Opis

Donna Leon jest amerykańską autorką powieści kryminalnych. Wiele podróżowała. Osiadła we Włoszech, nie opodal Wenecji, gdzie w tamtejszej filii uniwersytetu Maryland wykłada literaturę angielską.

Głównym bohaterem Śmierci w La Fenice oraz następnych powieści, tworzących już całą serię, jest wenecjanin, komisarz Guido Brunetti, który dla czytelników stał się drugim Maigretem.

To właśnie Wenecja, jej specyficzna atmosfera, ulice, kanały, miejscowe gazety, tworzą klimat tej wciągającej historii; komisarz Brunetti zaś, uosabiający staroświecką moralność, "poprawność polityczną" i śródziemnomorski styl życia, jest postacią wzbudzającą całkowite zaufanie. Śmierć w La Fenice, której akcja rozgrywa się w słynnej operze, w 1991 roku została uhonorowana japońską nagrodą Suntory jako najlepsza powieść kryminalna roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 360

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


DONNA LEON
ŚMIERĆ W LA FENICE
PrzełożyłaMaria Olejniczak-Skarsgård
NOIR SUR BLANC
Tytuł oryginału: DEATH AT LA FENICE
Przygotowanie do wznowienia: ANNA BRZEZIŃSKA
Projekt okładki: TOMASZ LEC
Copyright © 2006 by Donna Leon and by Diogenes Verlag AG Zürich For the Polish edition Copyright © 2006, Noir sur Blanc, Warszawa
Wydanie drugie
ISBN 978-83-65613-02-8
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: [email protected] księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Rozdział 1

Trzeci dzwonek, zapowiadający rychłe rozpoczęcie ostatniego aktu spektaklu, rozbrzmiewał dyskretnie w foyer i barach teatru La Fenice. Publiczność w odpowiedzi gasiła papierosy, dopijała drinki, kończyła rozmowy, a następnie zaczęła wchodzić na widownię. Salę, jarzącą się blaskiem świateł w przerwie między aktami, wypełnił szmer rozmów prowadzonych przez widzów, którzy powracali na swoje miejsca. Tu zalśniła biżuteria, tam ktoś poprawił osłaniającą nagie ramiona etolę z norek lub strząsnął ledwo widoczny pyłek z atłasowej klapy. Najpierw wypełniły się balkony, potem parter, a na koniec trzy rzędy lóż.

Przygasły światła, mrok okrył widownię i wzrosło napięcie publiczności czekającej na dalszy ciąg spektaklu i ponowne pojawienie się dyrygenta na podium. Z wolna ucichł szmer głosów, muzycy przestali wiercić się na krzesłach, zaległa niczym niezmącona cisza, świadcząca o tym, że wszyscy są gotowi wysłuchać trzeciego, i ostatniego, aktu opery.

Cisza przedłużała się i tężała. Na pierwszym balkonie ktoś zaniósł się kaszlem, ktoś inny upuścił na podłogę program, a może torebkę, lecz drzwi prowadzące na korytarz, znajdujący się za kanałem dla orkiestry, wciąż były zamknięte.

Jako pierwsi wdali się w rozmowę muzycy. Drugi skrzypek pochylił się ku siedzącej obok niego kobiecie i spytał, czy ma już plany wakacyjne. Fagocista oznajmił oboiście, że następnego dnia rozpoczyna się wyprzedaż u Benettona. Widzowie, którzy siedzieli w najniższych lożach i mieli najlepszy widok na muzyków, zaraz wzięli z nich przykład i zaczęli prowadzić przyciszone rozmowy. W ich ślady wstąpiła widownia na balkonach, a na koniec siedzący na parterze, jakby na dowód tego, że ludzie zamożni jako ostatni pozwalają sobie na tego rodzaju zachowanie.

Toczone szeptem rozmowy przeszły w szmer. Mijały minuty. Nagle rozchyliły się fałdy grubej zielonej kurtyny z aksamitu i przez wąską szczelinę wszedł niepewnie na scenę Amadeo Fasini, dyrektor artystyczny teatru. Operatorzy światła, siedzący w kabinie nad drugim balkonem, nie wiedząc, co się dzieje, skierowali silny biały reflektor na mężczyznę stojącego pośrodku sceny. Oślepiony blaskiem Fasini gwałtownym ruchem uniósł rękę, żeby zakryć oczy. Nie opuszczając ręki, jakby chciał osłonić się od ciosu, powiedział:

– Panie i panowie – po czym przerwał i zaczął gorączkowo wymachiwać lewą ręką w stronę techników, którzy zdali sobie sprawę z pomyłki i wyłączyli reflektor. Odzyskawszy wzrok, stojący na scenie mężczyzna rozpoczął na nowo: – Panie i panowie, z przykrością chciałbym państwa zawiadomić, że maestro Wellauer nie jest w stanie prowadzić orkiestry. – Na widowni rozległy się szepty i pytania, oraz szelest jedwabi, gdy publiczność zwróciła głowy w stronę dyrektora, którego głos przebił się ponad szum. – Jego miejsce zajmie maestro Longhi. – Nie chcąc dopuścić, by zagłuszył go narastający gwar, dodał, siląc się na spokój: – Czy na widowni jest lekarz?

Po tym pytaniu zapadła długa cisza, a widzowie zaczęli rozglądać się wokoło, ciekawi, kto się zgłosi. Upłynęła prawie minuta. Wreszcie uniosła się ręka i z miejsca wśród pierwszych rzędów parteru wstała kobieta. Fasini kiwnął w stronę umundurowanych bileterów, którzy stali w głębi sali, i młody człowiek podbiegł do kobiety czekającej już na końcu rzędu.

– Pani doktor zechce pójść z bileterem za kulisy – powiedział Fasini takim tonem, jakby miał boleści i sam potrzebował lekarza.

Uniósł wzrok i objął spojrzeniem wciąż pogrążoną w mroku salę w kształcie podkowy. Chciał się uśmiechnąć, a gdy mu się to nie udało, zrezygnował z dalszych prób.

– Przepraszamy państwa za te trudności. Zaraz będziemy kontynuować spektakl.

Odwrócił się i przez chwilę obmacywał kurtynę, nie mogąc znaleźć szczeliny, przez którą wszedł na scenę. Czyjeś ręce rozsunęły od tyłu fałdy tkaniny i dyrektor wślizgnął się za kurtynę; znalazł się w pustej mansardzie, gdzie wkrótce miała umrzeć Violetta. Zza kurtyny doszły go niezdecydowane oklaski, którymi publiczność witała występującego w zastępstwie dyrygenta, gdy zajmował miejsce na podium.

Ze wszystkich stron podeszli do Fasiniego śpiewacy, chórzyści i pracownicy techniczni, tak jak publiczność zaintrygowani, ale dużo bardziej wymowni. Choć zazwyczaj jego stanowisko chroniło go przed kontaktami z członkami zespołu, którzy zajmowali tak niską pozycję, to tym razem nie mógł uciec przed nimi, przed ich pytaniami i szeptami.

– To nic poważnego – powiedział, nie adresując swoich słów do konkretnej osoby, po czym machnięciem ręki dał znak wszystkim, którzy stłoczyli się na scenie, aby ją opuścili. Uwertura zbliżała się ku końcowi. Kurtyna miała się zaraz rozsunąć, ukazując heroinę wieczoru, która siedziała zdenerwowana na skraju kozetki stojącej na środku sceny. Fasini machnął ręką ze zdwojoną siłą i śpiewacy wraz z pracownikami technicznymi przesunęli się w stronę kulis, gdzie dalej wymieniali szeptem uwagi. Rozzłoszczony Fasini warknął: – Silenzio! – i czekał na efekt. Kiedy zauważył, że kurtyna zaczyna się rozchylać, a za nią ukazuje się scena, pospiesznie dołączył do inspicjenta, który znajdował się za kulisami po prawej stronie, obok lekarki. Niska, ciemnowłosa kobieta stała tuż pod tabliczką zakazującą palenia i trzymała w ręku niezapalonego papierosa.

– Dobry wieczór, pani doktor – powitał ją Fasini, zmuszając się do uśmiechu. Wsunęła papierosa do kieszeni żakietu i podała mu rękę.

– Co się stało? – spytała po dłuższej chwili, gdy za ich plecami Violetta zaczęła czytać list od Germonta, ojca.

Fasini nerwowo zatarł ręce, jakby miało mu to pomóc w doborze słów.

– Maestro Wellauer jest... – rozpoczął, ale nie wiedział, jak dokończyć zdanie w sposób zadowalający.

– Jest chory? – spytała lekarka ze zniecierpliwieniem.

– O nie, nie jest chory – odparł i zabrakło mu słów. Znowu zaczął zacierać ręce.

– Może powinnam go zobaczyć – powiedziała pytającym tonem. – Czy jest tutaj, w teatrze?

Widząc, że Fasini wciąż nie może nic powiedzieć, spytała: – Czy zabrano go stąd?

Pod wpływem pytania Fasini oprzytomniał.

– Nie, nie – odrzekł. – Jest w garderobie.

– W takim razie chyba powinniśmy tam pójść.

– Tak, oczywiście, dottoressa – chętnie przystał na tę propozycję. Poprowadził ją na prawo, obok fortepianu i harfy nakrytej matowozielonym pokrowcem, i dalej w dół wąskim korytarzem. Zatrzymał się na końcu, przed zamkniętymi drzwiami, przy których stał wysoki mężczyzna.

– Mateo... – powiedział i odwrócił się w stronę lekarki. – To jest pani doktor...

– Zorzi – wtrąciła sucho. Niewątpliwie nie była to odpowiednia chwila na konwencjonalne uprzejmości.

Po nadejściu przełożonego oraz osoby, którą przedstawiono mu jako lekarkę, Mateo, asystent inspicjenta, był nad wyraz chętny, żeby odejść od drzwi. Fasini minął go, uchylił drzwi, spojrzał przez ramię i puścił lekarkę przodem, by weszła do małego pokoju.

Śmierć zniekształciła rysy mężczyzny, który wpółsiedział w klubowym fotelu ustawionym na środku pokoju. Oczy wpatrywały się w pustkę, a usta rozciągnęły się w bolesnym grymasie. Ciało było mocno przechylone na jedną stronę; głowa opadła do tyłu na oparcie fotela. Strużka ciemnego płynu zaplamiła wykrochmalony, lśniący gors koszuli. Lekarka początkowo sądziła, że to krew, ale gdy podeszła krok bliżej, raczej po zapachu niż po widoku poznała, że to kawa. Zapach kawy mieszał się z inną, równie wyraźną wonią, ostrą, przypominającą zapach gorzkich migdałów, którą znała jedynie z książek.

Dla osoby tak obytej ze śmiercią szukanie pulsu było zbyteczną czynnością, mimo to lekarka przyłożyła palce prawej ręki pod spód uniesionej brody. Nic nie wyczuła, jedynie to, że skóra jest jeszcze ciepła. Odsunęła się od ciała i rozejrzała po pomieszczeniu. Przed mężczyzną, na podłodze, leżał spodeczek i filiżanka po kawie, której ślady było widać na gorsie koszuli. Lekarka uklękła i wierzchem palców dotknęła boku filiżanki – naczynie było zimne.

Wstała i zwróciła się do stojących przy drzwiach mężczyzn, radych, że sprawy związane ze śmiercią mogą pozostawić jej.

– Czy panowie zawiadomili policję? – spytała.

– Tak, tak – wymamrotał Fasini, właściwie nie słysząc pytania.

– Proszę pana – powiedziała wyraźnym, donośnym głosem, aby mieć pewność, że jej słowa dotarły do niego. – Nie jestem tu potrzebna. To sprawa dla policji. Wezwaliście ją?

– Tak – powtórzył takim tonem, że nie wiadomo było, czy usłyszał i zrozumiał, co powiedziała. Stał, patrząc w dół na zmarłego i starając się ogarnąć ogrom okropności, a także skandalu, związanych z tym, co widział.

Lekarka przeszła obok niego szybkim krokiem i wyszła na korytarz. Asystent inspicjenta ruszył za nią.

– Proszę wezwać policję – poleciła mu.

Gdy kiwnął głową i odszedł, żeby wykonać polecenie, wsunęła rękę do kieszeni, szukając włożonego tam papierosa, wyprostowała go w palcach i zapaliła. Głęboko zaciągnęła się dymem i spojrzała na zegarek. Lewa ręka Myszki Miki znajdowała się między dziesiątą a jedenastą, a prawa wskazywała dokładnie siódmą. Oparła się o ścianę i czekała na przyjazd policji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki