skłonności do ryzyka, pragnęła sławy, lubiła skupiać na sobie uwagę i bardzo chciała zachować młodość i urodę. Już poddała się operacjom plastycznym. Do tego trzeba jeszcze dodać bezdenną głupotę. Można to zrozumieć. Nie jest wyjątkiem, miała po prostu więcej pieniędzy od innych i stać ją było na realizację każdego zwariowanego pomysłu. - Eve umilkła, otwierając puszkę pepsi. - Uśmiercił ją w bardzo szczególny sposób, starannie się do tego przygotował i wcale nie próbował niczego ukryć. Zabrał biżuterię, ale to nie był motyw. Poszedł do niej, żeby zrobić dokładnie to, co zrobił, dokładnie tak, jak to zrobił.
- Może odczuwa wewnętrzny przymus - odezwała się Mira. - Jest tak spragniony smaku krwi, że pozbawia jej swoją ofiarę. Masz już wyniki sekcji zwłok?

- Nie.

- Ciekawa jestem, czy stwierdzą, że też piła krew. Jeśli tak, może masz do czynienia z zabójcą, który uważa się za wampira, i który pragnął również ją przemienić w wampira, pijąc jej krew i pozwalając jej pić swoją.
- A jeśli uzna, że za pierwszym razem mu się to nie udało?
- Tak. - Mira spojrzała na Eve swoimi niebieskimi oczami, o ton jaśniejszymi od koloru kostiumu. - Może spróbować znowu. Podniecenie, poczucie siły, szczególnie w połączeniu z seksem i narkotykami, mogą stanowić silny bodziec. A ona bardzo mu ułatwiła zadanie, nawet odniósł korzyść materialną.
- Jak mógł się oprzeć?

- I czemu miałby się opierać? - zgodziła się z nią Mira. - Mógł anonimowo wejść do pilnie chronionego budynku. Więcej władzy, wzmacniającej poczucie, że jest jakąś istotą nadprzyrodzoną. Oddała mu się, odbywała z nim stosunki płciowe, pozwoliła mu pić swoją krew, pozwoliła mu się zabić. Pozwoliła mu się zniewolić, uległa jego urokowi lub zażyła jakieś prochy. Zabrał jej krew z miejsca zbrodni. Może w charakterze pamiątki, trofeum albo jako kolejny dowód swej potęgi. Pragnienie krwi i chęć jej zdobycia. Sądzisz, że ta dziewczyna była pod wpływem narkotyków?

- Tak, chociaż jeszcze nie ma potwierdzenia. Jej najbliższa przyjaciółka twierdzi, że brała, i to ostro przez ostatni tydzień lub coś koło tego.
- Jeśli wypił jej krew, narkotyk dostał się również do jego organizmu. - Widząc, że Eve też już to rozważała, Mira skinęła głową. - Więcej poczucia władzy albo iluzji, że się ją ma. Z tego, co wiesz, poznali się zaledwie tydzień czy dwa temu. To nie była wieczna miłość, jeden ze sposobów idealizowania wampiryzmu.
- Nie rozumiem tego... - przerwała jej Eve. - Znaczy się tego idealizowania.

Mira się uśmiechnęła.

- Bo jesteś na wskroś pragmatyczna. Ale dla niektórych, dla wielu, idea wieczności, poszukiwanie partnera na zawsze, w połączeniu z aktywnością w nocy oraz brakiem czysto ludzkich ograniczeń jest czymś bardzo romantycznym.
- Różni zboczeńcy są na świecie.
- Owszem. Ale to, jak pozostawił zwłoki, jest pozbawione romantyzmu, a nawet zwykłego szacunku. To było zimne, obojętne. Bez względu na to, czy wierzył, czy też nie, że może zrobić z niej wampira, traktował ją w sposób przedmiotowy, była tylko środkiem do celu. Jest młody - ciągnęła Mira. - Ma nie więcej niż czterdzieści lat. Najprawdopodobniej jest zdrowym, atrakcyjnym mężczyzną. Kto pragnąłby wiecznego życia, jeśli oznaczałoby to nudę i niedołęstwo?
- Poza tym ofiara nie zwróciłaby uwagi na kogoś brzydkiego. Była zbyt próżna. W swoim mieszkaniu miała mnóstwo luster.
- Hmmm. Ciekawa jestem, jak pogodziła się z tym, że jako wampirzyca nie będzie mogła oglądać swojego odbicia w lustrze.
- Może przyjmowała do wiadomości tylko to, co chciała.
- Niewykluczone. Jest skrupulatny, oczytany, inteligentny. Zmysłowy. Może być biseksualistą albo wierzy, że nim jest, bo zgodnie z tradycją ludową wampiry odbywają stosunki płciowe z osobami obu płci i piją ich krew. Przynajmniej przez jakiś czas będzie się uważał za niezniszczalnego. A to sprawi, że stanie się bardzo niebezpieczny.

Eve napiła się pepsi i się uśmiechnęła.

- Świadomość, że jestem śmiertelna, czyni ze mnie bardzo niebezpieczną przeciwniczkę.

 

Rozdział 4

 

Eve rzuciła się na raport z badania toksykologicznego, gdy tylko się pojawił. Gapiła się na wyniki. Wezwała przez interkom Peabody i wróciła do studiowania rezultatów badań laboratoryjnych.

- Jestem - zameldowała się chwilę później jej współpracownica, stając na progu gabinetu Eve.
- Raport badania toksykologicznego. Rzuć okiem. - Eve podała jej wydruk, a sama kontynuowała lekturę na monitorze komputera.
- Jasna cholera. To nie kwestia tego, co brała - doszła do wniosku Peabody - tylko raczej tego, czego nie wzięła.
- Halucynogeny, pigułki gwałtu, środki na potencję, tabletki powodujące paraliż, krew ludzka, leki uspokajające, a wszystko to rozpuszczone w winie. Niezły koktajl.
- Nigdy nie widziałam czegoś takiego. - Delia uniosła wzrok znad wydruku. - A ty?
- Nie z aż tylu różnych środków i nie w takim stężeniu. To dla mnie coś nowego. Ale przekażemy ten wynik do zbadania wydziałowi do spraw substancji zakazanych, przekonamy się, czy dla nich to też novum. Z analizy wynika, że wypiła to sama przed wyłączeniem alarmu albo wkrótce potem. Może wiedziała, co pije, a może nie. Ale wypiła to z własnej nieprzymuszonej woli.
- Może nie należy tego mówić, bo nie żyje, ale chyba zasłużyła sobie na pierwszą nagrodę w kategorii „największa idiotka”.
- Mistrzyni wszech czasów. - Eve urwała widząc, że komputer informuje o nadejściu kolejnej wiadomości. - Mamy jeszcze coś. DNA. - Pobieżnie przejrzała dane. - W nasieniu, ślinie i krwi, którą wypiła. Wszystko należy do jednej osoby.
- To dość lekkomyślne z jego strony - zauważyła Peabody.
- Tak. - Eve zmarszczyła czoło, patrząc na monitor. - Bardzo lekkomyślne.
- Można też z tego wyciągnąć wniosek, że nie przejmuje się tym zbytnio, ponieważ jest wampirem. - Peabody wzruszyła ramionami, kiedy Eve na nią spojrzała. - Jest mu obojętne, czy ustalimy, do kogo należy DNA, ponieważ po prostu... Nie wiem... Przemieni się w nietoperza i odfrunie albo rozpłynie się jak smuga dymu.
- Racja.
- Wcale nie twierdzę, że tak myślę, ale może on tak myśli.
- Koniecznie musimy go o to zapytać, kiedy go już odnajdziemy. A na razie przekaż ten koktajl wydziałowi do spraw substancji zakazanych. Ja zajmę się próbą ustalenia, czy w bazie mamy kogoś o identycznym DNA. Może był notowany.

Ale sama w to nie wierzyła. Wiedziała, że nie był lekkomyślny, tylko arogancki. Wcale się nie zdziwiła, kiedy jej poszukiwania okazały się bezowocne.

- Pani porucznik.

Uniosła wzrok i poczuła, jak serce mocniej jej zabiło na widok Roarke’a. Miał na sobie ciemne ubranie, które włożył dziś rano, jeden z wielu szytych na miarę, idealnie na nim leżących garniturów.

- W samą porę - powiedziała.
- Staramy się zadowalać naszych klientów. – Wszedł i przysiadł na skraju jej biurka. - Jak przebiega polowanie na wampira?
- Nie sądzę, żebyśmy musieli zwracać się o pomoc do Van Helsinga. - Kiedy Roarke uniósł brwi i uśmiechnął się szeroko, wzruszyła ramionami. - Zebrałam informacje. No i widziałam kilka z tych starych filmów, które tak lubisz.

- I tak uzbrojeni zapuścimy się do jaskini dzieci nocy. Ani chwili spokoju - dodał i pstryknął palcami tuż przy jej lekko wzburzonych włosach. - Wszystkie media informują o tej sprawie.

- No tak. Należało się tego spodziewać.
- Zauważyłem, że kierująca śledztwem nie wydała oświadczenia.
- Nie zamierzam przyłączyć się do zabawy ani dać satysfakcji temu dupkowi. Wcześniej nieźle się nafaszerowała. Czego tam nie było: Zeus, Erotica, Whore, Rabbit, Stunner, Bliss, Boot i jeszcze kilka substancji, w tym krew zabójcy.
- Cóż za mikstura.

- I coś mi mówi, że to on dostarczył jej ten koktajl, by połechtać jej próżność; wykorzystał jej głupotę, ulżył sobie, a potem spuścił z niej krew, jak się spuszcza olej z zepsutego silnika.

- W jakim celu? - zdziwił się Roarke.
- Na razie mogę tylko powiedzieć, że wykorzystał ją, bo mu na to pozwoliła. I zabił, bo też mu na to pozwoliła. A niebawem zechce to zrobić ponownie.
- Nie sądzisz, że było głupotą z jego strony wybrać sobie na ofiarę kogoś tak znanego?

Zastanowiła się nad tym i musiała przyznać, że dobrze jest być żoną faceta, który potrafi rozumować jak glina.

- Owszem, byłoby rozsądniej, bezpieczniej, obrać sobie na cel jakąś śpiącą w parku na ławce żebraczkę. Ale tak miał więcej frajdy, to było bardziej ekscytujące. Czemu zadowalać się dziwkami czy bezdomnymi, nikim, kiedy można mieć kogoś najlepszego? Poza tym dało mu to dodatkowe korzyści. Licencjonowana prostytutka spod latarni na ogół nie nosi błękitnych brylantów. Uwierz mi, że teraz dodatkowo się nakręca, oglądając relacje w telewizji.
- O ile nie spędza dnia, drzemiąc w swojej trumnie.
- Cha, cha. - Wstała, odruchowo przesunęła dłonią po broni, którą miała u boku. - Prawie zmierzch. Czas na mały rekonesans.

Peabody już czekała razem ze swoim partnerem życiowym, detektywem McNabem z wydziału przestępstw elektronicznych. Był nie jak z żurnala, ale jak ze wszystkich żurnali świata naraz. Wystroił się w jaskrawoniebieskie spodnie, które wyglądały, jakby się składały wyłącznie z kieszeni. Włożył do nich wściekle zieloną marynarkę w żółte zygzaki i obcisłą koszulkę bez rękawów, mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy.

- Pomyślałam sobie, że przyda nam się jeszcze jedna para oczu - zaczęła Peabody, widząc minę Eve. - No wiesz, w kupie raźniej.
- Kiedy byłem jeszcze mundurowym, przez jakiś czas pracowałem w wydziale do spraw substancji zakazanych. - Na pociągłej, urodziwej twarzy McNaba pojawił się szeroki uśmiech. - A w obyczajówce zetknąłem się z wszelkiego rodzaju dziwakami.
- Nie chcesz, żeby cię ominęła okazja odwiedzenia klubu dla wampirów.

Jego uśmiech stał się czarujący.

- Kto by nie skorzystał z takiej okazji?

Eve uznała, że McNab jej się przyda, ale dla zachowania pozorów spojrzała na niego surowo.

- To nie żadna podwójna randka.
- Tak jest. - I zaczekał, aż Eve się odwróci i pomaszeruje do windy, nim zahaczył małym palcem o palec Peabody.
- Wydział do spraw substancji zakazanych nie zetknął się z takim koktajlem - odezwała się Peabody, kiedy byli już w windzie. - Nawet nie mają „Krwawej Łaźni” na liście obserwowanych lokali. Ale znana jest im mieszanka Erotiki, Bliss, Rabbit ze śladami krwi, zazwyczaj zwierzęcej, traktowana jako wampirzy fetysz. Nazwali ją Vamp, cieszy się popularnością głównie wśród młodych ludzi. Nie zanotowano żadnych zabójstw spowodowanych braniem Vampa.
- Nasz gość znacznie podniósł stawkę. Zastanawiam się, dlaczego klub nie trafił na listę wydziału.
- Został otwarty niedawno - wyjaśniła Peabody. - Działa w głębokim podziemiu. W wydziale usłyszeli o nim pierwszy raz ode mnie, kiedy skontaktowałam się z nimi w związku z prowadzonym przez nas śledztwem.
- Podziemne kluby plenią się szybciej niż chwasty - wtrącił McNab. - Ich przetrwanie uzależnione jest od szeptanej reklamy. Ponieważ to coś więcej niż plotki, że ludzie, którzy schodzą do podziemi, rzadko stamtąd wracają, nie zagląda tam wielu turystów.
- Tiara Kent gdzieś o nim usłyszała. - Eve wysiadła z windy, kiedy zjechali do garażu.
- Od ludzi, wśród których się obracała. - Peabody wzruszyła ramionami. - Nowy lokal, w którym panuje atmosfera grozy? To coś w sam raz dla niej.

- I w niespełna dwa tygodnie od dnia, kiedy pierwszy raz się w nim pojawiła, wytrąbiła nieznany jej wcześniej koktajl z zakazanych substancji i zmarła od rany na szyi. - Eve usiadła za kierownicą swojego wozu. - Szybka i sprawna robota, jeśli pamiętać, że ochrona budynku nigdy gościa nie namierzyła. - Spojrzała na Roarke’a. - Ile można dostać na czarnym rynku za kilka litrów ludzkiej krwi?

- Parę stów.
- A za krew celebrytki?
- Ach. - Skinął głową, kiedy wyjeżdżała z garażu. - Tak, jeśli trafić na właściwego kupca, można znacznie wywindować cenę. Sądzisz, że ktoś obrał ją sobie na cel?
- To całkiem możliwe. Jest znana, słynie z zamiłowania do ryzyka, z rozwiązłości, z szalonych pomysłów. Jej najlepsza przyjaciółka nie słyszała o tym klubie, póki Tiara jej o nim nie powiedziała. Więc może pomysł czy zaproszenie skierowano bezpośrednio do ofiary. Tak czy inaczej, spotykała się tam z zabójcą, więc ktoś widział ich razem. Ktoś go zna.
- Wiecie co? - wtrącił się McNab. - Jeśli wykluczyć hipotezę, że mamy do czynienia z pijącym krew, pozbawionym duszy demonem, to odszukanie zabójcy nie powinno nam nastręczyć większych trudności.
- Dobrze, że nikt z nas nie wierzy w pijące krew, pozbawione duszy demony. - Ale Peabody odszukała rękę McNaba.

Eve zobaczyła to w lusterku wstecznym, a także to, że Peabody wsunęła palce drugiej dłoni pod bluzkę i zacisnęła je na czymś.

- Peabody, nosisz krzyżyk?
- Co? Ja? - Ręka opadła jej na kolana ciężko jak kamień. Delia zrobiła się czerwona jak burak. Chrząknęła. - Tak się akurat składa, że znam Mariellę z archiwum, która przypadkiem miała krzyżyk, więc go od niej pożyczyłam. Na wszelki wypadek.
- Rozumiem. Czy przypadkiem masz też zaostrzony kołek?
- Nie, chyba że masz na myśli McNaba.

McNab uśmiechnął się swobodnie, kiedy Eve zatrzymała się na światłach i odwróciła do nich obojga.

- Powtórz za mną: wampiry nie istnieją.
- Wampiry nie istnieją - powiedziała Peabody.

Eve skinęła głową i usiadła prosto, a po chwili zmrużyła oczy i spojrzała na Roarke’a.

- Co znaczy ta mina?
- Tak sobie tylko myślę, że większość legend zawiera w sobie jakieś ziarnko prawdy. Weźmy chociażby Włada Palownika i Drakulę z tradycji ludowej. Nie uważasz, że to ciekawe?
- Ciekawe jest to, że siedzę w wozie z trzema ptasimi móżdżkami.
- Dla niektórych „ptasi móżdżek” - odparł spokojnie Roarke - dla innych „umysł wolny od uprzedzeń”.
- Hmm. Może po drodze powinniśmy się zatrzymać na jakimś targu i zaopatrzyć w kilka kilogramów czosnku, by ci „wolni od uprzedzeń” poczuli się pewniej.
- Naprawdę? - odezwała się Delia z tylnego siedzenia, a po chwili wtuliła głowę w ramiona, widząc w lusterku wstecznym, jak Eve patrzy na nią z kamienną twarzą. - To znaczy „nie” - wymamrotała Peabody do McNaba.
- Sam się domyśliłem.

Eve musiała się zadowolić miejscem parkingowym na drugim poziomie, pięć przecznic od wejścia do metra. Słońce zaszło i ciepły, kwietniowy dzień ustąpił miejsca chłodnemu wieczorowi, bo zerwał się wiatr, który hulał wzdłuż miejskich kanionów.

Szli, mijając przechodniów spieszących do domów, biegnących na kolację, gnających na imprezy. Przed wejściem pod ziemię Eve przystanęła.

- W tunelach trzymamy się razem - poleciła. - Kiedy znajdziemy się w klubie, możemy pracować w parach, ale nawet wtedy cały czas zachowajmy kontakt wzrokowy.

Nie wierzyła w diabły z ludowych podań, ale wiedziała, że istnieje ich ludzka odmiana. I liczne z nich mieszkały, bawiły się lub pracowały w trzewiach tego miasta.

Zaczęli schodzić, zostawiając za sobą uliczny zgiełk i podmuchy wiatru, kierując się ku wilgotnym i mrocznym tunelom. Kluby, knajpy i spelunki pod ziemią obsługiwały gości, na widok których większość skazanych prawomocnym wyrokiem zbrodniarzy rzuciłaby się do ucieczki.

Można tu było znaleźć sekskluby specjalizujące się w praktykach sado-maso, torturach wykonywanych przez ludzi, androidy i maszyny albo ich kombinacje. Drinki w barach niemal powalały z nóg, a ludzkie życie miało mniejszą wartość niż kieliszek czegoś mocniejszego. Brutale i szaleńcy snuli się tutaj, kryjąc się w mroku, żeby robić to, co można było robić tylko po ciemku, w miejscu gdzie krew i śmierć kwitły niczym cuchnące grzyby.

Eve usłyszała płacz, przenikliwy i szalony, odbijający się echem w jednym z tuneli, oraz śmiech, który był jeszcze gorszy. Zobaczyła jakiegoś bladego jak duch ćpuna, przycupniętego na brudnej posadzce, który dyszał, wbijając igłę w ramię, by wstrzyknąć sobie dawkę czegoś, co kiedyś go zabije.

Odwróciła się, minęła seksklub skąpany w ostrym, czerwonym świetle i przypomniał jej się pokój w Dallas, w którym zabiła swojego ojca.

Było tu tak samo zimno, jak w tamtym pokoju. Tego rodzaju zimno niczym zwierzę zatapia swoje zębiska w kościach.

Usłyszała, jak z lewej strony coś biegnie, zobaczyła błysk oczu. Gapiła się w nie, aż zamrugały i zniknęły.

- Powinnam była dać ci mój paralizator - bąknęła pod nosem do Roarke’a.
- Nie martw się, mam własny.

Spojrzała na niego. Uświadomiła sobie, że wyglądał równie groźnie, jak te wszystkie typki włóczące się po tunelach.

- Postaraj się go nie użyć.

Skręcili za wypożyczalnią filmów wideo, gdzie ktoś wydawał przejmujące krzyki wywołane mieszanką bólu i rozkoszy.

Poczuła zapach moczu i wymiocin, gdy zeszli na niższy poziom. Kiedy jakiś mężczyzna z potężnymi muskularni wyłonił się z cienia i wyciągnął nóż, który błysnął w ciemnościach, Eve wyszarpnęła broń.

- Chcesz się założyć, kto wygra? - spytała, a mężczyzna rozpłynął się w mroku.

Od tego miejsca podążyła tam, skąd dochodziły głośne dudnienia basów, zapach ciężkich perfum i gwar rozmów, przypominający ryk fal.

Tutaj też było czerwone światło, snuł się niebieski dym i kłębiła szara mgła. Łukowato sklepione drzwi udawały wejście do jaskini. Nad nimi widniał krwistoczerwony, pulsujący napis „Krwawa Łaźnia”.

Po obu stronach wejścia stało dwóch bramkarzy, jeden czarny, drugi - biały, obaj byczej postury. Zagrodzili im drogę niczym mur naoliwionych mięśni.

- Zaproszenie albo hasło - powiedzieli jednocześnie.
- To zastępuje jedno i drugie. - Eve wyciągnęła odznakę. Na jej widok obaj bramkarze uśmiechnęli się z wyższością.
- Tutaj nie ma żadnej mocy - oświadczył ten z lewej. - To prywatny klub.

Nim zdążyła coś odpowiedzieć, Roarke wyciągnął kilka banknotów.

- Zdaje mi się, że znam to hasło.

Po zainkasowaniu pieniędzy bramkarze rozstąpili się, by zrobić im przejście. Kiedy wchodzili, Eve rzuciła mężowi gniewne spojrzenie.

- Nie muszę nikomu dawać w łapę, żeby dostać się do środka.
- Racja, ale zamierzałaś zrobić im krzywdę, a to oznaczałoby znacznie większe komplikacje. Tak czy owak, opłaca się trochę zainwestować, kiedy zabierasz mnie do tak fascynujących miejsc jak to.

Klub miał trzy poziomy, było w nim mroczno i duszno, w samym środku znajdował się bar w kształcie pentagramu. Na drugim poziomie była estrada; jakiś zespół grał muzykę, która waliła w klatę, jakby ktoś ciskał kamieniami. Mgła krążyła nad podłogą niczym wijące się węże. Stali bywalcy siedzieli przy barze lub wokół metalowych stolików, snuli się po kątach albo tańczyli na parkietach. Niemal wszyscy ubrani byli na czarno i niemal wszyscy mieli mniej niż trzydzieści lat.

Było kilka prywatnych lóż, w niektórych już siedziały pary lub małe grupki gości; palili coś, co z pewnością było zakazane, albo się obmacywali. Eve spojrzała w górę i zobaczyła, że na trzecim poziomie są prywatne pokoje. Klub miał zezwolenie na seks na żywo i niewątpliwie za drzwiami organizowano wszelkiego rodzaju pokazy.

Podeszła do baru. W każdym wierzchołku pentagramu pracowała kobieta lub mężczyzna. Eve wybrała kobietę o bardzo bladej twarzy i prostych, czarnych włosach z przedziałkiem pośrodku. Usta miała zmysłowe, pełne, umalowane na kolor głębokiej, ciemnej czerwieni.

- Czego sobie państwo życzą? - spytała kobieta.
- Tego, kto tym wszystkim zawiaduje. - Eve położyła odznakę na kontuarze z czarnej, gładkiej stali.
- Jakiś problem?
- Tak, o ile nie poprosisz tu kierownika tej budy.

- Jasne. - Barmanka wyjęła z kieszeni słuchawki. - Dorian? Tu Allesseria. Mam tu gliny, pytają o kierownika. Rozumiem.

Odłożyła słuchawki.

- Już schodzi. Powiedział, że mam coś zaproponować do picia na koszt klubu.
- Nie, dziękuję. Czy widziałaś tu kiedyś tę kobietę, Allesserio? - Eve wyjęła zdjęcie Tiary.

Natychmiast dostrzegła, że kobieta poznała Tiarę. Ale barmanka zachowała rezerwę, po czym skłamała.

- Nie dam głowy. Koło północy jest tu prawdziwy młyn. Trudno w takim tłumie zwrócić uwagę na czyjąś twarz, szczególnie przy tym świetle.
- Zgadza się. Serwujecie tu coś poza piwem i gorzałą?

Eve znów zobaczyła, że kobieta kłamie.

- Nie wiem, o co pani chodzi. Ja tylko obsługuję gości. To wszystko. Przepraszam, klienci czekają.
- Nie umie kłamać - zauważył Roarke. - A do tego jeszcze się boi.
- Owszem. - Eve znów przyjrzała się tłumowi.

Na jednej z estrad do tańca zobaczyła jakiegoś młodego człowieka, który ledwo osiągnął wymagany limit wieku. Miał na sobie pelerynę. Kobieta, starsza o prawie dziesięć lat, niemal wylewająca się z długiej, obcisłej, czarnej sukni, owijała się wokół niego niczym wąż.

Inna, w jaskrawoczerwonej sukience, siedziała sama z lekko znudzoną miną w prywatnej loży. Jakiś mężczyzna, odziany głównie w tatuaże, podszedł do baru i zamówił drinka. Allesseria napełniła wysoką szklankę czymś, co miało bąbelki i parowało. Klient wypił drinka, aż mu chodziła grdyka, po czym odstawił szklankę na bok i błysnął ostrymi siekaczami w szerokim uśmiechu.

Eve dosłownie poczuła, jak Peabody przeszedł dreszcz.

- Jezu, ale tu strasznie.
- To wszystko lipa.

Potem zobaczyła go, gdy schodził kręconymi schodami z górnego poziomu. Ubrany był na czarno, jak należało się tego spodziewać. Włosy, też czarne, sięgały mu poniżej ramion i ostro kontrastowały z bladą twarzą o zmysłowej urodzie, przykuwającej wzrok.

Poruszał się z gracją jak gibki, czarny kot. Kiedy znalazł się na drugim poziomie, podbiegła jakaś blondynka i złapała go za rękę. Nachyliła się ku niemu, a na jej twarzy można było dostrzec budzącą litość desperację. Ale tylko musnął palcami jej policzek i pokręcił głową. Potem pocałował blondynkę namiętnie w usta, wsuwając jednocześnie ręce pod jej krótką sukienkę, by pogłaskać nagie ciało. Przywarła do niego, więc musiał się od niej uwolnić. Uniósł ją ze trzydzieści centymetrów nad podłogę, popisując się swoją silą.

Eve dostrzegła, jak usta kobiety się poruszają, widziała, że tamta woła coś do niego, jednak muzyka i gwar zagłuszyły jej głos.

Ruszył przez główny poziom i utkwił wzrok w Eve. Musiała przyznać, że coś nią szarpnęło. Oczy miał czarne jak atrament, głęboko osadzone, z opadającymi powiekami. Idąc w jej stronę, rozciągnął usta w znaczącym, a zarazem zarozumiałym uśmiechu.

W tym uśmiechu dostrzegła coś, co nie wywoływało nagłego dreszczu, tylko głęboki, skręcający wnętrzności strach.

- Dobry wieczór - powiedział głosem, w którym można było dosłyszeć lekki ślad jakiegoś wschodnioeuropejskiego akcentu. - Nazywam się Dorian Vadim, to mój klub.

Chociaż zaschło jej w gardle, Eve skinęła głową na powitanie.

- Porucznik Dallas. - Znów wyciągnęła swoją odznakę. - Detektywi Peabody i McNab oraz...
- Niepotrzebnie się pani trudzi. - Zauważyła teraz w jego twarzy coś jeszcze, jakby połączenie podziwu i zazdrości. - Znam Roarke’a i panią, pani porucznik. Witam w „Krwawej Łaźni”.

 

Rozdział 5

 

Natychmiast się zorientowała, co zobaczyła, kiedy na niego spojrzała. Dostrzegła w tych ciemnych oczach to jedno, co budziło w niej paniczny strach. Zobaczyła swojego ojca.

Nie było fizycznego podobieństwa między stojącym przed nią mężczyzną a tamtym, który się nad nią znęcał i wykorzystywał ją seksualnie przez pierwszych osiem lat jej życia. Wiedziała, że tu chodzi o coś więcej niż podobieństwo fizyczne. O ten wyrachowany urok osobisty, pokrywający cienką warstewką okrucieństwo.

A pod tym była całkowita pogarda do wszystkiego, co miało związek z zasadami moralnymi.

Potwór, żyjący w jej ojcu, patrzył teraz na nią oczami Doriana Vadima.

I uśmiechał się tak, jakby niemal o tym wiedział.

- To zaszczyt gościć tu państwa. Czego się państwo napiją?
- Nie pijemy - powiedziała mu Eve, chociaż oddałaby wszystko prócz poczucia własnej godności za łyk wody, by złagodzić pieczenie w gardle. - Nie przyszliśmy tu z wizytą towarzyską.
- Ależ naturalnie, że nie. W takim razie czym mogę państwu służyć?

Eve podsunęła mu zdjęcie Tiary. Dorian wziął je, rzucił na nie okiem.

- Tiara Kent. Słyszałem, że dziś nad ranem ją zabito. Cóż za tragedia. - Rzucił fotografię na blat baru, jakby straciwszy nią zainteresowanie. - Taka młoda, taka śliczna.

- Była tutaj.

- Tak - potwierdził bez chwili wahania. - Tydzień czy dwa tygodnie temu. Zdaje się, że dwa razy. Osobiście ją przywitałem, kiedy mi powiedziano, że przyszła. To dobrze wpływa na interesy.
- Jak zdobyła zaproszenie? - spytała Eve.
- Może je dostała. Od czasu do czasu wysyłamy zaproszenia do wybranych młodych, znanych bywalców klubów. Działamy zaledwie od kilku tygodni. Ale jak pani widzi... - Odwrócił się i wskazał tłum przekrzykujący ogłuszającą muzykę. - Interes dobrze się kręci.
- Przyszła sama?
- Chyba tak. - Znów się odwrócił, nachylony lekko ku Eve, aż poczuła, jak jeżą jej się włoski na karku. - O ile dobrze pamiętam, miała się z kimś spotkać. Ale chyba się nie spotkała. Miałem nadzieję, że jeszcze tu wróci, ściągnie swoich znajomych. Szastają pieniędzmi i mogą wylansować taki klub, jak ten.
- Kluby pod ziemią nie funkcjonują na takich zasadach.
- Świat się zmienia. - Wziął drinka, który postawiła przed nim Allesseria, i popijając go, obserwował Eve