Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
765 osób interesuje się tą książką
Ostatni tom serii Sanctuary!
On – poważny prawnik i członek klubu Sanctuary. Ona – córka konserwatywnego teleewangelisty. Pechowo – przyszła synowa jego wroga.
Daisy Bell ma zaplanowaną przyszłość. Jej rolą jest ładnie wyglądać, szczerze się modlić i wspierać rodzinę przyszłego męża w dążeniu do zdobycia władzy.
Wszystko się zmienia, gdy odkrywa sekret narzeczonego. Jej świat wali się w jednej chwili, a ucieczką okazuje się… przypadkowa wizyta w słynnym klubie erotycznym.
Gabriel Bishop widzi w dziewczynie anioła, ale zupełnie jej nie ufa, bo podejrzewa, że nagłe pojawienie się Daisy w Sanctuary to kolejna intryga, która ma zaszkodzić klubowi.
Co się stanie, gdy ostrożny prawnik i nieśmiała, lecz żądna wiedzy i nowych doświadczeń dziewczyna zetkną się na dłużej?
Jak zakończy się polityczna intryga? Kto wygra wybory na gubernatora? Czy Sanctuary przetrwa polityczną burzę?
I najważniejsze – czy Daisy stanie na ślubnym kobiercu?
Książka dla czytelników 18+.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 290
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla wszystkich kobiet, które pragną odkryć siebie
– Mam ochotę wparować na scenę i przywalić Frostowi prosto w tę jego zakłamaną buźkę – warknęła Melody. Siedziała na kolanach Rafaela i gniewnie wpatrywała się w ekran laptopa.
Sądząc po minach pozostałych, wszyscy mieliśmy ochotę zrobić to samo. Ally mrużyła oczy i miała tak czerwone ze złości policzki, że jej rude włosy wydawały się jeszcze bardziej jaskrawe. Michael był nachmurzony i tak mocno zaciskał dłonie na biodrach dziewczyny, że chyba cudem nie połamał jej kości. Rafael mruczał pod nosem przekleństwa i nawet nie zwracał uwagi na to, że niesforny kosmyk włosów opadł mu na twarz, a to była oznaka prawdziwej wściekłości.
Od godziny oglądaliśmy transmisję z wiecu wyborczego Harrisona Frosta, republikańskiego kandydata na gubernatora stanu Nowy Jork. Facet postanowił zyskać głosy wyborców, zgrywając fanatyka religijnego. Nawoływał do moralnej odnowy i wziął na celownik kluby erotyczne, w tym ten najważniejszy – Sanctuary, czyli własność Michaela i nasze ulubione miejsce spotkań oraz zabaw.
Jakby tego było mało, zorganizował swój spęd fanów zaledwie dwie przecznice od klubu, co było jasnym sygnałem, że lokal oberwie najmocniej podczas jego kampanii. Wcale mnie to nie dziwiło. Do Sanctuary przychodziła prawdziwa śmietanka towarzyska, a rodzina Michaela nigdy nie wspierała Republikanów. Redingowie zawsze stali po stronie Demokratów i chociaż oficjalnie nie bawili się w politykę (przynajmniej w ostatnich latach), to przekazywali im hojne datki.
Absurdowi wiecu wyborczego Frosta dodawało smaczku nabożeństwo prowadzone przez jego najlepszego przyjaciela, pastora Samuela Bella – słynnego teleewangelistę. Rzygać mi się chciało, gdy słuchałem bajdurzenia kaznodziei o tym, że odpowiednio oddany głos w wyborach może przyczynić się do zbawienia zdeprawowanych mieszkańców stanu. Jednocześnie część uwagi skupiałem na osobach stojących za prowizoryczną amboną, a zwłaszcza na jednej z nich.
Daisy Bell wyglądała na lekko znudzoną, jakby miała ochotę ziewnąć, ale się przed tym powstrzymywała. To było całkiem interesujące, ponieważ nie spodziewałem się takiego zachowania po córce pastora. Myślałem, że będzie wznosić żarliwe modły ku niebu. Za to jej narzeczony, Evan Frost, wydawał się wyjątkowo skupiony na słowach przyszłego teścia. Zapalczywie kiwał głową, składał dłonie, padał na kolana i wznosił oczy ku górze. Brakowało tylko, by zaczął się kiwać w rytm śpiewów zebranych. Ten koleś kompletnie mi się nie podobał.
Nie to, co Daisy. Ona była zachwycająca. Przynajmniej z wyglądu. Gruby, długi warkocz w odcieniu słomy, wielkie, niebieskie oczy, pełne usta i lekko zadarty nosek. Do tego nieśmiałe spojrzenie i naturalna pokora. Wszystko to, co lubiłem.
Zastanawiałem się, czy jej postawa była idealnie wytrenowaną kreacją pod publiczkę, czy może prawdziwym charakterem. Skłaniałem się raczej ku temu pierwszemu. Daisy dorastała w świecie stworzonym przez swojego ojca i Harrisona Frosta. Musiała chłonąć to, co mówili. Samuel Bell uczynił z religii lukratywny biznes i nie wierzyłem, by ona nie była tego świadoma. Pewnie tarzała się w kasie, zachęcała wiernych do produkowanych w Chinach dewocjonaliów i z radością przyjmowała od nich pokaźne czeki. Za coś Bell kupił studio telewizyjne, prywatny odrzutowiec i trzy luksusowe wille, w tym jedną w Nowym Jorku.
– Nie mam ochoty dłużej na nich patrzeć. – Ally skrzywiła się, gdy na ambonę wszedł Frost.
– Poczekaj, może powie coś, co uda nam się wykorzystać – wymruczał ponuro Rafael. Biedak był zmuszony oglądać wszystkie wystąpienia tych oszołomów, ponieważ pomagał w kampanii kontrkandydatki Republikanina.
W milczeniu przysłuchiwaliśmy się słowom polityka i żałowałem, że po sugestii Ally nie opuściłem gabinetu Michaela.
– Nasi wrogowie, wrogowie naszej wiary, wrogowie jedynego Boga są bardzo blisko! – wydzierał się Frost. Wstrzymałem oddech, drań mógł podać nazwę klubu lub jego adres, a wtedy na ulicach SoHo rozpętałoby się piekło. – Módlmy się za nich, za ich nawrócenie. Pokażmy, że jesteśmy lepsi, że Bóg jest silniejszy od diabła i nas wspiera! Módlmy się! – Pieprzony hipokryta złączył dłonie i zaczął recytować słowa nieznanej mi modlitwy.
– Myślałem, że po wywodach Bella zakończy się część religijna. – Rafael zakrył usta, gdy ziewał.
– Zadzwonię do burmistrza i szefa policji. Niech będą przygotowani. – Wyciągnąłem z kieszeni marynarki telefon.
– Myślę, że nie ma takiej potrzeby. Frost wie, że walki na ulicach mogą mu odebrać bardziej umiarkowanych wyborców. Nie każdy Republikanin wspiera takie ostre akcje. To teatrzyk dla najbardziej zagorzałych zwolenników – uspokoił mnie Michael.
– Mimo wszystko…
– Jeśli w okolicy zostaną zwiększone patrole, to Frost będzie mógł oskarżyć Demokratów o próbę zastraszenia jego wyborców. – Rafael też powstrzymywał mnie przed wykonaniem telefonu.
– Jak chcecie – westchnąłem ciężko i odpuściłem. – Na wszelki wypadek lepiej uprzedzić gości, by zrezygnowali ze spacerów i korzystali z taksówek – zasugerowałem zmartwiony.
– Zgadzam się i tak zrobię. – Michael przytulił mocniej Ally. – A dzisiaj będzie się tu sporo działo. – Uśmiechnął się z zadowoleniem i ucałował dziewczynę w szyję.
Frost i Bell wybrali idealny wieczór na organizację wiecu. Dzisiaj w Sanctuary odbywała się Otwarta Noc, czyli impreza, na którą wstęp miały osoby spoza listy gości. Oczywiście nie przyjmowano każdego z ulicy. Potencjalni klienci musieli przybyć do klubu w towarzystwie któregoś z członków, ale to i tak oznaczało prawdziwe tłumy i ogromne zamieszanie.
– Powinniśmy się zbierać. Chciałabym wypić drinka i pokręcić się trochę po klubie, zanim wypełni się ludźmi. – Ally wstała z kolan Michaela, na co on zareagował, odruchowo wyciągając do niej ręce, ale zrezygnował z próby złapania partnerki i też podniósł się z fotela.
– Jestem za! – Melody podążyła za przyjaciółką, ale zrobiła to z większym impetem, a Rafael lekko się skrzywił i zauważyłem, że tłumił zbolałe jęknięcie. Musiała przy okazji walnąć go w czuły punkt. Znając kumpla, siedział od godziny z pełnym wzwodem i czekał na chwilę, gdy będzie mógł zabrać swoją dziewczynę do jednego z pokoi odpowiednich do zabaw grupowych.
– Idźcie pierwsi – zwrócił się ze stęknięciem do Ally i Michaela. – Nie mam ochoty oglądać mojej młodszej siostry w erotycznym wdzianku. Wolę, żebyście zamknęli się w pokoju, zanim stąd wyjdę.
– Nie przesadzaj, Raf! – Ally spłonęła rumieńcem i tupnęła. – Przyzwyczaj się wreszcie, że jestem członkinią klubu. Mam ci przypomnieć, że widziałam cię nago, gdy… gdy…
– Gdy bzykał się w głównej sali, podczas grupowej orgii? – podpowiedziała jej Melody, a w jej słowach i tonie nie było żadnej zazdrości. Ona i Raf dobrali się idealnie. Obydwoje uwielbiali publikę i podglądanie innych.
Na szczęście Ally i Michael mieli inny fetysz. Oni woleli zabawiać się w udawanie nauczyciela i uczennicy. I chyba to najbardziej męczyło Rafaela, który wciąż narzekał na ich relację, chociaż było w tym więcej kiepskiej gry aktorskiej niż prawdziwego oburzenia.
– Róbcie, co chcecie, a ja idę szukać szczęścia – ogłosiłem, podnosząc się z miejsca. Nie miałem ochoty dłużej słuchać ich dyskusji, bo znałem ją na pamięć.
Opuściłem towarzystwo i przeszedłem do baru, gdzie już zbierali się goście.
W lokalu panowała inna niż zwykle atmosfera. Zazwyczaj w powietrzu unosiła się ekscytacja i zapowiedź szalonego seksu. Dzisiaj też je czułem, ale mieszały się z podenerwowaniem, co musiało wynikać z pobliskiego wiecu Frosta.
– Myślałem, że nie uda nam się dojechać. Kilka ulic zostało wyłączonych z ruchu, są straszne korki. – Usłyszałem rozmowę jednego z gości z barmanem.
– Frost nie powinien dostać zezwolenia na organizację wydarzenia tak blisko Sanctuary. Dlaczego nie może umawiać się z wyborcami w parkach albo halach sportowych? Inni tak robią – narzekał barman, który pewnie też musiał wyjść wcześniej z domu, aby dotrzeć na czas do pracy.
– Na szczęście kampania wkrótce się skończy – wtrąciłem się do rozmowy. – Daj mi podwójną szkocką.
– Tylko co będzie, jeśli ten wariat wygra? – Ze zmartwioną miną nalał mi drinka.
– Nie wygra – odparłem z pełnym przekonaniem.
Wiedziałem, co mówię. To nie było tylko moje życzenie. Ciężko pracowałem nad tym, by pogrążyć Frosta a przy okazji także Bella, aby raz na zawsze zakończyć ich dążenie do władzy.
– Chociaż raz ubrałbyś się zgodnie z tematem imprezy. – Gość zmienił temat i spojrzał na mnie oceniająco. Sam był ubrany w białe spodnie, a na plecach miał doczepione wielkie skrzydła.
Otwarta Noc zawsze wiązała się z określonym tematem, który wpływał też na dress code panujący wśród gości. Większość z nich chętnie bawiła się w przebieranki, ale to nie było w moim stylu.
– Przebrałem się za Lucyfera. No wiesz, tego z serialu – wyjaśniłem poważnie, ale jego wyraz twarzy nie wskazywał na to, by mi uwierzył.
Ta bajeczka przeszłaby, gdybym rozmawiał z kimś nowym w klubie, ale nie ze stałym bywalcem. Byłem tu znany. Nie tylko ja. Wraz z Michaelem i Rafaelem byliśmy nazywani Aniołami Seksu i kobiety zabiegały o to, by spędzić z nami noc lub chociaż kilka godzin.
Odkąd Raf i Michael znaleźli sobie dziewczyny, zostałem sam. I z niezadowoleniem stwierdzałem, że urok Aniołów działał słabiej, gdy nie było przy mnie chłopaków. Oczywiście bez problemu znajdowałem partnerki, ale musiałem sam do nich zagadywać. Kiedyś wystarczyło, byśmy we trzech usiedli w loży, a zasypywały nas propozycje zabawy.
Westchnąłem cicho i podążyłem wzrokiem po wypełniającej się ludźmi sali. Anioły i Demony. Ten temat spodobał się gościom, ponieważ widziałem wiele ciekawych i kreatywnych kostiumów.
Było mi zdecydowanie bliżej do demona, więc na tę noc szukałem anioła. Kobiety delikatnej, trochę onieśmielonej, naturalnie uległej i marzącej o spełnieniu moich pragnień. Problem polegał na tym, że paniom w Sanctuary brakowało pruderii, a jej odrobina bardzo mnie pociągała. Szukałem niewinnej duszyczki, gotowej, bym ją zdeprawował, a takie rzadko bywały w seksklubie.
Zatrzymałem wzrok w pobliżu wejścia, bo chyba miałem zwidy. Nie… to nie było możliwe, by stał tam prawdziwy anioł. Nawet jeśli nie miała na sobie seksownej bielizny i skrzydeł, a skromną, granatową sukienkę z białym kołnierzykiem.
Wyglądała jak pensjonarka, która urwała się z prywatnej szkoły dla panien z dobrego domu, gdzie całymi dniami uczyła się tylko jednego – bycia idealną, tradycyjną żoną. Doskonale wiedziałem, że w rzeczywistości jeszcze niedawno stała na scenie, gdy jej ojciec i przyszły teść mieszali ludziom w głowach i straszyli ich piekłem, jeśli nie zagłosują w wyborach na właściwego kandydata.
– Daisy Bell – wyszeptałem z niedowierzaniem, które zaraz zamieniło się we wściekłość.
Nie doceniałem jej. Myślałem, że jest tylko lalką na pokaz, a pojawiła się w Sanctuary. Jakoś dostała się do środka i szpiegowała nasz świat. W dodatku tak doskonale udawała wystraszoną i zaciekawioną, że poczułem podniecenie.
Musiałem ochłonąć i wyprowadzić ją z klubu, zanim zdążyłaby dowiedzieć się czegoś o gościach. Ich lista nie była tajemnicą. Sanctuary nie było sekretnym miejscem, ale i tak mieli prawo do prywatności. Zwłaszcza w przypadku, gdy węszyła pomiędzy nimi córka telewizyjnego kaznodziei, który mógł w swoich kazaniach na wizji sypać nazwiskami i wywołać w klientach dyskomfort. To, co tu robili, było ich sprawą i nikt nie miał prawa rozpowiadać tego w pieprzonej telewizji!
Z łoskotem odstawiłem szklaneczkę z drinkiem na bar i odepchnąłem się od blatu. Niczym rozjuszony byk ruszyłem w stronę dziewczyny i dopadłem do niej w zaledwie kilku krokach.
– Co tu, do cholery, robisz?! – wysyczałem, chwytając ją za ramię.
– A teraz wróćcie do domów i módlcie się za zbawienie grzeszników, którzy wciąż mają szansę wejść na drogę Boga, jeśli zrezygnują z obrzydliwych rozrywek tego miasta! – krzyknął mój ojciec, a tłum zaczął wykrzykiwać do niego hasła poparcia.
Cieszyłam się, że to już koniec. Byłam zmęczona i głodna. Bolały mnie nie tylko stopy, ale też kolana, ponieważ nikt z organizatorów nie pomyślał o zainstalowaniu na scenie klęczników, a w ciągu ostatnich kilku godzin wiele razy padaliśmy na kolana.
Rozumiałam, dlaczego pan Frost i tato połączyli wiec z nabożeństwem. Nie podobało mi się łączenie religii z polityką, ale nie miałam nic do gadania w tej sprawie, więc pokornie wypełniałam ich polecenia i modliłam się, chociaż coraz częściej zastanawiałam się nad sensem wiary z wizji rodziców.
Nie potrafiłam jednak zrozumieć, dlaczego wybrali takie miejsce i porę. Był już późny wieczór, znajdowaliśmy się w sercu SoHo, blokując ulice i wprowadzając niepotrzebne zamieszanie. Przecież mieliśmy do dyspozycji studio telewizyjne i to w nim zazwyczaj ojciec prowadził nabożeństwa oraz swoje programy, które od razu transmitowano na cały kraj.
Wieczór był chłodny, a ja nie zabrałam ze sobą płaszcza, więc teraz trzęsłam się z zimna. Miałam nadzieję, że Evan poratuje mnie swoją marynarką, ale gdzieś zniknął zaraz po ostatniej modlitwie.
Westchnęłam zirytowana i zeszłam ze sceny, aby go poszukać. Przecisnęłam się między ochroniarzami i ludźmi z zespołu pana Frosta. Odchyliłam się szybko, gdy specjalista od social mediów prawie uderzył mnie w twarz telefonem zamocowanym na selfie sticku. Nawet nie przeprosił! Wszyscy tu traktowali mnie jak jakiś rekwizyt! Miałam ustawiać się do zdjęć, uśmiechać i wyglądać odpowiednio, ale nie odzywać. Ci ludzie przestawiali mnie jak jakiś przedmiot, wydawali mi polecenia i oczekiwali, że wykonam je bez szemrania, a w dodatku im podziękuję za to, że kierują moim życiem.
Nikogo nie interesowało to, czego ja chcę. A chciałam tylko zamknąć się w swoim pokoju, skryć pod kocem i wtulić w poduszkę. Chciałam ciszy! Chciałam spokoju!
I chciałam znaleźć narzeczonego, żeby dał mi swoją marynarkę i odwiózł mnie do domu.
– Widziałeś Evana? – zagaiłam do nakręconego chłopaka z telefonem. Nawet na mnie nie spojrzał, tylko wzruszył ramionami. – Dzięki za pomoc – sarknęłam, czym wreszcie zwróciłam jego uwagę. Zdziwiony uniósł brwi, bo to, co zrobiłam, było wyjątkową impertynencją. Przynajmniej jak na mnie. Gdyby ktoś inny tak się do niego odezwał, to byłoby normalne zachowanie.
Zignorowałam fakt, że facet otwierał usta, by coś mi odpowiedzieć. Poszłam dalej, kuląc się z zimna i pomstując na narzeczonego.
Nasz związek zdecydowanie odbiegał od tych z filmowych komedii romantycznych. Evan nigdy o mnie nie zabiegał, nie okazywał mi zbyt wielu uczuć i traktował moją obecność w swoim życiu jako coś oczywistego. Znaliśmy się od zawsze i być może stąd wynikało jego zachowanie, ale to nie znaczyło, że nie było mi przykro, gdy skupiał się na kampanii.
– Gdzie ty się podziałeś? – pytałam go, chociaż przecież mnie nie słyszał. Obeszłam całą część oddzieloną bramkami od wiernych i wyborców, ale narzeczonego nigdzie nie było. Zmartwiona i zmęczona zdecydowałam się oddalić nieco od hałaśliwego tłumu i wyszłam spoza ogrodzonego terenu. W oddali zamajaczył mi neon z logo 7-Eleven. Ponieważ żołądek już ściskał mi się boleśnie z głodu, postanowiłam przerwać poszukiwania i wstąpić do sklepu po hot doga. Nie był to najlepszy posiłek, ale w tej chwili liczyło się tylko to, bym zapełniła burczący brzuch.
Upewniłam się, że mam telefon w kieszeni sukienki i przeszłam przez ulicę. Już miałam wejść do sklepu, gdy moją uwagę zwróciła rozmowa dochodząca z ciemnej uliczki obok budynku.
Skryte tam osoby szeptały, ale i tak rozpoznałam jeden z głosów, należał do Evana!
– Mam dosyć ukrywania się. Nie chcę być twoim brudnym sekretem! Wiem, że kampania… – odezwał się ten drugi, nieznajomy głos. Należał do mężczyzny.
Wstrzymałam oddech i po cichu podeszłam bliżej, ale nie na tyle, by mnie zauważyli.
– Wiesz, jak wygląda moje życie. Nigdy nie będę mógł powiedzieć światu, co nas łączy. Nasza miłość zawsze będzie musiała być tajemnicą, ale kocham cię i nie mogę z ciebie zrezygnować. – Evan przyparł mężczyznę do muru, a jego usta niebezpiecznie zbliżyły się do ust… kolegi?
– A Daisy? To twoja narzeczona. Wkrótce weźmiecie ślub. Jak możesz ją ranić i tak wykorzystywać? – Nieznajomy nie dawał za wygraną, odwrócił głowę, jakby próbował uniknąć pocałunku.
Ale to przecież nie było możliwe, Evan nie mógł chcieć pocałować mężczyzny, lecz przed chwilą mówił o miłości. Nie rozumiałam, czego jestem świadkiem.
– Daisy nie musi o nas wiedzieć, a jeśli się dowie, to nic. Została wychowana tak, by nie zadawać pytań. Ma być posłuszną, wspierającą żoną i matką moich dzieci. To nie ma nic wspólnego z miłością. Będę z nią tworzył rodzinę, bo tego wymaga moja przyszłość, bo rodzice wyrzekną się mnie, jeśli powiem, że kocham mężczyznę. Bo tylko tak osiągnę sukces i w przyszłości będę mógł się ubiegać o wysokie stanowiska z poparciem wyborców ojca i wiernych naszego kościoła. – Słowa Evana raniły moje serce, a w dodatku mnie przerażały. Uświadomiłam sobie, że żyłam w jakiejś bańce i nie miałam pojęcia, co działo się wokół mnie.
Nagle wszystko stało się jasne. Evan nigdy nie wychodził z inicjatywą, gdy chodziło o naszą bliskość. Nie próbował mnie pocałować, nie przytulał mnie w sposób, który oznaczał, że mnie pragnie. Do tej pory sądziłam, że ma to związek z jego wiarą, że czeka do ślubu i popierałam takie zachowanie, jednocześnie pragnąc trochę poeksperymentować. Teraz zrozumiałam, że zachowanie Evana było związane z faktem, że ja go nie pociągałam, bo nie miałam penisa!
Zakryłam usta dłonią, aby powstrzymać szloch. Mój świat właśnie się zawalił. Bańka pękła i znalazłam się w brutalnej rzeczywistości, gdzie czekał mnie ślub z mężczyzną, który zamierzał mnie zdradzać i to w tak obrzydliwy sposób. Przecież to był grzech! A przynajmniej tak twierdził tato, bo ja miewałam wątpliwości, czy powinniśmy potępiać homoseksualistów. Ale tego jednego potępiałam, bo miałam służyć za jego przykrywkę.
– Obiecaj, że ona nigdy nie będzie dla ciebie ważniejsza ode mnie – wyjęczał nieznajomy mężczyzna.
– Przysięgam. – Evan pocałował go z namiętnością, o której ja mogłam tylko marzyć.
Tego już było za wiele. Rozpłakałam się. Łzy zniekształciły obraz, obróciłam się na pięcie i niewiele myśląc, pobiegłam przed siebie.
Już nie czułam głodu i zmęczenia. Pędziłam, mijając rozchodzący się tłum wiernych ojca, przeciskałam się między ludźmi i zapominałam o mówieniu „przepraszam”, gdy kogoś potrąciłam.
Evan mnie zdradzał.
Evan mnie zdradzał i to z mężczyzną!
I nie zamierzał z tym skończyć!
Chciał żyć w kłamstwie i grzechu, wciągnąć mnie w to i zmusić, bym razem z nim trwała w oszukanym małżeństwie. Wcale nie obchodziły go moje uczucia i szczęście!
Resztki rozsądku podpowiadały mi, że nie powinnam zostawać na widoku. Moja twarz była znana w mediach, a teraz wglądałam jak jedno wielkie nieszczęście z zapłakaną twarzą i rozwianym warkoczem. Musiałam się gdzieś ukryć, by opanować się z dala od ciekawskich spojrzeń. W dodatku miałam ochotę zrobić coś, co nie było w moim stylu, a nawet nie było mile widziane – pójść na drinka.
Zatrzymałam się przed jakąś kamienicą. Przy wejściu do niej stał tłum ludzi w płaszczach. Znowu zrobiło mi się zimno. Chyba nawet bardziej niż wcześniej, bo po biegu byłam zgrzana.
Nazwa lokalu wyglądała znajomo, ale nie mogłam jej skojarzyć. Pewnie padła kiedyś w jakiejś rozmowie ojca z panem Frostem i Evanem, ale oni nie informowali mnie o swoich planach, więc nigdy specjalnie nie wsłuchiwałam się w ich rozmowy.
A może chodziło o nazwę? Sanctuary kojarzyło się religijnie, tylko te anielskie skrzydła i diabelskie rogi w logo trochę mnie konfundowały. Nie byłam jednak w nastroju, by się zastanawiać nad głębszym sensem tego neonu.
Chciałam choć raz w życiu poczuć się wolna, pozwolić sobie na odrobinę buntu.
– Zapraszam! – Jakiś wysoki mężczyzna w czarnej koszuli i eleganckich spodniach zdjął z haka czerwoną, grubą szarfę, otwierając tym samym barierkę.
Bez zastanowienia ruszyłam za grupką przede mną i nawet udało mi się zgrabnie wmieszać w tłum, dzięki czemu nie musiałam pokazywać dowodu, którego ze sobą nie zabrałam.
Serce biło mi jak oszalałe. Po raz pierwszy w życiu robiłam coś nielegalnego i już zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób opowiem o tym podczas spowiedzi. Mimo wszystko się nie wycofałam, tylko brnęłam dalej.
Zignorowałam dyskusję za plecami, gdy ochroniarz zatrzymał jakąś kobietę.
– Przecież jestem z nimi! – wołała do niego oburzona. Pewnie zajęłam jej miejsce w grupie, ale nie miałam zamiaru się do tego przyznać.
Przemknęłam między ludźmi ustawiającymi się w kolejce do szatni, wpadłam do dużego pomieszczenia i zamarłam.
Nie tego się spodziewałam. Byłam pewna, że wchodzę do jakiegoś klubu lub baru, ale chyba wylądowałam w siedlisku grzechu. Takim, przed którym przestrzegali ojciec i pan Frost.
Przed sobą miałam roznegliżowanych ludzi w skandalicznych kostiumach. Część z nich była przebrana w stroje aniołów, ale takie, za które mogli trafić do piekła. Część za to wyglądała, jakby właśnie z niego wyszła. Wszystkich łączyło jedno – dużo nagiego ciała.
Moje policzki zaczęły płonąć wstydem, ale nie potrafiłam oderwać wzroku od tego niecodziennego widoku. Fascynował mnie i przerażał jednocześnie. Zastanawiałam się, czym jest ten klub. I martwiłam, jak będzie wyglądała moja spowiedź…
– Co tu, do cholery, robisz?!
Przestraszona odskoczyłam, ale mężczyzna mocno trzymał mnie za ramię. Nie znałam go, ale on mnie najwidoczniej tak, bo był wściekły.
Był ode mnie starszy, na oko miał jakieś trzydzieści lat. W przeciwieństwie do pozostałych osób miał na sobie elegancki, dobrze skrojony garnitur. Jego włosy w odcieniu ciemnego blondu były perfekcyjnie ułożone, ale piwne oczy nie wskazywały na spokój. Widziałam w nich gniew i niechęć, przez które skuliłam się mimowolnie.
– Ja… ja przepraszam – wyjąkałam przerażona. – Ochroniarz mnie wpuścił i…
– Nie interesuje mnie, że zapłaciłaś za wstęp. Chcę wiedzieć, kto cię tu wprowadził – odparł surowo i pociągnął mnie w stronę wyjścia. – Dawaj nazwisko!
Wytrzeszczyłam oczy. Kompletnie nie miałam pojęcia, o co mu chodzi.
– Weszłam sama – wyjaśniłam na tyle spokojnie, na ile mogłam. – Ludzie wchodzili i ja się do nich przyłączyłam.
– Jasne – prychnął. – Nikt nie może tu wejść z ulicy.
To tłumaczyło, dlaczego kobieta przed budynkiem krzyczała „przecież jestem z nimi”. Musiałam zająć jej miejsce na liście gości, a w zamieszaniu nikt tego nie zauważył. Myślałam, że mam szczęście i udało mi się uniknąć okazania dokumentów, a w rzeczywistości ukradłam komuś wejściówkę.
Świetnie, lista grzechów znowu się wydłużyła.
Czy mogłam kłamać na spowiedzi?
Mężczyzna wyciągnął mnie z klubu i postawił przed ochroniarzem.
– Ona nie ma tu wstępu – warknął, na co bramkarz niemal stanął na baczność.
– Oczywiście, panie Bishop. – Szybko potaknął.
– Ale… – próbowałam się słabo wykłócać, lecz nie byłam w tym najlepsza. Zabrakło mi słów.
– Nie ma żadnego ale. Wylatujesz, zanim zdobędziesz ploteczki i przekażesz je ojcu oraz przyszłemu teściowi – przerwał mi Bishop.
– Ty myślisz… myślisz, że ja jestem jakimś szpiegiem? – Mój początkowy szok i przestrach zamieniły się w śmiech. – Ale dlaczego miałabym im coś mówić? Gdy się dowiedzą, że byłam w takim miejscu, dostanę szlaban do ślubu!
Na myśl o ślubie i Evanie w moich oczach znowu pojawiły się łzy. Spuściłam głowę i drżąc z zimna, odezwałam się cicho:
– Chciałabym wrócić do domu. – Wolną ręką sięgnęłam do kieszeni sukienki. Nie znalazłam w niej telefonu. – Ojej – sapnęłam załamana.
– Ojej? – Bishop wydawał się zaskoczony mają reakcją.
– Ja chyba zgubiłam telefon – przyznałam zawstydzona. Nie miałam ochoty prosić tego mężczyzny o pomoc, ale chyba nie miałam wyjścia. – Czy możesz wezwać mi taksówkę?
– Nikt na ciebie nie czeka? – Rozejrzał się, jakby szukał jakiegoś szpiega czającego się w okolicy. Chyba miał jakąś manię prześladowczą.
– Oczywiście, że nie! – oburzyłam się jego podejrzeniami. Już przestałam się go bać, teraz byłam zirytowana. – Nikt nie wie, że tu jestem, bo weszłam do klubu przypadkiem, po tym jak… nieważne. – Ugryzłam się w język, zanim wygadałam tajemnicę Evana.
On nie był ze mną szczery, więc nie miałam obowiązku ukrywać jego sekretów, ale wolałam nie ujawniać ich przed mężczyzną, którego poznałam dwie minuty temu. Poza tym musiałam rozmówić się z narzeczonym i zerwać zaręczyny.
– Gdzie jest Evan Frost? Dlaczego nie przyszedł tu z tobą? – Bishop dalej na mnie naciskał.
– Nie wiem, gdzie jest – burknęłam, z coraz większym trudem panując nad zbliżającym się wybuchem płaczu. Zbyt wiele emocji kotłowało się we mnie, bym dała radę dłużej udawać twardą.
Dopiero po chwili zwróciłam uwagę na to, że mężczyzna potwierdził moje podejrzenia – znał mnie i to na tyle dobrze, by nie zareagować na wieść o ślubie i wspomnieć o Evanie.
– Czy możesz zamówić mi taksówkę lub odprowadzić mnie do miejsca, w którym odbywał się wiec? – zapytałam desperacko. Nie znałam tej okolicy, nie wiedziałam, jak daleko uciekłam i jak mam wrócić do domu. Bez telefonu stałam się całkowicie bezradna.
Nie wychowałam się w Nowym Jorku, a na południu Stanów. Do miasta przyjechałam jako nastolatka, ale nigdy nie miałam tak naprawdę okazji go poznać. Z rodzicami mieszkałam w rezydencji w Forest Hills Gardens w Queens. Ta okolica nie miała nic wspólnego z miejskim pędem i klimatem Manhattanu. Przypominała raczej angielską wieś dla milionerów z willami w stylu Tudorów. Chodziłam do prywatnej, katolickiej szkoły, do której każdego dnia woził mnie szofer. Nie umawiałam się na randki, nie brałam udziału w imprezach organizowanych przez rówieśników. Żyłam w bańce i nigdy nie bywałam poza nią bez opieki. Nawet teraz, w wieku dwudziestu jeden lat.
Dzisiaj po raz pierwszy się wyrwałam i nowo poznany świat trochę mnie przerażał, ale też fascynował. Na szczęście miałam na tyle dużo zdrowego rozsądku, aby poprosić o pomoc.
Bishop po raz ostatni rozejrzał się, jakby szukał w moich słowach podstępu, ale wreszcie dał za wygraną. Westchnął i przygarbił ramiona.
– To nie jest daleko, chodźmy – burknął, a po chwili zrobił to, czego oczekiwałam wcześniej od Evana. Dał mi swoją marynarkę, bym nie marzła.
– Dziękuję – wyszeptałam smutno. – Nie znam cię, nie wiem, jak masz na imię, ale myślę, że ty wiesz o mnie wiele i… – zamyśliłam się, aby dobrać właściwe słowa – i mnie nie lubisz, a jednak mi pomagasz. Dziękuję.
– Wiem, kim jesteś – odparł obojętnie. – Widziałem cię na wiecach i nagraniach z telewizji twojego ojca. I nie podoba mi się, że przyszłaś do miejsca, które on i Frost próbują zniszczyć.
– Co? – pisnęłam zaskoczona. – A więc to jest jaskinia grzechu – dodałam, kiedy wreszcie załapałam, o co mu chodzi. Bishop się skrzywił. – Wybacz, nigdy nie byłam w takim miejscu, więc nie pomyślałam, że to o nim mówili. Czasem są bardzo surowi i zasadniczy, więc wyobrażałam sobie coś dużo straszniejszego. – Zachichotałam nerwowo.
– Nie weszłaś głębiej do klubu – mruknął ponuro. – Na szczęście, bo pewnie twoje religijne oczy nie zniosłyby tego widoku.
Przystanęłam i uniosłam głowę, aby spojrzeć na mężczyznę. On też się zatrzymał, a jego brwi w zdziwieniu poszybowały w górę.
– A co tam jest? – Nie mogłam się powstrzymać przed zadaniem tego pytania, byłam zbyt ciekawa, co takiego mogło sprowadzić na mnie gniew boży.
– Nic, co powinno cię interesować. – Bishop nie raczył wyjaśnić mi tej zagadki. Ruszył dalej, zmuszając mnie, bym potruchtała za nim.
Przez resztę drogi już się do mnie nie odezwał i ignorował moje wszystkie próby nawiązania rozmowy. Okazało się, że nie uciekłam daleko od miejsca wiecu. Bardzo szybko dotarliśmy na miejsce.
Tłum zdążył już się rozejść, a pracownicy techniczni składali scenę. Nigdzie nie widziałam rodziców i państwa Frost, za to po terenie kręcił się wyraźnie zestresowany Evan.
– Daisy! – wrzasnął na mój widok i podszedł energicznym krokiem. – Gdzieś ty była?! – Był ewidentnie zły, a to od razu rozbudziło mój gniew.
Ten zdrajca miał czelność odzywać się do mnie w taki sposób, chociaż niedawno całował się z mężczyzną. Mężczyzną!
Uśmiechnęłam się sztucznie i zsunęłam z ramion marynarkę Bishopa.
– Dziękuję za pomoc – odezwałam się cicho, ignorując narzeczonego. Wręczyłam mężczyźnie ubranie. – Zdradzisz mi swoje imię, żebym wiedziała, za kogo pomodlić się przed snem?
Prychnął i z rozbawieniem pokręcił głową. Przyjął ode mnie marynarkę i swobodnym ruchem założył ją na siebie. Dzięki temu mogłam podziwiać jego napinające się pod materiałem czarnej koszuli mięśnie. Kolejny grzech do już długiej listy… Miałam wyjątkowo produktywny wieczór.
– Nie musisz się za mnie modlić. Myślę, że Bóg z twojej wiary nie ma nic wspólnego z tym, którego ja wyznaję – odparł lekko. – Mam na imię Gabriel.
– Jak archanioł – westchnęłam zachwycona.
– Zapewniam cię, Daisy, że nie mam z nim nic wspólnego. – Odszedł swobodnym krokiem, zostawiając mnie z kipiącym złością Evanem.
– Czy ty wiesz, kto to był? Co z nim robiłaś?! – Evan aż się trząsł ze złości, ale ja wcale nie byłam w lepszym nastroju.
– Tak – warknęłam, czym całkowicie go zaskoczyłam. Zwykle byłam pokorna i cicha, bo tego ode mnie wymagano, ale to wcale nie znaczyło, że miałam taki charakter. W rzeczywistości wiecznie buzowały we mnie emocje. Uwielbiałam się śmiać i rozmawiać, lecz nie było to mile widziane w naszym otoczeniu. – To był człowiek, który zaoferował mi pomoc, gdy jej potrzebowałam. Odprowadził mnie tu, bo zgubiłam telefon. Dał mi swoją marynarkę, gdy telepałam się z zimna. Chciałam ją dostać od mojego narzeczonego, ale był zbyt zajęty – zakończyłam z jadem.
Evan nerwowo mrugał i ewidentnie potrzebował chwili, aby pozbierać myśli i mi odpowiedzieć. Moja reakcja musiała być dla niego szokiem. Przez całe życie tłumaczono mi, że kobieta powinna zachowywać się ulegle względem mężczyzny, ale nigdy nie przychodziło mi to łatwo. Starałam się jednak, a teraz nie miałam ochoty dłużej ze sobą walczyć. On nie zasługiwał na moje starania.
– Daisy, zniknęłaś w tłumie. Wszyscy cię szukali. Powiedziałem, że poszłaś do sklepu i cię odwiozę. Dla ciebie skłamałem. – Ostatnie słowa wymówił z wielką pretensją, która w innej sytuacji wywołałaby u mnie ogromne wyrzuty sumienia.
– I co z tego. – Wzruszyłam zziębniętymi ramionami. Oczywiście Evan nadal nie wpadł na to, by pomóc mi się ogrzać. – Kłamiesz cały czas! – wyrzuciłam z siebie, a w moich oczach znowu pojawiły się łzy.
– Nie gadaj głupot, wracajmy. – Zupełnie nie przejął się tym, co do niego mówiłam. Chyba się nie domyślił, że go przyłapałam, ale nie miałam zamiaru milczeć.
– Widziałam cię – wysyczałam. Łzy złości i poczucia zdrady już spływały mi po policzkach i nie byłam w stanie nad nimi zapanować. – Widziałam cię z tym mężczyzną.
Pobladł. Na jego twarzy odmalowała się mieszanka szoku i przerażenia, ale bardzo szybko opanował ten grymas.
– Coś ci się pomyliło, skarbie. To pewnie przez to całe zamieszanie, nie jesteś przyzwyczajona – próbował mnie zbyć, ale tym razem nie chciałam na to pozwolić. Evan zawsze traktował mnie tak, jakbym miała pstro w głowie, często używał protekcjonalnego tonu i uwielbiał mnie pouczać.
– Nic mi się nie pomyliło! – Zrobiłam krok w jego stronę, ale to nie był dobry pomysł, bo dzieliła nas spora różnica wzrostu. Tym sposobem tylko ją podkreśliłam, tracąc część i tak słabego autorytetu. – Widziałam cię z nim. Tam! – Wskazałam uliczkę obok 7-Eleven. – Całowaliście się, mówiłeś mu, że go kochasz!
– Zamknij się! – Spanikowany złapał mnie i zakrył mi usta dłonią. – Zniszczysz mi wizerunek, jeśli ktoś to usłyszy – wyszeptał przestraszony. – Porozmawiamy w samochodzie. – Odsunął rękę od mojej twarzy i pociągnął mnie w stronę stojącego w oddali auta.
Nie walczyłam. Uznałam, że rzeczywiście przyda nam się trochę prywatności, aby szczerze porozmawiać. Wcale nie czułam się komfortowo, wykrzykując publicznie oskarżenia.
Wsiadłam do samochodu. Opanowała mnie cisza, zniknął szum miasta. Wzięłam głęboki, uspokajający oddech i bardzo powoli wypuściłam powietrze. Musiałam zachować zimną krew podczas tej rozmowy.
– Zdradzasz mnie z mężczyzną – odezwałam się chłodno. Łzy już przestały płynąć, a policzki wyschły. – Zawsze myślałam, że nie zbliżasz się do mnie przez swoją wiarę, ale teraz rozumiem. Nie pociągam cię, bo jesteś gejem.
– Nie bądź śmieszna, Daisy – prychnął, ale wcale nie brzmiał pewnie. – Nie powinnaś mówić takich rzeczy. Oczywiście, że nie tknę cię przed ślubem. To byłby grzech.
– A po ślubie? – nie dawałam za wygraną. – Nie jestem głupia, wiem przecież, skąd się biorą dzieci! Jak masz zamiar je ze mną spłodzić, jeśli wolisz mężczyzn?! Jestem dla ciebie tylko dodatkiem, który ma ładnie wyglądać przed kamerami i pomóc ci w karierze politycznej! – Byłam tak wściekła i zraniona, że już nad sobą nie panowałam. – A co z moimi uczuciami? Jak mam z tobą żyć, gdy wiem, że mnie nie kochasz?!
– Histeryzujesz. Rozumiem, że naszły cię wątpliwości, ale to tylko przedślubny stres. Nie wiem, co ci się wydaje, że widziałaś, ale…
– Przestań kłamać! – wrzasnęłam, a Evan zastygł w bezruchu. – Żyjemy w kłamstwie. – Oddychałam spazmatycznie. – Nasi ojcowie zrobili z religii politykę. Liczy się dla was wszystkich tylko to, byśmy dobrze wypadali w mediach i przed wyborcami. Rozumiem to, chcecie osiągnąć sukces, ale tu chodzi o moje życie. Moje życie!
– Będziesz żyć z nami w tym, co nazywasz kłamstwem, a ja obiecuję, że zrobię wszystko, byś tego nie odczuwała. Będę cię chronił – odparł przygaszonym tonem. Już nie próbował mi wmawiać, że coś mi się przywidziało. W jego oczach widziałam smutek i błaganie o wybaczenie. Poddał się.
– Nie chcę takiego życia – wyszeptałam drżącym głosem. Mój gniew już osłabł, zastępowało go poczucie upokorzenia, że dałam się tak oszukać.
– Ja też nie chcę, ale w takim świecie żyjemy i możemy jedynie poszukać sposobu, aby przetrwać. – Odpalił samochód i powoli ruszył.
– A dzieci? Jak… – Musiałam to wiedzieć. Nie brałam nawet pod uwagę tego, że rzeczywiście weźmiemy ślub, ale i tak chciałam znać myśli Evana.
– Dam radę. Jeśli będzie trzeba, wezmę tabletki na potencję. Jeśli to nic nie da, spróbujemy in vitro.
– To grzech! – oburzyłam się, ale zaraz gorzko roześmiałam. – Wybacz, zapomniałam, że nasza religia to tylko iluzja dla mas.
– Daisy, to nie tak. Czasem musimy robić coś, co jest grzechem, by wzmocnić poczucie wiary w wyznawcach naszego Kościoła. Większym grzechem byłoby zniszczyć ich marzenia i to, co szczerze wyznają.
– Nie zgadzam się z tobą, ale przecież moje zdanie się nie liczy.
Nie zaprzeczył, czym tylko jeszcze bardziej mnie dobił.
Musiałam porozmawiać z ojcem. Odwołać ten ślub, zanim doszłoby do katastrofy. Bo tym właśnie było małżeństwo moje i Evana.
Gigantyczną katastrofą.
