Opis

W dwudziestej już powieści ze znanego i cenionego cyklu komisarz Guido Brunetti zostaje wezwany późną porą na służbę z powodu śmierci starszej samotnej kobiety. Choć na zwłokach są ślady walki, lekarz sądowy stwierdza, że przyczyną zgonu ponad wszelką wątpliwość był zawał serca. Wygląda więc na to, że Brunetti powinien umorzyć śledztwo, bo nie ma żadnej kryminalnej zagadki do rozwiązania. A jednak komisarz nie potrafi pozbyć się uczucia, że ktoś mógł doprowadzić zmarłą kobietę do zawału, że być może stała się ona obiektem gróźb. Rozmowy z małomówną zakonnicą z domu starców, w którym ofiara pracowała jako wolontariuszka, z jej synem  i młodszą sąsiadką nie rozwiewają wątpliwości Brunettiego. Z pomocą wiernego inspektora Vianella i jak zawsze pomysłowej signoriny Elettry komisarz usiłuje dotrzeć do prawdy, aby sprawiedliwości stało się zadość.

            Wnikliwa i pełna emocji, powieść Po nitce do kłębka jest wspaniałym dopełnieniem cenionego cyklu literackiego, potwierdzając status Donny Leon jako mistrzyni kryminału.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Donna Leon
PO NITCEDO KŁĘBKA
PrzełożyłRobert Sudół
NOIR SUR BLANC
Tytuł oryginału: DRAWING CONCLUSIONS
Opracowanie redakcyjne: MAJA LIPOWSKA
Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK, BEATA WYRZYKOWSKA
Projekt okładki: TOMASZ LEC
Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © Donna Leon and Diogenes Verlag AG Zürich 2011 All rights reserved For the Polish edition Copyright © 2014, Noir sur Blanc, Warszawa All rights reserved
ISBN 978-83-7392-471-0
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: [email protected] księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.

15

– Zna pani raporty? – spytał Brunetti, jak zawsze zaintrygowany i zbudowany jej upodobaniem do czytania dokumentów urzędowych z uwagą i sceptycyzmem obalającymi wszelkie zastrzeżenia, jakie mógłby mieć z powodu jej statusu cywilnej pracowniczki policji.

Signorina Elettra skinęła głową.

– I?

– Technicy byli bardzo sumienni – oceniła. Brunetti uznał, że najlepiej powstrzymać się od komentarza. – Moją uwagę zwróciły ślady na szyi i ramionach i obrażenia pleców – dodała.

– Moją też – odparł, postanawiając zachować ostrożność i nie mówić o tym, czego dowiedział się nieoficjalnie od Rizzardiego.

Spojrzała na niego ostro, ale tylko mruknęła łagodnym głosem:

– Szkoda, że nie zwróciły uwagi lekarza.

– Zwykle tak jest – przyznał.

– Faktycznie. – Z jej intonacji nie wynikało, czy wypowiada stwierdzenie, czy zadaje pytanie o Rizzardiego. – Rozmawiał pan z zakonnicami w casa di cura w Bragorze?

Tym razem nie ulegało wątpliwości, że to jest pytanie.

– Tak.

– I? – bąknęła, dowodząc, że mogą we dwoje przerzucać się monosylabami.

– Zakonnica, z którą rozmawiałem, miała o niej bardzo wysokie mniemanie. Matka przełożona. Niby była z nami szczera... – Urwał, zawieszając głos, bo nie wiedział, jak się przyznać do swoich najgorszych uprzedzeń. Nie przyszła mu z pomocą, więc po chwili był zmuszony kontynuować: – Jednak jest z południa, toteż wyczułem pewną...

– Powściągliwość?

– Tak. Vianello był ze mną.

– To przeważnie pomaga – skwitowała. – W kontaktach z kobietami.

– Nie tym razem. Być może zachowała się tak dlatego, że było nas dwóch. I jesteśmy wysocy.

Obrzuciła go przeciągłym spojrzeniem, jakby przyglądała mu się po raz pierwszy.

– Nigdy nie myślałam o żadnym z was jako o szczególnie wysokim mężczyźnie – przyznała, po czym znów popatrzyła na Brunettiego. – Ale być może tak jest. Była bardzo niska?

Przyłożył dłoń poziomo do piersi.

Signorina Elettra kiwnęła głową. Patrzył, jak ożywienie ustępuje z jej twarzy, a skupiony wzrok się przesuwa: dwie oznaki, widywane w przeszłości, że jej uwagę pochłania coś nowego. Znał tę kobietę na tyle, że zdawał sobie sprawę, iż powinien zaczekać, by sama podjęła rozmowę.

– Zawsze uważałam, że zakonnice inaczej reagują na mężczyzn – powiedziała po chwili.

– Inaczej niż kto albo w jaki sposób? – spytał.

– Inaczej niż kobiety, które... – Urwała, najwyraźniej nie mogąc znaleźć właściwych słów. – ...którym oni się podobają.

– Ma pani na myśli reakcję emocjonalną?

Uśmiechnęła się.

– Jakże delikatnie pan to ujął, commissario. Tak, mam na myśli reakcję emocjonalną.

– Na czym polega ta inność?

– My się was mniej boimy – odparła natychmiast, po czym dodała: – Albo może chętniej wam ufamy, bo lepiej wiemy, jak funkcjonuje wasz umysł.

– Myśli pani, że kobiety nas rozumieją?

– Od tego zależy nasze przetrwanie, commissario. – Wypowiedziała te słowa z uśmiechem, ale potem spoważniała i dorzuciła: – Może na tym naprawdę polega różnica, bo my żyjemy z mężczyznami, mamy z nimi codziennie do czynienia, zakochujemy się w nich i odkochujemy. Wydaje mi się, że to minimalizuje poczucie obcości.

– Obcości? – spytał Brunetti, nie mogąc ukryć zdumienia.

– No, w każdym razie inności – poprawiła się.

– A zakonnice? – spytał, sprowadzając signorinę Elettrę z powrotem do tematu.

– W ich przypadku cała sfera wzajemnych stosunków jest wykluczona. Może pan to nazwać flirtowaniem, jeśli pan chce, dottore. Cała ta sfera, kiedy igramy z poczuciem, że druga osoba może być dla nas atrakcyjna.

– Chce pani powiedzieć, że zakonnice nic takiego nie czują? – spytał, zastanawiając się nad jej rozumieniem słowa „igrać”.

Wzruszyła lekko ramionami.

– Nie wiem, czy czują, czy nie. Ze względu na nie mam nadzieję, że czują, bo jeśli człowiek to stłumi, wówczas źle się dzieje.

Wstała raptownie, zaskakując go i, co sobie uświadomił, rozczarowując, bo nie zamierzała kontynuować rozmowy.

– Stwierdził pan, że zakonnica okazała się dość małomówna – powiedziała, stając za krzesłem. – Jeśli powodem nie były jej odczucia wobec mężczyzn, poza tym naprawdę trudno uznać Vianella za człowieka groźnego, to może chodziło o to, że ona pochodzi z południa albo że jest coś, czego nie chce panu wyjawić. Uważam, że nigdy nie należy wykluczać ostatniej ewentualności.

Uśmiechnęła się i wyszła, zostawiając Brunettiego na pastwę dociekań, dlaczego nie uznała za stosowne powiedzieć, że jego również trudno uznać za groźnego człowieka.

Podniósł wzrok i w drzwiach gabinetu zobaczył porucznika Scarpę. Usiłował nie okazać zaskoczenia.

– Dzień dobry, poruczniku.

Ilekroć spoglądał na tego człowieka, w jego głowie nieuchronnie pojawiało się słowo „gad”. Nie miało to nic wspólnego z wyglądem Scarpy, bo niewątpliwie był on przystojnym mężczyzną: rosłym i szczupłym, o wydatnym nosie i szeroko rozstawionych oczach nad wysokimi kośćmi policzkowymi. Być może skojarzenie wiązało się z giętkością kończyn, z tym, że nie podnosił wyraźnie stóp w trakcie stawiania kroków, co powodowało płynne ruchy kolan. Było jednak coś jeszcze: Brunetti z niechęcią przyznawał przed samym sobą, że to skojarzenie przypisywał także swojemu przekonaniu, iż w sercu porucznika kryje się wyłącznie lodowaty chłód typowy dla gadów i rozległych przestrzeni.

– Proszę usiąść, poruczniku – zachęcił, składając dłonie na biurku w geście uprzejmego oczekiwania.

Scarpa skorzystał z propozycji.

– Przyszedłem poprosić pana o radę, commissario – wyznał, wygładzając spółgłoski po sycylijsku.

– Tak? – spytał Brunetti z idealną neutralnością.

– Chodzi o dwóch ludzi w mojej ekipie.

– Tak?

– To Alvise i Riverre – powiedział Scarpa.

Brunetti poczuł tak wielkie zagrożenie, jakby porucznik syknął po gadziemu.

Zrobił lekko zaintrygowaną minę, zastanawiając się, co znowu przeskrobały te dwa błazny.

– Tak? – spytał po raz trzeci.

– Są niemożliwi, commissario. Riverremu można powierzyć odbieranie telefonów, ale Alvise nawet do tego się nie nadaje.

Scarpa nachylił się do przodu i położył dłoń na biurku Brunettiego – gest wyćwiczony zapewne po to, aby wyrażać fałszywą szczerość i zatroskanie.

Komisarz zgadzał się w stu procentach z oceną wymienionych policjantów. Z drobną poprawką: Riverre miał pewien talent do skłaniania nastolatków do zeznań – to niewątpliwie z powodu takiej samej emocjonalności. Alvise był, ujmując rzecz jednym słowem, beznadziejny. Albo ujmując dwoma: beznadziejnie głupi. Brunetti przypomniał sobie, że przed kilku laty Alvise współpracował ze Scarpą w ramach specjalnej grupy zadaniowej: a może ten biedny dureń trafił na coś, co mogłoby skompromitować porucznika? Jeśli tak, to był na tyle głupi, że nie zdawał sobie z tego sprawy, w przeciwnym razie jeszcze tego samego dnia huczałoby o tym na całej komendzie.

– Nie do końca się z panem zgadzam – skłamał komisarz. – Choć nie wiem, dlaczego przyszedł pan akurat do mnie z tą sprawą.

Jeśli porucznik chciał czegoś, Brunetti zamierzał pokrzyżować mu plany. Proste jak drut.

– Miałem nadzieję, że troska o bezpieczeństwo obywateli i reputację naszej służby skłoni pana do podjęcia kroków w tej kwestii. Dlatego przyszedłem, żeby spytać pana o radę... komisarzu – dodał Scarpa, jak zwykle z wymownym wahaniem.

– Doceniam z kolei pańską troskę, poruczniku – odparł Brunetti bezbarwnie. Następnie dźwignął się i ciągnął, próbując przybrać ton żalu: – Niestety, mam umówione spotkanie i już jestem spóźniony, więc muszę wyjść. Ale z całą pewnością wezmę pod uwagę pańskie opinie i... – zawiesił głos, po czym dodał, udowadniając, że też potrafi posługiwać się pauzą: – ...motywację, która jest ich źródłem.

Wyszedł zza biurka i stanął obok porucznika, zmuszając go do powstania. Wyprowadził Scarpę z gabinetu i odwrócił się, żeby zamknąć drzwi, co robił dość rzadko, po czym ruszył na dół. Skinął porucznikowi głową i przemaszerował przez hol, nie racząc się zatrzymać, żeby zamienić słowo z wartownikiem. Gdy stanął na dworze, postanowił powęszyć dalej w Bragorze, porozmawiać z pensjonariuszami, z którymi zaprzyjaźniła się signora Altavilla, przekonany, że słuchanie starców mówiących o przeszłości, bez względu na wyolbrzymianie wspomnień, jest o niebo lepsze od słuchania prawdy – zwłaszcza z ust człowieka pokroju porucznika Scarpy – o Alvisem i Riverrem.

Postanowił dotrzeć na miejsce dłuższą trasą, więc przeszedł mostem na Campo San Lorenzo. Z bliska zobaczył, że tablica z datą rozpoczęcia renowacji kościoła całkowicie wyblakła od słońca. Nie pamiętał już, kiedy powinni byli zacząć – zapewne dekady temu. Ludzie w komendzie mówili, że prace faktycznie się rozpoczęły, ale to było przed jego czasami, więc mógł polegać tylko na pogłoskach. W ciągu tych lat, kiedy stawał przy oknie i patrzył na campo, widział jedynie, że rozpoczął się, trwał i wreszcie zakończył remont casa di cura. Być może to było ważniejsze od odremontowania kościoła.

Skręcił kilka razy w lewo i prawo i znów minął kościół San Antonio. Potem w głąb Salizada i na campo, gdzie drzewa wciąż zapraszały przechodniów do chwili wytchnienia w cieniu.

Przeszedł na drugą stronę i zadzwonił do drzwi casa di cura. Oznajmił swoje przybycie i powiedział, że przyszedł porozmawiać z madre Rosą. Tym razem przed wejściem u góry schodów czekała inna zakonnica, jeszcze starsza. Brunetti podał swoje nazwisko, wszedł i odwrócił się, żeby zamknąć drzwi. Kobieta uśmiechnęła się w wyrazie podziękowania i zaprowadziła go do pokoju, w którym rozmawiał poprzednio z madre Rosą.

Tego dnia siedziała w jednym z foteli, z otwartą książką na kolanach. Gdy wszedł, skinęła głową i zamknęła książkę.

– Czym mogę dziś służyć, commissario? – spytała.

Nie zaprosiła go w żaden sposób, by usiadł, więc tylko się zbliżył i stanął.

– Chciałbym porozmawiać z osobami, które najlepiej znały signorę Altavillę – wyjaśnił.

– Musi pan wiedzieć, że w moim przekonaniu ta prośba nie ma większego sensu – odparła. Nie zareagował na te słowa, więc dodała: – Tak samo jak pańska ciekawość jej życia.

– Inaczej się na to zapatruję, madre.

– Dlaczego?

Odparł natychmiast bez zastanowienia:

– Interesuje mnie sprawa zawału serca. – Nim zdążyła zadać pytanie, dodał: – Nie ulega wątpliwości, że przyczyną śmierci był zawał. Lekarz twierdzi, że stało się to bardzo szybko. – Brunetti zobaczył, że zakonnica przymyka oczy i kiwa głową, jakby dziękowała, że zadośćuczyniono jej życzeniu. – Chciałbym się jednak upewnić, że zawał był... że nie był przez nikogo spowodowany. Przez nic nieprzyjemnego.

– Proszę usiąść, commissario – rzekła. – Jest pan oczywiście świadom, co pan przed chwilą powiedział – dodała, gdy skorzystał z propozycji.

– Tak.

– Jeśli sprawa zawału serca, oby jej dusza spoczywała w pokoju, była, jak pan mówi... – urwała na moment, a potem przywołała jego określenie: – ...nieprzyjemna, to zapewne istniał ku temu powód. I skoro przyszedł pan szukać tego powodu tutaj, to zapewne z nadzieją, że znajdzie go pan w tym, co usłyszała od jednej z osób, którym pomagała.

– Zgadza się – przyznał, będąc pod wrażeniem jej przenikliwości.

– Jeśli to faktycznie prawda, tej osobie też może grozić niebezpieczeństwo.

– Możliwe, ale to zależy od tego, co powiedziano signorze Altavilli. Madre – westchnął, uznając, że musi jej zaufać – nie mam pojęcia, co się wydarzyło, w dodatku czuję się głupio, bo kieruję się wyłącznie przeczuciem, że w śmierci signory Altavilli nie wszystko się zgadza.

Świadomy, że słowem nie wspomniał o śladach na ciele, zaczął się zastanawiać, czy okłamywanie zakonnicy jest większym występkiem niż okłamywanie innych ludzi. Doszedł do wniosku, że nie.

– Czy to znaczy, że nie jest pan tutaj... jak to ująć? Że nie jest pan tutaj oficjalnie?

Zalezienie właściwego określenia sprawiło jej wyraźną przyjemność.

– W żadnym razie – przyznał. – Chciałbym natomiast rozwiać podejrzenia jej syna.

Prawda, ale nie cała.

– Rozumiem – mruknęła.

Zaskakując go, otworzyła książkę na kolanach i skupiła wzrok na stronicach. Brunetti siedział w milczeniu przez długą chwilę, która przeciągała się o kolejne minuty.

Wreszcie zakonnica przysunęła książkę do twarzy i zaczęła głośno czytać:

– „Na każdym miejscu są oczy Boga, które zarówno dobra, jak i zła wypatrują”. – Opuściła tom i spojrzała znad kartek na Brunettiego. – Wierzy pan w to, commissario?

– Obawiam się, że nie, madre – odparł bez wahania.

Położyła otwartą książkę na kolanach.

– Dobrze – skwitowała, znowu go zaskakując.

– Dobrze, że się przyznałem, czy dobrze, że nie wierzę?

– Że pan to przyznał, rzecz jasna. Bo że pan w to nie wierzy, jest tragiczne. Ale gdyby pan się nie przyznał, skłamałby, a to byłoby znacznie gorsze.

Wzorem Pascala poznawała prawdę nie rozumem, lecz sercem. Brunetti pominął to milczeniem i rzekł tylko:

– A skąd matka wie, że w to nie wierzę?

Uśmiechnęła się cieplej niż kiedykolwiek przedtem.

– Być może jestem starą zasuszoną ropuchą, commissario, w dodatku z południa, ale nie jestem głupia.

– A czy to, że nie jestem kłamcą, ma jakiś wpływ na wynik naszej rozmowy?

– Przekonuje mnie, że naprawdę zależy panu na ustaleniu, czy coś nieprzyjemnego, jak pan to określił, mogło odegrać rolę w śmierci Costanzy. A ponieważ byłyśmy zaprzyjaźnione, mnie też na tym zależy.

– Czy to znaczy, że mogę liczyć na pomoc, madre? – spytał Brunetti.

– To znaczy, że podam panu nazwiska osób, z którymi spędzała najwięcej czasu. Dalej musi pan sobie radzić sam, commissario.