Służba Bezpieczeństwa (SB) - Andrzej Lebiedowicz - ebook
Opis

Służba Bezpieczeństwa jako służba specjalna PRL-u przez dziesięciolecia zajmowała się inwigilowaniem figurantów pochodzących z różnych środowisk społecznych. Posługiwała się specyficznymi metodami pracy operacyjnej i śledczej. Poznawanie tajników tych działań jest pasjonującą przygodą dla historyków — amatorów i nie tylko…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Andrzej Lebiedowicz

Służba Bezpieczeństwa (SB)

Raport o służbie specjalnej PRL

© Andrzej Lebiedowicz, 2017

Służba Bezpieczeństwa jako służba specjalna PRL-u przez dziesięciolecia zajmowała się inwigilowaniem figurantów pochodzących z różnych środowisk społecznych. Posługiwała się specyficznymi metodami pracy operacyjnej i śledczej. Poznawanie tajników tych działań jest pasjonującą przygodą dla historyków — amatorów i nie tylko…

ISBN 978-83-8126-121-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Krótki rys historyczny Służby Bezpieczeństwa

W okresie funkcjonowania PRL-u w latach 1944—1989 bezpieka była zbrojnym ramieniem partii rządzącej — PZPR, jej tarczą i mieczem.[1] Aleksander Ścios dokonując genealogii organów bezpieczeństwa PRL sformułował cztery fundamentalne wnioski: ,,(…)1.Organy te powstały na terytorium obcego mocarstwa, jako agendy sowieckich służb spajanych, utworzone na polecenie władz ZSRR planujących podbój i okupację ziem II Rzeczypospolitej. 2.Od chwili powstania były one kierowane przez oficerów Armii Czerwonej i przez cały okres działalności na ziemiach polskich poddane ścisłej kontroli okupanta. 3. W tworzeniu i zarządzaniu tymi formacjami brali udział obywatele polscy zwerbowani przez służby ZSRR, zaś praca w tych organach była aktem kolaboracji i działania w interesie okupanta. 4. W nienaruszonej formule (zmiany dotyczyły nazw i modyfikacji struktur) organy te przetrwały do 1989 roku i zostały przemianowane na służby specjalne III RP, a ich funkcjonariusze uznani za,,oficerów wywiadu i kontrwywiadu” wolnego państwa. (…)”[2]Wiedza na temat funkcjonowania służby specjalnej kierowanej przez komunistów do czasu powołania do istnienia Instytutu Pamięci Narodowej była zastrzeżona dla nielicznych. Począwszy od 2000 roku historycy i prokuratorzy powoli odsłaniają obraz funkcjonowania specsłużby. Wiedza ta pozwala co do zasady odkrywać liczne przypadki zdrady, zakłamania, szantażu, ludzkich tragedii, z nielicznymi wyjątkami bohaterskich postaw ludzi, którzy wprawdzie nie dali się złamać Służbie Bezpieczeństwa, ale okupili to ceną degradacji zdrowia fizycznego i psychicznego. Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, a później Służba Bezpieczeństwa, były orężem walki politycznej i pełniły niechlubną rolę policji politycznej. Po II wojnie światowej budowa modelu polskich cywilnych służb specjalnych odbyła się w oparciu o wzorce zaczerpnięte z ZSRR. Proces wykuwania bezpieczniackich kadr rozpoczął się od przeszkolenia grupy złożonej z około 200 szczególnie zaufanych komunistów w specjalnym ośrodku szkoleniowym NKWD w Kujbyszewie pod Moskwą. Resort Bezpieczeństwa Publicznego został powołany do istnienia dekretem Krajowej Rady Narodowej z dnia 21 lipca 1944 roku statuującym Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego.[3]Z dniem 1 sierpnia 1944 roku,,kujbyszewiacy” zainstalowali się w Lublinie. Funkcjonariusze bezpieczeństwa publicznego zajęli nadrzędną pozycję wobec milicji w strukturze aparatu siłowego. W początkowym okresie najważniejszym ogniwem w resorcie bezpieczeństwa publicznego był znajdujący się pod kierownictwem generała Romana Romkowskiego kontrwywiad.[4] Powstanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej stało się asumptem do zastąpienia Resortu Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego — MBP. Przekształceniu temu towarzyszył gwałtowny rozwój kadrowy. Komunistyczne państwo nie szczędziło środków na,,inwestowanie” w walkę z przeciwnikami politycznymi. Więcej uzyskiwało z budżetu państwa już tylko wojsko.[5] Trzonem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego był Urząd Bezpieczeństwa Publicznego — UB. W roku 1944 było zaledwie 2,5 funkcjonariuszy tego organu, by już po dziewięciu latach w 1953 roku zasilić swe szeregi do liczby 33.000 bezpieczniaków.[6] Na szczeblu centralnym funkcjonował minister wraz z gabinetem, przewodzący departamentom, zawiadywanym przez dyrektorów i ich zastępców. Dalej departamenty dzieliły się na wydziały (pod kierownictwem naczelników) oraz sekcje. Strukturę tą odwzorowano na szczeblu regionalnym (Wojewódzkie Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego, Powiatowe Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego, Gminne Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego).[7] Na szczególnie złą sławę zasłużyły sobie dwa departamenty: Departament X oraz Departament Śledczy. Pierwsza jednostka została utworzona u schyłku 1951 roku. Na jej czele stanął płk Anatol Fejgin, którego zastępował ppłk Józef Światło. Zadaniem Departamentu X było sprawowanie ochrony wobec partii komunistycznej w ramach kontrwywiadu wewnętrznego PZPR, przeciwdziałanie penetracji przez wrogie służby wywiadowcze. Departament Śledczy powstał już w roku 1947. Przewodził mu płk Józef Różański i jego zastępca ppłk Adam Humer. Departament śledczy zasłynął z okrutnych metod śledczych stosowanych podczas przesłuchań więźniów politycznych.[8] Jan Łożański — kurier z Sanoka tak wspominał swoje zetknięcie z bezpieką:,,(…)Ponieważ w ciągu 24 godzin nie wyraziłem zgody na współpracę z pułkownikiem Różańskim, następnego dnia około godziny 14 kazano mi się z tej celi zabrać i zawieziono mnie na ulicę Rakowiecką do X Pawilonu więzienia, które już posiadało swoją,,sławę”. Kiedy mnie tam wprowadzono, wiedziałem co mnie czeka. Kiedy kilkukrotnie odmówiłem podania kontaktów asystujący przy przesłuchaniach drab zaszedł mnie od tyłu i znienacka uderzył mnie w twarz tak mocno, że spadłem z taboretu. Kiedy się podniosłem, on znowu zamachnął się, ale zrobiłem typowy bokserski unik. Rozwścieczyło go to. Kazał mi stanąć i bardzo mocno uderzył w tył głowy. Padając na ścianę rozbiłem sobie nos, tak że polała się krew. Poczułem się jak na ringu. Później kazano mi przez długi czas robić przysiady. Gdy i to mnie nie złamało kazano mi chodzić, unosząc wysoko kolana do góry. Było to niby proste, ale po tysiącu takich,,ćwiczeń” nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Chodziłem i przewracałem się. Wiele następnych dni było podobnych. Niejednokrotnie na przesłuchania zabierano mnie w nocy. Oprócz bicia stosowano także bardziej wymyślne tortury. Kazano mi niejednokrotnie stać 24 godziny przy otwartym oknie nago, a przecież była zima i panował silny mróz. Często,,zapraszano” na tzw. konia,,Andersa”. Wówczas z kpinami szydzono że generał Anders przysłał mi konia. Polegało to na siadaniu na nodze odwróconego taboretu. Jednocześnie ręce należało trzymać wyciągnięte przed siebie. Podczas tej tortury odczuwałem niesamowity ból. Mój organizm choć młody, silny i wysportowany, czasami nie wytrzymywał. Wówczas traciłem przytomność. Dopiero chluśnięcie wodą w twarz przywracało mi ją. Nawet moi oprawcy doceniali moją oporność mówiąc, że trafiła się im oporna sztuka. (…)”.[9]

Stanisław Krupa podczas pobytu w słynnym Pawilonie X na ulicy Rakowieckiej w Warszawie poznał dzieje gehenny kolegi — Ziutka ze Lwowa (,,Dzień po dniu, tydzień po tygodniu po stokroć zadawali mi te same mniej więcej pytania: Podaj kontakty organizacyjne na Śląsku. Jak się nazywa dowódca? Co łączyło cię z doktorem H. z Katowic? Kiedy zacząłeś konspirować w Ludowym Wojsku Polskim? Ile razy kontaktowałeś się z generałem S. i co ci zlecał? Ja niezmiennie odpowiadałem: Nie wiem nic o żadnej organizacji na Śląsku. Nie znam doktora H. w Ludowym Wojsku Polskim. Nie konspirowałem. Z generałem S. nigdy nie rozmawiałem… Niezmiennie słyszałem: Nie bądź taki cwaniak i nie rób z nas durniów. Już my ci pomożemy w ujawnieniu prawdy … I pomagali, dzień i noc, całymi miesiącami. Bito mnie pięściami i linijką — po twarzy i po rękach, bito metalowym prętem w nogi pod kolana. Jak mięśnie zdrętwiały i padałem, podnoszono mnie kopniakami. Kopano, gdzie popadło, najchętniej w krocze. Kiedy moi oprawcy stwierdzili, że bicie już na mnie nie działa, sięgali po inny sposób. Wiązano mi ręce oraz nogi i sadzano na haku, w ten sposób, że plecami opierałem się o ścianę, a wyciągnięte, skrępowane nogi opierano o taboret. Boże, cóż to za koszmarna tortura! Cały ciężar ciała spoczywa na centymetrowej grubości końcówce wbitego w ścianę i zagiętego — w pewnej odległości i pod kątem prostym — żelaznego haka. W dodatku sadzają się tak, żebyś opierał się na kości ogonowej. Nawet niewielkie poruszenie powoduje, że hak wbija się w odbytnicę. Ile razy ja przy tej operacji mdlałem… Sadzanie na haku było jednak dla śledczych mocno uciążliwe. Musiało być przecież co najmniej dwóch ludzi, żeby delikwenta posadzić, trzeba było go przytrzymać, aby prosto siedział. Zbyt wiele wysiłku na dłuższą metę. Zastosowano więc stójkę. Przez trzy miesiące, noc w noc, od apelu do pobudki, stawałem nagi na betonowej podłodze w rogu celi. W grudniu, w trzecim kolejnym miesiącu stójki, po kilka razy na noc padałem i mimo coraz obfitszego zlewania zimną wodą coraz dłużej nie byłem w stanie powstać. Wreszcie pewnej nocy nie wstałem. Nie pomogło drugie i trzecie wiadro wody. Podniesiony siłą przez strażnika i ustawiony w rogu celi natychmiast waliłem się na ziemię. Straciłem przytomność. Co ze mną robiono, nie wiem. Oprzytomniałem po paru dniach w szpitalu. Byłem tak krańcowo wyczerpany, że nie rokowano nadziei na utrzymanie mnie przy życiu. Gdyby nie uparty wysiłek doktor Kamińskiej zapewne gryzłbym ziemię gdzieś w bezimiennej mogile.”)[10]

W latach 1948—1952 Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zorganizowało bardzo ważną operację przeciwko zbrojnemu podziemiu o kryptonimie,,Cezary”. Stworzona po rozbiciu IV Komendy WiN-u (Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość) prowokacyjna V Komenda WiN stanowiła mistyfikację MBP. Główną rolę w tej prowokacji odegrał Stefan Sieńko — agent o pseudonimie,,Maciej”. W początkowym okresie struktura ta opierała się na czterech rezydentach (Stefan Sieńko, Jarosław Hamiwka, Henryk Wierzchowski oraz,,Roman”).,,Komendantem głównym” został Stanisław Józef Rybicki (agent Żukowski). Zaewidencjonowano około 2000 osób, z których znakomita większość miała się ujawnić dopiero na wypadek wybuchu III wojny światowej. W rzeczywistości działało około kilkuset osób. W trzeciej fazie operacji w latach 1951—1952 dążono do umocnienia i rozbudowy organizacji celem pokazania ich struktur wysłannikom z Zachodu. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zachowało pełną kontrolę nad wykreowaną przez siebie strukturą. Wykorzystywano ją także do sprawdzenia lojalności już zwerbowanej agentury. Mistyfikacja V Komendy WiN posłużyła między innymi do likwidacji legendarnego Żołnierza Wyklętego -,,Huzara”. Dzięki V Komendzie WiN infiltrowano środowiska niepodległościowe, katolickie, Kościół. Pod całkowitą kontrolą znalazły się kontakty z wywiadem państw zachodnich. Operację zakończono w grudniu 1952 roku — ze względów politycznych — na żądanie Kremla. W związku z operacją,,Cezary” represjonowano około 300 osób. Wyniki tej gry operacyjnej posłużyły do zorganizowania wielkiej kampanii propagandowej skierowanej przeciwko niepodległościowej emigracji oraz Stanom Zjednoczonym.[11] Operacja,,Cezary” była zresztą wzorowana na słynnej operacji,,Trust”, w której efekcie zlikwidowano groźnego wroga bolszewików — Borysa Sawinkowa. Całkowicie sterowana przez podwładnych Dzierżyńskiego (szefa Czeki) Monarchistyczna Organizacja w krótkim okresie czasu zaledwie dwóch lat stała się jedynym dostępnym dla Zachodu źródłem informacji wywiadowczych o tym, co się dzieje w Związku Radzieckim.[12] Działania Monarchistycznej Organizacji Centralnej Rosji (MOCR) doprowadziły do takiej sytuacji, że sowieckie służby były finansowane przez antykomunistyczną emigrację, która została przez nie zinfiltrowana oraz dzięki misternym intrygom skłócona, a także rozbita na mniej groźne frakcje.[13] Odpowiednikami operacji,,Cezary” w Europie Środkowo — Wschodniej były operacje: a),,Trassa”,,, Kometa”,,, Zwieno” na wschodniej Ukrainie, b),,Duel”,,, Wenta”,,, Lursen — S”, w republikach nadbałtyckich, c),,C-1” przeciw pozostałościom ukraińskiego podziemia i emigracyjnym strukturom banderowskiej frakcji OUN.[14]

Pierwszoplanową formą walki aparatu bezpieczeństwa z Kościołem były różnorakie formy zastraszeń, działania polegające na stosowaniu przemocy fizycznej oraz psychicznej, a nawet skrytobójstwo, aż po mordy sądowe. W tym zatem kontekście warto wspomnieć o tzw.,,procesie kurii krakowskiej” ze stycznia 1953 roku, w którym zapadły trzy wyroki śmierci oraz wiele innych wieloletnich wyroków więzienia. Aresztowanym duchownym przedstawiono sprokurowany przez bezpiekę zarzut szpiegostwa.[15] Na przełomie lat 40-tych i 50-tych oraz w latach 50 — tych bezpieka w walce z Kościołem posłużyła się księżmi kolaborującymi z komunistami (próba rozbicia Kościoła od wewnątrz) poprzez Komisję Księży przy Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, którzy zyskali miano,,księży patriotów” lub,,księży postępowych”.[16]

Fundamentami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zachwiały takie ważne wydarzenia z lat 1953—1954 jak: śmierć Józefa Stalina i Ławrientija Berii (sygnał do odwilży) oraz ucieczka na Zachód Józefa Światło, który za pośrednictwem audycji Radia Wolna Europa w ramach cyklu,,Za kulisami bezpieki i partii” odsłonił mechanizmy funkcjonujące na szczytach władzy w państwie komunistycznym. Z dniem 7 grudnia 1954 roku doszło do wydania przez Radę Państwa dekretu,,O naczelnych organach władzy państwowej”, który z dniem 9 grudnia 1954 roku likwidował Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i powoływał zamiast tego organu Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego (podległy Prezydium Rady Ministrów), a także Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.[17] W owym czasie w resorcie nie brakowało sowieckich oficerów pełniących rzekomo funkcje doradcze, ale mających znaczący wpływ na funkcjonowanie aparatu bezpieczeństwa. Jak zrelacjonował po latach Józef Z.:,,(…)KGB miało wydzielony korytarz w naszym budynku przy Rakowieckiej. Najstarszy rangą pracownik był w stopniu generała. Reszta pułkownicy. Codziennie rano dyżurujący oficer radzicki był informowany poza wszelką kolejnością o tym, co się dzieje w kraju. Zwyczajem oficerów radzieckich było przychodzenie na,,herbatkę” do naczelników poszczególnych wydziałów. Rosjanie mogli wchodzić wszędzie, a w korytarz KGB wchodziło się tylko na hasło. Dojście do KGB mieli jedynie wyznaczeni wysocy polscy oficerowie.(…)”[18] Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego funkcjonował do roku 1956.,,Kadry bezpieki oprócz funkcjonariuszy radzieckich zatrudniały wielu obcokrajowców. Dobrym przykładem są tutaj komuniści pochodzenia żydowskiego. Szacuje się, że w samym kierownictwie MBP różnych szczebli było zatrudnionych od 30 % do 37 % Żydów. Był to bardzo duży odsetek, zwłaszcza że Żydzi w Polsce powojennej stanowili zaledwie 1% ludności. Ponadto również Ukraińcy, Białorusini, a nawet Grecy znaleźli się na najwyższych stanowiskach.”[19]Odwilż ery gomułkowskiej sprawiła, iż struktury zlikwidowanego Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego zostały włączone do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie na fundamentach Urzędu Bezpieczeństwa uformowała się Służba Bezpieczeństwa. W epoce rządów ekipy Władysława Gomułki doszło do redukcji stanu kadrowego bezpieki nawet o 38 %.[20] Rozpoczęły się także prace nad zmianą wizerunku aparatu bezpieczeństwa, tak by niewykształconych funkcjonariuszy zastąpić ludźmi kompetentnymi, chętnymi do stałego kształcenia w celu podnoszenia kwalifikacji. Brutalny terror i siła miały zostać zastąpione przez podstęp i wysublimowane techniki manipulacyjne. Pozbywano się ze stanowisk kierowniczych osób pochodzenia żydowskiego. Jednocześnie odmładzano kadry. Nowoprzyjętym pracownikom oferowanie zdobycie wyższego wykształcenia w utworzonej w 1972 roku Akademii Straw Wewnętrznych, szkołach oficerskich w Legionowie i Szczytnie. Wraz a nastaniem ery Edwarda Gierka w aparacie bezpieczeństwa postępowała wymiana kadr pamiętających jeszcze czasy powojenne, kiedy najskuteczniejszym narzędziem utrwalania władzy ludowej był słynny pistolet Tokrieva (TT). KC PZPR dążył do utrzymania absolutnej kontroli nad bezpieką.[21],,(…)Znamienny jest fakt, że służby specjalne PRL nie były wnikliwie kontrolowane przez partię, zgodnie z wolą KZ PZPR. Świadczą o tym liczne afery lat 60-tych i 70-tych, gdzie doskonałym przykładem jest sprawa o kryptonimie Zalew, w której głównym oskarżonym został pułkownik Ryszard Matejewski, były dyrektor kontrwywiadu, potem szef SB i do 1971 roku wiceminister spraw wewnętrznych. Pozostali oskarżeni to między innymi zastępca R. Matejewskiego — kpt. Stanisław Smolnik oraz wicedyrektor Zarządu Kontroli Ruchu Granicznego — pułkownik Henryk Żmijewski. Grupa przestępcza, którą tworzyli działała od końca lat 60-tych, do 1971 roku, kiedy została zdemaskowana. Proceder polegał na pozyskiwaniu w drodze wyłudzeń, kradzieży i morderstw, na Zachodzie (głównie w RFN dewiz, biżuterii, złota, przeznaczonych na działalność bezpieki. Faktycznie większość trafiała do kieszeni członków grupy. Podczas rewizji odebrano 40 mln złotych w dewizach i kilkadziesiąt kilogramów złota.,,Skarb” ten członkowie sitwy zakopali nad zalewem Zegrzyńskim, stąd też kryptonim akcji. (,,,)”.[22]

W raporcie z 1984 roku, pułkownik Mieczysław Szwarz piastujący stanowisko zastępcy naczelnika wydziału niemieckiego w Departamencie I MSW nadmienił, iż:,,Plan sprawy <<Żelazo>> polegał na tym, że bracia Janoszowie otworzyli fikcyjny sklep w Hamburgu, ściągali wyroby ze złota z różnych hurtowni, nie płacąc za nie lub płacąc symboliczne zaliczki. Po zgromadzeniu odpowiedniej ilości towaru mieli go przewieźć do Polski i tu zgodnie z podpisaną umową, połowę złota mieli przekazać Skarbowi Państwa”.[23]

W dniu 19 listopada 1973 roku na łonie Departamentu IV MSW powołano Samodzielną Grupę,,D”, która podlegała bezpośrednio jego dyrektorowi. Jej zadaniem było planowanie i realizacja działań dezintegracyjnych wobec Kościoła Katolickiego.[24] Podwaliny pod późniejsze funkcjonowanie grupy,,D” położył płk Konrad Straszewski wraz z czterema innymi funkcjonariuszami SB. Działania dezintegracyjne miały być realizowane w oparciu o uprzednio opracowane założenia strategiczne i taktyczne.[25] Kolejnymi kierownikami grupy,,D” byli: Zenon Płatek (1974—1976), Tadeusz Grunwald, Grzegorz Piotrowski (1982—1983), Wiesław Fenicki, Romuald Będziak, Robert Szczepański. Zadania dla tej jednostki wykonywali członkowie grupy, którzy uprowadzili i zamordowali księdza Jerzego Popiełuszkę. Latem 1977 roku grupa,,D” została rozszerzona do struktury 30 osób i przemianowana na Wydział VI Departamentu IV MSW (Wydział,,D”). Konsekwentnie powołano do pomocy terenowe odpowiedniki tj. sekcje VI Komend Wojewódzkich Milicji Obywatelskich w 20 miastach na terenie kraju. Po zabójstwie księdza Popiełuszki Wydział VI przekształcono na Wydział IV.[26] Badaniem dokonań grupy,,D” (i nie tylko) zajęła się — po wyborach kontraktowych — powołana przez Sejm w dniu 17 sierpnia 1989 roku Komisja Nadzwyczajna do sprawy Zbadania Działania Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Na czele komisji stanął krakowski poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego — Jan Rokita.,,(…)Zasadniczym celem działalności komisji sformułowanym w poselskim wniosku było zbadanie przedstawionych podczas konferencji w Wiedniu przez Komitet Helsiński w Polsce 93 przypadków niewyjaśnionych zgonów, co do których istniało uzasadnione domniemanie, że ich bezpośrednimi lub pośrednimi sprawcami byli funkcjonariusze służb podległych MSW. (…)”.[27] Komisja Rokity jako początek badanego okresu przyjęła 12 grudnia 1981 roku. W trakcie badań komisji zajęto się 122 przypadkami wątpliwych zgonów. 88 z tych przypadków uznano za spełniające kryteria do wszczęcia postępowania przygotowawczego.[28] W części IV Sprawozdania Komisji Nadzwyczajnej do sprawy Zbadania Działalności Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na 250 stronach skupiono się na tajemniczych zgonach wśród kleru (Jerzy Popiełuszko, Stefan Niedzielak, Sylwester Zych, Stanisław Suchowolec, Stanisław Palimąka, Antoni Kij, Stanisław Kowalczyk). W toku prac zwrócono się do resortu spraw wewnętrznych celem przekazania Komisji Rokity informacji na temat tego, którzy funkcjonariusze prowadzili działania operacyjne wobec siedmiu wymienionych powyżej księży. W efekcie podjętych w tym zakresie stosownych prac powstał liczący 35 stron raport pt.,,Informacja o działalności komórek,,D” pionu IV byłej Służby Bezpieczeństwa”. Dokument został utajniony. Analiza działalności funkcjonariuszy pionu,,D” pozwoliła wysnuć domniemanie, iż na łonie Departamentu IV funkcjonowała zorganizowana grupa przestępcza podejmująca działania przeciwko księżom katolickim.[29]Wydany w 1973 roku regulamin organizacyjny Departamentu IV formułował zadania postawione przed resortem jako:,,1) zapobieganie, rozpracowywanie, wykrywanie i zwalczanie wrogiej politycznie, ideologicznie i społecznie działalności Kościoła rzymskokatolickiego, zakonów oraz świeckich stowarzyszeń katolickich, 2) zapobieganie wykrywanie, zwalczanie oraz ściganie inspiratorów i sprawców zagrożeń porządku i bezpieczeństwa publicznego wywołanych bezpośrednio lub pośrednio działalnością hierarchii kościelnej i kleru, 3) rozpracowanie i rozpoznanie zagranicznych politycznych kontaktów hierarchii i kleru, wykorzystanie operacyjne i polityczne wyselekcjonowanych kontaktów do działań specjalnych i dezintegracyjnych wobec kościelnych i katolickich ośrodków zagranicznych, 4) ochrona i lojalizacja wobec PRL duchowieństwa i działaczy katolickich.”[30] Przedmiotowy regulamin odnosił się także do zadań grupy operacyjnej,,D”, które zostały zdefiniowane jako:,,1) badanie i uogólnianie powstawania przyczyn, rozmiarów i tendencji odśrodkowych, kontestacyjnych, dezintegracyjnych, konfliktowych w strukturach Kościoła, będących przedmiotem rozpracowania Departamentu IV i jego odpowiedników w terenie, 2) opracowywanie założeń strategicznych i taktycznych działań dezintegracyjnych Departamentu IV i jego odpowiedników w terenie, badanie skuteczności działań dezintegracyjnych, wypracowywanie metodologii wdrożeń nowych koncepcji strategiczno — taktycznych w tym zakresie, 3) koordynowanie poczynaniami dezintegracyjnymi prowadzonymi przez wszystkie jednostki Departamentu IV, opracowywanie prognoz obrazujących siłę ogniw koncepcyjno — organizacyjnych Kościoła i zakonów oraz ich perspektywy rozwojowe, 4) opracowywanie koncepcji działań specjalnych w stosunku do zagranicznych instytucji centralnych Kościoła rzymskokatolickiego, zakonów i organizacji katolickich”.[31]Jako, że działania dezintegracyjne miały bardzo wysoki poziom poufności, nie była prowadzona żadna dokumentacja operacyjna. Wszelkie zgromadzone materiały były niszczone bezpośrednio po wykonaniu zadania.[32]Członkowie grupy,,D” sporządzając informacje i analizy informowali — przesyłając stosowne dokumenty — najważniejsze osoby w państwie (m.in. Edwarda Babiucha, Stanisława Kanię, Jerzego Łukaszewicza, Krystyna Dąbrowę, Andrzeja Werblana, Zdzisława Żandarowskiego, Jerzego Kuberskiego, Kazimierza Kąkola).,,(…)Niczym nie są więc uzasadnione opinie Czesława Kiszczaka, że działania grupy,,D” prowadzone były bez wiedzy przełożonych. Kiszczak będąc szefem MSW, podczas śledztwa w sprawie porwania i śmierci księdza Popiełuszki usiłował swoimi decyzjami stworzyć wrażenie, że w podległym mu resorcie działała zakonspirowana grupa przestępcza, z którą on teraz bezwzględnie się rozprawia. Przytoczona wcześniej lista adresatów raportów,,D” wskazuje, iż działalność tej struktury była bodaj najistotniejszym elementem kształtowania polityki władz PRL wobec Kościoła instytucjonalnego.(…)”[33]Raport Rokity wskazywał, iż działalność grupy,,D” była realizowana na dwóch kierunkach. Pierwszy stanowiły działania o charakterze stricte kryminalnym (określane eufemistycznie jako zadania specjalne), takie jak: groźby, pobicia, podpalenia, uszkodzenia mienia, porwania, podstępne podawanie środków odurzających. Jako przykład takiej działalności można wskazać podpalenie w dniu 19 maja 1984 roku samochodu arcybiskupa Henryka Gulbinowicza (,,Krytycznego dnia 19 maja, cała grupa wyjechała rano zLegnicy. W lesie pod Złotoryją do małego kanisterka po oleju wlano benzynę, przygotowano również klucz do kół, którym miano wybić szybę. Sama akcja przebiegła błyskawicznie, a sprawcy podzielili się rolami. Pełka zbił szybę w lewych przednich drzwiach, Grosman wlał benzynę do auta, natomiast Kowalczyk podpalił zapałką auto. Przy czym nachylił się zbyt mocno i wybuch rozlanej cieczy poparzył mu dość znacznie rękę. W związku z tym wracając esbecy zatrzymali się w złotoryjskim szpitalu, gdzie znajomy lekarz opatrzył rękę rannemu. Po powrocie do Legnicy zdali relację oczekującemu na nich w WUSW ppłk S. Wójcikowi oraz por. Z. Krakowieckiemu. Wójcik dał kilka dni zwolnienia poparzonemu Kowalczykowi, aby nie pokazywał się z zabandażowaną ręką w komendzie. Następnego dnia Pełka i Grosman wyjechali pociągiem do Wrocławia, a stamtąd odlecieli samolotem do Warszawy”[34]) Drugi kierunek dotyczył operacyjnych działań dezintegracyjnych rozumianych jako różne formy dywersji wewnątrz struktur kościelnych (anonimy szkalujące duchownych, rozpowszechnianie kłamstw o charakterze zniesławiającym i kompromitującym za pośrednictwem propagandy szeptanej, podsycanie antagonizmów wśród duchowieństwa, wytwarzanie sfałszowanych materiałów pamiętnikarskich).[35]Członkowie grupy,,D” wytwarzali także ulotki dezinformujące, jak też inspirowali pisma krytycznie odnoszące się do postanowień Soboru Watykańskiego II.[36] Chodzi tu o pismo,,ANCORA” wydawane pod ścisłą kontrolą Departamentu IV, wydawane od połowy lat 70 — tych do maja 1983 roku (osoby powiązane z pismem to: Bogdan Karlicki, Zbigniew Miściorak, Emil Stafiej).[37]

Śmierć księdza Romana Kotlarza jest kojarzona z działaniami Służby Bezpieczeństwa (in concreto grupy,,D”). Podczas protestu robotniczego w Radomiu w czerwcu 1976 roku, kapłan wziął udział w pokojowej części manifestacji w dniu 25 czerwca. Najprawdopodobniej dokonał aktu błogosławieństwa protestujących podczas przemarszu przed radomskim kościołem św. Trójcy. W swoich kazaniach w podradomskim Pelagowie upominał się o prawa represjonowanych. W okresie od lipca do sierpnia 1976 roku nieznani sprawcy, a w rzeczywistości funkcjonariusze SB w cywilnych ubraniach kilkukrotnie go pobili. Podczas mszy świętej w dniu 15 sierpnia 1976 roku ksiądz zasłabł. Po przewiezieniu do placówki medycznej zmarł w dniu 18 sierpnia 1976 roku. Podczas sekcji zwłok ustalono, iż bezpośrednią przyczyną zgonu było krwotoczne zapalenie płuc.[38] Eugeniusz Kotlarz tak zrelacjonował na temat pastwienia się nad księdzem:,,Po upływie około dwóch tygodni po tym zajściu, a mam na myśli fakt, kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się, że stryj został pobity na przesłuchaniu, zastałem go leżącego na łóżku, było to około południa. Drzwi do jego pokoju były zamknięte, natomiast inne pootwierane, gdyż zamki zostały z nich powyrywane. Stryj powiedział mi, że ubiegłej nocy około 1 lub 2 w czasie snu podjechał pod jego dom samochód. Prawdopodobnie obudziła go hałaśliwa praca silnika samochodowego. Kiedy wyjrzał przez okno, zauważył 3 –ch mężczyzn w maskach, którzy domagali się otwarcia drzwi, nie przedstawiając się, kim są. Ponieważ stryj obawiał się tych ludzi, nie chciał otworzyć im drzwi. Mężczyźni ci wówczas łomem wyważyli drzwi i wtargnęli do mieszkania, gdzie dotkliwie pobili stryja i porzucili go w takim stanie do czasu, kiedy mógł o własnych siłach położyć się na łóżku (ślady włamania do mieszkania widziałem). Po tym zajściu zauważyłem liczne opuchlizny na twarzy, rąk, których przyczyn nie znałem. W dniu 18 sierpnia 1976 roku mój stryj zmarł w Szpitalu w Krychowicach na krwotoczne zapalenie płuc.”[39]

W drugiej połowie lat 70-tych, kiedy intensywnie rozwijały się środowiska opozycyjne, w Krakowie doszło do tajemniczej śmierci studenta V roku polonistyki — Stanisława Pyjasa. Kluczową rolę w ustalaniu przyczyny zgonu stała się ekspertyza utytułowanego anatomopatologa — prof. Zdzisława Marka.[40] Zgon młodego opozycjonisty, szykanowanego przed śmiercią przez Służbę Bezpieczeństwa, inwigilowanego przez jednego z najbliższych przyjaciół — Lesława Maleszkę (który po latach okazał się TW,,Ketmanem”, publikującym w,,Gazecie Wyborczej”), stał się asumptem do powołania Studenckiego Komitetu Solidarności (SKS). Do dziś nie wiadomo, czy zgon Stanisława Pyjasa, był nieszczęśliwym wypadkiem, czy też mordem politycznym, ukierunkowanym na zastraszenie środowisk opozycyjnych. Według pewnych niepotwierdzonych źródeł za śmiercią studenta stał niejaki Zygmunt P., noszący pseudonim,,Bronek”, który był homoseksualistą i kryminalistą znanym w krakowskim półświatku. Podobno taki sam pseudonim nadała mu Służba Bezpieczeństwa, która w latach 70-tych nieoficjalnie angażowała go do zadań specjalnych (mokra robota), zaś realizacja jego najważniejszego zlecenia przypadła na maj 1977 roku i chodziło o zgładzenie Pyjasa.[41] Po latach przyjaciel Pyjasa i Maleszki, w książce,,Dolina nicości” nawiązał do postaci dziennikarza, wplatając do powieści wątek autobiograficzny.[42] Powstały na bazie kontaktów z przedstawicielami Komitetu Obrony Robotników (po wydarzeniach z czerwca 1976 roku) SKS w swojej nazwie posłużył się rzeczownikiem, który już trzy lata później był symbolem kilkumilionowej organizacji z którą SB miało wiele kłopotów.[43] Działalność Lesława Maleszki wyraźnie szkodziła SKS-owi.[44]

Odsuniecie od władzy ekipy Gierka na przełomie lat 70-tych i 80-tych zbiegło się w czasie z objęciem kierownictwa resortu (po Mirosławie Milewskim) przez generała Czesława Kiszczaka, który wykazywał znaczące aspiracje reformatorskie. Chodziło o usprawnienie funkcjonowania służb, skorelowanie struktur SB z przeprowadzoną reformą administracyjną, dostosowanie resortu do wyzwań powstałych z wprowadzeniem stanu wojennego.

Lata 80 — te to walka z,,Solidarnością” i Kościołem. Ta druga instytucja została przyrównana nawet do miana nowotworu, co świadczy o skali zacietrzewienia ówcześnie rządzących. W tym miejscu warto się odnieść do słów generała Wojciecha Jaruzelskiego:,,(…)U nas część towarzyszy traktuje Kościół, religię jako nazwijmy to znów obrazowo, dziedziną chorobę, która nas troczy od tysiąca lat, i uważa że można jakimś wstrząsem tę chorobę wyleczyć. Z kolei Kościół uważa że partia, socjalizm to jest nowotwór, który się pojawił w tym narodzie. Z tym, że jedni z nich uważają że jest to nowotwór złośliwy, który trzeba jak najszybciej usunąć i robić wszystko, żeby on z życia narodowego został usunięty. A drudzy traktują to jako nowotwór niezłośliwy, no który trzeba od czasu do czasu nakłuwać, no ale z którym trzeba żyć i go tolerować. (…)”.[45]

Służba Bezpieczeństwa odniosła wiele sukcesów, nie mniej jednak plamą na jej,,honorze” stała się zakończona sukcesem akcja NSZZ,,Solidarności” Dolnego Śląska, w ramach której udało się ukryć znaczną ilość pieniędzy związkowych. Niedługo przed wprowadzeniem stanu wojennego Prezydium ZR Dolny Śląsk NSZZ,, Solidarność” wydała uchwałę, mocą której podjęto decyzję o wycofaniu pieniędzy w kwocie 80.000.000 złotych z Narodowego Banku Polskiego, po to by je następnie złożyć w bezpiecznym miejscu. Już nastopnego dnia, tj. 3 grudnia 1981 roku w Oddziale V NBP we Wrocławiu pojawili się członkowie Prezydium ZR — dysponujący stosowanymi upoważnieniami — Józef Pinior oraz Piotr Bednarz. Obaj zrealizowali czek zawierający dyspozycję mówiącą o pobraniu 80 milionów złotych na cele statutowe. W akcji wzięli też udział Tomasz Surowiec i Stanisław Huskowski. Fundusze zostały ukryte u ówczesnego metropolity wrocławskiego — arcybiskupa Henryka Gulbinowicza. Nielegalne działania Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego potwierdziły obawy opozycjonistów. Uratowane w ten sposób środki pozwoliły na finansowanie podziemnej działalności na terenie Dolnego Śląska, a także Krakowa, Łodzi, czy Lublina. Gdyby spóźniono się z akcją o 10 dni, wówczas podlegałyby one konfiskacie ze strony państwa. Uczestnicy akcji stali się natomiast jednymi z najbardziej poszukiwanych ludzi w kraju.[46]

Studiujący w latach 1976—1980 na Politechnice Warszawskiej członek KSS,,KOR” Politechnika Warszawska — Krzysztof Lachowski na początku lat 80 — tych w kontaktach z SB zetknął się z przejawami brutalności — wprawdzie nie tak bestialskimi jak tymi w wykonaniu funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa — niemniej jednak dotkliwymi i znacząco naruszającymi godność człowieka co zostało ujęte w treści oświadczenia z dnia 28 lutego 1980 roku:,,(…) W związku ze wspomnianą rewizją, dwaj spośród nas — W. Kapiński i K. Lachowski zostali wezwani na przesłuchanie do Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej w charakterze świadków i dotkliwie pobici. Najdotkliwiej potraktowano Krzysztofa Lachowskiego. Za każdą odmowę odpowiedzi na pytanie, przysługującą mu zgodnie z art. 166 Kodeksu Postępowania Karnego był bity pięścią w tył głowy, szarpany za włosy i uderzany głową o ścianę. Stosowano wobec niego wymyślne środki gróźb, oblano mu głowę gorącą wodą — grożono oblaniem wrzątkiem, porażeniem prądem elektrycznym, sankcją prokuratorską — aresztem za utrudnianie śledztwa (!?), zamknięciem w celi z pederastami, represjami w stosunku do rodziny i najbliższych mu osób, czy wreszcie śmiercią. (…)”.[47]

Postacią, która zaważyła na funkcjonowaniu przez wiele lat wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, a w latach 80-tych także bezpieki był generał broni Czesław Kiszczak.,,Cze. Kieszczak” swoją karierę w służbach specjalnych rozpoczął bardzo wcześnie, już w 1946 roku rozpracowywał środowisko polonijne na terenie Wielkiej Brytanii. Wskazane przez niego osoby po powrocie do kraju były prześladowane przez katów z Informacji Wojskowej. Dalej jego kariera potoczyła się błyskawicznie, tak iż w momencie wprowadzania w życie stanu wojennego był drugą najważniejszą osobą w państwie po generale Wojciechu Jaruzelskim. W roku 1985 zainspirował przeprowadzenie operacji,,Hiacynt”, w której zarejestrowano 12 tysięcy gejów, z których część w oparciu o materiały kompromitujące stała się informatorami Służby Bezpieczeństwa.[48] Wielu uważa go za głównego architekta porozumień okrągłostołowych. Filozofię roli towarzysza generała wyjaśnia Piotr Wroński na kartach,,Weryfikacji” -,,(…) To był deal. To była kurewka gra na tym pieprzonym narodzie. Po Gałuszce załatwili beton. U nas też. Przerazili połowę rodaków i wyciągnęli rękę. I tu chodziło o tę drugą połowę, która się nie bała. Tę musieli zneutralizować. Nie represjami, bo te kłóciły się z pieprzeniem towarzysza generała o porozumieniu i z duchem pierestrojki, który inspiruje nas z Kremla. Wykorzystaliby też Zachód i umożliwili kolejną Jałtę. Sprawniejszą, bo w dolarach, nie w czołgach i mało kto zauważy. Potrzebowali więc pomocy i ją dostali. Podziemie pozbywa się ekstremistów. Takich jak Leder, albo ten z Poznania, o ile on jest z podziemia. Przeciwnicy Pana Przewodniczącego siedzą cicho. Nikt przecież nie będzie bronił terrorystów. To był deal. Pierdolony deal (…)”.[49] Przywołany już Piotr Wroński w pozycji,,Czas nielegałów. Krótki kurs kontrwywiadu dla amatorów” kreśli teorię — dość śmiałą — zakładającą, iż nie można wykluczyć, że jeden z ongiś dwóch najpotężniejszych generałów w LWP, mógł być sowieckim nielegałem. Teorię swą opiera na szeregu poszlak, z których na szczególną uwagę zasługują dwa spostrzeżenia przez niego poczynione: pierwsze/ pogrzeb tegoż generała odbył się ku zaskoczeniu wszystkich w obrządku prawosławnym, drugie/ generał od 1968 roku był kawalerem Orderu Wojny Ojczyźnianej I stopnia (kapituła przyznawała to odznaczenie osobom, które szczególnie zasłużyły się w działaniach bojowych w czasie II wojny światowej, tymczasem wg oficjalnej biografii ten generał w żadnych działaniach wojennych nie brał udziału — był przymusowym robotnikiem na terenie Austrii).[50]

Działanie Służby Bezpieczeństwa na gruncie ustawowym było uregulowane tymi samymi przepisami co Milicji Obywatelskiej. W dniu 14 lipca 1983 roku Sejm PRL uchwalił ustawę o urzędzie Ministra Spraw Wewnętrznych i zakresie działania podległych mu organów, zaś w art. 6 tego aktu prawnego nadmieniono, iż:,,Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń oraz innych działań godzących w bezpieczeństwo państwa lub porządek publiczny wykonują czynności: operacyjno — rozpoznawcze, dochodzeniowo — śledcze i administracyjno — prawne.”[51]

Wdrażając reformę,,kiszczakowską” cywilnych służb specjalnych, po zniesieniu stanu wojennego (lipiec 1983 roku) utworzono odrębne służby: 1) Służbę Wywiadu i Kontrwywiadu, 2) Służbę Bezpieczeństwa (Departamenty III, IV, V, VI, Biuro Śledcze, BOR), 3) Służbę Zabezpieczenia Materiałowego, 4) Służbę Kadr i Doskonalenia Zawodowego, 5) Służbę Polityczno — Wychowawczą, 6) Służbę Zabezpieczenia Operacyjnego. W dalszej kolejności doszło do likwidacji Komend Wojewódzkich Milicji Obywatelskiej oraz Komend Powiatowych Milicji Obywatelskiej (wraz z funkcjonującymi w ich obrębie pionami SB), które zostały nazwane odpowiednio: Wojewódzkimi Urzędami Spraw Wewnętrznych (WUSW — podzielonymi na wydziały i inspektoraty) oraz Rejonowymi Urzędami Spraw Wewnętrznych (RUSW — z wydzielonymi sekcjami i referatami). Reforma zakończyła się w roku 1985, zaś jej osiągnięcia przetrwały kolejne cztery lata.

Uprowadzenie i zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki było największą zbrodnią przypisywaną bezpiece w ciągu ostatniego dziesięciolecia jej istnienia. Ćwierć wieku po tym elektryzującym opinię publiczną wydarzeniu znajdujący się u progu żywota generał Jaruzelski na łamach wydawanego przez włoskich paulinów miesięcznika,,Jesus”, nawiązując do tej zbrodni stwierdził, iż:,,Nasi sowieccy sojusznicy w sposób bardzo krytyczny oceniali stosunki między państwem polskim, a Kościołem i mieli interes w wywołaniu konfliktu między obu stronami. Cel ten chcieli zrealizować poprzez brutalne zamordowanie Popiełuszki, materialni sprawcy zbrodni, wszyscy funkcjonariusze polskiego MSW i elementy konserwatywne oraz dogmatyczne PZPR, zostali zidentyfikowani i skazani.”[52]Jeden z pełnomocników oskarżycieli posiłkowych w procesie o uprowadzenie i zabójstwo księdza Popiełuszki — adwokat Krzysztof Piesiewicz nie jest zwolennikiem wersji wydarzeń ustalonej po latach przez zespół pod kierownictwem prokuratora Andrzeja Witkowskiego.[53]

,,Lektura raportu przedłożonego w 1991 roku sejmowej,,komisji Rokity” wywołuje dzisiaj niejednokrotnie zaskoczenie rozmiarem działań specjalnych i dezintegracyjnych wobec Kościoła katolickiego w Polsce prowadzonych przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa. Nie można jednak pominąć w jego analizie szerszego kontekstu tych poczynań. Okres funkcjonowania grupy,,D” przypada także na czas dokonywania się przełomu w powojennej historii Polski. Powołanie krakowskiego kardynała na Stolicę Piotrową, kształtowanie się jawnego i zorganizowanego ruchu opozycyjnego,,Solidarność” i stan wojenny, a wreszcie agonia PRL — to plan sytuacyjny, w który wpisały się działania Grupy,,D”. Trudno w tej sytuacji przyjąć, że stanowiły one jakąś wysublimowaną, jednokierunkową formę działań operacyjnych MSW. Nie można wykluczyć, że doświadczenia dezintegracyjnych i dezinformacyjnych działań grupy,,D” i prowadzących je funkcjonariuszy mogło być wykorzystane w pracy przeciwko opozycji politycznej PRL, a zwłaszcza te praktyki kształtowały proces przemian zachodzących w Polsce w końcu lat osiemdziesiątych. Wiele wskazuje także na to, że oficjalne wygaszenie w połowie kat osiemdziesiątych działalności,,D” było jedynie grą pozorów, zaś ta forma działalności bezpieki była kontynuowana w innych warunkach i w innej postaci.”[54]

Rok przełomu — 1989 rok — wiązał się z tajemniczymi zgonami księży: Sylwestra Zycha, Stanisława Suchowola, Stefana Niedzielaka. Po trzynastu latach, w dniu 5 lutego 2002 roku działająca w ramach IPN –u Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu podjęła decyzję o wszczęciu śledztwa w sprawie funkcjonowania w okresie od 28 listopada 1956 roku do 31 grudnia 1989 roku w strukturach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych związku kierowanego przez osoby zajmujące najwyższe stanowiska państwowe, który to związek miał na celu dokonywanie przestępstw kryminalnych obejmujących zabójstwa członków opozycji politycznej i duchowieństwa. W ramach tego postępowania przygotowawczego zajęto się aż 46 różnymi wątkami.[55]

Transformacja ustrojowa (przejście z PRL do III RP) oznaczała weryfikację dla byłych funkcjonariuszy SB którą Wojciech Brochwicz tak wspomina:,,Nikt nie ustalał żadnych kryteriów. To wszystko była wolna amerykanka, dlatego dochodziło do kompromitujących błędów oraz nieszczęść. Wielu ludziom być może uczyniono na całe życie krzywdę, a kraj na tym stracił. Cały pomysł z weryfikacją od początku wydawał mi się niepoważny. Dużo prościej i czytelniej z prawnego punktu widzenia byłoby rozwiązać SB, co też uczyniono i otworzyć nabór do nowej służby. Bez tego cyrku. Przecież mieliśmy dostęp do pełnej wiedzy. Można było każdego z kandydatów zgłaszających się do służby sprawdzić, prześwietlić, wysłuchać bez takiego dziwacznego powiedziałbym, dyskusyjnego z prawnego punktu widzenia quasi — procesu. Niczemu to nie służyło. Ale tak sobie wymyślili posłowie, a my musieliśmy to wykonać. W każdym województwie powstały komisje. A w komisjach znaleźli się lokalni działacze Solidarności — zazwyczaj tacy, którzy już przymierzali się do stanowiska szefów nowo stworzonej służby. Na ogół to się potwierdzało, przewodniczący lub wiceprzewodniczący komisji zostawali potem szefami tworzonych delegatur Urzędu Ochrony Państwa. No i każda z tych komisji wojewódzkich prowadziła swoją politykę weryfikacyjną.”[56]Do weryfikacji przystąpiło dobrowolnie około 14 tysięcy funkcjonariuszy SB. Komisje weryfikacyjne zaczęły zapoznawać się z aktami osobowymi, następnie miały miejsce rozmowy. W pierwszej instancji aż 61 % weryfikowanych pomyślnie przeszło ten proces (8681). 4880 negatywnie zweryfikowanych odwołało się do Centralnej Komisji Weryfikacyjnej, która anulowała 1800 decyzji komisji wojewódzkich. Sumarycznie na 14.038 esbeków na pozytywną opinię mogło się powołać 10.439, podczas gdy wobec 3.595 była ona negatywna.[57]

W okresie schyłkowym SB zniszczyła część swoich zasobów archiwalnych. Piotr Wroński tak to zjawisko scharakteryzował:,,Nie zastanawiajcie się, czy sprawy zostały zniszczone, czy pochowane w prywatnych domach. To były materiały służb specjalnych, a takie są tak samo cenne w postaci kopii, jak i oryginałów. Musisz zrozumieć, że tu chodzi wyłącznie o informacje o osobach i uzyskane od tych osób. Na zdjęciu, czyli kopii, donos kogoś na kogoś wygląda tak samo, jak w oryginale i ma takie samo znaczenie. Szczególnie, gdy bohaterami takiej notatki są osoby o ogólnie znanych nazwiskach. Napisz to dużymi literami: MATERIAŁY SB MAJĄ TAKĄ SAMĄ WAGĘ, GDY SĄ KOPIAMI, JAK ICH ORYGINAŁY. Tu chodzi o treść.”[58]

W kontekście dyskusji nad zagadnieniami Służby Bezpieczeństwa i współpracy z nimi nieodłącznie pojawia się zagadnienie lustracji i dekomunizacji. Na temat agentów bezpieki i lustracji musiał się aż wypowiedzieć Trybunał Konstytucyjny w listopadzie 1998 roku podając pięć przesłanek (musiały być spełnione kumulatywnie), które według tego organu miały być dowodem na współpracę danej osoby z organami bezpieczeństwa:,,(…) Współpraca ta po pierwsze musiała polegać na kontaktach z organami bezpieczeństwa państwa, polegała więc na przekazywaniu informacji tym organom. Po drugie współpraca ta musiała mieć charakter świadomy, a więc osoba współpracująca musiała zdawać sobie sprawę, że nawiązała kontakt z przedstawicielami jednej ze służb. Po trzecie współpraca ta musiała być tajna, a więc osoba współpracująca musiała sobie zdawać sprawę, że fakt nawiązania współpracy i jej przebieg ma pozostać tajemnicą, w szczególności wobec tych osób i środowisk, których musiały dotyczyć przekazywane informacje. Po czwarte, współpraca ta musiała wiązać się z operacyjnym zdobywaniem informacji przez służby. Po piąte, nie mogła się ona ograniczyć do samej deklaracji woli, lecz musiała materializować się w świadomie podejmowanych konkretnych działaniach w celu urzeczywistnienia podjętej współpracy. Tym samym za niewystarczające uznać należy samo wyrażenie zgody w przedmiocie nawiązania i zakresu przyszłej współpracy, lecz konieczne były konkretne działania odpowiadające wyżej wskazanym kryteriom i składające się na rzeczywiste współdziałanie z organami bezpieczeństwa”.[59]

W roku 2015 nakładem wydawnictwa,,Fronda” ukazała się monumentalna pozycja licząca 920 stron, autorstwa Doroty Kani, Jerzego Targalskiego oraz Macieja Marosza, pt.,,Resortowe dzieci służby”. Autorzy za cel postawili sobie obnażenie interesów prowadzonych przez dynastie służb specjalnych Peerelu oraz III RP, aby pokazać jak doszło do zachowania ciągłości,,władzy”.[60]

Dzięki wdowie po pewnym bardzo wpływowym generale udało się wreszcie rozwikłać zagadkę frapującą Polaków przez co najmniej 27 lat. Niemniej jednak już w 1979 roku Joanna Duda — Gwiazda zaobserwowała ciekawe zachowanie byłego prezydenta RP i tak to opisała:,,(…)Spotkanie było nagrywane, ponieważ chcieliśmy opracować relację do,,Robotnika