Opis

Pewnego popołudnia komisarz Guido Brunetti otrzymuje telefon od roztrzęsionej dyrektor prestiżowej weneckiej Biblioteki Merula - ktoś ukradł część stron z kilku bardzo rzadkich i cennych woluminów. Pierwsze przesłuchania wskazują, że sprawa jest banalnie prosta - sprawcą jest ostatnia osoba, która je wypożyczyła, amerykański profesor z Kansas University. Okazuje się jednak, że próby jego odnalezienia kończą się odkryciem, iż... nikt na Kansas University nie słyszał o istnieniu takiej osoby. W toku śledztwa grono podejrzanych lawinowo rośnie, a gdy brutalnie zamordowany zostaje pozornie nieszkodliwy teolog, od lat wytrwale studiujący w bibliotece dzieła Ojców Kościoła, Brunetti zaczyna kwestionować swoje przekonania, co do granicy pomiędzy winą i niewinnością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 292

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: BY ITS COVER
Opracowanie redakcyjne: DOROTA JOVANKA ĆIRLIĆ
Korekta: JANINA ZGRZEMBSKA, AGATA NOCUŃ
Projekt okładki: TOMASZ LEC
Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © 2014 by Donna Leon and Diogenes Verlag AG Zürich All rights reserved
For the Polish edition Copyright © 2017, Noir sur Blanc, Warszawa All rights reserved
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65613-27-1
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: [email protected] księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Judith Flanders

Choć był nędznikiem, jest teraz moim bratem.

oratorium Saul Händla

1

(...)

Skierował się w stronę zapamiętanych schodów, których szeroką marmurową poręcz urozmaicały rzeźbione łby lwów, każdy wielkości ananasa. Wszedł po schodach i poklepał po drodze dwa lwy po głowach. Na pierwszym piętrze zobaczył drzwi, a obok nich nową mosiężną tablicę: „Biblioteca Merula”.

Wszedł do środka i ogarnął go chłód. O tej porze, po południu, dzień stał się ciepły, a Brunetti żałował wcześniej, że włożył wełnianą marynarkę, ale teraz czuł, że pot wysycha mu na plecach.

W niedużym holu, za kontuarem, siedział młody mężczyzna z modnym dwudniowym zarostem, przed sobą trzymał otwartą książkę. Spojrzał na Brunettiego, uśmiechnął się, a gdy komisarz podszedł bliżej, zapytał:

– Czym mogę panu służyć?

Brunetti wyjął z portfela legitymację.

– Ach tak, oczywiście – powiedział młody człowiek. – Chce się pan spotkać z dottoressą Fabbiani. Jest na górze.

– Czy nie tutaj mieści się biblioteka? – zapytał Brunetti, wskazując drzwi za mężczyzną.

– To zbiory współczesne. Starodruki są na górze. Musi pan wejść na drugie piętro. – Zauważył zaskoczenie Brunettiego. – Wszystko się zmieniło jakieś dziesięć lat temu. Na długo, zanim tu przyszedłem – dodał z uśmiechem.

– I na długo po tym, jak ja tu byłem – odparł Brunetti i wrócił na schody.

Tutaj nie było lwów, Brunetti przesunął ręką po ściętej na ukos marmurowej poręczy, wygładzonej przez stulecia użytkowania. Na górze odnalazł drzwi z dzwonkiem po prawej stronie. Zadzwonił, a po chwili drzwi otworzył mężczyzna młodszy od niego o kilka lat, ubrany w ciemnoniebieską marynarkę z miedzianymi guzikami, krojem przypominającą mundur. Był średniego wzrostu, krępy, miał niebieskie oczy i wąski nos, minimalnie przekrzywiony na bok.

– Czy to pan jest komisarzem? – zapytał.

– Tak – odparł komisarz i podał mu rękę. – Guido Brunetti.

Mężczyzna uścisnął szybko jego rękę.

– Piero Sartor – przedstawił się.

Zrobił krok w tył, żeby wpuścić Brunettiego do pomieszczenia, które przypominało hol małej, prowincjonalnej stacji kolejowej. Na sięgającym do pasa drewnianym kontuarze po lewej stronie stał komputer i dwie drewniane tacki na dokumenty. Pod ścianą, za kontuarem, czekał wózek biblioteczny ze stosem książek, wyglądających na bardzo stare.

Mógł tu być komputer, nieobecny w bibliotekach, z których Brunetti korzystał jako student, ale zapach pozostał ten sam. Stare książki zawsze budziły w Brunettim nostalgię za czasami, w których nie miał okazji żyć. Teraz myślał o tym, że te książki były drukowane na papierze zrobionym ze starych, ubijanych, namaczanych i znowu ubijanych podartych ubrań, na papierze ręcznie uformowanym w wielkie arkusze, które potem składano, oprawiano i zszywano ręcznie, a wszystko po to, by utrwalić i zapamiętać, kim byliśmy i co myśleliśmy. Przypomniał sobie, że uwielbiał ich dotykać i czuć ich ciężar, ale pamiętał przede wszystkim suchy, lekki zapach, dzięki któremu przeszłość próbowała się stać dla niego rzeczywista.

Mężczyzna zamknął drzwi i odwracając się do Brunettiego, wyrwał go z zamyślenia.

– Jestem tu strażnikiem. To ja znalazłem książkę. – Starał się bezskutecznie ukryć dumę w głosie.

– Tę zniszczoną? – zapytał Brunetti.

– Tak. To znaczy ja przyniosłem książkę z czytelni, a gdy dottoressa Fabiani ją otworzyła, spostrzegła, że zostały z niej wycięte strony. – Dumę zastąpiło oburzenie i uczucie zbliżone do gniewu.

– Rozumiem – powiedział Brunetti. – Czy tym się właśnie pan zajmuje, przynosi pan książki z powrotem tutaj? – spytał, ciekaw, co należy do obowiązków strażnika w takiej instytucji. Zakładał, że właśnie funkcja strażnika sprawiała, że Sartor był wyjątkowo otwarty w rozmowie z policją.

Mężczyzna rzucił mu nagłe, ostre spojrzenie, które równie dobrze mogło być wyrazem zaniepokojenia, jak i zaskoczenia.

– Nie, ale to była książka, którą czytałem, przynajmniej częściowo, więc rozpoznałem ją od razu i wydawało mi się, że nie powinna tak leżeć na stole – wyjaśnił pośpiesznie. – To był Cortés, ten Hiszpan, który popłynął do Ameryki Południowej.

Sartor wyraźnie nie wiedział, jak to wyjaśnić, więc zaczął mówić wolniej.

– On z wielkim entuzjazmem podchodził do czytanych książek, tak że zaciekawił mnie nimi i pomyślałem, że może rzucę okiem. – Zainteresowanie Brunettiego musiało być widoczne gołym okiem, bo strażnik ciągnął dalej: – Był Amerykaninem, ale doskonale mówił po włosku, nie domyśliłby się pan. Często rozmawialiśmy, kiedy ja byłem na stanowisku, a on czekał na książki. – Umilkł na chwilę, ale podjął temat, gdy zobaczył wyraz twarzy Brunettiego. – Mamy po południu przerwę, ale ja nie palę i nie mogę pić kawy – wyjaśnił. – Żołądek. Szkodzi mi. Piję zieloną herbatę, ale w okolicznych kawiarniach jej nie ma, w każdym razie takiej, jakiej bym się napił. – Zanim Brunetti zdążył zapytać, czemu Sartor mówi mu to wszystko, strażnik powiedział: – Dlatego mam wolne pół godziny i niewiele wtedy do roboty, więc zacząłem czytać. Czasem ludzie, którzy przychodzą tutaj pracować, mówią coś o książkach i zdarza się, że próbuję je czytać. – Uśmiechnął się nerwowo, jakby był świadomy, że przekracza w ten sposób jakąś barierę społeczną. – Dzięki temu mam coś ciekawego do opowiedzenia żonie, gdy wracam do domu.

Brunetti zawsze miał szczególne upodobanie do zaskakujących informacji o różnych ludziach: robili i mówili kompletnie nieoczekiwane rzeczy, zarówno dobre, jak i złe. Kolega z pracy powiedział mu kiedyś, że gdy jego żona rodziła przez siedemnaście godzin pierwsze dziecko, zaczął mieć dość jej narzekania, a Brunetti musiał się powstrzymać, by go nie spoliczkować. Teraz pomyślał o żonie sąsiada, której kot był każdej nocy wypuszczany przez kuchenne okno, by włóczyć się po okolicznych dachach, i wracał co rano, niosąc w pyszczku zamiast myszy klamerkę do bielizny. Ten prezent przypominał mu interesujące historie, zabierane przez Sartora do domu, dla żony.

Brunetti, zaciekawiony tym, co strażnik może mieć do powiedzenia, zapytał:

– Hernán Cortés?

– Tak – odparł Sartor. – Zdobył to miasto w Meksyku, nazywane Wenecją Zachodu. – Urwał i dodał, być może obawiając się, że Brunetti uzna go za głupca: – Tak je nazywali Europejczycy, nie Meksykanie.

Brunetti skinął głową na znak, że zrozumiał.

– Zaciekawiło mnie to, chociaż on zawsze dziękował Bogu, kiedy zabił mnóstwo ludzi, a to mi się nie podobało; jednakże wspomniał o tym w listach do króla, więc może musiał pisać takie rzeczy. Ale to, co miał do powiedzenia o kraju i jego mieszkańcach, było fascynujące. Moja żona także się tym zainteresowała.

Popatrzył na Brunettiego, którego uśmiech, pełen aprobaty dla pokrewnej duszy czytelnika, wystarczył, by zachęcić go do kontynuowania.

– Podobało mi się to, jak bardzo wszystko wtedy było inne niż teraz. Czytałem kawałki i chciałem dokończyć. W każdym razie rozpoznałem tytuł, Relación, kiedy zobaczyłem książkę na miejscu, gdzie on zwykle siedział, i zabrałem ją na dół, ponieważ uznałem, że taka książka nie powinna tam leżeć.

Brunetti zakładał, że nieznany „on” był mężczyzną podejrzewanym o wycięcie stron z książki, więc zapytał:

– Dlaczego przyniósł ją pan na dół, skoro on pracował z tą książką?

– Riccardo, z pierwszego piętra, powiedział mi, że kiedy poszedłem na obiad, widział go schodzącego po schodach. Nigdy wcześniej tego nie robił. Zawsze przychodził zaraz po otwarciu biblioteki i zostawał do popołudnia. – Strażnik zastanowił się nad tym przez chwilę. – Nie wiem, co robił z obiadem; mam nadzieję, że nie jadł tam – dodał z autentycznym niepokojem. Potem, jakby zawstydzony, że przyznaje się do tego, powiedział: – Dlatego poszedłem na górę, by zobaczyć, czy zamierza wrócić.

– Skąd miałby pan to wiedzieć? – zapytał Brunetti, szczerze zainteresowany.

Sartor uśmiechnął się lekko.

– Jeśli ktoś pracuje dłużej w takim miejscu, signore, zaczyna rozpoznawać znaki. Żadnych ołówków, żadnych zakładek, żadnego notesu. Trudno to wyjaśnić, ale po prostu wiem, czy ktoś już skończył pracę na dany dzień, czy też nie.

– A on skończył?

Strażnik pokiwał energicznie głową.

– Książki były ułożone w stos przy miejscu, gdzie siedział. Światło przy jego stoliku było zgaszone. Dlatego wiedziałem, że nie wróci, i zabrałem książkę na dół, do stanowiska obsługi.

– Czy to było coś niezwykłego?

– W jego przypadku tak. Zawsze sprzątał wszystko i sam odnosił książki.

– O której godzinie wyszedł?

– Nie wiem dokładnie. Zanim wróciłem o wpół do trzeciej.

– A potem?

– Tak jak mówiłem, kiedy Riccardo powiedział mi, że on wyszedł, wszedłem na górę, żeby to sprawdzić i zobaczyć, co z książkami.

– Czy zwykle pan tak robi? – zapytał z ciekawością Brunetti. Gdy zadał to pytanie, strażnik po raz pierwszy zaczął sprawiać wrażenie zaniepokojonego.

– Raczej nie, ale wcześniej byłem pracownikiem magazynu, przynosiłem książki czytelnikom i odstawiałem je na półki. Zrobiłem to tak trochę odruchowo. – Uśmiechnął się bardzo naturalnie. – Nie mogę znieść widoku książek poniewierających się na stołach, jeśli nikt z nich nie korzysta.

– Rozumiem – odparł Brunetti. – Proszę mówić dalej.

– Zabrałem książki na dół, do wypożyczalni. Dottoressa Fabbiani właśnie wracała z zebrania, zobaczyła Cortésa i postanowiła rzucić na niego okiem, a kiedy go otworzyła, zobaczyła, co się stało. – Strażnik dodał wolniej, prawie jakby mówił do siebie samego: – Nie rozumiem, jak on mógł to zrobić. Zwykle w sali jest więcej niż jedna osoba.

Brunetti zignorował to.

– Dlaczego otworzyła właśnie tę książkę? – zapytał.

– Powiedziała, że czytała ją, kiedy była na studiach, i była zachwycona rycinami miasta. Dlatego ją wzięła, żeby do niej zajrzeć. – Zastanowił się przez chwilę. – Mówiła, że cieszy się, że widzi tę książkę po tylu latach. – Strażnik zauważył wyraz twarzy Brunettiego. – Wie pan, osoby, które tu pracują, tak właśnie podchodzą do książek.

– Powiedział pan, że zwykle w sali jest więcej osób? – zapytał bez nacisku Brunetti.

Sartor skinął głową.

– Zwykle jest jakiś naukowiec albo dwóch, poza tym jest ten mężczyzna, który od trzech lat czyta Ojców Kościoła. Nazywamy go Tertulianem; to była pierwsza książka, którą zamówił, i jakoś to do niego przylgnęło. Przychodzi tutaj codziennie, więc chyba po trochu zaczęliśmy na nim polegać, jakby był strażnikiem.

Brunetti zaniechał pytania o kwestię doboru lektur przez Tertuliana. Uśmiechnął się tylko i powiedział:

– Mogę to zrozumieć.

– Co takiego?

– Że ufacie komuś, kto przez całe lata czyta Ojców Kościoła.

Mężczyzna uśmiechnął się nerwowo w odpowiedzi na ton głosu Brunettiego.

– Być może byliśmy nieostrożni – przyznał. Gdy Brunetti nie odpowiadał, dodał: – Chodzi mi o zabezpieczenia. Do biblioteki przychodzi niewielu czytelników, więc chyba po jakimś czasie zaczynają nam się wydawać znajomi. Dlatego przestajemy być podejrzliwi.

– To niebezpieczne – pozwolił sobie na uwagę Brunetti.

– Mówiąc bardzo łagodnie – rozległ się za nim kobiecy głos, więc się odwrócił, by przywitać się z dottoressą Fabbiani.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc ukazały się następujące powieści Donny Leon:

ŚMIERĆ W LA FENICE19982006 (seria kieszonkowa)

ŚMIERĆ NA OBCZYŹNIE1999

STRÓJ NA ŚMIERĆ1999

ŚMIERĆ I SĄD1999

ACQUA ALTA19992011 (seria kieszonkowa)

CICHO, WE ŚNIE20012009 (seria kieszonkowa)

SZLACHETNY BLASK2002

ZGUBNE ŚRODKI20032007 (seria kieszonkowa)

ZNAJOMI NA STANOWISKACH20042008 (seria kieszonkowa)

MORZE NIESZCZĘŚĆ20052007 (seria kieszonkowa)

PERFIDNA GRA2006 (seria kieszonkowa)

SŁOWO OFICERA2007 (seria kieszonkowa)

FAŁSZYWY DOWÓD2008 (seria kieszonkowa)

KREW Z KAMIENIA2009 (seria kieszonkowa)

MĘTNE SZKŁO2010 (seria kieszonkowa)

OKROPNA SPRAWIEDLIWOŚĆ2010 (seria kieszonkowa)

DZIEWCZYNA Z JEGO SNÓW2011 (seria kieszonkowa)

UKRYTE PIĘKNO2012 (seria kieszonkowa)

KWESTIA WIARY2013 (seria kieszonkowa)

PO NITCE DO KŁĘBKA2014 (seria kieszonkowa)

DZIKA ZACHŁANNOŚĆ2015 (seria kieszonkowa)

ZŁOTE JAJO2016 (seria kieszonkowa)